IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Joe Winterfeld

 

 Joe Winterfeld

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
the leader
avatar
Wiek : 36 lat
Zawód : Strażnik Pokoju (pseudolekarz)
Znaki szczególne : nieco hipsterskie okulary (wiecznie na nosie)

PisanieTemat: Joe Winterfeld   Sob Cze 27, 2015 11:09 pm

Praktycznie wszystko znajduje się w jednym pomieszczeniu o niezbyt wielkiej powierzchni. Wyjątek stanowi łazienka, której drzwi umieszczone są bezpośrednio przy normalnym wejściu do mieszkania i z której wyjść można na tycich rozmiarów balkon, gdzie jakimś cudem zmieścić by się mogły dwie osoby... Gdyby tylko jakoś przeszły przez klaustrofobicznie ciasne przejście między prysznicem a umywalką. A to raczej byłoby ciężkie do wykonania. Nawet pojedynczo...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2356-johanna-mason#33388
http://panem.forumpl.net/t2421-i-feel-you-i-ll-steal-you-johanna
http://panem.forumpl.net/t2358-johanna-mason#33407
http://panem.forumpl.net/t3313-teczowe-mieszkanie-johanny-mason?nid=3
Wiek : 24
Zawód : fałszerka
Znaki szczególne : wkurw

PisanieTemat: Re: Joe Winterfeld   Sob Lip 04, 2015 10:58 pm

Serio? Nie miałam pojęcia, czego oczekiwałam po Jonathanie, ale z pewnością nie tego, nie takiej odpowiedzi. Ale, cóż, ja nie byłam już małą dziewczynką będącą jakąś naiwnie beztroską, a on już nie był moim troskliwym sąsiadem, nie był już kumplem moich braci, bo ci nie żyli. Nie był już nawet moim przyjacielem. Lata temu kontakt nam się urwał, nie do końca z naszej winy, ale urwał, i tyle. Nic nie mogliśmy na to poradzić. O odbudowie czegokolwiek mogliśmy już zapomnieć. Ja byłam jaka byłam, z niego się zrobił zapatrzony w siebie Kapitolińczyk. Ja miałam zostać poszukiwaną, on był Strażnikiem Pokoju. To kończyło wszelkie spekulacje. Dobranoc. Nie miałam pojęcia, czemu w ogóle idę do jego mieszkania.
Okej – wyrzuciłam z siebie jedynie, zabierając od niego bluzę. Z widoczną niechęcią, nie wiem, czy ją widział tak późno w nocy, i zakryłam głowę kapturem. Zreflektowałam się nawet po chwili i ukryłam pod nią topór. Tak na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo..., co nie?
W żaden sposób nie skomentowałam jego wcześniejszych słów, które miały najwidoczniej mnie rozdrażnić. Owszem, zrobiły to. Nic więcej do powiedzenia nie miałam, więc jeśli życzyło mu się mnie zgasić, to to osiągnął. Zgasić... W sumie zamilkłam, bo nie miałam ochoty rozwijać z nim jakichkolwiek dyskusji, bo niby czemu? Bolało mnie, że to, za czym tęskniłam, się zmieniło i było niczym, rozpłynęło się, pozostawiając brutalną rzeczywistość. Ja miałam swój świat, on miał swój świat. Musieliśmy martwić się o własne dupy.
To tu mieszkasz? – mruknęłam pod nosem, patrząc z ciekawością na budynek. Nie tak źle jak się spodziewałam, choć z drugiej strony... był Strażnikiem, rządowym dupkiem. Pierwsza wsunęłam się do środka, wzdychając ciężko. Tu pachniało lepiej niż u mnie, choć nie można było tego nazwać też szczytem marzeń. Po zaświeceniu światła tym bardziej.
Ukocham, jeśli się okaże, że masz to piwo. Alkohol w getcie to deszczówka z łyżką jakiegoś słabszego trunku z niższej półki. Już lepiej o dragi – stwierdziłam, wspominając tę niezwykła wizytę Mathiasa u siebie. Zaćpany, bez dachu nad głową, po sprzeczce z tą swoją Rose, której miałam brzydko nie nazywać. Serio? Nadal była dla mnie suką.


znowu zakpił los
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
Wiek : 36 lat
Zawód : Strażnik Pokoju (pseudolekarz)
Znaki szczególne : nieco hipsterskie okulary (wiecznie na nosie)

