IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Zrównane z ziemią osiedle - Page 3

 

 Zrównane z ziemią osiedle

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
the prophet
avatar
http://panem.forumpl.net/t1888-ashe-cradlewood
http://panem.forumpl.net/t267-ashe
http://panem.forumpl.net/t1278-ashe-cradlewood
http://panem.forumpl.net/t718-the-ashes-of-memories
http://panem.forumpl.net/t3226-ashe-cradlewood
Wiek : 21
Przy sobie : czarna, skórzana torba, a w niej: fałszywy dowód tożsamości, mapa podziemnych tuneli, wytrych, medalik z kapsułką cyjanku, nóż ceramiczny, zapalniczka, paczka papierosów, leki przeciwbólowe, latarka z wytrzymałą baterią
Obrażenia : złamane serce

PisanieTemat: Zrównane z ziemią osiedle   Pią Maj 03, 2013 12:53 am

First topic message reminder :



Jedno z miejsc na Ziemiach Niczyich, które w trakcie rebelii ucierpiało najbardziej. Dosłownie zrównane z ziemią przez bomby zapalające zrzucone z poduszkowców Trzynastego Dystryktu, jednym bokiem przylega bezpośrednio do granicy z obecnym Kapitolem. Żaden budynek nie ostał się tu w całości - z ziemi wystają jedynie niskie mury, pojedyncze ściany, odkryte piwnice.


Ostatnio zmieniony przez Ashe Cradlewood dnia Wto Lis 04, 2014 3:25 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
avatar
http://panem.forumpl.net/t1898-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1374-malcolm
http://panem.forumpl.net/t1373-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1796-malcolm
Wiek : 39 lat
Zawód : bezrobotny, dowódca Kolczatki
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, scyzoryk wielofunkcyjny, dowód tożsamości, broń palna, pozwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Re: Zrównane z ziemią osiedle   Wto Lip 28, 2015 11:42 pm

