IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Baraki

 

 Baraki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
the odds
avatar
Zawód : Troublemaker
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Baraki   Sob Maj 16, 2015 5:27 pm



Baraki to zbiorowisko chat znajdujących się w niewielkiej odległości od kopalni oraz dawnej Wioski Zwycięzców, gdzie mieszkają nadzorcy. Panujące w chatach warunki są niewiele lepsze niż te, które panowały w mieszkaniach w Kwartale; prąd i bieżąca woda stanowią z kolei lokalną legendę. Teren wokół baraków regularnie patrolowany jest przez Strażników Pokoju.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : Troublemaker
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Baraki   Nie Cze 07, 2015 10:00 pm

Nic w tym miejscu nie przypominało obrazu, który mieszkańcy Kapitolu mogli zobaczyć wcześniej w telewizji lub w prasie. Stare, rozpadające się baraki i wyglądający z nich szarzy, ponurzy ludzie, pozbawieni siły i tracący resztki nadziei. Oto co zastali przybywający w trzeciej partii wywózek Amelle, Ferris, Lewis, Mathias i Rosemary.

Na peron w Dwunastce wjechali późnym wieczorem, gdy światła latarni rozświetlały jedynie najbliższą drogę, a powietrze było już na tyle mroźne, że obserwowanie pary z ust mogło okazać się całkiem niezłym zabijaczem czasu. Strażnicy Pokoju byli uzbrojeni po zęby i surowo przestrzegali swoich rozkazów - wysiadająca z pociągu ludność winna być odstawiona do baraków jak najszybciej. Dlatego też, w mieszaninie krzyków, poszturchiwania i niekiedy soczystych obelg, masa Bezprawnych ruszyła we wskazanym kierunku.

Pasażerowie z trzeciego transportu zostali rozdzieleni na cztery chaty, każda z nich była rozwalającym się, drewnianym budynkiem, który zapewniał tylko niezbędne ciepło. W środku jedynym źródłem świata były świece i stare lampy na baterie, jednak tych było w barakach jak na lekarstwo. Przed przydzieleniem do danego pokoju, Strażnicy skrupulatnie spisywali nazwiska nowych lokatorów. Materace były przywilejem, który zgarnęli dla siebie nieliczni, reszcie musiały wystarczyć nędzne łóżka polowe bądź sienniki. Nasi bohaterowie znaleźli się w jednym budynku, jednak tylko Amelle i Lewis trafili do tego samego pomieszczenia.

Noc upłynęła spokojnie, a przynajmniej na tyle, by wieść o żadnym incydencie nie dotarła do uszu nowo przybyłych. Gdy tylko pierwsze promienie słońca przedarły się przez nieszczelne okna prosto do baraków, na zewnątrz rozległo się wycie syreny, zwołujące na apel wszystkich Bezprawnych. Ci, który pracowali tu już od jakiegoś czasu, zostali ustawieni w dwuszeregach i oddelegowani do wcześniej wyznaczonych zadań. Nowi czekali na przydział, postępując z nogi na nogę, z trudnością znosząc poranne przymrozki.

Mężczyźni w sile wieku (w tym Lewis i Mathias) zostali oddelegowani do kopalni - ich zadaniem było przenoszenie kamieni i udrożnienie jednego z wielu podziemnych korytarzy. Kobiety skierowano do kuchni, a Amelle i Rosemary mogły się przekonać, że obieranie ziemniaków jest tutaj o wiele przydatniejszą umiejętnością, niż taniec na rurze lub obezwładnianie przeciwnika. Starsi bądź średnio dysponowani (do którejś z grup na pewno zaliczał się Ferris) mieli za zadanie sprzątać domy i ogrody w Wiosce Zwycięzców, gdzie ulokowali się Zarządcy Dwunastki. Dzień pracy zakończył się wcześnie, bo już o siedemnastej. Słońce niemal całkowicie już zaszło, a czwórka dzielnych ochotników mogła wreszcie spotkać się i porozumieć w sprawie dalszych działań. Na całe szczęście, ich bagaże pozostawały nietknięte.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t1940-mathias-le-brun
http://panem.forumpl.net/t3011-mathias#46489
http://panem.forumpl.net/t1311-mathias-le-brun
http://panem.forumpl.net/t2098-come-to-mommy-my-little-fucker
Wiek : 26 lat
Zawód : #Mathias
Przy sobie : kapsułka cyjanku wszyta w kołnierz, rewolwer, miljon ton heroiny i jakieś podróżne ciuszki
Znaki szczególne : #Mathias
Obrażenia : #Mathias

PisanieTemat: Re: Baraki   Pon Cze 08, 2015 10:10 am

Gdy był mały, chciał zostać górnikiem...
Nie, wcale nie chciał.
Był podenerwowany i jednocześnie zmęczony, zziębnięty i nie miał siły ciskać klątwami – ani tym bardziej kulkami śnieżnymi – w strażników. Jednocześnie zwalczał najszczerszą chęć rzucenia się na podarowany mu przez Rose materac (czyżby nadszedł czas na prezenty ślubne?) i usunięcia się w błogą ciemność, która oferowała więcej niż ponura, niechciana rzeczywistość. Nie był przyzwyczajony do takiego wysiłku, więc znosił go z wyraźnym trudem i niechętnie wykonywał najdrobniejsze rozkazy z miną świadczącą o tym, że sprawia mu to olbrzymi ból. Toż to godziło w jego niezachwianą godność, w jego postawę zaprawionego w boju buntownika! Tym bardziej irytowało go to niezwykle, że nie mógł oddać się swojemu ulubionemu rzemiosłu graniu strażnikom na nerwach, bo miał do wykonania jakąś zajebiście wielką misję i musiał grzecznie grzać swoje miejsce, dopóty dopóki jej nie wykonają. Czuł się skrępowany i nawet świadomość, że bierze udział w czymś pozornie wielkim, choć pachniało to nieszczególnie dobrze!, nie dodawała mu otuchy ani nie łechtała jego pychy. Był gotów na najdrobniejszy sygnał o odwrocie pożegnać przeklętą dwunastkę bez materiałów filmowych i rzucić się w wir ucieczki, na daną chwilę chciał to przerwać, choć ta myśl nie była w żadnym stopniu racjonalna i ani odrobinę nie ocierała się o zaplanowaną rzeczywistość. To nie było dziwne, skoro od kilku godzin sobie nie władował, zaczynał powoli obijać się między skrajnościami i wpadać w znajome mu stany rozkapryszenia, które przysłaniały mu analityczny (jaki?) tok myślenia. Mimo to w oddali spowitej przez narkotyczną ciemność dostrzegał światełko, które podpowiadało mu, w którą stronę powinien zmierzać i uświadamiało, jak ślepy i nieporadny był obracając się w takich sprawach. Mózg operacji – choć Amelle starała się konkurować z nim o to zaszczytne miano, wiadomo było, kto dowodzi wszystkimi (nie)udanymi akcjami - przeżywał drobny egzystencjalny kryzys, załamywał się pod ciężarem pracy i obowiązków, a szczególnie służalstwa, które musiał znosić bez zająknięcia.
Po drodze do baraków zgubił Lewisa w chmarze obracających się wokół niego skołowanych ludzi powracających do łóżek po ciężkiej lub cięższej pracy. Kierował się więc stronę umówionego przez nich miejsca mając nadzieję, że po drodze nie trafi przypadkiem w objęcia ciepłego, kuszącego materaca, tak przypadkowo gubiąc/myląc drogę!
Aby nie budzić wszelakim podejrzeń i nie łączyć się w konspiracyjną grupkę na zewnątrz, postanowili zebrać się w pomieszczeniu, w którym spali Amelle z jej czarującym małżonkiem Lewisem. Pozwolił sobie przeczekać te kilka chwil, aż wszyscy w końcu się pojawili i zanim ktokolwiek zdążył rzucić uwagę na temat jego prezencji zmęczonego, zrezygnowanego i brudnego człowieka, odezwał się:
-Po pierwsze... - wprawdzie wyglądał, jakby miał powiedzieć coś sensownego i rzeczowego, bo jego grobowa mina i czarne skupione na wszystkich oczy nie wskazywały na to, żeby chciał (lub nawet miał na to siłę!) żartować -...jak, do cholery, zamierzacie uprawiać seks? - rzucił w stronę Amelle i Lewisa z lekkim, widocznym zza kopalnianych pyłów uśmiechem – czy Adler zna takie pojęcie jak prywatność? - dodał nieco za głośno i ostentacyjnie, bo kilka zaciekawionych i równie zirytowanych twarzy odwróciła się w jego kierunku, w tle rozbrzmiały nawet jakieś uciszającego go zaspane pomruki – Dobra, nieważne – mruknął o wiele ciszej. Opierał się o ścianę stojąc pomiędzy dwiema piętrowymi pryczami, na których spało szczęśliwe małżeństwo. Jaka szkoda, że nie mieli okazji do głębszych zbliżeń ani okazywania czułości, niemal im współczuł (choć Lewisowi współczuł naprawdę, bo miałby okazję wreszcie zaruchać, ale świat nie był dla niego zbyt łaskawy) – Wracając do meritum – był niemal z siebie dumny, że użył takiego zawodowego określenia – mój plan zakłada, że któreś z nas będzie musiało dać dupy i to na pewno nie będę ja, trzeba zdobyć materiał i załatwić kwestię ucieczki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t3300-ferris-lovercraft
http://panem.forumpl.net/t3305-wujek-ferris
http://panem.forumpl.net/t3304-ferris-lovercraft#51614
Wiek : 57
Zawód : męska dziwka
Przy sobie : wielofunkcyjny scyzoryk, karty do gry, gram dowolnego narkotyku, zwój liny