PisanieTemat: Re: Joe Winterfeld   Pon Lip 06, 2015 10:18 am

Nie poczułem się dobrze, kiedy dotarło do mnie to, że kompletnie nic nas teraz nie łączyło, ale... Kto by się z czegoś takiego cieszył, co? Najważniejsze, że przynajmniej nie próbowała mi już wydrapać oczu albo pociąć mnie swoją siekierką, którą to tak artystycznie wymachiwała w uliczce. To był już jakiś postęp. Jeden z takich nawet dosyć mocnych, jeśli patrzeć na to, jak zazwyczaj szły mi kontakty z mieszkańcami getta, jacy jakoś najwyraźniej jeszcze gorzej podchodzili do uprzejmości ze strony Strażnika Pokoju niż zwykłego gnojenia ich. Być może powinienem stać się kimś twardszym, ale jednak nie potrafiłem jakoś przymykać oczu na nieludzkie zachowania. Przynajmniej na tyle, by samemu móc coś takiego robić, bo w innym wypadku... Przy kimś innym, kto to robił... Nie zawsze mogłem cokolwiek poradzić. Cóż, każdy miał jakichś truposzy w swojej garderobie, szafie, komodzie lub też innym biurku, w skrajnych przypadkach - nawet w szufladzie na pościel w łóżku.
Tak czy siak, kiedy stanęliśmy przed budynkiem, gdzie znajdowała się moja nora, szumnie nazywana mieszkaniem, i Jo postanowiła ponownie zabrać głos, pokiwałem głową w dosyć energiczny sposób. Mimo dosyć niezwykłego wyglądu budynku, niezwykłego w sensie - jak dla kogoś dosyć dobrze zarabiającego, to właśnie w nim mieszkałem i było mi tak, prawdę powiedziawszy, całkiem dobrze. Nie potrzebowałem wielkiego apartamentu na samej górze luksusowego apartamentowca ani także olbrzymiej posiadłości z rozległymi terenami zielonymi, jeziorem i wielopiętrowym domem. Byłem całkowicie sam, nie miałem żony, narzeczonej lub choćby dziewczyny. Dzieci także nie, Losie!, nawet psa nie byłem w stanie sobie znaleźć. Wychodziłem więc z założenia, że jeden pokój z łazienką i balkonem w całości spełniać będzie moje oczekiwania. I tak właśnie było. Przez większość czasu, ale było.
- Tak. Witamy w krainie szaleńców. - Odpowiedziałem jej, nieznacznie się uśmiechając, choć w ciemności, poprzetykanej tylko nieznacznie słabym światłem, nie było tego raczej widać. A jeśli już tak... Nie dojrzałem żadnej reakcji ze strony Jo, więc zwyczajnie odpuściłem sobie dalsze przejawy faktycznej maniakalności, wprowadzając ją do wnętrza klatki schodowej i szarmancko przytrzymując jej drzwi, aby następnie iść za nią, wspominając tylko przelotem numer mojego mieszkania - znajdującego się najwyżej w całej kondygnacji.
Kiedy zaś dotarliśmy już na moje piętro, przegrzebałem obszerne kieszenie moich spodni, aby znaleźć wreszcie klucz. Jakoś nigdy nie mogłem przekonać się do noszenia go jak ludzie, bo dla mnie samego istniało znacznie większe prawdopodobieństwo zgubienia całej smyczy z kluczami i kluczykami od tego, by właśnie jeden z nich wyleciał mi jakoś samoistnie z kieszeni, do której był wrzucony luzem. Dziwaczne, ale prawdziwe. Tak samo zresztą jak to, że poczułem się bardzo dziwnie, wpuszczając kogoś z mojego starego życia do prawdziwej świątyni tego nowego. W sensie... Przez bardzo długi czas realnie zastanawiałem się, jakby to było, gdyby zdarzyło się coś podobnego, ale moje wyobrażenia nijak miały się do tego, co było naprawdę. W nich nie panowało takie niezręczne milczenie, kiedy zapalałem światło, w nich nie było także odwracania wzroku i uważania na to, by spojrzenia przypadkiem się nie spotkały.
- Mam gdzieś w lodówce, zaraz zobaczę, rozgość się. Nie ma tutaj kanapy, ale cóż. Czuj się jak u siebie. - Rzuciłem typową formułką, kierując swoje kroki od razu w stronę lodówki, z której wyciągnąłem dwie zroszone butelki, już na starcie stawiając je na blacie i otwierając, a następnie jedną z nich przesuwając w stronę Johanny. Dumnym ruchem godnym barmana. Po tym jednak zmarszczyłem brwi, unosząc na Jo zatroskane spojrzenie. - Chyba nie bierzesz, Ogonie...?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2356-johanna-mason#33388
http://panem.forumpl.net/t2421-i-feel-you-i-ll-steal-you-johanna
http://panem.forumpl.net/t2358-johanna-mason#33407
http://panem.forumpl.net/t3313-teczowe-mieszkanie-johanny-mason?nid=3
Wiek : 24
Zawód : fałszerka
Znaki szczególne : wkurw

PisanieTemat: Re: Joe Winterfeld   Wto Lip 07, 2015 5:42 pm

Czuj się jak u siebie? Okej! Nie ma sprawy! – pomyślałam, wchodząc śmiało w głąb mieszkania, które okazało się jednym wielkim pomieszczeniem, w którym znajdowało się wszystko i nic. Było jednak milsze dla oka jak moja nora. Odnotowałam choćby brak tej wstrętnej szafy. Nadal zastanawiałam się, jak Kapitolińczyk mógł trzymać u siebie w domu to rozsypujące się, tandetne gówno. Doprawdy irytująca nacja... rasa czy coś.
Całkiem przytulnie – rzuciłam, bo tak wypadało i bo cisza zapadająca między nami cholernie mnie irytowała. Nie mógłby paplać trzy po trzy o paprotkach albo przynajmniej podzielić się ploteczkami, jakie krążą o mnie na posterunku? Nie, nie mógł! Musiał co jakiś czas coś mruknąć tym swoim uroczym głosikiem, a potem stać cicho i tępo.
Wywróciłam swe nadobne oczka w geście irytacji, gdy grzebał w lodówce. Oczywiście milczał. Miałam więc nadzieję, że przynajmniej wygrzebie z tej działającej lodówki to piwo. Zapomniałam chyba już jak smakowało, choć byłam w tym piekle ile? Ze trzy miesiące?
Cudownie! – Złapałam za chłodną butelkę z tym dawnym błogim uśmiechem. – Dzięki – rzuciłam, biorąc łyka i wzdychając. Jedyna dobra rzecz, jaka ostatnimi czasy przebywała w moich ustach.
Odbiłam się od blatu jedną ręką, robiąc kilka kroków w tył, po czym postanowiłam czuć się jak u siebie. Odsunęłam krzesełko spory kawałek od stołu i opadłam na nie ciężko, opierając nóżki na stole, zaś siekierę o krzesło. Stwierdzałam, że tak to mogłabym żyć. Ciepło!, piwko jest, niezgorsze mieszkanie, brak szafy, naćpanych łajz czy jakichś zabłąkanych kurw, prawdopodobnie nie można też było uświadczyć robactwa, zaś materac musiał być wygodny. Po prostu musiał.
Nie, nie biorę. Wystarczy, że muszę znosić naćpane kapitolińskie cioty – odezwałam się, mając, o zgrozo!, wyrzuty sumienia. Mathiasa tak naprawdę nie uważałam za kapitolińską ciotę. Spoko był. – Choć pewnie zacznę. Za tydzień wywożą mnie do Dwunastki, a mi jakoś nie widzi się schodzić pod ziemię. Schodzić pod ziemię... Znaczy już wolę się zaćpać, niż nawalać kilofem, nie?
I popieprzyło cię czy coś? Po cholerę mieszkasz w getcie, gdy masz wybór?! Dobra, może to nie są jakieś tam złe warunki, ale samo położenie, oddychanie tym, przesączonym strachem, powietrzem, widok nędzy – zaczęłam wymieniać. – Chciałam jakoś poruszyć ich malutkie serduszka do buntu, ale są głusi! Jedynie zarobiłam kilkanaście sińców na posterunku i kilka nocek w więzieniu – poskarżyłam się. Wzięłam kilka kolejnych chłodnych łyków, które mile spływały mi po przełyku. Wpatrywałam się w jakiś obrazek na ścianie. Dopiero po chwili ogarnęłam, że to plakat zespołu muzycznego. Ambitnie.


