IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Victor i Maeve

 

 Victor i Maeve

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
the civilian
http://panem.forumpl.net/t3214-maeve-blackwood?nid=8#50206
http://panem.forumpl.net/t3216-mejw
http://panem.forumpl.net/t3215-maeve-blackwood#50207
Wiek : 24 lata
Zawód : kwiaciarka
Przy sobie : paralizator

PisanieTemat: Victor i Maeve   Sro Lut 18, 2015 9:00 pm

Parę dni po pierwszej wywózce!

Szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziała, czego się spodziewała po  swoich próbach wybicia dziury w murze otaczającym getto. W twardym i bardzo solidnym murze, należy podkreślić. I to z pomocą metalowego pręta, znalezionego w pobliskim rozpadającym się budynku. Przecież chyba nie miała nadziei na to, że uda jej się wydłubać  przejście. Z jej siłą i tymi metodami nie miało to nawet najmniejszych szans na powodzenie.
A jednak Maeve właśnie na to liczyła. Obsesyjnie myślała o opuszczeniu getta, odkąd tylko parę dni temu pożegnała ojca na dworcu. Jej życie bez niego właściwie nie miało sensu. Nestor był największą podporą, na jaką mogła liczyć w Kwartale, jedyną osobą, która wiedziała wszystko na temat posiadanych przez nią słabości i pomagała jej funkcjonować w nowej rzeczywistości. Co prawda potrafiła poradzić sobie bez niego, wymagało to wytężonych sił, ale dawała radę. Na chwilę obecną. A co będzie za miesiąc albo dwa, jeśli choroba oczu postanowi postępować, w efekcie czego ona zupełnie straci wzrok? Jak sobie wtedy poradzi w mieszkaniu? A jak postanowią wysłać i ją do kamieniołomów Dwunastki? Czy da tam sobie radę? Albo może po prostu ją zabiją z powodu jej bezużyteczności?
Te i podobne myśli towarzyszyły Blackwoodównie, kiedy z twarzą wyrażającą najwyższe skupienie, metodycznie uderzała w niewielką wyrwę w murze, marząc o tym, by twardy beton (?) w końcu ustąpił i umożliwił jej przeciśnięcie się na drugą stronę. Co prawda nie miała jeszcze pomysłu na to, co ze sobą zrobi, kiedy już się stąd wydostanie, ale to w chwili obecnej jakoś nie wydawało jej się ważne. Gdzieś z tyłu głowy świtała jej myśl, że mogłaby uciec w Dystrykty, zatrzymać się w jednym z nich i tam zacząć życie zupełnie od nowa, ale póki co nie wypłynęła ona na wierzch. Bardziej niż tym, co ze sobą zrobi już po ucieczce z getta, przejmowała się faktem, że przecież ktoś może usłyszeć te, bądź co bądź całkiem głośne, głuche odgłosy uderzania. Ktoś może zawołać patrol Strażników albo w ogóle jakiś Strażnik się tym zainteresuje. Albo ktoś z mundurowych będzie na nią czekał po drugiej stronie, żeby jej pogratulować, że co prawda brawo, udało ci się, ale teraz cię rozstrzelam za próbę ucieczki.
Były to całkiem ponure myśli, od których chcąc się odgonić, Maeve zaczęła z jeszcze większą mocą i determinacją dłubać w murze, równie usilnie starając się zapomnieć o tym, że to, co ona robi, jest właściwie całkowicie bezsensu i nigdy, nigdy nie uda jej się osiągnąć zamierzonego celu. Bo jest zwyczajnie głupi.
Dziewczyna już czuła rosnące zmęczenie, ramiona zaczynały ją boleć, oddech przyspieszył, a na czole pojawiły się pierwsze krople potu, ale mimo to używała takiego samego wkładu siły, jak na początku. A nawet starała się więcej.
Spieszyła się, by zdążyć przed zachodem słońca, bo kiedy ono zajdzie, mogłaby mieć spore problemy z precyzją. To byłoby jak uderzanie po omacku, co zupełnie mijałoby się z celem, więc musiała włożyć w to trochę więcej siły. Albo może zrezygnować teraz, wrócić do mieszkania, póki jest jasno i dokończyć jutro? I przez następne dni? Maeve przerwała na chwilę swoją pracę i zmarszczyła czoło w zamyśleniu. Może to i byłoby dobrym pomysłem, gdyby tylko mogła z całą pewnością powiedzieć, że do jutra nikt nie będzie się tu kręcił. Nikt, kto mógłby zauważyć tę niewielką wyrwę, nad której powiększeniem i pogłębieniem obecnie pracuje. To, że rzadko ktokolwiek pojawia się w tych rejonach, wcale nie znaczył, że były one niezamieszkałe. Kapitolińczycy potrafili teraz zamieszkać nawet w rozsypujących się budynkach, we wszystkim, co choć trochę zapewnia ochronę przed deszczem i wiatrem. Istniało więc spore prawdopodobieństwo, że ktoś do jutra zauważy ten ubytek w murze, powiększy go przez noc i wykorzysta, a nad ranem zauważą go Strażnicy i nici z jej planu. W okolicy nie było nawet niczego, czym mogłaby zasłonić swoje odkrycie. Kręcąc głową i mrucząc coś do siebie, powróciła do zaciekłego uderzania w beton. Pomimo tego, że do tej pory nie udało jej się ułamać choćby najmniejszego kawałka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
http://panem.forumpl.net/t3164-victor-blythe
http://panem.forumpl.net/t3187-victor#49890
http://panem.forumpl.net/t3186-victor-blythe
http://panem.forumpl.net/t3188-victor#49893
http://panem.forumpl.net/t3189-victor-blythe#49896
Wiek : 27
Zawód : Strażnik Pokoju
Przy sobie : leki przeciwbólowe, telefon komórkowy, broń palna, magazynek z 15 nabojami, zezwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Re: Victor i Maeve   Pią Lut 20, 2015 8:17 pm