Nie spodziewał się, że będzie uzbrojona w coś więcej niż przerdzewiały kawałek ostrza, więc kiedy zobaczył wycelowaną w siebie lufę pistoletu - uniesioną znacznie szybciej i sprawniej, niż by ją podejrzewał - zaklął bezgłośnie, przeklinając swoją pieprzoną niezdolność do trzymania się własnych spraw. A zaraz potem zachciało mu się śmiać; tak po prostu, znieruchomiał, walcząc z podrygującymi złośliwie kącikami ust, bo nie potrafił nie dostrzec w tym wszystkim jakiejś chorej ironii losu. Malcolm Randall, dowódca organizacji opozycyjnej, prawdopodobnie jedna z bardziej poszukiwanych osób w państwie, zastrzelony na ziemiach niczyich przez ledwie żywą uciekinierkę z getta.
Zachował jednak resztki zdrowego rozsądku, które kazały mu nie bagatelizować dziewczyny. Wątpił, żeby stanowiła dla niego poważniejsze zagrożenie - po niepewności w ruchach i wyraźnym drżeniu rąk wnioskował, że nigdy wcześniej nie trzymała broni w dłoniach - ale nie miał zamiaru podejmować głupiego ryzyka. Powoli, wstrzymując powietrze, podniósł więc ręce nieco wyżej, obracając je wnętrzami dłoni w jej kierunku i w ten sposób bezgłośnie demonstrując jej, że nic w nich nie miał. Obniżał co prawda w ten sposób swoje szanse sięgnięcia po pistolet, ale nie chciał jej przecież zastrzelić.
- Nie. Zrobię. Ci. Krzywdy - powtórzył raz jeszcze, tym razem nieco głośniej i wolniej, choć i tak starał się nie podnosić głosu; nie tyle w obawie przed ewentualnymi patrolami, które mogły być w pobliżu, a ze względu na nieprzewidywalność rannej dziewczyny. Nie chciał jej sprowokować, a w jej stanie o powód do ataku nie było trudno; widział już takie przypadki wiele razy, widział je na arenie; wiedział, ile dodatkowych, nieodkrytych wcześniej pokładów sił potrafili wykrzesać z siebie umierający trybuci, w ostatnim akcie heroiczności próbując utrzymać wyślizgujące im się spomiędzy palców życie.
Otworzył usta ponownie, mając w zamiarze dodanie czegoś jeszcze, ale w pół słowa zatrzymał go widok opadających rąk. Nie z woli posiadaczki, nie; opadała z sił, mięśnie najwidoczniej nie były w stanie utrzymać już nawet tego. Zaczekał, aż broń znalazła się na śniegu i dopiero wtedy zdecydował się zrobić kilka kroków przed siebie, przez cały czas uważnie obserwując poczynania blondynki. Przykucnął przy niej, jedną ręką łapiąc ją za nadgarstek opartej o lufę ręki, a drugą nieśpiesznie, ale zdecydowanie wysuwając metal spomiędzy jej palców. Dopiero wtedy zauważył, że nawet nie odbezpieczyła broni; odetchnął z nieznaczną ulgą, przesuwając ją dalej - poza ich zasięg - i przenosząc uwagę na uciekinierkę.
