IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
willa Gerarda Ginsberga

 

 willa Gerarda Ginsberga

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: willa Gerarda Ginsberga   Sob Maj 09, 2015 8:54 pm

wykupiony alarm mieszkaniowy


odnowiona willa jednego z najpopularniejszych jubilerów jedynki (już świętej pamięci), oddalona od pobliskich zabudowań i miasteczek, wybudowana tuż przy dość rozległym lesie, relikcie niebetonowej przeszłości.

wnętrza w budowie!


Ostatnio zmieniony przez Maisie Ginsberg dnia Sob Maj 23, 2015 1:09 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Nie Maj 10, 2015 5:24 pm

Zapewne nie był jedyną osobą, która na słowo dom nie reagowała histerycznie, ale nie znaczyło to wcale, że to wyrażenie nie niosło za sobą określonych konotacji w jego życiu. Musiałby być osobą, która ma za sobą amnezję, by jego spojrzenie pozostawało nieskażone wizjami przeszłości, która właśnie przemykała mu przed oczami. Mrużył powieki przed palącym – pewnie po raz ostatni w tym sezonie – słońcem i przeżywał raz jeszcze wspinanie się po kamiennych schodach, na których zwykle zbierały się ptaki. Czekały na żer, pan domu często pozostawiał tutaj resztki po swoich trybutach i mógłby przysiąc, że niejednokrotnie w pyskach okolicznych, bezdomnych psów mógł dostrzec jakiś zabłąkany narząd wewnętrzny niedawnego człowieka, a teraz już trupa. Podobne, makabryczne obrazy były związane również z piwnicą, w której najczęściej przesiadywała jego matka. Ona natomiast wolała wykorzystywać płyny ustrojowe dziewcząt, które były na tyle nierozważne, że ufały jej spojrzeniu czarodziejki. Biedne, nie wiedziały, że za osobą niezwykle spokojną i dystyngowaną kryje się czarownica, która nawet teraz, po latach towarzyszyła mu w tej śmiesznej przeprowadzce, tak, że czuł jej ciepły oddech, który łaskotał jego jakże spracowany kark.
Zupełnie, jakby śmiała się mu do ucha z tego absurdalnego pomysłu, jakim była ucieczka z miejsca, którym była stolica. Kultowa dla ich rodu, najświętsze miejsce dla ich rodziny, która już dawno osiadła na starym cmentarzu, stając się tylko wspomnieniem. Nieważne, że jego ojciec jeszcze żył, ze krążyły plotki o jego siostrze – kolejnej do przerżnięcia – która robiła karierę w Violatorze, dla Gerarda brak matki wśród żywych był równoznaczny z zagaszeniem ogniska domowego i upadkiem całego rodu, który miał zostać niebawem wzbogacony o kolejnego członka. To w tym celu porzucał Kapitol, wyrzekał się jak niegdyś swojego dziedzictwa, czując, że to jedyny sposób, by przetrwać. Ta dewiza stanowiła od zawsze podstawę jego egzystencji. Niezależnie od zmieniających się rządów trwał i z pewnością nie powiedział ostatniego słowa, choć zamykał z hukiem za sobą etap bycia Kapitolińczykiem pełną parą.
Owszem, planował pracę stolicy, nie mógłby zostawić więźniów na pastwę jakiegoś formalisty, który nie wkładałby serca w ich przesłuchiwanie, ale to ten oddalony od cywilizacji i natarczywych spojrzeń budynek miał stać się jego domem. Tym miejscem, gdzie w ogrodzie będą biegać jego dzieci. Może nieco obolałe po zaspokajaniu każdej z wybujałych potrzeb ojca, ale nadal… To był całkiem sielski obrazek, który kontrastował z czerwienią krwi, płynącej ze skroni Maisie.
Uderzył ją jeszcze na progu, ustanawiając nową świecką tradycję, którą była czerwona ciecz spływająca po futrynie. Tak na dobry i właściwy początek ich wspólnego życia, w którym nie musiał przestrzegać głupich norm pani prokurator ani pilnować jej blizn przed nachalnym spojrzeniem brata. Mogli, mógł być szczęśliwy jak nigdy wcześniej, popychając ją jak zbędny mebel, który zawadzał mu wejście do swojej prywatnej świątyni.
Może i tak chciał ją właśnie widzieć, jak coś, co nadal może usunąć ze swojego życia, kiedy nadarzy się ku temu odpowiednia okazja, choć tak naprawdę wiedział, że jest inaczej i że pozostaje od niej uzależniony. Rozsądek podpowiadał mu, że do czasu, kiedy nie urodzi, choć nie był idiotą – wiedział, że dziecko już mogłoby przeżyć poza jej łonem i że oszukuje sam siebie, przeżywając znowu tę autentyczną radość, która towarzyszyła mu po zejściu do piwnicy, do matki, która wyciągała do niego białe ramiona, w których zatapiał zęby, czując ją aż do tkanki.
Na to samo miał ochotę teraz, kiedy łapał zakrwawioną dziewczynę na progu, unosząc podbródek do góry i wpatrując się w jej oczy, by dostrzec, że na pewno jest mu całkiem oddana. W tym była cała nadzieja, lalki nudziły mu się wyjątkowo szybko i był przekonany, że również tak będzie z jego ciężarną córką, której dzisiejszego popołudnia po raz pierwszy pokazywał dom. Ich wspólny, pierwszy, zupełnie jakby byli romantyczną parą, która wiła sobie gniazdko. Pełne krwi.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Nie Maj 10, 2015 7:16 pm

Świat za oknami pędzącego pociągu mijał szybciej niż na ekranie telewizora. Obraz za obrazem, ciąg przypadkowych wizualnych zdarzeń, sprawiających, że nie mogła oderwać oczu od ciemnego obramowania szyby. Najpierw futurystyczne srebro dworca, potem: podziemne tunele, wyprowadzające pociąg z miasta, zniszczone przedmieścia, gruzy a potem...pustkowie. Pojedyncze, ogołocone z liści, drzewa przecinały co jakiś czas listopadowy krajobraz, stanowiąc czarne przecinki na szarościach wzgórz i wielkich połaci burej trawy.
Ostatni raz podróżowała pociągiem mając niespełna pięć lat. Wtedy była to wycieczka triumfującej rodziny; wygodne fotele, kolorowe słodkości poustawiane na złotych stolikach, głośna muzyka, mnóstwo obcych ludzi i Malcolm, Malcolm z ciałem pokiereszowanego piętnastolatka i spojrzeniem weterana wojennego, pomagający jej stanąć na miękkiej kanapie tuż przy oknie. Wtedy po raz pierwszy widziała inny świat. Jakby poszybowała w kosmos, jakby odkryła alternatywną rzeczywistość, w której podstawowym elementem nie jest biały pył mąki a pokryty cekinami beton.
Teraz nie pamiętała tamtych godzin spędzonych w wyciszonym wagonie. Nie pamiętała odświętnie ubranej matki, nieco zdenerwowanego ojca, rozbrykanego rodzeństwa; nie pamiętała nawet odbicia swojej dziecięcej, nieco pulchnej buzi, w nienormalnie czystej szybie, za którą przesuwały się kolejne elektryczne ogrodzenia, fabryki, budki strażników. Im bliżej byli Kapitolu, tym dziwniejsze rzeczy ukazywały się jej zmęczonym oczom. Tamy zmieniały się w groźne morskie potwory, wieżowce – w wielkie młyny, a złote potoki miejskich świateł wydawały się morzem pszenicy.
Ten magiczny świat już nie istniał. Maisie przestała być dzieckiem i w niczym już nie przypominała swojej młodszej wersji. Przetrącono jej kręgosłup, przetoczono krew, przeszczepiono tkanki, formując ją w całkiem nową osobę. Podwójną, królewska liczba mnoga, spływającą na nią wręcz błogim spokojem. Opuszczała luksusowy apartament bez żadnej nostalgii, nie biorąc ze sobą żadnej rzeczy. Nawet jednej rośliny: wszystkie pozostały w ciszy oranżerii, pieczołowicie oznaczone koślawym pismem dziecka (od pięciu lat nie miała w ręku długopisu), gotowe do zabrania następnym razem. Nie wiedziała, czy ten następny raz dotyczy także jej samej; czy jeszcze kiedyś przesunie bosymi stopami po podgrzewanych płytkach kuchni. W ogóle nie zajmowało to jej myśli. Ani słów. Nie dopytywała o szczegóły, nie męczyła prośbami, nie denerwowała się. Oaza spokoju i zrozumienia, podszyta z trudem ukrywaną radością, kiedy złote wrota klatki zatrzasnęły się za nią bezpowrotnie. Z podobnym cichym sykiem, z jakim zamknęły się drzwi pociągu, w którym siedziała wyprostowana, z wzrokiem utkwionym w widokach za oknem. Ostre, nienaturalne słońce prażyło szare pozostałości jesieni, tuż obok czuła perfumy Gerarda, zajętego czytaniem książki, ale nie odwracała się w jego stronę, zaklęta w kinowym pokazie kolejnych krajobrazów. Podróż do tajemniczego dystryktu trwała krótko, a jakaś podświadomość Maisie mimowolnie przeliczała przebyte kilometry na dni swojej tułaczki. Ile zdołałaby teraz przetrwać w terenie? Ile tygodni zajęłoby jej przebycie gór na granicy z Dwójką? Czy w ogóle poradziłaby sobie tam, bez Gerarda, chociaż tydzień? Z dzieckiem w łonie, ze swoim synem, którego miała poznać już za półtora miesiąca? Odpowiedź była jasna, kiedyś – z pewnością bolesna, ale w obecnych okolicznościach wydawała się tylko kolejnym koronnym argumentem, wynoszącym Ginsberga ponad wszelkie archaiczne bóstwa. To on ją chronił, to on kupił jej ten nowy, szeroki, wełniany płaszcz, w który zawinęła się jak w puchowy szlafrok, to on zapewniał jej opiekę lekarską (w kieszeni trzymała czarno-białe zdjęcie Regisa z wczorajszej wizyty), to on okazywał jej największą czułość – na lewym policzku ciągle wykwitał lekko czerwony rumieniec po ostatnim uderzeniu – i w końcu: to on zapewniał jej prawdziwy dom.
Nie liczyło się już nic więcej, oprócz nich. Przebyty dystans, widmo Kapitolu, stacja w małym miasteczku, samochód, wąska droga, rząd iglastych drzew i…I w końcu dom. Ostre kontury wyrysowane promieniami ostatniego listopadowego słońca, kilka schodów, których pokonanie przychodziło jej z wielkim trudem, dębowe drzwi, oddech Gerarda na jej karku. Synestezja doznań, rozbłyskujących w jej pustych oczach nieznaną radością i tępym bólem. Nawet nie zmrużyła oczu i nie jęknęła, kiedy poczuła uderzenie i kiedy została wręcz wepchnięta przez próg – nowoczesna, brzemienna panna młoda? – przytrzymana w końcu stalowym uściskiem jego palców. W rękawiczkach.
Krew ściekała z jej prawej skroni, powoli, a ona…dalej się uśmiechała, po prostu, po raz pierwszy od miesięcy, odkąd została wciągnięta do celi kapitolińskiego więzienia. Uśmiech jednocześnie szalony i poddańczy, przerażony i bliski absolutnej, dziecięcej radości. Milion przeciwieństw i krew, która spłynęła jej z uniesionego kącika ust wprost na zęby, barwiąc je rozmytą czerwienią. Stała na palcach, szarpnięta do góry przez jego dłoń; nieporadna, pękata marionetka w za dużym płaszczu, moralnej sukience przyszłej matki i w brązowych botkach, ledwo sięgających obcasami podłogi. Czuła nadmiar emocji, pulsujących w jej ciele wraz z kolejnymi ruchami dziecka, wyczuwającymi napływ adrenaliny i endorfin…a może zwierzęcego przerażenia? Uratowanie z domu niewoli i przeniesienie do Ziemi Obiecanej stanowiło dla Maisie dalszy ciąg bajki, w jakiej od pół roku żyła, ślepa na podszepty o tragicznym końcu. Mogła go wyczytać z ostrego spojrzenia Gerarda, ale widziała (chciała widzieć) w nim tylko ocean poświęcenia i miłości. Chciała mu tyle powiedzieć, za tyle podziękować, za wiele przeprosić, ale najpierw próbowała przybliżyć się do jego ust, z nadzieją na kojący, namiętny pocałunek. Z krwią z rozbitej głowy, z bólem i tęsknotą.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Wto Maj 12, 2015 8:52 pm

