IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Rezydencja Calanthe i Cecile Ross

 

 Rezydencja Calanthe i Cecile Ross

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t3318-calanthe-celly-ross#52162
http://panem.forumpl.net/t3319-celly#52166
http://panem.forumpl.net/t3320-celanthe-ross#52167
http://panem.forumpl.net/t3321-zielnik-etatowego-muzyka#52168
http://panem.forumpl.net/t3329-rezydencja-calanthe-i-cecile-ross#52280
Wiek : 19
Zawód : etatowy muzyk w Violatorze
Przy sobie : karta Zawodowego Muzyka, gram morfaliny, leki przeciwbólowe (6 sztuk), nóż ceramiczny, medalik z cyjankiem
Znaki szczególne : kulejąca lewa noga, wątła postura, czujny, skupiony wzrok
Obrażenia : blizny na lewej nodze i plecach

PisanieTemat: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Sob Maj 16, 2015 7:41 pm





''Rezydencja'' nazywana w ten sposób chyba tylko z przyzwyczajenia. A może ukrytej drwiny? Położona w najgorszej dzielnicy Kwartału, od wschodu sąsiadująca z murami getta, od zachodu z widokiem na szpital. Z powodu braku odpowiedniej ilości pieniędzy kobiety nie przeniosły się do zamieszkałego przez większość Bezprawnych Centrum, a pozostały bardziej na obrzeżach, w ledwo trzymającej się na dwóch nogach Rezydencji Rodu Fosher, wiążąc swoje ostatnie nadzieje z odbudową mieszkania i przywróceniem go do życia.
Rezydencja mieści w sobie piwnicę i trzy poziomy, ale korzystanie z dwóch najwyższych pięter grozi utratą co najmniej nogi albo ręki. Budynek grozi zawaleniem, tylko piwnica i parter, nietknięte największym bombardowaniem, nadają się do użytku publicznego. W piwnicy mieści się malutka kuchnia i spiżarka, na parterze nieobrabowana jeszcze biblioteczka z sypialnią, a na dziedzińcu stoi samotny, zniszczony doszczętnie fortepian- niegdyś własność dumnej z posiadania tak drogiego instrumentu Celly, teraz całkowicie niezdatny do użytku.
***
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t2656-miranda-angelini
http://panem.forumpl.net/t2687-spadajaca-gwiazda-kapitolu
http://panem.forumpl.net/t2658-miranda-angelini
http://panem.forumpl.net/t2661-catch-a-falling-star
Wiek : 26
Zawód : złodziejka
Przy sobie : latarka z wytrzymałą baterią, paralizator

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Nie Maj 17, 2015 5:19 pm

/z niebytu, w którym gdzieś się Mirka zagubiła

A więc w pełni nielegalnie podróżujesz po miejscu, w którym niepowinno cię być…?
Nadzwyczaj uroczo byłoby usłyszeć takie pytanie, ale stety-niestety nie miałam w getcie nikogo, kto mógłby mi je zadać. Nikogo… Ani jednej bliskiej duszy, o jaką mogłabym się martwić w obliczu coraz większej liczby wywózek do nowego, lepszego świata, który jakoś mnie nie przekonywał. W swoim kiepskim życiu zdążyłam się przecież przekonać, że nic pięknego nie było rozdawane za darmo. Rząd, niezależnie od zmian jego kształtowania się oraz ilości nowych członków, zawsze miał mieć jakąś krew na rękach i przykro mi, że byłam taką cyniczką, ale…
Mimo tego, że wszyscy tam ocipiali, krew nie szła raczej w parze z upławami przy ich okresie. Niewinni ludzie cierpieli, ginąc bez większego sensu, aby te prostackie odpowiedniki starodawnej Krwawej Hrabiny z Čachtic, tudzież zwyczajnie – Elki Batory, mogły przyjąć odpowiednią dawkę brutalności. Jak roślinom do życia potrzebna jest woda, tak ludzie ci jakby żywili się posoką tych, którzy naiwnie dawali się wysyłać na rzeź. Stado baranów łudzących się, że gdzieś tam będzie lepiej… Kontra banda wygłodniałych wilków. Co jak co, ale ja się dać w coś takiego wrobić nie zamierzałam.
Zresztą… Byłam prawie pewna, że moje prawdziwe personalia nie widniały na żadnej wielce ambitnie rozplanowanej liście osób do wywózki. Dla tych wszystkich osób byłam martwa. Nic więcej niż tylko wyblakłe wspomnienie z dawnych kart opisujących historię telewizji Kapitolu. Kiedyś to może i było fascynujące, wszystkie te twarze obracały się w kierunku, w którym zmierzałam, żądne sensacji hieny z zapartym tchem obserwowały każde potencjalne potknięcie, by móc potem wytknąć mi je na łamach popularnej gazety i to w tym momencie, w którym byłoby to dla nich najkorzystniejsze… Ale to zniknęło już dawno, rozpłynęło się, stanowiąc teraz tylko przeszłość nie do wyciągania. Były lepsze tematy.
Całe szczęście. Tak, teraz myślałam w ten sposób, choć wtedy było to dla mnie powodem do zażenowania, wielu łez wylanych ukradkiem tak, by nikt nie dopatrzył się ich istnienia. W tym momencie nie przejmowałam się już jednak zbytnio tym, co wtedy było dla mnie końcem świata. Po tak długim czasie, po tylu wydarzeniach zmieniających rzeczywistość, przy tylu nowych postaciach w sferze publicznej… Mogłam się już nazwać anonimową, gdy tak ukradkiem przemierzałam ulice getta w celu znalezienia sobie tego, czego akurat potrzebowałam.
Ceny w getcie nie były jakoś niebywale niskie, a jakość produktów wcale nie szła równomiernie z ich wartością. Przejrzałe banany czasem sprzedawano drożej niż kawior na eleganckich salonach… I to właśnie mogłoby być przyczyną mojej irytacji, tęsknoty za bogactwem dzielnicy, w której niegdyś mieszkałam, moich dawnych zarobków, lecz nie było. Przedwcześnie dojrzewając, cóż, musiałam nieustannie godzić się z natłokiem zmian w moim życiu. Kluczem nie było rozpaczanie nad tym, co stracone, a dostosowywanie się do zmiennych warunków.
Dlatego nauczyłam się kraść i to dlatego mój portfel nie cierpiał tak mocno, jak te przeciętnych mieszkańców zamkniętego okręgu. Do tego dochodził też fakt, że na Ziemiach Niczyich, które były moim perfekcyjnym odpowiednikiem całkiem godnego miejsca zamieszkania – przynajmniej spokojniejszego od getta, nie płaciło się czynszu. Zwyczajnie nie było komu, więc mieszkanie…? Miałam nawet blok, ba!, kilka bloków, jakieś domki, rezydencje, może i nie na wyłączność, bo ktoś pewnie po mnie i przede mną w nich bytował, ale to stanowczo wystarczało. Kluczem do wszystkiego były przenosiny co jakiś okres czasu, aby nie wpaść przypadkiem w niepotrzebne tarapaty. Wystarczająco dużo problemów pojawiało się samoistnie na co dzień, więc przyciąganie kolejnych jawiło się jako najzwyklejsza głupota.
Ale czasem… Czasem ryzyko było w coś wpisane. Moje kolejne wyprawy po najpotrzebniejsze produkty, jakich nie można było znaleźć na opuszczonych terenach, niosły za sobą naturalne prawdopodobieństwo wkopania się w coś. A jednak musiałam to robić, by przeżyć. Ryzykowałam, ale zawsze jakoś z tego wychodziłam, więc robiłam to znowu i znowu, i znowu… Także i tego dnia. Może i okradanie gettowiczów godziło w honor uczciwej osoby, jednakże inne wyjście nie istniało. W starciu albo oni, albo ja… Cóż, instynktownie wybierałam siebie. Nie uważałam się co prawda za lepszą, bardziej wartościową i zasługującą na dłuższy byt, ale to był odruch.
Tyle… Żadnego więcej wyjaśnienia. To był odruch. Jak kichanie na słońcu, jak zagarnianie włosów za uszy, gdy wpadały człowiekowi do oczu, jak marszczenie czoła, gdy ktoś powie coś niezrozumiałego… Tak samo i walka o materialne obiekty potrzebne do przeżycia. Doceńmy przynajmniej to, że nigdy nie okradałam starców i dzieci. To już coś. Zawsze sprawdzając, czy ktoś sobie poradzi po uszczupleniu jego dóbr, cóż, poprawiałam sobie jakoś samoocenę.
Wkradając się cicho do zniszczonej, zaniedbanej rudery, która mimo wszystko była zamieszkana – przez to zaś niosła jakieś nadzieje na zdobycie czegoś do zjedzenia, rozejrzałam się dookoła, nasłuchując czyichś kroków we wszechogarniającej ciszy. A że, po dłuższej chwili oczekiwania, niczego takiego nie usłyszałam… Rozpoczęłam grabież, na starcie zgarniając obiecującą książkę ze stolika w pomieszczeniu, do którego weszłam. Nie była taka zniszczona, więc można ją było opchnąć za jakąś drobną sumkę. Jak to mówią – grosz do grosza…



I thought I could fly, so why did I drown?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t3318-calanthe-celly-ross#52162
http://panem.forumpl.net/t3319-celly#52166
http://panem.forumpl.net/t3320-celanthe-ross#52167
http://panem.forumpl.net/t3321-zielnik-etatowego-muzyka#52168
http://panem.forumpl.net/t3329-rezydencja-calanthe-i-cecile-ross#52280
Wiek : 19
Zawód : etatowy muzyk w Violatorze
Przy sobie : karta Zawodowego Muzyka, gram morfaliny, leki przeciwbólowe (6 sztuk), nóż ceramiczny, medalik z cyjankiem
Znaki szczególne : kulejąca lewa noga, wątła postura, czujny, skupiony wzrok
Obrażenia : blizny na lewej nodze i plecach

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Pon Maj 18, 2015 5:02 pm

/z Centrum Kwartału, czyli finisz wielkiego pościgu.