Nie sądził, że było to możliwe, ale z bliska wyglądała jeszcze gorzej. Teraz, znajdując się zaledwie kilkanaście centymetrów od niej, bez problemu mógł dostrzec pokrywające skórę siniaki w różnym stopniu zagojenia, a także prowizorycznie zabandażowaną nogę z poplamionym krwią opatrunkiem. Włosy miała mokre, oddech niezdrowo świszczący; gdyby została tu jeszcze przez kilka godzin, albo by się wykrwawiła, albo zwyczajnie zamarzła, stając się kolejną cichą ofiarą adlerowych rządów pokoju i dobrobytu.
Zabrał rękę z jej nadgarstka, odsuwając się nieznacznie i dając jej trochę przestrzeni. Bała się go, widział, że się bała; potrafił rozpoznać strach w ludzkich oczach, chociaż już od dawna nikt nie patrzył na niego w ten sposób. Załzawione oczy blondynki przywoływały w nim niechciane wspomnienia z areny; wspomnienia, które sprawiały, że miał ochotę podnieść ten porzucony pistolet i przyłożyć go sobie do głowy. Czuł już zresztą podchodzącą mu do gardła żółć i wiedział, że musi coś zrobić, bo inaczej zwymiotuje.
- Chcę ci pomóc - powiedział, wciąż tym samym spokojnym i cichym tonem, nie mając pojęcia, jakich słów użyć, żeby mu uwierzyła. Sam by sobie nie uwierzył; nieznajomy, pojawiający się na ziemiach niczyich z nikąd, z bronią wetkniętą za pasek spodni, nie przedstawiał zbytnio zachęcającego obrazka. Po tych terenach przemieszczali się jedynie strażnicy i włóczędzy, szukający okazji do rabunku. Musiał jednak spróbować, choć być może trudził się na darmo - dziewczyna wyglądała, jakby w każdej chwili mogła stracić przytomność. - Nie przetrwasz tu sama. Pozwolisz sobie pomóc? - zapytał, próbując odnaleźć wzrokiem jej spojrzenie i przemówić do jej zdrowego rozsądku, skoro dokopanie się do pokładów zaufania leżało poza jego zasięgiem.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t3111-iliya-aris#48306
http://panem.forumpl.net/t3113-iliya-aris#48312
Wiek : 18
Zawód : Bezrobotna
Przy sobie : ♦ W worku - para kastetów, pistolet, paczka prezerwatyw (3 sztuki), magazynek z 15 nabojami, kapsułka z wyciągiem z łykołaków, latarka z wytrzymałą baterią, śpiwór; ♦ W fałdach śpiwora - mapa podziemnych korytarzy (X2, X7, X8), mapa Kapitolu oraz dowód tożsamości, prawo jazdy i zezwolenie na posiadanie broni na nazwisko Daniel Levitt; ♦ W kieszeniach - scyzoryk wielofunkcyjny (prawe udo); ♦ Zawszeona na pasie - apteczka militarna (brudno-szarozielona).
Znaki szczególne : Niski wzrost (155cm); wada wzroku (po oczach nie widać! braki ndrabia głównie węch); wychudzone ciało
Obrażenia : Nieco starta skóra na łokciach i kolanach; Rana postrzałowa na lewym udzie (poszarpana pociskiem skóra właściwa i uszkodzony mięsień), duże kolorowe sińce na prawym przedramieniu, na brzuchu, w okolicy (pękniętego) żebra z prawej strony. Masa mniejszych siniaków.

