IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Francis Hargrove

 

 Francis Hargrove

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
the civilian
avatar
Wiek : 36 lat
Zawód : przyszły prezydent, kustosz w kapitolińskiej galerii sztuki
Przy sobie : paczka papierosów, laptop, motor

PisanieTemat: Francis Hargrove   Czw Paź 22, 2015 8:54 pm


Francis Hargrove
ft. Michael Fassbender
data i miejsce urodzenia
9 luty 2248r., Dystrykt Trzynasty
miejsce zamieszkania
Kapitol, Dzielnica Zachodnia
zatrudnienie
Kustosz w Kapitolińskiej Galerii Sztuki
Rodzina


Po pierwsze: rodzina
Nie wszystkie rodziny są zepsute przez system. Nie każda relacja opiera się tylko i wyłącznie na przykrym obowiązku pozowania do zdjęć czy dzielenia jednego nazwiska, a czasem motywacją ku bezgranicznej miłości nie są jedynie więzy krwi. Zazwyczaj do osiągnięcia szczęścia potrzeba o wiele więcej, do jego zniszczenia zaś wystarczy maleńka iskra.
Moi rodzice, Athena i Theseus Hargrove, nauczyli mnie w życiu jednego – aby doceniać to, co się ma, ponieważ wkrótce można to stracić. Wydaje się to o tyle dziwne, iż nigdy nawet ich nie poznałem. Odkąd pamiętam byli jedynie dwójką uśmiechniętych młodych ludzi, spoglądających na mnie z pozaginanej i pogniecionej fotografii. Ich twarze wyrażały to szczęście, którego pragnął zapewne każdy człowiek na ziemi, oczy płonęły wesołym blaskiem i zawsze zastanawiało mnie, czy te same płomyki towarzyszyły im w dniu moich narodzin. Nie miało to wprawdzie większego znaczenia, ale nie znałem ich innych twarzy. Nie znałem ich w ogóle. Byli za to pierwszymi kreskami na mającej się wkrótce powiększyć liście.
Byli jednymi z tych ludzi, którzy zamieszkiwali Trzynastkę od zawsze i gdy po raz pierwszy opuścili jej mury, udając się w podróż do kilku sąsiednich dystryktów (a przynamniej tak zawsze słyszałem), ślad po nich zaginął. Nigdy nie starałem się pytać i dociekać, czy za ich zniknięciem kryje się jakaś większa tajemnica, jednak jako dziecko uwielbiałem wymyślać niestworzone historie, opowiadając je mojemu młodszemu bratu, który w dniu ich wyjazdu miał zaledwie rok. Nie pozostało nam nic poza zdjęciem i cechami, które po nich odziedziczyliśmy.
Benjamin, młodszy ode mnie o dwa lata, podobno zawsze przypominał naszą matkę, choć jeszcze w dzieciństwie, gdy próbowałem porównać go z kobietą na fotografii, nie potrafiłem dostrzec ani jednej wspólnej cechy. Wraz z biegiem lat, kiedy się sięgałem po zdjęcia całej trójki dostrzegłem, że ma jej oczy. Tak samo rozbawione i figlarne, uśmiechające się nawet w najgorszych momentach swojego życia. Czasem lubię myśleć o tym, że wtedy też się uśmiechał.
Za wychowanie mnie takim, jakim jestem, powinienem podziękować jednej osobie, która była ze mną tak długo, jak dała radę. Edgar Hargrove, starszy brat naszego ojca i doskonały żołnierz, był przy nas, kiedy nie było już nikogo innego i wspierał, gdy najbardziej tego potrzebowaliśmy. Stał się nie tylko rodziną, nie jedynie zwykłym wujkiem, a wzorem naśladowania i człowiekiem, którym chciałem się stać, gdy dorosnę. Czy mi się udało? Cóż, on zawsze powtarzał, że bez względu na to, którą drogę obiorę, zawsze będzie ze mnie dumy. Ważne, abym wybrał ją sercem, a nie zdrowym rozsądkiem.
Genevieve Hargrove była ze mną z wyboru, stanowiąc kręgosłup moralny wtedy, kiedy mój umysł zawodził i serce, gdy to we mnie pierwszym umierała nadzieja.


