IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Gideon Reynolds [budowa]

 

 Gideon Reynolds [budowa]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
avatar
http://panem.forumpl.net/t3588-gideon-reynolds-budowa
Wiek : 28 lat
Zawód : wiceminister Ministerstwa Obrony Narodowej; oficer
Znaki szczególne : podłużna, ciemna blizna na podbródku

PisanieTemat: Gideon Reynolds [budowa]   Czw Paź 22, 2015 2:48 pm


Gideon Reynolds
ft. Kıvanç Tatlıtuğ
07.06.2255, Kapitol
miejsce zamieszkania
Dzielnica Północna
zatrudnienie
wiceminister Ministerstwa Obrony Narodowej; starszy oficer
Rodzina


Nestor Blackwood
Nie kochamy się, tatusiu, i nigdy się jakoś nie kochaliśmy. Dotąd nie wchodziłeś mi w drogę, ja też się trzymałem od ciebie z daleka. Ale teraz nasze drogi się, kurwa, przecinają. I jestem dziwnie przekonany, że moja będzie biegła dalej, a twoja nie. Jesteś skończony! Może kiedyś, w Kapitolu za prezydentury Snowa, srali na twój widok. Ale ja znam cię aż za dobrze. Zrobiłeś sobie z polityki prywatny folwark, teatr cieni! Tyle, że te czasy minęły. A ja? Ja całe życie czekałem na taką okazję, na to stanowisko. Myślisz, że wam pomogę, tobie i Maeve? Myślisz, że pozwolę ci znowu wejść na salony i srać mi pod nosem? Po moim, kurwa, trupie! Prędzej mnie stąd wyniosą w drewnianej jesionce, niż wrócisz z Dwunastki żywy.
Przysięgam.

Maeve Blackwood
Był we mnie masochistyczny zapęd, potrzeba autodestrukcji, czerwony, ostrzegawczy guzik, który naciskałem z irracjonalną radością i pełną świadomością podejmowanego ryzyka.
Był we mnie smutek, głęboki i czarny jak źrenice otchłani.
Było też poczucie niesprawiedliwości, kiedy dostrzegałem twoją cichą obecność. Rzep u ogona, przylepiona do podeszwy guma, plamy na sumieniu, których pozbyłem się dopiero, gdy sprzedałem własną duszę. Pozwalałem, byś była obok, udawałem zainteresowanie, uśmiechałem się, widząc, jak zaciekle próbujesz być mną… i jak nieudolnie ci to wychodzi. Czego wtedy szukałaś, siostrzyczko? Pojednania? Wielkiego zjednoczenia rodziny? Autorytetu? Żyjąca własną naiwnością, ufna owieczka prowadzona na rzeź. Chyba powinno być mi przykro, kiedy doprowadziłem do twojego spotkania z matką. Chyba powinienem się za tobą wstawić. Chyba powinienem żałować. Chyba muszę przeprosić…
… chyba żartujesz, że w to uwierzyłaś.

Frida Blackwood
Gdybyśmy zdecydowali się na rachunek sumienia, byłabyś mi winna pół życia. Twoja bezsilność wobec rozwodu i moja zaradność napędzana nienawiścią, jaką mnie karmiłaś – powinienem życzyć ci rychłej śmierci. Powinienem porzucić cię w ruderze, w której mieszkaliśmy i zadbać wyłącznie o siebie, ale…
… ale rozpaczliwie potrzebowałem twoich słów. Twoich pochwał. Twoich obleg pod adresem ojca, twojej nienawiści względem córki, twojej dumy w stosunku do mnie. To sprawiało, że czułem się inny.
Lepszy. Bardziej wartościowy.
W końcu miałem kogoś, kto mógł obserwować moją drogę na szczyt. Kogoś, kto podnosił mnie, kiedy upadałem i pchał do przodu, kiedy chciałem się poddać. Kogoś, kto nie pozwolił mi zapomnieć o tym
kim jestem i jaki jestem.



Historia

W każdym pokoleniu faceci tacy jak Gideon Blackwood trafiają się najwyżej raz czy dwa. Wszyscy oni mają jedną wspólną cechę: są niczym ogromne kompasy, które długo kręcą się bez celu, poszukując prawdziwego kierunku północnego, a następnie rzucają się w jego stronę z przerażającą energią. Ale zanim to się stanie, ludzie tacy przejawiają skłonność do wymyślania największych głupot.
I Gideon nie stanowił wyjątku od tej reguły.