Dysząc głośno i zapewne także i nieprzyzwoicie padamy po kolei na zamarznięty chodnik, zjeżdżając po drzwiach wejściowych, ewentualnie się o nie opierając, z wielkim wysiłkiem i tandetną jak na byłe obywatelki Kapitolu, dostojnością. Nieznajoma rozgląda się po okolicy z przestrachem z domieszką skrywanej gdzieś pod połami zmarzniętej nastolatki, ciekawości, a ja zamykam oczy, delektując się kolejnym odżywczym działaniem kolejnej tabletki przeciwbólowej. Cholera. Już druga. Jak tak dalej pójdzie, to zabraknie mi morfaliny przed rozpoczęciem kolejnego tygodnia. To źle. Spod przymrużonych lekko powiek obserwuję jak nieznajoma obkręca się z zachwytem. To gorzej niż źle. To wprost najczarniejszy z czarnych scenariuszy w moim czarnym żywocie. Bez morfaliny jestem jak kapitolińczyk bez operacji plastycznych, jak rebeliant bez kosogłosa, jak Adler bez stylowego garniaka!
Kręcę głową by odpędzić od siebie zły humor narastający już wzburzonymi potwornie falami i prowadzę skrzypaczkę przez dziedziniec i na schody, w głąb mojej ukochanej Rezydencji, a raczej po niej pozostałości, nazywanej tak tylko i wyłącznie przez grzeczność.
-Czuj się jak u siebie w domu. -mruczę w stronę rozglądającej się wkoło nastolatki. -I zostań jak długo chcesz. -dodaję jeszcze z niepewnym uśmiechem. -To przecież zawsze jakaś miła odmiana w tym naszym nudnym, szarym żywocie. Nie?
Wpuszczam skrzypaczkę do środka, ale wtedy dzieje się kilka...naście niespodziewanych rzeczy na raz, dlatego okrzyk w stronę piętra i znajdującego się tam salonu ''mamo, wróciłam i przyprowadziłam ze sobą koleżankę!'' zamiera niewypowiedziany. Drgnienie, świst i dobrze znany mi odgłos książek spadających kolejno na posadzkę, a ja już w następnej sekundzie z nagłą mocą przyciskam nieznajomą do ściany, przykładając swoje dłonie do jej ust. Na migi pokazuję to, czego nie mogę przekazać słowami, a nieznajoma wreszcie przestaje się wyszarpywać z moich, niemal tak samo przecież wątłych z wiecznego niedożywienia, objęć. Jest zaledwie kwadrans przed północą. Mojej matki nie ma w domu, a skoro jej tu nie ma, to nie powinno być tu tez nikogo innego. Żadnej żywej duszy, no może prócz myszy. No i szczurów. A jednak na górze coś wyraźnie postawnych rozmiarów w wyraźnie przestraszonym pędzie przemierza bibliotekę i kieruje się wgłąb, poza zaściełane kurzem i pyłem sypialnie. Przeczucie każe mi, trafnie zresztą, przypuszczać, że owe coś nie tylko jest żywym stworzeniem, ale także człowiekiem. Wystraszonym, małym szczurzym człowieczkiem będącym aktualnie nie na swoim terytorium. Bardzo nie na swoim terytorium.
Z rezygnacją i strachem ukrytym gdzieś głęboko między przełykiem a gardłem odwracam się w stronę wystraszonej skrzypaczki i przykładam usta do jej ucha, mając przy tym wielką nadzieję, że to ona będzie miała więcej pomysłów i rozwiązań, których mnie najzwyczajniej w świecie zaczyna już brakować.
-To co robimy?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1345-ewangelina-stirling
http://panem.forumpl.net/t1347-ewangela
http://panem.forumpl.net/t1989-ewangelina-stirling
Wiek : 16 lat
Zawód : Poszukiwana uciekinierka... o ile to jest zawód
Przy sobie : zeszyt, długopis, telefon, paczka papierosów, nóż ceramiczny, apteczka, latarka z wytrzymałą baterią, zapalniczka
Znaki szczególne : Problemy z pamięcią
Obrażenia : siniaki po biciu w więzieniu

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Pon Maj 18, 2015 8:29 pm

| Centrum Kwartału |

Wszystko zadziało się w zbyt szybkim tempie. Zdecydowanie zbyt szybkim, tak, należałoby to dodać. Jeszcze tak nie dawno Ewangelina stała na chodniku przynależącym do jednej z wielu uliczek Getta (mamy na myśli centrum tego a jakże obskurnego miejsca), a teraz znalazła się w jakimś dość monumentalnym, a mimo tego zniszczonym budynku. O ile w ogóle miejsce to zasługuje na miano budynku. Dziewczyna  przeczuwała, że kiedyś zabudowanie to było niegdyś godne podziwu roboty budowniczych oraz architektów, którzy wspólnymi siłami stworzyli coś, na co było stać zapewne tylko tych najbogatszych. Po matce odziedziczyła spostrzegawczość oraz niemałą wyobraźnię. Te dwie cechy z pewnością pomogły jej w wyobrażeniu sobie, czym wcześniej było to miejsce. Nawet usłyszała śmiechy, brzdęk drogich sztućców o równie kosztowne talerze. Dźwięki te z pewnością niegdyś stanowiły nieodłączną część tego, czym wcześniej były te ruiny. No, może nie do końca ruiny, lecz z pewnością jesteśmy bliscy prawdy, używając tego określenia.
Powracając, Ewangelina jeszcze tak niedawno stała na ulicy. Trzymała skrzypce i uwalniała z tego drewnianego, ciekawie wyrzeźbionego instrumentu dźwięki, które były w stanie poruszyć każde serce. No, prawie każde. Przecież po tym świecie chodzi naprawdę wiele osobliwości, a nie od dzisiaj wiadomo, że każdy człowiek jest inny, nawet jeżeli jedną osobę od drugiej osoby dzieli jedna cecha, jedna sprawa, jedno zamiłowanie... oj, można tutaj się sporawo rozpisać, ale my nie będziemy sobie tym zawracać głowy. A przynajmniej nie teraz. Jednak fakt faktem, nie znajdziemy dwóch osób identycznych pod względem wewnętrznej aparycji.
Tak więc, wszystko działo się bardzo szybko, bo w jednej chwili grała, otoczona zaciekawionymi postaciami. Potem usłyszała, że ktoś dołączył do jej koncertu. Spojrzenie Ewangeliny spotkało się z innym spojrzeniem, czujnym i upartym. Dziewczyna, która postanowiła jej towarzyszyć nie była chyba zbyt starsza od panienki Stirling. Nie przyjrzała jej się zbyt dokładnie, dlatego nie skojarzyła, że to ona wyprowadziła chorą z tego, co się tam stało, a z czego szesnastolatka niezbyt zdawała sobie sprawy... słyszała jedynie jakieś krzyki, przekleństwa. potem oczywiście poczuła, jak ktoś łapie ją za rękę i odciąga z miejsca zdarzeń. Jakich zdarzeń? Tego skrzypaczka raczej nie wiedziała. Po prostu wciąż myślami błądziła w osobliwym świecie muzyki, w którym zatraciła się kompletnie. Ale zrozumiała, co ma robić. Pryskać. No właśnie. Chociaż tyle. Nie była świadoma tego, co nastąpiło, a co oczywiście sama zapoczątkowała. To dobrze? Zależy, jak kto patrzy. Jej nieświadomość w tej sprawie miała na pewno swoje mocne i słabe strony, jak wiele spraw. Dwuznaczność to rzecz spotykana dość często i nie da się w żaden sposób uciec od tej prawdy, jednej z wielu tych, jakie kierują tym życiem.
I  tak oto Ewangelina znalazła się tutaj. Nawet nie pamiętała drogi... jakby ocknęła się ze snu i obudziła w swojej sypialni. Ale to nie była sypialnia... a tym bardziej nie jej. I wracamy tym oto sposobem do odczuć dziewczyny z początku posta. Rozglądała się niemrawo po pomieszczeniu. Nie było pierwszej nowości. Na chwilę ogarnęła ją groza, przypomniawszy sobie o zeszycie. Nigdy by sobie nie wybaczyła, gdyby okazało się, że gdzieś go zostawiła. Uspokoiła się, bo okazało się iż wepchnęła sobie notatnik po pachę.  A skrzypce... właśnie! Co z nimi? Zaczęła nerwowo obracać się wokół własnej osi, jednak trzymała futerał z instrumentem za czarną rączkę. Odetchnęła z ulgą. I to niewyobrażalną ulgą.
Obok niej stała dziewczyna, jednak panienka Stirling nie skojarzyła jej. Nie wiedziała, że to ta sama osoba, która wyciągnęła ją z tamtej uliczki a następnie zaprowadziła do rzekomej "rezydencji". Słowo to kipiało sarkazmem, co szesnastolatka od razu poznała. Taka głupia to ona jeszcze nie była. Chociaż fakt faktem, bywały chwile, które ujawniały jej tymczasową tępotę. Tak, tymczasową, bo Ewangelina nieustannie ulega metamorfozom, a to za sprawą jej choroby. Kiedy budzi się, w ciągu następującego dnia może okazać najgorszą odsłonę swojej osobowości, równie dobrze móc zamienić się w istny chodzący cukiereczek. Z nią bywało doprawdy różnie, czego raczej nie da się zmienić. Chyba że kiedyś wyzdrowieje, co niemalże graniczy z cudem.
Wkrótce potem dotarły do niej słowa wymówione przez nieznajomą. "To co robimy?" Nareszcie coś do niej dotarło. W samą porę, tak, można tak powiedzieć. Nie była jeszcze do końca świadoma nawet w momencie, kiedy została dociśnięta do ściany oraz nieznajoma podjęła próby przekazania czegoś szesnastolatce. Na próżno. Bo obudziła się dopiero teraz. W sumie po tak długim zamyśleniu powinna stracić pamięć, lecz całe szczęście nie doszło do tego. Podziękowała wylewnie w duchu Bogu, w którego wierzyła i w sumie mogłaby się ubiegać o tytuł wzorowej chrześcijanki, gdyby nie jej herezje.
Spojrzała pytająco na towarzyszkę, wzrokiem mówiącym "o co chodzi? Jej oczy były zaspane oraz sugerowały nieobecność Ewangeliny. Mętnie przyglądała się swojej wybawczyni. Zeszyt oraz futerał upadły na podłogę z dość znaczącym hukiem. Czekała, co ta powie, co zrobi, bo sama nie miała żadnych pomysłów.
Kiedy już w pełni doszła do siebie, zaczęła badawczo przyglądać się pomieszczeniu, uznawszy że musi tu kiedyś zaprowadzić matkę. Na pewno świetnie oddałaby na jakiejkolwiek powierzchni charakter i duszę tego widoku za pomocą albo pędzla z farbą, albo ołówkami. Ewentualnie węglem. Ewangelina równie dobrze wiedziała, że mogłaby treściwie opisać to miejsce, tworząc rozległe, barwne opisy tego niezbyt barwnego skrawka getta.
Ponownie utkwiła wzrok w towarzyszce. i oczekiwała jakiejkolwiek reakcji, nie wiedząc, że ta oczekuje tego samego od naszej chorej neurologicznie nastolatki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 25 lat
Zawód : myślę
Przy sobie : kapsułka z wyciągiem z łykołaków, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Sro Maj 20, 2015 6:55 pm