PisanieTemat: Re: Baraki   Pon Cze 08, 2015 10:20 am

Załadowany pociąg pomykał przez tory, zdaniem Ferrisa odrobinę za szybko, wioząc ich ku Przeznaczeniu. Które wraz z towarzyszami (niedoli? Zbrodni?) sam sobie wybrał, udowadniając, że teoria predestynacji to shit dla ciemniaków. Albo że faktycznie jest nadczłowiekiem, w co byłby skłonny uwierzyć - ach, to ciało, ten wzrok, ta charyzma! Patrząc na miernotę poupychaną w przedziałach jak bydło (on się scwanił i kategorycznie odmawiał powiększenia ich pięcioosobowego grona; nieszczęśni spóźnialscy stali pod drzwiami, ostrzeliwując go zabójczymi spojrzeniami), chichotał diabolicznie, wyobrażając sobie błękitnokrwistych wzacnych dwunastkowych warunkach i budując przerośnięte ego przewagą doświadczenia. Także nad Amelle, Rose, Lewisem i Mathiasem, bo nie sądził, aby kiedykolwiek skalali sobie rączki ciężką pracą. Mógłby zawrzeć sztamę z nadzorcami i zabawić się w kapo, podroczyłby się przynajmniej z nadpsutą (ale jeszcze nie całkiem zgniłą) młodzieżą. Którą w gruncie rzeczy lubił, ale czemu miałby odmawiać sobie rozrywki? Na razie szło nieźle, choć nie skończyli do końca rozegrać partii rozbieranego pokera , nad czym Lovercraft płakał rzewnymi łzami. Każdy z nich stracił jakąś sztukę garderoby, lecz Lewis pozostał w samych gaciach i ciut-ciut brakowało, aby zmusił go do pozbycia się i ich. Niestety; innym razem, jak skwitował to Ferris uśmiechając się znacząco i wyskakując z pociągu na peron. Gdzie odetchnął głęboko i rozkaszlał się gwałtownie, jak sędziwa lokomotywa. Albo stary gruźlik próbujący wypluć płuca. To był zapach domu, kopalni i... jakiejś dziwnie obcej woni. Mężczyzna chwilę poniuchał, po czym zidentyfikował gazy żylastego wyrostka stojącego przed nim i skrzywił się ostentacyjnie. Wszystko można, co nie można, byle z cicha i z ostrożna - głosiło znane porzekadło, lecz Ferris miał poważne wątpliwości, czy wydzielana przez chłopaka substancja nie zagraża otoczeniu. Nie roztrząsał jednak tej kwestii dłużej, popchnięty przez Strażnika potruchtał ku majaczącym w oddali chatom - dzięki własnemu sprytowi nie zmagając się z dwudziestokilogramowym balastem. Przy okazji drogi, opowiadał swojej grupce lokalne ciekawostki, wyczuwają się w rolę pilota wycieczki: Tam stał pręgierz, mojego tatka często tam batożyli. O, a tutaj mieszkała kobieta, która wróżyła ze zwierzęcych wnętrzności. Patrzcie w lewo! Widzicie wieżę? Na jej szczycie było oko Saurona - mówił, namiętnie przy tym gestykulując, dopóki nie dotarli do ich wypoczynkowego kurortu. Obraz nędzy i rozpaczy nie zrobił na nim szczególnego wrażenia, aczkolwiek oburzył go fakt, że nie znalazł się w pokoju razem z le Brunem. Do którego miał wzniosłe plany, ale na nic zdały się protesty i logiczna argumentacja Ferrisa - Strażnicy pozostali niewzruszeni. Tak więc wciśnięty między śliniących się i capiących stęchlizną starych ludzi, Lovercraft psioczył pod nosem, na czym świat stoi, jednocześnie organizując sobie miejsce do spania. Rościł sobie prawa do najlepszego - determinizm społeczny, najwyraźniej jako jedyny z kółka różańcowego potrafił zrobić użytek z pięści - i wypróbował każde posłanie po kolei, wybierając ostatecznie najmniej skrzypiące i położone najbliżej drzwi, bo zdarzało się, że pęcherz nie wytrzymywał i musiał nocą wychodzić za potrzebą. Albo zmarszczyć druta, nie znał dnia ani godziny. W każdym razie nie miał problemów z odpłynięciem w bardzo nieplatoniczne ramiona Morfeusza, przy czym mokry sen uprzyjemnił niezbyt delikatną pobudkę. W getcie przynajmniej sam wyznaczał sobie godziny pracy. I na pewno nie zaczynał od wschodu słońca. Zaskrzypiały kości, zatrzeszczały stawy, a Ferris był już jak młody bóg. I uśmiechał się lubieżnie, kątem oka patrząc na ogorzałe twarze nadzorców, zwiastujące surowe traktowanie. Które już przemianował na osobliwe dionizje, święcące...powrót na łono rodziny? Nie dokładnie, ponieważ jak się okazało nie wysyłano go do okolicznej Morii. Czemu sprzeciwiał się zaciekle, ponieważ zaliczanie go do armii bardziej przypominającej trupów niż ludzi, godziło w naturalną i sporawą dumę Ferrisa. Pohamował się jednak, zwąchawszy szansę lepszą od łupania kamieni. I jak się okazało, słusznie, ponieważ domy zarządców były pełne przedmiotów niezwykle przydatnych i Lovercraft knuł śmiały plan przemycenia stamtąd wszystkiego, co nie zostało przytwierdzone na stałe. I miało do 30-35 centymetrów długości, w porywach do 40, bo na więcej nawet on by się nie porwał. Pierwszego dnia wracał więc zadowolony, bez powodów do marudzenia, bo choć sprzątanie brudów Strażników na początku odstręczało, potem okazało się zaskakująco...przyjemne. Zwłaszcza, że trafił pod opiekę Ardena, który sprezentował mu nowe ubranie. W którym nie omieszkał wrócić, prawdopodobnie wywołując sporą konsternację. Ferris jednak ani myślał się wstydzić - nogi miał zgrabne, a czarne rajstopy i krótka spódniczka tylko to podkreślały. Uniform pokojówki wydał mu się dowcipny (nareszcie ktoś z polotem), no i oddawał bądź co bądź prawdziwy stan rzeczy.
- Brudny tu jesteś - zwrócił uwagę Mathiasowi, wcinając mu się w słowo i wycierając zmiętą chusteczką jego nos, poznaczony ciemnymi smugami - i tam, i tam, i tam też - wyliczał, z perfidnym uśmieszkiem matki, wytykającej synkowi niechlujny wygląd - zrób sobie selfie, zostaniesz królem Internetów. Mathias I Bezuchy z Dwunastki - kpił, kładąc nogi na chwiejącym się stoliczku - przybliżysz plebsowi monarsze życie, nie daj się prosić - podpuszczał le Bruna, mrugając do Rose - Josephowi możemy uciąć kawałek nosa, wtedy będzie sprawiedliwie i też może zostanie sławny - dorzucił, zdejmując biały czepeczek i nakładając go na głowę Vangeancea w parodii uroczystej koronacji - co sądzisz, Barbie, słonko? - spytał Amelle, której krytyczne spojrzenie mogło zawierać zarówno dezaprobatę, jak i...podziw nad majestatem męża? Z którym jednak się nie zbliży, przynajmniej według prognoz Mathiasa.
- Zdażyłem dać dzisiaj dwa razy, więc można powiedzieć że znalazłeś swojego kandydata, wasza wysokość - ukłonił się dwornie. I splunął pod nogi chłopaczka, bo tolerancja białka najwyraźniej się u niego zmniejszyła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t1921-rosemary-garroway
http://panem.forumpl.net/t1019-we-walk-a-thin-line-between-hope-and-despair
http://panem.forumpl.net/t1305-rosemary-garroway
http://panem.forumpl.net/t1020-rosemary
http://panem.forumpl.net/t1046-rosemary-garroway
Wiek : 25 lat
Zawód : Pani doktor w Kwartale, która wszystkich nienawidzi
Przy sobie : Kapsułka cyjanku, broń palna, dokumenty, portfel, telefon oraz inne osobiste rzeczy.
Znaki szczególne : Ona cała jest szczególna.
Obrażenia : Rysa na psychice głęboka jak jezioro w Dwójce