Rodzice w teorii nie mieli powodu spodziewać się niczego innego niż to, czego się dochowali – dobrego chłopca o bystrym, chłonnym umyśle; zdolnego chłopca, którego talent od wczesnego dzieciństwa rozwijał się w atmosferze miłości i zaufania; oddanego dziecka, które kochało tatę i mamę.
W teorii.
Gideon był inny. Nikt, nawet ludzie należący do elity Panem, nie mogli spodziewać się takiego syna jak on.
Przenigdy.
Zaczął czytać w wieku czterech lat, a w wieku sześciu pisał już krótkie rozprawki („Moja siostrzyczka”, „Podróż z matką do Jedynki”). Jego teksty miały wybujałą, wzruszającą konstrukcję właściwą opowieściom sześciolatka i już samo to było zaskakujące - istniał jednak jeszcze jeden element. Gdyby jego nieustannie rozwijająca się kontrola motoryczna nie była w jakimś stopniu czynnikiem określającym wartość tych utworów, można by odnieść wrażenie, że ich twórcą jest bardzo rozgarnięty, choć w najwyższym stopniu naiwny piątoklasista. Z przyprawiającą o zawrót głowy szybkością przechodził od prostych zdań do złożonych, skomplikowanych konstrukcji, z osobliwą intuicją chwytając zasadę budowy zdań głównych i podrzędnych. Czasami stosował złą składnię, błędnie rozmieszczał akcenty, ale i z tą wadą – plagą większości pisarzy, którzy walczą z nią przez całe życie – Gideon uporał się znacznie szybciej niż rówieśnicy. Od ósmego roku życia cierpiał na coraz większe bóle głowy. Rodzice obawiali się, że zapadł na jakąś chorobę – zapewne na guza mózgu – i poszli z nim do lekarza. Ten starannie go zbadał, jeszcze staranniej wysłuchał, po czym oświadczył, że z Gideonem wszystko jest w porządku, tyle że dzieciak przeżywa stres - znajduje się w stanie zupełnej frustracji, ponieważ ręka, którą pisze, nie nadąża za jego umysłem - bóle głowy całkowicie minęły, gdy kartkę papieru zastąpiono klawiaturą.

Dzieciak ze współczynnikiem IQ tak wysokim, że już w początkowych klasach uchodzi za geniusza?
Szczęściarz z malca, że urodził się w Kapitolu, w rodzinie, której na niczym nie zbywa! Zapewniamy atmosferę i warunki, w których jego intelekt może swobodnie się rozwijać… by nie wspomnieć już o jego nie-do-końca-głupiej siostrze. Wychowujemy ich na normalne, typowe kapitolińskie dzieci!
Cóż, a przynajmniej w y c h o w y w a l i ś m y.


Pozorna sielanka trwała do momentu rozwodu – do momentu, w którym Gideon opuścił ciepły, przyjazny dom w uprzywilejowanej części Kapitolu i, wraz z matką, niemal dosłownie wylądował na bruku. Frida uchodziła za inteligentną, wyrachowaną kobietę, jednak jej umiejętność gospodarowania pieniędzmi okazała się godna pożałowania – nie minęło pół roku od rozstania z Nestorem, a musiała zastawić kolekcję biżuterii, by opłacić (wygórowany) czynsz w umiarkowanie szanowanej dzielnicy Kapitolu.
Kolejne sześć miesięcy później Umiarkowanie Szanowana Dzielnica wymieniona została na Szczególnie Kurewskie Rejony Stolicy. Każdy inny wymuskany, wypieszczony chłopiec z dobrej rodziny prędko padłby ofiarą znacznie bardziej zaprawionych w boju Podwórkowych Chłopców – tyle, że Gideon nigdy nie był jak inni. Od czasów wczesnego dzieciństwa gnieździło się w nim zepsucie, zupełnie jakby chłopca, młodzieńca, później zaś dorosłego mężczyznę drążył od wewnątrz obślizgły robak moralnej zgnilizny. Pieczołowicie pielęgnował w sobie ten niepokojący cień nieprzewidywalności; sprawiając wrażenie w pełni spokojnego, potrafił wybuchać wściekłością na samo określenie „grzeczny chłopiec” użyte przez własną matkę – zupełnie jakby słowo „grzeczny” stanowiło dla niego obelgę. Być może dlatego tak łatwo odnalazł się w nowych okolicznościach – w każdym razie przyszło mu to znacznie łatwiej niż Fridzie. Wciąż był bystrym dzieciakiem z odpowiednim nazwiskiem, wciąż namiętnie oglądał Głodowie Igrzyska, wciąż starał się osiągnąć więcej, niż oferowała mu obecna chwila – jego życie parło naprzód powoli i mozolnie, z dala od ojca, z dala od siostry, po której została mu jedynie wspólna fotografia i koślawy, uproszczony rysunek przedstawiający rodzeństwo oraz wyimaginowanego psa, którego nigdy nie posiadali.