znowu zakpił los
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
Wiek : 36 lat
Zawód : Strażnik Pokoju (pseudolekarz)
Znaki szczególne : nieco hipsterskie okulary (wiecznie na nosie)

PisanieTemat: Re: Joe Winterfeld   Sro Lip 08, 2015 7:10 pm

- Na zdrowie. - Rzuciłem z błyskiem w oku, chcąc zasalutować jej w dawnym stylu, czego jednak nie zrobiłem.
Miałem wrażenie, że ta Jo zbyt dobrze by tego nie odebrała. Wydawała mi się taka... Drwiąca. Z nadzwyczaj twardym podejściem do życia i rzeczywistości ją otaczającej. Momentami jednak, choć przecież ponownie spotkaliśmy się właśnie kilka takich chwil wcześniej, wydawało mi się, że mam do czynienia ze swoją dawną przyjaciółką. Później jednak dochodziło do mnie, że Jo już od wielu lat ją nie była. To dziwne, jak szybko z rozgadanej pary kumpli można przejść w stan kompletnego milczenia między dwoma obcymi sobie osobami. Takie oto myśli towarzyszyły mi podczas przegrzebywania dosyć przepastnej lodówki, w której znajdowało się dosłownie wszystko i nic. Cóż, przynajmniej nie miałem tam tylko samej musztardy, resztek sera i światła. Oj, do tego zdecydowanie mi było daleko, prędzej mogłem robić za spożywczak z tym całym asortymentem. I w sumie powinienem chyba korzystać z tej masy obfitości, nie zaś łykać litry piwa, ale no... Jakoś nie chciało mi się zbytnio gotować tylko i wyłącznie dla siebie samego, chociaż umiałem to robić. Po tatusiu-kucharzu. Mama to talentu nie miała, oj, zdecydowanie nie miała.
Zresztą... Mniejsza z większą. Najważniejsze jest to, że moje talenty ograniczyły się chwilowo do tego, by umiejętnie zaserwować Johannie piwo z lodówki. Ambitnie, panie Jonathanie, ambitnie. Cóż, wszystkiego w jeden moment nie można było zrobić. Gdzieś tam skrycie miałem chyba nadzieję na to, że będzie jeszcze kiedyś jakaś okazja na to, by nadrobić stracony czas, bo... Mimo wszystko, nadal w pewnych aspektach bycia przypomniała mi poprzednią wersję samej siebie. Ostrzejszą, bardziej nieokiełznaną, ale także i w pewien sposób zachowującą w sobie elementy dawnej Jo. Czy czekały tylko na odkrycie...? Tego nie byłem w stanie powiedzieć, zerkając tak na nią kątem oka. To było chyba tylko dodatkową przyczyną aż tak mocnego milczenia z mojej strony - fakt, że me myśli uciekały w kierunku związanym z zauważaniem zmian i podobieństw w koleżance z młodzieńczych lat. Wreszcie jednak należało przerwać ciszę, co też wspólnie zrobiliśmy, kierując naszą rozmowę na dosyć nieoczekiwane tory.
- To podejście... Bardzo w twoim obecnym stylu...? Jak sądzę. Kapitolińskie cioty. - Powiedziałem, powtarzając z namysłem określenie, jakie wykorzystała moja towarzyszka. I choć z początku minę miałem raczej dosyć dziwną, już chwilę potem zmieniła się ona w najprawdziwszy przejaw rozbawienia, kiedy zaśmiałem się krótko. Choć zabrzmiało to raczej jak szczeknięcie psa, bowiem bardzo szybko zmieniło się w duszący mnie kaszel, gdy to usłyszałem resztę wypowiedzi Johanny. Ona nie była już zabawna. W żadnym stopniu. Chwilę zajęło mi przetrawienie tego, o czym się dowiedziałem. Nic zatem dziwnego, że wybuch pod tytułem mieszkasz-w-getcie-popieprzyło-cię nie wywarł na mnie praktycznie żadnego wrażenia.
- Jak to, Jo? W co żeś się takiego wpakowała, że chcą cię tak wrobić? Przecież to... To jest jak wyrok. Niezależnie od tego, co mówią. To jest wyrok. Śmiertelny. - W przypływie zgrozy, uderzyłem czołem o blat, zaciskając powieki. A potem zacząłem robić się zły... Zaskakująco wściekły, jak na kogoś, kto teoretycznie zazwyczaj był, no, pieprzoną oazą spokoju. - Chyba nie zamierzasz poddać się ot tak, mam rację, Jo...? - Powiedziałem powoli, jakby sycząco, starannie wypowiadając każde słowo i usiłując zamaskować jakoś gniew. Najpierw Snow nakazał pozabijać moich przyjaciół, rodzinę Johanny, teraz zaś obecny reżim również zaczynał coraz bardziej przeginać. Cholera jasna!
- Nie patrz na mnie jak na Strażnika, okej? Na chwilę uznaj za tego starego kumpla i powiedz mi... Nie zamierzasz tak tego zostawić...? Masz już jakiś jeden z tych genialnych planów, tak...? Iiiiiii... Gettowicze nie są tacy jak my przed rebelią. W sensie, na tyle zgrani i pełni ukrytych możliwości. Większość z nich chyba już się poddała i tylko syczy z nienawiścią po kątach. A ja... Sam nie wiem, dlaczego tu jestem. Chyba zwyczajnie nie nadaję się do sielskiego domku na wsi z kucykami, żoną z policzkami rumianymi jak dwa jabłuszka i z bandą pulchnych, ubłoconych dziatek. To już nie dla mnie. - Skrzywiłem się, czując w sercu pewnego rodzaju nieprzyjemny ból.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2356-johanna-mason#33388
http://panem.forumpl.net/t2421-i-feel-you-i-ll-steal-you-johanna
http://panem.forumpl.net/t2358-johanna-mason#33407
http://panem.forumpl.net/t3313-teczowe-mieszkanie-johanny-mason?nid=3
Wiek : 24
Zawód : fałszerka
Znaki szczególne : wkurw