PisanieTemat: Re: Baraki   Wto Cze 09, 2015 7:48 pm

W Dwunastce powietrze było inne. Wcale nie dlatego, że było zanieczyszczone od unoszącego się pyłu węglowego, który zmieniał barwę padającego śniegu z białej na upierdoloną. Ten dystrykt miał to do siebie, że absolutnie wszystko było brudne od węgla, każda najmniejsza rzecz stała się szarobura, nawet spojrzenia osób tu przebywających. Jak dla Rose powietrze było tutaj całkiem zdrowe - wystarczyło dobrze pogryźć. Ale tym razem chodziło o coś więcej; atmosfera w dystryktach zawsze była inna. Wolna od kapitolińskich intryg, kłamstw, przepychu, który powodował migrenę i regularną kurwicę. I choć nadal dawało się wyczuć śmierć unoszącą się wokół, cała reszta była kojąco cicha. A może nawet ta śmierć taka była? Wydawać by się mogło, że Rose poczuła się jak w domu - co prawda w oddali nie błyszczał Kapitol, nigdzie nie mogła też dojrzeć Orzecha, ale poziom nędzy był w miarę porównywalny. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Niestety Garroway nie czuła się jak w domu. I nie czuła się dobrze. Po pierwsze - cholernie nienawidziła pociągów. Nie lubiła żadnego środka lokomocji, chyba, że rozmawiamy o rowerze. Nie dość, że było jej niedobrze od faktu, że wokół niej byli ludzie, którzy nie potrafili zamknąć jadaczki, to jeszcze odezwała się jej choroba lokomocyjna. Podsumowując, chciało jej się rzygać i mentalnie, i fizycznie. Jedynie zmęczenie odciągało ją od jakże pięknej wizji skoczenia oknem. Przez dobre trzy godziny rozważała korzyści płynące z tego majestatycznego czynu. Uwolniłaby się od od rodzaju ludzkiego, który ją ewidentnie dobijał psychicznie, od życia, które już zupełnie, wręcz niemożebnie ją wkurwiało, aż w końcu - wydostałaby się z tego pieprzonego domu uciech na kółkach. To trzecie kusiło, oj kusiło, ale obawiała się, że będą próbowali ją powstrzymać, krzyczeć, a już nie daj Boże łapać, kiedy w końcu podniesie się z siedzenia we wiadomym celu. Kontakt fizyczny był dla niej po prostu nie do przyjęcia.
Toteż wyobraźcie sobie jaką ulgę poczuła, gdy w końcu stanęła na stałym lądzie. Odetchnęła pełną piersią, krztusząc się przy tym swoją drogą, i uśmiechnęła się do siebie. No może to nie był uśmiech, nie oszukujmy się, Rosemary ma strasznie ubogą mimikę twarzy, ale przynajmniej nie wyglądała jak wyjątkowo niezadowolony typ spod ciemnej gwiazdy. I było tak do czasu. Potem popchnął ją jakiś strażnik, w sposób wulgarny przekazując jej, żeby ruszyła do przodu. Pamiętacie jak wspomniałam, że Rose nie lubi, jak się ją dotyka? No, to wyłóżcie sobie, jak mocno ten typ dostał po łapach, skoro dziewczyna uwieńczyła ten czyn bardzo paskudnym przekleństwem.
Wracając jednak do otaczających ją ludzi - miała dziwne wrażenie, że w niewiadomy sposób wtryniła się do jakiejś nienormalnej paczki kumpli połączonych przez wywózkę. Urocze okoliczności nawiązywania znajomości, ale nie do końca była pewna czy takie towarzystwo jej odpowiadało. W zasadzie tych ludzi w ogóle nie znała. Ferrisa jedynie kojarzyła, no a Mathias... Cóż, to równie skomplikowane, co chore, ale był czas przywyknąć. Ale skoro Le Brun im jako tako ufał, to czemu miała się odseparować? Zresztą, Rose zauważyła, że ewidentnie coś kombinowali, pomińmy już co, bo ją to obchodziło jak zeszłoroczny śnieg. Po prostu jej towarzysz doli i niedoli (w zasadzie to głównie niedoli) miał dar do pakowania się w kłopoty, gdyż po drodze zawsze coś gubił, dla przykładu szczęście, zdrowy rozsądek, czy nawet uszy, więc Garroway poczuła się po raz kolejny zobowiązana do chronienia mu dupy. Trzeba jednak nadmienić, że to nie był żadny instynkt macierzyński, tylko najbardziej czuły gest na jaki Rosemary jest w stanie się zdobyć.
Krążyła po pokoju Amelle i Lewisa jak obrażony kot. Wiecie co jej się nie podobało? Wcale nie praca, gotowanie nie było takie złe, źle jej nie szło, mogła to przeżyć. Wcale nie wczesne pobudki, wcale nie bycie wyjętą spod prawa, a co za tym idzie traktowaną jak śmieć. Rzeczą, która wyprowadzała ją z równowagi był brud. Nie mogła znieść, że ten barak był pokryty kurzem, węglem i cholera wie czym gdzie się da. Miała chorą psychikę, dużo rzeczy jej się uwidziało i jedną z nich był kompletny bzik na punkcie względnej czystości. Dlatego, gdy tylko zauważyła, że upaprała sobie całą dłoń na czarno, czym prędzej wytarła ją w koszulę Mathiasa z obrzydzeniem na twarzy. Przecież i tak był brudny.
- Walić prywatność, czy ty widzisz jaki tutaj jest bajzel? Gdyby im się zachciało gździć w takich warunkach, jak nic dostaliby pylicy, gruźlicy albo jakiegoś syfa w wiadomych miejscach. I wiesz co? Weź się może umyj. - zwróciła się do chłopaka, a w jej spojrzeniu można było z łatwością ujrzeć objawy kurwicy. Zrobiła jeszcze parę kółek dookoła pokoju, zaglądając w różne kąty, paskudnie wyrażając się o tym co widzi, o rządzie, o matce prezydenta, po czym jej przeszło. Może dlatego, że skupiła się na Ferrisie, który nabijał się z Mathiasa. Nie miała zamiaru komentować jego stroju, bo w zasadzie brakowało jej słów, ale kiedy do niej mrugał poczuła się dziwnie.
- Weź go nie podpuszczaj, nie chce mi się was rozdzielać, jak przyjdzie co do czego. - westchnęła z dezaprobatą, po czym wsadziła za ucho pojedyncze kosmyki włosów, które wydostały się z jej kucyka. Zaraz zaczną się bić, bo męska duma to żałosna, ale za to jaka śmieszna rzecz, a ona nie miała siły na bawienie się w pacyfikatora. Wystarczyła jej chwalebna rola głosu rozsądku. - I uprzejmie proszę, co by nie pertraktować w mojej obecności o dawaniu dupy czy innych narządów. A ślinę, to się połyka. Zgaduję, że jako zatwardziały waginosceptyk wiesz co to za czynność? - uśmiechnęła się równie wrednie co on, zaplatając ręce na klatce piersiowej. To nie tak, że Rose skreśliła Ferrisa już na starcie, po prostu pierwszy zalazł jej za skórę.
Nie będą mieli lekkiego życia z panną Garroway. A przynajmniej się na to nie zapowiadało.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t3246-lewis-vangeance
http://panem.forumpl.net/t3248-vangeance-lewis-vangeance
http://panem.forumpl.net/t3247-lewis-vangeance
Wiek : 26
Zawód : Etatowy muzyk
Przy sobie : zapalniczka, trzy paczki papierosów, fałszywy dowód tożsamości