Ta praca była spełnieniem marzeń każdej przeterminowanej ikony mody świecącej niegdyś jaśniej niż górujące w bezchmurny dzień słońce. Niestety każda gwiazda kiedyś gaśnie, wypala się, aby błąkać w bezkresach wieczności, nicości jako skalna, zimna bryła. Czasem zdarza się i tak, że odziewa i więzi się ją w białym jakby wyrwanym z psychiatryka mundurku, który w jakiś czarodziejski sposób sprawia, że wszyscy Strażnicy Pokoju w którymś etapie ich kariery wariują. Jako zgaszony prekursor mody Finnick Odair był oburzony! Kiedy z barek w końcu spadają takie przyziemne i ciężkie problemy jak dzieci, niekochane kochanki i przepełnione żalem narzeczone niebezpiecznym bywa wzlatywać lekko ku niebu, bo można się odrobinę poparzyć. Lub stopić swoje oniryczne skrzydła. Trochę jak Ikar. Czwórkowy chłopiec (a może już pan) nie dziwił się jednak tym, że przez żołnierzy przepływa nienawiść, ogromy agresji oraz brutalność, skoro ona nie ma jak ulecieć przez te bezkresy plastiku, tandety i beznadziejności. On sam zresztą czuł zażenowanie, kiedy musiał paradować w czymś tak nieprzyjemnie bijącym po oczach, czymś tak paskudnym, czymś tak wręcz kosmicznym.
Wracając do problemów wszelakiej maści, które go nawiedzały: spacery dłużyły się w nieskończoność i nawet w pewnym momencie przestał zauważać tę krzywdę, która w postaci wychudzonych, cienkich kukiełek łamiących się przy lekkim podmuchu wiatru mijała go na ulicach (być może dlatego, że ta krzywda była tak brzydko ubrana, a brzydkie ciuchy rzadko wywołują współczucie), nie lubił też swojego munduru, a w tym momencie nie przepadał też za Valeriusem, bo najpierw zadaje mu niekulturalne pytania a następnie wplątuje w jakieś pościgi. Ciekaw oderwanie od melancholii? Oczywiście! Czuł przy tym bezsens całego owego przedsięwzięcia, bo czy przypadkiem, ziemia do Valeriusa!, nie powinni gonić za terrorystami i opozycjonistami? Finnick wątpił, aby na samym krańcu tej przygody natknęli się na jakiś tajemniczy arsenał z bronią Kolczatki. Nie tyle co wątpił, jak doskonale o tym wiedział, bo w gruncie rzeczy należał do tej tajnej, siejącej terror i zniszczenie organizacji. O ile wielu rzeczy nie był pewny w swoim krótkim i namiętnym życiu, o ile wielu obietnicom i pokusom ulegał, o tyle teraz był przekonany, że znów zakończy się na niewiele efektownym, szarym aresztowaniu, który zaowocuje dwiema zapełnionymi celami, które następnie trzeba będzie sprzątać. Lub komuś za to zapłacić.
Lub lub lub lub.
I życie toczyło się dalej. Ciężkie, nieprzyjemne, jak ołowiana kula zepchnięta z wierzchołka pagórka. Swego czasu zatrzyma się u podnóża. Przykra perspektywa, szara rzeczywistość. Prawie tak samo szara i nieprzyjemna jak Kwartał, którzy przemierzał, aby finalnie znaleźć się w jakimś niezwykle jak na standardy getta obskurnym miejscu. W końcu odbezpieczył broń, tak na wszelki wypadek wypadków i z lufą wycelowaną w ziemię, co było iście taktycznym błędem, ruszył ku drzwiom, aby przystanąć przy nich i rzucić do Valeriusa ze szczerym rozbawieniem:
-Przedstaw mi swój plan wyżyno inteligencji.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Sro Maj 20, 2015 8:10 pm

-♥-

Raczej jakimś szczęściem nie można było nazwać faktu, że grajek, któremu nakazałem zostać na swoim miejscu, okazał się być dwiema wielce niewinnymi dziewczętami, z których każda mogła niegdyś znać Tabithę... To tak na marginesie. Grały sobie, nielegalnie, może sobie spiskowały przeciwko rządowi i zwabiały tłumy w jedno miejsce, mimo że tak nie mogło być. Jakiekolwiek zgromadzenia nie miały prawa istnienia na mojej warcie. Do kasacji.
Działania Kolczatki były uciążliwe dla moich pracodawców, więc moim zadaniem, jako solidnego strażnika, którym przecież byłem, bo kim innym mógłbym być?!, było niwelować jakiekolwiek szanse tutejszych mieszkańców na zrzeszanie się i spiskowanie, ot co. Nie miałem co innego do roboty, to mogłem gonić dwie smarkule, by potem je porządnie przesłuchać, zaś na koniec... To była kwestia tego jak i co miały śpiewać... do tej swojej nędznej muzyczki, która przyniosła jedynie nieprzyjemne dla mnie wspomnienia.
Co... nizino inteligencji? Plan? Wchodzimy, aresztujemy, przesłuchujemy i wypuszczamy albo zamykamy – rzuciłem zniesmaczony postawą swojego kolegi. Ignorancja... Jeśli chciał mieć w przyszłości sitko z dupy, to proszę bardzo! Niech szuka szczęścia gdzie indziej, skoro nie chce spełniać swego obowiązku.
Dla tych ludzi nie można było mieć litości. Nieważne, czy wyglądało toto na niewinne smarkule czy na stare babcie, którym brakowało telewizora. Każdy tu był wrogiem i mógł się okazać również wrogiem numer jeden, czytaj sobie: członkiem Kolczatki. Zero litości. Słyszałem o ataku na ciężarówkę, brałem udział w pilnowaniu dostawy broni... Sam skuwałem kobietę należącą do tych buntowników, gdy chciała bezsensownie z nami wygrać.
Upewniłem się, że mam odbezpieczony pistolet i popchnąłem lekko drzwi, czujnie wsuwając się do środka. Nie wiedziałem, czy bardziej pragnę, by Odair szedł krok za mną, czy by lepiej został na swojej pozycji i dalej rozważał plany działania, które, tak na marginesie, były rzeczą oczywistą. Przynajmniej dla mnie. Rwałem się aż do skuwania, do brutalności, do pochwycenia nowej rebelii i zduszenia jej w zarodku.
Wbrew pozorom, buty Strażników Pokoju były wygodne i miały miękkie podeszwy, które nie wydawały zbędnych, zdradzających ruchy odgłosów. Jedynie ten chrzęst potrafiący wślizgiwać się do mojej głowy i ją męczyć jak jakaś larwa czy tam inna gąsienica. Skrzywiłem się, widząc przed sobą kolejną ruinę, w której cuchnęło paskudnie i niemiłosiernie. Coś tuz zdechło? Budynek był większy od domu Tabby...
Panowała tu grobowa cisza i już myślałem, że pomyliłem budynki, póki nie usłyszałem gdzieś upadnięcia... Gdzieś u góry? Skierowałem się tam, machnąwszy Finnickowi, że kieruję się w tamtym kierunku i żeby sam zrobił ze sobą co tam mu się żywnie podoba, czyli by sprawdził parter budynku. Ja miałem do zwiedzenia piętro...


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t2656-miranda-angelini
http://panem.forumpl.net/t2687-spadajaca-gwiazda-kapitolu
http://panem.forumpl.net/t2658-miranda-angelini
http://panem.forumpl.net/t2661-catch-a-falling-star
Wiek : 26
Zawód : złodziejka
Przy sobie : latarka z wytrzymałą baterią, paralizator

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Czw Maj 21, 2015 9:49 pm

Wznosząc się na wyżyny mojej ambicji, może jednak uściślając – pozostałych po tym wszystkim resztek ambicji, mogłam w pełni świadomie powiedzieć, że nie tak widziałam swoją przyszłość. Zabawnie wpasowywałam się w stereotypy związane ze znanymi ludźmi, którym zdawało się kiedyś, że są przeznaczeni do czegoś innego, nie tylko podstawowych rzeczy związanych z utrzymywaniem swojego bytu na poziomie porównywanym do tego występującego u pierwotniaka. Słodko, nie? Jako niegdysiejsza ikona panemskiej telewizji, swego czasu, miałam życie za bardziej tęczowe niż kiedykolwiek było i miało być.
Z początku, oczywiście, teraz wyzbywając się takiego rodzaju spojrzenia na świat, ale dawne zapatrzenie nadal nieprzyjemnie poruszało coś w moim wnętrzu. Zupełnie tak, jakbym nie do końca była w stanie dostosować się do aktualnej sytuacji, choć, nieskromnie mówiąc, robiłam to znacznie lepiej niż połowa getta – zbyt zaćpanego, zapitego, pogrążonego w amoku tudzież zwyczajnie łączącego te wszystkie stany. Wciąż jeszcze żyłam i byłam wolna… To chyba o czymś świadczyło, czyż nie? Albo o przystosowaniu, którym tak się przed sobą chełpiłam, albo o wyjątkowo dzikim szczęściu… Wolałam chyba nadal łudzić się, że to ta pierwsza opcja.
Jak jednak powiadają – szczęście nie trwa wiecznie. Na świecie istniała cholerna przeciwwaga, przeklęta karma, z którą zadarłam przez moje kradzieże, jakie przecież nie wybielały mojej postaci, i teraz właśnie postanowiła się odezwać. Przyjmując wpierw bezcielesną formę, której cielesności w żadnym razie nie chciałam zobaczyć. Stanowczo wystarczyło mi niepokojące stuknięcie, raczej odróżnialne od naturalnych dźwięków związanych z bytnością starych domów, a następnie również coś jakby mruczenie, które równie dobrze mogło być czyjąś rozmową. Nie rozróżniałam co prawda słów, jednakże samo pierwotne zaniepokojenie wystarczyło, bym zechciała ewakuować się z tego miejsca w trybie natychmiastowym.
Co jak co, ale przez ten cały czas nauczyłam się ufać tym pierwotnym instynktom. Zwłaszcza wtedy, gdy teoretycznie miały mnie one poinformować o nadchodzącym zagrożeniu. To nie tylko było przydatne w moim położeniu, już zwłaszcza przy mieszkaniu na opuszczonych terenach z masą niewiadomego rodzaju drapieżników polujących w każdym dowolnym miejscu, ale stanowiło podstawę walki o egzystencję. Musiałam wierzyć w to, że nastroszone włoski na mojej skórze nie są wynikiem typowej adrenaliny, jaka towarzyszyła mi nieustannie przy tego typu akcjach, a zwiastują coś jeszcze. Coś, przed czym należało się ukryć, aby nie skończyć w pułapce. Myślenie typowe dla zwierzęcia…? Może i tak, ale nie zamierzałam poddawać tego analizie.
Wycofałam się za to jak najciszej w kąt pomieszczenia, oglądając się za plecy – na teren za oknem i odruchowo oceniając szanse wyjścia cało oraz ucieczki skoku z takiej wysokości. Nie było to co prawda niemożliwe, wysokości nie dało się nazwać specjalnie zatrważającą, ale zwyczajnie nie lubiłam tego typu akrobacji, gdy istniały jakieś inne wyjścia. Pytanie tylko… Czy w tym momencie jakiekolwiek inne opcje dało się chociaż wziąć pod uwagę…? Szczerze w to wątpiłam, po raz kolejny wyglądając przez okno z cichym sykiem niezadowolenia. Cztery, trzy, dwa, jeden… Chyba potrzebowałam jeszcze kilku sekund na zebranie się. Pod spodem nie było miękkiej trawy…



I thought I could fly, so why did I drown?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t3318-calanthe-celly-ross#52162
http://panem.forumpl.net/t3319-celly#52166
http://panem.forumpl.net/t3320-celanthe-ross#52167
http://panem.forumpl.net/t3321-zielnik-etatowego-muzyka#52168
http://panem.forumpl.net/t3329-rezydencja-calanthe-i-cecile-ross#52280
Wiek : 19
Zawód : etatowy muzyk w Violatorze
Przy sobie : karta Zawodowego Muzyka, gram morfaliny, leki przeciwbólowe (6 sztuk), nóż ceramiczny, medalik z cyjankiem
Znaki szczególne : kulejąca lewa noga, wątła postura, czujny, skupiony wzrok
Obrażenia : blizny na lewej nodze i plecach