PisanieTemat: Re: Joe Winterfeld   Nie Lip 12, 2015 1:21 am

Doprawdy, zabawne! Masz coś do mojego stylu? – zawarczałam ze swojego miejsca.
Niezbyt mi smakował fakt, że Jonathan się tak brechtał... i to najwidoczniej ze mnie. Nie dość, że najwyraźniej świetnie się bawił, to na dodatek z mojej osoby, gdy ja na to zdecydowanie nie miałam humoru, a tym bardziej ochoty. Ochotę zaś wielką miałam na wstanie i zdzielenie go siekierą po tej pustej głowie. Niesamowicie silna potrzeba... Nie podniosłam się jednak. Jedynie zacisnęłam wargi i czekałam, aż raczy przerwać. Właściwie nie czekałam, bo kontynuowałam swoją wypowiedź, którą mi przerwał...
I ją też przerwał... Jakimś, kurwa, dziwnym przypadkiem przejmując się moim losem. Teraz to ja miałam ochotę się śmiać, gdy on TAK BARDZO wściekły uderzył rączką w blat. Nie śmiałam się jednak, bo, wiadomo, okoliczności były cholernie pieprznięte. Jedynie prychnęłam z uśmiechem wymalowanym na twarzy i zmęczona wywróciłam oczkami. Jaki bohater... O, Losie!
Stwierdziłam, że jedno prychnięcie nie wystarczyło, więc je powtórzyłam.
Halo, chyba ci powiedziałam, że nie zamierzam złazić pod ziemię, jak jakiś pieprzony kret, nie? – rzuciłam pretensjonalnie, wściekle wymachując rękoma podczas mówienia. – Myślisz, że co robiłam tak późno na ulicy? Szukałam kłopotów? Nie, cholera. Myślałam, że coś znajdę, jakąś lukę w tym pieprzonym getcie! Ale nic nie ma! Chciałam poprosić Finnicka o przysługę. Wiesz, Finnicka Odaira. Nie wiem, czy wiesz, ale też jest pieprzonym Strażnikiem... Tylko że, jak na złość, nigdzie nie mogę go dorwać. Może go przenieśli... Nie wiem – westchnęłam ciężko. Wzięłam łyk piwa. Nie zagasiło one mojej wściekłości ani w jednym procencie.
I, Losie, jak mam cię mieć za starego kumpla, gdy nim nie jesteś? Jesteś pieprzonym Strażnikiem – podkreśliłam. Chyba nie wiedział, co to dla mnie oznaczało. Bycie pieprzonym Strażnikiem, no! – I twoja historia mnie urzekła.... Nawet jak ktoś nie lubi kucyków ani lasów, ani nie chce mieć bachorów, to chociaż cieszy się, że może się zamknąć w swoim mieszkaniu w centrum. Ta, ale nie ty! Nie, ty musisz być... panem To-Już-Nie-Dla-Mnie. Co to w ogóle jest za postawa?
Nie rozumiałam tego i chyba nadal nie chciałam.


znowu zakpił los
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
Wiek : 36 lat
Zawód : Strażnik Pokoju (pseudolekarz)
Znaki szczególne : nieco hipsterskie okulary (wiecznie na nosie)

PisanieTemat: Re: Joe Winterfeld   Nie Lip 12, 2015 7:58 pm

Moje osobiste pytanie dnia, za tysiąc punktów w bonusie!, brzmiało niezbyt skomplikowanie. Ot, dlaczego panna Johanna musiała być teraz kimś aż tak bardzo agresywnym?, nic więcej. W praktyce było ono jednak chyba dużo bardziej trudne niż mógłbym się tego spodziewać. Los zaś usilnie starał się nie dać mi okazji na odpowiedzenie sobie, bo za każdym razem Jo reagowała w ten swój dziki sposób na coś innego. To było tak bardzo chaotyczne. Nie wiedziałem już, co też zrobić, by nie zaczęła się tak nagle wściekać. Zupełnie jak dzikie zwierzę zamknięte w jakiejś klatce. Nie dałem się jednak ponieść jej kolejnemu wybuchowi, unosząc tylko nieznacznie jedną ze swych brwi, by tak dać wyraz zaskoczeniu. Naprawdę, Jo? Naprawdę warczysz z takiego powodu…?
- Do twojego podejścia, stylu… Jak zwał, tak zwał. Zwyczajnie dawno nie spotkałem tak specyficznej osoby. Chodzące zaskoczenie, które przypomina mi trochę taką zaprogramowaną i chodzącą bombę zegarową. Tylko tyle i aż tyle. – Odpowiedziałem jej spokojnie już po swojej demonstracji wściekłości na to, co gotował rząd. Potrzebowałem dłuższej chwili na ogarnięcie się, lecz przyniosło to jakieś efekty. Zacząłem być… Przedziwnie spokojny.
Czy wspominałem już kiedyś, że od dawien dawna był ze mnie niesamowicie szczery człowiek? Nie bałem się tego, że Mason potraktuje mnie swoim toporem. To było moje terytorium i czułem się na nim tak pierwotnie pewnie, przecież znałem je znacznie lepiej od niej. Znałem także starą Johannę, mogąc dalej skrycie liczyć na to, że siedziała gdzieś tam w tej zupełnie nowej wersji kobiety przede mną. Pobożne życzenia, ale za to jakie ładne! Bo chwilowo nie wyglądało na to, bym odzyskał choć w procencie. Już nie. Te niecne pozory!
- No, faktycznie. Coś takiego mi się obiło o uszy. - Przyznałem, nadal korzystając z tego samego tonu. Był najlepszy, by mnie nie ugryzła ani nie walnęła w czoło tą swoją machającą łapką. Wywróciłem oczami. - Wbrew pozorom, Ogonie, noc to nie jest najlepsza pora na takie rzeczy. Prędzej skutecznie wrzucą cię pod ziemię niż cokolwiek znajdziesz. A Finnick... Wiem, że to Strażnik, no. I nie wiem, gdzie go diabły poniosły. Khym, jestem pieprzonym Strażnikiem, jak i on jest. To nie powód do gryzienia, gróźb itepe. - Ponownie wywróciłem oczami, wywalając też jęzor. - A to i tak lepsza postawa od twojej, droga Jo. - Uśmiechnąłem się. - Przynajmniej masz dzięki temu szansę, współlokatorko...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2356-johanna-mason#33388
http://panem.forumpl.net/t2421-i-feel-you-i-ll-steal-you-johanna
http://panem.forumpl.net/t2358-johanna-mason#33407
http://panem.forumpl.net/t3313-teczowe-mieszkanie-johanny-mason?nid=3
Wiek : 24
Zawód : fałszerka
Znaki szczególne : wkurw