PisanieTemat: Re: Zrównane z ziemią osiedle   Sro Lip 29, 2015 12:57 am

Przed sobą miała tylko ciemno ubraną plamę. Widziała kształt, widziała nogi, ręce i głowę, ale dokładne kształty jej umykały. Nie widziała więc dobrze twarzy, tylko kilka strasznych cieni. No... uciekaj, proszę. Dostrzegła jak unosi w górę ręce w geście bezradności. Nie wierzę ci... Mruknęła w myślach. Widziała kształty na tyle duże, by stwierdzić, że dłoń jest otwarta, ale nie potrafiła dojrzeć nic więcej. Usłyszała znowu głos mężczyzny. Mówisz tak, bym opuściła broń. Pomyślała trochę oskarżycielsko. Z drugiej strony była na tyle zmęczona, by zaufać instynktowi mówiącemu, że skoro miała tyle szczęścia, może jego granice pozwolą na to, by przeżyć kilka kolejnych dni?
Opadała z sił, a kiedy energia z niej wyciekała, bała się coraz bardziej. Wiedziała, że nie jest zdolna oddać strzału i, że prawdopodobnie za chwilę i tak by ją ograbili, a ona nie mając niczego zdechłaby jak pies na tym mrozie. Już dawno przekroczyła granice własnej wytrzymałości, dlatego nie mogła zmusić swojego ciała do ostatniego zrywu. Wykorzystywała powoli i ciągle ostatki swoich sił, a nawet więcej, teraz była więc zupełnie niegroźna. Usłyszała kroki, zacisnęła powieki i skuliła się ze strachu. Poczuła bijące od niego ciepło, kiedy kucnął tuż przy niej. Spięła mięśnie, bojąc się nieprzyjemnego „dotyku”, uderzenia. Poczuła go na przedramiu barwy fioletu i jeszcze kilku odcieni. Jęknęła cichutko. Ręka przybysza zsunęła się na jej nadgarstek, ścisnął go i uniósł jej dłoń. Na chwilę na jego ręce spoczęła cząstka niewielkiej wagi dziewczyny. Poddała się temu zabiegowi, nie miała siły się opierać. Otworzyła jednak oczy. Niezbyt mocno, ale tak, by zobaczyć dłoń, która wzięła jej rękę w swoją własną. Jest taka ciepła... Pomyślała smutno. Łzy znowu napływały jej do oczu.
Nie mogła zrobić nic więcej, jak tylko uwierzyć słowom obcego. Dawno mógłby mnie zabić, zgwałcić, albo zabrać, żeby wydać. On tylko mnie... rozbroił... Zauważyła w myśli. Z trudem podniosła głowę. I tak nie mam nic do stracenia. Kiedy tak mocno opadłam z sił? Nie miałam ich od jakiegoś czasu, po prostu... nie dam już rady dłużej ze sobą walczyć. Jest coraz zimniej...
Usta miała uchylone, zrobiła kilka płytszych wdechów, a potem jeden nieco gwałtowniejszy i znów wróciła do płytszych, niespokojnych oddechów. Noga nadal pulsowała bólem, skutecznie odpychając dziewczynę od prób samoobrony. Spojrzała, umęczona, w oczy mężczyzny. Zadrżała. Bała się kontaktu wzrokowego. W tej jednak sytuacji uznała, że musi to zrobić. Przynajmniej nie dałoby to jej spokoju, gdyby sobie odpuściła. Z tak bliska wszystko widziała wyraźnie. Szukała iskierek agresji w jego spojrzeniu, brutalności, cechującej ostatnio tak wielu ludzi. Patrzała na niego trochę z dołu, swoimi brązowymi, żałosnymi oczami. Gdyby nie to, że głowę miała pochyloną, pewnie poczułby jej oddech na brodzie. Znowu odetchnęła głębiej, ale tym razem opuściła też wzrok.
Odciążyła dłoń, którą być może mężczyzna nadal dotykał. Jeżeli tak, pewnie wyczułby, że jest chłodna i drży. Uniosła ją z lekkim trudem, żeby otwartą, bezsilną oprzeć gdzieś w okolicy jego obojczyka. Pozwoliła sobie na to. Pewnie i tak nie będzie w stanie dalej iść, więc co jej szkodzi, jeżeli zostanie odtrącona? Pewnie i tak zginę. Uznała bez nadziei. Cały czas miała ją jednak, wielką nadzieję, naiwną, że ten facet nie sprawi jej więcej bólu. Przesunęła się, jakby miała spaść. Zamiast tego jej głowa oparła się gdzieś w okolicy drugiej jego piersi. Tym razem bez szlochu, z jej oczu popłynęła para łez. Jest taki ciepły... Jej oczy mimowolnie się zamknęły, a ręka trochę zsunęła. Znowu wzięła głęboki wdech, głębszy niż wcześniejsze. Kolejne dwa były tak płytkie, że można by uznać, że nie oddycha. Potem znów nieco głębszy niż zwykle i jakby zaczynał się normować. To ciepło powiedziało jej „ufaj mu, będzie dobrze”. Wiedziała, że to bardzo, bardzo naiwne, ale ślepa nadzieja była ponoć lepsza od braku wiary, dlatego skinęła głową. - Jesteś taki ciepły... – Szepnęła to niemal bezwiednie, po krótkiej chwili, dwóch uspokajających się oddechach. W zasadzie jeżeli dobrze by się nie wsłuchał, pewnie niedosłyszałby tego, co mówi. Jej ciałko drżało, ale wyglądało na to, że sama trochę się uspokoiła. Pozwoliła opaść posiniaczonej dłoni gdzieś między nich i uchyliła lekko powieki czując, że zaraz zostanie odepchnięta. Walczyła z pokusą i skutecznie przegrywała, nie mogąc oderwać się od źródła ciała. Przynajmniej nie zamykała oczu. Bała się tego, że jeżeli je otworzy, on gdzieś wyparuje, a ona zostanie sama.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t1898-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1374-malcolm
http://panem.forumpl.net/t1373-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1796-malcolm
Wiek : 39 lat
Zawód : bezrobotny, dowódca Kolczatki
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, scyzoryk wielofunkcyjny, dowód tożsamości, broń palna, pozwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Re: Zrównane z ziemią osiedle   Sro Lip 29, 2015 11:45 am