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Nie Maj 24, 2015 10:24 am

Za dawnego Kapitolu skrzypienie schodów było jedną wielką niedorzecznością, ewentualnie fanaberią dzianych kapitolińczyków. ‘’O, tu walnę sobie dziesięciometrowe akwarium. A tu dwa holo stoły. No to tam jeszcze skrzypiące schody.’’ Tu zaś wielkim szczęściem był fakt, że te schody nadawały się do utrzymania jakiegokolwiek ciężaru. Ba!, że w ogóle stały, wśród ruin i szczątków całego przybytku Panem. Kręcąc głową i dość szybko i umiejętnie odpychając od siebie nawracające obrazy wszystkich tych malutkich schodków w domu sprzed Wielkiej Rebelii po których wchodziłam tysiące razy i tyleż samo razy się po nich wywracałam, zostawiam na dole nieznajomą skrzypaczkę i już po chwili robię kolejny krok bliżej biblioteki. Kolejny krok bliżej tajemniczej osobowości, widocznie i słyszalnie kręcącej się na górze. Intruza. Jakoś panując nad swoim płytkim i rzężącym oddechem zatrzymuję się przy wejściu i nagle zdaję sobie sprawę, że nie mam nic, czym mogłabym się obronić przed ewentualnym napastnikiem. Chyba że połamane paznokcie i futerał na skrzypce to broń ostateczna…. Jakże pożyteczna, broń ostateczna. Kilka oddechów później spokojnym i pewnym siebie krokiem wchodzę w pierwszy rejon leżących w nieładzie książek. Coś jest nie tak. Coś jest stanowczo nie tak, jak być powinno. Nocny powiew z naprzeciwka rejestruję jako tego wroga i,właśnie w tamtą stronę w końcu spoglądam. Intruz utorował sobie ścieżkę między porozwalanymi gdzieniegdzie tomiszczami, prowadzącą wprost na okno. Tam też go odnajduję. Wątłe plecy dziewczyny odznaczają się na tle ciemności i rażą w oczy jak ostrzeżenie. Ona sama stoi na parapecie, wychylając się nieznacznie w przód. Jej stopy są już w połowie po drugiej stronie, a wiatr dmący w dziewczynę z naprzeciwka rozwiewa jej włosy w każdą możliwą stronę. W tej chwili najwidoczniej nie obchodzi mnie, że spadnie i, prawdopodobnie, umrze z odniesionych obrażeń, a w najlepszym wypadku połamie obie nogi albo kręgosłup. Nie obchodzi mnie, że jest młoda, bardzo młoda, może kilka lat starsza. Nie obchodzi mnie nawet, że jej plecy przywodzą mi na myśl wszystkie te sławne i postawne modelki, prezenterki i inne gwiazdy show businesu, przy których nie obeszło by się codzienne leniwe popołudnie. Tak, zostaliśmy wrzuceni do jednego śmierdzącego wora. Tak, powinniśmy sobie nawzajem pomagać, żeby jakoś przetrwać i w końcu wydostać się z Kwartału. Tak, jestem niewdzięczna stojąc za potencjalnym samobójcą i myśląc tylko o książkach. O jedynych rzeczach, które przetrwały wojnę w stanie nienaruszonym.
Czy czuję z tego względu jakieś wyrzuty sumienia? Raczej nie, bardziej coś na kształt nienawiści.

-ODDAWAJ MOJEGO SOKRATESA, ZŁODZIEJKO!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1345-ewangelina-stirling
http://panem.forumpl.net/t1347-ewangela
http://panem.forumpl.net/t1989-ewangelina-stirling
Wiek : 16 lat
Zawód : Poszukiwana uciekinierka... o ile to jest zawód
Przy sobie : zeszyt, długopis, telefon, paczka papierosów, nóż ceramiczny, apteczka, latarka z wytrzymałą baterią, zapalniczka
Znaki szczególne : Problemy z pamięcią
Obrażenia : siniaki po biciu w więzieniu

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Nie Maj 24, 2015 8:46 pm

Wkrótce szesnastolatka była w pełni świadoma tego, co się wokół niej dzieje. No, może nie do końca, zważywszy że słyszała jakieś głosy, które na pewno nie zrodziły się w jej umyśle (w sumie jak, dziewczyna choruje neurologicznie, nie psychicznie). Przypuszczała, że w rzekomej "rezydencji" musiał być jeszcze jakiś inny człowiek... stop, raczej ludzie, przynajmniej dwoje, co uznała po wnikliwej analizie różnicy barwy głosów. Niestety, te były zbyt przytłumione i tym samym nie potrafiła nawet dla samej siebie stwierdzić, o czym mówią oraz kim właściwie są ich właściciele. Uznała, że nie zna tych osób... a może było wręcz odwrotnie? W końcu nie potrafiła w zeszycie odtworzyć zabarwienia słów. Owszem, można rozpisać się, tworząc dość długawe opisy, jednak nie oddadzą do końca istoty rzeczy, jaką jest tonacja. W tej chwili bardziej niż kiedykolwiek pożałowała, że choruje. Gdyby nie ten fakt, z całą pewnością żyłoby jej się o wiele lepiej, komfortowo, bez ograniczeń... a przynajmniej tych, jakie serwuje jej zanik pamięci.
Kiedy już zdążyła przyzwyczaić się do wyglądu miejsca, w którym dane jej było w tej chwili stać, za sprawą nieznajomej skrzypaczki, która jeszcze tak niedawno przyłączała się do jej koncertu w centrum getta, a która zaprowadziła ją do tych ruin (no, może nie  do końca ruin), jej aktualna towarzyszka opuściła Ewangelinę. Panienka Stirling stała w bezruchu jeszcze dłuższą chwilę, jak zahipnotyzowana. Nie była w stanie ruszyć żadną częścią jej wychudzonego ciała. a co dopiero racjonalnie myśleć. Stała, właściwie nie myśląc o niczym, o ile jest to w ogóle w jakikolwiek sposób możliwe.  A jednak. Ewangelina potrafiła zaskakiwać, łamać zasady, jakimi toczy się ludzka, ziemska egzystencja.
Opamiętaj się dziewczyno! I zacznij działać! - pomyślała i wymierzyła sobie siarczystego policzka, na tyle mocnego, że dziewczyna natychmiast oprzytomniała. Zaczęła się nerwowo rozglądać. Wkrótce potem usłyszała czyiś krzyk. Tak, krzyk, należący na pewno do kobiety.
"Oddawaj mojego Sokratesa, złodziejko!"
Oto, co usłyszała, a po chwili skojarzyła ton i zabarwienie głosu i stwierdziła, że niemalże na pewno osobą krzyczącą jest nikt inny, jak ta nieznacznie od niej starsza dziewczyna, którą ją tutaj zaprowadziła. Dziewczyna, która grała na skrzypcach prawie tak dobrze, jak Ewangelina. Tak, prawie - tak było przynajmniej w opinii szesnastolatki, bo uważała że gra najlepiej w promilu wielu, doprawdy wielu mili tym samym nikt nie potrafi jej dorównać. A przynajmniej w tej dziedzinie. Oczywiście mogła się mylić, jednak dziewczyna nawet nie chciała przyjąć takiej ewentualności do wiadomości.
Jeszcze chwilę tak postała, a zaraz potem pobiegła tam, skąd wydobywał się krzyk. Nie myliła się, osobą krzyczącą była owa nieznajoma skrzypaczka. Nie patrzyła na jej twarz. W sumie mogła się domyślać, na domiar tego na pewno dość trafnie, co emocje wymalowały na jej obliczu. Podeszła cicho do towarzyszki. Stała tak za nią i nie wiedziała, czy ta ostatnia zdawała sobie sprawę z tak bliskiej, fizycznej bliskości panienki Stirling, jednak tej ostatniej niezbyt to obchodziło. Może dlatego początkowo nie dawała żadnych oznak, że jest tutaj w tym momencie i że widzi to samo? Konkretyzując, kiedy zorientowała się że pomieszczenie w którym aktualnie przebywały musiało uchodzić niegdyś za dość sporawą i elegancką bibliotekę, postanowiła się odezwać. W czasie, kiedy Ewangelina zastanawiała się co powiedzieć, rozglądała się uznając, że ktoś nieźle tutaj zabalował. Po chwili była całkowicie gotowa. Zaczęła dość nieśmiało, jednak z każdym kolejnym słowem stawała się być pewniejsza. Dlatego po końcówce wypowiedzi dało się poznać, że nie odczuwała żadnych zahamowań.
- Co tu się stało, do jasnej cholery?
Nie zauważyła bowiem zbiega. To dobrze, czy źle? Cóż, nie będziemy się dłużej nad tym rozwodzić. Zapomniała już kompletnie o tamtych niewyraźnych głosach, które jeszcze tak niedawno mocno ją zastanawiały. Nie wiedziała, że mogą znajdować się w wielkim niebezpieczeństwie... jeżeli to prawda, skrzypaczki na pewno już niedługo się o tym dowiedzą. Zbladła, przypominając sobie o zeszycie. Uspokoiła się, kiedy znalazła go pod pachą i przez usta Ewangeliny przewinął się cień uśmiechu. Już nie myślała o skrzypcach, które gdzieś zostawiła, ale szesnastolatka i z tego nie zdawała sobie sprawy. Czekała na jakąkolwiek reakcję ze strony nieznajomej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 25 lat
Zawód : myślę
Przy sobie : kapsułka z wyciągiem z łykołaków, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Nie Maj 31, 2015 3:24 pm