PisanieTemat: Re: Joe Winterfeld   Sro Lip 15, 2015 12:15 am

Wbrew pozorom, na które składało się moje zachowanie, i wbrew tym głupim jego odzywkom, jakimś nienormalnym ocenom mojej osoby oraz tym dziwnym wahaniom nastroju, jakie mu towarzyszyły, cieszyłam się, że Jonathan Winterfield żył i że właśnie siedziałam z nim w jednym pomieszczeniu... rozmawiając. Jakby nie patrzeć, non stop był tą cząstką mojej przeszłości, za którą tęskniłam, do której chciałam wrócić i którą opłakiwałam na swój sposób. Którą też zamierzałam pomścić...
Zmienił się – to raczej oczywiste. Nie byliśmy już żadnymi smarkami, tylko dorosłymi ludźmi, którzy musieli sobie w życiu jakoś radzić, czyż nie? Sami radzić. Nie mieliśmy już rodziców, na których ramionach spoczywały problemy egzystencjalne. żadnego rodzeństwa – przynajmniej w moim przypadku, żadnej drugiej połówki, miłostki, przesładzającej życie, narzeczonego, narzeczonej, ani męża, ani żony. Byliśmy sami i sami świetnie dawaliśmy sobie radę. Na różne sposoby, ale szło świetnie. Gdyby tylko jeszcze nie otwierał buzi do tak niepotrzebnych słów... Zbędnych, fałszywych, niemających jakiegokolwiek pokrycia z rzeczywistością.
Specyficznej! Mówisz, jak gdybym, nie wiem, serio była jakimś robotem! Albo jakimś... Losie, człowiekiem odizolowanym całe życie od społeczeństwa! CZY JA JESTEM INNA?! CZY RÓŻNIĘ SIĘ CZYMŚ OD CIEBIE?! Nie! Te same prawa... Phi! Nie, nie te same prawa. Jebnięty rząd – parsknęłam, nadal wściekle gestykulując. Oczywiście nie obyło się bez mojego stałego wywracania oczami i piskliwego tonu, który wyłaził ze mnie, gdy byłam poważnie rozjuszona. – Bomba! – Pokręciłam głową, na moment zamilkając. – Chętnie bym wybuchła, gdyby wiedziała, że zmiotę tego wielce mądrego Adlera z powierzchni ziemi – wysyczałam. Przynajmniej już nie wrzeszczałam.
Dobra, ja mam dość! – stwierdziłam, nagle zmieniając całe swoje nastawienie do tego całego... – Nie znasz się. Noc jest najlepsza, bo wtedy nie kręci się tylu Strażników, którzy obserwują każdy podejrzany i niepodejrzany krok. Chyba coś o tym wiesz – powiedziałam lekko pretensjonalnie. Mówiłam jednak nadal normalnym tonem.
Czemu tak właściwie ciągle nazywasz mnie Ogonem czy drogą Jo albo współlokatorką? Powiedziałabym, że to cholernie podejrzane. To takie jest... – stwierdziłam, biorąc łyczek piwa i uśmiechając się pod nosem. Czyżbym miała nowego, o zgrozo!, Strażnika po swojej stronie? – Wiesz co? Mów mi więcej. Zamykam buzię i słucham – zachęciłam. Wzięłam kolejny łyk piwa i czekałam. Może była nadzieja... sposób... by ominąć system, ten mur, zawieść Dwunastkę i się w niej nie pojawić?


znowu zakpił los
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
Wiek : 36 lat
Zawód : Strażnik Pokoju (pseudolekarz)
Znaki szczególne : nieco hipsterskie okulary (wiecznie na nosie)