Dopóki się nie zbliżyła, nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo była wyziębiona. On sam znajdował się na mrozie już od jakiegoś czasu, ale w porównaniu z jej skórą - sino-niebieską, i to nie tylko ze względu na pokrywające ją pozostałości po ucieczce - jego własna wydawała się parzyć. Nie miał pojęcia, jak długo przebywała na zewnątrz, ani jak udało jej się wydostać z getta (choć mokre włosy i brudne ubranie mogły być dowodem przeprawy kanałami), ale w tamtej chwili nie było czasu na pytania. Niedawna obecność strażnika sugerowała, że teren był patrolowany i Malcolm nie wiedział, ile miało minąć czasu, zanim pojawiłby się kolejny - tym razem już zapewne nie tak pokojowo nastawiony.
Zaczekał jednak cierpliwie, aż dziewczyna się uspokoi, wsłuchując się w jej nierówny oddech i ledwie słyszalne słowa, jakby mimochodem umykające spomiędzy spierzchniętych warg. W głowie obmyślał już sposoby na w miarę bezpieczne przetransportowanie ich z powrotem do bunkra; najrozsądniejszy wydawał mu się powrót pod ziemię i przebycie przynajmniej części drogi tamtejszymi korytarzami, ale wątpił, żeby udało mu się to zrobić z wystraszoną, ranną dziewczyną, która raczej nie była w stanie poruszać się o własnych siłach. Musieliby nadłożyć sporo drogi, musiałby również jakimś cudem pokonać z nią metalowe, przerdzewiałe drabinki i strome podejścia, a to z góry dyskwalifikowało tę opcję. Pozostawał marsz po otwartym terenie i modlenie się o napotkanie kogoś z Kolczatki - nie oddziału strażników pokoju.
Odsunął się od niej lekko, niespiesznie, na chwilę. Zamek błyskawiczny jego kurtki zgrzytnął wyraźnie w otaczającej ich ciszy, a on sam wzdrygnął się ledwie zauważalnie, gdy mroźne powietrze przedostało się do jego skóry, bez problemu pokonując cienką warstwę swetra. Zdjął jednak wierzchnią warstwę ubrania bez zawahania, by po chwili zarzucić ją na plecy blondynki. Nie odzywając się, pomógł jej włożyć chude ręce w rękawy i zasunął kurtkę z powrotem. Była na nią o wiele za duża - długością sięgała co najmniej połowy ud - ale to w obecnej sytuacji należało traktować raczej jako jej zaletę, niż wadę.
- To wszystko, co masz przy sobie? - zapytał, wiedząc, jaka będzie odpowiedź i starannie zawijając cały jej dobytek w ciemny śpiwór. Zerknął na nią uspokajająco. - Pomogę ci z tym - dodał po chwili, chcąc ją upewnić, że nie ma zamiaru jej okradać - w razie gdyby darowana kurtka nie wystarczyła jako zapewnienie. Ręce drżały mu lekko, ale głos miał pewny, choć nieco zachrypnięty od chłodu i mimowolnie ściskającego go za przełyk niepokoju. Wiedział, że ryzykował, i to nie tylko ze względu na czekającą ich pieszą drogę po wyklętych terenach; Kolczatka już i tak znajdowała się o włos od zdemaskowania, a on miał zamiar wprowadzić do kwatery głównej obcą osobę, młodą dziewczynę, o której nic nie wiedział, i która równie dobrze mogła później sprowadzić ich wszystkich na dno. Odpychał od siebie te myśli, powtarzając sobie, że tak trzeba, że nie ma innego wyjścia; ale one wciąż tam były, niemożliwe do wymazania, czaiły się na krawędzi jego podświadomości, gotowe zaatakować go wyrzutami sumienia. A majacząca na horyzoncie publiczna egzekucja nie pomagała; zwłaszcza odkąd zdecydował już, że nie będzie próby odbicia więźniów, nawet jeśli doskonale zdawał sobie sprawę, że tej krwi już nigdy nie da rady wydrapać zza paznokci.
Zarzucił sobie śpiworowy worek na plecy, ponownie pochylając się nad dziewczyną. - Chodź - powiedział po prostu, jedną ręką obejmując ją gdzieś na wysokości klatki piersiowej, drugą - pod kolanami. - Spróbuj się mnie trzymać - dodał, bardziej próbując zmusić ją do jakiegokolwiek działania, niż faktycznie wierząc, że to miało w czymkolwiek pomóc. Ale nie chciał, żeby zasnęła, bo zbyt wiele się nasłuchał o skutkach zasypiania na mrozie.
Wstał razem z nią; była lżejsza niż sądził, mogła ważyć najwyżej czterdzieści kilogramów, ale to nie opadnięcia z sił obawiał się najbardziej. Niosąc ją, obie ręce miał zajęte, więc gdyby pojawiła się potrzeba nagłego sięgnięcia po broń - pozostawali bezbronni. Powtarzał sobie jednak jak mantrę, że nikogo nie spotkają po drodze, wsłuchując się we własne kroki, gdy ponownie zbliżał się pozostałości po niegdyś schludnej alejce między domami. - Jak masz na imię? - zapytał, zerkając na nią odruchowo, i po chwili dodając, już bez większych wybiegów. - Postaraj się nie zasypiać.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t3111-iliya-aris#48306
http://panem.forumpl.net/t3113-iliya-aris#48312
Wiek : 18
Zawód : Bezrobotna
Przy sobie : ♦ W worku - para kastetów, pistolet, paczka prezerwatyw (3 sztuki), magazynek z 15 nabojami, kapsułka z wyciągiem z łykołaków, latarka z wytrzymałą baterią, śpiwór; ♦ W fałdach śpiwora - mapa podziemnych korytarzy (X2, X7, X8), mapa Kapitolu oraz dowód tożsamości, prawo jazdy i zezwolenie na posiadanie broni na nazwisko Daniel Levitt; ♦ W kieszeniach - scyzoryk wielofunkcyjny (prawe udo); ♦ Zawszeona na pasie - apteczka militarna (brudno-szarozielona).
Znaki szczególne : Niski wzrost (155cm); wada wzroku (po oczach nie widać! braki ndrabia głównie węch); wychudzone ciało
Obrażenia : Nieco starta skóra na łokciach i kolanach; Rana postrzałowa na lewym udzie (poszarpana pociskiem skóra właściwa i uszkodzony mięsień), duże kolorowe sińce na prawym przedramieniu, na brzuchu, w okolicy (pękniętego) żebra z prawej strony. Masa mniejszych siniaków.