Historia

Pamiętam bieg. Krople deszczu spływające po moim ciele, mieszające się z potem i parujące na gorącej skórze. Ciemne chmury, które chwilę wcześniej zasnuły niebo nade mną sprawiły, że świat pogrążył się w przerażającej ciemność, jednak moje oczy zdawały się przyzwyczaić do niewyraźnych kształtów, które wraz ze stawianymi coraz szybciej krokami stawały się coraz bardziej rozmazane, jakby ktoś wylał kubeł wody na niedokończony obraz. Wszystkie barwy mieszały się ze sobą, tworząc przerażający kalejdoskop, a moje stopy w miarowym rytmie odrywały się od powierzchni, aby ponownie z głuchym odgłosem uderzyć o ziemię. I tak w kółko, tak długo, aż moje mięśnie poczęły odmawiać mi posłuszeństwa, a nawet dłużej. Moje płuca płonęły i piekły przy każdym hauście powietrza, który nabierałem spragniony odpoczynku i wytchnienia od wysiłku, jednak nie ustawałem w swoim szaleńczym celu. Dosłownie, czułem się jak szalony, mój umysł nie potrafił stanąć w miejscu, jakby chciał dogonić moje ciało, które po jakimś czasie zanurzyło się w gęstwinie drzew. Nie czułem ostrych gałęzi raniących moją skórę, nie odczuwałem już nic poza rozrywającym klatkę piersiową bólem, już nie rozpaczy, nie wściekłości, a rozgoryczenia i żalu. Nie potrafiłem już stanąć. Coś kazało mi pędzić tak długo, aż sam nie upadnę, aż nie będę w stanie się podnieść i iść dalej. A kiedy to się stało, a naprawdę błagałem, aby stało się szybko, miałem nadzieję, że nie będzie już nic więcej. Że nie będę musiał podnosić się do góry i stawiać czoła światu, który w tamtym momencie wydawał się naprawdę pusty.
Czasem wciąż wydaje mi się, że biegnę. Budzę się rano zdyszany, patrząc w sufit swojej sypialni i nie muszę wracać pamięcią,by wiedzieć, co się wydarzyło. W tych snach jednak nie ma nikogo, kto podniósł mnie wtedy z chłodnej i mokrej ściółki, ochlapał twarz lodowatą wodą i kazał pozbierać się do kupy zanim wrócę do domu. W tych snach jest tylko szaleńczy bieg w pogoni za tym, co niepostrzeżenie wyślizgnęło mi się z rąk.
Po drugie: wiedza
Trzynastka była miejscem, które szybko nauczyłem się nazywać domem. Być może byłoby to moje pierwsze słowo gdyby nie fakt, iż w rzeczywistości było nim „mama”. Zdarza mi się wciąż śmiać z ironii tego, iż pierwszy raz wypowiedziałem je w momencie, gdy moi rodzice nie byli już w stanie tego usłyszeć.
Edgar nie należał do ludzi, którzy mieli smykałkę do dzieci. Trudno się dziwić, był przecież wojskowym, niemalże od najmłodszych lat spędzającym swoje życie w mundurze. I chociaż podobno gubił się w zmienianiu pieluch mojego brata i karmieniu nas o odpowiedniej porze, nauczył nas rzeczy, za które będę mu wdzięczny do końca życia. Wpoił nam te wartości, dzięki którym mieliśmy poradzić sobie na świecie, gdy jego zabraknie i nie będzie nikogo, kto naprawiałby nasze błędy i strofował, gdy czasem obieraliśmy zupełnie inny kierunek.
Nie należał jednak do ludzi surowych. Owszem, miał twardą rękę i wielokrotnie dawał nam do zrozumienia, iż nie warto go ignorować, jednak dzięki temu zyskał sobie szacunek. I to nie tylko nasz, jego dwójki niesfornych wychowanków, pamiątek po zmarłym bracie, o którym zawsze wypowiadał się z ogromnym szacunkiem. Ludzie kłaniali mu się na korytarzach, pytając o jego zdrowie, zapraszali na gry w karty czy zwykłe, codzienne rozmowy, a nas otaczali o wiele większą uwagą. Stopień oficerski naszego wuja skutkował jednak nie tylko przywilejami, lecz także presją, którą nakładano na nas w Trzynastce, licząc, że znajdziemy się wśród elity żołnierzy zasilających wojsko, którzy w przyszłości poprowadzą lud ku wolności.
I chociaż mogłoby się wydawać, że to właśnie na trening wojskowy Edgar nałoży największy nacisk, naukę w szkole traktował równie poważnie. Pamiętam, iż od dziecka chcieliśmy iść w jego ślady. Obserwowaliśmy go w czasie ćwiczeń, podziwiając każdy naprężony mięsień, pasję w oczach i zwinne, lekkie ruchy, którymi demonstrował kolejne chwyty. Błagaliśmy, aby pozwolił bawić nam się nienaładowaną bronią i jak najszybciej zaczął nas uczyć, ponieważ patrzenie nie było już dla nas wystarczające. Chcieliśmy iść w jego ślady, sprawić, aby był z nas dumy i aby nasze nazwisko przypominało nie tylko o jego osiągnięciach, ale także o naszych rodzicach.
Pomimo niemożliwego do ostudzenia zapału dwójki dzieciaków, na pierwszym miejscu znalazła się szkoła. Wuj sądził, iż żołnierz bez należytej wiedzy nie może nazwać się prawdziwym wojownikiem, iż tężyzna umysłowa jest tak samo ważna, jeśli nawet nie istotniejsza, od tej fizycznej.
Muszę przyznać, że na początku nie lubiłem się uczyć i wcale nie byłem prymusem. Chciałbym powiedzieć, iż nauka od dziecka była moim powołaniem, że nauczyciele chwalili mnie za ponadprzeciętne zdolności i zapał do zdobywania wiedzy, jednak było zupełnie przeciwnie. Byłem tym, który dość często nie odrabiał zadań domowych, nie przygotowywał się na sprawdziany i pyskował do nauczycieli, gdy grozili skargą składaną mojemu wujowi. Myśleli, że się go bałem, ponieważ wszyscy widzieli go jako człowieka, który potrafi osiągnąć swój cel i okiełznać nieopierzonego dzieciaka, jakim byłem, gdy zaczynałem naukę.
A byłem okropny. Wydawało mi się, że cały świat wkrótce legnie u moich stóp. Nosiłem głowę wysoko, czyniąc z siebie pana wszystkiego wokoło i marzyłem tylko o tym, by walczyć, z bronią w ręku kroczyć, zdobywać i wygrywać. Jak na kilkunastoletniego chłopca miałem naprawdę wysokie mniemanie o własnej osobie, za to innych ludzi postrzegałem jak nic niewarte pchły, które nie dosięgają mi nawet do pięt i już wkrótce będą się kłaniać i głosić moje imię niczym antyczne bóstwo.
Do czasu.
Miarka się przebrała, gdy w wieku jedenastu lat postanowiłem wyjść na powierzchnię. Wiedziałem, że nie powinienem, ale przecież byłem taki potężny i silny. Nic nie mogło mnie powstrzymać w zdobyciu swojego celu, skoro przed laty udało się to rodzicom, dlaczego miałoby nie udać się i mnie? Kiedy więc korytarze zupełnie opustoszały, a ja powinienem siedzieć w ławce na lekcji matematyki, posłusznie rozwiązując zadania i słuchając kolejnego nudnego wykładu naszego nauczyciela, zabrałem ze sobą plecak i ruszyłem wzdłuż szarych ścian w miejsce, w którym jak sądziłem, znajdowało się wyjście z dystryktu.
Muszę powiedzieć, że wcześniej zdarzyło mi się być na skraju wyczerpania cierpliwości mojego wuja. To Benjamin był zawsze tym posłusznym, chylącym głowę nisko i naprawiającym każdy swój błąd. Pokorny i trzymający się zasad, gotowy pójść wszędzie tam, gdzie nakaże mu udać się Edgar. Dlatego on nigdy na własnej skórze nie doświadczył jego gniewu, nie słyszał gorzkich słów płynących z jego gardła ani nie stał twarzą w twarz z tym mrożącym krew w żyłach spojrzeniem. Mrożącym krew każdego, kto nie był mną. Za każdym razem butnie wpatrywałem się w jego oczy, w myślach planując następny wyskok i sposób na uniknięcie dnia zajęć.
Tamtego dnia wszystko obróciło się o 180 stopni. Czułem się jak potężny heros zmierzający ku wygranej, tryumfator, pan i władca. Adrenalina płynąca w moich żyłach sprawiała, że moje dziecięce serce biło mocno z podniecenia, gdy z każdą sekundą byłem już coraz bliżej. Miałem wrażenie, że dzielą mnie dosłownie sekundy od stanięcia twarzą w twarz z przeznaczeniem. I rzeczywiście, stanąłem. Kolejny krok sprawił, iż znalazłem się na wprost mojego wuja, patrząc na jego wykrzywioną wściekłością, pooraną zmarszczkami doświadczenia twarz. Jego dłoń powędrowała w moim kierunku, ściskając szyję, przypierając do ściany i bez problemu unosząc w górę tak, iż moje oczy znalazły się na wysokości jego, pociemniałych ze złości i mierzących mnie piorunującym spojrzeniem. Jednak nie to było najgorsze. Przez chwilę nie mówił nic, ja zaś uśmiechnąłem się ironicznie, myśląc, że czeka mnie kolejna pogawędka, kolejny moralizatorski monolog, mający sprawić, że zaczną mnie zżerać wyrzuty sumienia. On jednak nie otworzył ust ani na chwilę, zamiast tego upuścił mnie na podłogę i poprowadził długim korytarzem do strzelnicy, gdzie ze stoickim spokojem wręczył mi pistolet i po raz pierwszy pozwolił strzelić. Po trzydziestu minutach ani jedna kula nie trafiła w tarczę, ani jedna nawet jej nie musnęła. Nie rozumiałem jeszcze, co zamierza mi udowodnić, jednak gdy zabrał mnie na salę treningową, gdzie na oczach wszystkich chłopców z mojej klasy udowodnił, jak bardzo nie nadaję się jeszcze na żołnierza i jak dużo mi brakuje, aby być takim jak on, na zawsze zmieniłem podejście. Poza siniakami i mocno poobijanym ego nabrałem także pokory i zrozumiałem, że na wszystko przyjdzie odpowiednia pora.