Ciemne, podupadłe rudery zdawały się niemalże stykać nad głowami ludzi, a gęstniejące wśród nich ciemności rozświetlał nikły blask nielicznych latarni, migoczących wadliwie neonów oraz światło bijące przez brudne szyby kawiarń i burdeli. Mimo stosunkowo wczesnej pory uliczki wypełniał już tłum stałych bywalców, wnikających do swych ulubionych spelun bądź stojących w grupkach, rozprawiających. Zdawali się nie zauważać przybysza, lecz Gideon czuł na sobie ich spojrzenia, zaciekawione, taksujące, niekiedy rozbawione.
Nie zwracał już uwagi na to, czy depcze po nieczystościach, po prostu szedł przed siebie, ignorując spojrzenia i zaczepki. Nie patrzył na twarze, blade, wykrzywione, opromienione migotaniem neonów, nie słyszał haseł wykrzykiwanych przez grupki pijanych ani zachęt umalowanych ordynarnie tanich dziwek, nie czuł smrodu uryny bijącego z każdego kąta dzielnicy. Parł przed siebie i roztrącał gęstniejący wrzaskliwy tłum niczym okręt przedzierający się wśród kawałów kry – w końcu właśnie tak wyglądało teraz jego życie.
Był po prostu kolejnym brudnym psem tego miasta.


Szybko topniejące finanse stanowiły jedyny i tym samym największy problem – Frida przestała być dumną, budzącą respekt kobietą i powoli zaczęła przeistaczać się w karykaturę samej siebie, zupełnie jak wrak zatopionego okrętu. Od ukończenia piętnastego roku życia Gideon musiał dwoić się i troić, by zapracować na kolejny czynsz, na kolejny obiad, na kolejną koszulę – nie różnił się wtedy od przeciętnego mieszkańca zapchlonej Dziesiątki czy wiecznie brudnej Dwunastki: napędzał go pierwotny instynkt przetrwania, zaspokajanie wyłącznie podstawowych potrzeb, niemal całkowite zezwierzęcenie. Sukcesy w szkole trwały tak długo, jak długo zjawiał się w jej progach – wrodzone predyspozycje znacznie ułatwiały mu oszukanie ułomnego systemu nauczania, odpowiadanie zaś zgodnie z oczekiwaniami nauczycieli stanowiło niemal rytuał, który – choć początkowo sprawiał Gideonowi chorobliwą przyjemność – z czasem przekształcił się w machinalnie wykonywanie obowiązków. Wtedy też, mając za sobą większość licealnych zmagań, po latach spotkał Maeve.
Powinien być jej wdzięczny za tamten moment – właśnie wtedy pojął, że nie był pustą skorupą, jak wydawało mu się dotychczas.
W jego umyśle znacznie jaśniej od zobojętnienia płonęła nienawiść.
Ujrzał ją – zadbaną, czystą, najpewniej po wystawnym śniadaniu, którego większość wylądowała w koszu – i wrzeszczał w myślach.
Nagle wszystko powróciło, wypłynęło na wierzch jego wspomnień jak unoszące się na wodzie zwłoki: poczucie niesprawiedliwości. Złość. Gniew. Gdyby mógł, uderzałby jej głową o ścianę tak długo aż… aż…
… aż poczuje ból równy temu, z którym Gideon zmagał się od lat?
Do cholery, fizyczne cierpienie nie umywało się do tego, przez co przechodził Blackwood – dlatego pozwolił dojrzeć owocom zemsty. Miesiącami z uśmiechem na ustach znosił obecność Maeve, przystał na to, aby poczuła wspólną więź, aby towarzyszyła mu na niemal każdym kroku. Słuchał jej, odpowiadał, świecił przykładem - wszystko po to, by zebrać jak najbardziej obfite plony. Kiedy zaś nadszedł odpowiedni moment, chwila całkowitego upodlenia Fridy, ten moment w jej życiu, gdy napawała obrzydzeniem nawet własnego syna – zaprowadził do niej Maeve.
I z uśmiechem obserwował, jak matka niszczy swoją córkę.
Widząc rozpacz siostry, był radosny jak mięczak podczas przypływu –  triumfował, dostrzegając pękające tamy silnej woli Maeve, uśmiechał się na długo po opuszczeniu przez nią domu. Nawet, gdy Frida kazała przestać szczerzyć gębę, nie potrafił wyrzec się słodkiego posmaku zwycięstwa.
Tak, zemsta była daniem, które zawsze najlepiej smakuje na zimno – nie mógł jednak poświęcać własnemu triumfowi kolejnych dni, dość szybko zauważając zresztą, że Maeve zaczęła go chorobliwie unikać. Głowę Gideona w owym czasie - w okresie, gdy każdy kapitoliński nastolatek z wypiekami na policzkach obserwuje zmagania trybutów – zaprzątała kwestia finansowa.
Jak połączyć przyjemne z pożytecznym?
Jak wzbogacić się na fascynacji śmiercią?