PisanieTemat: Re: Joe Winterfeld   Sro Lip 15, 2015 2:40 am

- Tak. Wymachujesz toporem. Chodząc z nim nocą. W samym środku getta. Zarzucając postronne osoby agresywnymi tekstami. Prosząc się o przysłowiowy wpierdol i, tak swoją drogą, dziwię się całkowicie, że nie trafiłaś jeszcze na kogoś z tego bandyctwa, które się tu kręci. Może i uważasz, że jesteś bardzo dobra w walce itepe, ale twoje szanse i tak są bardzo tycie. Wiesz przecież, że większość z nich ma nad tobą przewagę w sposobie myślenia. Takie typy posiadają tylko jedną komórkę mózgową. Nie wahają się więc w żaden sposób przed niczym, a ty… Chyba nie mordujesz z zimną krwią, co, Johanna? – Nie chciałem jej w żaden sposób prowokować, ale takie zdania układały mi się jakoś same w ustach, wydostając się z nich przed jakimkolwiek zastanowieniem z mojej strony. Zwyczajnie były spokojną, acz chyba kąśliwą, odpowiedzią na zachowanie Jo.
- I nie jesteś robotem, no. Gdybyś nim była, faktycznie mogłabyś pozwolić sobie na te wszystkie gesty, których próbujesz non stop. Może tak trochę mniej agresywnie, co? Bo chwilowo faktycznie się ode mnie różnisz. Nie pojęciem człowieczeństwa, nie prawami albo ich brakiem, jaki zmajstrował nasz ukochany rząd, a zwyczajnie tym wściekłym podejściem do wszystkiego, co jest dookoła ciebie. Jakby całe otoczenie było polem minowym czyhającym tylko na twój błąd, a wrzaskliwość miała ci pomóc przez nie przejść. – Powiedziałem, marszcząc czoło w gniewie.
Byłem na nią aż tak bardzo zły…? Chyba… Nie. Chyba nie. Zwyczajnie bolało mnie to, co się z nią stało. Co się z niej stało, bo kiedyś byłoby to dosłownie nie do pomyślenia. I tak strasznie brakowało mi tamtych czasów. Mimo skrajnej biedy, głodu i strachu, w pewnym sensie, wtedy było lepiej. Ludzie, na których mi w jakiś sposób zależało, nie walczyli ze mną tak ostro, nie atakowali mnie i nie uznawali za swojego przeciwnika. Co z tego, że byłem Strażnikiem…? Czy to automatycznie odbierało mi ten ludzki pierwiastek? Byłem aż taki zły? Nie sądziłem.
- Wszyscy mamy dość. – Mruknąłem niezbyt przekonująco, lecz raczej dość prawdziwie. Nie była jedyną osobą, której nie podobał się obecny stan rzeczy. Inni jednak albo zostawiali to dla siebie samych, albo też działali bardziej skrycie. Nie wystawiali się aż tak mocno na niebezpieczeństwo, plując na odbezpieczony granat. – Jesteś pewna, że się nie znam…? – Spytałem wiele mówiącym tonem. – Jesteś pewna, że nocą Strażnicy tracą właśnie swoje zacięcie, choć nawet małe dziecko wie, że w nocy dużo łatwiej jest wszystko ukryć…? Siebie też… – Chciałem dać jej pewne rzeczy do zrozumienia, jednak jakoś się pilnowałem, bo nie mogłem być w stu procentach pewien bezpieczeństwa lub jego braku. Ścianom szybko wykształcały się uszy.
- Aaaa… Jakoś tak… Albo nie jakoś tak i mam w tym cel… Może dowiesz się nieco, może nawet mógłbym ci pomóc, jeśli tylko przestaniesz wrzeszczeć na mnie praktycznie za każdym razem, kiedy tylko się odezwę. To nie jest przyjemne, Ogonie, no i zwraca na nas uwagę nawet w tym budynku o raczej cienkich ścianach, jak wszędzie w getcie. – Powiedziałem, pociągając duży łyk piwa i postukując palcami w butelkę, nim ponownie zabrałem głos. Tym razem ciszej i bardziej w zamyśleniu. – Mogłabyś tu przeczekać… Jakiś czas… Wywózkę i przeszukania po niej, kiedy dowiedzą się, że nie przyszłaś na dworzec… Skryć się przed ich oczami. Grzecznie. Po jakimś czasie byłoby łatwiej odejść.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2356-johanna-mason#33388
http://panem.forumpl.net/t2421-i-feel-you-i-ll-steal-you-johanna
http://panem.forumpl.net/t2358-johanna-mason#33407
http://panem.forumpl.net/t3313-teczowe-mieszkanie-johanny-mason?nid=3
Wiek : 24
Zawód : fałszerka
Znaki szczególne : wkurw

PisanieTemat: Re: Joe Winterfeld   Wto Lip 21, 2015 11:11 pm

Chyba nie mordujesz z zimną krwią, co, Johanna? – Padło pytanie, na które... Hmm... Uśmiechnęłam się cwaniacko pod nosem, zachowując pewność siebie, ale... Pytanie to wywarło na mnie... wywołało we mnie to uczucie niepewności, zwątpienia... wstydu? Poczułam się w głębi siebie gorzej, jak gdybym była czemuś winna. Tylko że ja? Winna? Nie moja wina, że posłano mnie na Igrzyska, że zmuszono do tak haniebnych czynów, że nauczono... Non stop dawali mi argumenty za tym, by traktować życie jak wielkie Igrzyska Głodowe zaserwowane dla każdego z nas. Jedynie silni mieli przetrwać, a ja? Czy mordowałam z zimną krwią? Czy naprawdę nadal...
Przed moimi oczami stanęło ciało Dory. Nadal! Ja nadal... Wiedziałam to, wiedziałam od dawna, że gotowa byłam posunąć się do wszystkiego, by opuścić to miejsce, by pokazać, że się nie poddałam, że żyję. Musiałam zwyciężyć, a, cóż, w tym przypadku trzeba było być przygotowanym na odebranie komuś życia. Z zimną krwią. Bez poczucia żalu, współczucia, wyrażenia ubolewania z tego powodu. Stałam się małą bestyjką, która potrafiła mordować z zimną krwią. Co powiedziałby Jonathan, gdybym mu otwarcie o tym powiedziała? Co by pomyślał? Postanowiłam tego nie sprawdzać. Dla swojego dobra.
Pamiętaj, że już wisi na mnie groźba śmierci. Wywózka do Dwunastki czy ucieczka... Co ma mnie obchodzić w takim momencie fakt, że ktoś mnie zabije, gdy będę próbowała przetrwać? – spytałam, choć nie potrzebowałam odpowiedzi. Dla mnie była ona oczywistością. Świadomość, że to ludzie wraz ze swoimi decyzjami zmuszali mnie do takiego życia, do życia osoby wyjętej spod prawa.
Cel? – Na te pytanie już chciałam poznać odpowiedź. Świadczyła o tym podniesiona pytająco brew. – Słuchaj, jeśli myślisz, że mała Jo wróci, to nie licz na to. Jestem już kimś innymi nim pozostanę, bo wymusza to na mnie rząd. Gdyby nie ten świat... Phi! Ale to ten świat! Nie ma nawet co gdybać. Zauważ też, że już nie wrzeszczę! Halo!? Nie słychać?! – Pokręciłam głową, uśmiechając się. – Dobra, przynajmniej już nie tak bardzo jak wcześniej. I jeśli faktycznie mogłabym tu... byłabym wdzięczna. Skontaktowałbyś się dla mnie z Finnickiem? Po wszystkim wywiezie mnie do dzielnicy, a tam... Tam zobaczę – zaczęłam głośno planować. Skoro Jonathan był gotów to dla mnie zrobić...
Ej, tylko że nie uważasz, że tu trochę ciasno? – zapytałam. – Nie ma gdzie się ukryć, gdyby wpadł nieoczekiwany gość... – stwierdziłam z zaciśniętą szczęką. Wszystko szło tak pięknie, a teraz... Szafa? Pod łóżkiem jakoś się wcisnąć...? A może łazienka. To nieco ponad tydzień...