Oprócz uderzenia nie wykonał żadnych gwałtownych ruchów i naprawdę podziwiał siebie za tę wrodzoną cierpliwość, która już pozwoliła mu przetrwać dzieciństwo Maisie, a teraz z takim samym poświęceniem znosiła okres ciąży. Bogaty w Gerarda na tyle czułego – według własnego mniemania, oczywiście – że robiło mu się niedobrze. Obawiał się, że jego córka do reszty postrada zmysły, będąc po raz pierwszy traktowaną niemalże jak człowiek. Wiedział, że nie ma gorszej krzywdy dla kogokolwiek jak wpychanie go na piedestał, na którym nie powinien stać. Był przekonany, że prędzej czy później dziewczyna potłucze się, kiedy wytrąci jej spod stóp podwyższenie i zostanie znowu śmiertelnikiem – ona, która została niemal policzona między anioły, bo sam bóg śmierci i życia (jej ojciec w jednej jedynej osobie) traktował ją z dużą dozą miłości.
Tej psychicznej. Fizyczna wydała mu się odległa, był tylko mężczyzną, a jego córka zamieniła się w jedną wielką opuchliznę, która raczej nie burzyła jego krwi. Nadal czuł do niej to samo – miłość i nienawiść w równym stopniu – ale obecnie był daleki od spełniania jej zachcianek natury erotycznej (jakby kiedykolwiek to robił!) i odsuwał ją kapryśnie od siebie, unikając pocałunku, którym chciała go obdarzyć. Na chwilę po zadaniu jej bólu, zamieniała się w masochistkę na haju, a on nigdy nie był dobry w zaspokajaniu jakichkolwiek potrzeb. Poza tymi swoimi, które teraz były skupione na odpoczynku. Nie skończył jeszcze książki i do niej planował się zabrać, zostawiając Maisie na pastwę nowego przybytku. Oczami wyobraźni już widział, jak zamienia się on w więzienie, w kafkowski sąd pełen biurokracji, labirynt Minotaura, w którym brakuje jednak Ariadny. To wszystko rysowało mu się pod powiekami, które mrużył pod wpływem słońca. Wpadającego tutaj przez otwarte drzwi.
Zamknął je z hukiem, czując się tak, jakby za jednym zamachem pozbywał się całej ich przeszłości, którą od tej pory miał przechowywać sam, schowaną głęboko w podświadomości, która sprawiała, że w pierwszym odruchu wyciągał rękę, by zadać jej ból. Dotkliwy, mógł ją kochać, mógł projektować jej śmierć i widywać w snach w całunie, a i tak nigdy nie czuł się tak pełny jak wówczas, gdy kuliła się pod wpływem jego ciosu. Tym razem jednak zadawał je dość rozmyślnie i to sprawiało, że był niesamowicie rozedrgany. Nie lubił kontroli, a zwłaszcza tej, którą narzucał sobie sam i która była skutkiem jego długotrwałych działań. Może dlatego stał się ekstremalnie milczący, odwracając się na pięcie i idąc prosto do salonu, którego wielkie okna wychodziły wprost na zaniedbany i dziki (takie lubił najbardziej) ogród.
Patrzył przez szkło na tyle długo, by zorientować się, że zabójstwo jubilera ręką żony opłaciło się i teraz posiadali istny raj na wyłączność, choć obawiał się, że Maisie nie będzie na siłach, by z niego korzystać w pełni. Był ciekaw, czy zdawała sobie sprawę z tego, że tak naprawdę po porodzie stanie się bezużyteczna i że tak naprawdę ciąża odmierza czas, w którym może cieszyć się przywilejem bycia dla niego ważną i akceptowaną. Pewnie dołożyłaby wówczas wszelkich starań, by pozbyć się rywala ze swojego łona i naprawdę bywały dni – zwłaszcza przy ostatniej rutynie – że brał taką opcję pod uwagę. Nic wielkiego, ot, zabicie pierworodnego przez matkę, która została ogarnięta szałem złości. Powtórzenie jego własnej historii, ale tym razem z odważniejszą kobietą, która nie waha się przystawić poduszki do główki niemowlęcia, bo wie, że to żmija na jej piersi i wkrótce zagarnie wszystkie jej zaszczyty. Tak samo postąpił z matką – nigdy nie sądziła, że to on stanie się powiernikiem szatana i jej bezpośrednią przyczyną upadku, że raz wskazane przez nią zło, stanie się jego filozofią i drogą ucieczki przed palącym i niegodnym każdego Kapitolińczyka pożądaniem Edypa, które wypełniało jego umysł. Wszystko przez i dzięki niej, kobiecie, o której myślał zdecydowanie za często ostatnimi czasy, stojąc przecież na progu doznania silniejszego niż każde, które dotychczas przeżył. Bycia ojcem dla swojej wnuczki.
Nawet genetyka nie mogła oprzeć się jego śmiałym planom i tylko to uczucie satysfakcji oraz wygranej sprawiało, że Maisie jeszcze dzieliła oddech z dzieckiem, które zwykł nie nazywać. Na wszelki wypadek, jego przesądność sięgała zenitu w ostatnich miesiącach, ale wiedział, że to już czyste szczęście, że to właśnie Randall jest podejrzanym, a nie on. O mały włos stałby się potępionym przez rząd. Brakowało tak mało, że zrobił wszystko, by w tym domu zapewnić wszelkie środki ostrożności. To również jego córka mogła poczytywać jako wyraz troski, ale daleko mu było od tak przyziemnych uczuć, kiedy odrywał wzrok od tafli szkła i spoglądał na krew.
- W tym domu popłynie dużo krwi. Mam serdeczne wspomnienia z Jedenastki– odezwał się w końcu, równie dobrze mógłby wziąć książkę i spędzić zapewne znacznie pożyteczniej tę godzinę czasu w nowym domu. Jeszcze nie uznał, ba, nigdy nie miał zamiaru uznać Maisie za równą sobie, by toczyć z nią swobodne dyskusje, ale nie miał innego wyjścia. – Mam nadzieję, że już nie widujesz swojego brata. Tego zdrajcę, Ralph już może nawiedzać cię tylko w snach – dodał, świdrując ją wzrokiem.
Chciał ją sam poinformować o jego śmierci, zobaczyć ten psychiczny ból, na który stała się odporna, co wcale nie przypadło mu do gustu. Powinna cierpieć, a nie uśmiechać się jak radosna młoda mama. Zapowiedź jutra mogła już wywołać u niej dreszcze, choć nie uprzedzał faktów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Sro Maj 13, 2015 4:49 pm

Przywykła do bycia odepchniętą, odsuniętą, oddzieloną wysokim murem. Nie tylko od ludzi ale też od Gerarda, zawsze pozostającego gdzieś poza zasięgiem, za niezwykle czystą szklaną szybą, o którą wielokrotnie uderzała, próbując walczyć z tęsknotą. Ginsberg, wbrew swojemu twardemu i logicznemu istnieniu na tej ziemi, należał do kompletnie innego świata, do Olimpu, do niebios albo innego przeklętego świata bóstw wszelkich religii, o których istnieniu nie miała pojęcia. Nikt nie był bardziej prymitywny - krew, pot, sperma, połamane kości - i zarazem nikt nie był równie ulotny, co jej ojciec. Skraplał się na jej ciele najbrudniejszymi płynami ustrojowymi, zostawiał po sobie bolesne siniaki i jak najbardziej fizyczne urazy, ale potem, w ciągu sekundy, znajdował się gdzieś dalej. Wyżej. Jak grecki, najwyższy bożek, stąpający po ziemi tylko na chwilę, ot, szybki gwałt na kapłance, pozostawienie po sobie zalążka syna-herosa i powrót do boskiej codzienności.
Maisie wielokrotnie próbowała złamać ten niewidzialny dystans. Bezskutecznie, chociaż moment, w którym poczuła śmiertelność Gerarda wydawał się jedynym wspomnieniem z tamtego okresu zarośniętej chatki. Czuła go w sobie, głęboko, wypełniało ją jego ciepłe nasienie, a sekundę później, bo zwiotczeniu mięśni, równie głęboko wbijała w jego ciało nóż i równie ciepła krew spływała po jej rękach. Uśmiechała się. Właściwie nie potrafiła przywołać wyrazu twarzy Ginsberga; po tym wydarzeniu pozostał tylko posmak tego całkowicie nowego triumfu, który nie został starty najgorszym bólem. Pokutowała za tamten przebłysk przez długie lata, ale...przecież to także należało do przeszłości, tej usuniętej razem z siatką blizn.
Teraz jej ciało w niczym nie przypominało tamtego zbioru poszarpanych tkanek; żadnych wystających żeber, głębokich blizn i sączących się ran. Higieniczna czystość ciężarnej, niezbyt zwinnej i atrakcyjnej, ale z pewnością: zdrowej. Zarówno fizycznie (ostatnia wizyta u lekarza uspokoiła ją całkowicie), jak i psychicznie. Wszystko się przecież układało. Po bolesnych rozstaniach, połączonych z wyimaginowanymi histeriami, nie został już nawet ślad. Rozpoczynała teraz nowe życie, na nowych – chociaż równie złudnych – zasadach, w nowym domu, z nowym członkiem szczęśliwej rodziny w drodze. Tylko Gerard pozostawał niezmienny, daleki, także w tym najbardziej przyziemnym znaczeniu, kiedy zostawiał ją samą w przestronnym przedpokoju. Z niedosytem i krwią, która powoli krzepła na jej twarzy. Nie wycierała jej; praktycznie nie zauważyła pulsującego bólu i łaskoczącej warstewki czerwieni na skroni. Za mocno fascynował ją dom. Pachnący, paradoksalnie, zużytą nowością. Wiedziała, że ktoś tu mieszkał, całkiem niedawno, ale powodowało to raczej musującą ciekawość niż obrzydzenie. Podłogi lśniły czystością, na ścianach nie widniała żadna rysa lub szary ślad, świadczący o niedawnym odsunięciu od niej regału z książkami. Chirurgiczna czystość. Świeżość. Frezje.
Przez krótką chwilę stała po prostu na środku przedpokoju, dalej uśmiechając się nieco nieprzytomnie, jakby Gerard wcale jej nie odepchnął. Wokół panowała cisza – żadnego szumu samochodów, rozmów, krzyków, odgłosów z korytarza, trzasku drzwi windy. Nic. Tylko cichy wiatr, szumiący w ostatnich liściach drzew, spadających na ziemię. Drzewa. Musiały być tutaj drzewa. Maisie nie wahała się nawet chwili, nie zaczęła mozolnie wspinać się po drewnianych schodach ani przeszukiwać kolejnych tajemniczych pokoi. Ruszyła do salonu, wiedziona tęsknotą nie tylko za Gerardem, ale też za widokiem, jaki rozpościerał się za wysokimi oknami.
Żadnej soczystej, majowej zieleni, żadnych kwiatów; wszystko w poplątanej, dzikiej szarości, ciemnej żółci i jasnym brązie. Ich kolory, kolory ich oczu, które odziedziczy ich syn. Była tego pewna, nawet w hormonalnym, radosnym otumanieniu, z jakim przyglądała się zarówno swojemu mężowi jak i zarośniętemu ogrodowi. Skupiając się początkowo bardziej na widoku za szybą, do której podeszła, mając świadomość, że porusza się wyjątkowo niezgrabnie, odchylona do tyłu, z dłońmi położonymi na wypukłym brzuchu. Podeszwy butów uderzały cicho o drewnianą podłogę, potem długie poły płaszcza ciągnęły się po dywanie, ale nie zwracała na to uwagi, wpatrzona w oczy Gerarda. Zmrużone, pogardliwe, zdystansowane; sprawiające ból, chociaż czuła, że dzisiaj nic nie jest w stanie jej skrzywdzić. Ani krew, ani wspomnienie o Ralphie, ani wizja Malcolma, stojącego bezradnie przy stoliku w Petit Appetite. W ferworze przeprowadzki i uderzeń po inwazji strażnika na ich mieszkanie, opowieść o ostatnim spotkaniu z bratem gdzieś umknęła, znajdując miejsce dopiero w tym nowym życiu. Bez demonów przeszłości, związanych z nią krwią, całkiem zaschniętą już na piegowatym policzku.
- Widziałam się z Malcolmem. Powiedział śledczym o nas – zaczęła powoli, równie spokojnie podchodząc do okna i przystając tuż obok Gerarda. Nie śmiała ponownie nawiązywać żadnego fizycznego kontaktu, zaplotła więc mocno dłonie na brzuchu, przekrzywiając głowę i skupiając się na obserwacji szarego, brzydkiego ptaka, przeskakującego po szarych gałęziach krzewów forsycji. Pierwsza fala paniki, związana ze zdradą Malcolma i krwią Ralpha, minęła bezpowrotnie. Tutaj czuła się bezpiecznie, chociaż nawet nie znała dokładnej nazwy miejsca, w którym miała założyć dom dla swojego syna. –Nie chcę go więcej widzieć. Wie o tym – dodała chaotycznie, acz pewnie, przenosząc wzrok z złotej szarości ogrodu na twarz Gerarda. Bardzo chciała, by ją dotknął, by przesunął ciepłymi rękami po napiętej skórze jej brzucha, ale głowa dalej pulsowała ostrzegawczo tępym bólem. Nie powinna się narażać. Miała za to inne, ważniejsze powinności, które czuła całą sobą, odwracając się już całkiem w jego stronę, spoglądając w jego złotobrązowe oczy zza kilku kosmyków ciemnych włosów, opadających jej na zakrwawioną twarz. – Dziękuję – powiedziała po dłuższej chwili milczenia, nie przestając się jednak uśmiechać. Gdyby nie zaschnięta warstewka czerwieni na piegowatych policzkach, mogłaby zagrać modelową radosną, oczekującą matkę, podekscytowaną urządzaniem nowego domu. Wszystkie niepewne podszepty – Czy wysłał ją tutaj na zawsze? Czy ma kogoś w Kapitolu? Czy chce ją od siebie odsunąć? Czy zagraża Regisowi? – przycichły na dobre, pozostawiając Maisie w różowym bezpieczeństwie miękkiej waty cukrowej. Zbyt słodkiej jednak, jak na czekoladowe wspomnienia, kojarzące się jej nie tyle z konkretnym gwałtem, rozpoczynającym jej kobiecą drogę, a z gwałtowną szczerością. - Zostaniemy tutaj razem? Na stałe? - spytała, bez wcześniejszego, kapitolińskiego rozedrgania. Konkretnie, spokojnie, z uśmiechem najwspanialszej córki na świecie, łaknącej kontaktu ze swoim ojcem.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Pon Maj 18, 2015 7:58 pm