Dziwnie było chodzić uliczkami getta w cywilnym ubraniu. Victor zdążył już przyzwyczaić się do swojego białego uniformu na tyle, że czuł się tak, jakby znalazł się w nieodpowiednim miejscu. Musiał jednak przyznać, iż było w tym coś całkiem przyjemnego. Ludzie nie odsuwali się tak na jego widok, nie przestawali szeptać, jakby jego uszy były w stanie usłyszeć nawet najciszej wypowiadane słowa. Nie mógł się jednak dziwić. Ludzie ci reagowali dokładnie tak samo jak mieszkańcy dystryktów. Traktowali Strażników jak wrogów, brutalnych i bezwzględnych tyranów, obchodzących się z nimi jak z nędznymi robakami, które nie miały żadnych podstawowych praw, jakie przysługiwać powinny człowiekowi. Co z tego, że on jeden nie zgadzał się z takim postępowaniem? Nikt nie przejmował się faktem, że jeden Strażnik pośród wielu innych dąży do zmiany. Nikt na ulicy, przed legitymacją, nie pyta się go o to, czy może ma na celu jakieś nowatorskie plany odnośnie poprawy kontaktów między swoimi współpracownikami a ludźmi, którzy mają o nich tak bardzo niepochlebną opinię.
Blythe nie potrafił powiedzieć, co sądzi o tym miejscu. Miał co do niego bardzo mieszane uczucia, obserwując ulice i budynki, które kiedyś stanowiły część Kapitolu, miasta, które znał i kochał. Tak samo jak ludzi, którzy zepchnięci zostali za mur tylko dlatego, że znajdowali się po złej stronie. Tylko dlatego, że urodzili się w dostatku i przepychu czy że nie dołączyli do walk broniąc swojego majątku. W czasie patroli przemierzał ulice getta i obserwował twarze ludzi, które wydawały mu się znajome. Przechodnie na ulicy, właściciele restauracji, rządowcy, nauczyciele, wykładowcy z uniwersytetu czy wygasłe gwiazdy kapitolińskiej sceny. Znał tych ludzi, jeśli nie osobiście to z widzenia, jeśli nie z widzenia i tak miał świadomość, że kiedyś nie różnili się w żadnym calu. Ten sam status społeczny, to samo miejsce zamieszkania. A teraz dzielił ich mur, a wraz z murem przywileje, zamożność, warunki życia i, jak wielu sądziło, poglądy i spojrzenie na niektóre sprawy. Choć w tym ostatnim akurat nie różnili się tak bardzo.
Czegokolwiek by jednak nie robił dobrze wiedział, że nie jest w stanie zmienić całego świata. Mimo wszystko jednak, kiedy utworzono Kwartał a on, zdesperowany w dążeniu do odnalezienia swojej siostry postanowił załatwić sobie patrole właśnie w tym miejscu, czuł wyrzuty sumienia odnośnie całej tej sytuacji. Wiedział, że gdyby wtedy nie znalazł się w Trójce, gdyby tamten mężczyzna nie złapał go na ulicy dystryktu i nie poprosił o pomoc, prawdopodobnie byłby jedną z tych osób przesiadujących w ciemnych, brudnych i zapuszczonych mieszkaniach, z pracą, z której ledwo można przeżyć jeden dzień, patrząc tęsknie na szczyty wieżowców w oddali i z każdym kolejnym wschodem słońca podając kontemplacji sens swojej egzystencji. Wiedział, że system jest niesprawiedliwy. Wiedział, że to, co dzieje się, jest złe, ale jednocześnie miał świadomość, że jakiekolwiek większe próby wprowadzenia zmian mogłyby skończyć się dla niego tragicznie. Mimo wszystko musiał przyznać, że cieszy się z tego, co ma i nie zamierzał ryzykować w imię własnych, być może odrobinę pokręconych przekonań.
Słońce powoli, bardzo bardzo powoli, zaczynało chylić sie ku zachodowi. Nie rzucało już tak jasnych i złocistych promieni na kulę ziemską, której mieszkańcy wyjątkowo mogli się cieszyć naprawdę słonecznym i ciepłym dniem, który powinni uznać za wyjątkowy pośród wszystkich poprzednich, które niemalże kąpały się w kroplach jesiennych deszczy. Zmierzał w stronę wyjścia z Kwartału z zamiarem udania się do domu i zabrania swojego setera na długi, porządny spacer, który z pewnością mu się należał po całym dniu spędzonym w mieszkaniu. Przestronnym bo przestronnym, jednak zdecydowanie niewystarczającym jak dla tak energicznego zwierzaka jakim był Red. Mimo że dzień jego pracy dobiegł już końca, postanowił opuścić getto okrężną drogą, obchodząc je po raz ostatni aby sprawdzić, czy zostawia wszystko w jak największym porządku. Oczywiście, nie wątpił w kompetencje Strażników, którzy przejmowali od niego pałeczkę na nocną zmianę, jednak należał do grona perfekcjonistów, którzy musieli być pewni, iż wszystko znajduje się na swoim miejscu.
Miejsce zdawało się być spokojnym jak nigdy. Być może w centrum działo się o wiele więcej niż przy granicy, gdzie znajdował się Victor, jednak nie zmieniało to faktu, iż dookoła panowała przyjemna, odświeżająca cisza. Zamierzał już skręcić w alejkę prowadzącą prosto do bramy głównej, kiedy kątem oka zauważył ruch przy murze oddzielającym getto od reszty Kapitolu. Zatrzymał się, rozglądając dookoła w poszukiwaniu białego munduru Strażnika w czasie pracy, a gdy takowego nie dostrzegł zawrócił, udając się powoli w tamtą stronę.
Widok, który zastał, sprawił, że na jego usta wskoczył uśmiech rozbawienia i musiał mocno się powstrzymywać, aby nie parsknąć śmiechem. Stał przez chwilę w ciszy, obserwując poczynania dziewczyny, nie dając żadnego znaku swojej obecności. Zaplótł dłonie na klatce piersiowej, przyglądając się jej uważnie. Nie był pewny, czego używa do dłubania w murze, był jednak święcie przekonany, iż jej działania na niewiele się zdadzą. Po krótkiej chwili postanowił wreszcie przerwać milczenie i zwrócić na siebie uwagę mieszkanki getta, chrząkając dość znacząco.
- Powinnaś spróbować czegoś większego - rzucił, patrząc na nią z lekkim politowaniem, po chwili jednak uśmiechając się mocno rozbawiony skupieniem, które towarzyszyło jej podczas pracy. Potrafił zrozumieć chęć ucieczki z getta, to miejsce nie było tym, gdzie ktokolwiek chciałby mieszkać, a już na pewno nie z własnej woli. Nie mógł jednak zrozumieć tych wszystkich prób ucieczek i przebijania się przez mur, które nie miały większych szans aby się powieść. A przynajmniej nie w takim wydaniu, jakie prezentowała sobą dziewczyna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
http://panem.forumpl.net/t3214-maeve-blackwood?nid=8#50206
http://panem.forumpl.net/t3216-mejw
http://panem.forumpl.net/t3215-maeve-blackwood#50207
Wiek : 24 lata
Zawód : kwiaciarka
Przy sobie : paralizator

PisanieTemat: Re: Victor i Maeve   Nie Mar 01, 2015 9:54 pm

Życie bez ojca robiło się coraz trudniejsze, choć minęło dopiero parę dni, odkąd go wywieźli. W każdym mieszkaniu potrzebny był mężczyzna, który zajmowałby się usterkami, otwierał słoiki, czy dokładał się do czynszu (ewentualnie żeby sam opłacał cały czynsz). Przed rebelią przecież zawsze mieli służbę, która zajmowała się każdym problemem. Jeśli chodzi o słoiki, Maeve nie potrafiła sama odkręcić prawie żadnego wieczka czegokolwiek, jej siłę można z powodzeniem określić jako „żałosną”. A czynsz… cóż, jej wypłata i owszem, starczała na opłacenie mieszkania, ale na życie zostawało jej naprawdę bardzo niewiele. Jeśli nie znajdzie jakiegoś sposobu na dorabianie, czarno widziała swoją przyszłość. Dosłownie i w przenośni – nie wiedziała, ile czasu minie, kiedy straci wzrok całkowicie. Bo nie miała wątpliwości, że ten moment kiedyś nastąpi. Następne miesiące, a może i lata (może, ponieważ zawsze istnieje ta możliwość, że umrze), zapowiadały się naprawdę tragicznie. W dodatku, co jeszcze bardziej ją frustrowało, jej przyszłość całkowicie nie zależała od niej i zależeć nigdy nie będzie, nawet gdyby wypruwała sobie żyły, żeby stało się inaczej. W getcie nie miała na to szans, tu wszystko zależało od decyzji ludzi u władzy. Doskonale wiedziała, że jeśli kiedyś zdecydują się przesiedlić ją do Dwunastki, a Kwartał likwidowano, więc kiedyś na pewno się zdecydują, to będzie to jej koniec. Tutaj mogła spróbować przetrwać, w Dwunastce nie miała na to szans.
Bardzo starała się jak najmocniej skupić się na (bezsensownym) dłubaniu w ścianie i nadziei, że to coś da. Bardzo pragnęła wyzbyć się wszystkich emocji, ale nie potrafiła, przez co jej głowę zalewały coraz to nowe myśli, kolejne obawy, kolejne czarne scenariusze i kolejne wspomnienia. W wyniku tej mieszanki emocji bardzo szybko poczuła, jak oczy zaczynają ją piec. Jednak łez, co przyjęła z ulgą, nie poczuła. Jeszcze tego by brakowało, żeby się rozryczała daleko poza mieszkaniem. Co prawda w okolicy najprawdopodobniej nie było nikogo, kto byłby świadkiem jej małego poddania się uczuciom, ale mimo wszystko, no, nie wypadało.
Nikogo w pobliżu…?
… niepotrzebnie wywoływała wilka z lasu.
Słysząc obcy męski głos za plecami, odwróciła się gwałtownie. Impet tego ruchu sprawił, że metalowy pręt wyśliznął się z jej palców i nim zdążyła po niego sięgnąć, potoczył się on pod nogi nieznajomego. Maeve blada jak ściana i z sercem w gardle przypatrywała się mężczyźnie przez dłuższą chwilę zupełnie bez słowa. Za to z przerażeniem w szeroko otwartych oczach. Kto to jest? Co tu robi? Czego chce? W celu rozpoznania, z kim ma do czynienia, uważnie przyjrzała się jego ubiorowi. I już właściwie sama nie wiedziała czy to dobrze, że nie ma brudnego ubrania najgorszej jakości, co mogłoby znaczyć, że jest mieszkańcem któregoś z pobliskich budynków, czy może jednak źle, bo czysty i porządny ubiór mógł świadczyć o tym, że nieznajomy jest przemytnikiem, bierze grube pieniądze za zdobycie różnych rzeczy z Dzielnicy i ma się za najważniejszą osobę w Kwartale. Przemytnik jest groźniejszy, bo lepiej odżywiony i zazwyczaj wyposażony w broń lepszą od zardzewiałego scyzoryka.
W tym momencie przypomniała sobie, że przecież ona wcale nie jest taka bezbronna, ponieważ ma ze sobą swój paralizator. Ta myśl wpłynęła na nią otrzeźwiająco, strach przestał już ją tak paraliżować, dzięki czemu mogła posłać nieznajomemu najbardziej wrogie spojrzenie, na jakie było ją stać. Chwilę później wygrzebała z kieszeni spódnicy swoją małą broń i od razu ją włączyła, przez co panującą wokół ciszę przerwało charakterystyczne buczenie prądu.
Nie zbliżaj się! – zastrzegła dość drżącym tonem głosu, wyciągając przed siebie rękę (również lekko drżącą)z paralizatorem. – Kim jesteś i co tu robisz? – zapytała ostro, dość niespokojnie przestępując z nogi na nogę, ponieważ zorientowała się, że jest przyparta do muru i to bardzo dosłownie. Tylko mur miała za plecami, przed sobą nieznajomego, który stał wystarczająco blisko, by złapać ją, gdyby ewentualnie chciała wymknąć się bokiem. Nikt jej nie usłyszy, jeśli zacznie krzyczeć… a nawet jeśli usłyszy, to pewnie nie jej przyjdzie z pomocą. To chyba nazywało się patowa sytuacja.Zresztą, nieważne. Nie chcę wiedzieć. Masz stąd pójść. Teraz. – Bardzo starała się brzmieć twardo i przybrać ton nieznoszący sprzeciwu. Musiała stać się panią sytuacji, jeżeli chciała szybko pozbyć się stąd zagrożenia. W postaci mężczyzny, który widział, jak próbuje wydłubać dziurę w murze, pięknie. Może nieznajomy był półgłówkiem i naprawdę wystarczyło mu, jeśli ktoś zdecydowanym głosem powie, żeby sobie stąd poszedł? Maeve błagała w myślach, żeby tak było.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
http://panem.forumpl.net/t3164-victor-blythe
http://panem.forumpl.net/t3187-victor#49890
http://panem.forumpl.net/t3186-victor-blythe
http://panem.forumpl.net/t3188-victor#49893
http://panem.forumpl.net/t3189-victor-blythe#49896
Wiek : 27
Zawód : Strażnik Pokoju
Przy sobie : leki przeciwbólowe, telefon komórkowy, broń palna, magazynek z 15 nabojami, zezwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Re: Victor i Maeve   Nie Mar 08, 2015 9:51 pm