znowu zakpił los
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
Wiek : 36 lat
Zawód : Strażnik Pokoju (pseudolekarz)
Znaki szczególne : nieco hipsterskie okulary (wiecznie na nosie)

PisanieTemat: Re: Joe Winterfeld   Pią Lip 24, 2015 2:28 pm

- Ugh. – Cóż mogłem poradzić na to, że ta rozmowa nawet aż za bardzo mnie zaskakiwała? Nic, dokładnie – jedno wielkie nic.
Musiałem zatem zwyczajnie przyjmować do świadomości fakt, że Johanna za każdym razem coraz bardziej zmieniała moje podejście do samej siebie. I jeśli jeszcze przed kilkoma sekundami uważałem, że być może jest w stanie zrobić wszystko dla przetrwania, teraz słyszałem od niej coś zupełnie przeciwnego. Na serio nie obchodziło ją to, że ktoś zamachnie się na jej życie, kiedy będzie próbowała wyjść z tego koszmaru…? Dziwne, mało prawdopodobne, chyba zupełnie nie w jej stylu, ale co tam mogłem wiedzieć... Nasze drogi zdążyły się rozejść i to nie ja byłem już jej przyjacielem. Ktoś inny zapewne znał ją, obecną ją, dużo lepiej. Mi pozostawało się z tym tylko pogodzić, co też chyba powoli robiłem.
- Kolejne bardzo interesujące podejście do świata. – Uśmiechnąłem się krzywo pod nosem, choć zdecydowanie nie było mi do śmiechu.
Z tym jednak także ciężko było mi sobie poradzić. W pewnym momencie zwyczajnie władzę przejmowało dosyć lekkie podejście do świata, które było sprawcą tych wszystkich moich nieco nieodpowiednich komentarzy. Chociaż w innej sytuacji zapewne już dawno zgrywałbym głupa, śmiejąc się jak co dzień i pozwalając sobie na dużo więcej lekkości w tym, co robiłem. Teraz natomiast zdecydowanie nie było mi do takich zachowań. Pewne rzeczy potrafiły nawet ze mnie zrobić ironicznego ponuraka. Nie podobało mi się to, ale… Cóż poradzić?
- Jak dla mnie, to jednak bardzo istotny fakt, wiesz…? Chciałbym raczej zdawać sobie sprawę z tego, że ktoś stoi za moimi plecami i wzrokiem już maluje sobie na nich niewidoczne linie, by w jak najlepszy sposób zadać potem cios, wywlekając flaczki i inne takie, by porozwieszać je na drzewach w formie ostrzeżenia albo rzucić na pożarcie głodnym psom. – Kontynuowałem, mimowolnie wplatając w to wszystko elementy humorystyczne. Takie czysto czarne, pasujące do ciemnej nocy za oknami, ale jednak. Zapewne miałem za to dostać w nos. Byle tylko nie tym toporkiem…
- Oj, Jo-Jo… Nie myślisz chyba, że wyjawię ci tak od razu wszelkie moje sekrety, co? Skąd wiesz, że przez ten czas nie stałem się tak skrytym człowiekiem, który pozostawia wszystko dla siebie, by cisnąć się z tym w swym mrocznym umyśle seryjnego mordercy niewinnych gettowiczek…? – Tu, po raz pierwszy od dłuższej chwili, wyszczerzyłem się do niej bardziej szczerze i nawet nieco wariacko, aby po chwili ponownie spoważnieć.
- Nie, nie myślę tak. Znając życie, już dawno powinienem wyprawić starej Johannie malowniczy pogrzeb i zaświecić jej upamiętniającą świeczkę. Niestety, jestem na to za głupi i nazbyt nieodpowiedzialny, jak to stwierdziła niedawno moja siostra. Bywa. A jeśli to twój normalny, bezwrzaskowy ton… – Kolejny uśmiech. – To może zacznijmy się bawić w szeptanie. I tak, mógłbym to zrobić. Tak sądzę. Nie szeptać, znaczy, ale skontaktować się z twoim przyjacielem. Jak tylko opadnie zainteresowanie ucieczką, oczywiście, bo wcześniej byłoby to raczej za duże ryzyko. Co do ciasnoty… Nie jest wcale aż taka wielka. No i mało kto tu wpada, przeszukiwać mieszkań Strażników też raczej nie będziemy, a w razie czego mam łazienkę oraz balkon… I bardzo miłą sąsiadkę, do której można z tego balkonu przeskoczyć. Zero wielkiego problemu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2356-johanna-mason#33388
http://panem.forumpl.net/t2421-i-feel-you-i-ll-steal-you-johanna
http://panem.forumpl.net/t2358-johanna-mason#33407
http://panem.forumpl.net/t3313-teczowe-mieszkanie-johanny-mason?nid=3
Wiek : 24
Zawód : fałszerka
Znaki szczególne : wkurw