Po jakimś czasie mogłem z zadowoleniem powiedzieć, iż stałem się najlepszy. Nie opuściłem ani jednych zajęć, nie zapomniałem o ani jednym sprawdzianie. Materiał, który miałem do nadrobienia przez wszystkie lata szczeniackiej zabawy i podchodzenia do spraw lekceważąco, opanowałem jak najdokładniej. Nie to jednak było najlepsze. Sama wiedza, choć niezwykle przydatna i bezwątpienia mogąca zapewnić mi wiele dobrego w przyszłości, nie była sama w sobie nagrodą. Czasami, gdy podnosiłem wzrok patrząc na Edgara obserwującego mnie podczas nauki, i dostrzegałem błąkający się na jego ustach uśmiech dumy i zadowolenia, wiedziałem, że sprawiłem się dobrze. Że pomimo niezbyt kolorowych początków udało mi się udowodnić, iż jestem wiele wart i że nie warto ze mnie rezygnować. Miałem wiele do zaoferowania, po prostu nie dostałem jeszcze okazji, aby to udowodnić.  
Po trzecie: siła
W końcu doczekałem się tego, na czym od dawna mi zależało. Ćwiczenia zacząłem oczywiście wcześniej niż Benjamin, ze względu na różnicę wieku, jednak nigdy nie wydawał się tym przejmować. Kiedy ja brałem na siebie więcej obowiązków związanych ze szkołą i początkowo prywatnymi treningami z wujem, on wciąż mógł skupić się jedynie na stopniach, nie rozpraszając się nabywaniem wytrzymałości i ćwiczeniami fizycznymi, które w przyszłości miały z nas zrobić doskonałych żołnierzy. Pionków do gry, ale wtedy oczywiście jeszcze tak o tym nie myślałem. Wstąpienie do oddziałów wojska Trzynastki było zaszczytem o którym, jak mi się zdawało, marzyło każde dziecko. Służenie w nich, przygotowywanie się do nieznanej nam jeszcze walki i podążanie za słowem prezydent Coin były szczytem kariery. Każdy chciał w przyszłości opuścić mury dystryktu z bronią w ręku i ja  byłem jedną z tych osób, gotowych, aby ślepo brnąć w ciemność, podporządkowując się systemowi i zamykając swój mózg na wszystko, co było dookoła. Oczywiście, wtedy jeszcze tego nie wiedziałem.
Edgar zaskoczył mnie po raz kolejny, gdy pierwszy raz zjawiłem się na jego treningu, zmotywowany i pełen pozytywnej energii, aby uczyć się od samego mistrza. Zawsze powtarzał, że zaraz za wiedzą w hierarchii wartości kroczy siła, która pomaga nam nie tylko i wyłącznie walczyć i pokonywać, ale także przetrwać w najbardziej wyczerpujących warunkach. Nigdy jednak nie zdradził nam, czego tyczy się owa siła.
Ku mojemu zdziwieniu nie zaczęliśmy walczyć. Liczyłem, że gdy tylko przyjdę na miejsce, pokaże mi kilka sztuczek, nakaże wykonanie ćwiczeń fizycznych i wprowadzi w skomplikowany proces przeistaczania się ze zwykłego chłopaka w silnego i odważnego żołnierza. Zamiast tego posadził mnie na materacu, zajmując miejsce naprzeciw i zaczął zadawać pytania. Muszę przyznać, że na część z nich wciąż nie znalazłem odpowiedzi.
Co byś zrobił, gdyby twój oddział został zaatakowany przez o wiele większą grupę?
Nie wiem.
Co zrobisz, jeśli przyjdzie ci wybrać między życiem twoim a twojego przyjaciela?
Nie wiem.
Czy dasz radę bez wahania pociągnąć za spust?
Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem.
Patrzyłem na mężczyznę z otwartymi szeroko oczyma, bojąc się, że każda z tych odpowiedzi przekreśli moje szanse na spełnienie marzenia. Chciałem go zadowolić, chciałem wspiąć się na wyżyny i dosięgnąć szczytu tak jak zrobił to on, a może nawet wyżej. Byłem jeszcze młody, niedoświadczony i nie miałem pojęcia, z czym wiąże się zawód, który obrałem sobie na przyszłość. Dla mnie był to jedynie sport, coś podziwianego przez innych, coś, w czym można się wykazać i sprawić, że ludzie zapamiętają Cię w jak najlepszym świetle. Dotychczas nigdy nie przeszło mi przez myśl, że siła nie wiąże się jedynie z mięśniami i wytrzymałością, która pozwala na długie marsze i wyczerpujące dni pozbawione snu. W tamtym momencie dotarło do mnie, że za tą starzejącą się z każdym rokiem twarzą i pogodnymi oczami kryje się o wiele więcej. Ten człowiek, wcześniej i tak stanowiący niezastąpiony wzór i autorytet, udowodnił, że nie ani mój brat ani ja nie pomyliliśmy się w doborze mentora. Kiedy później patrzyłem, z jaką pasją uczy nas strzelać, miałem świadomość, że nie jest jedynie maszyną wytrenowaną do zabijania. Widziałem wyraźną różnicę pomiędzy nim a ludźmi, którzy w późniejszych latach stanowili naszych przełożonych. Poza mięśniami i dobrze sprawującym się ciałem miał także duszę i starał się robić wszystko, abyśmy my też nigdy jej nie stracili.
Lata treningów, lata mojej młodości, były tymi, które wspominam najlepiej nie tylko przez to, iż wreszcie udało mi się wyjść na prostą, ustanowić wyraźny cel i krok po kroku wspinać się po szczeblach ku jego osiągnięciu. Uwielbiałem adrenalinę, uwielbiałem wspólne treningi i wszystko to, co się z nimi wiązało. Czułem, jak z dnia na dzień staję się coraz lepszy i nawet kiedy powtarzano mi, iż nie ma nic więcej, co mógłbym ulepszyć, ja wciąż starałem się podnosić sobie samemu poprzeczkę, kroczyć coraz dalej i dalej, bojąc się, iż jeśli zatrzymam się chociażby na chwilę w tym zwariowanym biegu, już nigdy nie uda mi się nadrobić straconej drogi.
Po czwarte: ludzie
Nigdy nie uważałem się za człowieka specjalnie towarzyskiego. Owszem, od małego wraz z Benjaminem uczyliśmy się zasad dobrego wychowania i obycia pośród innych ludzi, wiedzieliśmy, kiedy trzymać język za zębami, kiedy się uśmiechnąć i powiedzieć „dzień dobry”, jednak wraz z dorastaniem zacząłem zauważać, że tak naprawdę nie potrzebuję innych ludzi do szczęścia. Przez większość czasu byliśmy tylko we trójkę. Stanowiliśmy zamknięty krąg, rodzinę, nie tylko dzięki wspólnym przodkom ale i szacunkowi, którym się darzyliśmy oraz bezgranicznemu zaufaniu. Mogłem polegać zarówno na Edgarze jak i na młodszym bracie, szczególnie iż z biegiem czasu granica wiekowa zaczęła się między nami zacierać. Gdy tylko dorównał mi wzrostem i tężyzną fizyczną, przestał być młodszym braciszkiem, którym chciałem się opiekować i dla którego gotów byłem skoczyć w ogień. Oczywiście tylko pozornie. Kiedy na niego patrzyłem, w dalszym ciągu widziałem tego małego, radosnego chłopca, który czasem wślizgiwał mi się do łóżka i prosił, abym czytał mu bajki. Kiedy byłem na tyle duży, aby pojąć, że jeśli Edgara zabraknie nie będziemy mieli nikogo poza sobą nawzajem, powziąłem sobie za cel chronić go przed wszelkim złem tego świata. Nie chciałem nadszarpywać jego niewinności, dlatego nigdy nie był moim partnerem w dziecięcych zbrodniach, jednocześnie jednak chcąc, aby był w stanie się bronić, aby nie musiał obawiać się ludzi i świata i aby potrafił sam walczyć o swoje.
Dlatego popełniłem w swoim dzieciństwie jeszcze jedno, jedyne głupstwo, którego wuj nie potrafił puścić mi płazem.
Benjamin nigdy nie był „tym słabszym”. Chociaż młodszy i z pozoru drobniejszy, od małego był naprawdę inteligentny. Niestety jednak, ta cecha sprawiała, że stał się zamknięty w sobie i cichy, często zamyślony i zaczytany w książkach i podręcznikach. W przeciwieństwie do mnie szkoła była dla niego rajem, uwielbiał się uczyć już od pierwszych dni w niej spędzonych i cieszę się, że nie postanowił brać ze mnie przykładu. Kiedy patrzę na to wszystko z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że może wcale nie chciał trenować. Może po prostu szedł w moje ślady, nie chcąc zawieść rodziny i bojąc się przeciwstawić temu, co dla niego zaplanowaliśmy. Nigdy nie miałem okazji go o to zapytać.
Pamiętam więc, że nie było mu łatwo, kiedy nie było mnie obok niego. Gdy szliśmy razem korytarzami, wszystkie dzieci omijały nas szerokim łukiem, wiedząc, jak porywczy i gwałtowny potrafiłem być. Jednak kiedy zostawał sam, automatycznie stawał się łatwym celem. Nie było dnia, gdy jego książki nie wylądowały na podłodze, gdy jego ubranie nie było pogniecione od drobnych, dziecięcych dłoni, nabijających się z jego pasji nauki i poznawania. Trudno mi było patrzeć jak zmaga się z prześladowaniem, jednak tak długo, jak zarzekał się, iż nie jest to nic poważnego, starałem się ignorować sytuację i wstrzymywać swoje emocje. Kiedy jednak, mając trzynaście lat, wrócił do domu z posiniaczoną twarzą, wiedziałem, że nie mogę po prostu siedzieć i biernie przyglądać się temu wszystkiemu. Gdy więc Edgar doszedł do wniosku, że chcąc być żołnierzem Ben sam powinien się tym zająć, podjąłem decyzję. Patrząc na niego widziałem wyraźnie, iż nie był w stanie tego uczynić. Był zbyt dobry i zbyt nieśmiały, aby przeciwstawić się swoim oprawcom.