PisanieTemat: Re: Baraki   Sro Cze 10, 2015 9:23 pm

Widziałeś kiedyś dzieciaka, który po raz pierwszy widzi śnieg? Młody szczerzy się jak głupi do sera, pochłonięty do reszty nowym zjawiskiem. Nie wyperswadujesz mu tej dziwnej fascynacji dopóki nie minie mu ona samoistnie. Nieistotne jest, że za rok biały puch pojawi się znów. Jest tutaj, teraz, dla niego po raz pierwszy i tylko to się liczy.
Jeśli widziałeś kiedyś takiego dzieciaka lub prawdopodobnie sam kiedyś taki byłeś to wiesz, że tak właśnie mniej więcej wyglądał Lewis, gdy wsiadał do pociągu. Może w jakimś stopniu ma w sobie urok małego chłopca, ale wiek już nie ten. Nie przeszkodziło mu to jednego w niemym zachwycie nad wspaniałym środkiem komunikacji dalekosiężnej, jakim jest pociąg. Jako kapitolinczyk z krwi i kości nigdy nie miał potrzeby wyjazdu ze wspaniałej stolicy. To do niego spływały wszelkie dobra, jakie mogły zaoferować dystrykty, nie inaczej. Więc chociaż podróż, którą właśnie odbywał nie zaliczała się do specjalnie przyjemnych i ekscytujących to tak właśnie czuł się Lewis. Jedyną rzeczą, która odróżniała go od takiego radosnego dziecka było to, że nie szczerzył się jak pajac.
Zamiast tego spędził po prostu całą podróż stojąc lub okazjonalnie siedząc na ziemi i wyglądając przez okno. Zafascynowany przyglądał się krajobrazowi za szybą, który zmieniał się z niesamowitą szybkością. Nie nudziło go oglądanie głównie odludnych terenów, gdzie dominantę kompozycyjną stanowiła trawa i drzewa. W stolicy ciężko o takie naturalne, nieprzetworzone elementy. Dlatego też pozwolił Ferrisowi orżnąć się w karty jak dziecko. Tylko on mógł wpaść na genialny pomysł umilenia im podróży partyjką rozbieranego pokera. Skończyło się na tym, że na peron w dystrykcie dwunastym zajechał w samej bieliźnie. Szczerze mówiąc nie przeszkadzało mu to. Mimo wszystko był pewien swojego ciała, dawno temu w hedonistycznym pędzie dbał o swój wygląd jak każdy kapitolinczyk. Jedynie nieprzyjemne zimno uświadamiało go, że głupio postąpił dając się ograć. Bo Lewis umiał grać, duszne salony stolicy zastawione najlepszymi trunkami sprzyjały nauce gry. Nauczył się nawet liczyć karty, bo akurat z pokerową twarzą nie miał problemów.
Po przyjeździe do miejsca przeznaczenia Lewis był zdziwiony pomyślnością wypadków. Jedynym incydentem było zwymyślanie przez Rose strażnika na dworcu. Ta dziewczyna stanowiła dla niego zagadkę, ale skoro Mathias jej ufał to on póki, co nie miał podstaw by tego nie robić. Dlatego zamiast lustrować nieufnym wzrokiem współtowarzyszy niedoli pozwolił sobie na rekonesans otoczenia. Największym zaskoczeniem było to jak jest tu brudno. Kopalnia ciągle jeszcze nie była czynna, ale pył pokrywający warstwę śniegu widocznie tego nie zauważył. Pokrywał również uroczy barak, w jakim przyszło im żyć. Była to pierwsza rzecz, jaka wyrwała Lewisa z dziecięcego zachwytu, jaki złapał na dworcu w getcie.
Drugą była pobudka o nieludzkiej wręcz porze. Jako samozwańczy artysta i hulaka nie musiał regulować godzin swoich pobudek od kiedy skończył szkołę. Trzecią była praca, jaką przydzielono jemu i le Brunowi. Jasne, ćwiczył kiedyś coś innego niż grę na instrumentach, ale na pewno nie można tego porównać do wyczynowego dźwigania kamieni pod okiem zadowolonych z siebie pokojówek. Lewis był świadom, że skrzywdzi kogoś zanim stąd wyjadą.
Po powrocie do baraku w ogóle nie przejmując się zbierającą dookoła gawiedzią legł na łóżku. Zapewne brud, który zebrał na ubraniu w czasie pracy radośnie łączył się ze zużytą, ale czystą pościelą. Amelle pewnie zabije go za to, ale w tej chwili nie myślał o tym. Zamiast tego przysłuchiwał się z rozbawieniem reszcie. Widocznie jego życie seksualne stanowiło gorący temat od kiedy zawarł fikcyjny związek małżeński. Chociaż rzeczywiście musiał się zgodzić z tym, że nie znano tutaj pojęć takich jak prywatność czy prawo do przestrzeni osobistej. Z drugiej strony na pewno nie znał ich także Ferris, gdy postanowił najpierw umyć Mathiasa, a potem ukoronować Lewisa czepkiem, który zwędził niewiadomo skąd.
- Skoro mówimy o myciu to czy w tym miejscu wątpliwej rozkoszy, a niewątpliwej rzeżączki jest jakaś łazienka? Też skorzystałbym z dobrodziejstwa ciepłej wody – spytał ciskając czepkiem w jego właściciela. Prysznic niewątpliwie był wskazany, bo po przeczesaniu dłonią włosów przybrała ona uroczy kolor węgielnego pyłu. Z westchnieniem podciągnął rękawy swetra, w którym chodził cały dzień. Temperatura zdecydowanie nie sprzyjała pracy na dworze, a sam barak również nie oferował wiele więcej. Może upchnięcie ich jak krowy w oborze miało swoje plusy.
Parsknął śmiechem, gdy Rose starała się z Ferrisem. Znał go już trochę czasu i wiedział, że konflikt tylko się zaostrzy. Ten facet praktycznie każde zdanie wypowiadał z podtekstem. To będzie trudna miłość. Podniósł się do pozycji siedzącej i od niechcenia objął Amelle ramieniem w pasie.
- Wygląda na to, że nie tylko my będziemy się kłócić jak stare małżeństwo, pani Strauss – powiedział cicho uśmiechając się pod nosem.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t2345-amelle-ginsberg#33182
http://panem.forumpl.net/t2351-ruda-elle#33213
http://panem.forumpl.net/t2346-amelle-ginsberg#33183
Wiek : dzwadzieścia jeden
Zawód : tancerka... dorywczo podróżniczka po dystryktach
Przy sobie : zdobiony sztylet, leki przeciwbólowe, kawałek ćpuńskiego arsneału matfjasa, pistolet, kamera, trochę dolarów, fałszywy dowód tożsamości [barbie strauss], potwornie okrojona garderoba, przytojny mąż
Znaki szczególne : ruda głowa i ogormna duma
Obrażenia : nos po złamaniu idelanie nastaiwony, heh

PisanieTemat: Re: Baraki   Pią Cze 12, 2015 12:42 am

    | Nikt nie machał mi napisem Witamy w Dwunastce.
Sądziłam, że Kapitol był… męczącym miejscem, gdzie powietrze było ciężkie, przepełnione smutkiem, a ludzie mieli zmęczone twarze, otaczając się szarymi do granic możliwości budynkami, natomiast problemy dnia codziennego zastawiały sidła na coś tak ulotnego jak nasze życie?
Nawet nie miałam pojęcia jak bardzo się myliłam. Tkwiłam w okropnym błędzie, wątpiąc chociażby przez ułamek sekundy w cudowność swojego domu. Skala tego lapsusu powoli zaczynała przerastać jakąś ukrytą część mnie.
Ginsberg, co ty znów opieprzyłaś?
Czułam się jakby początek mojej przydroży w Dwunastce miał stać się jedocześnie rozpoczęciem krótkiej drogi ku namalowanemu krzywo imieniu oraz nazwisku na czarnym kawałku blachy, imitującej bogaty (przyglądając się tamtejszym realiom) nagrobek.
Podczas zesłania do KOLCa czułam się znacznie lepiej niż podczas siedzenia na niewygodnej imitacji łóżka pośród obcych mi ludzi, martwiąc się o każdą pojedynczą rzecz w naszych torbach. Nawet zależało mi na towarze Mathiasa, żałowałam spodni Lewisa. Wszystko, co należały do grupy ochotników-samobójców, a nie zdążyło stać się dykstrykowe, uznawałam za nadzwyczaj cenne. Pomoc w przetrwaniu przede wszystkim, bo przerażało mnie stawanie się kimkolwiek z tych pracowników.
Już od pierwszego postawionego korku na tej czarnej (wyłącznie od węgla) ziemi znienawidziłam całej okolicy. Sam spokój panujący między pojedynczymi budkami, imitującymi prawdziwe domy, nakazywał zachować ostrożność. Niestety - im dalej do przodu, tym robiło się znacznie gorzej. Okazywało się, że wszędzie panowała ta niczym nieprzerwana cisza.
Kiedy zobaczyłam, gdzie mieliśmy spać, nie kryłam swojego rozbawienia, który szybko przerodził się w histeryczny śmiechu. Pytałam swoich kompanów, czy widzieli tutaj kogokolwiek rozbawionego tak samo jak ja…
W domyśle sprawcę z aż nadto chorym poczuciem humoru? Prawdopodobnie.
Pobudka skoro świt nie zdawała się być niczym zaskakującym, oprócz faktu, iż na dobre usnęłam jakieś dwie, trzy godziny przed nią. Niemniej to nic w porównaniu do podziału obowiązków.
Przyjechałam tutaj w postaci heroiny, gotowej, aby zabawić świat, a w nagrodę dostałam worek ziemniaków do obrania. Jak żyć i umierać to tylko w Dwunastce! Gorące jak węgiel w kominku pozdrowienia. Nie żebym nigdy nie gotowała, ale nie. W moim życiu to raczej JA byłam dowodzącą przedsięwzięć, jednak jeśli tak się nie stało - liczyli się ze zdaniem Elle, bali się rzucać na nią najgorszą robotę.
Reszta czasu spędzonego w kuchni należało do kategorii porównywalnie strasznych i chyba nie chciałam do tego wracać (przynajmniej nie przed wschodem słońca). Naprawdę. Miałam w sobie dziwną pewność - wolałabym iść do kopalni. Nie musiałabym wysłuchiwać całego dnia bezsensownych rozmów na temat - wczorajsza zupa była za słona, dostawy ziemniaków się spóźniają (alleluja!)lub, w przypływie pewnej finezji, brzydkich włosów tej nowej (jakby ktokolwiek tam wyglądał po ludzku).
Mimo wszystko starałam się być sympatyczna pierwszego dnia, na swój sposób. Niestety miarka się przebrała, kiedy lekko podsiwiała jeżdżą zwróciła uwagę na technikę obierania kartofla. Nagle stałam się zbyt szczera, wyrzuciłam z siebie wstępną, zarazem dość kwiecistą opinię na temat mojej przełożonej. Zdążyło się tego nazbierać pośród bezmiaru nienawistnych minut! Dość jasno wyperswadowałam, dlaczego nie miałam zamiaru pracować w inny sposób.
Jutro najpewniej miałyśmy pokłócić się o recepturę naleśników, a pojutrze najchętniej nasypałąbym jej arszeniku prosto ust.
Przynajmniej Rose stała po mojej stronie. Kto mógł wiedzieć, czy nie udałoby nam się zrewolucjonizować tamtejszej kuchni w takim stopniu, że podawałybyśmy frytki zamiast ziemniaków z jałowej wody? Kulinarne rozdroża stały przed nami! Och i ach, jak świetnie się bawiłam.
Owszem, zdobywanie wrogów było ode mnie silniejsze.
Nie reagowałam na wcześniejsze rozmowy, dopóki nie poczułam czyjejś ręki obejmującej mnie w pasie. Jedyne, czego potrzebowałam na wieczór to chwila spokoju wraz z kochającym mężem, grupką uroczych znajomych. Natomiast w cywilizowanej rzeczywistości wygrałaby wanna.
- Połamałabym Ci place - syknęłam mu do ucha, zatrzymując się przy jego skroni - gdybyś nie musiał wydobywać węgla dla naszego wspólnego dobra. Koszulę będziesz mi prać we własnych łzach - na koniec złożyłam na policzku pana Straussa mały, całkiem uroczy buziak. Nie odepchnęłam go, bo ogarnęła mnie obojętność odnosząca się do wszystkich nędznych poczynań.
Nim ktokolwiek zdążył ponownie otworzyć swoje usta w celu wypowiedzenia jakże znaczących słów do dalszej dyskusji, przerwałam im prowadzącą donikąd, cholerną dziecinadę.
- Zamknijcie się! - warknęłam głośniej niż przypuszczałam. Nie żebym nagle stała się przewrażliwiona na swoim punkcie (lub, o zgrozo, Lewisa), ale nie czułam najmniejszej potrzeby trwać pomiędzy tymi beznadziejnymi zdaniami. Żartować mogliśmy wszędzie, chociażby w drodze POWROTNEJ do KAPITOLU. To stanowiło znacznie lepszą scenerię do rozmów na bezsensowne tematy.
- Albo zaczynamy działać, albo wracam pieszo do Kapitolu. Wyruszę jeszcze dziś. Pie-szo, rozumiecie? - Dla hecy złożyłabym sobie buty na najwyższym obcasie jaki posiadałam w tej dziurze. Droga w cierpieniu ku odkupieniu, prawie udało mi się zrymować. Kto by się spodziewał, że węgiel rodził poetów? - Najchętniej z waszych kości zrobiłabym sobie kij pasterski. - Wcale nie brzmiałam na wściekłą. Brzmiałam tylko groźniej niż wulkan tuż przed erupcją.
- Czy nasze wcześniejsze plany uległy nagłej zmianie? - wymownie na nich spojrzałam, starając się przywrócić pamięć tym degeneratom umysłowym. - Rose, nie martw się… opowiem ci wszystko przy skrobaniu marchewki.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t1940-mathias-le-brun
http://panem.forumpl.net/t3011-mathias#46489
http://panem.forumpl.net/t1311-mathias-le-brun
http://panem.forumpl.net/t2098-come-to-mommy-my-little-fucker
Wiek : 26 lat
Zawód : #Mathias
Przy sobie : kapsułka cyjanku wszyta w kołnierz, rewolwer, miljon ton heroiny i jakieś podróżne ciuszki
Znaki szczególne : #Mathias
Obrażenia : #Mathias