Zawsze wydawało mu się, że nie różni się zbytnio od innych dzieci. Bogactwo nie było czymś ekscentrycznym w Kapitolu, rodzice jego kolegów (miewał takich?) również zachowywali się w specyficzny sposób, wszyscy rujnowali się dla trybutów i oddawali nierządowi jak owe córy babilońskie ze Starego Testamentu, więc tak naprawdę nie dostrzegał różnic, które pewnie zaczynały doskwierać jego sąsiadom. Musiał prędzej czy później dostrzec, że jego rodzice są traktowani inaczej od reszty. Może dlatego, że budzili respekt albo… zwykły i ordynarny strach. Mieszkańcy stolicy wiedzieli, że w swoim zepsuciu posunęli się o krok za daleko i jeśli znudzą ich dystryktowe ochłapy, to przyjdą po nich. Niesamowite, że już wtedy przypominało mu to pochód Jeźdźców Apokalipsy, którzy w stosownym dla siebie czasie wkroczą do miasta, pozostawiając za sobą jedynie zgliszcza, krew i panikę. Takie czarno – białe obrazy pełne grozy i cierpienia budziły w nim coś na wzór ekstazy, jaką święci osiągali na widok swojego bóstwa. Każdy przeżywał objawienie po swojemu – dla Gerarda były to te niezwykłe chwile, kiedy mógł triumfalnie pociągać wino (pomimo młodego wieku) z kieliszka i świętować fakt, że jest Ginsbergiem. W dawnym Kapitolu znaczyło to nie tylko to, że jest się królem – takich było wiele – ale że ludzie drżą na sam dźwięk tego nazwiska. Cudowne czasy, które budziły w nim słuszne rozrzewnienie. Dawno już nie przeżywał tego uczucia wyższości i odmienności.
Dobrze wiedział, że po początkowym przekonaniu, że jest jednym z wielu, odkrycie prawdy było jak łyk świeżego powietrza i objawienie najwyższego sortu, cud, który sprawił, że odtąd miał być człowiekiem pewnym swoich decyzji i planów, niezależnie od szaleństwa, które zawsze było ich domieszką. W różnym stopniu – niektóre przedsięwzięcia były tylko za śmiałe jak na ówczesne czasy, inne natomiast nosiły w sobie znamię niepoczytalności, ale żadne z nich nie zostało przez niego odrzucone. Miał prawo decydować o życiu jednostki, bo był ponad nią, wiedział, że wśród pospólstwa pełni rolę dominującą i każdy, kto to negował, mógł bezkarnie zginąć z jego ręki. Nie z powodu zemsty, tej brzydził z powodu emocji, które zwykle jej towarzyszyły, ale z powodu odwiecznego prawa. W którym to ludzie mądrzejsi i bardziej światli muszą prowadzić resztę za sobą, nie tłumacząc się jej. Przecież to domena winnych, a Gerard nie czuł się ani trochę skalany grzechem, nawet teraz, kiedy jego córka ocierała krew z podbródka, będąc z nim wysoko w ciąży.
Nie obawiał się również swoich myśli, które nasuwały mu śmiałe rozwiązanie tej sprawy. Wiedział, że instynkt podpowiadał mu pozbycie się dziewczyny – dorosła, może sprawiać coraz większe problemy – i pozostawienie dziecka, ale chwilowo postanowił go zlekceważyć, zajmując się budowaniem domu. Mogło to wydawać się jego słabością, jakąś wyrwą w idealnym systemie człowieka, którego nic nie jest w stanie złamać, ale tak naprawdę chodziło o względy typowo praktyczne. Gerard doskonale zdawał sobie sprawę, że zabójstwo Maisie nie przeszłoby bez echa i że kapitolińskie władze prędko wykorzystałyby jego słabość, by móc go dopaść. To zabawne, że jego córka trzymała się życia na tak cienkiej linii, jaką była wrodzona ostrożność ojca. Wiedział, że pożałowałby jej mordu – nawet najbardziej wyszukanego i bolesnego, oczywiście w towarzystwie Regisa, by nauczył się świata szybciej niż chodzenia – ale nie umiał oprzeć się pokusie wyobrażania sobie tego faktu. Musiał wiedzieć, że jest w stanie to uczynić, gdyby jego córka postanowiła sprzeniewierzyć się zasadom, które wpajał jej wraz z krwią, którą upuszczał tak często, że miał wrażenie, że Ginsbergówna zamieniła się w bladego wampira bez życia. I bez duszy, tą wyssał z każdym pocałunkiem, smakując metaliczny posmak czerwonej cieczy, która łączyła ich silniej niż jakakolwiek historia. Nie mogła wyprzeć się genów, nie był dla niej Randallem, którego mogła odrzucić w mgnieniu oka, będąc przekonaną, że zagraża jej dziecku.
Słusznie, nie wiedziała jednak, że według Gerarda robiła to samo. Pozostawiał to jednak za zasłoną wielkoduszności, z którą podawał jej sygnet do pocałowania.
- Nie rozumiem, czemu musiałaś to sprawdzić – stwierdził z naganą, odsunął kapryśnie dłoń, podbijając jej oko jednym zgrabnym ruchem i czekając aż przestanie zachowywać się jak popsuta zabawka, która nie reaguje na polecenia pana. Obecnie była chyba zablokowana na uczucia, niegdyś posuwał się w manipulacjach do gmerania w jej emocjach, ale obecnie wolał obserwować jej kryzysy i reagować na nie tak, by wariowała bardziej. Jej zdrowie psychiczne było niebezpieczne dla ich szczęśliwej rodziny, która właśnie rodziła się w bólach – jeszcze niedosłownie, ale już niedługo – i była odporna na wszelkie podszepty ludzi niższej rasy. Jak jej ukochany brat, którego sprowadzili wspólnie do roli zdrajcy i Gerard mógł tylko zacierać ręce i planować zabranie jej na egzekucję. Nie teraz, obecnie łapał ją za podbródek łapczywie i zlizywał krew z warg, gryząc je nadal do nieprzytomności. Nie było w tym grama miłości, sympatii czy wspólnoty dusz, ot, czysta gra zmysłów, która wymagała zagarnięcia jej całej i rozebrania raz jeszcze. Psychicznie, fizycznie, tak, by uformować ją na nowo.
- Tak – dlatego odpowiedział na jej pytanie, a ona mogła już pojąć, że najgorsze właśnie nadchodzi wielkimi krokami i jest już na wycieraczce ich wymarzonego szklanego zamku, w którym zamknie ją z ochotą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Sro Maj 20, 2015 9:15 am

Cisza, w której się wychowała i za którą chorobliwie tęskniła w głośnym Kapitolu, teraz wydawała się być nieco obezwładniająca. Odkąd przekroczyła próg domu nic nie wprawiało ją w zdenerwowanie: żadnych klaksonów, szumu pojazdów, niechcianych głosów. Przejście z epicentrum hałasu do kompletnej pustki było nieco szokującym doświadczeniem; za duża dawka lekarstwa otumaniła Maisie, chociaż nie było to otumanienie nieprzyjemne. A może to wstrząs mózgu po uderzeniu? Bezwiednie przesunęła palcami po rozciętym łuku brwiowym, nie przestając się uśmiechać, jakby Gerard zaprogramował to konkretne uniesienie kącików ust jako stały element nowego domu. Nie chciała z tym walczyć. Po raz pierwszy od dawna - odkąd sięgała wybiórczą, rozdartą pamięcią - czuła spokój. Kompletny wewnętrzny spokój. Żadnych trosk o ból przy porodzie: przecież radziła sobie z większym dyskomfortem. Żadnego strachu o zdrowie dziecka :fantomowo czuła ciepło, bijące od wydruku z USG, schowanego w kieszeni płaszcza. Żadnego przerażenia, niepokoju, poddenerwowania. Wszystko szło zgodnie z planem Ginsberga, zgodnie z jego słowami; nigdy nie złamał swojej obietnicy, mogła więc zaufać mu bezgranicznie, oddając w jego mocne dłonie nie tylko swoje życie, ale i życie swojego dziecka.
Ich dziecka. Te określenia coraz częściej się jej rozmywały, ale nie dlatego, że rościła sobie jakieś nadzwyczajne prawa do Regisa, odtrącając Gerarda. Po prostu po raz pierwszy ktoś należał do niej i od niej zależał. Normalni ludzie mieli znajomych, dobrych przyjaciół, rodzeństwo: Maisie całe dotychczasowe życie spędziła jako czyjaś własność, i perspektywa posiadania najbliższej osoby, którą będzie kochała bezwarunkowo, z wzajemnością, wydawała się jej niesamowitym cudem. O ile miesiąc wcześniej wariowała ze strachu przed rozwiązaniem, to teraz niecierpliwie wyczekiwała terminu porodu, chcąc dotknąć delikatnej skóry Regisa, pocałować jego mikroskopijne paluszki i poczuć ciężar bezbronnego ciałka. Podobno przedawkowanie endorfin i naćpanie oksytocyną przychodziło dopiero w momencie powitania dziecka na świecie, ale Maisie czuła się w ten sposób już teraz, jakby wejście do nowego domu było jednoznaczne z rozpoczęciem całkowicie innego etapu życia.
Zawsze marzyła o rodzinie. O swojej chatce daleko od zgiełku miasteczek, o własnym ogrodzie, o sypialni z widokiem na korony drzew. Dwadzieścia lat bolesnego czekania spełniało się niesamowicie szybko. Jeszcze rok temu błąkała się po Ziemiach Niczyich z naiwną nadzieją na to, że Malcolm...nie, właściwie nie pamiętała nic z tamtego okresu. Z każdym dniem spędzonym z Gerardem, traciła bezpowrotnie tamte wspomnienia, wypierając z pamięci moment ucieczki z Trzynastki, ludzi napotkanych podczas tułaczki i wszystkie myśli, które w tamtym okresie ratowały jej życie. Teraz to wszystko znikało, wprawiając Maisie w stan katatonii nowego rodzaju. Tego szczęśliwego, spokojnego, wręcz momentami majestatycznego. Z pokorą przyjmowała krytykę i uderzenie, kiedy ledwie musnęła ustami chłodny pierścień. Znów ból, szybsze bicie serca i...psychotyczny uśmiech, jakby każdym ciosem Gerard wyznawał jej największą miłość i przywiązanie. Tak przecież było; nigdy nie poruszali się po rejonach słów, a jeśli już te największe wybrzmiewały, tym bardziej cierpiała. Budząc się w prowizorycznym jedenastkowym szpitalu.
O tym, paradoksalnie, chciała sobie przypominać. W głowie miała początek kłębka, jakieś niewyraźne obrazy, które mogły doprowadzić ją do środka labiryntu manipulacji, ale na razie stała niepewnie w progu, zastanawiając się, czy ta podskórna chęć świadomości nie jest marzeniem samobójczyni. Kiedyś bez wahania pobiegłaby w ciemność, ale teraz myślała i decydowała za dwoje. A właściwie za troje; tworzyli przecież rodzinę idealną. Ojciec całujący matkę swojego dziecka; co z tego, że do krwi, co z tego, że jego palce wbijały się boleśnie w jej żuchwę. Na taką czułość przecież liczyła, wyrywając się niecierpliwie do pocałunku. Nieco niezgrabnie, brzuch przeszkadzał w bliskości, ale i tak nie mogła czuć się lepiej, kiedy obiecał, że z nią zostanie. Ostatnia niewiadoma została rozwiązana i mogła już oswajać ten nowy budynek, zamieniając go w dom.
Najchętniej wtuliłaby się w szerokie ramiona Gerarda - prymitywne odruchy kobiet tuż przed rozwiązaniem? - ale spokój ducha nie zniszczył wpojonych zasad. Mogła więc tylko całować go, szybko i gwałtownie, czując rosnące z każdą chwilą podekscytowanie. Chciała zobaczyć każdy pokój domu, przejść się po ogrodzie i zniknąć w listopadowym lesie tuż za ogrodzeniem. Nie mogła być bardziej szczęśliwa.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Nie Maj 24, 2015 11:54 am