PisanieTemat: Re: Joe Winterfeld   Sro Lip 29, 2015 8:59 pm

//nie wiem, co napisałam, ale wrzucam:P

Świetnie – stwierdziłam, zauważając, że wszystko układało się w jedną piękną całość. Nie musiałam się na zapas martwić, gdyż kolejne kroki scenariuszu mojego działania układały się niczym puzzle, perfekcyjnie do siebie pasując. Może właśnie dlatego uśmiechnęłam się do Jonathana, by mu w pewien sposób, raczej ukryty niż otwarty, podziękować za szansę, którą mi dał. Bez niego dalej szukałabym ucieczki, prawdopodobnie niczego ciekawego nie odkrywając.
Hahaha! Jonathanie, źle mnie zrozumiałeś. Nie obchodzi mnie jedynie fakt, że ktoś postanowi mi przerwać poszukiwania... Nie, że zamierzam czekać, aż ten ktoś wbije mi sztylet czy jakieś widły w plecy. To ja go uprzedzę, to ja pierwsza zadam cios, gdyż to ja muszę rządzić na tej arenie. By przetrwać – zauważyłam, zdradzając się w pewien drobny sposób ze swoją bezwzględnością i możliwością zadania ciosu ostatecznego. Bez jakiegokolwiek zawahania czy uprzedzenia. – To getto! Ba! – parsknęłam, wznosząc oczy ku górze. – To Panem. Nie uświadomiono cię jeszcze, że jedynie najsilniejsi przetrwają w tej dżungli pozorów? – Uśmiechnęłam się niewinnie, choć raczej Joe tego uśmieszku do niewinnych zaliczyć nie miał. Miałam to jednak gdzieś, olewając wszelkie wyrzuty sumienia, które pojawiały się w mojej głowie. Nie mogłam sobie na nie pozwolić. Nie w tej chwili. Nigdy nie mogłam sobie na nie pozwolić.
Co zaś się tyczy twego, hmm, rzekomego umysłu mrocznego seryjnego mordercy i coś tam dalej, czego nawet nie chce mi się słuchać... Seryjny morderca przede wszystkim nie zachowywałby się jak ty... Jesteś nieco uprzedzony do mnie, a bardziej do mojej postawy. Gdybyś chciał mnie wykorzystać, nie odczuwałabym tego gówna, które nieco zbija mnie z tropu. Chcesz mi pomagać, a jednocześnie... Co to w ogóle jest?! – zapytałam, patrząc na niego ze swojego krzesełka. Jedna brew ponownie powędrowała w górę pytająco.  – Dobra, niech ci też będzie, jeśli chodzi o te twoje mieszkanko. Ale! trzymaj, zboczku-rzekomy-morderco, łapki przy sobie, bo ci je odetnę, okej? Nie będę zadawać pytań, po prostu odetnę, jeśli mnie tkniesz. Zrozumiano? – spytałam, rozglądając się z ciekawością wokół. Kto by przypuszczał, że resztę dni w getcie spędzę tak jakby w luksusie. Jeśli chodzi o możliwości getta, oczywiście. – Nie żaruję – powtórzyłam, z szerokim uśmiechem patrząc na niego.


znowu zakpił los
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
Wiek : 36 lat
Zawód : Strażnik Pokoju (pseudolekarz)
Znaki szczególne : nieco hipsterskie okulary (wiecznie na nosie)

PisanieTemat: Re: Joe Winterfeld   Czw Lip 30, 2015 1:48 am

Tak. Przynajmniej dobrze, że tym razem w ogóle w jakimś procencie zakumałem to, co miała mi do przekazania. Przecież jednocześnie prawie całkowicie rozminęliśmy się w naszych tokach myślenia. Jonathanie, źle mnie zrozumiałeś. Moim zdaniem powinienem jej teraz powiedzieć, że zwyczajnie jej nie rozumiałem, tak zupełnie nie. To nie była już ta sama osoba, z której mógłbym czytać niczym z otwartej książki. Ponownie na siebie trafiliśmy, nasze życiowe ścieżki się zeszły, blablalalala, jakkolwiek to nazwać, jednakże tym razem nie było już mowy o jakimś podobnym sposobie postrzegania świata. Moja rzeczywistość nie równała się temu, jak ona ją widziała. Nic więc dziwnego, że nawet niewielkie połączenie mogłem uznać za cząstkowy sukces.
- A nie myślałaś o… Nie o dominacji, lecz o takiej… Symbiozie? Mutualizmie? Swego rodzaju, oczywiście, bo nie mam przez to na myśli, że sama nie jesteś sobie w stanie poradzić. Ba!, zaczynam dochodzić do wniosku, że zdecydowanie jesteś w stanie coś takiego robić i to pewnie jeszcze lepiej niż przy współpracy z kimś, ale… Mimo wszystko, kiedyś byliśmy przyjaciółmi, Jo, i nie chciałbym nawet tego, by towarzystwo próbowało potraktować cię tymi widłami. – Stwierdziłem dosyć poważnym tonem, zbyt poważnym jak na mnie, unosząc dodatkowo jedną z brwi. – A teraz możesz wyśmiać mój sentyment, jak zapewne zrobiłaby to ta Johanna z telewizji.
Co mogłem dodatkowo powiedzieć? Złapałem się na tym, że zwyczajnie po raz kolejny nie wiedziałem za bardzo, jak też postrzegać to wszystko, co mówiła mi blondynka. W pewnym sensie powinienem być dumny z tego, że moja dziecięca koleżanka potrafiła sobie poradzić w życiu i że z pewnością nie miała zginąć niczym słaba ofiara, która poddaje się bez jakiejkolwiek walki. Z kolei z drugiej strony słowa Jo zdecydowanie nie przynosiły ulgi mojemu sumieniu. Ono nadal, mimo upływu tak paskudnie długiego czasu, sprzeciwiało się czynom takim jak morderstwa czy grabieże… Odpieranie ataku to co innego… Samoobrona… Ugh, jak miałem na to patrzeć…?
Profilaktycznie zwyczajnie powstrzymałem się od chwilowego komentarza. Zawsze będzie na to czas później, kiedy jakoś uda mi się to ogarnąć i wreszcie ukierunkować swoje wrażenia. W tym momencie natomiast postanowiłem przeskoczyć do tematu mojej domniemanej socjopatyczności, który też podchwyciła Johanna. Tym razem odpowiadając dokładnie tak jak myślałem, że to zrobi. Przynajmniej ten jeden raz trafiłem w tok myślenia Jo. Brawo! Jupi! Yay! Serio – yay! Aż się uśmiechnąłem, mrugając do niej jednym okiem.
- Iiii… Widzisz…? W tym momencie nie traktujesz mnie jak kogoś, kto mógłby zrobić coś podobnego. Czy to nie idealna przykrywka dla tworzenia pozorów? Milady, twe bagatelizowanie mej zabójczości? – Stwierdziłem, śmiejąc się cicho. Oczywiście, że nie chciałem jej mordować, zwłaszcza po tym tekście o ucinaniu rączek, ale pożartować zawsze mogłem. Zastanawiało mnie to, czy jeszcze znajdzie się w niej chociaż odrobina znanego mi humorku.
Najwyraźniej nie.
- No, okej, okej, Pani Mścicielko. – Uniosłem ręce w pseudoobronnym, bardziej karykaturalnym geście, pokazując jej wnętrza otwartych dłoni. – Umowa ładnie stoi i nie grzeszy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Joe Winterfeld   

Powrót do góry Go down
 

Joe Winterfeld

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje :: Getto :: Mieszkania-