PisanieTemat: Re: Baraki   Nie Cze 14, 2015 10:00 pm

Przypierdolę Ci...
...tu. I tam. I tam. I tam też.
Trwał i wpatrywał się zdegustowany w uzewnętrzniającego się Ferrisa po wielu przemyśleniach, analizie sytuacji i przede wszystkim opłacalności dochodząc do wniosku, że zabicie go czy tam kolokwialnie mówiąc – zajebanie – wymagałoby energii tyle, na ile w obecnym wyczerpaniu i głodzie go nie było stać. Ostatki jego nadziei przepadły, gdy Rose odezwała się swoim anielskim aksamitnym głosem łagodząc odrobinę jego zaostrzone wkurwienie i obniżając rosnące z każdą chwilę ciśnienie, aby poddał się przemęczeniu, nostalgii i zamilkł, zanim na dobre się odezwał. Łowiąc ze swojego chaotycznego umysłu ostatki rozsądku, poddał się jego podszeptom, choć trudno nazwać to spokojem ducha czy odzyskaniem niezmąconego szaleństwem rozumu, bowiem znajdował się na skraju wyczerpania psychicznego, fizycznego, karmiąc się wściekłością i bezsilnością. Czekał na moment, nadrabiał siły, aby w odpowiednim momencie wybuchnąć, wedrzeć się znów na scenę, zwrócić na siebie uwagę tłumów i zagrać główną rolę w przedstawieniu kukiełkowym.
Cisza przed gównoburzą.
Nawet dziewicze jęki Amelle przyjął lekko, zastanawiając się, czy podczas igraszek z Lewisem będzie krzyczeć równie głośno, bo wolał tę noc przespać spokojnie, choć spokój to pojęcie względne i znów będzie walczył z cieniami umarłych zaplatającymi się ciaśniej i ciaśniej na jego zbolałym sercu. Dopiero gdy zapędzano go do klatki, uświadamiał sobie, jak bardzo cenił wolność, lecz ta objawiała się różnorako i nie była dla niego tym, czym była dla innych ludzi; w klitce zwanej Kwartałem czuł się swobodnie, Dzielnica była dla niego obca, dusząca, czuł się w niej jak karaluch, którego obdarzano wzrokiem pełnym obrzydzenia i podejmowano wszelkie kroki aby zdeptać, wypędzić i zniszczyć. To takie niesamowite, poetyckie, wolność oczami zdegradowanego emocjonalnie człowieka popędzanego jedynie własnymi pragnieniami i kierującego się zakrzywionym kodeksem moralnym.
Pieprzenie.
I tak życie każdego z nich przeżuje, strawi i wydali.
Jakkolwiek dobrzy by nie byli – nawet w łóżku.
Odchrząknął próbując zebrać myśli i skalkulować, na ile dni wystarczy mu towaru biorąc pod uwagę ucieczkę i ewentualne (nie)dopuszczalne opóźnienia. Był to najprawdopodobniej najbardziej skomplikowany proces myślowy w przeciągu miesiąca/roku/życia, na który sobie pozwolił, aby dotrzeć do finału przynoszącego zatrważające wieści.
-Tydzień – rzucił cicho celując słowem w powietrze i nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej oczy wszystkich zwróciły się ku jego pomalowanej dezorientacją pomieszaną ze strachem twarzy – O chuj. Bez jaj. Musimy działać – oświadczył nad wyraz pewnie ożywając nagle i rozglądając się po wszystkich – Amelle ma rację – zero zwątpienia. Elle, skarbie, nagrałaś to, czy byłaś zbyt zajęta urabianiem Lewisa? - Mam plan i to jest bardzo dobry plan – dał wszystkim chwilę na okazanie zwątpienia względem jego niekwestionowanego geniuszu – SŁUCHAJCIE. Ferris proponuje jakiemuś strażnikowi dobre ruchanko, on przyprowadza swoich kolegów, Ferris olśniewającą Rose i Elle. Potem ich zabijamy, przebieramy się w MUNDURY I UCIEKAMY – ostatnie zdanie wypowiedział z niemałą ekscytacją nie mogąc się tego doczekać – i... ten, improwizujemy, bo który dystrykt jest koło dwunastki, ktoś ma mapę?


fuck you all
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t3300-ferris-lovercraft
http://panem.forumpl.net/t3305-wujek-ferris
http://panem.forumpl.net/t3304-ferris-lovercraft#51614
Wiek : 57
Zawód : męska dziwka
Przy sobie : wielofunkcyjny scyzoryk, karty do gry, gram dowolnego narkotyku, zwój liny

PisanieTemat: Re: Baraki   Sob Cze 20, 2015 8:42 pm

Szczere rozbawienie Ferrisa w obecnej sytuacji było chyba nie na miejscu - styrani (niemal) niewolniczą pracą przekomarzali się, rozprawiając o standardach baraków (do Hiltona jeszcze daleko) i dywagując nad czystością Lewisa. W zasadzie nie; dwunastkowa rzeczywistość okazała się fchuj śmieszna, żeby nie powiedzieć komiczna. Lovercraft nie powstrzymywał kołtuńskiego uśmieszku na wąskich wargach, ukontentowany nowymi-starymi realiami. Nie brakowało mu przecież niczego prócz gorącego ciała nad... w nim. Nie musiał obawiać się złapania syfa, prawdopodobnie zdążył uodpornić się na wszystkie choroby przenoszone drogą płciową. Możliwe, że wirusy hasały w jego organizmie swobodnie, a on nadal czuł się znakomicie, jakby zeżarcie od środka stanowiło wyśniony koniec. Przynajmniej lepszy od kopalnianej tragedii lub wykrwawienia się podczas krojenia cebuli. Nie doceniali go - mógł zabrać ze sobą kilka strażniczych istnień, nieprzystosowanych do symbiozy z pasożytami. Rozwiązłość mężczyzny jawiła się w postaci heroiny (bohaterki?) i kompletnie nie rozumiał spięcia i pośpiechu swojej uroczej grupy wzajemnej adoracji. Ani zarzutów pod jego adresem, doprawdy. Mógłby się obrazić, ale miał to wszystko (i znacznie więcej) w dupie, więc tylko podrapał się w kroku i uśmiechnął się przepraszająco. Nie pozostawało mu nic innego - bezuchy miał swoją dziunię (chyba już wiedział, kto w tym związku był górą), a Amelle i Lewis nie raczyli zrobić mu miejsca w swoim łóżku. Nic niezwykłego, iż szukał innych sposobów, które nie angażowałyby jego lewej ręki. Pozostawał zresztą nadal szalenie pruderyjny, oszczędzając miłemu towarzystwu relacji z bachanaliów rozgrywających się w domach nadzorców. Le Brun i Vangeance udrażniali kanały, powinni domyślać się, jak to wygląda. Ferrisa mógłby przerżnąć koń i białe mundurki o tym wiedziały, toteż teraz ledwo mógł usiedzieć, noszony rozrywającym bólem. I ochotą na więcej, oblizywał spierzchnięte wargi, patrząc na Mathiasa łakomym wzrokiem, aczkolwiek zachowywał dystans (jeszcze); był przywiązany do swojego języka (narzędzia pracy) i nie chciał, by Rose mu go wyrwała w ramach zemsty za bałamucenie jej chłoptasia. Mimo niebezpieczeństwa (lub właśnie dlatego) nie odpuścił sobie, lubił kiedy ostatnie słowo należało do niego.
- Jak przyjdzie co do czego, NIE POWINNAŚ nam przeszkadzać - zauważył radośnie, nie szukając aprobaty u nikogo. Miał przecież rację, takie zachowanie byłoby wysoce niekulturalne i egoistyczne. Nie przerywa się przecież ludziom dobrego pukanka, a zwłaszcza kiedy dochodzą. Jak jednak biedna Rose mogła rozumieć m(i)ęską psychikę? Ponoć faceci myślą kutasami - gdy penis był w potrzebie, wszystko inne nagle ulegało litocie, zupełnej degradacji, ponieważ najważniejsze było zaspokojenie potrzeb instrumentu wybijającego rytm ich istnienia. Ferris wierzył w dogmatyczną Trójcę Świętą, objawiającą się w postaci Wzwodu, Orgazmu i Wytrysku - mógł oskarżyć Rose o obrazę uczuć religijnych, ale był przecież człowiekiem niezwykle wyrozumiałym i ugodowym. Dlatego tylko kiwał głową i uśmiechał się pobłażliwie.
- Moja nerka kupiłaby ci podróż do Kapitolu pierwszą klasą, słonko - wytknął dziewczynie, zadzierając wyżej nogi w seksownych, dobrze kryjących rajstopach. W Panem środkiem płatniczym były zielone, choć obowiązująca waluta obejmowała również błogosławieństwa natury. Umiłowanie człowieka i humanizm charakteryzowały porażającą większość mieszkańców kraju, ale najwidoczniej Garroway nie dorosła do renesansowej idei. W ciągu jej monologu, Lovercraft starał się udawać, że mu wstyd. Trudne zadanie dla kogoś, kto nie znał podobnego pojęcia. Mogłabyś mnie do nich przekonać - pomyślał, przybierając skruszoną minę Piotra, zapierającego się własnego Mistrza, co poniekąd czynił. Dla świętego spokoju; nie potrzebowali awantury i skakania sobie do gardeł w celach innych niż biologiczne. Mężczyzna lekceważąco wzruszył ramionami, odpuszczając grzeszki przyszłej pani le Brun i kontynuował grzebanie ręką między nogami. Nasadzając śnieżnobiały (kiedyś) czepeczek z powrotem na głowę, zwrócił się do Elle, która sprawiała wrażenie ociupinkę zbulwersowanej ich opieszałością.
- Zamiast strugać kij, z kości mogę zbudować ci lektykę - zaproponował, ironicznie unosząc brew. To byłby dopiero cudowny, pocztówkowy obrazek z Dwunastki, godny propagandowych hiciorów puszczanych pomiędzy horrorem klasy B i reklamą pampersów. To, że obóz pracy w niczym nie przypominał ich panemowego marzenia nie zaskoczyło go zupełnie, jednak... ogarniało go lenistwo i znużenie, więc ostatecznie mógł udzielić pomocy dzieciaczkom. Które pewno nie poradziłyby sobie bez wujka Ferrisa, co potwierdził Mathias, zrzucając na niego sporą odpowiedzialność. Czego nie lubił. Jeszcze bardziej zaś nie lubił stawiania go przed faktem dokonanym, a młody brzmiał potwornie poważnie i wyglądało na to, że nawet protesty zniesmaczonej Rose nie przekonają go do zmiany tego genialnego planu.
- Te szmatławe pizdolizy na to polecą - powiedział bez wahania - mogę dać się wydymać i wprowadzić nasze laski, ale to wciąż daje deficyt mundurów, panie matematyku. Chyba, że dziewczęta poświęcą nie jeden, a dwa otwory. O ile się zgodzą, rzecz jasna - dodał obojętnym tonem, poprawiając przerzedzone włosy - knujmy szybciej, mam ochotę zholmsić Sherlocka - popędził kobietki do zaakceptowania bądź odrzucenia ich umowy - społecznej?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t3246-lewis-vangeance
http://panem.forumpl.net/t3248-vangeance-lewis-vangeance
http://panem.forumpl.net/t3247-lewis-vangeance
Wiek : 26
Zawód : Etatowy muzyk
Przy sobie : zapalniczka, trzy paczki papierosów, fałszywy dowód tożsamości

PisanieTemat: Re: Baraki   Nie Lip 05, 2015 9:40 pm

Chciał nawet cofnąć rękę, ale skoro wizja amatorskiego kręgarza została odroczona to ścisnął Amelle jeszcze bardziej. Skoro pozbyła się jego spodni to jest mu winna jedną sztukę garderoby do zniszczenia. Chociaż pocięcie, na przykład, stanika byłoby bardziej efektowne to Lewis nie był zachłannym człowiekiem i cieszył się małym rzeczami. Także tym, że pani Strauss nie zrobiła mu karczemnej awantury za naruszanie przestrzeni osobistej. W końcu odgrywali małżeństwo, a nie byli nim. No i nie miał pojęcia, jaki stosunek ma do jego poprzednich ingerencji w jej strefę prywatną. Ta kobieta jest totalnie nieprzewidywalna.
Zamiast wgłębiać się w tę buzującą niepotrzebnymi emocjami i pretensjami dyskusję postanowił zapalić. I tak był naprawdę powściągliwy. W ciągu tego całego, nieludzkiego dnia pracy wypalił zaledwie dwa papierosy. Wiedział, że był w o wiele lepszej sytuacji od Mathiasa, którego głód i syndrom odstawienia na pewno prezentowały się o wiele gorzej. Jemu jedynie ręce trzęsły się dłonie jak po całonocnym graniu na fortepianie i komponowaniu jak w transie. Rzucał też od czasu do czasu soczystą wiązanką w ludzi, którzy przypadkowo weszli mu w drogę czy na odcisk. To naprawdę małe piwo, zwłaszcza, że zdarzały mu się już wcześniej dłuższe przerwy w związku z tytoniem. Teraz był całkiem nieźle wyposażony. Ba, przy radosnych prognozach może nawet starczy mu do powrotu z tej uroczej wycieczki.
Wyciągnął z kieszeni koszuli, którą nosił pod swetrem paczkę papierosów. Wyglądała na lekko wytarmoszoną po całym dniu pracy, ale na szczęście żaden papieros nie uległ uszkodzeniu. Zadowolony wsunął jedną sztukę między wargi, chociaż nie miałby nic przeciwko wypaleniu pięciu na raz. Powstrzymało go sumienie każące nie marnować cennego towaru. Schował, więc pudełko z powrotem, nie mając zamiaru dzielić się z kimkolwiek. Wszyscy wiedzieli, że wyjeżdżają, trzeba się było odpowiednio zaopatrzyć.
Zapalając wsłuchiwał się w genialny plan, jaki utkali Mathias z Ferrisem. Dziwił się, że w ich założeniu wszystko jest takie proste, żadnych przeszkód. Nie zakładali żadnych niespodziewanych przeciwności. Musieli być cholernymi optymistami. Jemu samemu nie uśmiechało się za bardzo mordowanie z zimną krwią. Po pierwsze to tylko upodabniało ich do tych, z którymi chcieli walczyć. Po drugie po prostu nigdy nikomu nie odebrał życia. Nie był na arenie jak Ferris, był po prostu dobrze urodzonym facetem, któremu wyczerpał się limit na szczęście. Wiedział jednak, że jakoś muszą się stąd wydostać.
- Nie musimy używać wszystkich darów natury dziewczyn – odparł wypuszczając pierwszą falę szarego dymu z ust. – Trzy mundury wystarczą. Można udawać, że odprowadzamy poszukiwanych zbiegów do Kapitolu. To będzie bardziej wiarygodne niż wracający radośnie z dwunastki strażnicy.
Trafił na tę szaloną wycieczkę bez wyraźnej misji i na pewno nie był mózgiem operacji, ale mógł w końcu rzucić jakieś spostrzeżenia. Bo nie łudził się, że dziewczyny tak chętnie przystaną na ten genialny plan z kopulacją w tytule. Zaciągnął się porządnie i wzruszył ramionami, aby podkreślić, że to tylko propozycja.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : Troublemaker
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Baraki   Pon Sie 10, 2015 1:28 pm