Mówisz...?
Uśmiechnął się tylko uprzejmie, niemal pobłażliwe w stronę Valeriusa dając mu nieme przyzwolenie na zabawę na kwartalnym podwórku, choć w gruncie rzeczy nie miał zamiaru uczestniczyć w tej ciekawszej części przedstawienia ani pożyczać łopatek od Mistera Angelini, który najprawdopodobniej był już w swoim żywiole. Tymczasem Odair planował zbudować własny zamek z piasku w oczekiwaniu na wyładowującego emocje towarzysza, choć umywanie rąk jest co najmniej niekulturalne zarówno jak zatykanie uszu słuchawkami z wydobywającymi się zeń sielankowymi odgłosami śpiewu ptaków i szumu morza. Niegodne. Złe. I tak dalej. Tak, niemal dopadły go przez to wyrzuty sumienia, niemal wzruszył się losem zmieszanych w przysłowiowym błotem ofiar. Niemal.
Brzydcy ludzie w brzydkich ubraniach. Poskręcany karykaturalne dusze, nadgniłe osobowości ukrywające się za smaczkami dawnej świetności, utraconymi talentami i wpływami. To nie budziło litości i współczucia, a niechęć i w jego przypadku – obrzydzenie. Został jednym z tych niedocenianych wiecznych krytyków, panów życia i śmierci, którzy nosili się po Kwartale w białych, szpitalnych kombinezonach jak wariaci tępiąc jakikolwiek wydźwięk optymizmu, bo szczęście było zakazane w tym ponurym, szarym więzieniu. I wydawało się jeszcze bardziej przykre, bardziej jednolite, i coraz rzadziej spotykał swoich różowowłosych ulubieńców czy małpich fioletowoskórych przyjaciół. Może przestał ich zauważać. Ale nie było mu z tego powodu przykro, można powiedzieć wręcz, że wynikające z takowych przyziemnych spraw przygnębienie nie ma do niego dostępu. Typowa znieczulica dotykająca każdego kolejnego porządnego Strażnika wykonującego żmudnie swoje wesołe powołanie, nawet śmierć była czymś zwyczajnym: roztrzaskane na ziemi ciała, rozszarpane zwłoki czy gotowanie zupy na tłuszczyku (o ile jakiś udało mu się zachować) sąsiada.
Zainteresowany krzykami niedoszłych przyjaciół Valeriusa, pozwolił sobie zareagować: subtelnie i niezauważalnie wpuszczając do umysłu myśl, jakoby robić miał to tylko dlatego, by ochronić te biedne istoty przed niszczycielskim gniewem kompana. To było żmudne, to było irytujące, że pomimo niechęci, że pomimo krzywd, jakie go przez to dotykały, nadal biegał za swoimi katami i ochraniał ich tarczą sprawiedliwości. Tłumaczył sobie, że to tylko kolejna interwencja w imię dobra, w imię ochrony sumienia człowieka, który w gruncie rzeczy niewiele go interesował, ale jemu też pomagał. W jakimś stopniu.
Pieprzony samarytanin.
Gdzie Twoje anielskie skrzydełka, Odair? Zostawiłeś je w jednej ze swoich burdel-komnat?
Ruszył w stronę wydobywającego się z górnego piętra głosu. Za Valeriusem. Aby na końcu bolesnej wędrówki ujrzeć rozpostartą na oknie dziewczynę, w której stronę biegła kolejna kiepska i niedouczona aktorka. Nieopodal znajdowała się zagubiona osierocona duszyczka, która wyglądała, jakby nie do końca kontaktowała z rzeczywistością. Pomyślał tylko, że nie jest bardziej żywa niż byłaby leżąc dwa metry pod ziemią. Żadne z nich nie było.
Ostatni akt dramatu szekspirowskiego. Wszyscy umrą.
Któż teraz zagra marsz Marsz Żałobny na ich pogrzebie?

przepraszam za poślizg dzóbki. :c


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Wto Cze 02, 2015 8:37 pm

KOLeC. Calutki kompleks przypominał mi o tym, co zyskałem i co utraciłem w tak krótkim odstępie czasu. Kurwa! To było cholernie niesprawiedliwe, że los wpierw robił ze mnie parodię szczęśliwego człowieka, który przecież naprawdę ją kochał, pragnął dać jej jak najwięcej i spędzić z nią resztę życia, a potem zabierał ją w momencie, w którym myślałem, że wszelkie tragedie mamy już za sobą i teraz nadchodzą dni jasności. Pierdolenie naiwnego chłopczyka mamiącego się, że świat wcale nie jest taki zły. Był. Był w chuj zły.
Ciemność i cisza. Od momentu upadnięcia nie słyszałem żadnych innych podejrzanych odgłosów, które powinny przykuć moją uwagę. Mrok i zero hałasów, jak gdybym spoczywał właśnie pod ziemią w drogiej i wygodnej trumnie zakupionej przez moją kochaną matkę... Tylko że stałem, żyłem, miałem się przecież „dobrze”, oddając się słodkiemu rozmyślaniu o tej dziewczynie, której nie powinno być już dawno temu w mojej głowie, w moim życiu, na tym świecie. NIE BYŁO JEJ JUŻ NA TYM ŚWIECIE. Ale to przecież nie wszystko... Jeszcze brakowało mi tu Julki wyskakującej zaraz zza ściany. Tu jestem, Valiusie! – Oczami wyobraźni nawet to widziałem. Potrafiłem przywołać nawet jej piękny uśmiech i świadomość tego sprawiła, że mimowolnie się uśmiechnąłem, wyszczerzając się jeszcze bardziej, gdy usłyszałem wrzask prawdopodobnie jednej z grajków. Najwidoczniej nie była pełna rozumu.
Uwaga – na miejscu. Kroki – szybkie i miękkie. Wiedziałem gdzie, nie wiedziałem co tam zastanę. Uwaga – nadal na miejscu. Bicie serca – przyspieszyło. Podniecenie... Adrenalina pojawiła się w moim ciele z tak banalnego powodu. Pragnąłem je złapać, zakuć, mówiąc sobie, że tak trzeba, i zaprowadzić na posterunek, gdzie miały się odbyć niezbyt miłe przesłuchania. Niezbyt miłe dla nich. Ja w sumie też ich nie lubiłem... Wolałem działać niż gadać. Czego nie można było powiedzieć o moim dzisiejszym partnerze, gdyż Finnick ani nie działał, ani nie gadał. Stał i patrzył się na... trzy paniusie.
Z mojego gardła wydobyło się coś, co przypominało śmiech. Przypominało śmiech, gdyż był gorzki, ciężki, w pewien sposób brutalny. Nie pojawił się z żadnego lekkiego powodu, który mógłby być prawdziwie bliski memu sercu. Ot radość, bo mogłem się w końcu czymś zająć, zamiast łazić bezcelowo i myśleć.
Spróbuj skoczyć, a obiecuję, że kulka przejdzie przez środek twojego serca – powiedziałem sucho i... szczerze. Jej życie nic się dla mnie nie liczyło. Ich wszystkich życia... Miałem to gdzieś. Na mojej drodze stały sobie trzy gettowskie robaki i oddychały, gdy ona... – Wy też. Drgnijcie, a jutro będą wynosić stąd wasze zwłoki. Odair, zakuj je – rzuciłem z dumnie wycelowaną bronią w plecy niedoszłej... samobójczyni. Taka chudzina musiała się połamać, skacząc z tego piętra.
Które grały na skrzypcach? Ty! – Wskazałem na nieco bardziej nieogarniającą świata i najprawdopodobniej też najmłodszą (Ewangelina). Ciężko było to określić. – I... Ty? – spytałem, wskazując na jakąś... wkurwioną (Calanthe)? Pewnie była wkurwiona, ale wcześniej. Teraz pewnie pluła sobie w brodę za niewyparzony język. Zakładałem, że to ona pozwoliła mi je namierzyć. Wyglądała na taką pseudowojowniczkę... I pozostawała jeszcze kaskaderka, która jak najbardziej wyglądała na członka Kolczatki.  Kapitolińczycy nie byli tak głupi... Dobra, głupi byli, ale nie byli tak odważni, by ryzykować i skakać. – No, panie! Pogadamy sobie. Czekają nas dłuuugie rozmowy – stwierdziłem z sadystycznym uśmiechem. – Niech los wam sprzyja. - Zaśmiałem się, choć przed moimi oczami stanęła Delilah i mała Mandy.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t2656-miranda-angelini
http://panem.forumpl.net/t2687-spadajaca-gwiazda-kapitolu
http://panem.forumpl.net/t2658-miranda-angelini
http://panem.forumpl.net/t2661-catch-a-falling-star
Wiek : 26
Zawód : złodziejka
Przy sobie : latarka z wytrzymałą baterią, paralizator

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Sro Cze 03, 2015 12:11 am

Czy wspominałam już, że byłam ryzykantką, ale NIE samobójczynią? Bingo, zdecydowanie NIE było mi spieszno wybierać się na tamten świat. Zbyt wiele mogłam osiągnąć jeszcze na tym, aby chcieć to tak zwyczajnie od siebie odrzucić. Poza tym… Dobra, bądźmy całkowicie szczerzy – nie to, bym drwiła sobie z przekonań niektórych ludzi, że coś tam jeszcze istnieje po śmierci, jednakże sama nie kwiczałam o zbawienie. Daleko mi było do typowej owieczki z getta, która jeszcze dodatkowo zezwierzęca się w swych pragnieniach zyskania po śmierci czegoś lepszego, piękniejszego, et cetera, et cetera… W swoim życiu zaliczyłam już chyba wszelkie poziomy degradacji społecznej, także tego… Szczerze wątpiłam w to, by coś mogło mnie jeszcze zaskoczyć.
Nawet na ten, jakże nagły i dramatyczny!, zwrot akcji, przy jakim zapewne miałam zaraz zostać nakryta na kradzieży, nie zareagowałam jak typowa przestraszona dziewoja w potrzasku. Nuuuda. O ile jeszcze może i byłabym nieco bardziej energiczna, gdyby właśnie nie pojawił się nikt, kto mógłby mi stanąć na przeszkodzie, o tyle teraz podchodziłam do tej sytuacji z niejaką obojętnością. Żadnych sarnich spojrzeń i piszczenia w stylu osaczonego dzikiego zwierzątka. Ot, jasno określone działania związane z przetrwaniem.
Nawet wycofywanie się w kąt było dokładnie czymś takim, chęć zwiania przez umieszczone-cholernie-wysoko-nad-ziemią okno była wytworem swego rodzaju analizy. Bezpośrednie starcia z ludźmi nie należały bowiem do moich mocnych punktów, dużo lepiej było mi zwiać i nie oglądać się za siebie. Ktoś mógłby to dosyć swobodnie nazwać tchórzostwem, ja natomiast temu nie zaprzeczałam. Lepiej przecież zwiać czym prędzej z nieco podkulonym ogonem niż pozwolić, by ci ten ogonek odcięto przy okazji chaotycznej walki o dobra materialne, godność, blabla.
Nie zdążyłam jednak podjąć decyzji o skoku, mimo wszystko obawiałam się paskudnego uderzenia o podłoże pod oknem, przed nadejściem kogoś, kto najwyraźniej związany był z tym domem. Ha!, kogoś zapewne będącego właścicielem tej rudery, jakbym sama mieszkała w czymś lepszym, no i Sokratesa, który spoczywał teraz niebezpiecznie wśród reszty moich łupów z dnia dzisiejszego. Oddać go? W życiu! Zapewne dziewuszka nie miała nawet pojęcia, ile to mogło być warte. I ja miałam to tu tak zostawić? Kiedy aż samo prosiło się o zmianę posiadacza? Jak nie ja, to ktoś inny miał wkrótce nacieszyć oczy potencjalnym łupem… Dlaczego więc miałam odpuścić?
- Przykro mi, mała. Takie jest prawo dżungli. – Wzruszając ramionami, okręciłam się nieco bardziej w jej stronę, uważając jednocześnie, by nie spaść, choć niebezpiecznie zachybotałam się na starym parapecie. – Nie to, bym miała do ciebie… – Zaczęłam, lecz szybko poprawiłam się, gdy zauważyłam, że ktoś jeszcze zjawił się w pokoju. Uniosłam tylko brwi, usiłując zyskać nieco na czasie, aby ocenić swoje szanse w starciu z dwiema młodymi kobietami mniej więcej zbliżonej postury. – …was coś personalnego, ale rozrachunek jest prosty. Sokrates to kasa, kasa to… Cóż, kasa to kasa.
Czy musiałam dodawać coś jeszcze? Nie, nie musiałam, jednak miałam taki zamiar. Gra na czas była tu kluczem do wszystkiego, choć chyba już tylko w teorii. Praktyka była zgoła inna… W praktyce stałam na parapecie, walcząc słownie o książkę, kiedy irracjonalność tej sytuacji dostała totalnego kręćka. I już nie byłam sama z dwiema osobami. Pokój nagle zrobił się jakby trochę zbyt zatłoczony. Ja, moja nowa przyjaciółka, jakaś jej randomowa koleżanka i… Dwóch Strażników? Przy czym ego jednego z nich wypełniało pozostałą pustkę, a ja dochodziłam do wniosku, że nic już by mnie chyba nie zdziwiło. Duch Sokratesa latający nad nami i aranżujący wszystko jak do wielkiego dramatu? Dlaczego nie… Uuu. Czymże sobie zasłużyłam na taką obfitość?
- Dobijesz mnie, zanim rozbiję się o beton? Uła, to miłe z twojej strony. – Powiedziałam, nadając swojemu głosowi brzmienie prostolinijnej idiotki. Przysłuchując się temu, co Strażnik mówił dalej, postukiwałam palcami o ramę okienną, by wreszcie rzucić jeszcze. – Wielkie przestępstwo przeciw ludzkości, jakim jest gra na skrzypcach, swoją drogą… – tu zwróciłam się nieco w stronę wrzaskliwej blondynki – …to musiała być naprawdę kiepska gra, skoro chcą was za nią aresztować, ale no… Nie moja broszka. Ja jestem większą fanką… Powiedzmy, sztuki pisarskiej. – Mrugnęłam porozumiewawczo do blondyny, kląskając językiem. – Tak czy siak, taka okrutna zbrodnia się mnie nie tyczy, więc może… Khym, PAN, khym… Przestrzelić mi gardło albo zwyczajnie dać mi sobie stąd wykopytkować wraz z moją książką, w której, zapewniam, nie ma przepisu na pieczone Almy i inne tysiące potrawek z członków rządu.