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Nie Maj 24, 2015 1:00 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Nie Maj 24, 2015 5:43 pm


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Nie Maj 24, 2015 8:07 pm



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Sro Maj 27, 2015 7:15 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Czw Maj 28, 2015 10:30 am



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Sob Maj 30, 2015 10:44 am


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Sob Cze 13, 2015 1:54 pm

| jakiśczaspo

Nie potrafiła powiedzieć, ile czasu minęło. Dni dłużyły się w całe epoki; nieskończone, ciężkie, przerażające. Łańcuch godzin z najgorszego koszmaru, owijający się wokół jej szyi szorstkim sznurem, raniąc skórę do krwi i nie pozwalając na wzięcie głębszego oddechu. Cały czas na palcach, balansując na krawędzi krzesła, z wzrokiem wbitym w sosnową belkę, na której wisiała. Statyczny danse macabre jednej niemej aktorki, ucharakteryzowanej na wychudzoną szesnastolatkę z włosami upiętymi w ciasne warkocze, udekorowane krwiście czerwoną wstążką. Z każdą minutą coraz więcej kosmyków wyswobadzało się spod kokardy, przysłaniając sztucznie czarne rzęsy, pasujące raczej taniej prostytutce niż smętnej baletnicy z sinymi od nacisku palcami stóp, wygiętymi pod nienaturalnym kątem. Mogła chwiać się na tej granicy w nieskończoność, czując włosy przyklejające się do jej twarzy potem i krwią. Zaschnięta, obrzydliwa warstwa, spierzchnięte usta, wyschnięty naskórek i kompletna pustka wokół. Żadnych zapachów, obrazów, bodźców – tylko monotonny dźwięk trzeszczącego krzesła pod stopami i ocieranie się sznura o sufitową belkę. Jej własny oddech stawał się niesłyszalny, tak samo jak pulsowanie krwi w żyłach; kompletna próżnia, bez czasu i bez jakichkolwiek wskazówek co do jej zakończenia. Trwały, rzeczywisty koszmar.
Przerwany dopiero po tygodniu – miesiącu? godzinie? – przez kompletny przypadek. Zmęczone dłonie nie mogły już zaciskać się kurczowo na sznurze owijającym szyję; opadły bezwładnie, muskając chłodne ciało. Bok piersi, wystające żebra, w końcu napiętą skórę brzucha. Płaskiego brzucha. Wystarczyła chwila, by zrozumieć i uporządkować nagle zbierające się myśli, objawiające się w końcu przeraźliwym wrzaskiem.
To własny krzyk obudził Maisie w kolejnym chaosie. Już rzeczywistym, sterylnego domu, wygodnego białego łóżka i jasnego sufitu, w niczym nie przypominającego prowizorycznego jedenastkowego baraku. Nie zostało już nic po tamtej ciszy, po tamtej balansującej na krawędzi powieszenia dziewczynie, po bolesnej ciszy. Tylko wrzask zdzierający gardło, potem echo, odbijające się od pustych ścian w pokoju, w końcu podeszwy butów, uderzające o drewniany parkiet.
Niewiele pamiętała. Tylko ból, do którego przecież przywykła, a który i tak zaskoczył ją swoim wyrafinowanym nasileniem. Do tego rutynowa mieszanka z przeszłości, strach, upokorzenie, palące przerażenie. Recepta na bierne posłuszeństwo, wzbogacona zastrzykami ze środkami uspokajającymi. Nasennymi, utrzymującymi ją w najgorszym stanie półsnu, gdzie koszmary wydawały się najbardziej realne. Mogła więc widzieć swojego siedmioletniego syna, wiszącego na sznurze tuż obok niej; zagubionego w środku lasu; przybitego gwoździami do wysokiej jabłoni tuż za ogrodzeniem Dystryktu. Często Regis miał dorosłą twarz Ralpha, siedzącego w nogach jej łóżka i uśmiechającego się szeroko. Bez słowa; te sama mogła dopowiedzieć. Jego ostatnia wizyta w kapitolińskim apartamencie wydawała się jedynym żywym wspomnieniem. Pamiętała dokładnie dotyk jego dłoni na swojej szyi i brzuchu. Teraz pustym, płaskim, bezużytecznym. Bez żadnej blizny, bez żadnego znaku, że jeszcze dwa tygodnie temu (pół wieku?) nosiła w nim dziecko. Cuda kapitolińskiej chirurgii plastycznej albo psychologicznej manipulacji Gerarda.
Myśl o nim wywoływała niepowstrzymane mdłości. Właściwie odkąd się obudziła, jej ciało zdradzało ją na każdym kroku. Przez pierwszych kilka dni mogła tylko wyć w poduszkę, zagryzając zębami bawełniany materiał: z bólu, z nienawiści, ze strachu, z tęsknoty. Nie obchodziło ją obojętne spojrzenie lekarza przy kontroli, nie przejmowała się zamkniętym pokojem, w którym ją umieszczono. Wszystko, co wiązało się z jakimikolwiek uczuciami, znajdowało się za drzwiami. Nie wiedziała jak daleko, ale widziała, że Regis żyje. I że musi wrócić do niego jak najszybciej.
To dla niego udało się jej opanować słabość ciała i poszarpanej na strzępy psychiki. Tylko szantaż nowonarodzonym dzieckiem zadziałał i tylko dlatego powoli wracała do życia, zostawiając za sobą bezdenną rozpacz, nie pozwalającą jej wstać z łóżka. Dni zlewały się jej w jeden wręcz maszynowy ciąg: histeryczny szloch, wizyta lekarza, jej ślina na jego twarzy- jego pięść na jej, jeszcze więcej szlochu, bólu i wyrwanych włosów, zaściełających jej białą pościel brązowymi nitkami żył. Znów chwiała się na krawędzi, tym razem nie krzesła a studni, spoglądając w dół i licząc fugi cegieł, oddzielające ją od wilgotnej czerni. Krok do tyłu, jedna myśl, ułamek sekundy i ruch mięśnia. Ciągle jednak była tchórzem. Albo była niemożliwie odważna, kontynuując balansowanie na ostrzu noża. Dla Regisa.
Którego miała dziś zobaczyć. Tylko to się liczyło, w głowie miała tylko tą jedną, pulsującą myśl, z jaką posłusznie wysiadała z samochodu, chwiejnie idąc po kamiennej ścieżce w kierunku domu, jaki niecały miesiąc temu oglądała po raz pierwszy w stanie ekstremalnego szczęścia. Nie pamiętała już tego; kompletne wykarczowanie pamięci krótkotrwałej i bolesny powrót do czasów bezpiecznej katatonii, oddzielającej ją grubą watą od koszmaru. Bierna, posłuszna, autystyczna kobieta w samej szarej sukience, o szarej twarzy i szarych, zmarzniętych dłoniach, zaciśniętych w pięści. Oddychała chrapliwie, pewna, że gdy zobaczy Gerarda zacznie wrzeszczeć i już nigdy nie przestanie, jednak ześlizgując się z omszałej krawędzi studni w czyste szaleństwo.
Na razie jednak utrzymywała równowagę, walcząc z obcym ciałem. Wychłodzonym, obcym, z boleśnie pełnymi mleka piersiami i fioletowym cieniem siniaka, ciągnącym się po prawej stronie jej twarzy, ledwo przykrych nieuczesanymi włosami. Zgodziła się na wszystko, na skrajne posłuszeństwo, na milczenie, ale przy każdej próbie dotyku ze strony Fredericka wpadała w szał, kończący się kolejnymi uderzeniami. Teraz było lepiej, bezpieczniej; powietrze pachniało już zimą i ostrymi igiełkami wślizgiwało się pomiędzy jej rozchylone usta, niedomknięte jak u przykładowej wariatki, chwiejnie wchodzącej na schody podestu szubienicy.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Nie Cze 14, 2015 11:53 am

Zasnął. Nie dostrzegał podobieństwa do siebie, ale wiedział, że to z całą pewnością jest jego syn. W genetyczne badania wierzył niemal jak w Ewangelię, choć nie medycynie zawierzał potomka swojego rodu. Zgodnie ze starymi rytuałami oddał go siłom Natury, niemal z synowskim rozrzewnieniem przypominając sobie, jak groził podobnymi praktykami swojej matce, gdy była już nieczysta i brzemienna. Posiadała jednak wrodzony instynkt samozachowawczy, który ochronił jej (ich?) nienarodzone dziecko przed losem owocu kazirodczego związku. Tej cechy zabrakło Maisie, która obecnie przebywała na wygnaniu i niewiele obchodziła Ginsberga. Przynajmniej powierzchownie, nie skupiał się na szukaniu z nią kontaktu i nie wydawał szczegółowych instrukcji swojemu przyjacielowi, który miał doprowadzić ją do porządku po bolesnym (o to akurat zadbał) porodzie. Wydawało się, że jej wątłe ciało straciło na wartości po wydaniu na świat dziecka. Przestało być świątynią, drogocennym naczyniem i równie dobrze mógłby nakarmić nią swojego syna, dając w ten sposób upust swoim rozszalałym instynktom, które znowu domagały się nowych rytuałów. Nie robił jednak niczego, by zaburzyć idyllę jesiennego (niemal zimowego) popołudnia, kiedy w kołysce chwiał się jego cały świat, śpiący i uśmiechający się jeszcze całkiem bezwiednie. Do aniołów, tak mawiała ta śliczna kobieta, która pomagała mu w opiece nad Regisem i która zastępowała Maisie w każdym aspekcie. Mógłby przysiąc, że to jej dziewicza krew zabrudziła podłogę nowocześnie urządzonego domu, ale nie zamierzał już o tym myśleć. Te kilka tygodni minęło mu pod znakiem przemiany.
Nie stawał się ojcem po raz pierwszy, owszem. Dobrze pamiętał o biologicznym powiązaniu z matką swojego dziecka, ale Regis stanowił dla niego wyzwanie ze względu na fakt, że po raz pierwszy obcował z czymś tak kruchym i nieporadnym… a także – co przyznawał niemal z bólem serca – całkowicie bezużytecznym. Przynajmniej na razie. Musiał jeszcze sporo poczekać, tak naprawdę Regis chwilowo był dla niego tylko bibelotem, na który zwracał uwagę ze względu na jego rosnące potrzeby i na przyszłość, która rysowała się mu wyjątkowo jasno przed powiekami, ale daleko mu było do zachwytów świeżo upieczonego tatusia, który pochyla się nad kołyską dziecka w zachwycie.
Takie zachowania należały do krainy baśni, w których maleństwo roztopiłoby lód w jego sercu, sprawiłoby, że fragment szkła podrzucony przez złego czarnoksiężnika wypadłby mu z oka, przyniosłoby wiosnę w potwornie zimnym królestwie i głód należałby do przeszłości. Mogłoby również zamienić swojego ojca – Bestię w Księcia, który oczekiwałby swojej wybranki z głośnym biciem serca i obietnicą, że teraz wszystko się ułoży. Będzie sielsko i anielsko, a wraz ze śmiercią zimy pojawią się pierwsze róże w ogrodzie. Uwielbiał projektować takie historie, kochał się w nie wczytywać, właśnie po to, by umieścić Maisie w samym środku tej krainy, a potem znowu strącić ją do otchłani, w której ukazywał swoje prawdziwe oblicze. Człowieka, który dbał o nią po swojemu i robił wszystko, by wiecznie znajdowała się na granicy obłędu.
Przy porodzie również o to zadbał, a odsunięcie od dziecka było niemal taktycznym posunięciem, które teraz miało przynieść oczekiwane skutki. Dlatego czekał na jej powrót, dbając o to, by kołyska z ciałkiem – bo przecież umysł nadal znajdował się w gościnnych objęciach Morfeusza, który zwłaszcza upodobał sobie dzieci – była położona blisko niego i to właśnie on wydawał pozwolenie na dotyk matki. Wszystko miało przebiegać na jego zasadach, Maisie nie mogła przecież uwierzyć w to, że pozwoli jej bezkarnie zajmować się jego synem, na to nigdy nie była zbyt godna.
- Mam nadzieję, że nie przyniosłaś mi wstydu – rzucił w ramach przywitania, cicho, ale na tyle dobitnie, że musiała zadrżeć nie tylko z zimna. Miał nadzieję, że Frederick przerżnął ją tak, że nie będzie w stanie poruszać się o własnych siłach, ale najwyraźniej ten głupiec wykazywał się dużą porcją litości. Niepotrzebną, to tylko uczyło jego córki bezkarności i braku pokory, która była niezbędna do przetrwania w krainie baśni Gerarda Ginsberga. Tej jedynej ze złym zakończeniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Nie Cze 14, 2015 3:29 pm