Dzień po przybyciu czwartego transportu z Kapitolu, gdy większość mieszkańców baraków szykowała się już do pracy, z jednego z nich dało się słyszeć głośne zawodzenie. Kobiecy krzyk roznosił się po okolicy przez jakiś czas, a później zamienił się w urywany szloch. Strażnicy nie reagowali, bardziej zajęci poranną kontrolą i ustawianiem w dwuszeregu mężczyzn, którzy lada chwila mieli oddalić się w kierunku kopalni.
A kobieta dalej zawodziła w najlepsze, sprowadzając na siebie nieprzychylne spojrzenia mieszkańców baraku.


Szansa numer trzy potrwa do 17 sierpnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t2345-amelle-ginsberg#33182
http://panem.forumpl.net/t2351-ruda-elle#33213
http://panem.forumpl.net/t2346-amelle-ginsberg#33183
Wiek : dzwadzieścia jeden
Zawód : tancerka... dorywczo podróżniczka po dystryktach
Przy sobie : zdobiony sztylet, leki przeciwbólowe, kawałek ćpuńskiego arsneału matfjasa, pistolet, kamera, trochę dolarów, fałszywy dowód tożsamości [barbie strauss], potwornie okrojona garderoba, przytojny mąż
Znaki szczególne : ruda głowa i ogormna duma
Obrażenia : nos po złamaniu idelanie nastaiwony, heh

PisanieTemat: Re: Baraki   Nie Sie 16, 2015 11:57 pm

    | Po drugiej szansie.
Wychodziłam do pracy, zadając sobie po raz kolejny te same pytania. Dlaczego byłam tak naiwna? Czy w rzeczywistości postrzegano mnie jako głupią, młodą dziewczynką, która wierzyła w możliwości jakikolwiek zmian? Czemu zgodziłam się dobrowolnie wyruszyć na nieznane wody (a raczej suche tereny) dystryktu Dwunastego, zabawiając się w superbohatera z przeidealizowanych filmów pseudofabularnych, które nigdy nie miały szansy sprawdzić się w realnym życiu? Bo były tylko filmami, dwugodzinną historią zamkniętą w ramach opatrzonych finezyjnymi klamrami, które posiadały określony początek oraz koniec.
W moim istnieniu już od dłuższego czasu nic nie zostało jasno określone, zaciśnięte pewnym początkiem oraz końcem. Wszystkie fabularne wątki uciekały gdzieś na boki, pozostawiając mnie samą. Nawet wtedy, kiedy przystanęłam przed wyjściem z baraków, nie mogłam narzekać na własny los. Ściskając torbę z najcenniejszym przedmiotem wyprawy - kamerą wraz z kartą pamięci, nie miałam prawa po raz tysięczny przeklinać własnego losu. Zrozumiałam to gdzieś pomiędzy kolejnym dniem wypełnieniom głodem i zimnem, który nie różnił się niczym od wczoraj… zapewne nie miał w planach różnić się od przedwczoraj a pracą na kuchni, ograniczająca się do obierania kolejnej porcji ziemniaków.
Chciałam siebie znienawidzić za własną… lekkomyślność, desperację, łatwość podejmowania decyzji? Właśnie - za co konkretnie? Wtedy nie potrafiłam tego nawet stwierdzić. Przymknęłam lekko powieki, odrzucając pewną przerażającą myśl, która różniła się ode mnie we wszystkim. Umiałabym je przetrawić, gdyby tylko nie dotyczyło tej Amelle Ginsberg, którą stanowiłam nieprzerwanie do dwudziestu jeden lat.
Co, jeżeli czysto hipotetycznie, zaczęło mi zależeć? Może zaczęłam zwracać uwagę na coś więcej niż czubek własnego nosa, wodzący za kolejną rozrywką?
Na całe szczęście nie zostałam zmuszona do odpowiedzi na to pytanie. Czyjś przeraźliwy krzyk rozdarł ciszę porannej kontroli. Znieruchomiałam, czkając na czyjąkolwiek reakcję. I nigdy nie zgadlibyście, kto ruszył w stronę teatralnie histerycznego szlochu.
Jasne, że ja.
- Przepraszam? - zwróciłam się śmiało do kobiety, która najprawdopodobniej zaledwie przed minutą, może dwoma uwalniała z siebie diabelskie dźwięki. - Mogę jakość pani pomóc? Przejść z panią do punktu medycznego? - Na studiach pokazywali nam, w jaki sposób przeprowadzać prawidłowo pierwszą pomoc, jednak ja już zdążyłam popełnić pierwszy, podstawowy błąd. Zignorowałam własne bezpieczeństwo, nie rozglądając się dookoła w poszukiwaniu toksycznych substancji lub linii wysokiego napięcia. Przecież, równie dobrze, ta kobieta mogła mnie zasztyletować i sprzedać moją torbę za dodatkowy talerz zupy. Zycie to nieprzewidywalna dżungla!
Tak, to byłam właśnie ja. Ruda matka wszystkich uciśnionych o niewyczerpanych pokładach empatii z nadzieją na ogromny pogrzeb w Kapitolu.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : Troublemaker
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Baraki   Sro Sie 19, 2015 9:12 pm

Nieznajoma kobieta, na oko grubo po trzydziestce, przestała na chwilę zawodzić i obdarzyła Amelle nieco przestraszonym spojrzeniem. Wyglądało na to, że wcześniej nikt nie odważył się wyciągnąć ku niej pomocnej dłoni.
Spoglądała na rudowłosą przez krótką chwilę, a wreszcie jej podbródek zaczął niebezpiecznie drżeć i ponownie wybuchnęła głośnym płaczem.
- Moje dzieeeecko - jęczała, kołysząc się w przód i w tył na starym, dziurawym materacu, który widocznie robił za jej posłanie - Zabrali moje dziecko!
Szlochanie nie ustawało, ale kobieta w żaden sposób nie określiła, czy potrzebuje jakiejkolwiek pomocy. Wtedy do pomieszczenia weszła jeszcze jedna osoba, młoda dziewczyna o pucołowatej buzi i jasnych włosach, związanych w wysoki kucyk.
- Przywiozła tu ze sobą noworodka - szepnęła teatralnie do Amelle, udając, że układa na stosiku jakieś stare szmaty - Znaleźli go rano, jak zaczął ryczeć. Jutro zabierają go z powrotem do Kapitolu - dodała, gestem dłoni pokazując, że według niej zawodząca kobieta miała nie po kolei w głowie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Baraki   

Powrót do góry Go down
 

Baraki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Baraki

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Reszta Panem :: Dystrykty :: Dwunastka-