Charakter


Coraz to z ciebie, jako z drzazgi smolnej, wokoło lecą szmaty zapalone;
Gorejąc nie wiesz, czy stawasz się wolny, czy to, co twoje, ma być zatracone?

Człowiek definiuje się przez swoje granice. Człowiek opisuje się na liniach oporu: to jeszcze jest człowiek, a to już nie; to jeszcze człowiek może, a tego już nie; to jeszcze jest ludzkie, a to już nie; to człowieka ogranicza - więc z tym walczy, naciska, wytęża myśl i wolę. Owe linie oporu stanowią fundamenty kultury, religii, filozofii, sztuki, języka, moralności, życia społecznego i politycznego. Wyznaczają także wektory szczęścia i nieszczęścia - ambicji, nadziei, lęków, ideałów - w życiu jednostkowym. Wiem o tym doskonale… i nawet jeśli nie potrafię tej prawdy opowiedzieć, przyznać przed samym sobą, zapisać na wyrwanej pospieszne kartce papieru, to posiadam niepowtarzalną umiejętność przyszpilenia jej, wrzucenia do formaldehydu i wystawienia w kolekcji na półce. Gdy tylko nachodzą mnie wątpliwości, kiedy czuję, że wiedza absolutna przecieka mi przez palce – sięgam po wyimaginowany słoik z esencją życiowych prawd i odzyskuję to, czego człowiek uzależniony od władzy człowiek pragnie najbardziej: kontrolę. Nad sobą, nad innymi ludźmi, nad otaczającą mnie rzeczywistością.

Wiem, że żyjemy w okrutnym świecie. Wiem, że jedyną szansą przeżycia jest pięcie się do góry. Wiem, że jeżeli stanę w miejscu, stoczę się w dół i zatratują mnie ludzie, którzy po moich gnatach gramolą się wzwyż. Polityka to krwawa, bezkompromisowa walka systemów, a zarazem walka jednostek. W tej walce każdy podpisuje cyrograf – jedyną i najwyższą ceną sukcesu jest zatracenie.
Wystarczy jedynie odpowiedzieć na trzy, bardzo proste pytania.
Czy zabiłeś kiedyś człowieka?
Czy musiałeś to zrobić?
Czy żałujesz swojego czynu?
Nie, nie, n i e.
Gratulacje, mamy zwycięzcę.

Na jakiej podstawie miałbym uważać, że stanowię wyjątek? Nie jestem wyjątkiem. Jestem taki sami, jak wszyscy inni. Możemy się różnić co najwyżej kształtem i kolorem oczu. Mam oczy błękitne, ktoś inny zielone, kocie, z odcieniem szmaragdu. Ale na tym, najwyraźniej, kończą się wszelkie różnice. Pod każdym względem jesteśmy jednakowi - co jeden to zwierzę. Brudna, pierwotna bestia. Naturalnie, bywają różne zwierzęta: myślące, cywilizowane i bezmyślne. Jedne różnią się od drugich tym, że starają się zamaskować swoją zwierzęcą naturę. Dopóki mamy dość żywności, ciepła i samic, dopóty stać nas na dobroć i współczucie. Ale gdy tylko natura i los stawiają sprawę na ostrzu noża - jeden ma przeżyć, drugi zdechnąć - bez wahania wpijamy się pożółkłymi kłami w gardło sąsiada, siostry, matki.
Każdy z nas jest bestią.
Ja - z pewnością, i nie staram się tego ukryć. O tak, bestia ze mnie, jakich mało.
Wysoki, skupiony, przystojna młoda twarz, z lekka wyniosła. Szeroki, ujmujący uśmiech, ale kąciki ust zawsze trochę opuszczone: oznaka opanowania i determinacji. Druzgocące, przenikliwe spojrzenie.
Zwierzę.
Niepozorne, krwiożercze, śmiertelnie niebezpieczne. Wie, czego chce, i zmierza prosto do celu. Groźniejsze o tyle, że zna swoją gwiazdę przewodnią.
Na imię jej w ł a d z a.
Nic więcej. Żadnych przejść. Żadnych kompromisów. Robię to, co muszę robić. Jestem tym, kim muszę być. A kiedy tylko trafia się okazja - strzelam.
Celnie.


Ciekawostki

*WYMIEŃ CIEKAWE INFORMACJE NA TEMAT POSTACI, KTÓRYCH NIE ZAWARŁEŚ WCZEŚNIEJ*

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Gideon Reynolds [budowa]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Rejestr Ludności :: Karty Postaci-