Pokonywała kolejne drewniane stopnie, progi i parkiety z wrogiem wbitym w podłogę przed sobą, jakby pokierowanie spojrzeniem chociaż odrobinę wyżej, miało skończyć się nagłym oślepieniem. Czystością ścian, kolejnymi meblami, stojącymi w niewłaściwych miejscach, obrazami w zbyt złotych ramach, pierwszym zaciekiem od wina, zaschniętym na bogato zdobionej tapecie. Małe zmiany, oznaczające, że tutaj, w jej do niedawna bajkowym domu, ktoś żył, ktoś egzystował i ktoś dotykał jej dziecka. Szybciej niż ona sama mogła go chociaż zobaczyć.
Z każdym krokiem robiło się jej coraz zimniej a obolałe ciało stawało się jeszcze bardziej drżące i niepewne. Musiała przystanąć przy stalowej balustradzie, zaciskając na niej sine dłonie. Z trudem łapała pełny oddech - gorzkie wspomnienia sprzed miesiąca, kiedy to kiełkujące pod jej sercem życie utrudniało oddychanie. Każdy taki przebłysk przeszłości powinien sprawiać psychiczny ból, ale wcale tak się nie działo. Poziom rozpaczy osiągnął poziom krytyczny; wyżej nie kryło się już nic, co mogłoby wstrząsać Maisie bardziej niż obrazy podsuwane jej przez realny koszmar.
Spacerowała teraz przecież po prywatnym domu strachu. Parkiet trzeszczał pod jej stopami, kiedy w końcu, prawie z obłędem i po omacku, przekraczała drzwi pokoju przeznaczonego dla Regisa. Nie potrzebowała żadnej motywacji, głębokich rozmyślań czy szczękania zębami ze strachu. Nic nie było w stanie podarować jej bardziej intensywnego cierpienia niż to, jakie opanowało świat Mai przed ponad dwoma tygodniami, kiedy to dziecko zostało brutalnie wyrwane z jej ciała. Nie czuła jednak fantomowo napiętej skóry brzucha, nie czuła pulsującej pustki: cała była wyłącznie zwierzęcym pragnieniem ochronienia swojego syna, niezależnie od ceny, jaką przyszłoby za to zapłacić. Chociaż nie miała przecież nic więcej do oddania, ogołocona ze wszystkiego. Z własnej woli, myśli, dostępu do własnej fizyczności, decydowania o sobie. Każdy oddech zawdzięczała Gerardowi i nienawidziła go w tej chwili najmocniej na świecie.
Tak mocno, że kiedy przekroczyła próg pokoju i usłyszała jego głos, podniosła wzrok z poziomu podłogi, wbijając spojrzenie prosto w jego oczy. Wyglądała okropnie, szaro, krucho, żałośnie, jak półżywe zwierzę, rozwleczone na rozgrzanym asfalcie pustej drogi. Jednak z podobnym, pełnym ognia wzrokiem. Jej oczy wcale nie były puste i obojętne, jak zawsze, kiedy wpadała w poddańczą katatonię, wręcz przeciwnie, zdradzały niespotykaną od dłuższego czasu trzeźwość. Płonącą żywym ogniem nienawiści i miłości; groteskowe, literackie skrajności, przeżerające się przez wykończone ciało i pozostawiające za sobą tylko rdzę. Mógł zobaczyć w jej oczach odbicie dawnej Mai, jeszcze nieoswojonej, z zapowiedzią dzikości, rozwijającej się z czerwoną wstążką, przyozdabiającą jej długie włosy. Słodka przeszłość, skrajne posłuszeństwo i nóż wbity pod jego żebra.
Taktyka spalonej ziemi, jaką przez tyle lat kierował się Gerard, zawsze przynosiła skutek. Trwała jednak może zbyt długo a może to ostatnie uderzenie okazało się za silne; z każdą sekundą separacji od swojego dziecka z psychicznych popiołów Maisie wyrastała jeszcze niewyartykułowana i nieuporządkowana świadomość. Pierwszy stopień do totalnej zagłady, krwawej zemsty albo męczeńskiego oddania; nie wiedziała jeszcze, w którą stronę zmierza. Poruszała się bardziej po omacku, czując się tak, jak wtedy, kiedy od pierwszego gwałtu minęły dwa lata i w końcu mogła patrzeć mu prosto w oczy bez wrzasku ze strachu. Co nie oznaczało natychmiastowego buntu; od wojującej wściekłości niebezpieczniejsze było obudzenie się z wieloletniej śpiączki i świadome odsłanianie karku.
Nie odpowiedziała na jego słowa, kiwnęła tylko głową, czując, że kompletnie zaschło jej w gardle, kiedy tylko przesunęła wzrok tuż obok, na drewnianą kołyskę z jasnego sosnowego drewna, bujającą się powoli na ciemnych deskach parkietu. Gwałtowne ściśnięcie w dole brzucha, drżące ręce i przyśpieszony oddech zaszczutego zwierzątka, nastroszonego i szarpiącego się na smyczy. Wyrywała się do dziecka, którego z tej odległości nie mogła nawet zobaczyć, ale nie zrobiła nawet jednego kroku w tamtą stronę, przytrzymywana wyuczonym posłuszeństwem. Perfekcyjne wyszkolenie, przezwyciężające instynkty – Maisie bliska była jednak prymitywnego, żałosnego pisku, nie wyrywającego się jednak spomiędzy jej spierzchniętych, bladych warg. Mogła tylko czekać, ciągle z paznokciami wbitymi w wnętrze dłoni, bolącymi piersiami i mięśniami napiętymi jak do morderczej walki a nie do najnaturalniejszej rzeczy pod słońcem, jaką było dotknięcie miękkiej skóry swojego dziecka.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Nie Cze 14, 2015 6:02 pm

Wiedział, że ryzykuje wiele i lekarz odradzał mu jak tylko mógł ten przyśpieszony poród, ale zbyt długo czekał na ziszczenie swoich marzeń, by pozwolić sobie na bezmyślnie trwanie w tej gorączce. Zdawał sobie sprawę, że rozruchy niepodległościowe ze strony Kolczatki mogą uderzyć w niego w każdej chwili, wśród popleczników Adlera również nie brakowało ludzi, którzy byli skłonni wbić mu nóż w pierś przy najbliższej okazji i to wcale nie była metafora. Krąg jego nieprzyjaciół zacieśniał się wokół niego wolno, ale niezwykle skutecznie i musiał działać szybko, jeśli chciał jeszcze zobaczyć swojego syna. Nie, nie bał się śmierci, nie brał jej nawet pod uwagę – był na to zbyt sprytny – ale wiedział, że wkrótce może nadejść czas, kiedy ewakuacja z Kapitolu stanie się jedynym słusznym rozwiązaniem. Nie tylko dlatego narażał dziecko na nienaturalne narodziny. Maisie stawała się znowu rozpieszczonym bachorem, który dryfował po powierzchni świadomości, próbując w dziecięcy sposób wytłumaczyć sobie bolesną miłość ojca. Musiał wyrwać ją z transu, a także musiał sprawić, by znowu poczuła się zdyscyplinowana i oddana mu całkowicie. Swojemu ojcu i władcy, nie dziecku, które na razie przypominało amebę z kończynami i wymagało nieustannej troski.
Którą otrzymywało, owszem. Mogła zauważyć od razu, że jego kocyk jest czysty i puszysty, że za ubranko na jego ciałku mógłby najeść się cały Kwartał, a kołyska była wykonana z dobrego rodzaju drewna i wyścielona tak, by nie mógł uderzyć potylicą o twarde podłoże. Wszystko po to, by jego dziedzic mógł bezpiecznie wyrosnąć z okresu zależności od rodziców i mógł traktować matkę tak jak robił to Gerard przed laty. Z oddaniem i rosnącą nienawiścią, która brała się z przekonania, że kobiety są niczym i jedyne, co im przysługuje w toku zażartej walki gatunków to tylko i wyłącznie rola podnóżka dla mężczyzny. Nie zamierzał przekazywać mu szacunku do chwiejącej się jak pod wpływem substancji psychoaktywnych matki, która wreszcie patrzyła na niego przytomnie.
Mogłoby dotrzeć do niego w tym momencie, że popełnił kolosalny błąd i naostrzył na siebie miecz Damoklesa, który unaocznił się w spojrzeniu Maisie. Pełnym nienawiści, takim, które zwiastowało kolejne nieposłuszeństwo. Mogłoby, ale Gerard był zachwycony tym wyrwaniem się ze schematu uległości i niemal nie uniósł się, by dać jej pretekst do ataku. Samobójczego, już słyszał dźwięk czaszki, która rozbijałaby się po kamiennych schodkach ich uroczego domku – już nie chatki – ale chwilowo musieli załatwić ważniejsze kwestie, więc kapryśnie ujął dziecko w swoje ramiona. Białe zawiniątko, które nauczył się trzymać pomimo skórzanych rękawiczek, które oplatały jego dłonie jak druga skóra.
- Zasłużyłaś, żeby go dotknąć? Nie widzę, żebyś mnie powitała – zauważył dość niefrasobliwie, nadal ściskając w ramionach jej syna, którego zagarniał dla siebie i którego używał jako przedmiot szantażu na matce. Mogła się przekonać, że od jej zachowania uzależniona jest cała relacja z Regisem, który przebudził się i spojrzał na nią ich oczami, równie dzikimi, choć jeszcze na tyle niewinnymi, że nie przypominały groźnych w spojrzeniu miodowych tęczówek Gerarda.
Teraz utkwionych w córce, która miała wybór.
Mogła żyć z nimi albo zostać strącona z ich domu do wiecznego zapomnienia, gdzie nawet jej imię nie zostanie powtórzone jego synowi. Nie musiał pamiętać takiej matki, Ginsberg nigdy nie pozwoliłby, by zajmowała się nim tchórzliwa kretynka.