I thought I could fly, so why did I drown?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1345-ewangelina-stirling
http://panem.forumpl.net/t1347-ewangela
http://panem.forumpl.net/t1989-ewangelina-stirling
Wiek : 16 lat
Zawód : Poszukiwana uciekinierka... o ile to jest zawód
Przy sobie : zeszyt, długopis, telefon, paczka papierosów, nóż ceramiczny, apteczka, latarka z wytrzymałą baterią, zapalniczka
Znaki szczególne : Problemy z pamięcią
Obrażenia : siniaki po biciu w więzieniu

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Sro Cze 03, 2015 12:00 pm

Ewangelina nie potrafiła w pełni uwierzyć, że to, co tu widzi, to, co tu słyszy przynależy do rzeczywistości.  Jednak były to realia, których dziewczyna nie potrafiła zbytnio zaakceptować, przyjąć do wiadomości. Nadal błądziła swoimi myślami po swoim osobliwym, bezpiecznym świecie, gdzie okrucieństwa typowe dla getta jej nie dosięgają, jednak nie całą sobą. Po prostu kontaktowała w miarę normalnie, wiedziała gdzie jest, kim jest, i co się teraz dzieje. Mimo, że niezupełnie chciała w to wszystko uwierzyć. Jednak musiała. Życie pod pewnymi względami nie jest takie złe, nawet, jeżeli człowiek w pełni zdaje sobie sprawę z jego brutalności. Z bestii, jaka drzemie w naszym Panie i Stwórcy. O ile ktoś w niego wierzy (nie mówimy tutaj już o ślepym pokładaniu swoich nadziei w Jego osobie), a Ewangelina była raczej wierzącą osobą. Tak, i słowo "raczej" jest tutaj słowem kluczowym, jeżeli weźmie się pod uwagę jej liczne herezje. Te brały się głównie z braku nadziei na to, że kiedykolwiek choroba ustąpi i tym samym kiedyś będzie wszystko pamiętać, a zeszyt, który trzyma, nie będzie już jej wybawicielem, a przybierze formę zwyczajnego pamiętnika, od którego nie byłaby uzależniona. Od którego zależą jej losy, to, jak przeżyje każdy kolejny dzień. O ile przeżyje, nie stając się kolejną nic nie wartą dla innych ofiarą (oprócz matki), jakich pełno na obszarze Kwartału.
Początkowo nie słyszała nic poza krokami, które z każdą narastającą sekundą stawały się być coraz bardziej wyraźnymi, głośniejszymi, dobitnymi. Ewangelina wyczuła coś złowrogiego, krążącego w powietrzu, którym teraz oddycha, powietrzu zapełniającym salę, która kiedyś musiała uchodzić za piękną, obszerną a zarazem praktyczną bibliotekę. Świadom tego byłby nawet największy głupiec, przecież tutejsze regały oraz liczne książki tylko potwierdzały, że pomieszczenie było tym, czym było. Ale nieważne, bo po chwili usłyszała czyiś śmiech, dość gorzki i ciężki. Nawet można pokusić się o stwierdzenie, że był nieco  - albo bardzo - brutalny. Ewangelina bała się nie tylko tego, co za chwilę miało nastąpić. Nade wszystko przerażała ją myśl, że przez natłok emocji może stracić pamięć. Przecież mogło to się stać nie tylko po przebudzeniu się, czy też ocknięciu po osłabnięciu. Wiedziała, że jest w podwójnym niebezpieczeństwie.
Zauważyła człowieka, który pewnikiem był Strażnikiem. Tak, na pewno, nie miała wątpliwości. Zwłaszcza, że powiedział to, co powiedział, a Ewangelina poczuła, jak jej ciało pokrywa się kropelkami potu. A że wiemy, iż młodsza skrzypaczka dość często okazywała swoje słabości, na domiar tego zachowywała się jak dziecko (a przecież ma już szesnaście lat i powinna dorosnąć, zwłaszcza że wymagają tego okoliczności miejsca, które zamieszkuje), była infantylna i mimo swojej inteligencji, trochę głupiutka. Nie wiedziała co robić, co powiedzieć, więc tym samym nie uczyniła żadnego kroku. Stała tak, jakby wypuściła korzenie w posadzkę starej biblioteki. Ale nie można było jej się dziwić. Takiego zachowania wymagała od niej zaistniała sytuacja i tym samym gdyby postąpiła, inaczej pewnikiem zostałaby zabita. Przez chwilę w umyśle szesnastolatki pojawiła się urocza i pociągająca wizja śmierci. Tak. Jeżeli ta zamachnęłaby się swoją kosą w taki sposób, by zafundować Ewangelinie bezpowrotną podróż do Tamtego Świata, poniekąd byłaby szczęśliwa. Ujrzałaby kres swojej choroby. Jednak po chwili odepchnęła od siebie tę potencjalnie pociągającą wizję, przypominając sobie o pewnej kobiecie, którą spokojnie może nazywać własną matką. Co by zrobiła, gdyby jej córka zginęła? Mimo, że przyszła na Ten Świat w wyniku najzwyklejszej w świecie wpadki, była oczkiem w głowie swojej rodzicielki zwłaszcza, że mają tylko siebie.
Nie zareagowała  w żaden konkretny sposób na słowa złodziejki. Jej wypowiedź, pełna jadu, spłynęła po Ewangelinie jak po kaczce. Miała inne zmartwienia. O, chociażby stojącego o tutaj Strażnika. Pewnikiem było, że ten przesłucha je dość wnikliwie. Ewentualnie ktoś inny, nieważne. Jednak fakt faktem, była w wielkim niebezpieczeństwie. ALE ZA CO?! Za niewinną grę na skrzypcach? Cóż, szesnastolatka nie znała ewidentnie realiów getta dość wnikliwie. No, może poznała, ale po prostu zapomniała, nie wspominając o tym w swoim zeszycie. Ewentualnie napisała, jednak w jakiejś notatce, którą dziewczyna na pewno ominęła, zatapiając się w jego lekturze dzisiaj rano, jaka zwykle.
Wpatrywała się w rzekomego Strażnika z przerażeniem w oczach. Żeby dodać sobie nieco otuchy, przycisnęła sobie zeszyt do piersi jak najmocniej się dało. Niestety, nie pomogło. Dyskretnie uczyniła znak krzyża (nie wiedziała, czy inni to zauważyli, chociaż było to możliwe), wyszeptała słowa modlitwy Pod Twoją Obronę. Potem poświęciła nieco czasu na własną modlitwę.
Boże, proszę, spraw, bym wyszła z tego cało. Wiem, wiele od Ciebie oczekuję, a tak mało daję... jednak staram się grzeszyć ja najmniej i proszę, doceń to. Może nieudolnie mi to wychodzi... jednak teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebuję Twojej pomocy, o Panie. Pragnienie wyzdrowienia stawiam obok, na piedestale miejsce jest teraz tylko i wyłącznie dla możliwości wyjścia z tego cało. Z tej całej paskudnej sytuacji. O Boże, proszę... proszę...
Zakończyła, ponownie czyniąc znak krzyża, jednak tym razem było to o wiele bardziej widoczne. Po prostu zapomniała o dyskrecji. Poza tym nie to było teraz dla niej ważne, a to, żeby Bóg wysłuchał jej modlitw oraz coś zdziałał. Cokolwiek co mogło tylko mieć pozytywny wpływ na zaistniałą sytuację.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t3318-calanthe-celly-ross#52162
http://panem.forumpl.net/t3319-celly#52166
http://panem.forumpl.net/t3320-celanthe-ross#52167
http://panem.forumpl.net/t3321-zielnik-etatowego-muzyka#52168
http://panem.forumpl.net/t3329-rezydencja-calanthe-i-cecile-ross#52280
Wiek : 19
Zawód : etatowy muzyk w Violatorze
Przy sobie : karta Zawodowego Muzyka, gram morfaliny, leki przeciwbólowe (6 sztuk), nóż ceramiczny, medalik z cyjankiem
Znaki szczególne : kulejąca lewa noga, wątła postura, czujny, skupiony wzrok
Obrażenia : blizny na lewej nodze i plecach

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Sro Cze 03, 2015 8:59 pm

-Wielkie przestępstwo przeciw ludzkości, jakim jest gra na skrzypcach, swoją drogą… -obserwuję plującą jadem kobietę, chyboczącą się na parapecie jak linoskoczek w kapitolińskim cyrku, spod czujnego spojrzenia i oczu, zmrużonych ledwie dostrzegalnie. Mówiłam to samo, paniusiu. -…to musiała być naprawdę kiepska gra, skoro chcą was za nią aresztować, ale no… Nie moja broszka.
Nagły i, uwierzcie mi, że jak najbardziej niespodziewany gniew zaczyna buzować w mojej krwi zbliżając się do tej ostrzegawczej linii ''poza nią proszę nie wyściubiać nosa.'' Jak na razie mało przejmując się także dwoma Strażnikami Pokoju którzy parszywym zbiegiem okoliczności zawitali na herbatkę, daję upust wszystkim tym negatywnym emocjom, odwracając się plecami do mężczyzn, a przodem do łopoczącej na wietrze. Czy na parapecie, kto co woli. Staję w protekcjonalnej pozie, wyprężając plecy i barki nerw po nerwie. Jak ona śmiała. Jak ona mogła obrazić moje kochane jedyne i najukochańsze skrzypeczki.
-Ja jestem większą fanką… Powiedzmy, sztuki pisarskiej.
Rozbawione mrugnięcie kierowane nigdzie indziej niż w moją stronę i to pełne wyższości mlasknięcie ostatecznie wyprowadza mnie jednak z równowagi.
Nie daruję suce.
–Tak czy siak, taka okrutna zbrodnia się mnie nie tyczy, więc może… Khym, PAN, khym… Przestrzelić mi gardło albo zwyczajnie dać mi sobie stąd wykopytkować wraz z moją książką, w której, zapewniam, nie ma przepisu na pieczone Almy i inne tysiące potrawek z członków rządu.
-I niech panowie zadecydują szybko i, mam nadzieję, że bezboleśnie. Oczywiście dla pani na parapecie. -głosem niskim i dziwnie pewnym siebie mam ogromną nadzieję zwrócić na siebie uwagę mężczyzn za moimi plecami tak, by ci nie przestrzelili mnie jak sito zatrzymując się chociaż na chwilkę. Nie mylę się. Zastygają a ja płynnym, niemalże naturalnym gestem i kilkoma krokami przybliżam się do drżącej jak osika dziewczyny, zasłaniając ją własnym ciałem. Ale ze mnie bohater od siedmiu boleści. Przypatrzcie się uważnie! Dostanę pomnik upamiętniający moje heroiczne czyny w gettcie? Spoglądam ostrzegawczo i może trochę badawczo, raz w jedną stronę okna, raz w drugą drzwi i potencjalnie najgroźniejszych w pomieszczeniu osób. Mrugam raz i drugi i rozluźniam się jedynie siłą woli. Nie za bardzo wiem, co tu się dzieje i, przede wszystkim jak temu wszystkiemu zaradzić, jakoś uspokoić buzujące w podniecającym oczekiwaniu nastroje. A może...
Nie. Trzeba inaczej.
A porachunki z tą złodziejką zostawię na później.

-Nie wiem, czego panowie tu szukają. -zaczynam powoli, wyraźnie cedząc każdą literkę w każdym słowie, podnosząc jednocześnie dłonie w górę na znak naturalnej samoobrony. -Ale nie sądzą panowie, że w KOLCu jest wielu bardziej niebezpiecznych przestępców i wiele bardziej niebezpiecznych przestępstw niż kradzież książki i uliczne granie na skrzypcach?
Opanowując drżenie zmuszam się do spojrzenia prosto w oczy tego stojącego najbliżej, a gdy łapię z nim przelotny kontakt wzrokowy, odważam się na bezczelny, uwodzicielski wręcz uśmiech.
-To jak? Wolą panowie tu stać i uganiać się za małolatami? Czy wykonywać pracę godną takich mężczyzn?
No, dawaj Celly. Kapitoliński uśmiech numer czternaście i jazda. Niech to wszystko zadziała. Błagam, niech to wszystko zadziała...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 25 lat
Zawód : myślę
Przy sobie : kapsułka z wyciągiem z łykołaków, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Wto Cze 09, 2015 11:11 pm

Do zabawy włączył się dopiero, gdy jego kompan niedoli wpadł w szał gaworzenia. Doprawdy... mógłby zostać bardem!, słuchanie tak zawodowo skonstruowanych bajek budzących skrajne emocje w robiących do gaci ze strachu słuchaczach świetnie sprawdziłoby się poza polem kaźni. Finnick jednak nie był pod wrażeniem, gdy po raz kolejny otrzymał w pysk serią miksujących mu uszy bzdur, choć nadal idealnie grał znudzonego, niezirytowanego a wręcz rozbawionego (jeszcze nie do łez) Strażnika Pokoju, który z wyrazem zwątpienia zakłócającym harmonię jego posągowego oblicza zwlekał z wykonaniem rozkazu.
-Dopiero jutro? Czy ty wiesz jak tu będzie śmierdzieć? - odezwał się swoim melodyjnym, miękkim głosem, do którego spokojnego tonu wkradła się odrobina teatralnego (w sam raz!) oburzenia. Nie miał zamiaru dłużej drwić sobie z jego zapalczywości ani podwyższać ciśnienie swoją czarującą osobą, która już już, tak tak, robiła co do niej należy, aby nie przeciągać dłużej tego cyrku. Wsłuchiwał się w słowa dziewcząt na każdą przeznaczając milisekundę swojej cennej uwagi i był pewien, że ma do czynienia z ciekawą różnicą charakterów; poczynając od modlącej się do sufitu rozbujanej nastolatki, przechodząc przez hardą i pozbawioną instynktu samozachowawczego złodziejkę sztuki pisarskiej i rycerza w spódnicy wojującego smyczkiem i morderczo błagalnym jękiem – zero charyzmy, w ogóle go bowiem nie przekonała. Był wręcz gotów zakuć ją pierwszą, ale był już w połowie długiej drogi do stojącej w oknie dziewczyny, która z całej tej trójki popełniła tego dnia najgorsze doprawdy przestępstwo: dyskutowała z napalonym do mordobicia Valeriusem. Zastanawiał się, czy nie wolała jednak uciekać na złamanie karku niż mieć do czynienia z poirytowanym Strażnikiem, który nie znosił kompromisów, dobrych argumentów i z rozsądkiem też się nie do końca dogadywał. Trudny to był przypadek, naprawdę, ale Finnick wiernie znosił jego dziewicze nastroje zazwyczaj panując nad sytuacją jak nikt inny. Tym razem też tak było. O ile do dziewki podchodził z bronią uniesioną na wysokość klatki piersiowej, w końcu opuścił ją, aby zważyć ją w jednej dłoni (niezbyt praktycznie) i wyciągnąć rękę w jej kierunku.
Niczym prawdziwy dżentelmen pomógłby jej osunąć się z okna, wpadłaby w jego książęce ramiona, a on zakułby ją i odprawił do celi na kolejne dwanaście godzin.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Sob Cze 13, 2015 12:24 am

Kobiety – część społeczeństwa, która w większości powinna być zniewolona, gdyż decyzje, które podejmowała... Lepiej po prostu, by niektóre zdarzenia z nich udziałem nie miały miejsca. Te jednak uparcie dawały o sobie znak w każdej sekundzie mojego marnego życia. Od urodzenia po dzień dzisiejszy zawsze któraś musiała mnie męczyć.
Doprawdy? Takaś mądra?! – spytałem wkurwiony, tak niemożliwie pragnąc strzelić do tej niewyparzonej gęby. Niestety Finnick ruszył dupę, by ją zakuć, więc zaniechałem, opuściłem broń, rzucając przelotnie do tej bardziej nieogarniającej:
Rusz się, a przestrzelę ci tę buźkę. – Po tym zrobiłem kilka dużych kroków, by znaleźć się przy największej krzykaczce, która to została rzekomą ofiarą dnia dzisiejszego. I próbowała kręcić, dyskutować... uwodzić? Wszelkie granice kapitolińskich ścierw się zatarły, ściągając je na jeszcze większe kulturalne pustkowia. – Łapki, skarbie. Dziś nie ma dnia dobroci dla zwierząt – zauważyłem, nie przyznając jej na głos racji co do bardziej niebezpiecznych przestępstw. Przestałem sądzić, czy którakolwiek z nich należy do Kolczatki, bo gdyby tak było, organizacja ta już dawno by upadła. Kontynuowałem jednak aresztowanie, gdyż może któraś z nich cokolwiek słyszała o wspomnianych terrorystach. Albo o czymś innym, równie interesującym.
I na przyszłość – zacząłem półszeptem, zbliżając się do niej jeszcze bardziej, że teraz stykaliśmy się ciałami. – Gdybyście nie uciekały, poszłoby nam szybciej i prościej. – Złapałem ją za przegub i brutalnym ruchem zmusiłem do odwrócenia się.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t2656-miranda-angelini
http://panem.forumpl.net/t2687-spadajaca-gwiazda-kapitolu
http://panem.forumpl.net/t2658-miranda-angelini
http://panem.forumpl.net/t2661-catch-a-falling-star
Wiek : 26
Zawód : złodziejka
Przy sobie : latarka z wytrzymałą baterią, paralizator

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Sob Cze 13, 2015 2:38 am

Gdybym mogła, poprosiłabym o chociaż jeden dzień bez przeciwności losu i wiatru wiejącego mi prosto w twarz na wyjątkowo zapiaszczonym terenie, poprosiłabym o to, abym mogła odetchnąć w dawnych luksusach, nie zaś bez ustanku targać wygłodniałe ciało z miejsca na miejsce. Ale to nie był koncert życzeń. Ani tych zwykłych, ani pobożnych, ani jakichkolwiek. Zbytni spokój wiązać się mógł chyba tylko z tym, że Los w danym czasie szykował coś dużo większego i nie tracił czasu na małe bzdety z cyklu potknięcia się o własne sznurówki bądź też czegoś takiego.
Tym razem to nie były jednak sznurówki, a cholerny Sokrates. Gdybym tylko wiedziała, że to wszystko tak się potoczy i że nagle w pobliżu znajdą się Strażnicy, których zazwyczaj jednak w getcie brakowało… Cóż, zapewne zrobiłabym dokładnie to samo, co wcześniej, choć mogłam się teraz przez chwilkę połudzić, że zmieniłabym zdanie. Że byłabym praworządną obywatelką, jakiej byle cenniejsza książka z pewnością by nie skusiła.
Jassne… Oczywiście, już naprawdę spieszno było mi oddawać łup tego typu, za który mogłam sobie kupić coś, czego z pewnością będę potrzebować w najbliższym czasie. Nieustannie przecież coś się zmieniało, kończyło, et cetera, et cetera. Kto wie, czy Sokrates nie uratuje mi w przyszłości życia…? A więc przecież nie zwrócę go prawowitej właścicielce, która nie umiała chyba docenić jego wartości, na co wskazywał fakt, że jeszcze tej publikacji nie opchnęła. Z pewnością nawet w getcie znalazłoby się kilka osób gotowych oddać za to nawet własne narządy.
Ja zaś nie miałam nawet najmniejszego zamiaru czekać na to, by dać ucierpieć moim. Sokrates Sokratesem, ale cóż… Nie miałam jak upchnąć go w torbie bez chybotania się na oknie, a ono w tej chwili wskazane nie było, więc bez cienia żalu wyrzuciłam książkę przez okno za pomocą jednego dyskretnego machnięcia ręką. Miała twardą okładkę, więc zapewne wiele nie ucierpiała w zderzeniu z ziemią, a jeśli nawet to zrobiła… Liczyło się przecież wnętrze, nieprawdaż? Prawdziwy koneser nie oceniał marnej okładki.
Obserwując rozwój coraz dziwniejszej sytuacji, uśmiechałam się pod nosem coraz bardziej, choć zdecydowanie nie powinno mi być do śmiechu. Gdy jeszcze znajoma nieznajoma blondyneczka zaczęła odstawiać jakiegoś rodzaju szurnięte przedstawienie… Prawie się roześmiałam, powstrzymując jeszcze jakoś otwarte rechotanie. Zamiast tego odpowiedziałam mojemu strażnikowemu rozmówcy, kręcąc przy tym lekko głową.
- Tak, dokładnie tak…
A kiedy drugi Strażnik, wyjątkowo charakterystyczny i chyba wszechobecnie znany, ruszył w moją stronę, w pewnym momencie nieopatrznie opuszczając broń… Zrobiłam jedyną możliwą rzecz, bowiem nie mogłam zostać złapana. Nie bez dokumentów, nie jako ktoś spoza getta i Dzielnicy Wolnych Obywateli. Jeden krok w tył i…



I thought I could fly, so why did I drown?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t3318-calanthe-celly-ross#52162
http://panem.forumpl.net/t3319-celly#52166
http://panem.forumpl.net/t3320-celanthe-ross#52167
http://panem.forumpl.net/t3321-zielnik-etatowego-muzyka#52168
http://panem.forumpl.net/t3329-rezydencja-calanthe-i-cecile-ross#52280
Wiek : 19
Zawód : etatowy muzyk w Violatorze
Przy sobie : karta Zawodowego Muzyka, gram morfaliny, leki przeciwbólowe (6 sztuk), nóż ceramiczny, medalik z cyjankiem
Znaki szczególne : kulejąca lewa noga, wątła postura, czujny, skupiony wzrok
Obrażenia : blizny na lewej nodze i plecach

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Nie Cze 14, 2015 2:57 pm

Akcja zaczyna dziać się nagle tak szybko i tak niespodziewanie, że teraz naprawdę nie wiem już, gdzie podziać rozkojarzony wzrok. Pot wdziera się między oczy, spływa po policzkach, znika za połami przybrudzonego ubrania. Wszystko trwa w niewyobrażalnie szybkim tempie, a ja mogę tylko biernie obserwować, jak historia w moich własnych ruinach Rezydencji dzieli się na trzy, dość nierówne części. Podczas gdy jeden ze Strażników -ten spokojniejszy i jakby... jakby z buźki znajomy- powolnym, nonszalanckim krokiem podchodzi do dziewczyny nadal stojącej na parapecie, przemawiając do niej niezwykle melodynym i wypełnionym miękkością, aksamitnym głosem. Ten drugi natomiast, tak, ten sam porywczy który dziko wywija bronią na sam widok której ogarnia mnie niewyobrażalna panika, znowu zaczyna się drzeć po swojemu. Widzi, że jego kompan zajmuje się tą przyszłą samobójczynią z moim ukochanym i najdroższym Sokratesem, podchodzi więc do mnie. To obrzydliwe wygięcie warg nie schodzi z jego ust ani na chwilę, widzę wprost doskonale, że gardzi każdą z nas w tym pomieszczeniu. A już tym bardziej mną w tym momencie. Mną, chwytającą się każdego możliwego sposobu, żeby przeżyć tą farsę.
-Łapki, skarbie. Dziś nie ma dnia dobroci dla zwierząt. I na przyszłość... -zbliża się do mnie, niemalże przytykając swoje ciało do mojego drżącego potężnie ciała, a mi chce się wymiotować. Nie mam odwagi, żeby napluć na jego twarz, chociaż w tej chwili mam ku temu najbliższą drogę i okazję jednoczesnie. -Gdybyście nie uciekały, poszłoby nam szybciej i prościej.
Jęczę, gdy brutalnie chwyta mnie za przegub i zmusza do odwrócenia się, a mi w tej samej chwili udaje się jeszcze schylić i ugryźć rzędem zębów w jego dłoń ściskającą za moją. Oczywiście nie wyrzadzam mu większej krzywdy, to przecież jak porywanie się na Adlera z drewnianym mieczem. Albo ze strzykawką, kto co woli. W tej jednak chwili uzyskuję kilka krótkich sekund przewagi, by uważnie prześledzić akcję z kolejnych dwóch części dramatu. O pistoletach bowiem mowa. Temu zajętemu złodziejką upada, tocząc się po posadzce. Widząc to, zaczynam szarpać się mężczyźnie, podejmując próbę kopnięcia leżącej na podłodze broni. Nie widzę jednak, czy moje nieskoordynowane ruchy odnoszą jakikolwiek skutek, zajęta  bowiem jestem czym innym. Niemą obserwacją. Ta stojąca na parapecie rzuca tylko jedno zadowolone z siebie: ''Tak, dokładnie tak… '' i robi krok w tył. Krok w tył za parapet, nawet za okno. Krok w tył w powietrze.
Prościutko w nicość.




Ostatnio zmieniony przez Calanthe Ross dnia Wto Cze 30, 2015 7:39 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1345-ewangelina-stirling
http://panem.forumpl.net/t1347-ewangela
http://panem.forumpl.net/t1989-ewangelina-stirling
Wiek : 16 lat
Zawód : Poszukiwana uciekinierka... o ile to jest zawód
Przy sobie : zeszyt, długopis, telefon, paczka papierosów, nóż ceramiczny, apteczka, latarka z wytrzymałą baterią, zapalniczka
Znaki szczególne : Problemy z pamięcią
Obrażenia : siniaki po biciu w więzieniu

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   Sob Cze 27, 2015 7:15 pm

Przepraszam, że tak długo. :c zupełnie zapomniałam o tej rozgrywce. Kama mi przypomniała i chwała jej.

Ewangelina jeszcze na jakiś czas pozostała w osobliwym świecie, wykreowanym na potrzeby wiary. Miejscu, gdzie odczuwała wszechobecną mądrość i miłość Najwyższego, tam, gdzie smutki , zmartwienia i kłopoty dawały się jej we znaki w zdecydowanie mniejszym stopniu z prostego powodu - po prostu ufała Bogu, uważając, że i dla niej naszykował konkretny scenariusz, w którym uwzględnił wszystko (nawet jej chorobę) nie bez powodu. On wie, co dobre dla ludzi, co dobre dla niej samej, więc w momencie przybywania w tej osobliwej krainie nie była na Niego zła, że przypisał jej tyle cierpień. Cierpień, których jednak nie było tak wiele (a głównym, przynajmniej według Ewangeliny, był zanik pamięci), jednak dziewczyna miała zdolność do wyolbrzymiania niektórych rzeczy. Kto wie, może po prostu stawia pierwsze kroki ku dowiedzeniu się, że świat wcale nie jest tak kolorowy, że to, co widzi przez różowe okulary nałożone jej na nos za sprawą matki to złudzenie, miraż. Iluzja. Te dość często okalały jej spojrzenie na świat A przynajmniej spojrzenie dotychczasowe. Całe szczęście, że z każdym dniem uczy się życia. Tego, jak egzystować w świecie zakłamania, zła i brutalności.
Po jakimś czasie szesnastolatce jakimś cudem udało się trzeźwo ocenić sytuację.
Znajdowała się w zniszczonej bibliotece w towarzystwie kilku innych osób, jednak nie wszyscy byli do niej przyjaźnie nastawieni. Zrozumiała, że musi uważać. Kosztowała pierwsze kielichy gorzkości rzeczywistości. Słuchała tych rozmów (o ile zasługują na to miano), jednak ich sens docierał do umysłu Ewangeliny jakby w zwolnionym tempie. Dopiero po jakimś czasie była w stanie zrozumieć, że usłyszane słowa w większości naszpikowane zostały jadem. Dziewczynie rzadko kiedy udawało się usłyszeć podobny ton... a może wręcz odwrotnie? Może nie zapisała takich doświadczeń w zeszycie, uznając zapewne, że nie jest to istotne, więc niepotrzebnie zapełniłaby kilka kolejnych linijek tekstu na jednej z wielu stronic jej zeszytowego skarbu, jednak Ewangelina wiele by dała, by ów skarb nie był czymś, od czego byłaby uzależniona. Wiemy jednak, że nie to było teraz jej priorytetem, zważając na zaistniałą sytuację, w której się znalazła. Dość niekomfortowej. Nie, to zbyt łagodne określenie.
Jadem przede wszystkim tryskały słowa dziewczyny, która jeszcze tak niedawno była kompanką Ewangeliny podczas dawania na ulicy getta skrzypcowego koncertu. Na zewnątrz szesnastolatka nie zdradzała żadnych emocji oprócz bezgranicznego strachu, jednak w środku szczerze podziwiała blondynkę. Za to, że mimo tragizmu sytuacji, była w stanie wydusić z siebie tak bezczelne odzywki, które z powodów dość oczywistych mogły jej już prędzej zaszkodzić, niż pomóc.  
Można uznać, że Ewangelina była tylko cichym obserwatorem zaistniałych wydarzeń. Jednak również jej bezpieczeństwo zawisło na włosku, co z pewnością urozmaicało jej pobyt w "rezydencji". Szkoda tylko, że pod względem negatywnym... próbowała znaleźć jakieś plusy tego, co się tutaj działo. Nie udało jej się. Może jakieś były (a jeżeli nawet, to z pewnością w nieznacznej liczbie), ale Ewangelina nie dostrzegała ich.
Teraz sytuacja zdawała się być coraz bardziej interesująca, kiedy pewien Strażnik Pokoju (o ile nim był) zareagował na słowa towarzyszki Ewangeliny. Nie wie dlaczego, jednak szesnastolatka lubiła obserwować słowne potyczki innych. Tak, słowne, tylko i wyłącznie. Uważała, że przemoc fizyczna to nie rozwiązanie. A do walki na słowa potrzebna jest inteligencja, zdolność przemawiania, oraz umiejętność nagłego przejścia na argumentum ad personam. Ów mężczyzna zaprzestał jednak dalszym potyczkom, by... odwrócić twarz w stronę panny Stirling. Dziewczynę aż oblał zimny pot. Była zdenerwowana i wystraszona. Zwłaszcza, kiedy wypowiedział to, co wypowiedział, sprawiło, że zrobiła się blada, co z pewnością było zauważalne. Niewykluczone, że już niedługo jej zwłoki na podłodze zostaną oblężone przez stado much. Wizja ta niemało ją przestraszyła, dlatego spełniła polecenie mężczyzny: dokładniej mówiąc, stała tak, nie zamierzając uczynić żadnego, chociażby najmniejszego kroku. Zazdrościła tamtej dziewczynie, która znalazła w sobie dostatecznie wiele odwagi, by zaczepić tego, który przecież w każdej chwili może wycelować lufę pistoletu w jej osobę i po prostu pociągnąć za spust, niezbyt przejmując się (zapewne kolejną) nic nie wartą ofiarą. W getcie roi się od takich przypadków, sama szesnastolatka - o zgrozo - doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nawet, jeżeli pozornie trudno w to uwierzyć.
A wydarzenia w pewnej zniszczonej rezydencji gdzieś na terenach pewnego miejsca w trakcie likwidacji, toczyły się swoim (niezbyt) monotonnym rytmem. Nie wszystko do niej docierało, jednak sama nie miała na to wpływu, nie wiedziała czy sama ma wpływ na to, co rozumie, a czego nie.
Czy to aż tak ważne?
Tak bardzo chciała, by to, co się tutaj dzieje, okazało się snem... jedynie jakąś grą. Tak niestety nie było i musiała się z tym pogodzić, chociaż trudno, żeby osoba taka jak Ewangelina zrozumiała, że nie ucieknie od złowrogiej rzeczywistości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Rezydencja Calanthe i Cecile Ross   

Powrót do góry Go down
 

Rezydencja Calanthe i Cecile Ross

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Thaddeus Ross/Red Hulk
» India Ross

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje :: Getto :: Mieszkania-