Życie ludzi w Kwartale zawsze Victora zaskakiwało. Odkąd spędzał tam większość swojego dnia pracy, od czasu do czasu dostając jedynie dyżury w Dzielnicy, odkąd uważnie lustrował wzrokiem ulice i twarze mieszkańców licząc, że jedna z nich wyda się znajoma, przypominająca Elizabeth, która wraz z rebelią rozpłynęła się w powietrzu, zniknęła z powierzchni ziemi nie pozostawiając najmniejszej nawet informacji, widział o wiele więcej niż przeciętny Strażnik, który żywił pogardę to tych podludzi, nie widząc żadnego powodu dla którego wciąż jeszcze żyli w warunkach, które przecież i tak były dla nich za wysokie. Naprawdę ciężko było mu utrzymywać kamienny wyraz twarzy, kiedy obserwował ludzi poubieranych w obdarte szmaty, z twarzami pełnymi bólu, smutku, cierpienia i poniżenia. Prawdopodobnie niektórych z nich znał, jednak pobyt w Kwartale sprawił, że ich twarze zmieniły się nie do poznania i w ciągu ułamku sekundy niemożliwym było rozpoznać z kim ma się do czynienia. Może to i lepiej? Victor wolał nie myśleć co by stało się z jego wnętrzem, gdyby przez przypadek podczas pracy wpadł na dawnego znajomego z uczelni, sąsiada, któremu pomagał w naprawach samochodu czy starszej pani, która zawsze zapraszała go na herbatę, częstowała ciastem i prosiła, aby wyniósł śmieci czy zrobił drobne zakupy. Cały ten świat, w którym przyszło mu żyć, był tak daleki od ideału, że czasem przerażała go świadomość, iż sam jest częścią tego chorego systemu, trzymającego niewinnych ludzi w zamknięciu. Początkowo zdarzało mu się odczuwać wstręt do samego siebie czy chęć rzucenia tej pracy i rozpoczęcia walki o wyzwolenie wypchniętych poza margines społeczny ludzi, którzy byli dokładnie tacy jak on, może jedynie mniej odważniejsi. Nie od dziś poglądy polityczne rozstawiają ludzi po kątach i getto dla Victora było idealnym tego przykładem. Mimo wszystko musiał jednak przeć do przodu, budzić się rano, zabierać broń, ubierać swój strój i starać się nie przyglądać zbyt nachalnie, nie zdradzać wyrazem twarzy jak bardzo tym ludziom współczuje.
Coś, co pomogło mu obrócić pracę w rzecz bardziej przyjazną, powrócić do momentu, w którym naprawdę cieszył się wykonywaniem swojego zawodu, była myśl, że robiąc to, co wychodziło mu całkiem nieźle, może tym ludziom pomóc. Bezczynność zdawała się być jeszcze gorsza nić przesadna brutalność współpracowników, a będąc tam mógł strzec nie tylko przestrzegania zasad przez mieszkańców, ale i kolegów po fachu. Pacyfista z bronią może nie brzmiał za dobrze, jednak bez wątpienia nim właśnie był Victor, który po swój pistolet sięgał niezwykle rzadko, w sytuacjach niemalże krytycznych, które wymagały zastosowania najbardziej radykalnych środków. W ciągu całej pracy, zarówno przed jak i po rebelii, nie zdarzało mu się to za często. Z wiadomych samemu sobie powodów uważał, że broń nigdy nie prowadziła i prowadzić nie będzie do niczego dobrego, podobnie jak szeroko pojęta przemoc. Dlaczego więc pomógł rebeliantom wiedząc, iż rebelia nie będzie opierać się na pokojowych rozmowach przy kawie i ciastku?
Wspomnienie Grace było niestety zbyt żywe, aby mógł tak po prostu zapomnieć o krzywdzie, która została wyrządzona nie tylko jemu, nie tylko rodzinie dziewczyny ale i dziesiątkom innych rodzin, które musiały przeżywać śmierć swoich dzieci, braci, sióstr czy ukochanych. Nawet jeśli chwila słabości i rządza zemsty dawno już przeminęła, pojawiająca się na horyzoncie okazja do ukarania mężczyzny, który stał za kontynuacją tej przerażającej tradycji była zbyt kusząca, aby tak po prostu przejść obok niej obojętnie. Nie chodziło więc o poparcie Coin, o której nie miał najmniejszego pojęcia i którą w gruncie rzeczy specjalnie się nie interesował, ani o zapewnienie sobie bezpiecznego życia w stolicy, które nie było najważniejszą rzeczą, na której mogło mu zależeć. Zabicie chłopaka w Jedynce nie przyniosło mu oczekiwanej ulgi, wręcz przeciwnie, sprawiło, że jego życie zamieniło się w istne Piekło, z którego nie wyszedłby nigdy, gdyby nie…
Myśli mężczyzny zdecydowanie zaczęły zapędzać się za daleko. Co w gruncie rzeczy nie było niczym niezwykłym, biorąc pod uwagę fakt, iż w chwilach takich jak ta, gdy spacerem kierował się w stronę domu, jego myśli zazwyczaj odlatywały w najgłębsze zakamarki jego umysłu, w których skrywały się tajemnice z przeszłości Victora. Tajemnice, które nie koniecznie chciał wspominać pomimo upływu lat, a tym bardziej dzielić się nimi z resztą świata, który póki co nie wydawał się specjalnie zainteresowany. On sam zresztą bywał już zmęczony wiecznymi wspominkami, mętlikiem w głowie, który przynosiły mu niektóre fakty z jego przeszłości (a konkretnie jeden, malutki, krótki fragment umieszczony na osi czasu przedstawiającej jego życie) i świadomością, że nie potrafi udzielić odpowiedzi na pytania bez konieczności stanięcia twarzą w twarz z osobą, która znajdowała się niewiadomo gdzie (jeśli nie była martwa) i być może nie chciała go widzieć, ponieważ była tylko kolejną znajomością, która prędzej czy później musiała się zakończyć. Wielokrotnie żałował, że prowadził taki tryb życia, który nie pozwalał mu na przywiązywanie się do ludzi na dłużej. Co i tak czynił, wbrew cichemu głosowi rozsądku, który szeptał mu do ucha coraz to nowe ostrzeżenia.
Pojawienie się w polu widzenia nieznanej dziewczyny skutecznie urwało ciąg myśli Strażnika, pozwalając mu skupić swoją uwagę na teraźniejszości, która zdawała się być równie ciekawą jak przeszłość. Jeśli zazwyczaj getto jawiło mu się jako miejsce pełne smutku, cichego żalu unoszącego się w powietrzu i rozgoryczenia, które widoczne było w spojrzeniu niemalże każdego mieszkańca, bywały chwile, które podchodziły prawie pod absurdalne. Jak na przykład dziewczyna starająca się przebić przez mur. Nie chodziło o fakt, iż Victora naprawdę to bawiło. Owszem, widok był niecodzienny i szanse na osiągnięcie celu zerowe, jednak mężczyzna doskonale wiedział, jak bardzo zdesperowani są niektórzy mieszkańcy tego miejsca, jak bardzo pragną wolności i jak bardzo starają się ją osiągnąć za wszelką cenę. Miała więc chyba szczęście, że trafiła akurat na niego.
Zaskoczenie i przerażenie na jej twarzy sprawiły, że prawie poczuł się winny tego niespodziewanego zjawienia się w tym miejscu i oderwania jej od wykonywanej czynności. Schylił się powoli, podnosząc z ziemi metalowy pręt, który potoczył się pod jego stopy, przyglądając mu się uważnie. Zaraz potem usłyszał jednak buczenie prądu i skierował wzrok w stronę nieznajomej, która trzęsącą się dłonią wyciągała ku niemu paralizator. No cóż, teraz miał pewność, iż trafiła naprawdę dobrze. W innym wypadku prawdopodobnie już zwijałaby się z bólu pod uściskiem Strażnika, który nie znał słowa litość.
- Wydaje mi się, że to ja powinienem to powiedzieć – powiedział powoli, wciąż uśmiechając się lekko. Nie wyciągał jeszcze legitymacji, a tym bardziej broni przyczepionej do paska spodni i ukrytej pod kurtką. Pozwolił jej myśleć, iż jest jedynie nic nieznaczącym przechodniem czy cokolwiek o nim myślała, patrząc na normalny strój, zdecydowanie zbyt porządny jak na mieszkańca getta.
- Obawiam się, że z przyczyn czysto formalnych jest to niemożliwe – powiedział, odkładając pręt na ziemię i sięgając do kieszeni, aby za chwilę unieść w górę legitymację Strażnika Pokoju, pokazując ją dziewczynie – A teraz muszę poprosić cię, abyś wyłączyła i oddała mi paralizator – westchnął ciężko, robiąc mały krok w przód, wyciągając w jej stronę dłoń i patrząc wyczekująco. Miał wielką nadzieję, że zachowa się rozsądnie i nie spróbuje uciekać. Nawet nie dla zasady, która kazała mu odebrać jej broń i zabrać na posterunek, gdzie trafiłaby do celi pod zarzutem podjęcia próby ucieczki z getta (co było naprawdę absurdalne biorąc pod uwagę grubość muru oraz siły, jakimi dysponowała dziewczyna). Naprawdę wolał uniknąć tych nieprzyjemności, najlepiej jak najszybciej, póki nie napatoczy się patrol Strażników, którzy zapewne nie zamierzaliby cackać się z uzbrojoną i potencjalnie niebezpieczną mieszkanką Kwartału.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
http://panem.forumpl.net/t3214-maeve-blackwood?nid=8#50206
http://panem.forumpl.net/t3216-mejw
http://panem.forumpl.net/t3215-maeve-blackwood#50207
Wiek : 24 lata
Zawód : kwiaciarka
Przy sobie : paralizator