Ostatnio zmieniony przez Gerard Ginsberg dnia Nie Cze 14, 2015 8:06 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Nie Cze 14, 2015 7:00 pm

Nie zamierzała zostać nagłą buntowniczką, której nagle, brutalnie, otworzono oczy na prawdziwą twarz swojego opiekuna. Do tego stanu było  jej niezmiernie daleko i nic nie zapowiadało, by ta chwiejna fatamorgana miała niedługo pojawić się na horyzoncie zdarzeń Maisie. Po prostu w porównaniu do stanu całkowitego wycięcia pnia mózgu, stawała się coraz bardziej świadoma. Ekstremalne cierpienie zamiast przygnieść jeszcze większym ciężarem bólu, przyniosło ze sobą równie nieprzyjemną trzeźwość, pozwalającą jej na formułowanie pierwszych prostych myśli.
Razem z narodzinami Regisa w Mai rodziła się zapowiedź świadomości; malutkie zalążki, wybijające się z popiołów spalonej ziemi, jeszcze zbyt niewyraźne, by móc cieszyć się z nadchodzącej wiosny. Dookoła dalej panowała atomowa zima, betonowe zbrojenia trzeszczały pod naporem manipulacyjnego chłodu, ale coś się zmieniało. Jej syn uczył się oddychać i żyć w separacji od ciała matki - z ziejącą pustką wzajemności - a  ona powoli, niczym dziecko, składała w głowie pierwsze frazy. Dotyczące toposów ostatecznych, miłości, nienawiści, macierzyństwa i posłuszeństwa, jakie ciągle trzymało ją w ryzach perfekcyjnego zachowania, chociaż serce wyrywało się jej do przodu, do jasnej kołyski, nad którą teraz nachylał się Gerard.
Wbiła paznokcie jeszcze mocniej w wewnętrzną skórę dłoni, bliska wrzasku jak nigdy. Instynkt chronienia własnego potomstwa popychał ją do działania, do szarpnięcia mężczyzny i nie pozwolenia mu na dotknięcie niemowlęcia, ale powstrzymywała go z trudem, chwiejąc się tylko na palcach stóp i koncentrując wzrok tylko na dziecku, które w końcu mogła zobaczyć.
Jak zahipnotyzowana wpatrywała się w jasnoróżowe piąstki, zaciśnięte na białym materiale ubranka; na pomarszczoną buzię, na pulchne usteczka, na wszystkie mikroskopijne, rozczulające cechy nowonarodzonego człowieka w wersji miniaturowej, którego jeszcze niedawno ochraniała własnym ciałem, dzieląc z nim całe swoje życie. Teraz, pomimo fizycznej rozłąki, było tak samo. Nie potrafiła kontrolować się w pełni i spomiędzy jej zaciśniętych warg wydarł się cichy odgłos. Pomieszanie jęku skrajnej czułości, pomieszany z gwałtowną miłością i wręcz psim skamleniem. Dźwięk trwał ułamek sekundy, ale i tak wybrzmiał w pomieszczeniu głośnym echem, płoszącym Maisie na dłuższą chwilę. Mogła tylko patrzeć w oczy swojego syna, praktycznie nie oddychając i dławiąc się zbierającym się gdzieś pod sercem żalem. Rozpaczą, złością, wściekłością; wszystkie koszmary tego świata osiadały na jej ramionach, podszeptując najgorsze historie. Potrafiła je jednak wyciszyć; z całego emocjonalnego chaosu najsilniejsza okazywała się jednak – ckliwie, bajkowo? – obezwładniająca miłość, napływająca do jej oczu o rozszerzonych źrenicach ciepłymi łzami. Na razie zbierały się tylko w kącikach, nie spływały po posiniaczonym policzku, kiedy w końcu przenosiła wzrok z Regisa na Gerarda. Zgrzytając zębami; niemalże poczuła ból zaciskającej się szczęki, kiedy musiała wytrzymać jego spojrzenie. Bez mrugnięcia, bez wycierania kropel, w końcu osiadających na rzęsach i spływających aż do spierzchniętych warg.
- Witaj, tato – powiedziała spokojnie, nieoficjalnie, wręcz normalnie, bez żadnego wahania, bez drżenia. Usta układające się słowa, język zahaczający o podniebienie i zęby; tak jak wtedy, kiedy była radosną osiemnastolatką, wracającą z pracy i pozbywającą się bielizny już w przedpokoju. Nie miała pojęcia, czy Gerard będzie wymagał od niej tego samego zakresu posłuszeństwa; obecnie nie potrafiła zebrać myśli, drżąc cała z bolesnej tęsknoty. Wytrzymała jednak dzielnie spojrzenie mężczyzny, dopiero po długiej chwili, przenosząc wzrok dziecko, które trzymał w ramionach. Pewnie, bezpiecznie; powinna poczuć ulgę, ale zamiast tego gdzieś z podbrzusza zaczęło kiełkować coraz silniejsze pragnienie. Na tyle mocne, że zrobiła dwa chwiejne kroki do przodu, znów powracając poddańczym wzrokiem do ostrego spojrzenia Gerarda. Z cichym, piskliwym błagam na ustach.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Nie Cze 14, 2015 8:00 pm


Regis najwyraźniej przywykł do wyrywania go ze stałego rytmu, bo nie zachowywał się histerycznie i jak każdy rozwrzeszczany bachor. Odczuwał niemal ojcowską dumę z powodu syna, który witał swoją matkę w sposób jak najbardziej wyważony. Zauważał podobieństwo, już teraz obecne w jego zachowaniu, nie mógł się doczekać dalszych obserwacji – może i w tym postrzeganiu dziecka przypominał klasycznych ojców, ale tylko osoba nieznająca go, nie mogła dostrzec zagrożenia dla jego potomka, które rysowało się w dość zaborczym przyciąganiu go do siebie. Zupełnie jakby bał się, że Maisie może stanowić dla niego zagrożenie i prędzej czy później zatruje go miłością i chorymi wizjami szczęśliwej rodziny, którą mogliby tworzyć, gdyby choć trochę przypominał jednego z tych obywateli niższej kategorii, którzy zgadzali się na równouprawnienie i tworzenie z siebie partnerów. Opcja, która dla sadysty była wykluczona, chyba że jego córka nareszcie nauczyłaby się bawić razem z nim i mogliby sprowadzać tutaj kolejne ofiary, ucząc Regisa, że jest małym paniczykiem i że kwartalne i dystryktowe szumowiny może wykorzystywać do własnych celów. Łagodzących środki, które powziąłby, niezależnie od ich kalibru. Był od nich lepszy, jego rodzina była wyżej postawiona w społecznej hierarchii, więc mógł pozwolić sobie na więcej. Taki obraz rodziny jako podstawowej komórki w państwie rysował się przed oczami Gerarda i to przekazywał telepatycznie swojej córce, która obecnie miotała się w szale nienawiści.
Nawet jeśli usiłowała tego nie okazywać. Znał ją najlepiej i wiedział, że kieruje w jego stronę złość i chęć zemsty za rozdzielenie ją ze świeżo narodzonym dzieckiem. Szkoda tylko, że on, jej ojciec i jej władca, który teraz pieszczotliwie dotykał policzka swojego syna, nie robił sobie z tego nic. Prowokował ją, przesuwał granice, czekał aż zacznie skomleć jeszcze głośniej o łaskę, którą miało być dotknięcie syna. Nadal pozostawał nienasycony, jeśli chodziło o jej zachowanie, co paradoksalnie (!) było czymś dobrym dla niej. Gdyby mu się znudziła, to mogłaby pożegnać Regisa na dobre, a tak wciąż mogła mieć nadzieję, że będzie go mogła potrzymać na rękach, choćby miała to zrobić tylko po to, by znowu mógł go jej odebrać i patrzeć na jej cierpienie. Które również było nowym stopniem wtajemniczenia, ot, uwielbiał te żałosne istoty, które były matkami i które przeżywały nieustanne męki ze względu na swoje dzieci.
Łatwo było nimi manipulować, bo swoje najbardziej obrzydliwe, a jednocześnie zgodne ze swoimi instynktami zachowanie usprawiedliwiały wyższą miłością. Nie mógł już się doczekać tego rodzaju władzy nad Maisie, więc pozwolił jej gestem podejść bliżej.
- Musisz trzymać jego główkę – pouczył ją jak kochający – bo podwójny – ojciec, przekazując jej zawiniątko, które nadal zachowywało się cicho, zupełnie jakby przejęło dar milczenia po tacie, który był niesamowicie rozmowny.
Promieniał, nie miłością do dzieci, ale chęcią zemsty i uczynienia z ich życia jeszcze jednej sielanki dla siebie, tak zgoła odmiennej od tej, do której przywykła jego córeczka, wychowując się w domu pełnym miłości i rodzinnego ciepła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Wto Cze 16, 2015 4:15 pm

Gdyby całkowicie poddała się odruchom i czerpała z najniższych instynktów, pewnie zaatakowałaby Gerarda już od progu, nie bawiąc się w jakiekolwiek manipulacyjne podchody, których i tak nie potrafiłaby wykonać. Była zbyt pogrążona w swoim nieszczęściu, by próbować wyszarpać z otchłani umysłu jakąś logiczną ścieżkę postępowania, usłaną krwią i tkanką Ginsberga. Mogłaby po niej stąpać boso, tuląc do siebie dziecko - jeszcze nieświadome antycznej tragedii, w jakiej przyszło mu przyjść na świat.
Rzeczywistość jednak odbiegała zarówno od marzeń jak i od prymitywnych działań, podszeptywanych przez dekady dziewczęcej ewolucji i lata tortur. Czarno-biały obraz mienił się tak naprawdę setkami odcieni; nic nie było proste i jasne. Odzyskanie wzrok po erach życia w kompletnej ciemności nie powodowało nagłego szczęścia: wręcz przeciwnie, sprawiało, że doświadczanie świata stanowiło bolesne, destrukcyjne doświadczenie. Tak samo było w przypadku Maisie. Gerard brutalnie zerwał z jej oczu zasłonę, pozwalając jej w końcu zobaczyć, ale pierwszym widokiem w nowym, świadomym życiu nie była pomarszczona twarz własnego dziecka a kompletne pobojowisko. Jej zniszczonego ciała, psychiki, poszarpanych wspomnień, nawiedzających ją co noc w najgorszych koszmarach. Ciągłe pasmo bólu, tęsknoty i niepokoju otrzeźwiało Mai coraz bardziej, jednocześnie pozbawiając ją możliwości sensownego ułożenia swojej historii na nowo. Poza szeroko rozszerzonymi źrenicami nie zmieniło się przecież nic - dalej tkwiła w tym samym miejscu, z tym samym mężczyzną nad sobą i przerażającym cierpieniem, wypełniającym każdą tkankę jej ciała. Z tym, że teraz była tego wszystkiego świadoma; mogła ocenić skalę bólu, przywiązania, manipulacji, nie mogąc jednak nic z tym zrobić. Równie dobrze mogła obudzić się podczas skomplikowanej, wielogodzinnej operacji, pozostając jednak sparaliżowana.
To wcale nie było początek dobrej bajki, raczej zupełnie nowy poziom piekieł, na jaki została strącona. Nie mogła uwierzyć w to, jaką naiwnością się wykazała, wierząc w radosne, filmowe życie i z uśmiechem pozwalając Gerardowi na zamknięcie jej tutaj. I na wycięcie w pień jakiejkolwiek szansy na normalność.
Ale to nie to bolało ją najbardziej, kiedy stała tuż obok niego, oddychając głośno i chrapliwie. Wystarczył przecież tylko jego głos, niski, pewny, znajomy, by zadrżała, rozchylając spierzchnięte wargi, będąc o krok od przyklęknięcia. Udało się jej zatrzymać ten odruch, ale obrazy, rysujące się w jej umyśle intensywnymi barwami, nie były tak łatwe do zamazania. Zdradzało ją własne ciało i masochistyczna psychika, pragnąca bliskości. W najróżniejszym wymiarze, chociaż to ten matczyny pozwalał jej w końcu na oczyszczenie wyjącego z nadmiaru emocji umysłu. Była pewna, że kiedy dotknie jego ciała, choćby przez materiał skórzanych rękawiczek, to natychmiastowo spłonie, wrzeszcząc jak dawne czarownice. Tak się jednak nie stało, jakby ciężar dziecka na jej dłoniach potrafił wyciszyć całą burzę.
Nareszcie miała Regisa tuż przy sobie; ciepłe zawiniątko, wygładzająca się już buzia, szeroko otwarte, ciemniejące już powoli oczy, jasna cera. Z gardła Maisie wyrwał się kolejny nieco upokarzający, zwierzęcy dźwięk; ni to początek szlochu, ni to jęk niewyobrażalnej ulgi. O ile przed sekundą obawiała się tej chwili najbardziej na świecie - natłok uczuć mógłby zmieść jej przytomność na dobre - to kiedy w końcu mogła przesunąć wilgotnymi od łez (kiedy zaczęła płakać?) ustami po delikatnej skórze czoła dziecka, cały ten strach i spięcie gdzieś zniknęło. Cień Gerarda dalej padał na ich oboje, ciągle musiała odsuwać od siebie wspomnienia, prowokowane do życia mocnym zapachem jego wody kolońskiej, ale obecność Regisa czyniła to wszystko łatwiejszym. Ciepłe łzy ciągle płynęły po jej twarzy, kiedy tuliła go do piersi, ostrożnie, ale z całą matczyną czułością i zaborczością, jeszcze raz przysuwając usta do jego policzka. Pachniał świeżością, miękkością, jakąś uspokajającą mieszanką ziół, talku i sierpniowego wieczora, kiedy słońce barwiło zboże najpiękniejszym odcieniem purpury. Synestezja doznań na najwyższym poziomie, wywołująca na twarzy Maisie szczery uśmiech. Przez łzy, przez świadomość koszmaru i masochistycznej miłości do Gerarda, stojącego tuż obok. Zagrażająco, przyciągająco; na szczęście bliskość Regisa pochłaniała nadmiar myśli. Teraz była tylko matką, po raz pierwszy trzymającą w ramionach swoje dziecko. Jej ciało reagowało instynktownie - piersi nabrzmiały mlekiem, plamiącym przód ubrania. Tylko na sekundę oderwała wzrok od niemowlęcia, rzucając Gerardowi pytające spojrzenie, po czym zsunęła prawe ramiączko sukienki. Odwracając się jednak do mężczyzny plecami; w karmieniu dziecka było coś niesamowicie intymnego, bezpiecznego, prostego, matczynego. Nie była już córką, kochanką, partnerką Ginsberga: te role na chwilę zniknęły za kurtyną, pozostawiając tylko ich rodzinę. Gdzieś zniknął stres i niepokój, związany ze spełnieniem się w tej nowej roli - wszystko nagle stało się naturalne. Sielski, spokojny, pełen czułości obraz, zakłócany tylko przez długi cień, padający na białe śpioszki Regisa i poranione dłonie Maisie, przytrzymujące zawiniątko.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Czw Cze 18, 2015 7:45 pm