Szybko doszedłem do tego, kto stał za pobiciem młodszego brata. Jako piętnastolatek byłem już dość silny i dobrze zbudowany, aby poradzić sobie ze swoim przeciwnikiem. Wystarczyło kilka uderzeń i krew sącząca się z jego twarzy na szarą posadzkę, aby uszczypliwe docinki skończyły się na zawsze. Potraktowałem go o wiele brutalniej niż on Benjamina, jednak nie czułem wyrzutów sumienia. Nie zawahałem się ani przez chwilę, przygniatając wątłe ciało o wiele słabszego chłopca do chłodnej podłogi i raz po raz wymierzając bolesne ciosy tak długo, aż nie stracił przytomności, a znajome mi już dłonie nie odciągnęły mnie w tył. Nawet nie próbowałem udawać, że nic się nie stało.
Nie przeszkadzało mi to, że zawsze byliśmy tylko we dwoje. Stanowiliśmy drużynę, rozmawialiśmy o wszystkim i wraz z kolejnymi latami nasze więzi stawały się o wiele mocniejsze. Widziałem, jak duże robi postępy, aby w końcu stać się taki jak ja. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że mógłby nie lubić tego, co robi. Z drugiej strony, może nigdy nie chciałem o tym myśleć.
W naszym życiu zaczęli jednak pojawiać się inni ludzie. Ci, których nigdy nie nazwalibyśmy przyjaciółmi, trenowali razem z nami i dawne spory odeszły w zapomnienie. Drużyna się powiększała, w przyszłości mieliśmy stanowić oddział ludzi, którzy muszą ufać sobie bezgranicznie i być gotowymi poświęcić się dla innych. Mimo wszystko jednak wciąż wiedziałem, że zawsze mogę polegać na bracie albo zwrócić się do Edgara. Błędy dzieciństwa zostały nam wybaczone, stawaliśmy się dorosłymi ludźmi a chłopak, którego niegdyś prawie zabiłem, później uratował mi życie.
Po piąte: honor
W końcu nadszedł ten moment. Mój moment. To, do czego dążyłem przez tyle czasu, ciężką pracą i poświęceniem, właśnie miało przynieść pożądaną nagrodę. Pierwsza misja, pierwsza okazja, aby wykazać się swoimi umiejętnościami i aby przekonać siebie i innych, że nazwisko Hargrove jest uosobieniem idealnego żołnierza.
Kiedy moje nazwisko pojawiło się wśród kilku innych, wybranych do tej jednej akcji, byłem wniebowzięty. Powtarzałem wszystko, czego się nauczyłem, ćwiczyłem czyszczenie i ładowanie broni, strzały z różnej odległości i walkę wręcz. Rzucałem nożami, uczyłem się zastawiania pułapek i niczym mantrę odtwarzałem każdą zasadę, którą przekazał mi wuj. Byłem gotowy. Czułem, jak adrenalina w moim organizmie wzrasta i nie mogłem doczekać się chwili, w której pierwszy raz wyjdę na powierzchnię, ubiorę mundur i wypełnię rozkazy. Do tego zostałem stworzony. Nie miałem pojęcia, że za sprawą jednego przypadku moje życie na jakiś czas zawali się niczym domek z kart zdmuchnięty przez wiatr.
Dwa dni przed planowaną akcją zdarzył się najgłupszy wypadek, który pociągnął za sobą falę innych tragicznych zdarzeń. Wciąż nie wiem, jak mogłem być tak nieuważny, żeby podczas posiłku na stołówce potknąć się i upaść tak niefortunnie, że moja noga została złamana w trzech miejscach, co automatycznie wykluczyło mnie z nadchodzącej misji. Osobą, która miała mnie zastąpić, został Benjamin.
Zawsze sądziłem, że cieszył się z zaszczytu, którego doświadczył. Miał okazję się wykazać, zagrać na nosie wszystkim tym, którzy kiedyś w niego zwątpili. Jednak gdy przypominam sobie jego oczy, zdaję sobie sprawę, że nie był szczęśliwy. Ja zaś czułem wstyd i zażenowanie, gdy z nogą w gipsie żegnałem go przed wyjazdem i prosiłem o szczegółową relację. To, co było na zewnątrz, jeszcze na długi czas miało dla mnie pozostać tajemnicą. Cieszyłem się jednak za niego, podekscytowany obserwowałem, jak szykuje się do wyjazdu, jak jeszcze raz powtarza wszystkie najważniejsze szczegóły. Przez chwilę znów był moim małym bratem, na którego patrzyłem z dumą i docierało do mnie, że jest już w stanie poradzić sobie sam. Że nie muszę go więcej bronić.
Dni od wyruszenia oddziału zaczynały się ciągnąć, aż w końcu zmieniły się w lata. Moja noga wróciła do formy, choć miało minąć jeszcze sporo czasu, zanim była w pełni sprawna i zanim mogłem korzystać ze wszystkich możliwości, jakie dawała mi w przeszłości. Czekałem na powrót Benjamina z niecierpliwością, nie czując ani nuty zaniepokojenia. Myślałem o tym, co robi i jak sobie radzi, o ludziach, których miał okazję poznać i rzeczach, których mógł doświadczyć, ale nigdy mu nie zazdrościłem. Wierzyłem w niego i potrafiłem wyobrazić sobie jak wraca w blasku chwały do domu, jednocześnie wiedząc, że sam kiedyś będę miał okazję tego doświadczyć. W tym czasie nie zmieniło się wiele. Z powodu chorej nogi nie byłem zbyt przydatny, często jednak asystowałem Edgarowi w treningach, udzielając wskazówek i obserwując, wspominając stare, dobre czasy i nie mogąc się doczekać, aż sam stanę do treningu. Co jak co, ale byłem żołnierzem i nie potrafiłem siedzieć za długo w miejscu, bezczynnie obserwując, jak toczące się dookoła życie omija mnie szerokim łukiem.
Nigdy nie zapomnę tamtej chwili, kiedy otworzyły się wrota Trzynastki, a ja ujrzałem blask słońca wpadający do wnętrza licząc, że za chwilę przyćmiony zostanie znajomą sylwetką mojego brata. Kiedy go tam nie było, nie pomyślałem, że coś mogło pójść źle. Nie mogłem tak myśleć, dlatego mój umysł automatycznie zaczął szukać usprawiedliwień dla jego nieobecności. Nigdy nie byłem człowiekiem, który wierzy pozorom. Potrzebowałem dowodów, zeznań osób, które tam były. Które widziały mojego brata i doświadczyły to, co on.
Okazało się, że była tylko ona. Avery Arrington. Znałem ją, choć nigdy nie miałem tej przyjemności poznać jej bliżej. Słyszałem historię jej rodziny, państwo Arrington byli ludźmi cenionymi przez wszystkich. A ich córka… była jedyną osobą, która przeżyła strzelaninę. Tą, w której zginął Benjamin. W której umarł mój brat.
Nie pamiętam, jak wydostałem się na zewnątrz. Musiałem być niezwykle przekonujący, skoro ktoś zgodził się otworzyć przede mną drzwi. Czułem się jak w transie. Potrzebowałem przestrzeni, której pod ziemią było zdecydowanie za mało. Zaczynałem się dusić wśród tych wszystkich ludzi składających mi kondolencje, wśród spojrzeń rzucanych na korytarzach i szeptów. A może tylko mi się zdawało? Może nikt nie szeptał i nie patrzył, wszyscy byli zbyt zajęci, a ja po prostu pragnąłem tej uwagi, żeby wiedzieć, iż ktoś jeszcze pamiętał.
Przyjęcie tego wszystkiego do wiadomości było zbyt ciężkie. Nie potrafiłem uwierzyć, że jego już nie ma, że nigdy go nie zobaczę i że jedynym, co powiedziałem mu przed odejściem, była prośba o zdanie relacji. Czułem się żałośnie i, co gorsza, zżerały mnie wyrzuty sumienia. Dlatego biegłem, oczyszczając swój umysł, pośród ulewnego deszczu, który wyrażał emocje, z którymi nie potrafiłem sobie poradzić. Benjamin stał się kolejną kreską, osobą, którą straciłem na zawsze. Kolejne kroki pozbawiały mnie sił, ale wcale ich nie potrzebowałem. Ból w zranionej przed dwoma laty nodze był nie do wytrzymania, ale nie mogłem się zatrzymać, bo gdybym to zrobił, musiałbym przyznać, że też mam słabości. Ludzkie uczucia, których wcześniej nie okazywałem za często.
Nie czułem już nawet chłodu. Woda spływała ze mnie strumieniami, a gdy silne ramiona podciągały mnie do pionu, a męskie dłonie przytrzymywały głowę, która mimo woli opadała mi w dół. Patrzyłem w oczy chłopaka, w twarz, którą kiedyś zmasakrowałem, ale nie potrafiłem nic dostrzec. Słuchałem jego słów, które docierały jakby przez mgłę. Wiedziałem, że muszę się otrząsnąć, że powinienem ruszyć dalej. Tego uczył mnie Edgar. Musiałem być silny, pokazać, że mam w sobie to, o czym mówił przy pierwszym treningu. Dlatego gdy jego ręka wymierzyła silny cios w moją twarz, poszedłem za nim, wstydząc się tego, co zrobiłem. Nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiło się ciemno. Idąc przez puste korytarze dziękowałem jednak za to, że żadne wścibskie oczy nie obserwowały mojego upadku.
Na następny dzień byłem znów sobą. Choć coś we mnie umarło, nikt nie potrafił dostrzec różnicy. Dobrze grałem swoją rolę żołnierza, dobrze dawałem przykład radzenia sobie ze śmiercią brata. W końcu zginął w bitwie, zginął jako bohater. Żałuję jednak, że nie byłem tam z nim. Wolałbym umrzeć przy jego ciele, zatykając dłońmi krwawiące rany, niż wrócić do domu i patrzeć w twarze tych wszystkich ludzi czując się raczej jak tchórz, a nie ocalony.
Na Avery Arrington długo nie potrafiłem spojrzeć tak samo, choć przecież nie mogłem jej winić. Jednak ta ludzka, pozbawiona rozsądku część kazała mi zachować dystans. Ale chyba i ta rola wypadła mi dobrze, skoro nikt nigdy nie poznał się na tym, jak wielki ból sprawia mi widok jej żywej.