PisanieTemat: Re: Victor i Maeve   Sro Mar 18, 2015 9:24 pm

Powinna się zbierać do mieszkania. Powinna rzucić w cholerę ten pręt, zaprzestać bezsensownego dłubania w ścianie i wrócić do mieszkania. Było w nim wystarczająco wiele do zrobienia, by mogła przestać myśleć o wolnych popołudniach przez następne kilka dni. Nie musiała go zapuszczać jeszcze przez jeden dzień więcej, roboty i tak było nadto. W kwartalnych mieszkaniach brud zbierał się jakoś dziwnie szybko, więc kiedy nie sprzątało się przez jakiś czas, nie trzeba było specjalnie się wysilać, żeby to dostrzec. Maeve ostatni raz sprzątała chyba ponad tydzień temu – najpierw zamartwiała się o wyjazd ojca, a po tym, jak wyjechał do Dwunastki, odechciało jej się wszystkiego. Już i tak ten dzień miała w plecy, wieczorami nie mogła sprzątać, istniało zbyt duże prawdopodobieństwo, że wyrządziłaby jakąś szkodę. Czy to sobie, czy sprzętowi domowemu. Chociaż może gdyby wymieniłaby żarówki na mocniejsze, dające więcej światła, byłaby w stanie normalnie funkcjonować również wieczorami. Tylko najpierw musiałaby takie żarówki znaleźć. I dostawa prądu musiałaby być regularna.
Nigdy, naprawdę, nigdy w życiu nie przypuszczałaby, że kiedykolwiek dotknie ją taki problem, jak brak prądu. Nigdy nie przypuszczała, że kiedykolwiek będzie cierpieć na brak czegokolwiek. Gdyby rebelii w ogóle nie było, to nawet jeśli jej ojciec straciłby pracę jako polityk, pewnie szybko znalazłby sobie ciepłą i doskonale płatną posadkę w zarządzie jakiejś firmy. Wiedziała, że miał rozległe znajomości, które potrafił odpowiednio wykorzystać. Bieda nigdy jej więc nie groziła, nawet gdyby ona po studiach nie znalazła dobrze płatnej pracy. Zawsze miała wszystko i w dodatku to wszystko miała podsunięte pod sam nos, czasami nawet nie zdawała sobie sprawy, że pewne sprawy wymagały mniej lub bardziej skomplikowanych operacji – dla niej naturalnym było, że wszystko ma. I sądziła, że tak będzie już zawsze. Niebywały szok stanowiło dla niej przeniesienie się do getta, do miejsca, gdzie nie ma nic. Kompletnie nic, a jeśli się chce mieć chociaż marny, wyjątkowo marny, ułamek poprzedniego życia, to trzeba na to harować w warunkach, jakie nigdy dotąd nie były ci znane. I nikt nie przewidywał żadnych ulg.
Maeve wcale nie dziwiła się, że Kapitolińczycy tak źle sobie radzą. Żyjąc jak w bajce, nagle przenieśli się do najgorszego koszmaru.  I to tylko z tego powodu, że byli mieszkańcami Kapitolu. Rebeliantów zupełnie nie interesował fakt, że znaczna część tych ludzi nie miała nic wspólnego z polityką, że tak naprawdę byli zupełnie nieszkodliwi i bierni w jakichkolwiek działaniach. Że nigdy nikomu nie wyrządzili żadnej krzywdy i jedyne, czego by pragnęli, to żyć w spokoju, bez obawy o swoje życie. Fala samobójstw, jaka się przetoczyła po Kwartale niedługo po jego utworzeniu nie była więc niczym zaskakującym – niektórzy Kapitolińczycy po prostu nie potrafili się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Maeve, pomimo swojego umiarkowanie pokornego charakteru, sama miała z tym kłopot i nie wiedziała, co by się z nią stało, gdyby nie ojciec – jej wsparcie i największa siła napędowa jednocześnie. Naprawdę, chyba jedynie dzięki niemu mogła względnie normalnie funkcjonować. Głównie dlatego perspektywa życia bez niego wydawała się niemożliwa, zbyt okropna do wyobrażenia. Sądziła, że w Kwartale nic nie jest w stanie ich rozdzielić, rząd jednak dobitnie pokazał jej, że bardzo się myli.
Gdyby więc mogła uciec, wydostać się z Kapitolu, udać się do Dwunastki i znaleźć sposób na wyciągnięcie stamtąd ojca …
Te plany jednak zdecydowanie powinna odłożyć na kiedy indziej. Najpierw powinna zająć się kwestią przemytnika, który ni stąd, ni zowąd pojawił się w miejscu, gdzie nikogo miało nie być. Chociaż jednocześnie zastanawiała się, czy w ogóle jest sens odkładania ich na później, skoro już niedługo może zginąć. Może przemytnik chce ją zabić, bo znalazła się zbyt blisko jego tajnego przejścia? Albo uznał, że jej robota ma sens i sam wolałby to dokończyć? Albo zwyczajnie znalazła się zbyt blisko jego magazynu, gdzie trzymał przemycone rzeczy i uznał, że łatwiej będzie ją zabić, niż tylko odstraszać? Albo może był szaleńcem, który zabija młode dziewczyny, kręcące się w miejscach, gdzie zdecydowanie nie powinno ich być? Powierzchowność miał raczej miłą, nawet się uśmiechał, ale no… nigdy nie wiadomo. A Maeve nie była pewna, czy chciałaby poznać odpowiedź na którekolwiek z tych pytań.
Wyraźnie czuła, że drżą nie tylko jej ręce, ale również całe ciało. I poważnie zaczęła zastanawiać się, czy szalone bicie jej serca nie jest już słyszalne. Nie wykluczała też, że gdzieś po plecach spływa jej strużka zimnego potu. Zapędzona w kozi róg zupełnie nie wiedziała, co może zrobić. Swoją jedyną szansę na ratunek odnajdywała w paralizatorze, który tak kurczowo ściskała w dłoni. Chyba tylko on pomógł jej wydobyć z siebie głos, a nie jedynie pisk pełen przerażenia. Który i tak narastał w jej gardle, ale Blackwoodówna dzielnie powstrzymywała się przed jego uwolnieniem.
I kiedy już naprawdę poczuła w sobie siłę, pozwalającą na zaatakowanie nieznajomego, kiedy zdołała siebie przekonać, że albo to, albo już po niej – właśnie wtedy mężczyzna wyciągnął z kieszeni legitymację Strażnika Pokoju. Z twarzy Maeve momentalnie odpłynęła krew i jeśli wcześniej była blada, to teraz stała się zwyczajnie biała. Poruszała ustami w niemym szoku, jakby chcąc coś powiedzieć, ale nie bardzo miała pomysł co. Zupełnie jakby spotkanie Strażnika Pokoju było najgorszym, co tylko mogło ją spotkać.
Niespodziewana wiadomość wyciągnęła z niej wszelkie siły i motywację, w efekcie czego nieznajomy nie musiał zbyt długo czekać na to, by spełniła jego pierwsze polecenie. Chwilę później buczenie prądu ustało, a ręka Blackoowd opadła swobodnie wzdłuż ciała. Wkrótce całe jej ciało zsunęło się powoli po ścianie w dół i z poziomu parteru na Strażnika Maeve patrzyła już skulona, z oczami pełnymi nie tyle przerażenia, co paniki.
Nie chcę trafić do więzienia.
Przycisnęła paralizator do siebie, jakby był on najdroższą dla niej rzeczą na świecie i tylko pokręciła głową.
Nie rób mi krzywdy – odezwała się w końcu cicho, pewnie ledwo dosłyszalnie, patrząc na niego niemalże jak na uosobienie najgorszych koszmarów. Strażnik Pokoju, czyli jest skończona. Na pewno zabierze ją teraz to więzienia, do więzienia, gdzie niechybnie będzie miała styczność z naczelnikiem. A potem pewnie usłyszy zarzut próby ucieczki z getta. Czy za to nie groziła kara śmierci?
Nagle Maeve gwałtownie poderwała się z ziemi i, mocno pochylona, żeby mężczyźnie trudniej było ją zabrać, najszybciej jak mogła skoczyła w bok, z zamiarem przemknięcia obok Strażnika i pognania przed siebie tak szybko i tak długo, jak tylko potrafiła i mogła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
http://panem.forumpl.net/t3164-victor-blythe
http://panem.forumpl.net/t3187-victor#49890
http://panem.forumpl.net/t3186-victor-blythe
http://panem.forumpl.net/t3188-victor#49893
http://panem.forumpl.net/t3189-victor-blythe#49896
Wiek : 27
Zawód : Strażnik Pokoju
Przy sobie : leki przeciwbólowe, telefon komórkowy, broń palna, magazynek z 15 nabojami, zezwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Re: Victor i Maeve   Czw Mar 19, 2015 11:06 pm

Victor dobrze wiedział, co myślą o nim mieszkańcy getta, kiedy w czasie patroli przemierza jego uliczki, wodzi za nimi wzrokiem i obserwuje uważnie każdą twarz w nadziei, że któraś okaże się tą, której szukał od dawna. Mieli go za rebelianta. Człowieka, który przyczynił się do zrzucenia ich w najczarniejszą otchłań, do samego Piekła istniejącego na Ziemi. Nie liczyło się dla nich to, czy walczył w rebelii, czy przekazywał informacje. Nie miało znaczenia, czy urodził się w Kapitolu, gdzieś w dystryktach, czy jego rodzice pochodzili z tego miasta, czy popierał Coin czy jedynie udawał, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo i dostatnie życie kosztem ludzi, na których chyba nie mogło spaść więcej nieszczęścia. Oczywiście i to nie było prawdą. Rząd pokazał, że może być tylko gorzej i choć Blythe nie mógł wszem i wobec wygłaszać swojej opinii, daleko mu było do poparcia postanowienia Adlera o przesiedleniach do Dwunastki. Niestety on, jak i wielu jemu podobnych, którzy gdzieś tam żyli i sprzeczali się w myślach z istotą całej tej sytuacji, nie mógł nic zrobić. Był jedynie pionkiem w grze i albo mógł podążać zgodnie z jej zasadami, albo zbuntować się i ponieść karę za swoje zachowanie. Wykluczenie z rozgrywki nie byłoby jedynie odsunięciem się na bok a czymś o wiele gorszym. Widział, co robią z ludźmi na posterunkach. Miał świadomość, jak może się skończyć kolejna rewolucja przeciwko władzy i nie mógł aż tyle ryzykować. Wciąż miał rodziców, nawet jeśli ich życia toczyły się innym torem w dwóch zupełnie różnych miejscach, on był na każde ich skinienie gotowy rzucić wszystko i wyruszyć na koniec Panem aby chociażby pomóc im naprawić samochód. Nie mógł ryzykować, nie mógł ich zawieść.
Musiał przyznać, że nie dziwiła go postawa byłych Kapitolińczyków. Traktowali ich tak, jak sami zostali potraktowani, czyli z góry. Zakładali, że każdy mieszkaniec obecnego Kapitolu przyłożył rękę do sprowadzenia na nich tego losu, podobnie jak duża część rebeliantów każdego Kapitolińczyka brała za zagorzałego poplecznika Snowa i sprawcę śmierci 23 niewinnych dzieci, które każdego roku ginęły na Arenie w imię zachowania tradycji. Dla nich każdy mieszkaniec miasta czerpał przyjemność z obserwowania krwawych zmagań, każdy gorąco popierał kolejne dożynki i z zapałem czekał na ukazanie się twarzy kolejnych trybutów, aby na nowo wkręcić się w tą gorączkę Igrzysk, która opanowywała cały Kapitol. Oba obozy były wrogo do siebie nastawione, oba z góry oskarżały się wzajemnie o całe zło tego świata i nikt nie próbował nawet wyciągnąć ręki, dążyć do porozumienia i sprawić, aby te dwa pozornie różniące się światy ujrzały swoje dobre strony, dostały szansę dojścia do porozumienia i otwarcia się na nowe możliwości i wspólne życie w kraju, który mógłby funkcjonować o wiele lepiej, niż działo się to obecnie. Była to jednak kolejna rzecz niemożliwa do zrealizowania, jeżeli było się jedynie małym, nic nieznaczącym Strażnikiem Pokoju. Mógł próbować budować mosty, zawierać znajomości i przekonywać ludzi znajdujących się w getcie do tego, że powinni zapomnieć o wyrządzonych krzywdach i zrobić coś aby pokazać, że zasługują na o wiele więcej niż to, co otrzymali. Wiedział jednak, że prędzej czy później znalazłby się ktoś, kto próbowałby te mosty spalić a jego ambicje, które dążyły do zdziałania czegoś wielkiego i lepszego, wyparowałyby szybciej, niż on zdążyłby złożyć broń i legitymację będąc aresztowanym za współpracę z gettem i działanie na szkodę państwa. W pojedynkę nie było niczego, co mógłby zrobić. Już widział te kpiące uśmiechy, brak dowierzania czy wymówki, których głównym argumentem byłby wyjątek od reguły. Może i był wyjątkiem, ale był także przekonany, że takich wyjątków w całym Kapitolu było o wiele więcej.
Nie chodziło o to, że zamierzał nawoływać do rewolucji. Nie chciał, aby getto się buntowało, dobrze wiedząc, że takie przedsięwzięcie byłoby tragiczne w skutkach. Był jednak tym niepoprawnym optymistą i wierzył, że przy współpracy mogliby zdziałać coś więcej, dotrzeć do samego rządu. Zburzyć te postawione przez Coin mury i pokazać, że społeczeństwo nie koniecznie zgadza się z prowadzoną przez Adlera polityką. Wierzył, że może być lepiej, że mogą doprowadzić państwo do takiego miejsca, w którym będzie ono przyjazne każdemu obywatelowi, bez podziałów, bez dyskryminacji, zastraszania, bez konieczności buntów przeciwko władzy i tworzeniach tajnych organizacji, które na pewno miały na celu działa nie dobrze, jednak zdecydowanie zbyt wysokim kosztem.
Czasami odnosił wrażenie, że zmuszony jest do prowadzenia dwóch żyć, które są niemalże niemożliwe do pogodzenia. W pracy był człowiekiem porządnym, sumiennie wykonującym swoje obowiązki, ale stanowiący obiekt żartów ze względu na łagodne usposobienie i opór wobec przemocy. W domu zaś był perfekcjonistą z wielkim optymizmem, rozmyślającym o tym, jak można by doprowadzić do szczęścia i zadowolenia każdej żywej istoty chodzącej po terenie tego państwa. Czasem musiał ukrywać się za maską stanowczości, wyciągać broń, wykręcać dłonie nieposłusznych mieszkańców getta do tyłu i prowadzić ich do więzienia. Nie mógł nie przestrzegać prawa, nie mógł tak po prostu ignorować zachowań, które naruszały pewne zasady, nawet jeśli chciał, nawet jeśli czasem po prostu się z nimi nie zgadzał. Tak bardzo chciałby im pomóc, ale czasem musiał działać wręcz odwrotnie.
Nie miał pojęcia, co myślała o nim dziewczyna, gdy stanął przed nią i zaśmiał się z mozolnej wykonywanej przez nią czynności. Nie wiedział, czy wzięła go za mieszkańca getta (jeśli przyjrzała się jego ciuchom mogła zauważyć, iż zdecydowanie nie pasują do tutejszych wzorców w modzie) czy może kogoś z zewnątrz współpracującego z zamkniętymi tu byłymi Kaptolińczykami a może jeszcze za kogoś innego, kto po prostu przeszkodził jej w tak ważnej czynności, niespodziewanie skręcając w alejkę, na której końcu znajdował się akurat ten fragment muru. Jednego był jednak pewien – nie mogła podejrzewać, że jest Strażnikiem. Nie miał broni, żadnej oznaki wykonywanego przez siebie zawodu, jego twarz była łagodna i uśmiechał się, zupełnie jak nie ten znany i powszechnie uważany za niebezpiecznego stereotypowy Strażnik Pokoju, odznaczający się brutalnym zachowaniem i brakiem jakiegokolwiek poszanowania godności ludzkiej. Gdyby to przewidziała nie wyciągnęłaby paralizatora, nie próbowałaby mu grozić i nie zmuszała do odejścia. Nie uważał, że postąpiła źle. Nie znalazł się tam po to, aby oceniać zachowanie nieznajomej dziewczyny, jednak potrafił ją zrozumieć. Poczuła się zagrożona i zrobiła to, co zrobiłby każdy człowiek, który znalazłby się na jej miejscu. On sam pewnie pokusiłby się o próbę obrony, może nawet ucieczki, gdyby na włosku wisiało jego życie czy utrata i tak marnego majątku, który pozwalał zapewne zaledwie na przeżycie w nienajlepszych warunkach.
Nie zamierzał narazić jej na ani jedną z tych przykrości. Nie planował jej zabić, skrępować i zaciągnąć na posterunek czy obrabować. Chciał jedynie, aby oddała mu broń (którą i tak zamierzał jej oddać, udając, że nic się nie wydarzyło) i porozmawiała. Chciał jej pokazać, że nie musi się go obawiać i że nie każdy mężczyzna z białym uniformie (którego teraz nie posiadał) jest taki sam.
W takich momentach nienawidził swojej pracy. Nienawidził też tego, co wyciągnięcie legitymacji robiło z niektórymi ludźmi. Szczerze mówiąc wolałby, aby próbowała uciec, aby potraktowała go paralizatorem czy rzuciła się z pięściami, próbując obezwładnić i oddalić się jak najszybciej mając nadzieję, iż nie postanowi jej ścigać. Widział, jak w jednej chwili jej twarz diametralnie zbladła, jak przerażona patrzyła w jego stronę, nie mogąc wydobyć z siebie ani jednego słowa. Panika w oczach i strach, powinien być przyzwyczajony. Jednak ona… Była młoda, zupełnie niewinna i prawdopodobnie właśnie odchodziła od zmysłów bojąc się tego, co zamierza jej zrobić. A nie zamierzał nic. Po prostu stał, słysząc jak buczenie paralizatora ustaje, widząc jak dłoń dziewczyny opada wzdłuż ciała. Później po prostu osunęła się po ścianie w dół, a on, jedyne na co miał ochotę w tym jednym momencie to wyduszenie kilkukrotnych przeprosin za to, że był kim był. Dlaczego w jej oczach musiał być potworem? Dlaczego gdy wypowiadała te cztery słowa patrzyła na niego tak, jakby był najgorszym stworzeniem pod słońcem? A może tylko mu się wydawało? Zrobił kolejne kilka kroków w przód, chowając legitymację w miejsce, z którego go wyjął. Nie zdążył jednak zareagować na jej słowa, będąc w lekkim szoku, męczony delikatnymi wyrzutami sumienia, ponieważ dziewczyna w pewnej chwili poderwała się z ziemi i pochylona odskoczyła w bok. Victor jednak, przygotowany i wyszkolony na takie właśnie sytuacje, zareagował momentalnie, szybko i sprawnie odwracając się za nią, chwytając ją w talii i z powrotem stawiając pod ścianą i przyciskając do chłodnej powierzchni muru. Jednocześnie unieruchomił jej nadgarstki, ściskając je swoimi dłońmi – nie mocno, a jedynie asekuracyjnie, aby mieć pewność, że nie będzie miała możliwości spróbowania ucieczki po raz drugi. Odetchnął ciężko, patrząc na nią uważnie, z lekkim wyrazem smutku migoczącym w jego oczach.
- Nie zamierzam cię skrzywdzić – powiedział, wpatrując się w jej oczy i starając się sprawić, aby nie odbiegała wzrokiem na boki – Posłuchaj, zaraz cię puszczę, musisz mi tylko obiecać jedną rzecz. Kiedy to zrobię, nie będziesz próbowała uciekać. Dobrze? – powiedział łagodnie, unosząc wargi w zachęcającym uśmiechu i czekając na jej reakcję.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
http://panem.forumpl.net/t3214-maeve-blackwood?nid=8#50206
http://panem.forumpl.net/t3216-mejw
http://panem.forumpl.net/t3215-maeve-blackwood#50207
Wiek : 24 lata
Zawód : kwiaciarka
Przy sobie : paralizator

PisanieTemat: Re: Victor i Maeve   Pon Kwi 20, 2015 8:26 pm

Wolność (którą swoją obecnością zabrał jej Strażnik Pokoju) była tuż-tuż. Już niemalże czuła ją pod palcami, prawie ją miała. Smak wygranej i mimowolna poprawa humoru na resztę wieczoru (bo w końcu ile osób uciekło Strażnikom? Chyba miałaby się czym pochwalić) powoli zaczynała być odczuwalna. Wszystkie te emocje zostały jednak z niej wymiecione wraz z chwilą, w której poczuła ręce mężczyzny owijające się jej wokół talii i chwilę później mocne szarpnięcie. Nie minęło parę sekund, a z powrotem znalazła się pod ścianą, tym razem przyciskana do niej przez nieznajomego. Który nie omieszkał unieruchomić jej również i rąk, chwytając nadgarstki w silnym, ale nie bolesnym uścisku. Naturalnie nie zamierzała poddać się bez walki i przez kilka pierwszych chwil walczyła zaciekle, parskając gniewnie i wierzgając nogami najmocniej, jak tylko potrafiła. Ręce również usiłowała oswobodzić, szarpiąc nimi na wszystkie strony i napinając przy tym mięśnie niemal do granic możliwości. Nie mogła się tak po prostu poddać. Skoro ją złapał, mogło się teraz wydarzyć przerażające wszystko. Jej walka jednak nie trwała długo, Maeve bardzo szybko opuściły siły i wkrótce stała już względnie spokojnie, głośno dysząc i faktycznie robiąc wszystko, byleby nie patrzeć na mężczyznę. Bała się, naprawdę się bała. Z tego wszystkiego była już nawet bliska płaczu. Czuła, jak łzy zbierają się pod jej powiekami i lada chwila znajdą ujście, a ona nie będzie potrafiła zatamować ich potoku. Jeszcze przed chwilą sądziła, że ucieczka wszystko rozwiąże – bardzo się pomyliła.
Musiała przyznać, że jego refleks naprawdę robił wrażenie, tempo reakcji miał niesamowite, ale… wolałaby nie przekonywać o tym na własnej skórze. Czemu ona ma takiego pecha i zawsze wpakuje się w jakieś kłopoty? Czemu ten Strażnik nie może być otyły i niezbyt inteligentny? Czemu on w ogóle musiał się tu pojawić? Los aż tak bardzo jej nie sprzyjał, robiąc sobie z niej brzydkie żarty i ewidentnie chciał uprzykrzyć i tak nie najlepsze życie. Naprawdę marzyła o idealnym dni, w którym nie będzie miała żadnych trosk, w którym nie będzie miejsca na nic innego tylko na uśmiech, w którym w końcu wszystko idzie po jej myśli, a Los nie płata jej nieładnych figli. Bywały wieczory, w których dochodziła do wniosku, że takiego dnia nie doczeka się nigdy, a przynajmniej nie w tym życiu.
Nie zamierzam cię skrzywdzić. Tak właśnie powiedział chwilę później. Jego łagodny ton zawibrował jej w uszach, sprawiając, że odważyła się na niego spojrzeć. Bardzo nieufnie i ostrożnie, dodatkowo chyba w dalszym ciągu jej oczy wyglądały na zaszklone. Ta mieszanka sprawiła, że wzrok dziewczyny nabrał jeszcze większej intensywności w tym niemym wyrazie wątpliwości. Jednocześnie starała się go ocenić, próbując wywnioskować, czy faktycznie może mu zaufać.
Niby dlaczego miałabym tego nie robić? – zapytała, właściwie bardziej retorycznie, bo chyba oboje wiedzieli, że w Kwartale unikanie Strażników i kontaktu z nimi za wszelką cenę nie było niczym dziwnym. Nieznajomy jednak ładnie się uśmiechał, dalej używał tego łagodnego tonu głosu i wydawało jej się, że w jego oczach dostrzegła smutek, więc już całkowicie rozluźniła mięśnie, mamrocząc pod nosem coś z stylu „niech ci będzie”. Właściwie i tak za bardzo nie miała wyjścia i musiała przystać na jego warunki. – Czego ode mnie chcesz? – odezwała się ponownie chwilę później, mówiąc bardzo cicho i odwracając od niego wzrok.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
http://panem.forumpl.net/t3164-victor-blythe
http://panem.forumpl.net/t3187-victor#49890
http://panem.forumpl.net/t3186-victor-blythe
http://panem.forumpl.net/t3188-victor#49893
http://panem.forumpl.net/t3189-victor-blythe#49896
Wiek : 27
Zawód : Strażnik Pokoju
Przy sobie : leki przeciwbólowe, telefon komórkowy, broń palna, magazynek z 15 nabojami, zezwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Re: Victor i Maeve   Pon Maj 04, 2015 10:29 pm

Dla niektórych jego życie mogło wydawać się istną bajką. Wygodne, całkiem przestronne i ładne mieszkanie w centrum miasta, porządna, stała praca, która zapewniała mu utrzymanie, znajomi, do których mógł się zwrócić w razie potrzeby no i ten charakter, który pomagał mu zjednywać sobie ludzi. On sam zresztą nie miał sobie nic do zarzucenia. Wszystkie te materialne rzeczy, które posiadał, może nie sprawiały mu nadzwyczajnej przyjemności, ponieważ najzwyczajniej nie widział sensu w pławieniu się w bogactwie i posiadaniu czegoś dla samej chęci posiadania, ale były czymś koniecznym i naprawdę cieszył się, że nie musi na ich brak narzekać. Chociaż oczywiście nie ukrywał faktu, iż gdzieś tam, nawet bliżej, niż mogłoby się niektórym wydawać, żyli ludzie, którzy oddaliby swoje życie za kromkę chleba, których on miał w mieszkaniu kilkanaście, którzy dopuściliby się najgorszej zbrodni za ciepłą, bieżącą wodę, z której on mógł skorzystać w dowolnej chwili. Był pewien iż istnieli ludzie, którzy wyśmialiby go w głos, gdyby wiedzieli, iż rano podczas parzenia świeżej kawy w ekspresie i przygotowywania smacznego, porządnego śniadania, myśli właśnie o tych ludziach, którzy od dawna nie czuli smaku dobrej kawy, nie widzieli czystej pościeli i prawdopodobnie przez długi jeszcze czas nie doświadczą żadnej z tych przyjemności.
Czym on sobie na to zasłużył? Czym różnił się od tych wszystkich ludzi, którym tak bardzo współczuł i którym, tak naprawdę, nie potrafił pomóc, pomimo bezgranicznych chęci? Temat zdawał się nigdy nie wyczerpywać, co jednak miał zrobić, skoro tak właśnie wyglądała jego rzeczywistość. Każdego dnia patrzył na te zniszczone przez życie twarze, doświadczał niemiłych spojrzeń oczu, które za wszelką cenę starały się uniknąć kontaktu wzrokowego. Nie mógł i nie chciał od tego uciekać.
Jego koledzy po fachu także nie starali się uciekać od nieprzyjemnych żartów z jego osoby, z tego, jaki był i jak się zachowywał, kiedy dla nich największą przyjemnością było dosłowne zmieszanie z błotem kolejnego, nic niewartego mieszkańca getta. Kiedy on próbował coś zmienić, oni za każdym razem burzyli to wszystko niczym domek z kart, ze złośliwym uśmiechem na ustach, pokazując wszystkim tą wizję, która od dawna już zapanowała w ich umysłach. Wiedział, że im się to podoba. Częścią ludzkiej natury było pragnienie poczucia siły i władzy i na tym też im zależało. Na sianiu postrachu, skupieniu w swoich dłoniach rządów nad ludzkim życiem, o którego przebiegu nie mieli prawa decydować, ponieważ nigdy do nich nie należało i należeć nie będzie.
Wielokrotnie im współczuł. Patrzył na tych ludzi mając świadomość, że mogliby być inni gdyby tylko tego chcieli, gdyby przyjęli pomoc, przyłączyli się do niego i zauważyli, że świat nie musi być taki, jakim go stworzyli. Oczywiście nie miał poczucia wyższości nad nimi, w żadnym stopniu nie czuł się od nich lepszy, choć oni zapewne odczuwali to w stosunku do niego. Nie żeby przeszkadzały mu uwagi rzucane pod nosem za każdym razem gdy przechodził obok, żarty z jego pokojowego nastawienia do wszystkich wokoło czy próby jakiegokolwiek sprowokowania go do użycia przemocy nawet wobec własnych współpracowników. Jedyne co robił to uśmiechał się uprzejmie, obracając każde słowo w żart, ignorując każdy gest i trwając w postanowieniu, iż broń nie stanowi rozwiązania. A przynajmniej nie takiego, po które sięga się jako pierwsze.
Jeśli jednak uważali, iż nie potrafi obchodzić się z bronią, nie potrafi z zimną krwią uderzyć kogoś prosto w twarz czy wypowiedzieć raniących dogłębnie słów, najwyraźniej po prostu go nie znali. Ponieważ życie nie jest bajką, a on nie jest niewinnym chłopcem, którego Los chroni przed największym złem tego świata. Ponieważ to zło otaczało go ze wszystkich stron, każdego dnia stawał z nim twarzą w twarz. Wiedział i czuł, że zło było także częścią jego samego, uśpione głęboko, jednak wciąż żywe, oddychające razem z nim, chodzące niczym cień, patrzące z jego oczu, kiedy spoglądał w lustro. Było jak znamię wyryte na jego duszy, którego nie potrafił się pozbyć. A może tylko to sobie wmawiał? Może, wbrew wszystkiemu, co sobie założył, zbyt często roztkliwiał się nad przeszłością, rozdrapując stare rany, o których nikt nie miał pojęcia, a ci, którzy wiedzieli, dawno już zapomnieli.
Patrzył w twarz stojącej przed nim dziewczyny, przygwożdżonej mimo woli do chłodnej ściany oddzielającej dwa zupełnie różne światy. Światy, które oboje znali i rozumieli. A może tylko znali? Jak można było rozumieć to, co działo się w getcie? Czy można był przywyknąć do atmosfery smutku unoszącej się w powietrzu? Do duszącego zapachu ludzkich ciał, dymu i śmierci? I w końcu, czy można było zrozumieć powód, dla którego ten drugi świat został wykreowany, dla którego jego mieszkańcy wybrani zostali w ten a nie inny sposób?
Starał się łapać jej spojrzenie, jednak wymykało mu się za każdym razem, gdy miał nadzieję, aby przez tą krótką sekundę pokazać jej prawdę, na której tak bardzo jej zależało. Słowa, które wypowiadał, zdawały się nie znaczyć zupełnie nic w obliczu okoliczności, w których się znajdowali i, szczerze mówiąc, nie mógł się dziwić. W tym momencie ich życie wyglądało jak fikcja, jak gra, prosta książka z bohaterami i złoczyńcami. Nie musiał pytać, po której stał stronie, ponieważ jej zachowanie od momentu wyciągnięcia legitymacji mówiło samo za siebie. On był tu wrogiem, bezwzględnym, niebezpiecznym, z bronią, która w każdej chwili może ją zranić. Znowu.
Pytał sam siebie, jak bardzo skrzywdziło ją życie. Pomijając osobisty fakt strącenia poza margines społeczny, który musiał wywrócić jej życie do góry nogami, co gorszego mogło się stać? Czy kogoś straciła? Czy rebelia, poza domem, odebrała jej coś cenniejszego? Jak wyglądało jej życie wcześniej? Nie widział jej w Kapitolu, nie znał nawet jej nazwiska, aby stwierdzić, czy mógłby ją skądś kojarzyć. Zbyt często, w takich sytuacjach jak ta, zastanawiał się nad tym, co działo się z tymi ludźmi przed. Ich zniszczone twarze kiedyś na pewno musiały być piękne, usta musiały wykrzywiać się w wesołym uśmiechu, kiedy pili drogi alkohol z kryształowych kieliszków w pięknych apartamentach, które teraz zajmowali zupełnie obcy ludzie, najeźdźcy niemający prawa zagarniać tego, co do nich nie należało, oczy zapewne błyszczały od poczucia słodkiej wolności, której nigdy nie spodziewali się utracić. Chciałby ich poznać, wysłuchać historii, które w sobie skrywali, zaciskając ze złości dłonie za każdym razem, gdy miał ich na brudnych ulicach Kwartału.
Nie spodziewał się usłyszeć tego, to powiedziała dziewczyna. Nie rozumiał, czemu ktokolwiek odrzucałby pomocną dłoń, którą wyciągał, oferując coś więcej niż uczucie chłodnego metalu na i tak już zniszczonych dłoniach. Uśmiechał się, choć w chwilę później twarz jego stężała, a on jedynie wpatrywał się w nią z tym samym smutkiem tańczącym w ciemnych tęczówkach. Czy naprawdę tak bardzo chciała, aby był tym, za kogo go uważała? Czasem odnosił wrażenie, że swoim zachowaniem burzył równowagę powstałą we wszechświecie, zabierając ludziom pewien punkt odniesienia.
- Ponieważ w twoim wypadku istnieją dwie opcje. Ta, którą ci zaoferowałem, lub wycieczka na posterunek i spędzenie czasu z kimś, kto na pewno nie byłby skłonny do żadnej ugody – powiedział powoli, nie wykonując jednak żadnego ruchu. Nie chciał jej straszyć, pokazywać siły czy dominacji. Nie był aż takim hipokrytą, aby w przeciągu kilku sekund zaprzeczać samemu sobie. W końcu poczuł i zobaczył, jak mięśnie dziewczyny rozluźniają się, a ona sama przystaje na jego ofertę. Puścił jej nadgarstki nie odsuwając się jednak na krok, na wypadek, gdyby postanowiła go jednak oszukać. Nie mógł jej zaufać, nie kiedy już raz próbowała mu uciec – Jak się nazywasz? – zapytał, ponownie przybierając na usta delikatny uśmiech i nie przejmując się tym, iż dziewczyna odwróciła swój wzrok. Miał w sobie tyle nadziei, niewinnej i czystej niczym dziecko czekające na urodzinowy prezent i liczące na to, iż otrzyma to, czego zawsze pragnęło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
http://panem.forumpl.net/t3214-maeve-blackwood?nid=8#50206
http://panem.forumpl.net/t3216-mejw
http://panem.forumpl.net/t3215-maeve-blackwood#50207
Wiek : 24 lata
Zawód : kwiaciarka
Przy sobie : paralizator

