IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Maeve Blackwood

 

 Maeve Blackwood

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t3214-maeve-blackwood?nid=8#50206
http://panem.forumpl.net/t3216-mejw
http://panem.forumpl.net/t3215-maeve-blackwood#50207
Wiek : 24 lata
Zawód : kwiaciarka
Przy sobie : paralizator

PisanieTemat: Maeve Blackwood   Wto Lut 10, 2015 10:08 pm


Maeve Blackwood
ft. Helena McKelvie
data i miejsce urodzenia
16 kwietnia 2259r., Kapitol
miejsce zamieszkania
getto
zatrudnienie
kwiaciarnia
Rodzina

Blackwoodowie przed rebelią należeli do całkiem liczących się rodzin. Nasze nazwisko co jakiś czas rozbrzmiewało wśród elit i myślę, że nawet budziło szacunek. Chociażby najmniejszy. Mój ojciec, Nestor, zaliczał się do grona najbliższych współpracowników Snowa. O tym, że prezydent darzył go swego rodzaju sympatią świadczy fakt, że ojciec utrzymał się u jego boku chyba najdłużej, nigdy nie przydarzył mu się jakiś tajemniczy przykry wypadek. Nie był człowiekiem okrutnym i nieczułym, charakter miał raczej dobrotliwy, a mimo to całą swoją postacią zmuszał swoich przeciwników do gięcia przed nim karku. Niezwykle silna osobowość – tak określała go moja matka, Frida. Która również miała twardy charakter. Kiedyś była aktorką, ale przestała występować, gdy została dyrektorem teatru. Trzymała w ryzach całą instytucję. Kiedy przekraczała próg teatru,  na każdym korytarzu i w każdym pomieszczeniu, w którym się pojawiała, zapadała cisza i niedługo po niej gorliwe pozdrowienia. Mój brat, Gideon, zawsze był tym najzdolniejszym, najmądrzejszym, najbardziej zaradnym i zawsze zbierał najwięcej słów pochwały od wszystkich znajomych rodziców.
Byłam też taka ja. Cicha, nijaka, strachliwa. Ledwo zauważalna, bez żadnych wybitnych osiągnięć na żadnym polu.
(...)


Historia

(…)
Tworzyliśmy rodzinę, dopóki nie skończyłam sześciu lat. Idylliczna atmosfera mojego dzieciństwa psuła się stopniowo wraz z każdą kolejną kłótnią rodziców, na jakiej udało mi się ich przyłapać. Aż w końcu nastąpił rozwód. Wtedy nie rozumiałam, co to znaczy. W jego wyniku Gideon miał odtąd mieszkać razem z matką, ja zostałam sama z ojcem. Nie wiedziałam, dlaczego tak ma być i co jest tego przyczyną. I właściwie dalej tego nie wiem. Wtedy ojciec nie chciał mi nic powiedzieć, ponieważ byłam zbyt mała, później stało się to zbyt ciężkim i trudnym tematem, by go w ogóle poruszać. Mój kontakt z Fridą i Gideonem urwał się na kilka lat.
Powoli przestało być wesoło, ponieważ ojciec był bardzo zapracowanym człowiekiem. Wcześniej jego nieobecność zapełniała mi matka i brat, przez co tak silnie tego nie odczuwałam. Czas zajmowały mi więc niańki, z którymi nie mogłam jednak znaleźć wspólnego języka, dlatego też wyczekiwałam każdej wolnej chwili ojca. Szybko doszłam do wniosku, że skoro Nestor tak ciężko pracuje, to ja powinnam przynajmniej świetnie się uczyć. Nie było już Gideona, którego mógłby chwalić za dobre wyniki w nauce, miał tylko mnie, a ja postanowiłam mu pokazać, że mogę być tak samo zdolna jak mój brat. Może wtedy chciałby spędzić ze mną więcej czasu. Jednak im byłam starsza, tym bardziej się ode mnie odsuwał i stawał się bardziej wymagający i surowy. Chyba zwyczajnie nie chciał mnie wychować na rozpuszczonego bachora, ale ja odebrałam to bardzo osobiście. Odsuwał się ode mnie, więc coś robiłam nie tak. W czymś musiałam zawinić, bo inaczej nie doszłoby do tego, prawda? Od tamtego momentu wręcz obsesyjnie pragnęłam go zadowolić, sprawić, żeby był ze mnie dumny i żeby mnie pochwalił.
Od zawsze bolało mnie to, że wszyscy w mojej rodzinie są tacy świetni, mądrzy, że wszystko im wychodzi. Dopóki nie poszłam do liceum, w głowie przez cały czas miałam obraz ojca-polityka, matki-dyrektorki teatru oraz brata-rodzinnego geniusza. Oni się liczyli, byli naprawdę kimś, nawet Gideon, który w chwili naszego rozstania miał dziewięć lat, a już zbierał pochwały od ważnych ludzi Kapitolu za swoje mądre spostrzeżenia w towarzystwie. A ja? A ja nie potrafiłam nawet wyrazić swojej opinii na forum w obawie przed ośmieszeniem. Tak mi przeszkadzało to, że byłam taka różna od swoich rodziców, że wypruwałam sobie flaki tylko po to, żeby zadowolić ojca. Ale on tego nie widział, każdy mój wysiłek pozostawał niezauważony, a na mnie patrzył tylko z rosnącym politowaniem. Marzyłam, by mnie dostrzegł, by uznał moje starania i powiedział mi, że jest dumny z tego, że jestem jego córką, ale tych słów się nie doczekałam. Jedyne, na co mogłam liczyć, to poczochranie po włosach i krótki śmiech, łączony z pochwałą „bardzo ładnie, moje dziecko”, która co prawda sprawiała mi radość, ale nie była wystarczająca. Sfrustrowana tym, że nie jestem w stanie sprawić, że czułby dumę z moich osiągnięć, postanowiłam przynajmniej zasłużyć na szacunek rówieśników. Gdy skończyłam czternaście lat, zaczęłam chodzić na pierwsze imprezy.
Moje imprezowanie i przesadzanie z alkoholem miało jeszcze jeden powód. Poszłam do liceum i tam po raz pierwszy od rozwodu rodziców spotkałam Gideona. Ucznia wybitnego, wychwalanego pod niebiosa przez każdego nauczyciela, dumę szkoły, wzór do naśladowania. Był lepszy ode mnie w dosłownie wszystkim, ale chorobliwa zazdrość mnie nie dotknęła. Czułam raczej wielki podziw, imponował mi, dlatego ja, jako szara, tchórzliwa myszka, chciałam się stać taka, jak on. Koniecznie. Po tym, jak to postanowiłam, stałam się dosłownie jego cieniem. Łaziłam za nim wszędzie, wtedy, kiedy mi na to pozwalał i wtedy, kiedy wolał, bym jednak tego nie robiła. Naśladowałam go niemalże we wszystkim, nie dawałam mu odpoczynku od siebie. Byłam obok niego na każdym korytarzu szkolnym, każdej imprezie, na ulicy w drodze do domu – wszędzie. Chyba miałam nadzieję, że jeśli dłużej będę z nim przebywać, to na pewno stanę się taka mądra i świetna jak on. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że moja nieustanna obecność może być dla niego uciążliwa. Zresztą, sam Gideon specjalnie się nie skarżył, pozwalał mi na wszystko. Po kilku miesiącach zaprosił mnie nawet do siebie, żebym spotkała się i z matką. Dzisiaj wiem, że zgodzenie się na to było najgorszą możliwą decyzją.
Najpierw zaskoczyło mnie miejsce, w którym mieszkali. Stary, prawie rozpadający się budynek w jednej z gorszych dzielnic miasta. Fridy prawie nie poznałam. Wychudzona, z poszarzałą cerą, mocno podkrążonymi oczami i trzęsącymi się dłońmi stanowiła cień dawnej siebie. I ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ponieważ nie omieszkała mi powiedzieć tego oraz parę innych bardzo przykrych rzeczy. Niedługo po wejściu wybiegłam z budynku z płaczem, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałam. Własna matka mnie nienawidziła, a ja nie zupełnie nie pojmowałam dlaczego. Przecież byłam jej córką, przecież po takim czasie rozłąki powinnyśmy wpaść sobie w ramiona, powinnyśmy być swoimi najlepszymi przyjaciółkami. Słowa pełne jadu, nienawiści, ale i rozgoryczenia nie powinny mieć miejsca. Do tamtego momentu nie zdawałam sobie sprawy z rozmiaru konfliktu rodziców. To nie były zwykłe kłótnie, jak myślałam do tej pory, to musiało być coś więcej.
Gideon, którego od tamtej pory unikałam jak ognia, wkrótce ukończył szkołę i od tamtej pory więcej go nie spotkałam. Matkę za to spotykałam przez jakiś czas całkiem regularnie, zawsze przez przypadek i nigdy nie były to miłe spotkania. Frida tylko ze mną rozmawiała, ale robiła to w taki sposób, poruszała takie tematy, że za każdym razem odchodziłam z drżącymi wargami i samooceną wdeptaną w ziemię. Najgorsze było to, że nie mogłam jej w żaden sposób unikać. To ona jakimś magicznym sposobem zawsze wiedziała, gdzie mnie znaleźć. Chciała, żebym poskarżyła się ojcu? Czy raczej wiedziała, że i tak tego nie zrobię? Cóż, jeśli liczyła na to drugie, to miała rację. Nestor w tamtym czasie pracował wyjątkowo ciężko, często się nie wysypiał i chodził rozdrażniony. Raz spróbowałam nawiązać do tematu matki, ale spotkało się to tylko z niechętnymi burknięciami, więc szybko z tego zrezygnowałam. Miał wystarczająco dużo problemów na głowie, a ja nie chciałam być kolejnym.
Dlatego też imprezy były doskonałym pomysłem, jeśli chodzi o oderwanie się od rzeczywistości. I zdobycie sympatii rówieśników przy okazji. Tak mi się przynajmniej wydawało na początku.
W „balowaniu” nie znałam umiaru. Jeśli chciałam przypodobać się rówieśnikom, musiałam robić to, co oni. I chociaż nie powiem, że picie alkoholu i głośna muzyka to rzeczy, za którymi przepadałam, to jednak po pewnym czasie przywykłam. Przywykłam zresztą do wielu rzeczy. Jako że pochodziłam z naprawdę zamożnej rodziny, „przysługiwało mi” miejsce w paczce bogatych dzieciaków. Razem robiliśmy różne rzeczy, niektóre całkiem zabawne, a niektóre… niekoniecznie. Nie widziałam niczego zabawnego w dokuczaniu innym tylko dlatego, że mieli mniej pieniędzy ode mnie, ale i tak to robiłam. Ze strachu, że moi koledzy i koleżanki mnie odtrącą, robiłam to, co oni, nawet jeśli wieczorami wyrzucałam sobie swoje okropne zachowanie.
Zmianę przyniosły dopiero studia, kiedy matka przestała mnie już nachodzić, a ja musiałam wybrać kierunek. Zagubiona w odczuciach dotyczących mojej osoby, moich relacji z innymi i tego, jaka byłam naprawdę, zdecydowałam się na psychologię. Stwierdziłam, że może to pomoże mi dojść do ładu ze sobą.
I cóż, nie pomogło, ponieważ błędy z liceum nie zostały mi ani zapomniane, ani wybaczone. Postanowiłam odciąć się od mojej dawnej „paczki”, dlatego na korytarzach zazwyczaj byłam sama. Właśnie taką samotną zastały mnie osoby, dla których w szkole średniej bywałam nieprzyjemna. I bardzo szybko zrozumiałam, jak szydzenie z kogoś może być bolesne. Nie potrafiłam się bronić przed słowami ani drobnym, lecz odczuwalnymi, złośliwościami i pomimo pełnej świadomości, dlaczego mnie to spotyka, nie potrafiłam też znosić tego w spokoju. Tylko na początku uciekałam z podkulonym ogonem, w późniejszym czasie przyjęłam postawę podobną do tej, którą pokazywałam w szkole średniej – zadzierałam nosa i udawałam, że nic mnie nie rusza. W poduszkę wypłakiwałam się dopiero wieczorami, kiedy nikt nie mógł mnie zobaczyć.
O całej sytuacji nie wspomniałam ojcu słowem. Miał wystarczająco dużo zmartwień na głowie. Dodatkowo wiem, że patrzył na mnie krzywo, ponieważ zdecydowałam się na psychologię. Spodziewał się, że będę studiować jakiś kierunek ścisły albo coś poważnego, jak na przykład prawo. Było mi źle z tym, że zawiodłam jego oczekiwania, że się mną rozczarował i że pewnie żałował, że to nie wychowanie Gideona mu przypadło, ale chciałam w końcu zrobić coś tylko dla siebie. Jak na tym wyszłam to inna sprawa.
Już pod koniec studiów zaczęłam dostrzegać, że z moim wzrokiem coś się dzieje. Że w polu widzenia miałam jakieś dziwne plamki, a wieczorami potrzebowałam naprawdę mocnego światła, by móc bez żadnych problemów przeczytać książkę. Z podzieleniem się tą informacją z Nestorem nie zwlekałam, cała sytuacja mocno mnie zaniepokoiła i wolałam jak najprędzej znaleźć sposób na tę przypadłość. Okazało się jednak, że to wcale nie jest takie proste. Że moja choroba jest genetyczna, nieodwracalna i postępująca, a w dodatku ma przebieg agresywny, bo zmiany są szybkie. Lekarz zalecił zastrzyki dogałkowe, mające opóźnić przebieg ślepoty. Lekarze przepowiadali mi utratę wzroku. Możliwą, nie konieczną, ale jednak najbardziej prawdopodobną.
Terapia pomogła, choroba zatrzymała się w takim stanie, w jakim była, kiedy przyszłam na pierwszy zabieg. Jednak zabiegi wymagały regularności, a także tego, bym odpowiednio się odżywiała i uprawiała sport.
A potem nadeszła rebelia.
Mnie i mojego ojca złapano i zamknięto w getcie. Nasze życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Pojawił się głód i niedostatek, skrajna bieda, do której żadne z nas nie było przyzwyczajone. Najgorzej było na początku, kiedy oprócz przydzielonego mieszkania nie mieliśmy nic. K o m p l e t n i e nic. A już zwłaszcza jedzenia. Ani ja, ani ojciec nie znaleźliśmy jeszcze pracy, wolne stanowiska umykały nam sprzed nosa. I wtedy zrozumiałam, że teraz to najwyraźniej ja muszę coś zrobić, bo inaczej głód szybko by nas wykończył. W zupełnej desperacji podjęłam decyzję o czynie chyba najbardziej uwłaczającym kobiecie, ale to miało zapewnić nam przetrwanie, więc tylko zacisnęłam zęby. Właściwie, opłacało się, bo po tym ojciec, zgodnie z obietnicą, otrzymał pracę, wkrótce ja również coś znalazłam i jakoś zaczęliśmy wychodzić na prostą.
Odkąd z Nestorem trafiliśmy do getta, zżyliśmy się ze sobą jeszcze bardziej. W końcu mogliśmy polegać tylko na sobie, dlatego każde z nas bardzo dbało o to, żeby nie stracić drugiego. Co prawda byłam pod jeszcze większą kontrolą ojca, ale nie przeszkadzało mi to, ponieważ wiedziałam, jak bardzo się o mnie martwi. I doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, jak bardzo getto jest niebezpiecznym miejscem. Wcale nie zdziwił mnie nakaz ojca, żebym nikomu nie ufała i to, że zdobył skądś paralizator, żebym mogła się bronić. Ja sama nakazałam mu zaraz po pracy wracać prosto do naszego mieszkania.
Wszystko było względnie w porządku, dopóki nie ogłosili pierwszej wywózki do dystryktu Dwunastego. Mój ojciec miał być jednym z tych, którzy tam pojadą. Przeżyłam wielki szok, kiedy mi o tym powiedział. Tyle uważaliśmy, żeby żadnemu z nas nic się nie stało, wystosowaliśmy tyle środków ostrożności, nie pakowaliśmy się w podejrzane akcje, unikaliśmy niepewnych osób, każde z nas miało pracę! Nowemu prezydentowi Adlerowi chyba musiała bardzo przeszkadzać rządowa przeszłość Nestora. Tylko on dostał rozkaz, by stawić się na dworcu kolejowym, mnie darowali przeprowadzkę do Dwunastki. Nie mogłam się z tym pogodzić i pierwszą noc po otrzymaniu tej wiadomości spędziłam na płakaniu. Miałam stracić ojca, prawdopodobnie już na dobre, bo bylibyśmy rozdzieleni w miejscach, z których skontaktowanie się z kimkolwiek z zewnątrz było bardzo utrudnione. W dodatku Nestor przecież nie należał do okazów zdrowia, siedemdziesiąt lat to całkiem sędziwy wiek, niby jak ktoś taki miał pracować w kopalniach?! Byłam w urzędzie nie raz, tłumaczyłam, prosiłam, błagałam, ale nikt nie chciał mnie słuchać. W pierwszym transporcie do Dwunastki pojechał mój ojciec, a ja zostałam zupełnie sama.
Choroba moich oczu zatrzymała się na takim poziomie, na jakim była podczas zabiegów. Całe szczęście, bo przynajmniej jestem w stanie samodzielnie funkcjonować. Być może specyfiki były na tyle silne, że udało im się wstrzymać postępy na jakiś czas. Nawrotu spodziewam się jednak w każdej chwili. Codziennie ze strachem sprawdzam, czy coś zmieniło. Ślepota w getcie to pewna śmierć, nikt nie pomoże kalece, bo wszyscy sami starają się przetrwać.
Niedawno odkryłam, że coś jednak się zmieniło. Jak wcześniej tuż przy żarówce byłam w stanie odczytać litery, tak teraz mam z tym poważne kłopoty. W dzień za bardzo kłopotu z tym nie mam, problem pojawia się dopiero po zachodzie słońca. Ale lekarz powiedział, że to się od tego zaczyna.
Ze strachu przed pogorszeniem widzenia postanowiłam skontaktować się ze znajomym ojca, który już wcześniej obiecał pomoc, ale ja nie chciałam jej wtedy przyjąć.


Charakter

Nieśmiała. Ta cecha towarzyszy jej od początku i Maeve ma poważne wątpliwości, czy to kiedykolwiek się zmieni. Najwięcej problemów sprawia jej znajdowanie się w centrum zainteresowania oraz zbyt bliska obecność drugiej osoby, najbardziej tej płci męskiej. W większym towarzystwie rzadko kiedy odezwie się pierwsza, najczęściej stoi z boku i uśmiecha się lekko, a jej największym wkładem w rozmowę jest przytaknięcie komuś. Rzadko łapie kontakt wzrokowy, ponieważ wtedy najłatwiej się peszy, a speszona Maeve robi się cała czerwona i zamiast normalnie mówić, duka pojedyncze słowa. Nieśmiałości jednak nie widać u niej na pierwszy rzut oka. Dziewczyna doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że w obecnych czasach jest ona bardzo złą cechą, dlatego ukrywa ją jak tylko może. Idealne rozwiązanie znalazła w pokazaniu wojowniczej części swojego charakteru, która zakłada traktowanie każdego jako potencjalnego wroga i bycie dość szorstkim oraz oschłym. Sposób ten wynalazła jeszcze w liceum, ale do codziennego użytku wszedł on dopiero odkąd przebywa w getcie. Blackwood może więc na początek wcale nie wydawać się być osobą cichą i spokojną, a taką, co bez problemu rzuci w ciebie parę wiązanek. I porazi paralizatorem. Wrogość wiąże się też ze zwyczajnym zachowaniem ostrożności. Zwłaszcza w getcie nigdy nie wiadomo, na kogo można trafić. Ostrożna Maeve albo staje z kimś do słownej konfrontacji, albo wybiera okrężną drogę, albo siedzi w jakiejś wnęce w ścianie całymi godzinami, dopóki dana osoba, lub grupa osób, nie przejdzie. Zazwyczaj woli być przezorna i chuchać na zimne przez omijanie każdego napotkanego przechodnia lub ewentualne szybkie spławienie go, jeśli sam nawiąże pierwszy rozmowę, ale no… zazwyczaj, bo zdarza się, że krótka konfrontacja przeradza się w poważną sprzeczkę, a w wyniku silnych emocji nerwy jej puszczają i to właśnie wtedy z reguły pakuje się w jakieś bagno.
Nie jest osobą, która jest nieskończenie pewną siebie. Zawsze uważała się za najgorszą z rodziny, dodatkowo incydenty z matką i rówieśnikami skutecznie wdeptały jej samoocenę w ziemię, dlatego naprawdę nie trzeba wiele, by pozbawić Maeve maski chojraka. W związku z niską samooceną, ma zwyczaj nadmiernego analizowania każdej sytuacji, w której się znajdzie i każdego słowa, które zostanie do niej wypowiedziane, co czasami prowadzi do mnóstwa nieporozumień i różnych mniej lub bardziej zabawnych sytuacji.
Bardzo skryta, zazwyczaj niewiele mówi o sobie, bo też nie jest pewna komu to mówi. Ze względów czysto zapobiegawczych, ponieważ nigdy nie wiadomo, co ktoś chciałby zrobić z taką informacją, nie dzieli się z nikim wiadomością o tym, że ślepnie, że jej ojciec jest byłym rządowcem i ogóle nie udziela żadnych szerszych informacji na swój temat. Nie życzyłaby sobie ani litości, ani prób odegrania się na niej za ewentualne czyny Nestora, ani nie chciałaby pokazać siebie jako kogoś bezbronnego.
Ma kompleks udowadniania, że ze wszystkim naprawdę poradzi sobie sama, co czasami wychodzi jej na dobre (ma pewność, że wszystko będzie zrobione jak należy), a czasami jest tylko zupełnie bezsensownym uporem (jest cała masa rzeczy, z którymi sama zwyczajnie nie da sobie rady).
Kiedy pozna się ją bliżej, okaże się, że wcale nie fuka ze złością na każdego, a wręcz przeciwnie, jest ciepłą osobą, która pomoże ci, jak tylko potrafi najlepiej, jeśli tylko będziesz tego potrzebował. Nieprawdą jest, że nie ma sumienia, bo choć z rezerwą podchodzi do każdej nowopoznanej osoby, to nie zostawi potrzebującego pomocy samemu sobie.


Ciekawostki

– krucha, delikatna i niewysoka (152 cm) zupełnie nie wygląda na swój wiek, przez co ludzie czasami biorą ją za uczennicę. Przekleństwo i zaleta młodego wyglądu
– nigdy nie chodzi w spodniach, zawsze są to albo spódnice, albo sukienki sięgające koniecznie za kostkę
– kolor jej włosów zmienia się w zależności od pory roku albo raczej ilości światła słonecznego, na jakie są wystawione. Latem jest blondynką, choć niektórzy mówią, że jest truskawkową blondynką; zimą jej włosy ciemnieją i nawet wydają się być rude
– uwielbia rośliny i opiekę nad nimi. Przed rebelią jej pokój przypominał mały ogród. Twierdzi, że obecność kwiatów i zieleni najskuteczniej i najszybciej są uspokaja
– chyba nikt nie spodziewa się, że taka spokojna osóbka zatrważająco często pakuje się w jakieś kłopoty?
– absolutnie nigdy nie rozstaje się ze swoim paralizatorem


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1130-nicole-kendith
http://panem.forumpl.net/t3565-nicky#56034
http://panem.forumpl.net/t3564-nicole-kendith#56033
http://panem.forumpl.net/t1136-to-co-bylo-jest-i-bedzie#11701
http://panem.forumpl.net/t3566-nicky#56037
Wiek : 24 lata
Zawód : Uciekinierka
Przy sobie : pistolet, naboje, butelka alkoholu, kapsułka z wyciągiem z łykołaków, telefon komórkowy, laptop, pieniądze upchane po kieszeniach, przetarty plecak, aparat, leki przeciwbólowe
Znaki szczególne : nieufne spojrzenie, utyka na lewą nogę
Obrażenia : złamane serce, martwica nerwów w lewej nodze (nie wszystkich, prawda?)

PisanieTemat: Re: Maeve Blackwood   Wto Lut 10, 2015 10:34 pm

Karta zaakceptowana!

Witaj na forum! Mamy nadzieję, że będziesz czuć się tutaj jak u siebie, i że zostaniesz z nami długo. Załóż jeszcze tylko skrzynkę kontaktową i możesz śmigać do fabuły. Nie zapomnij też zaopatrzyć się w naszym sklepiku. Na start otrzymujesz paralizator, scyzoryk wielofunkcyjny i latarkę z wytrzymałą baterią. W razie jakichkolwiek pytań pisz śmiało. Zapraszamy też do zapoznania się z naszym vademecum.

Uwagi: Meeeeejw, kochana, biedna, skrzywdzona Mejw. Ta karta jest smutniejsza niż początkowo się spodziewałam. Chwyciła mnie za serce i sprawiła, że pokochałam Maeve jeszcze bardziej, a przecież nawet nie pojawiła się jeszcze w fabule! Także, no, nie beę przeciągać. Karta jest dobra, nie widzę żadnych poważnych błędów, więc łap akcepta i leć grać! <3




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Maeve Blackwood

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Rejestr Ludności :: Karty Postaci-