Kontrolował każdy jej ruch. Tak było od chwili, w której dowiedział się, że jest jej ojcem. Doskonale pamiętał ten upalny dzień, kiedy po wyczerpującej pracy – dla niektórych, on zawsze potrafił czerpać korzyści tam, gdzie inni przeżywali katorgi – znalazł się w ogrodzie z książką, a w małej drewnianej chatce rozdzwonił się telefon. Rzecz na tyle niespotykana, że nie zastanawiał się długo i odebrał, skazując siebie na świadomość, a Maisie na bycie jego podwładną po wszystkie czasy. W innych okolicznościach mogłaby liczyć na dar łaski i natychmiastową śmierć w razie rozczarowania, ale obecnie taka opcja nie wchodziła w rachubę. Była jego krwią, więc naturalnym było, że wymagał od niej więcej i tym bardziej srodze się zawodził, kiedy nie wypełniała jego poleceń. Dlatego też nic dziwnego, że z biegiem czasu nauczył się zwracać uwagę na wszystko, co jej dotyczy: zachowanie, ubiór, emocje, ale także rodzina Randallów, z którą nawiązywał kontakty, narażając się. Chodziło jednak o jego jedyne dziecko, które mogłoby powziąć kolejną głupią decyzję o ucieczce, więc musiał zrobić absolutnie wszystko, by ją powstrzymać i zapobiec tragedii. Którą dla niego była utrata kontroli. Próżno mówić o jej dobru w jakimkolwiek tego słowa wymiarze, Gerard myślał tylko o tym, by móc trzymać ją chorobliwie blisko i spełniać co do joty swoje plany względem jej osoby. Dzięki Bogu, nie była ambitna, nie szukała własnego sposobu na życie, a najlepiej czuła się na kolanach, kiedy penis ojca wrzynał się jej w migdałki, zwłaszcza kiedy dochodziły do tego potężne ciosy.
Nowym elementem układanki było dziecko, które pojawiło się wprawdzie na jego życzenie, ale mogło przysporzyć sporo problemów i po raz pierwszy mógłby przyznać przed samym sobą, że to była błędna decyzja. Jeszcze nigdy przecież Maisie nie dystansowała go tak bardzo od swojej osoby, kiedy zezwalał – on, powinna to docenić – jej na wzięcie dziecka. A ona głupia, naiwna i szalona w swoim prostym umyśle skrzywdzonego dziecka odwracała się do niego tyłem, powodując u Ginsberga chorą chęć sprawienia jej ekstremalnego bólu. Przez moment namyślał się, czy aby na pewno nie chce skopać Regisa na jej oczach, a potem go przerżnąć, ale wreszcie odwrócił ją niecierpliwie do siebie, odbierając jednym ruchem dziecko z jej rąk.
- Karmi go kobieta z domu niedaleko. Nie zasługujesz na ten przywilej – jeszcze przed chwilą jej na to pozwolił, a teraz z premedytacją odbierał jej ten zaszczyt, nie dodając, że Frankie jest całkiem ładna i sprawna, jeśli chodzi o zaspokajanie ojca dziecka. Wolał, żeby domyślała się powoli, żeby siłowała się z bólem, który musiała poczuć, gdy popchnął ją na ścianę i by wreszcie zdała sobie sprawę z tego, że tak naprawdę może być tylko szczęśliwa przy nim, przy ojcu Regisa, a nie przy samym chłopcu, który dość nieświadomie przytulał się do ciała ojca, czując bezpieczeństwo i rodzinne ciepło.
Gerard zadbał o to, by jak najlepiej kojarzył się wcześniakowi i by jego córka mogła poczuć się odrzucona. Wszystko po to, by po bolesnej, psychicznej rekonwalescencji mogła wrócić do świata, gdzie jej umysł znajdował się pod kluczem i butem naczelnika więzienia.
Nie wiedział, w jaki sposób ponownie wpędzi ją w ten stan niezrównoważenia, ale był przekonany, że dołoży wszelkich starań, by tak się stało. Zawsze osiągał wyznaczone cele, a ten jawił mu się teraz przed oczami szalenie wyraźnie.
Wszystko z powodu jednego gestu i zablokowania mu możliwości patrzenia. Powinna się cieszyć, bo i tak okazał jej wielką łaskę i było mu z tego powodu niedobrze, ale Frederick zmusił go do obietnicy, że nie tknie jej przez kilka tygodni. Musiała wydobrzeć, bo inaczej wszystkie plany Ginsberga mogłyby legnąć w gruzach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Sob Cze 20, 2015 2:28 pm

Czuła na sobie jego wzrok, przepalający szary materiał sukienki i rozżarzający końcówki ciemnych włosów, opadających jej już za łopatki. Wiedziała, że ją obserwuje, że znów znalazła się w pełnym świetle reflektorów, zmuszona do tańczenia i nieskończonego występu przed wymagającą publicznością. Bez żadnej próby, bez wytycznych, bez didaskaliów, bez scenariusza; musiała wszystko to odgadywać, bazując wyłącznie na historii, spisanej literami blizn.
Już nieistniejących. Chociaż nie chciała przypominać sobie teraz ostatniego roku - wizja szczęśliwej siebie wywoływała mdłości - to przecież dzisiejszego ranka w lustrze widziała swoje nowe ciało. Zupełnie inne od ciała pokiereszowanej osiemnastolatki, błagającej o więcej. Teraz była w pełni kobietą, odseparowaną sztucznie od przeszłości, która jednak powracała, urzeczywistniając najgorszy koszmar. Świadomość własnych decyzji spadała na nią razem z najgorszymi ciosami, pozbawiającymi ją przytomności. Wolała jednak ból fizyczny, potrafiła się z nim pogodzić, oswoić, zaakceptować. Przychodził z zewnątrz, stanowił zagrożenie i doprowadzał do skraju życia, ale nie należał do niej. Ten najgorszy, wewnętrzny, nie kończył się razem z festiwalem agresji, z jego cichym jękiem i spermą, spływającą po jej udach. Trwał ciągle, nieustannie, bez ani chwili wytchnienia. Już rozumiała, dlaczego tak łatwo poddała się urojonemu szczęściu - w świecie, w którym Gerard był kochającym ojcem, zapewniającym jej luksusowe życie, nie było miejsca na ten ból. Potrafiła doskonale uroić sobie radosną, alternatywną rzeczywistość, z pięknym domem w odległym dystrykcie, z wspierającym ją Gerardem i najpiękniejszym, zdrowym dzieckiem.
Tylko Regis istniał naprawdę. Trzymała go mocno w ramionach, tuląc do siebie i obsypując maleńką główkę pocałunkami, wdychając najrozkoszniejszy zapach niemowlęcia. Był jej, cały jej, stworzony przez nią; jedyne wspaniałe przedsięwzięcie w całym koszmarze egzystencji. Z jej oczu ciągle płynęły łzy, ale nie szlochała ani nie wydawała z siebie żadnego dźwięku, po prostu wpatrując się w przymknięte oczy dziecka jak zaczarowana. Na kilka chwil znów czuła rozpierające ją szczęście, oczyszczające umysł z tego całego cierpienia, nagromadzonego od dnia porodu. Lek na całe zło tego świata; ciepły, lekki, rozespany, uśmiechający się w końcu sennie, odruchowo - zagryzła wargi niemal do krwi, bliska pisku, tym razem z obezwładniającej ją czułości.
Historia się jednak powtarzała; znów następowało bolesne otrzeźwienie, kiedy Gerard szarpnięciem odwracał ją do siebie, odbierając jej Regisa. W pierwszym odruchu chciała przycisnąć go mocniej do swojego ciała, cofnąć się, zniknąć za drzwiami i uciec, ale...nie potrafiła. Nie mogła narażać syna na jakiekolwiek niebezpieczeństwo, dlatego znów biernie chwiała się na nogach, drżąc z nagłego poczucia potwornej pustki. Bolesnej; ręce, w których trzymała przez sekundą białe zawiniątko, drżały jej jak w febrze; jakby nagle zaatakowała ją śmiertelna choroba, zamieniająca ją w trzęsący się szkielet obleczony mięśniami i bladofioletową skórą. Nic nie mogło sprawić jej większego cierpienia, niż odebranie jej dziecka. I świadomość, że karmi i pieści go inna kobieta.
Zrobiło się jej niedobrze; odruchowo przycisnęła dłoń do spierzchniętych ust, próbując powstrzymać mdłości. Już nie płakała, a zaschnięte łzy pokryły piegowate policzki swędzącą słoną warstwą. Sól na jej rany, najgorsze biblijne przypowieści i ten wzrok, wzrok Gerarda, pełny pogardy i tej niezaprzeczalnej mocy. Aż się skuliła, poprawiając w końcu ramiączko sukienki i obejmując się drżącymi dłońmi, dalej wybijającymi nieregularny rytm na cienkiej skórze ramion. - Co mam zrobić? - wydusiła z siebie w końcu, podnosząc spojrzenie z podłogi z powrotem na jego oczy. Złote, błyszczące, złe. Nienawidziła go i kochała z całej siły, nie pozostawiając nic dla siebie - puste, szklane naczynie, chwiejące się na krawędzi blatu. Baletnica, tańcząca na zakurzonej scenie, zostawiająca po sobie krwawą ścieżkę. Dziewczynka z dłońmi, kurczowo zaciśniętymi na sznurze, zawiniętym wokół szyi. Dalej czuła urojoną szorstkość powrozu, ciągnącego ją do Gerarda. Była gotowa spełnić każde jego żądanie, przy jednoczesnym obrzydzeniu do siebie samej i pulsującej, zwierzęcej nadziei na kontakt z dzieckiem. -Zrobię wszystko - dodała w końcu niemalże piszcząc, blednąc jednocześnie jeszcze bardziej, jakby tymi dwoma słowami wypowiadała tajemne zaklęcie, poświęcające ją całkowicie diabłu. Nie odrywała spojrzenia od Gerarda, z całych sił starając się nie spoglądać na Regisa.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Sob Cze 20, 2015 10:40 pm