PisanieTemat: Re: Victor i Maeve   Czw Maj 07, 2015 12:47 pm

Już dawno temu nauczyła się, że nie należy ufać ani miłym Strażnikom, bo to właściwie zawsze prowadzi do upokorzenia, ani innym mieszkańcom getta, zwłaszcza, jeśli wiedzie ci się choć odrobinę lepiej od nich. W tym drugim przypadku jednak o wiele częściej zdarzały się wyjątki, pierwszy chyba takowych w ogóle nie przewidywał. Dlatego na uśmiech mężczyzny wolała zareagować z rezerwą graniczącą z wrogością. Tak było bezpieczniej, tak nie da wyprowadzić się w pole… choć przy władzy, jaką dawała mu jego pozycja, jej postawa i tak nie miała chyba najmniejszego znaczenia. To jednak wcale nie znaczyło, że będzie miał z nią tak łatwo. Znajdowali się z dala od zamieszkałych zabudowań i w okolicy nikogo nie było (w obu przypadkach - teoretycznie), co znaczyło, że miała znacznie większe możliwości jeśli chodzi o pozbycie się towarzystwa. Niestety, działało to również w drugą stronę, Strażnik również mógł wykazać się większą pomysłowością… ale nad tym wolała się głębiej nie zastanawiać. Przynajmniej nie na razie. Chociaż może powinna, strach przed konsekwencjami powstrzymałby ją od robienia głupot… na przyszłość, bo teraz mogło być już za późno.
Mężczyzna jednak wcale nie wyglądał, jakby chciał ją skrzywdzić. Nawet powiedział, że nie chce. Mimo to Maeve nie była pewna, czy powinna mu zaufać. W tych czasach zaufanie kosztowało naprawdę dużo i Blackwoodówna zastanawiała się, czy Strażnik jest tego świadomy. Nie można ot tak zaufać obcej osobie, chyba, że jest się skrajnie nieodpowiedzialnym i lekkomyślnym. I nie ma się nic do stracenia, a ona, może wbrew pozorom, miała bardzo dużo do stracenia. Żadna rozsądna osoba nie obdarowuje ot tak zaufaniem kogokolwiek, a już na pewnie nie mieszkaniec getta Strażnika. Obie strony miały zbyt dużo do zarzucenia drugiej, by tak się stało. Dlatego spojrzenie Maeve dalej wyrażało głęboką wrogość, pomimo tego, że ciało się rozluźniło. Cóż, ona chyba była naiwna, bo bardzo chciała uwierzyć, że akurat ten Strażnik nic złego jej nie zrobi. Chociaż z drugiej strony, postawiona pod ścianą nie miała innego wyjścia, jak zastosować się do jego prośby.
Kiedy puścił jej ręce, roztarła nadgarstki z wyrzutem w oczach, choć wcale nie bolały tak bardzo. Mężczyzna nie trzymał jej mocno, najwyraźniej naprawdę nie chcąc zrobić jej krzywdy. Kto inny na jego miejscu pewnie zadbałby o to, żeby już nawet nie była w stanie więcej uciekać. Owszem, to budziło nadzieję, że trafiła na kogoś dobrego, ale ta myśl w jej głowie brzmiała tak absurdalnie, że dziewczyna tylko z większą podejrzliwością przyglądała się Strażnikowi, próbując wyczytać z jego twarzy, czy przypadkiem nie planuje czegoś podłego.  
Dwie opcje.To wcale nie brzmiało dobrze. Tak samo jak ugoda. Już raz poszła z kimś na ugodę i była to jedna z najgorszych rzeczy w jej życiu. Starała się jednak nie narzekać, bo w końcu ona też coś z tego miała, pomimo tego, że samo wspomnienie o wydarzeniach podczas jej zawierania i później, przyprawiały ją o piekący rumieniec wstydu. Takiego upokorzenia jeszcze nie zaznała i miała szczerą nadzieję, że to już nigdy więcej się nie powtórzy, a ona będzie mogła o tym stopniowo zapominać.
Już raz poszłam z kimś na ugodę – wyznała cicho, patrząc na niego dość ponuro. – Więcej nie chcę – stwierdziła tylko ze wzrokiem utkwionym dla odmiany w ziemi, nie siląc się na żadne wyjaśnienia w tej sprawie. Mógł się tylko domyślać, jak mało przyjemne to było.
Maeve usilnie starała się rozgryźć, czego ten Strażnik od niej chciał. Skoro nie marzył o zrobieniu jej krzywdy, to czemu nie puści jej do domu, czemu ciągle ją przy sobie trzyma? Na co mu ona, skoro podobno niczego od niej nie chce? Bawi go jej strach, czy jednak coś planuje? Już chyba wolałaby pójść na posterunek, gdzie przynajmniej wiedziała, co ją czeka, niż stać tutaj, nie wiedząc, co takiego chodzi temu mężczyźnie po głowie.
Kiedy zapytał ją o imię, spojrzała na niego jak na wariata. Naprawdę pytał ją o imię? Czemu po prostu nie zapyta o dokumenty? Dowiedziałby się nawet kiedy ma urodziny.
Charlotte – odpowiedziała, utrzymując kontakt wzrokowy i w międzyczasie powoli sięgając ręką do kieszeni spódnicy, gdzie miała ukryty paralizator. Cóż, teraz albo nigdy. Wolała nie dowiadywać się na własnej skórze jak może się skończyć to spotkanie.
Następne wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Maeve jednym zwinnym ruchem, jakby robiła to już wiele razy, wyciągnęła z kieszeni paralizator, przytknęła go do uda mężczyzny i włączyła na jedną krótką chwilę. To wystarczyło, by nie wyrządzić mu zbytniej krzywdy (ten uśmiech naprawdę działał), ale jednocześnie unieszkodliwić go na tyle, by mogła spokojnie uciec, nie obawiając się, że ruszy za nią w pościg.
Prz-przepraszam – wyjąkała nieco przerażona, obserwując jak twarz Strażnika wykrzywia się z bólu. Krzywdzenie kogoś zdecydowanie nie było jej najmocniejszą stroną. Skoro jednak stworzyła sobie sytuację do ucieczki, to szkoda byłoby z niej nie skorzystać, dlatego chwilę później Maeve znowu gnała przed siebie, ile tylko miała sił w nogach, powstrzymując się od patrzenia do tyłu.

z/t :c
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Victor i Maeve   Today at 10:46 am

Powrót do góry Go down
 

Victor i Maeve

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Victor von Doom
» Victor Lothston
» Victor Romero
» Victor Creed alias Sabretooth
» Łowca demonów - Victor.

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Rejestr Ludności :: Osobiste :: Retrospekcje :: Rozgrywki-