PisanieTemat: Re: Zrównane z ziemią osiedle   Sro Lip 29, 2015 1:02 pm

Nie czuła chyba zimna tak mocno jak mężczyzna, jej ruchy nie do końca wskazywały na to, żeby była podatna na zimno. Po prostu powoli przestawała je czuć. Musiała przeżyć jakiś czas mając jedynie śpiwór i zniszczone piwnice domów, w których się ukrywała wiele nocy. Potem nieco cieplej było tylko w podziemiach. Teraz znowu wystawiła się na mróz. Mogła to zrobić po prostu wychodząc z kolejnej piwnicy po niespokojnym śnie, znowu poszukać jakiegoś pożywienia i o zmroku wrócić do innej rudery... Tymczasem jej osłabiony organizm coraz gorzej radził sobie z otaczającymi ją warunkami. Gdyby była zwierzęciem, zabiłaby ją natura. Nie była jednak tylko łowną zwierzyną, jej gatunek lubił (czasem) wzajemnie sobie pomagać.
Opierała się o mężczyznę, niezdolna do odsunięcia się. Pewnie wykrzesałaby tyle sił, po prostu wolała czekać, aż zostanie odepchnięta. Została po chwili, jednak zdążyła zabrać mu trochę ciepła. Spojrzała na niego nieokreślonym bliżej wzrokiem. Niby niespokojnym, ale jakoś pogodzonym. Potem na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie, gdy zdjął z siebie kurtkę, a potem strach. Dla niego musiał być dziwnym przejawem. Ona przypomniała sobie Strażnika, który wykonał podobny gest. Opuściła wzrok. Nie do końca myślała racjonalnie. Próbowała znów utrzymać ciężar swojego ciała na dłoniach, potem poczuła ciepło. Jej powieki nieco opadły, jakby była się, że historia się powtórzy, chociaż rozum i okoliczności temu przeczyły. Pomógł jej ubrać kurtkę, a gdy zapiął zamek, lęk w jej oczach znowu przygasł. Złożyła ręce na piersi, jakby chciała się przytulić, wsuwając palce pod pachy, a ramiona lekko unosząc, wtulając się w nagrzany materiał.
Zaczęła czujnym, nieco rozkojarzonym wzrokiem obserwować poczynania mężczyzny. Oparła się plecami o ścianę, pod którą ją znalazł. Zauważyła, że przesunął wzrokiem po rozrzuconych elementach medycznych i worku. Skinęła głową. Wzięła nieco głębszy wdech, a potem przy jej ustach pojawiła się para. Mimo tego, że oddychała trochę nieregularnie, Malcolm mógł zobaczyć, że również spokojniej. Skinęła głową, gdy zasugerował pomoc. Na jej twarz wpełzła bezsiła. - Scyzoryk... jest gdzieś tam. – Szepnęła i wyjęła spod pachy dłoń, żeby wskazać nią kierunek. Kawałek za resztką ściany był tam, całkiem nieźle zachowany, obecnie otwarty. Po chwili zobaczyła jak sięga po ciemny kształt na tle śniegu. Kiedy się odsunął, trudno jej już było dostrzec jego spojrzenie, obiecała sobie jednak, żeby się nie rzucać. W końcu mógłby ją porzucić, uznawszy, że sprawia za duże kłopoty. Jej los zależał od niego, za bardzo, by mogła to całkiem przełknąć. Zauważyła, jak kształt jej worka opada na jego plecy. Ufała, że nie zostawi on tu swojej kurtki, więc nie zareagowała specjalnie negatywnie. Zaczęła się przekonywać do jego zamiarów.
Znowu poczuła jego ciepło nad sobą, spojrzała na jego usta, gdy się do niej odezwał. Opuściła wzrok i zadrżała. Przesunęła ręce, żeby spróbować w jakiś sposób wstać, zamiast tego poczuła jego dotyk. Spojrzała na niego nieśmiało, ale z wdzięcznością. Zupełnie inaczej niż przedtem. Skinęła głową na ową prośbę, wysunęła ręce i objęła jego szyję, wtulając głowę gdzieś w jego bark. Kiedy ją podniósł, skuliła ją i trochę się spięła, wydając stłamszony jęk. Jego dłoń wbiła się w jej różnokolorowy siniec. Stłumiła dźwięk. Przez kilka chwil oddech miała znów niespokojny, ale wyrównała go uznawszy, że czując zmieniający się nacisk palców na ciele, dostając różne intensywne bodźce, nie straci przytomności. Ból pochodzący od nogi był intensywny i pulsujący, ale zarazem też trwały, tak, jak ciągłe były sygnały wysyłane od reszty jej pobitego ciała.
Usłyszawszy pytanie uniosła wzrok na jego brodę i znów wtuliła się w niego. - Iliya... Aris. – Głos miała trochę słaby i stłumiony. To drugie wywołane było cierpieniem, które musiała znosić. Nie chciała okazywać jak źle się czuje (co chyba i tak jej nie wychodziło), bała się, że to mogło zachęcić mężczyznę do zostawienia jej na śniegu. - Wiem. – Szepnęła, kiedy kazał jej nie zasypiać. Oglądała budynki, które mijali. Zniekształcony obraz przedstawiał tylko ciemne, ceglane masy na tle bieli ziemi i szarości nieba. Czasem widziała cienie innych barw, może pozostałości tynku, czy farb. Przymykała oczy, starając się dostrzec więcej szczegółów, to jej jednak nie pomagało. Alejka była dosyć szeroka, a szli nie z tej strony, żeby mogła nogą kopnąć wystającą cegłę. Gdyby mężczyzna zwrócił ja to jakąś uwagę, dostrzegłby, że zabrudził sobie sweter jej posoką, choć jeszcze trochę czasu minie, by uznać, że to przez napływ świeżej krwi. Opatrunek był wszak już trochę przesiąknięty, kiedy wziął ją na ręce. Powstanie plamy jednak wyglądało na nieuniknione. - A ty...? Jak masz na imię...? – Szepnęła po jakimś czasie. Chciała zapytać dokąd ją zabiera, bała się jednak go jakoś rozzłościć. Pragnęła tylko podtrzymać rozmowę kojącą w pewien sposób jej zmysły i zmuszającą do słuchania, a więc podtrzymywania świadomości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar

PisanieTemat: Re: Zrównane z ziemią osiedle   Nie Wrz 13, 2015 3:55 pm

Choć po jakimś czasie Malcolm zaczął odczuwać zmęczenie, niosąc ranną dziewczynę, wiedział doskonale, że nie może się poddać, dopóki oboje nie dotrą do bunkra. Decyzja o zaniesieniu jej do siedziby Kolczatki była jedyną, jaką na dobrą sprawę mógł podjąć, gdyż większość mostów była już za nim spalona.
- Jeszcze trochę, zaraz zajmie się tobą lekarz - pocieszał ją co chwilę, w duchu prosząc o to, by nie zasnęła w jego ramionach.
Po trudach podróży znaleźli się wreszcie we względnie bezpiecznym miejscu, a Randall natychmiast wezwał do siebie lekarza. Miał sporo szczęścia, a właściwie to Iliya miała, bowiem w bunkrze dyżurowała właśnie młoda lekarka, która natychmiast zajęła się jej ranami.
Morfalina przyniosła jej ulgę, a panna Aris odpłynęła wreszcie, pilnowana przez dwie dobre, bezinteresowne dusze.


Zapraszam do bunkra, gdzie możesz już pisać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Zrównane z ziemią osiedle   

Powrót do góry Go down
 

Zrównane z ziemią osiedle

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje :: Ziemie Niczyje-