Ten fakt nie był dla niego oczywisty od razu. To nie było tak, że do tego dążył, choć jej ucieczka nieco nakreśliła mu ich życiową sytuację, która sprawiła, że pewne niezbędne kroki musiały zostać powzięte. Zdawał sobie sprawę, że te lata tułaczki Maisie były tak naprawdę wyrokiem śmierci, który podpisała na siebie własnoręcznie. Jeśli kiedykolwiek zawarła pakt z diabłem, to właśnie wtedy, gdy wyrzekła się ojca swego i udała na wygnanie. Nie przypominał jednak Boga, który zsyła potop, ale potem zawiera przymierze z ludźmi, daleko mu było również do gospodarza, który na widok swojego potomka urządzał ucztę i spraszał przyjaciół. Dla niego córka była przeklęta i nie potrafił tego zmienić.
Nie chciał, zresztą. Wiedział, że raz nadszarpnięte zaufanie jest czymś, co zawsze będzie procentować w przyszłości i nie umiał tego zmienić. Zupełnie jakby miał się wyrzec swojego zamiłowania do sadyzmu, które i tak ostatnio zeszło na boczny tor. Wszystko dla dziecka, które miało być jego… zastępstwem dla niepokornej córki. Wiedział, że wychowanie Maisie było porażką, że zbyt późno mógł mieć na nią wpływ i przez to nigdy tak naprawdę nie była jego. Sprowadzenie ją do roli zwierzątka było tak naprawdę próbą zagarnięcia ją w inny, ale mniej satysfakcjonujący sposób, bo i tak nie otrzymywał w zamian jej umysłu. Nie powinno go to obchodzić, wszak jej ciało – podarte, rozdeptane, wydrążone w każdy z możliwych sposobów – było mu podległe bez reszty i nawet teraz widział, że rwie się tęsknie do swojego właściciela, ale Ginsberg zawsze pragnął mieć więcej i obecnie odczuwał tę przemożną chęć wybicia ich z rytmu, w który wpadli, kiedy urodziło się dziecko.
Zwyczajny dramat odsuniętego na bok ojca, który jednocześnie projektował śmiałe wizje, w których Regis zajmuje miejsce Maisie na dobre i staje się jego godnym następcą, który nie waha się być również jego mentalnym niewolnikiem. Gotowym na każde skinienie jego palców w skórzanych rękawiczkach. Ten zaszczyt miała jego córka na wyciągnięcie dłoni, a mimo to wolała obrócić ich w proch i teraz był dla niej bezlitosny, nie wahając się przed odebraniem jej dziecka w najpodlejszy sposób. Już dawno nic nie sprawiło mu takiej radości jak widok jej, pokonanej, upokorzonej i nieświadomej, że właśnie karmiła swojego największego rywala, który mógł w przyszłości doprowadzić ją do stanu zapomnienia. Nie rozumiała również, że największą łaską ze strony Gerarda było zainteresowanie nią, które znaczył krwawymi smugami na jej ciele, a największą karą to, co właśnie odbywało się na jej oczach.
Kiedy Regis znalazł się ponownie w jego ramionach i zasnął – nie był przecież głodny, dobrze go karmił – a on zaśmiał się cicho i chłodno na jej słowa. Nie mogła nic zrobić, bo już odegrała swoją rolę, już stała się tylko kamieniem, który strzepywał ze swoich stóp, idąc po trupach do wyższego celu niż sielankowy związek z matką swojego dziecka. Mogła już tylko postarać się przetrwać w świecie, który nagle kurczył się na jej oczach tak, że mogła dostać paniki z powodu swojej klaustrofobii. Był zbyt mały, by pomieścić ją, wypychał ją tak dotkliwie, że pieszczotą było nagłe spoliczkowanie przez Gerarda, które rozniosło się hukiem po domu wraz z krzykiem.
- Co możesz zrobić? Jak cię wychowałem, skoro nie WIESZ?! – chyba po raz pierwszy podnosił głos tak dobitnie w jej obecności, nie przejmując się dzieckiem i faktem, że zaczyna wpadać w słuszny (wprawdzie) gniew, ale niepotrzebny dla kogoś, kto od tej pory miał się stać zbędnym bibelotem. – Mdli mnie na twój widok. Regis nie mógłby mieć gorszej matki – wygłosił, obserwując jak puchnie jej warga, którą potraktował z pięści, miał nadzieję, że zdążyła już wypluć zęby, które jej wybił i zrozumieć, że jednym gestem zamknęła za sobą drzwi ratunku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   Nie Cze 21, 2015 11:58 am

Wiedziała, że znalazła się pod ścianą, przed plutonem egzekucyjnym z naładowaną bronią, skierowaną prosto na jej serce i głowę. Nikt nie słyszał tutaj o humanitarnym traktowaniu czy prawach człowieka, bo przecież nim nie była. Zostało tylko kilka kości, obleczonych skórą i wielkie, przestraszone oczy w zapadniętej twarzy. Włosy wypadały jej garściami, krótko opiłowane paznokcie krwawiły. Groteskowy obraz nędzy i rozpaczy: nie ten wzruszający i przejmujący grozą, raczej ten wywołujący uśmiech zażenowania, jakby zbyt arogancki artysta próbował przekazać coś wielkiego, co jednak mu nie wyszło. Piękne z zamiaru dzieło, okazujące się zwykłym bohomazem, kpiną ze sztuki, nieudaną rzeźbą z przetrąconym nosem, obrazem, zalanym brudnobrązową farbą. Współczesność zazwyczaj przyjmowała takie nowatorskie podejście aplauzem, ale nawet najczulszy znawca piękna nie przyklasnąłby nieudanej prowokacji artystycznej. Maisie była nikim; strącona z najwyższego archetypu gloryfikowanej Matki na samo dno, gdzie nie docierał już tamten złudny blask. Odbity, bo nigdy przecież nie świeciła własnym światłem, kopiując rozkazy i wymagania Gerarda. Glina w jego rękach, żebro w jej boku. Dużo brudnego pyłu, osiadającego na skórze milimetrową łuską, może i czyniącą ją nieco mniej wrażliwą na kolejne uderzenia, ale każda kolejna warstwa zamykała ją jeszcze szczelniej w pięćdziesięciu kilogramach własnego cierpienia.
To nic, że w końcu z oczu zsunięto jej czerwoną przepaskę i mogła śmiało patrzeć w jego rozszerzone źrenice, ciemne jak wnętrze lufy karabinu, gotowego do wystrzału. Odwaga nigdy nie znaczyła wiele, nawet w tym urojonym świecie nie kreowała siebie jako bohaterkę. Wystarczało minimum, dziecko, mąż, dom, ogród. To rutyna uspokajała ją najszybciej, paraliżując układ nerwowy i pozwalając na całkowite wycięcie instynktu samozachowawczego. Nie powinna wrócić tak łatwo, nie powinna mu wierzyć, nie powinna ulegać palącej potrzebie jego dotyku i obecności. Gerard był jej najgorszym uzależnieniem, podświadomym, wpojonym tak głęboko i podskórnie, że praktycznie nie zdawała sobie z tego sprawy, nawet w chwili największej nienawiści. Upadlał ją, podnosił, znowu przyciskał twarzą do ziemi, tylko po to, żeby szarpnąć ją za włosy do góry, nigdy jednak nie przekraczając linii kolan. Aż do powrotu marnotrawnej córki, kiedy pozwolił jej usiąść obok siebie. Jak równy z równym; chyba ta perspektywa szczęśliwego życia jak z bajek złamała ją najszybciej. Opętana złudną pewnością, że teraz wszystko się ułoży, że razem odegrają tani romans w kolorze sepii, z niewyraźnie odbitymi wzorcami Charlesa i Luelle, prześwitującymi w tyle jej głowy. Przecież tak bardzo chciała być swoją matką, czekać w skromnej kuchni na powracającego z pracy męża, opiekować się dziećmi, czesać długie włosy córki i pomagać synowi w stawianiu pierwszych kroków. Uwznioślała wspomnienia z domu, próbując zamykać dokładnie oczy, kiedy na przeszłe obrazy nakładały się te chaotyczne: rodziców we krwi, martwych. Jej płacz, krzyk strażników, przejściowy  sierociniec i w końcu - w porównaniu z szarym, przerażającym budynkiem i rozpaczliwą samotnością - dom. Pełen zieleni, letniego słońca, śmiechu Ralpha i szczekania psa. Z cichą, groźną, zawsze wyczuwalną obecnością Gerarda, gwarantującą jednak stabilność, wzbogaconą o rosnącą fascynację. Pamiętała, że nie mogła oderwać od niego wzroku i że podczas pierwszego festiwalu przemocy, kiedy spoliczkował ją tak mocno, że upadła na drewnianą podłogę, nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Żadnego płaczu, żadnej skargi, tylko spetryfikowane przerażenie, pomieszane z uwagą absolutną, z jaką śledziła jego kolejne gesty. Miała wrażenie, że ten dotyk - wcześniej traktował ją jak zarażone wścieklizną zwierzę - przerwał jakieś tabu, złamał barierę, odgradzającą ich od siebie. Później fizyczność stawała się niemożliwa do zniesienia, łamała ją, już wyrywała spomiędzy spierzchniętych warg wrzaski i błagania. Spalała się w tym do cna, pozwalając Gerardowi na ponowne ulepienie jej z popiołów. Bez wzoru i podobieństwa, na które pozostawała ślepa, przywiązując się do swojego nowego ojca w najsilniejszy ze sposobów. Kochała go z całym toksycznym natężeniem, gotowa krzywdzić z zazdrości innych i siebie, do pierwszej krwi, do granicy wytrzymałości. To dawka czyniła truciznę, a Maisie wygłodniale wypijała fiolkę za fiolką, chcąc spalić się na jego oczach. Najpierw z bólu – była pewna, że nie wytrzyma bajkowego maratonu tortur ani dnia dłużej – później z poddańczej miłości, chcąc pokazać, że zrobi dla niego wszystko. Absolutna chęć zaspokojenia jego niewypowiedzianych potrzeb, rozkazów, marzeń. Spijała z ust Gerarda każdą głoskę, marząc, by pozwolił jej być jeszcze bliżej.
Jak teraz, teraz, kiedy cała przeszłość powracała do niej z palącą świadomością, czyszcząc najsilniejszym środkiem dezynfekującym każdą z żył, stawiając tkanki w płomieniach i zamieniając krew w zgniłą wodę. Praktycznie nie czuła bólu uderzenia. Próg odczuwania został przekroczony w momencie, w którym przestała oddychać ciepłym zapachem Regisa. Zamknięte koło myśli, banalne zapętlenie w miłości i nienawiści. Nie istniało nic oprócz tych dwóch emocji, rozsadzających ją od środka zamarzniętymi kryształkami krwi, napływającej jej do spuchniętych ust. Właściwie nie zdążyła zauważyć co się stało, sparaliżowana krzykiem Gerarda. Dwie sekundy później boleśnie tłukła kolana o drewniany parkiet  - czy to nie nim tak zachwycała się miesiąc temu? – łapiąc histerycznie oddech i przyciskając dłoń do zalanych ciepłą krwią warg. Żeby się nie udławić musiała połknąć metaliczną ciecz, reszta już barwiła podłogę na czerwono. Dopiero po chwili odsunęła palce od twarzy, próbując powstrzymać mdłości na widok dwóch zębów, błyszczących bielą w karmazynowej kałuży. Uderzenie i krzyk otumaniły ją na dłuższą chwilę. Po raz pierwszy od bardzo dawna na kilka długich sekund przestała myśleć o dziecku, po prostu kuląc się na podłodze i oddychając chrapliwie, z twarzą zasłoniętą skołtunionymi włosami, posklejanymi już gdzieniegdzie krwią, ciągle płynącą z jej ust. Chciała wrzeszczeć. Na razie raczej z zaszczucia niż fizycznego bólu; ten dopiero powoli rozwijał się gdzieś w nerwach, napędzając jej ciało histerycznie szybkim biciem serca. Mogła tylko wyszeptać kilkakrotnie łamiącym się głosem przepraszam, próbując przełykać smakującą żelazem ślinę. Nieudolnie; zakrztusiła się, kaszląc krótko i podnosząc w końcu załzawione spojrzenie na stojącego przed nią Gerarda. - Zrobię wszystko żebyś pozwolił mi do was wrócić - powtórzyła ochryple, hamując mdłości nie tylko spowodowane ciepłą krwią, płynącą z rozerwanego dziąsła, ale i własnym upokorzeniem. Znów odsłaniała kark, znów była przed nim na kolanach, prawie drapiąc paznokciami o drewnianą podłogę jak zwierzę na granicy rozjuszenia i przerażenia.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: willa Gerarda Ginsberga   

Powrót do góry Go down
 

willa Gerarda Ginsberga

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Ginsberga

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje-