IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Dawno temu, za górami, za lasami.... Jack&Loph

 

 Dawno temu, za górami, za lasami.... Jack&Loph

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1982-lophia-breefling
http://panem.forumpl.net/t514-loph
http://panem.forumpl.net/t1299-lophia-breefling
http://panem.forumpl.net/t744-wspomnienia-panny-breefling
http://panem.forumpl.net/t751-lophia
http://panem.forumpl.net/t745-lophia-breefling
Wiek : 22
Zawód : Sprzedawczyni, samozwańczy lekarz, zastępca szefa Kolczatki
Przy sobie : Dokumenty, paczka papierosów, zapalniczka, broń, telefon komórkowy
Znaki szczególne : ukryte pod bransoletkami blizny na nadgarstkach

PisanieTemat: Dawno temu, za górami, za lasami.... Jack&Loph   Czw Paź 23, 2014 3:38 pm


EPIZODY Z ŻYCIA




Ostatnio zmieniony przez Lophia Breefling dnia Czw Paź 23, 2014 5:03 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1982-lophia-breefling
http://panem.forumpl.net/t514-loph
http://panem.forumpl.net/t1299-lophia-breefling
http://panem.forumpl.net/t744-wspomnienia-panny-breefling
http://panem.forumpl.net/t751-lophia
http://panem.forumpl.net/t745-lophia-breefling
Wiek : 22
Zawód : Sprzedawczyni, samozwańczy lekarz, zastępca szefa Kolczatki
Przy sobie : Dokumenty, paczka papierosów, zapalniczka, broń, telefon komórkowy
Znaki szczególne : ukryte pod bransoletkami blizny na nadgarstkach

PisanieTemat: Re: Dawno temu, za górami, za lasami.... Jack&Loph   Czw Paź 23, 2014 3:39 pm

Lophia Breefling, 14 lat, Kapitol, 15 września 2275
Ten sms był naprawdę dziwny. I niespodziewany. Nigdy wcześniej nie byłam w parku, do którego właśnie jechałam, w dodatku znajdował się na obrzeżach miasta, na uboczu. Zupełnie tak, jakby Jack szukał ustronnego miejsca. Przeczytałam wiadomość ponownie. Krótka i zwięzła, mimo to mało konkretna. To spotkanie nie było planowane, chociaż nie mogłam powiedzieć, że musiałam się natrudzić, aby wyjść z domu. Andrea był jeszcze na zajęciach, mama jak zwykle w pracy, tata w delegacji. To nie tak, że mnie nie kochali, mieli po prostu swoje sprawy.
Jack nie pisałby do mnie, gdyby wszystko było w porządku. Nie oddzwaniałam wiedząc, że niczego się od niego nie dowiem, zamiast tego bez zastanowienia chwyciłam plecak i wybiegłam z domu, po czym wskoczyłam do autobusu i niepewnie przysiadłam na jednym z foteli. To nie był dla mnie łatwy czas, zaledwie wczoraj odbyło się pierwsze przesłuchanie, musiałam opisać wszystko, co do szczegółu. W wieku czternastu lat z kawalkiem nie powinnam siedzieć na komisariacie, a rząd powinien brać się za takie sprawy o wiele szybciej. Dlatego wolalam w jakikolwiek sposób oderwać myśli od sprawy o molestowanie i gwałty, skupiając wzrok na przelatującym za oknem krajobrazie.
Może Jack chciał tylko porozmawiać, w końcu zdarzało już nam się dzwonić do siebie nawet w środku nocy... Mówią, że kobiety posiadają magiczną siłę, pozwalającą przewidywać wydarzenia, najczęściej negatywne lub tragiczne - tak zwaną intuicję. Miałam nadzieję, że ta tym razem zdecyduje się mnie zawieść.
Kilkanaście miut później moje stopy dotknęły chodnika i zaczęły stawiać kolejne kroki w mniej więcej w kierunku parku, tak mi się przynajmniej wydawało, bo przecież nie miałam pojęcia, dokąd idę. Szłam na spotkanie z przyjacielem, nie miałam się czego bać. Więc dlaczego ciągle towarzyszył mi niepokój?
Spojrzałam jeszcze raz na wyświetlacz komórki upewniając się, czy aby na pewno jazda nie zajęła mi zbyt długiego czasu. A właściwie sprawdziłam, czy nie dostałam więcej wiadomości. Zero.
Przekraczając bramę parku zdołałam się już względnie uspokoić i wmówić sobie, że nie będę musiała konfrontować się z kolejną katastrofą, miałam ich dosyć w swoim życiu. Rozejrzałam się dookoła, po czym oparłam o pierwsze napotkane drzewo, uniosłam twarz ku słońcu i przymknęłam powieki. Kilka głębokich wdechów. Wydech, głupia, udusisz się. Wdech, wydech. Wolniej. Wdech. Wydech. Uniosłam powieki, dostrzegając ukrytą pomiędzy dwoma wysokimi sosnami ławkę. Ruszyłam w jej kierunku, mając nadzieję, że Jack mnie znajdzie. Przysiadłam na brzegu, tak samo niepewnie jak wcześniej, po czym wysłałam Jackowi wiadomość z informacją, że jestem już na miejscu. Jakoże nigdy nie należałam do cierpliwych, po chwili zaczęłam kręcić się na swoim miejscu, później wstałam, obeszłam kilka razy ławkę, znowu usiadłam, znowu założyłam nogę na nogę.
Może to zabrzmi sztucznie patetycznie (poza tym, chyba powinnam przestać używać pseudo-inteligentnych wyrazów), ale tak naprawdę tylko dzięki Dre i Jackowi nie straciłam wiary w mężczyzn. Generalizuję i może przesadzam, będąc dopiero czternastolatką, ale nadal ciężko mi przywoływać w myślach obrazy moich prywatnych, domowych lekcji bez wpadania w histerię. Sesje u psychologa pomagają, owszem, ale nic nie sprawi, że kiedykolwiek zapomnę.
Oczywiście Jack nie wiedział, do niedawna nie wiedział tak naprawdę nikt, nie mogłam przcież wyjść na idiotkę, która nie umiała się obronić, która godziła się na milczenie w zamian za rzekomy "lepszy start", za pojęcie, którego do końca nie rozumiała.
Pokręciłam się jeszcze chwilę na swoim miejscu, poprawiłam przekrzywione nogawki spodni, oparłam się łokciem o plecak.
Chwilę później dostrzegłam nad swoją głową cień i usłyszałam znajomy głos.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1073-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1075-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1290-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1080-reminiscencja
http://panem.forumpl.net/t3249-caulfield#51058
Wiek : 26
Zawód : Speaker w radiu
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, odtwarzacz mp3, scyzoryk, dokumenty, telefon komórkowy,

PisanieTemat: Re: Dawno temu, za górami, za lasami.... Jack&Loph   Wto Paź 28, 2014 11:22 pm

Jack Caulfield, 17 lat, Kapitol, 15 września 2275
a tutaj jak Jackuś się ubrał, a co xD

Dawno nie byłem w takim stanie. Krew sączyła mi się z nosa, najprawdopodobniej złamanego, głowa pulsowała od nawracającego bólu, świat wirował przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Trudności sprawiało mi nawet chodzenia, miałem wrażenie jakby przy każdym kroku wszystko wewnątrz czaszki drżało mi niemiłosiernie, obijając mózg o jego ściany, przyprawiając o kolejne dolegliwości. Tym razem wiedziałem, że nie pozbieram się sam, potrzebowałem pomocy, z nosem, z doborem leków, czymkolwiek, dlatego napisałem do Lophi. Była pierwszą osobą, która przyszła mi do głowy, w sumie jedyną moją znajomą, której ufałem na tyle by poprosić ją o poradę. Nie mogłem liczyć na swoją zaradność, w takiej sytuacji moje umiejętności do niczego się nie przydawały, nie mogłem też iść do lekarza (kurwa, przecież nie powiem, że dostałem wpierdol od cholernego faceta mojej matki), więc dziewczyna pozostała dla mnie ostatnią deską ratunku.
Wiedziałem, że dziewczyna jest młoda, że przed nią całe życie i nie powinienem ją mieszać do koszmarów mojej codzienności. Kurwa, nie miałem najmniejszego prawa zawracać jej głowy jakimkolwiek moim problemem, zresztą... Najpewniej nie będzie jej to obchodzić. Zapewne, tak jak większość ludzi, przywykła do tego, że często chodziłem obity. W końcu to nie tajemnica, że lubiłem się wdawać w bójki, przez co niemal wszyscy dawno odpuścili próby pomocy, czy porady, twierdząc, że mam to wszystko na własne życzenie.
W sumie... to było łatwiejsze. Przynajmniej nie musiałem się tłumaczyć z takich sytuacji jak ta dzisiejsza.
Naciągnąłem na twarz mocniej kaptur bluzy i przyśpieszyłem kroku, zaciskając zęby. Nie chciałem się spóźnić, nie chciałem by Lo czekała dłużej niż to konieczne. By się niecierpliwiła. A jednak, miałem jeszcze co najmniej dziesięć minut drogi do parku, gdy mój telefon zawibrował, wyrzucając z siebie ostre dźwięki popularnego ostatnio house kawałka. Sięgnąłem ręką do kieszeni, krzywiąc się nieznacznie w odpowiedzi na głośność muzyki, szybko wyświetlając wiadomość. Czekała już, no tak...
Przyśpieszyłem kroku, wciskając ręce w kieszenie, starając się zignorować narastający ból głowy, skupić jedynie na drodze, która pozostała mi do przejścia, na czymkolwiek poza tą niedogodnością. Liczyłem kroki, wypatrywałem jakiś schematów wśród pęknięć na chodniku, odtwarzałem w umyśle poznane ostatnio na historii daty. Aż w końcu dostrzegłem pierwsze drzewa. Dalej już poszło z górki, Lophia co prawda nie czekała na mnie przy wejściu, jednak odnalezienie jej nie stanowiło dla mnie większego problemu. Podszedłem do niej powoli, przyglądając się jej dokładnie podczas tych ostatnich kroków, ponownie rozważając czy nie popełniam błędu wciągając ją w moje życie, zanim jednak stwierdziłem, że chcę się wycofać było już za późno. Dziewczyna podniosła głowę, a mi nie pozostało nic innego jak uśmiechnąć się do niej, dość krzywo, w całej okazałości prezentując moją obitą mordę, której nie potrafił skryć nawet cień kaptura.
- Hej, Lo – przywitałem się, siadając obok niej. - Sorki, że tak cię ściągnąłem.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1982-lophia-breefling
http://panem.forumpl.net/t514-loph
http://panem.forumpl.net/t1299-lophia-breefling
http://panem.forumpl.net/t744-wspomnienia-panny-breefling
http://panem.forumpl.net/t751-lophia
http://panem.forumpl.net/t745-lophia-breefling
Wiek : 22
Zawód : Sprzedawczyni, samozwańczy lekarz, zastępca szefa Kolczatki
Przy sobie : Dokumenty, paczka papierosów, zapalniczka, broń, telefon komórkowy
Znaki szczególne : ukryte pod bransoletkami blizny na nadgarstkach

PisanieTemat: Re: Dawno temu, za górami, za lasami.... Jack&Loph   Sob Lis 08, 2014 9:53 pm

Lophia Breefling, 14 lat, Kapitol, 15 września 2275

Nie miałam pojęcia, co miały ujrzeć moje oczy, kiedy unosiłam głowę, aby spojrzeć w kierunku rzucającej na mnie cień postaci. Jack znajdował się w tak opłakanym stanie, że mnie omal nie rozbolała głowa. Jak mogłam mu pomóc, mając w plecaku tylko apteczkę?
- Wpadłeś pod tramwaj? - udało mi się w końcu wykrztusić. Ledwo zauważyłam, kiedy zerwałam się z miejsca i jak najszybciej pokonałam dzielącą mnie od Jacka odległość. - Siadaj, bo zemdlejesz - dodałam, lekko popychając go za ramię w kierunku ławki. Naprawdę bałam się, że za chwilę runie na ziemię, a ja nie dałabym rady zaholować go na izbę przyjęć. Dlaczego przyszedł do mnie, a nie do szpitala?
- Dostałeś w głowę? - zapytałam, widząc grymas bólu na jego twarzy. Natychmiast otworzyłam plecak i wyciągnęłam z niego apteczkę. - Przydałaby się tomografia, ale się nie zgodzisz, nie?
Doskonale znałam odpowiedź. Ktokolwiek tak go urządził, zasługiwał na karę, ale Jack był zbyt dumny, by to gdziekolwiek zgłosić. Głupi, głupi, głupi! Chciałam zapytać, co się stało. Wprost, bez ogródek, zasypać go gradem pytań, ale zdążyliśmy poznać się na tyle, że wiedziałam, że albo poczuje się urażony, albo odburknie coś niezrozumiałego i każe mi się odczepić. Czekałam.
Otworzyłam płyn odkażający i zaczęłam delikatnie zmywać krew z twarzy, odsłaniając pokrywające ją siniaki. Niedobrze. Kość w nosie wydawała się cała, choć nie mogłam wykluczyć pęknięcia. Cholera, miałam czternaście lat i nie byłam lekarzem. Jasne, przechodziłam przyspieszony kurs, ale nie umiałam operować, nie miałam rentgena w oczach.
Pokręciłam głową, kiedy skrzywił się po raz kolejny. Wpieprzyłam temu gnojkowi, który mi to zrobił. Bo raczej nie uderzył się o szafkę w kuchni. Na szczęście miał równe źrenice, więc odrobinę się uspokoiłam. Nadal bez pytań sprawdziłam, czy czaszka jest w całości, na szczęście spod włosów nie sączyła się krew. Za to łuk brwiowy wymagał szycia. Spojrzałam na ranę, po czym uznałam, że jednak będę musiała poradzić sobie sama. Bez słowa. Zakleiłam rozcięcie wąskimi plasterkami, uważając, żeby nie sprawić chłopakowi jeszcze więcej bólu.
Czekałam.
Na wyjaśnienia, na wybuch wściekłości, płaczu, czegokolwiek.
- Nie powinnam Ci tego dawać - powiedziałam bardziej do siebie, wyłuskując z opakowania dwie tabletki przeciwbólowe. Mogły zaciemnić objawy poważniejszego urazu głowy... Ale coś mówiło mi, że mu pomagam, że nie zrobię mu w ten sposób krzywdy. Zadziwiające, że ufał czternastoletniej, pokręconej dziewczynce.
Podałam mu leki, niestety nie miałam niczego do popicia, musiał sobie poradzić bez wody. W tym czasie zdążyłam jeszcze zerknąć na jego dłonie, co wymagało chwycenia go za nadgarstki. Tak na wszelki wypadek, gdyby chciał schować ręce za plecami. Proste przewidywanie reakcji. Dostrzegłam kilka siniaków i otarć, które też przemyłam, w razie czego miałam pewność, że zrobiłam, co mogłam.
Została mi jeszcze maść na krwiaki, trochę heparyny nie powinno mu zaszkodzić. Przynajmniej, jeśli miałam opierać się na swojej niewielkiej wiedzy.
Mogłabym się złościć, że przyszedł z tym właśnie do mnie. A z drugiej strony nie bardzo miał inne osoby, którym mógł zaufać, nie mogłabym go wydać nawet, gdyby zrobił coś bardzo, bardzo złego. Przez ostatni rok przywykłam do tego, że świat bywa okrutny. Także w stosunku do mnie.
Przysiadłam na ławce tuż obok Jacka, trzymając na kolanach otwartą apteczkę. Czekałam.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Dawno temu, za górami, za lasami.... Jack&Loph   

Powrót do góry Go down
 

Dawno temu, za górami, za lasami.... Jack&Loph

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Wcale nie tak dawno temu, pewien hipochondryk, który akurat nie udawał...
» Jack O'Leary
» Jack Carroll
» Rory Carter i Jack Caulfield

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Rejestr Ludności :: Osobiste :: Retrospekcje :: Rozgrywki-