Bardziej jednak niż jej nienawidziłem osoby, która spoglądała na mnie codziennie, gdy rano stawałem przed lustrem. Patrzyłem w oczy temu zmęczonemu i smutnemu, młodemu mężczyźnie z jedną myślą kołaczącą się w mojej głowie „To mogłem być ja. To powinienem być ja. Miałem ochotę uderzać pięścią w tą gładką taflę za każdym razem, gdy wpatrywałem się sobie w oczy. Chciałem, aby lustro rozpadało się na kawałki tak jak ja tamtego dnia, gdy Benjamin nie wrócił do domu. I choć mijały dni i tygodnie, ja wciąż nie potrafiłem zwalczyć w sobie tej potwornej nienawiści. Jednak wystarczyła sekunda, krótka chwila, jeden krok poza bezpieczny, pozbawiony jakichkolwiek twarzy i głosów obszar, aby na mojej twarzy pojawił się delikatny uśmiech i abym ponownie był sobą.
Edgar znosił to o wiele lepiej. A może po prostu był dobrym aktorem, wyszkolony przez lata i doświadczony w tym, jak radzić sobie z własnymi uczuciami? Miałem wrażenie, że traktował to niczym jedynie przykry fakt, którego nie można było już zmienić. Chociaż ja starałem się unikać tematu brata, a na każde wspomnienie jego imienia reagowałem odwróceniem wzroku i dreszczem przebiegającym mi wzdłuż kręgosłupa, on mówił o nim tak, jakby w ogóle nie zginął, a jedynie wyjechał na dłużej, na jakiś czas znikając z naszego życia. Mogłem się jednak założyć, że w głębi duszy wywarło to na nim niemalże tak wielki wpływ jak na mnie. W końcu znał go od dziecka. Kiedy przeszliśmy pod jego opiekę, Ben miał zaledwie rok. Muszę jednak przyznać, że fakt, iż nigdy nie widziałem go okazującego słabości sprawił, iż powziąłem sobie za cel przezwyciężenie tych moich i skrupulatne ukrycie ich pod maską. Nie chciałem, aby ludzie mi współczuli i do końca mojego życia pamiętali jako człowieka, który stracił brata w odważnej misji w dystryktach. Chciałem być dla nich kimś więcej, chciałem być kimś więcej dla Benjamina, ponieważ zawsze powtarzał, że mogę osiągnąć wiele. Szkoda tylko, że nigdy nie będzie miał okazji, aby to wszystko zobaczyć.
Czas wlókł się niemiłosiernie długo, a ja, choć nie byłem bezczynny, z aktywnych treningów przechodząc do szkolenia młodych rekrutów tak samo zafascynowanych byciem żołnierzem jak ja w przeszłości, nie czułem już tego samego, co kilka lat temu. Z czasem cała ta pasja zaczynała blednąć, chciałem poszukać czegoś nowego, wyrwać się poza salę treningową. Tłumaczyłem się zmęczeniem i nudą, jednak w rzeczywistości powód był zupełnie inny – wszystko to wciąż przypominało mi o bracie. Chociaż potrafiłem powstrzymać napływy wspomnień i po prostu prześlizgnąć się obok tego wszystkiego, dziwny ucisk w klatce piersiowej za każdym razem, gdy brałem do ręki broń, pozostawał. To było nasze wspólne marzenie i gdy nie było nikogo, z kim mógłbym je wypełniać, zbrzydło mi ciągłe powtarzanie wyuczonych już ruchów niczym nakręcana zabawka.
Trzynastka nie dawała zbyt wielu możliwości. Naukę kończyło się dość wcześniej, w porównaniu do Kapitolu i ludzie tacy jak ja nie mieli okazji pójść dalej we własnym rozwoju. Zazwyczaj trafiali do wojska i przechodzili trening, bojąc się wydalenia. Tych, którzy nic nie robili, traktowano jak śmieci i wyrzucano, więc każdy obawiając się o własny los robił cokolwiek. Kiedy doszedłem do wniosku, że nie chcę już tylko walczyć zwróciłem się do jednej osoby, która mogła mi pomóc.
Nigdy nie myślałem o innej karierze. Zawsze widziałem siebie w mundurze z bronią w ręku, nacierającego w przyszłości na Kapitol, broniącego honoru wszystkich dystryktów. Okazało się jednak, że zawód stratega był równie pociągający i choć oczywiście nie wymagał tak intensywnych ćwiczeń, stanowił miłą odmianę do tego, czym zajmowałem się przez ostatnie lata. Niestety, moim mentorem miał zostać Dorian Arrington i choć jego samego ceniłem jako człowieka, wciąż nie miałem najlepszego mniemania o jego najstarszej córce. Mimo wszystko nie mogłem pozwolić, aby ten jeden szczegół z przeszłości, którego dziewczyna zapewne nigdy nie zauważyła, przeszkodził mi we wspięciu się na wyżyny i osiągnięciu nowej, niezwykle przydatnej wiedzy.
Muszę przyznać, że naprawdę polubiłem Doriana. Był człowiekiem o potężnej wiedzy nie tylko na tematy, których mnie uczył. Czasem po pracy spędzaliśmy wspólnie godziny na długich rozmowach o wszystkim. Opowiadałem mu o swoim dzieciństwie, o zaginionych rodzicach i młodszym bracie. Nigdy jednak nie pytał o to, czy czuję żal do Avery tak samo jak ja nie pytałem o Gwendolyn, młodszą córkę Arringtonów, która zdawała się być piątym kołem u wozu całej rodziny. Wiedzieliśmy, że możemy mówić sobie o wszystkim, ale mieliśmy również świadomość, których tematów nie powinniśmy poruszać. Po jakimś czasie stał się dla mnie niemalże jak Edgar, osobą zaufaną, której mądrość naprawdę podziwiałem. Dlatego gdy pewnego dnia zaprosił mnie do stolika, przy którym wspólnie z rodziną jadali posiłki, bez wahania usiadłem wciągając się w rozmowę z nim oraz jego żoną, niemalże ignorując potomstwo i podczas całego spotkania rzuciwszy dwa krótkie spojrzenia w stronę starszej z córek. Wciąż pozostawaliśmy dla siebie niemalże obcy i nie zależało mi, aby to zmieniać.
Po szóste: odwaga
Byłem jednym z pierwszych, którzy dowiedzieli się o planowanej rebelii, kiedy był to zaledwie zarys pomysłu, luźna myśl, która rodziła się w całej społeczności od dawna i dopiero teraz została przechwycona przez samą panią prezydent, która wydawała się zdeterminowana, aby doprowadzić tą myśl do realizacji. Gdy spotkałem ją po raz pierwszy, ulegając naradom Doriana i biorąc udział w obradach najwyższych urzędników w Trzynastce, wydała mi się niezwykle silną kobietą. Wcześniej, widując ją zaledwie z oddali podczas wygłaszanych przemówień i tak robiła na mnie wrażenie swoim opanowaniem, jednak poznanie jej bliżej i możliwość przyglądania się pracy, jaką wykonywała, było czymś, czego na pewno nie zapomnę na długo. Byłem podekscytowany możliwościami, jakie otrzymałem – brałem udział we wszelkich przygotowaniach, jednocześnie powracając do treningów fizycznych, aby przygotować się do tego, co stało się jedynie kwestią czasu. Mieliśmy zdobyć Kapitol, wyzwolić wszystkie dystrykty spod jarzma Snowa i zapanować nad krajem, wprowadzając równość i porządek,  który nie wymagałby krwi niewinnych dzieci. Plany były wielkie i ja sam, choć początkowo nie zamierzałem czynnie uczestniczyć w rebelii, szybko zapragnąłem być ich częścią.
Moja kariera wojskowa nabrała tempa w ciągu ostatnich lat przygotowań do ostatecznego rozprawienia się z Kapitolem. Szybko ze zwykłego żołnierza awansowałem kolejno na wyższe stopnie wojskowe, aby w końcowym etapie uzyskać miano oficera. Posiadałem nie tylko doskonałą wiedzę teoretyczną i praktyczną odnośnie metod walki, lecz także umiałem planować kolejne ataki i z wyuczoną precyzją przygotowywać cele oraz sposoby ich osiągnięcia. Dlatego kiedy wybiła ta godzina, gdy nadszedł czas, abym wreszcie i ja zabłysnął przed wszystkimi mieszkańcami trzynastki, nie było niczego więcej, o czym mógłbym pomarzyć.
Dostałem własny oddział i, póki co, było to najwyższe wyróżnienie, jakiego doświadczyłem. Miałem pod sobą grupę doskonałych i zaufanych żołnierzy. W śród nich była także Genevieve i, szczerze mówiąc, ten fakt nie był dla mnie specjalnie zachwycający. Nie chodziło jedynie o to, że coś do niej czułem. Kiedy się poznaliśmy oboje byliśmy zapaleni do tego, co chcemy osiągnąć. Szybko też staliśmy się przyjaciółmi, a w pewnym momencie zaczęła wypełniać pustkę po Benjaminie, stając się kolejną bliską mi osobą, której stratę przeżyłbym naprawdę mocno. I chociaż ludzie często widzieli nas razem, nikt ani przez chwilę nie pomyślał, że mogło zrodzić się między nami jakieś głębsze uczucie. Cóż, ja sam nie wpadłbym na ten pomysł, gdyby nie to, że wraz z upływem czasu nasza relacja zaczęła się zmieniać i, o dziwo, żadne z nas nie miało nic przeciwko. Zaskakująco łatwo było mi ją kochać, w ten zupełnie inny, o wiele mocniejszy sposób. Dlatego też nie mieliśmy problemu, aby ukryć nasz związek przed całym światem i dalej brnąć jako przykład idealnej przyjaźni damsko-męskiej która nie koniecznie musi przerodzić się w miłość. Niestety, tylko pozornie.
Kiedy więc dowiedziałem się, że Gen będzie częścią mojego zespołu, jedyną kobietą w nim obecną, musiałem ugryźć się w język, aby nie zaoponować. Kilkakrotnie prosiłem ją, aby porzuciła myśl o walce za bardzo bojąc się, iż mogę ją stracić. Nie przeżyłbym kolejnej śmierci, kolejnej kreski, która mogłaby zostać ciosem ostatecznym. Jednak uparcie brnęła w swoim postanowieniu utrzymując, iż i tak jest już martwa. Wtedy nie przyszło mi nawet na myśl, aby zapytać, co przez to rozumie.
Mieliśmy naprawdę wielkie szczęście podczas wszystkich drobnych starć. Jakimś cudem wszyscy wychodziliśmy z nich ciało, napotykając na swojej drodze zaskoczone i słabo uzbrojone wojska Kapitolu, które zostały wysłane w momencie, w którym my byliśmy już spory kawał drogi od Trzynastki, zbliżając się do samego jądra ciemności, jakim był Kapitol. Miałem wielką nadzieję, że będzie tak aż do końca i każdy z moich przyjaciół doczeka chwili, w której w całym Panem zapanuje zupełnie nowy porządek.
Niestety, przybycie do Dystryktu 11 miało zmienić wszystko.  
Chyba nikt z nas nie spodziewał się takiego rozwoju wypadków. Idąc przez jego tereny byliśmy przyjmowani jak bohaterzy, witani przez okolicznych mieszkańców, którzy pokładali tak wielkie nadzieje i z chęcią dołączali się do kroczących przez cały kraj oddziałów. Z kolejną wioską wiązaliśmy wielkie nadzieje. Chcieliśmy zatrzymać się tam na dłużej, zmęczeni długim i wyczerpującym marszem. Wkraczaliśmy między niewielkie domki, dostrzegając w oknach ciekawskie twarze mieszkańców, gdy w okolicy głównego placu dobiegły mnie poruszone głosy. Chwilę później moim oczom ukazał się cały oddział wojsk Kapitolu zgromadzony w centralnym punkcie wioski. Wtedy mieliśmy jeszcze szansę wycofać się niezauważeni, omijając miejsce i ruszając dalej bez staczania jakiejkolwiek walki.  Gdybym posłuchał rad, których udzielali mi towarzysze, do dziś nikt nie miałby pojęcia o naszej obecności. Miałem jednak świadomość, że rebelia powoli dobiega końca, a ja nie miałem jeszcze prawdziwej okazji, aby wykazać się swoimi zdolnościami nie tylko bojowymi, lecz także strategicznymi. Dotychczas braliśmy udział w drobnych potyczkach, łącząc się z większymi oddziałami, więc gdy na wyciągnięcie dłoni miałem możliwość przetestowania samego siebie, nie mogłem się tak po prostu wycofać. Zrobiłem szybki rachunek, wiedząc, iż zdecydowanie nie był on na naszą korzyść. Było ich co najmniej dwa razy więcej, byli doskonale uzbrojeni i pewnie też przeszkoleni. Kiedy patrzyłem w oczy moim żołnierzom, mówiąc im, że damy radę i przekazując szczegóły swojego planu, wiedziałem, że mogę im ufać. Byli gotowi zrobić wszystko, co im nakazałem. Nasza pozycja zdecydowanie dodawała nam przewagi. Rozdzieliliśmy się na pary, okrążając plac i ukrywając się w strategicznych punktach, niezauważeni przez wrogie wojska. Na dany przeze mnie sygnał otworzyliśmy ogień. Choć byli zaskoczeni, muszę powiedzieć, iż zareagowali natychmiastowo, odpowiadając na nasz niespodziewany atak. W ciągu sekund przerodziło się to w regularną walkę i mimo iż przez chwilę miałem wrażenie, że naprawdę przegramy, szybko okazało się być zupełnie inaczej. Z opowieści mieszkańców, wojska stacjonowały tam już czwarty dzień z rzędu, a my przynieśliśmy im wolność od krytycznego spojrzenia Kapitolu.
Ludzie czasem pytają się mnie, czy nie czułem strachu przed ryzykiem. Owszem, lecz oprócz tego było też wiele innych emocji i pragnień. Kiedy odchodziliśmy, wyleczywszy każdą pojedynczą ranę, czułem się spełniony. Miałem poczucie dobrze wypełnionego obowiązku i postawienia być może ważnej dla późniejszych losów cegiełki.
Kapitol powitał nas zniszczeniami. Byliśmy wycieńczeni, jednak na naszych ustach malowały się szerokie uśmiechy. Dotarliśmy do celu, mury zostały zburzone, nie było już rządów Snowa, władzę w państwie przejęła Alma Coin,a my mogliśmy wreszcie zacząć świętować. Gdy otrzymałem informację o wyróżnieniu, które otrzymałem za uratowanie tamtej jednej wioski, nie mogłem uwierzyć. Pierwszy raz ktoś naprawdę docenił to, co zrobiłem i wkrótce miałem otrzymać tego namacalny dowód. Gdy odbierałem swój order, ściskając dłoń samej pani prezydent, wzrokiem wyszukiwałem w tłumie zebranych Edgara. Dopiero później dowiedziałem się, iż zginął podczas szturmu na Kapitol. Nie miałem okazji się z nim pożegnać ani podziękować za to, co dla mnie uczynił. Po raz kolejny straciłem kogoś bliskiego i nie mogłem pozbyć się wrażenia, że nie był to jeszcze koniec.
Wygłaszając przemowę dziękowałem swoim przyjaciołom za to, że byli ze mną i wspólnie przyczynili się do uratowania tak wielu żyć. Dziękowałem każdemu, kto poległ w tej walce, czyja krew musiała zostać przelana, abyśmy tego dnia mogli świętować. W myślach dziękowałem Benjaminowi żałując, że nie może być tam wraz ze mną, aby cieszyć się ze zwycięstwa i snuć plany na dalszą przyszłość.
Oprócz orderu Alma Coin, postanowiła dać mi coś więcej. Stanowisko Ministra Obrony Narodowej było czymś, o czym nigdy nawet nie zamarzyłem. I choć dobrze wiedziałem, że będę tęsknić za wojskiem i za ciągłym życiem w ruchu, zgodziłem się przenieść do eleganckiego biura i rozpocząć pracę u boku pani prezydent. W tym samym czasie wraz z Genevieve wzięliśmy cichy ślub, tylko my dwoje i urzędnik, wystawiający dokument, mający być potwierdzeniem naszej miłości aż do samego końca. Który, jak szybko się okazało, miał przyjść o wiele prędzej, niż moglibyśmy się tego spodziewać.
Pierwsze bóle zaczęły pół roku od naszego przybycia do Kapitolu. Choć, jak dowiedziałem się później, moja ukochana miewała je już o wiele wcześniej. Gdy straciła przytomność, na własnych rękach wniosłem ją do szpitala, aby następnie usłyszeć werdykt lekarzy. Oraz datę, która miała być końcem naszego szczęścia. Choroba, która rozwijała się w jej głowie zdecydowanie za długo, nie poddawana wcześniejszym leczeniom, była już nie do wyleczenia. Zmiany postępowały zbyt szybko i były zbyt duże, aby usunąć je jednocześnie nie naruszając innych części jej ciała. Niczym zwykły produkt na półce sklepowej otrzymała datę ważności i oboje musieliśmy się z tym pogodzić. Utrzymywanie naszego związku w dalszej tajemnicy stało się jeszcze trudniejsze, życie na dwa mieszkania już wcześniej powodowało wiele problemów jednak teraz, gdy ona wymagała stałej opieki, nie potrafiłem wyobrazić sobie naszego życia. Może dlatego, że wkrótce miało się skończyć?
Po siódme: wierność
W między czasie w państwie zachodziło wiele zmian. Ja, jak wielu innych mieszkańców Kapitolu, zacząłem dostrzegać, iż to, co wcześniej w moich oczach miało same zalety, powoli nabierało i wad. Zamknięcie mieszkańców dawnego Kapitolu było pierwszym krokiem aby utwierdzić mnie w przekonaniu, iż państwo zarządzane przez Almę Coin nie może mieć świetlanej przyszłości. A przynajmniej nie takiej, jaką wszyscy sobie wymarzyliśmy. Igrzyska z udziałem niewinnych dzieci jeszcze bardziej przechyliły szalę goryczy na niekorzyść mojej szefowej, jednak nie mogłem nic zrobić. Jakiekolwiek przeciwstawienie się jej decyzjom wiązało się z moim nieuchronnym końcem, utratą wszelkich odznaczeń i tytułów, których wtedy potrzebowałem najbardziej. Choroba mojej żony sprawiła, że pracowałem jak najciężej, aby nie dawać po sobie poznać, że życie w tym systemie nie przynosi mi należytej przyjemność. Jednak potrzebowała mnie, potrzebowała moich pieniędzy, a ja potrzebowałem jej. Nawet jeśli już dawno postawiłem kolejną kreskę.
Brnąłem więc powoli do przodu, szukając jakiegokolwiek sposobu na wyrwanie się z domu czy z siedziby rządu. Trzymałem język za zębami, obserwując poczynania kolegów po fachu i wyczekując momentu, w którym ktoś w końcu stanowczo zaoponuje.
Nie zajęło to dużo czasu. Kolejne Igrzyska, kolejna błędnie podjęta decyzja i kolejny raz, kiedy siedziałem cicho, w duchu nie mogąc uwierzyć że to właśnie o to walczyłem. Że dla czegoś takiego krew przelało tylu ludzi, w tym także osób, które ceniłem i które były naprawdę bliskie mojemu sercu. Ludzie zamknięci w Kwartale nie zasługiwali na los, który spotykał dzieci z dystryktów, ponieważ rebelia miała być końcem terroru, końcem przelewającej się przez całe Panem corocznej fali śmierci. Obserwowałem to wszystko z założonymi rękoma, uśmiechając się na bankietach dla sponsorów i kolejny raz wykładając grube pieniądze na chociażby minimalną pomoc dla tegorocznych trybutów. Było mnie stać, stan mojego konta nie odgrywał największej roli, jeśli tylko mógł uratować chociażby jedno życie.
Siedziałem we własnym biurze, wyglądając przez okno i popijając zimną już kawę, gdy zza drzwi dobiegł mnie tupot stóp i niemożliwe do zrozumienia krzyki. Gdy pośród nich wyłapałem informację o porwaniu samej Pani Prezydent, na moich ustach zagościł nieznaczny uśmiech. Nie ruszyłem się z miejsca, nie wplątałem się w wywołaną w siedzibie panikę. Ktokolwiek był na tyle odważny, aby wywabić smoka z jego własnej jamy, miał moje uznanie. W Panem zawrzało i naprawdę cudownie było obserwować to wszystko od środka. Uratowanie trybutów było kolejnym krokiem, oznaką buntu dla panującej w kraju tyranii, która wkrótce miała dobiec końca.
Odwilż, która rozpoczęła się w kraju po unieruchomieniu Almy Coin miała przynieść wielkie nadzieje, choć także kilka zmartwień. Było niemalże pewne, kto obejmie fotel byłej pani prezydent, jednak ci, którzy piastowali w rządzie wysokie stanowiska nie mieli pewności, że dadzą radę je utrzymać. Mogłem więc chyba nazwać się jednym ze szczęśliwców. Tibalt Adler, człowiek, którego znałem i o którym miałem zdanie o wiele lepsze niż o jego poprzedniczce, nie pozostawał mi obojętny także w czasach, których nosił tytuł vice prezydenta. Nie chodziło o to, że próbowałem się podlizać. Miałem jednak przeczucie, iż mężczyzna zauważa mój stosunek, a mogłem także powiedzieć, że pozostawaliśmy we w miarę przyjacielskich stosunkach. Oczywiście, nigdy nie wychodziliśmy razem do baru, jednak nie mogę stwierdzić, żebyśmy pałali do siebie niechęcią. Kiedy jednak dowiedziałem się, iż wciąż mogę sprawować swoje stanowisko, nie byłem tym bardzo zaskoczony. Co jak co, ale zawsze starałem się stawiać na pierwszym miejscu dobro rzeczywiste państwa, odkładając na bok prywatne uczucia względem pani prezydent. Sam Adler miał okazję, aby wprowadzić radykalne zmiany w państwie, które z każdym prezydentem psuło się coraz bardziej. Muszę przyznać, że ja także liczyłem, iż coś w końcu się zmieni. Czy się przeliczyłem? Ciężko powiedzieć.
Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz wybrałem się do getta. Przepustka i tytuł ministra zapewniały mi bezpieczną i legalną drogę do środka zamkniętej dzielnicy, jednak to nie tak chciałem to zrobić. Nie zamierzałem ubierać drogich garniturów i błyszczących zegarków, przybierać na twarz sztucznego, wyuczonego uśmiechu. Chciałem wtopić się w tłum, choć na chwilę stać się jedną z tych osób, które wypchnięte zostały poza margines społeczeństwa. Nigdy nie spodziewałem się, iż wkrótce uda mi się to uczynić na dłużej.
Uzależniłem się. Nie tak jak od alkoholu czy narkotyków. Uzależniłem się od szarych ludzi i szarych uliczek. Od smutku, bólu i nędzy, która panowała wśród mieszkańców getta. Nie znałem ich twarzy, jednak wiedziałem, że pod tym brudem ich codzienności kryją się barwne osobowości obywateli Starego Kapitolu. Wkrótce także przestałem być wierny. Wizja utraty ukochanej, która coraz bardziej ciążyła na nas obojgu była przytłaczająca. Zacząłem więc pomagać, niczym cień pojawiając się w nieregularnych odstępach czasu. Oprócz pomocy materialnej starałem się rozmawiać. Chciałem poznać każdy punkt widzenia i każdą opinię, która mogła tam istnieć. Widziałem strach przed wyjazdem do innych dystryktów i rozumiałem dlaczego. Tam nie czekał ich raj, a jedynie kolejne piekło oddalone od tego o setki kilometrów. Nie mogłem jednak zrobić nic więcej.
Walenie do drzwi obudziło mnie w środku nocy i zanim zdążyłem zareagować, dwie pary silnych rąk wyrwały mnie z łóżka, nakazując oddanie broni i założenie ubrań. Bez słowa wykonując polecenia, nie z bezsilności, a tej przerażającej świadomości tego, co właśnie się dzieje i niemożności zapobiegnięcia rozwojowi wydarzeń, wkrótce znalazłem się w samochodzie, bez słowa zmierzającym w znanym mi dobrze kierunku. Getto stało się moim nowym domem.
Nie czułem upokorzenia, bo niby dlaczego? Chociaż straciłem wszystko, co kiedykolwiek miałem, tytuł ministra i odznaczenia oraz stopnie wojskowe, nic z tego nie bolało tak jak myśl, iż Genevieve może umrzeć beze mnie. Nie będzie mnie przy niej, kiedy odejdzie. Mimo wszystko potrafiłem poradzić sobie z otaczającą rzeczywistością, choć przez krótki czas czułem się tak, jakby ktoś wylał mi kubeł zimnej wody na głowę. Ludzie, z którymi wcześniej miałem okazję rozmawiać, patrzyli na mnie zdziwieni, a wkrótce zaczęli też szeptać. Wiedzieli już, kim byłem, plotki nawet tutaj dochodziły z niesamowitą prędkością. O dziwo jednak ci, którym wcześniej pomogłem, nie odsunęli się ode mnie pamiętając, że byłem tam, gdy potrzebowali wsparcia. Byłem im za to wdzięczny.
Nigdy nie spodziewałem się, że może być jeszcze gorzej. Moje nazwisko pojawiające się na liście osób przeznaczonych do kolejnej wywózki nie mogło być dziełem przypadku. Ktoś chciał się mnie pozbyć, sprawić, aby wszyscy zapomnieli o mich zasługach i o tym, że kiedyś naprawdę byłem na szczycie. Nie mogłem jednak nikogo winić, sam zasłużyłem i teraz musiałem ponieść za to należytą karę.
Było tak jak się spodziewałem. Praca, do której nas zmuszono, była wyczerpująca i zbyt ciężka dla ludzi osłabionych dłuższym pobytem w getcie i faktem, iż nigdy wcześniej nie musieli fizycznie pracować. Widziałem słabnące z przeciążenia kobiety i mężczyzn, którzy opadali sił zdecydowanie szybciej niż ja. Szybko udało mi się zdobyć ich przychylność. Ci, którzy jeszcze niedawno patrzyli na mnie krzywym wzrokiem, teraz dziękowali gdy oddawałem im swoją niewielką porcję posiłku czy wyręczałem ich w pracy, gdy starałem się łagodzić ból na wszelkie znane mi sposoby i podtrzymywałem na duchu. Trwaliśmy w tym razem i bez względu na wszystko musieliśmy sobie pomagać. W grupie byliśmy o wiele silniejsi.
Pojęcie czasu nie miało tam wielkiego znaczenia. Życie w Dwunastce rządziło się własnymi prawami. Wstawaliśmy, gdy słońca nie było jeszcze na niebie, a kładliśmy się spać, gdy już dawno zniknęło za horyzontem i były to jedyne sposoby, aby rozeznać się w mijających dniach. Z moich obliczeń nie minęło ich wiele, kiedy wielka, ciemna chmura przykryła niebo. W środku dnia nastała noc, a my błądziliśmy po omacku w dymie, nie wiedząc, co mamy zrobić. Milion pytań błądziło po głowie każdego z nas, ale żadna mijająca sekunda nie przybliżała nas do znalezienia odpowiedzi.
Później była już tylko ucieczka. Pamiętam pociąg, łudząco podobny do tego, którym jakiś czas temu przywieźli nas do Dwunastki. Teraz wracaliśmy do domu, do Kapitolu, którego obywatelami mieliśmy się stać. Odebrane nam niegdyś prawa zostały przywrócone, a wszystkie winy odpuszczone. Wracaliśmy tam, gdzie wszystko się zaczęło, nie mając pojęcia, co czeka nas dalej.
Miałem wrażenie, że nie mam do czego wracać. Nie byłem już ministrem. Nie miałem tytułu oficera. Moje mieszkanie stało od wielu dni puste a żona… Mogła już nie żyć, a ja, oddalony o setki kilometrów od niej, nie byłem w stanie należycie odczuć jej śmierci. Wracałem na gruzy tego, co kiedyś zbudowałem ciężką pracą. W pewnym momencie obrałem złą drogę jednak miałem nadzieję, że znajdą się ludzie, którzy wciąż widzą we mnie to, co najlepsze.
Nie zawiodłem się. Mimo wszystko dobrze było wrócić do wygodnego łóżka, dobrze było czuć się wolnym i nieskrępowanym, nosić stare ubrania i jeść porządne posiłki. Brak pracy sprawiał jednak, że czułem się bezużyteczny, nuda zżerała mnie doszczętnie i jedynie fakt, że Genevieve wciąż żyła, choć jej stan znacznie się pogorszył po wybuchu w Trzynastce, trzymał mnie jakoś przy zdrowych zmysłach. Tęskniłem też za dawną pracą i z czasem zacząłem żałować, że tamtego jednego dnia wybrałem się na spacer do getta. Gdyby nie to, wciąż miałbym szansę na utrzymanie swojej pozycji. Z drugiej jednak strony wszystko co zrobiłem, ludzie, których poznałem i na których szacunek sobie zapracowałem wynagradzali mi wszystko inne.
Muszę więc przyznać, że kiedy Tobias stanął przed drzwiami mojego mieszkania, po raz kolejny wyciągając mnie z poważnej opresji i oferując pracę, nie mogłem się nie zgodzić. Potrzebowałem zajęcia, potrzebowałem motywacji, która czyniłaby moje życie czymś o wiele bardziej wartościowym.
Po ósme: władza
Wciąż nie wierzę we wszystko to, co wydarzyło się w moim życiu. Oczywiście, nie było ono wspaniałe. Nie jest też czymś, czego można zazdrościć i co można wychwalać. Mimo wszystko doprowadziło mnie jednak do punktu, w którym jestem teraz. Dzięki życzliwości Tobiasa, mężczyzny, który kiedyś pomógł mi stanąć na nogi po śmierci brata, przejąłem posadę kustosza w Kapitolińskiej Galerii Sztuki. On zaś postanowił w całości oddać się pracy w wojsku, bez większych problemów rozstając się z dawnym miejscem pracy, mi zaś dając przepustkę do o wiele lepszej przyszłości.
Choć sam nie wiem, co skłoniło mnie do tego kroku, postanowiłem kandydować na prezydenta miasta. I jest tylko jedna osoba, która może mi w tym pomóc.


Charakter

Człowiek o wielu twarzach. Odważysz się poznać je wszystkie?
Francis często brany jest za człowieka, którym naprawdę nie jest. Kiedy ubiera na siebie białą koszulę, starannie wiąże na szyi krawat a na ramiona zarzuca wyprasowaną, czarną marynarkę, wygląda jak człowiek sukcesu. Chłodny, opanowany, po trupach dążący do celu, nie mający kodeksu moralnego i ignorujący zasady, którymi rządzi się świat. Cóż, czasem może jest to prawda, gdy sytuacje wymagają nadzwyczajnych środków, on także staje się nadzwyczaj inną osobą. Wystarczy jednak poznać go bliżej, aby dowiedzieć się, iż jest zupełnie inny.
Choć nie należy do osób, które cieszą się z towarzystwa innych, zazwyczaj doskonale radzi sobie w rozmowie z ludźmi. Potrafi naprawdę sprawnie lawirować między tematami, zazwyczaj odgrywając pierwsze skrzypce we wszelkich dyskusjach i uciekając się do subtelnej manipulacji, aby sprowadzić rozmowę na tor dla niego wygodny. W tym wszystkim posiada także pewien dar zjednywania sobie ludzi. Potrafi dostosować się do otoczenia, przybierając różne zachowania i dobierając odpowiednie słownictwo, aby zyskać uwagę i przyjaźń tych, na których mu najbardziej zależy. Dlatego chociaż zazwyczaj wolał zacisze własnego mieszkania lub spacery nad brzegiem rzeki, był i jest stałym bywalcem różnych bankietów. Jest także niezwykle szarmancki i posiada wielki szacunek do kobiet. Często jednak zdarza mu się flirtować – nie dla własnej przyjemności, lecz dla zdobycia sympatii i czystej przyjaźni drugiej osoby. Robi to jednak naprawdę subtelnie i delikatnie, z błyskiem w oku pokazując swoją jak najbardziej przyjazną twarz.
Cechuje się także niezwykłym poczuciem humoru oraz dystansem do własnej osoby. Nie łatwo go urazić, a gdy się to stanie, zazwyczaj ukrywa do pod przyjaznym uśmiechem i beztroskim podejściem do życia. Jak w każdym przypadku, w nim także istnieje ten fragment zniszczonej duszy, który odzywa się w postaci nocnych koszmarów. Są to jednak krótkie momenty wyrwane z jego życia, których nie dzieli z nikim. Mimo względnie pozytywnego podejścia do życia, potrafi zachować powagę w sytuacjach tego wymagających, tak samo jak potrafi być nieprzyjazny i agresywny, gdy jest do tego zmuszony. W głębi bowiem wciąż tkwi cząstka tego małego, zbuntowanego chłopca, która potrafi zatracić granicę rozsądku i pod wpływem emocji posunąć się do rzeczy niewybaczalnych.


Ciekawostki

- Może się wydawać dziwnym, iż jego małżeństwo z Genevieve przez tyle lat nie wyszło na jaw. Na początku ukrywali to ze względu na ich kariery – jej wojskową, a jego polityczną. Gdy kobieta zachorowała, doszła do wniosku, iż chce dla niego jak największej swobody uważając, że powinien przyzwyczajać się do życia bez niej
- W getcie spędził około miesiąca, w Dwunastce zaś około dwóch
- W obu miejscach wykazał się niezwykłą siłą psychiczną, zdolnościami przywódczymi oraz pewną wrażliwością na ludzkie cierpienie
- Jest wielkim bałaganiarzem
- Pali zdecydowanie za dużo, choć pije jedynie okazyjnie i w większości tylko porządną whiskey
- Po powrocie z Dwunastki zastał swoje mieszkanie w stanie nienaruszonym, z drugą parą kluczy wciąż znajdujących się pod wycieraczką
- Niedawno kupił dom, który jest zdecydowanie za duży dla jednej osoby
- Jako były żołnierz doskonale posługuje się bronią, potrafi także walczyć wręcz i ma świetną kondycję. Ćwiczy regularnie, aby utrzymać to, na co pracował przez długie lata
- Kandyduje na prezydenta ponieważ uważa, iż doświadczył życia po obu stronach barykady i ma pomysł, jak to ze sobą pogodzić
- Porusza się tylko na własnym motorze lub piechotą


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2744-avery-arrington
http://panem.forumpl.net/t2747-avery
http://panem.forumpl.net/t2746-avery-arrington
http://panem.forumpl.net/t2787-avery#42622
http://panem.forumpl.net/t3424-avery-arrington
Wiek : 30 lat
Zawód : naczelnik więzienia oraz przewodnicząca sztabu wyborczego Francisa Hargrove'a
Przy sobie : paczka papierosów, kapsułka z wyciągiem z łykołaków, zapalniczka, telefon komórkowy
Znaki szczególne : krótkie włosy, piegi, wyprostowana sylwetka, idealna fryzura, chłód
Obrażenia : lekkie osłabienie

PisanieTemat: Re: Francis Hargrove   Czw Paź 22, 2015 9:42 pm

Karta zaakceptowana!

Witaj na forum! Mamy nadzieję, że będziesz czuć się tutaj jak u siebie, i że zostaniesz z nami długo. Załóż jeszcze tylko skrzynkę kontaktową i możesz śmigać do fabuły. Nie zapomnij też zaopatrzyć się w naszym sklepiku. Na start otrzymujesz paczkę papierosów, laptop i motor. W razie jakichkolwiek pytań pisz śmiało. Zapraszamy też do zapoznania się z naszym vademecum.

Uwagi: Karta jest świetna - długa, ale przy tym lekka i przyjemna w odbiorze. Postać Francisa z kolei wyziera niemalże z każdego słowa. Oby ten nieszczęśliwy wypadek z zamknięciem w getcie nie wpłynął jakoś szczególnie mocno na jego początkującą karierę, w końcu stanowisko prezydenta stolicy to nie byle co! Choć przy tak bogatej biografii, na pewno ma szansę zaskarbić sobie sympatię niejednego mieszkańca Kapitolu. Ale teraz leć już do fabuły, z wielkim hukiem powracaj do polityki i zacznij zbierać swój sztab!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Francis Hargrove

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Rejestr Ludności :: Karty Postaci-