IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
[P3] Izolatka

 

 [P3] Izolatka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
the odds
avatar
Zawód : Troublemaker
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: [P3] Izolatka   Pon Kwi 27, 2015 9:55 pm

*Zdjęcie i opis pojawią się kiedyś!*
*...chyba*
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1130-nicole-kendith
http://panem.forumpl.net/t3565-nicky#56034
http://panem.forumpl.net/t3564-nicole-kendith#56033
http://panem.forumpl.net/t1136-to-co-bylo-jest-i-bedzie#11701
http://panem.forumpl.net/t3566-nicky#56037
Wiek : 24 lata
Zawód : Uciekinierka
Przy sobie : pistolet, naboje, butelka alkoholu, kapsułka z wyciągiem z łykołaków, telefon komórkowy, laptop, pieniądze upchane po kieszeniach, przetarty plecak, aparat, leki przeciwbólowe
Znaki szczególne : nieufne spojrzenie, utyka na lewą nogę
Obrażenia : złamane serce, martwica nerwów w lewej nodze (nie wszystkich, prawda?)

PisanieTemat: Re: [P3] Izolatka   Pon Kwi 27, 2015 11:39 pm

Ostatnio wszystkie komórki mojego ciała przepełnione były stresem. Przelewającym się w każdy możliwy zakamarek wraz z krwią, niczym jakaś toksyna, która powoli zabijała cały mój hart ducha. Starałam się z tym walczyć, ukryć to choć w drobnej części przed Malcolmem, nie dostarczać mu kolejnych zmartwień, w końcu sam miał dużo na głowie. A moje obawy były nie były kolejną rzeczą, z którą musiałby sobie radzić. Wystarczyło to, że sam wyszedł z przesłuchania z głową pełną nieprzyjemnych myśli.
Przesłuchanie... ot, najgorsza rzecz, która mogła się nam ostatnio przydarzyć. Zdawać by się mogło, że nie było to nic wielkiego, w końcu nie po raz pierwszy ktoś przepytywał mnie na posterunku, w końcu, żadne z nas nie musiało odpowiadać przed Ginsbergiem. Ba! Najpewniej udało mi się w niewielkim stopniu napsuć mu w życiu. Nie postawiono przed nami żadnych konkretnych oskarżeń, byliśmy wolni, a jednak... Po raz pierwszy poczułam co naprawdę niesie ze sobą ryzyko, jakiego podejmujemy się na co dzień. Drżałam o Malcolma, bałam się efektów rozmowy, tego, że przypadkowo któreś z nas może powiedzieć o słowo za dużo, zdradzić się złym gestem, nieodpowiednią miną, naprowadzić na tropy, które stanowiłyby dla nas zagrożenie. Nie chciałam więcej tego przeżywać, nie w tak realnej formie.
Zapewne dlatego nie mogłam się długo po tym pozbierać. Uświadomiłam sobie jak krucha granica dzieli nas od upadku, jedno delikatne potknięcie, podwinięta noga, a w następstwie czekałby nas karkołomny lot. Który najpewniej oznaczałby pociągnięcie za sobą i drugą osobę...
Nic więc dziwnego, że w końcu naprawdę zapragnęłam wyluzować. A kiedy chęć odrzucenia od siebie ponurych rozmyślań stała się aż nadmiernie silna, uległam w końcu, swoje kroki kierując w stronę osoby, która ostatnio stała się prawdziwym powiernikiem moich żali. Po drodze wstąpiłam jeszcze do sklepu, kupując butelkę, a nawet dwie, dobrego alkoholu, a następnie, z zapakowanym do plecaka laptopem i zestawem kart, skierowałam się w stronę bunkra. Zdawałam sobie sprawę, że właśnie planowałam złamać zasady tam panujące, wykorzystać miejsce, które służyć miało raczej wyższym celom, do ulżenia skołowanym myślom, jednak nie potrafiłam się tym przejąć. A przynajmniej nie bardziej niż innymi gnębiącymi mnie kwestiami, zarodki wyrzutów sumienia zduszając powtarzaną w kółko myślą, że przecież Hugh nie może przyjść do mnie do domu.
Nie chciałam jednak zbytnio okazywać braku szacunku do panujących w siedzibie Kolczatki reguł. Rozumiałam powagę tej organizacji, rozumiałam jakie poświęcenie za nią idzie (tę kwestię może nawet bardziej niż bym chciała), dlatego gdy tylko znalazłam się we wspólnej sypialni, po krótkim przywitaniu się z przyjacielem (czy mogłam już go tak nazywać..?), bez słowa wyjaśnień poprosiłam go by poszedł za mną, prowadząc go do pustej w tej chwili izolatki, znajdującej się na 3 piętrze, tuż obok skrzydła szpitalnego. Nikt nie był na tyle chory by musiano przetrzymywać go teraz osobno, mogliśmy więc zaczaić się w pomieszczeniu na ładnych kilka godzin, nie obawiając się, że ktoś nam przeszkodzi.
Co może byłoby rozsądniejsze, biorąc pod uwagę w jakim stanie znalazłam się już po niecałej godzinie, kiedy to alkohol uderzył mi do głowy na tyle, bym choć na chwilę zapomniała o zmartwieniach, a towarzystwo dobrego znajomego sprawiło, że naprawdę miałam ochotę żyć. Żyć przez duże "Ż". Dlatego też znudzona rzuciłam kartami na łóżko, krzywiąc się nieznacznie.
- To jest nuuuuudne - jęknęłam przeciągle, wyciągając rękę w stronę butelki by po raz kolejny pociągnąć z niej solidnego łyka. Po chwili podsunęłam naczynie w stronę towarzysza. - Nudne jak cholera. Siedzimy na tyłkach jak stare dziady, a ja naprawdę mam ochotę na jakąś rozrywkę! - dodałam, pełnym rozżalenia głosem, jednakże dumna z siebie, że ani razu nie pomyliłam się na żadnym z wypowiadanych słów. Co już zdarzyło mi się dzisiaj. Kilkukrotnie. Język jakoś nie chciał ze mną współpracować... - Mam ochotę na rozrywkę, Hugh, nie na coś takiego. Taki poker jest nudny - powtórzyłam, a potem zachichotałam do swoich myśli, gdy tylko w głowie zakwitł mi pomysł, jak w prosty sposób urozmaicić tę rozgrywkę.
Wyszczerzyłam się do mężczyzny, ciekawa czy nie domyśli się co krążyło mi po głowie.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1998-hugh-randall
http://panem.forumpl.net/t3568-hugh-2-0#56041
http://panem.forumpl.net/t3567-hugh-randall#56040
Wiek : 34
Zawód : Poszukiwany
Przy sobie : scyzoryk wielofunkcyjny, leki przeciwbólowe, niezarejestrowana broń palna, zapalniczka,zdobiony sztylet, fałszywy dowód tożsamości, telefon komórkowy
Obrażenia : anemia

PisanieTemat: Re: [P3] Izolatka   Wto Maj 05, 2015 9:07 pm

W jego życiu naprawdę nie działo się nic ciekawego. Dotychczas nigdy nie uważał się za człowieka rządnego przygód. Patrząc w lustro widział raczej spokojnego i opanowanego mężczyznę, któremu nie potrzeba wiele do szczęścia, poza ciepłym mieszkaniem i wygodnym łóżkiem. Najwyraźniej po kolejnych, przeciągających się dniach spędzanych w niemalże zupełnej izolacji, zaczynał doceniać wszystko to, co jakiś czas temu miał na wyciągnięcie ręki. Z drugiej jednak strony, powoli czuł, iż przestaje tęsknić za tymi dobrami materialnymi, które były niczym więcej niż tylko udogodnieniami w codziennej egzystencji każdego człowieka. Kwestia przyzwyczajenia, był świadomy, że kiedyś to będzie musiało nastąpić. Zwłaszcza jeśli powoli tracił nadzieję i, chcąc nie chcąc, zaczynał traktować bunkier jako swój drugi dom, aktualnie prawdopodobnie jedyny i najlepszy, jaki posiadał.
Po okresie wiecznego narzekania, skwaszonej miny i snucia się z kąta w kąt nie mogąc znaleźć własnego miejsca, udało mu się pogodzić ze swoją sytuacją, przyjmując to jako swego rodzaju karmę. Był pewien że czyny, których się dopuścił, nie mogły się obyć bez echa. Jednocześnie miał świadomość, że to nie mogło być wszystko. Prędzej czy później kara dosięgnie i jego, wszechświat raczej nie zapomniał o jednym, pozornie nic nieznaczącym człowieku. Poza tym, nie da się uciekać w nieskończoność, kiedyś na pewno zabraknie mu tchu.
Dawno jednak porzucił roztkliwianie się nad tym, co się stało. Nie mógł zmienić przeszłości, wiedział o tym za dobrze i mógł naprawdę powiedzieć wiele odnośne prób naprawiania błędów, rozpamiętywania. Zajęło mu wiele czasu pogodzenie się z przeszłością, z człowiekiem, którego wzrok śledził go za każdym razem, gdy stawał przed lustrem i wreszcie powoli zaczynał czuć, że jego życie wraca na odpowiednie tory. Pragnął tego od dawna, poczucia porządku, stałości, świadomości, iż znajduje się w miejscu, w którym powinien się znaleźć. Nie potrafił ukryć, że wszystko to przyszło do niego łatwo. Wewnętrzna przemiana w człowieka, którym był teraz, zaczęła się dawno przed Igrzyskami, dawno przed porwaniem byłej już pani prezydent. Czasem, patrząc wstecz, odnosił wrażenie, iż całe jego życie było jedną wielką przemianą i miał nadzieję, iż teraz stoi już u jej kresu. Nie miał siły na więcej zmartwień, nie chciał wracać do tego, co kiedyś było jego zmorą, codziennym błaganiem o lepsze jutro.
Życie w Kwaterze Głównej toczyło się własnym rytmem. Stali mieszkańcy przeplatali się z członkami Kolczatki, którzy mieli to szczęście mieszkania w centrum Kapitolu, we własnych mieszkaniach, z wygodnymi łóżkami, prywatnymi łazienkami i kubkami naprawdę dobrej kawy każdego ranka. Nie było słychać dudnienia deszczu o szyby samochodów, nie było widać promieni słońca, nie było słychać szumu chłodnego, jesiennego wiatru. To za tym tęsknił najbardziej. I za kontaktem z ludźmi. Nigdy nie sądził, że w gronie innych osób wciąż można się czuć samotnym, tak jak on czasem, przechadzając się szarymi, pustymi, cichymi korytarzami, słuchając odgłosu jego kroków niosących się gdzieś za nim.
Nuda szybko zaczęła go pożerać. Pomiędzy spotkaniami z Soneą, które zapewniały mu rozrywkę na naprawdę nieliczne minuty w ciągu całego tygodnia, nie potrafił wymyślić nic więcej, aby jakoś zabić swój wolny czas czynieniem czegoś produktywnego. Nawet samotne, wieczorne spacery zaczynały być niemożliwe, ze względu na pogodę i jesienną melancholię, która zaczynała dopadać także jego. Wprawdzie nie było męczących, zatruwających umysł myśli, które uniemożliwiałyby mu normalne funkcjonowanie i pozostawiały w gorączce, z koszmarami, które ciężko było odróżnić od rzeczywistości. Pozostawała jednak ta cisza, pragnienie rozmowy, osoby, kogokolwiek, z kim można by spędzić czas i zapomnieć o tym, że jeden nieostrożny ruch a cała ta bomba zegarowa, którą stanowił każdy poszukiwany, może wybuchnąć. Było to coś nowego, dotychczas przecież nie brakowało mu rozrywek. Nie pragnął także towarzystwa, preferując zacisze własnego mieszkania, serca, umysłu, szklankę whiskey i świadomość, że nikt go nie zobaczy, kiedy wyrzuty sumienia, tęsknota za ukochaną czy poczucie winy przybiorą iście cielesną formę.
Czuł jak nuda wżera się w jego mięśnie, zatruwa umysł, paraliżuje ciało i pewnie dlatego, kiedy Nicole zjawiła się u niego z alkoholem, zaciągając do izolatki i wyciągając karty na stół (choć chyba bardziej wypadałoby powiedzieć łóżko), miał prawo nazwać ją swoim prywatnym aniołem. Gdyby ostatni okres czasu przedstawić w postaci klepsydry, piasek przesypywałby się w niej ziarenko po ziarenku, za każdym razem przynosząc niemalże niezauważalną zmianę. Jeśli za coś powinien być Malcolmowi wdzięczny(poza oczywistym faktem niewywalenia ich wszystkich na pastwę Adlera), to właśnie za to, iż miał w swoim życiu kogoś takiego Nicole. Nie chodziło jedynie o to, iż zapełniała swoim towarzystwem jego czas, którego i tak wciąż pozostawało za wiele (nie mógł przecież wymagać ani od niej ani od Sonei poświęcania mu każdej części swojego życia). Dobrze było patrzeć na kogoś, kogo twarzy nie widywał codziennie na korytarzu, wysłuchiwać o codziennych albo i mniej codziennych problemach, czuć się na swój sposób potrzebny. Nawet gra w karty wydawała się o wiele ciekawsza, choć zazwyczaj dość szybko go nudziła.
Musiał przyznać iż rzucenie kartami i przeciągły jęk Nicole, oznaczający iż najwyraźniej nie czuje się specjalnie porwana przez monotonną grę w karty, był dla niego swego rodzaju zbawieniem. Od jakiegoś czasu bacznie obserwował, jak pod wpływem kolejnych kropli alkoholu jej zachowanie zaczyna się zmieniać, przyjmując to z uśmiechem, a nie wyrzutami sumienia, iż pozwala jej upijać się w swoim towarzystwie, bez najmniejszych skrupułów robiąc dokładnie to samo. Dla potwierdzenia własnych myśli wziął od niej butelkę, czując jak płyn wypełnia jego organizm, uśmiechając się do swojej towarzyszki i słuchając jej słów. Sam czuł, jak alkohol powoli przejmuje władzę nad jego umysłem i naprawdę nie miał nic przeciwko temu.
Zmarszczył brwi, zastanawiając się nad możliwymi opcjami urozmaicenia rozgrywki i starając się powstrzymać przed wybuchem śmiechu na chichot dziewczyny.
- Chyba nie myślisz o… - zaczął, po czym, nie mogąc dłużej wytrzymać, zaczął się śmiać, zastanawiając się, czy jego myśli na pewno skierowały się w tym samym kierunku. Miał dziwne przeczucie iż myślą dokładnie o tym samym, stwierdził jednak, iż na wszelki wypadek woli usłyszeć potwierdzenie z jej ust – Więc uświadom mnie, Nicole – powiedział, kładąc nacisk na jej imię i upijając jeszcze jeden łyk, zachęcającą wyciągając w jej stronę rękę ściskającą butelkę – Na jakiego typu rozrywkę masz ochotę? – uśmiechnął się szeroko z wyraźnym błyskiem w oku. Pierwszy raz od dawna czuł się naprawdę spokojnie, bez napięcia mięśni i niepotrzebnych myśli zaprzątających jego umysł.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1130-nicole-kendith
http://panem.forumpl.net/t3565-nicky#56034
http://panem.forumpl.net/t3564-nicole-kendith#56033
http://panem.forumpl.net/t1136-to-co-bylo-jest-i-bedzie#11701
http://panem.forumpl.net/t3566-nicky#56037
Wiek : 24 lata
Zawód : Uciekinierka
Przy sobie : pistolet, naboje, butelka alkoholu, kapsułka z wyciągiem z łykołaków, telefon komórkowy, laptop, pieniądze upchane po kieszeniach, przetarty plecak, aparat, leki przeciwbólowe
Znaki szczególne : nieufne spojrzenie, utyka na lewą nogę
Obrażenia : złamane serce, martwica nerwów w lewej nodze (nie wszystkich, prawda?)

PisanieTemat: Re: [P3] Izolatka   Sro Maj 06, 2015 4:45 pm

Wiedziałam, że spijając się z Hugh w izolatce łamię jedną z głównych zasad panujących w Kwaterze. W końcu picie alkoholu na terenie całego bunkra było surowo zakazane, czemu właściwie nie można się było dziwić. Przebywało tutaj wiele zbiegów, ludzi na których polował rząd, gdyby pod wpływem upojenia wpadli na jakiś, wątpliwie rozsądny pomysł, wyszli z kwatery, naraziliby się na złapanie, całą organizacje zaś na dekonspiracje. Zresztą, to nie był jedyny problem, wiele nieprzyjemnych komplikacji mogłoby się pojawić nawet podczas samego pobytu pod ziemią. Wolałabym nawet nie myśleć, co by się stało, gdyby ktoś nietrzeźwy dostał się do zbrojowni. Ograniczenie to zdawało się zatem najrozsądniejszym rozwiązaniem, zabezpieczeniem dla wszystkich obecnych w Kwaterze, nie mogłam jednak poczuć nawet drobnego ukłucia wyrzutów sumienia, w związku ze stopniowo malejącą zawartością butelki. Tym bardziej, iż byłam pewna, że żadne z naszej dwójki nie wpadnie na pomysł, który mógłby nieść ze sobą jakieś zagrożenie, dla innych członków organizacji.
Z każdym kolejnym łykiem alkoholu czułam się coraz lepiej, moje myśli nie były zdominowane już przez obawy, mięśnie się rozluźniały, przynosząc ulgę całemu organizmowi. Nie przeszkadzało mi to, że coraz bardziej szumiało mi w głowie, a język chwilami próbował odmawiać mi posłuszeństwa, zmuszając mnie do walki o wypowiedzenie każdego słowa, było mi zbyt lekko bym potrafiła przejąć się takimi detalami. Dość zbędnymi swoją drogą, bo do gry w karty nie potrzebowałam ani słów, ani równowagi, która w tym momencie na pewno była zachwiana. I choć zdawałam sobie sprawę, że nie uchronię się przed jutrzejszym kacem, tym mocniejszym przecież, im więcej piłam, nie potrafiłam sobie odmówić kolejnych łyków trunku, korzyści z nietrzeźwości przedkładając na niewątpliwe wady tego stanu.
Widziałam, że i mój towarzysz nie przejmuje się zwiększającym się promilem alkoholu we krwi, podobnie jak ja rozluźniając się z czasem i uśmiechając coraz więcej. Naprawdę mnie to cieszyło, tym bardziej, iż zdawałam sobie sprawę jak ciężkie musi być mieszkanie w zamknięciu dla mężczyzny takiego jak Hugh. Był człowiekiem czynu, nawet jeśli sam by temu zaprzeczył, przez co ograniczenia narzucone przez życie w roli poszukiwanego zamachowca musiały mu strasznie ciążyć na duchu. Jak zapewne i sama nuda, w końcu mury bunkra nie oferowały za wiele rozrywki.
Wyszczerzyłam się szeroko, gdy przyjaciel zmarszczył brwi, by po chwili wyrzucić z siebie urywane zdanie i wybuchnąć śmiechem, pewna już, że jego myśli popłynęły w tym samym kierunku. Zachichotałam po raz kolejny, z chęcią przyjmując z powrotem butelkę whisky i upijając kolejny łyk, podczas gdy mężczyzna uśmiechnął się szeroko zadając mi jedno pytanie.
- Z dreszczykiem! - zachichotałam, nie do końca jednak pewna czy wypowiedź zabrzmiała dokładnie tak jak chciałam, czy może jednak buntujący się język zniekształcił lekko słowo. Rozbawiona tym faktem zaśmiałam się jeszcze głośniej. - O ile ciekhawei się gra w takiej sytuacji! - dodałam, nadal nie mogąc opanować rozbawienia.
Pochyliłam się po karty, zabierając również te Hugh, po czym zaczęłam je tasować (dwukrotnie musiałam pochylić się po te karty, które wypadły mi z rąk podczas całego procesu), święcie przekonana, że przyjaciel zgodzi się na to co zaoferowałam. W końcu nie protestował! Zamiast tego śmiał się wesoło! A to nie godzi by robić komuś nadzieje, a potem się wycofywać!
Przekrzywiłam głowę, zerkają na mężczyznę, machając mu przed nosem przetasowanymi kartami, w uśmiechu pokazując wszystkie zęby.
- To jak? - spytałam, zachęcająco kładąc przed nim talie. Niech rozdaje. - Chyba się nie boisz?
Zachichotałam, stukając go palcem w tors, by następnie wyprostować się gwałtownie. Ten ruch nie był do końca przemyślany, gdyż musiałam złapać się ramy łóżka, by nie zlecieć z niego, gdy zakręciło mi się w głowie. Zignorowałam to jednak, w miarę możliwości, przywołując na twarz wyraz pełen tryumfu, jakbym już wygrała całą rozgrywkę.
- Możesz już wyskakiwać z ciuchów, Randall, tak czy siak wygram!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1998-hugh-randall
http://panem.forumpl.net/t3568-hugh-2-0#56041
http://panem.forumpl.net/t3567-hugh-randall#56040
Wiek : 34
Zawód : Poszukiwany
Przy sobie : scyzoryk wielofunkcyjny, leki przeciwbólowe, niezarejestrowana broń palna, zapalniczka,zdobiony sztylet, fałszywy dowód tożsamości, telefon komórkowy
Obrażenia : anemia

PisanieTemat: Re: [P3] Izolatka   Pią Maj 15, 2015 9:16 pm

Kiedyś naprawdę tego nienawidził. Niemalże każdego dnia sięgał po szklankę (ewentualnie kilka) porządnego trunku, mając nadzieję, że ukoi to jego strapione nerwy i otumani umysł na tyle, aby zapomnieć. Zapomnienie było wszystkim, czego potrzebował. Zbyt dużo myśli kłębiło się w jego głowie, zbyt dużo wspomnień, które uderzały go coraz to nowymi falami. Dobrze wiedział, że sam był sobie winien. Nie umiał tak po prostu tego z siebie wyrzucić, nie potrafił zakopać przeszłości gdzieś głęboko, zacząć nowe życie bez tego bagażu doświadczeń, który targał przez dłuższy czas. Teraz widział, jak wielkim był głupcem. Sam siebie wpędzał w jeszcze większe problemy, zbyt często sięgając po butelkę whiskey, zbyt dużo czasu spędzając we własnym łóżku, wpatrując bezczynnie w sufit, zapominając o życiu, które przepływało mu przez palce, omijało szerokim łukiem. Wszystko to, co działo się za drzwiami jego mieszkania nie miało większego znaczenia. Nie miało większego sensu. Egocentrycznie skupiał się na samym sobie, ponieważ jego wielkie cierpienie było wszystkim, na czym mógł się skupiać. Rozkładał to wszystko na czynniki pierwsze, nie zawsze o trzeźwym umyśle, zachowując się jak człowiek, który postradał zmysły.
Może i tak było. W końcu nie bez powodu spędzał długie godziny na fotelu psychiatry, zwierzając się z prawie wszystkich szczegółów swojego życia. Które, w Kapitolu, nie było aż takie ciekawe. Wszystko kręciło się wokół zbitki tych problemów, z którymi sam nie potrafił sobie poradzić. Był tak bardzo słaby, tak bardzo głupi. Patrząc na to z perspektywy czasu miał wrażenie, że osoba, którą wspomina, była zupełnie kimś innym. To nie był Hugh Randall, którego znał, ani którego mogli pamiętać inni. Teraz, gdy patrzył w lustro, widział człowieka odmienionego. Nie otaczała go ciemna aura smutku i boleści, a determinacja, radość i zadowolenie z tego, kim jest. Po raz pierwszy od dawna czuł się we własnej skórze tak, jak powinien. Czuł się dobrze i wspaniale byłoby powiedzieć to na głos. Chciałby chwalić się każdemu dookoła tym, jak wspaniale się czuje, jak cudowne jest jego życie i jak niesamowite potrafi być życie każdego innego człowieka, jeśli tylko spojrzy się na nie z odpowiedniej perspektywy.
Miał nadzieję, że nie będzie to jedynie tymczasowa poprawa samopoczucia, ponieważ odnosił wrażenie, iż cała jego przeszłość przypomina ogromną sinusoidę. Wzloty i upadki przeplatały się ze sobą, jakby wszechświat tylko i wyłącznie dla niego ustalił wzór, zgodnie z którym toczy się jego życie. Jeśli jego obawy były słuszne, za jakiś czas – tydzień? miesiąc? rok? – wszystko to, co teraz posiada, cała radość i uśmiech na twarzy, obrócą się w proch. Znikną z powierzchni ziemi, opuszczą jego ciało i pozostawią w stanie, w którym oczekiwać będzie na poprawę jakości życia.
Nie chciał w to wierzyć. Wolał być pewien, iż on sam może stanowić o tym, co się z nim dzieje i nic ani, tym bardziej, nikt inny nie ma nad tym kontroli. W dwóch, silnych, męskich dłoniach, które aktualnie trzymały szklaną butelkę trunku, spoczywała władza nad tym jednym bytem. Każda decyzja, którą podejmie, nie będzie tragicznym skutkiem żartu Losu, a jedynie świadomym krokiem naprzód (nigdy w tył). Nie powinien o tym zapominać. Już raz to zrobił, zaprzeczył wszystkim wartościom, którymi kierował się dotychczas, i pozwolił, aby coś przejęło nad nim władzę.
Bunkier był idealnym miejscem do rozmyślania. Nawet jeśli nie chciało się tego robić, prędzej czy później, z oczywistego braku lepszych rozrywek, myśl ludzka i tak zbaczała w wyznaczonego toru. Właśnie dlatego siedział w Nicole w izolatce, niczym się nie przejmując. Jakiś tam regulamin? Nie był pewien, kto go układał, ale na pewno nie przewidział w nim osób zmuszonych do kilkumiesięcznego pobytu w zupełnej izolacji od dóbr współczesnego świata. Nie było czasu na przejmowanie się tak błahymi sprawami. Doskonale czuł, że wszystko to, co zdążyli już wypić, powoli zaczyna na niego oddziaływać. Nie miały znaczenia przyziemne sprawy, te, którymi zazwyczaj by się zamartwiał. Byli tylko oni, puste pomieszczenie, talia kart i jedna, jedyna chwila w jego życiu, z której naprawdę starał się czerpać jak najwięcej. Chciałby potrafić robić to także na trzeźwo, każdy dzień przeżywać tak, jakby był jego ostatnim, jednak pomimo całej tej zmiany, wywrócenia sposobu myślenia o 180 stopni, w rzeczywistości wciąż pozostawał sobą. Mężczyzną odpowiedzialnym, który dobro innych stara się stawiać ponad samego siebie i który zdesperowany jest zrobić wszystko, aby walczyć o to, w co wierzy. Mógł porzucić bezmyślne zamartwianie się własnym życiem, ten przerażający, mimowolny egoizm. I w końcu, mógł przestawić swoje priorytety i do każdego podchodzić z sercem na dłoni i uśmiechem na ustach, ponieważ teraz mógł robić wszystko, na co miał ochotę. Prawie.
Musiał przyznać, iż cudownie było móc się tak po prostu śmiać. Śmiechem lekkim, nieskrępowanym i swobodnym. Obserwować swoją towarzyszkę, która wtórowała mu w tym geście, dobrze wiedząc, o czym pomyślał. Przyglądał się jej dłoniom, kiedy dość nieporadnie tasowała karty. Z szerokim uśmiechem na ustach chwycił talię i zaśmiał się, gdy po stuknięciu go w tors zachwiała w tył, niemalże spadając z łóżka. Następnie prychnął w odpowiedzi na jej pytanie, w milczeniu rozdając karty.
- Nie tak prędko, Kendith - rzucił, siląc się na poważny ton - Nie masz jeszcze pojęcia, z kim zadzierasz - po raz kolejny tego wieczoru upił z butelki porządny łyk alkoholu i wpatrzył się w nią uważnie, czekając, aż zacznie się prawdziwa zabawa.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1130-nicole-kendith
http://panem.forumpl.net/t3565-nicky#56034
http://panem.forumpl.net/t3564-nicole-kendith#56033
http://panem.forumpl.net/t1136-to-co-bylo-jest-i-bedzie#11701
http://panem.forumpl.net/t3566-nicky#56037
Wiek : 24 lata
Zawód : Uciekinierka
Przy sobie : pistolet, naboje, butelka alkoholu, kapsułka z wyciągiem z łykołaków, telefon komórkowy, laptop, pieniądze upchane po kieszeniach, przetarty plecak, aparat, leki przeciwbólowe
Znaki szczególne : nieufne spojrzenie, utyka na lewą nogę
Obrażenia : złamane serce, martwica nerwów w lewej nodze (nie wszystkich, prawda?)

PisanieTemat: Re: [P3] Izolatka   Czw Cze 18, 2015 7:32 pm

/wyyyyyybaaaacz ;-;

Było mi coraz lepiej. Dobre towarzystwo, przyjemne szumienie w głowie, ciepło rozlewające się po ciele z każdym kolejnym łykiem alkoholu, wszystko to odpychało w dal problemy, nieprzyjemne myśli, widmo wszelkich negatywnych emocji, wcześniej tak silnie kotłujących się w mojej głowie, dominujących nad niemal każdą drobną chwilą. Teraz byłam rozluźniona, może nawet za bardzo, biorąc pod uwagę jak łatwo było mi stracić równowagę. Byłam wesoła, ujście radości dając przez wesoły śmiech, zaraźliwy w ten sam sposób co ten wydobywający się z ust Hugh. Na chwilę świat poza izolatką przestał istnieć, nie było konspiracji, nie było strachu o życie swoje i bliskich (szczególnie bliskich), nie było niebezpieczeństwa i pchającej coraz głębiej w ramiona zagrożenia chorej determinacji, która kazała być wierna swym poglądom. Mogłam o tym zapomnieć.
Przyglądałam się uważnie rozdającemu karty mężczyźnie, próbując zdusić chichot, który wyrwał mi się w odpowiedzi na jego prychnięcie. Byłam pewna siebie, przekonana o swojej możliwości wygranej, przez co sytuacja ekscytowała mnie jeszcze bardziej, niż powinna. Z radością chwyciłam karty, gdy wszystkie w końcu znalazły się przed moim nosem, po czym wyszczerzyłam się w stronę mojego nowego przeciwnika.
- Och, ty również nie wiesz z kim igrasz! - odparłam na jego groźbę, również starając się zachować poważny ton, jednakże czknięcie, które wyrwało mi się po chwili zniwelowało efekt, ponownie więc zaniosłam się śmiechem, sięgając po oferowaną mi butelkę.
Uwielbiałam ten stan. Przynajmniej na ten moment, bo wiedziałam, że jutro, jak jeszcze nie tej nocy, pożałuje każdej wypitej kropelki. Na razie jednak nie potrafiłam się tym przejmować. Było mi za dobrze.
Przyjrzałam się ściskanym w ręku kartą, starając się skupić wzrok na rozdaniu. Z namysłem wędrowałam spojrzeniem po kolorach, by po chwili z radością zanotować, iż trzymany w ręku układ niemal na sto procent da mi wygraną. Zachichotałam ponownie, zerkając na Hugh, nie mogąc się już doczekać momentu wystawienia kart. A gdy ten nadszedł z pełną dumy i samozadowolenia miną wyrzuciłam je na prześcieradło, prezentując przepięknego fulla.
By po chwili wydać z siebie niekontrolowany dźwięk radości i zanieść się głośnym śmiechem, gdy karty przyjaciela okazały się słabsze.
- Wyskakuj z bluzki, Hugh! - rzuciłam, szczerząc się rubasznie, unosząc butelkę whisky w pseudotoaście, a następnie upijając z niej duży haust. Nie podałam jej jednak towarzyszowi, czekając najpierw aż ten wykona swoje zadanie.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1998-hugh-randall
http://panem.forumpl.net/t3568-hugh-2-0#56041
http://panem.forumpl.net/t3567-hugh-randall#56040
Wiek : 34
Zawód : Poszukiwany
Przy sobie : scyzoryk wielofunkcyjny, leki przeciwbólowe, niezarejestrowana broń palna, zapalniczka,zdobiony sztylet, fałszywy dowód tożsamości, telefon komórkowy
Obrażenia : anemia

PisanieTemat: Re: [P3] Izolatka   Pon Cze 22, 2015 8:21 pm

Jak często można z pełną szczerością powiedzieć, iż jest się szczęśliwym? Jak często, patrząc w lustro, można przyznać samemu sobie, iż to, kim jesteśmy, jest wystarczające i że nic w naszym życiu nie wymaga zmiany? Hugh chciałby zmienić naprawdę wiele, gdyby tylko otrzymał taką możliwość. Chciałby odwrócić bieg zdarzeń, w pewnych momentach zadecydować inaczej, w innych zupełnie się wycofać, a jeszcze innych rzeczy dokonać, zamiast chować głowę w piasek i uciekać od odpowiedzialności, narażając się na skutki, których ból znał niemal za dobrze. Może nie była to każda sekunda, w końcu nawet w najczarniejszym charakterze istnieją jakieś przebłyski światła, wspomnienia, które przyprawiają go o mocniejsze bicie serca. Nie były to też całe dni. Przecież bywały takie, które zdecydowanie warte były zapamiętania i naprawdę cieszył się z tego, że się wydarzyły. W tych najczarniejszych momentach to do nich, poza butelką, sięgał, aby ulżyć swemu sercu i duszy, zdjąć z ramion ciężar przytłaczającego go świata.
Jako dzieciak nigdy nie przypuszczał, iż życie może okazać się takie ciężkie. Dopóki wszystko malowało się w najjaśniejszych barwach odnosił wrażenie, że nic nie może pójść źle, że jego rodzina jakimiś magicznym zaklęciem odpycha od siebie całe zło, które tak wielu rodzicom odbierało ukochane dzieci, a rodzeństwu braci czy siostry. Później, jak się okazało, Los postanowił wynagrodzić im każdą minutą szczęścia, zsyłając w to miejsce całe miliony minut płaczu, krzyku, smutku i zdenerwowania, które targały ich niewielkim domem. Już wtedy nauczył się, że warto zachowywać dobre wspomnienia, aby w okresach taki jak ten cofać się do nich myślami i choć na krótką chwilę zapomnieć o tym, iż otaczająca go rzeczywistość wygląda o wiele gorzej. Tak więc, kiedy w ich domu zabrakło Malcolma i każdy dzień był jedynie oczekiwaniem na to, co, jak się zdawało, jest nieuniknione, co noc kulił się w swoim łóżku, zaciskał oczy i jeszcze raz przeżywał wszystko to, co było szczęśliwe. Czasem nawet zdarzało mu się śmiać na głos do własnych myśli i, gdy przyłapywał na tym sam siebie, naprawdę się cieszył, iż nikt nie może tego usłyszeć. Nie wypadało się śmiać, gdy najstarszy brat w tym właśnie momencie staje twarzą w twarz z przeciwnikiem, który tak naprawdę mógł być kolejnym wcieleniem śmierci.
W życiu Randalla było zdecydowanie zbyt mało momentów, o których mógł powiedzieć, iż były szczęśliwe. Każde wspomnienie, które przywoływał w swojej pamięci prowadziło go do kolejnego, które wiązało się jedynie z bólem i cierpieniem, wieczną udręką. Ilekroć pomyślał o ukochanej Victorii i chwilach, w których czuł się wspaniale, przypominał sobie o tym lekkomyślnym zamachu, jej krwi na jego dłoniach, sercu, które powoli przestawało bić w jego piersi. Nie liczył się fakt, iż jakiś czas później ponownie przed sobą stanęli, jego ręce znów mogły opleść jej jeszcze szczuplejszą sylwetkę – tamtego dnia przeżył traumę i to ona głębiej zapisała się w jego umyśle. Podobnie było ze wszystkim innym i powoli dochodził do wniosku, iż jest jedynie kolejnym przykładem na to, iż to nie dobre, a złe wspomnienia wywierają większy wpływ na ludzkie życie, głębiej zapisując się w umyśle człowieka.
Teraz jednak mógł z całą pewnością powiedzieć, iż jest szczęśliwy. Właściwie wydawało mu się, iż przeżywa pełnię szczęścia, niemożliwą do opisania słowami. Przykry był jedynie fakt, iż aby ta myśl przemknęła przez jego umysł potrzebował dużej ilości alkoholu, która otumaniała jego umysł i wypierała wszystko to, co zakłócało ten błogi stan. Tak, jakby ktoś wyciągnął z jego mózgu wtyczkę. Nic, absolutnie nic, poza talią kart, niewygodnym łóżkiem, butelką alkoholu oraz Nicole nie miało większego znaczenia. Cudownie było nie myśleć, po prostu się śmiać i śmiechu słuchać, pociągać kolejne łyki z butelki i prawdziwie żyć chwilą, delektując się każdą jego sekundą. Nie chciał wracać do codzienności, chciał zatrzymać się w tym momencie, uciec od problemów, smutków, wspomnień, obowiązków i konieczności podejmowania dojrzałych decyzji, których skutków nie mógł przewidzieć. Gdzieś tam głęboko wciąż spoczywał ten dawny, rozsądny, smutny Hugh kierujący się faktami, jednak teraz nie było go w tym pomieszczeniu. Ustąpił on miejsca zupełnie innej osobie i Randall bał się odpowiedzieć na pytanie, z którym czuje się lepiej.
Nie obchodziło go, czy wygra. Chciał po prostu grać, robić coś, sprawić, aby ta noc trwała w nieskończoność i nigdy nie dobiegała do końca. Kiedy więc Nicole wydała z siebie odgłos tryumfu przybrał na twarz zawiedzioną minę, aby później wybuchnąć śmiechem nie do końca będąc świadomym tego, co powinien teraz uczynić. Dziewczyna szybko jednak uświadomiła go w karze, jaką musiał ponieść jako przegrany i przez chwilę nie za bardzo wiedział, co z tym faktem uczynić. Na chwilę uśmiech zszedł z jego twarzy, kiedy spoglądał na swoją szarą koszulkę, nie kwapiąc się, aby ją z siebie ściągnąć. Westchnął głośno, odrobinę teatralnie, po czym podniósł wzrok na swoją towarzyszkę i z wyrazem dumy i wyższości na twarzy zdjął ubranie, rzucając je na ziemię obok łóżka.
- Szykuj się, Nicole. Ty będziesz następna – zaśmiał się, wyrwał jej z ręki butelkę, po czym zabrał i także karty i trochę bardziej niezdarnie niż zwykle zaczął je rozdawać.
Zdecydowanie nie był w nastroju, aby zachowywać kamienną twarz, więc już po chwili dziewczyna mogła zauważyć na jego twarzy wyraz tryumfu, który zdecydowanie zwiastował jego nadchodzące zwycięstwo. Zamaszystym ruchem rzucił przed siebie karty, o mało nie strącając butelki whisky. Wyszczerzył się w stronę swojej przeciwniczki, nie ukrywając zadowolenia z samego siebie.
- No dalej, moja droga! – zachęcił ją, śmiejąc się głośno – Nie będę czekał całą wieczność! – dodał, wpatrując się w nią wyczekująco, upijając kolejny łyk z butelki. Nie myślał o tym, że kiedyś, a nawet szybciej, niż mógłby się spodziewać, może pożałować wypitego tej nocy alkoholu. Mógłby znieść wszystko, byle choć na chwilę oderwać się o własnego życia i wszystkiego, co było z nim związane.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1130-nicole-kendith
http://panem.forumpl.net/t3565-nicky#56034
http://panem.forumpl.net/t3564-nicole-kendith#56033
http://panem.forumpl.net/t1136-to-co-bylo-jest-i-bedzie#11701
http://panem.forumpl.net/t3566-nicky#56037
Wiek : 24 lata
Zawód : Uciekinierka
Przy sobie : pistolet, naboje, butelka alkoholu, kapsułka z wyciągiem z łykołaków, telefon komórkowy, laptop, pieniądze upchane po kieszeniach, przetarty plecak, aparat, leki przeciwbólowe
Znaki szczególne : nieufne spojrzenie, utyka na lewą nogę
Obrażenia : złamane serce, martwica nerwów w lewej nodze (nie wszystkich, prawda?)

PisanieTemat: Re: [P3] Izolatka   Nie Cze 28, 2015 5:44 pm

Naprawdę się wyłączyłam. Całą rzeczywistość, wszystkie problemy, poplątane myśli, wszelkie wątpliwości, czy nawet cichy głosik moralności, który mógłby mnie upomnieć, że przecież nie należy rozbierać brata swojego faceta, czy tym bardziej ściągać przy nim własne ciuchy, pozostawiłam za drzwiami izolatki, oddzielając się od nich grubymi ścianami. Zarówno tymi realnymi, jak i psychicznymi, których istnienie w zadziwiającym wręcz stopniu zawdzięczałam alkoholowi. Pozbyłam się granic, siedząc tam i upijając kolejne to łyki mocnego trunku.
Dawno nie osiągnęłam takiej swobody, nie bawiłam się w ten sposób. Zazwyczaj starałam się zachować granice zdrowego rozsądku, jednak powoli zaczęłam się przekonywać, iż Hugh nie był typem przyjaciela, przy którym można było zachować spokój. Nasza znajomość zaczęła się dość burzliwie i wszystko wskazywało na to, że do jej końca nie będziemy mogli marudzić na nudę. Pływanie w Moon River i wspólne spijanie się w Kwaterze Kolczatki było tego dowodem. Miałam jednak nadzieję, że ściąganie ubrań w swoim towarzystwie raczej nie wejdzie nam w nawyk.
Choć nie potrafiłam się tym przejąć teraz, rozważania nad moralnością naszych działań zostawiając na później. Swobodny śmiech, radosny uśmiech i rozluźniona atmosfera, która wytworzyła się w pomieszczeniu karmiły moją złaknioną rozrywki i oderwania od rzeczywistości duszę, tak skutecznie, iż na prawdę nie wyobrażałam sobie momentu, w którym przyjdzie mi opuścić izolatkę. Zamiast myśleć o tym, skupiłam się na tym co się działo. Przyglądałam się Hugh z tryumfem, podczas gdy full rozłożony na pościeli świadczył niebicie o mojej wygranej i przymusie wykonania przez mężczyznę kary. Czekałam, aż mężczyzna ją wykona, nie przejmując się nawet chwilą jego zwątpienia, a gdy w końcu materiał jego bluzki wylądował na podłodze, a na twarzy towarzysza pojawił się wyraz dumy i wyższości, zachichotałam ponownie, wyrzucając w górę ręce i na siedząco oddając się przyjemności wykonania pseudo-tańca zwycięstwa. Niemal oblewając się przy tym whisky. Na szczęście Hugh dość szybko zdecydował się zabrać mi butelkę.
- Zobaczymy! - odpowiedziałam na jego groźbę, gdy już przestałam się wiercić, starając się zapanować nad rozbawieniem.
Chwyciłam rozdane karty i spróbowałam skupić na nich wzrok, choć promile wędrujące wraz z moją krwią usilnie starały mi się to utrudnić, a symbole na tekturkach rozmazywały się i skakały mi przed oczami. Kiedy wreszcie dotarło do mnie jak słabe miałam rozdanie wydęłam niezadowolona wargi i przeniosłam wzrok na przeciwnika. Widok jego pełnego satysfakcji uśmiechu mówił sam za siebie.
Westchnęłam, rzucając karty na nasz prowizoryczny blat, po czym wyciągnęłam przed siebie nogi i ściągnęłam skarpetki. Jedną po drugiej.
- Dwie, żeby zrekompensować ci koszulkę - odparłam tonem pełnym samozadowolenia, że tak łatwo udało mi się wywieść towarzysza w pole, unikając ściągnięcia innego ciucha.
A przecież nie łamałam zasad!
Wyszczerzyłam się, rzucając wzgardzoną częścią odzienia na podłogę, po czym zabrałam przyjacielowi butelkę, nie przejmując się nawet tym czy moje zagranie mu się spodobało. Upiłam duży łyk napoju, po czym zgarnęłam wszystkie karty, tym razem decydując się na własne rozdanie.
I to był najprawdopodobniej błąd. Nie licząc faktu, iż kilka z kart wyleciało mi z dłoni, lotem ślizgowym pokonując pewną odległość od łóżka, samo rozdanie okazało się tragiczne. Mina mi zrzedła, kiedy przyglądałam się trzymanym w dłoniach tekturką, by po chwili rzucić je na łóżko, upić kolejny łyk, a następnie z buńczuczną miną poderwać się z łóżka, prawie się przy tym wywalając. Złapałam się za poręcz łóżka, prychając niezadowolona.
- Głupie karty - burknęłam, sięgając palcami do rozporka i by po chwili rozpocząć mozolną walkę ze spodniami, które wyjątkowo plątały się wokół moich nóg, podczas próby ich zdjęcia. Nie musiałam nawet czekać na upomnienie od Hugh, miałam najsłabszą możliwą kombinacje w ręku.
Nie udało mi się utrzymać równowagi, mimo podpierania się o mebel, w końcu więc klapnęłam na podłogę, wzdychając zirytowana i patrząc z niechęcią na zaplątany na wysokości kolan materiał.
-Głupie spodnie - skomentowałam, długo jednak nie wytrzymałam w takiej postawie i wybuchłam głośnym śmiechem, kopiąc nogami tak długo, aż w końcu udało mi się uwolnić od ubrania. Wtedy też szybko podniosłam się i z powrotem usiadłam na łóżku, sięgając po butelkę.
- Ty rozdajesz! - zarządziłam, może nie do końca wyraźnie. Miałam coraz większy problem ze zmuszeniem języka do współpracy. - Ale... Tym razem przegrany zatańczy dla drugiego!
Poruszyłam sugestywnie brwiami.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1998-hugh-randall
http://panem.forumpl.net/t3568-hugh-2-0#56041
http://panem.forumpl.net/t3567-hugh-randall#56040
Wiek : 34
Zawód : Poszukiwany
Przy sobie : scyzoryk wielofunkcyjny, leki przeciwbólowe, niezarejestrowana broń palna, zapalniczka,zdobiony sztylet, fałszywy dowód tożsamości, telefon komórkowy
Obrażenia : anemia

PisanieTemat: Re: [P3] Izolatka   Nie Lip 19, 2015 10:18 pm

Ostatni okres czasu wydawał się być niczym jazda pozbawioną hamulców, rozpędzoną kolejką górską. Z każdym zakrętem Hugh patrzył śmierci w oczy, całe jego życie przelatywało mu przed oczami i zastanawiał się, jak wiele jeszcze uda mu się udźwignąć. Czuł, jak jego wnętrzności wędrują po całym organizmie, gdy kolejny raz wisiał głową w dół patrząc na ziemię, po której jakiś czas temu stąpał w miarę swobodnie, mając swoje własne, stabilne życie. Cóż, może nie było ono istną sielanką, ale dawno już nauczył się doceniać to, co posiada. Najwyraźniej niedostatecznie jednak, skoro teraz tak bardzo tęsknił do luksusów Kapitolu, wcześniej dość sceptycznie podchodząc do ofiarowanych mu dóbr.
Nie mógł się zatrzymać, nie mógł też zawrócić. Był w samym centrum oszalałego pędu, śmiertelnej przejażdżki zmierzającej w kierunku, którego sam nie znał. Wiedział też, że nie jest tam sam. W momencie, w którym zdecydował się pomóc w odbiciu trybutów, gdy wsiadł na pokład poduszkowca, porwał Almę Coin i uciekł do siedziby Kolczatki, jednocześnie wsiadł do małego wagonika, który w tej właśnie chwili wyruszył. Z nim i kilkorgiem innych osób, którzy poświęcili wszystko co mieli w imię większego dobra.
Większego dobra… Jaki to miało sens? Czym było to dobro przy całym tym złu, które już zdążyło zasiać swe nasiona pośród wszystkich obywateli, rozplenić się niczym zaraźliwa choroba, zawładnąć sercami i umysłami osób, które nie potrafiły już patrzeć trzeźwo na otaczający ich świat? Czym było to dobro, jeśli nie jedynie iluzją tego, czym Randall chciał, aby było w rzeczywistości? Oni wszyscy wciąż tam tkwili, zamknięci pod ziemią, bez większych perspektyw, licząc na łaskę Losu i dobrą passę, która mogłaby wskazać im nową drogę. Przynajmniej żyli. Właśnie ta myśl dawała mu poczucie dobrze wypełnionego obowiązku. Trybuci, których uratowali, żyli i choć zapewne nie tak wyobrażali sobie życie zwycięzców, powinni docenić fakt, że ich płuca wciąż nabierały powietrza, a serce pompowało do żył. Nie musieli się martwić że ktoś poderżnie im gardło, gdy będą spali, albo poda truciznę, po której zapadną w wieczny sen. Mogli spać, na wąskich, niewygodnych łóżkach w zbiorowej sypialni, ale przynajmniej spokojni o kolejny poranek.
Przebywając z Nicole w izolatce czuł się tak, jakby ta kolejka zwolniła. Wciąż miał świadomość, że życie, które się rozpoczęło, ciągle trwało, jednak teraz, zamiast przepaści pod stopami czuł ląd. Może i tylko na chwilę, w której alkohol płynął w jego żyłach i zawładnął organizmem, jednak zdecydowanie czuł się o wiele lepiej. Nigdy nie sądził, że powtórzy to zdanie, ale po raz kolejny alkohol sprawił, iż czuł się szczęśliwy, rozluźniony i wolny. Chciałby, a by to trwało, aby ta chwila swobody, braku zmartwień i trosk ciągnęła się w nieskończoność. Nie chciał wracać do szarej codzienności bunkra, do myślenia o tym, czy za rok wciąż będzie w tym samym miejscu, czy może w ogóle już go nie będzie. Musiał odpocząć, oderwać swój umysł, swoją duszę, pozwolić sobie samemu puścić wewnętrzne hamulce, które nie wiedząc czemu blokowały go przed odrobiną rozrywki.
Kiedy pierwszy raz spotkał Nicole nie miał pojęcia, że ich znajomość potoczy się w tym kierunku. Cóż, kiedy potrącił jej kota nie wiedział nawet, że dziewczyna okaże się kimś więcej niż jedynie przypadkową osobą poznaną w dość niefortunny sposób, że zamiast tego będzie ukochaną jego brata, którego nie widział od niemalże dwudziestu lat i którego nie spodziewał się nigdy więcej zobaczyć. Nie podejrzewał, że jakiś czas później będą urządzać nocne wyścigi w Moon River, a następnie upijać się w siedzibie nielegalnej organizacji, której przywódcą de facto był Malcolm, grając w rozbieranego pokera i śmiejąc się niczym małe dzieci. Gdyby jednak wiedział to wszystko wcześniej, gdyby mógł w jakiś sposób wpłynąć na to, co się wydarzy, nie zmieniłby zupełnie nic. W życiu zawsze brakowało mu osób takich jak Kendith, brakowało przyjaciół i nie zamierzał marnować takiej okazji.
Czuł się zwycięzcą. Ponownie niczym dziecko, które jako pierwsze dotarło na wielki szczyt góry. Z tryumfem patrzył na swoją towarzyszkę, co jakiś czas pociągając z butelki i wyczekując, aż i ona pozbędzie się fragmentu swojego odzienia. Przyglądał się jej z uwagą, nie próbując jej jeszcze popędzać. Po westchnięciu i rzuceniu przed siebie kart wyciągnęła przed siebie nogi i zdjęła obie skarpetki. Wpatrywał się w jej nagie stopy z wyrazem niedowierzania na twarzy, który szybko zmienił się w urażoną minę dziesięciolatka.
- Poważnie, Nicole? – powiedział teatralnie urażonym tonem, bełkocząc lekko – Poczekaj tylko, jeszcze sprawię, że zdejmiesz coś więcej – rzucił, po czym upił z butelki porządny łyk i chwycił rozdane przez nią karty, zdeterminowany do osiągnięcia ponownego zwycięstwa.
W tym wypadku los zdawał się zdecydowanie stać po jego stronie. Kolejne świetne karty i kolejne zwycięstwo sprawiły, że wydał z siebie dość zabawny i niemożliwy do opisania dźwięk, będący oznaką jego tryumfu, tym razem będąc przekonanym, iż Nicole nie uda się go oszukać. I rzeczywiście, naburmuszona po raz kolejny rzuciła karty na łóżko, nie omieszkując obrazić niewinnych przedmiotów i sięgnęła do rozporka spodni, aby następnie siłować się przy ich ściąganiu. Randall przyglądał się, śmiejąc się z jej poczynań, a gdy przez własną nieporadność, spowodowaną prawdopodobnie alkoholem, upadła na ziemię, wybuchnął głośnym śmiechem, nie trudząc się jednak aby jej pomóc. W końcu usiadła z powrotem na swoje miejsce, uboższa o parę spodni i sięgnęła po butelkę. On zaś, zgodnie z poleceniem, zgarnął talię i rozpoczął tasowanie, zdecydowanie zbyt pewny siebie.
- Nie ma sprawy! – wykrzyknął w reakcji na rzucony przez nią pomysł, śmiejąc się i nie myśląc o tym, iż to on może być tym, który będzie zmuszony tańczyć.
Z chwilą, w której spojrzał na trzymane w dłoni karty dobrze wiedział, że nie ma szans. Nie było możliwości, aby udało mu się wygrać to rozdanie i nie był pewien, czy odpowiada mu sytuacja, w której się znalazł. Nie umiał tańczyć. Chyba nawet za bardzo nie lubił, choć ciężko mu było powiedzieć, gdyż za często tego nie robił. Ukradkiem zerkał na swoją przeciwniczkę, starając się w jakiś sposób zamaskować wyraz skonsternowania, który wymalował się na jego twarzy, po czym nie mogąc wytrzymać wypuścił karty z rąk i spojrzał na nią oburzonym wzrokiem, marszcząc brwi.
- Dobra, Kendith, miejmy to ze sobą. Włącz jakąś piosenkę – powiedział, wstając z miejsca i przechodząc na środek izolatki. Miał wielką nadzieję, że Malcolm nie postanowił zamontować tam kamer, które mogłyby zarejestrować jego poczynania. Gdy zabrzmiały pierwsze nuty nieznanej mu melodii wziął jeszcze łyk whisky, odetchnął głęboko, zamknął oczy i zaczął powoli wyginać się w, jak mu się wydawało, rytmie piosenki. Dobrze wiedział, że mu to nie idzie i zastanawiał się, czy wygląda teraz tak nieporadnie jak źrebię, które dopiero uczy się chodzić. Mimo wszystko nie przestawał i nie myślał za bardzo o tym, jak komicznie musi się prezentować. Po prostu się ruszał, obracając wokół własnej osi, unosząc do góry dłonie i wpadając prawdopodobnie na najgorszy pomysł, jaki mógł przyjść mu do głowy. Otworzył oczy, śmiejąc się i patrząc na Nicole, która najwyraźniej czerpała wielką przyjemność z obserwowania jego manewrów.
Kiedy z otumanionym przez alkohol umysłem sięgał do swojego rozporka chciałoby się powiedzieć, że myślał chociażby o tym, czy właśnie tak zachowują się te wszystkie dziewczęta pracujące w Violatorze. W rzeczywistości jednak nie myślał o niczym. Ostatnim, co zagościło w jego umyśle, był fakt, że mogłoby być zabawniej, gdyby do tańca dodał standardową karę za przegranie rozdania. Dlatego też po chwili, wciąż tańcząc o wiele śmielej niż na początku, ściągał spodnie, a gdy trzymał je w dłoni uniósł je nad głowę i zakręcił kilka razy, wykonując ruchy, o które nigdy by siebie nie posądzał. Alkohol zdecydowanie nie działał na niego najlepiej, ale jak długo się śmiali, tak długo nie zamierzał zawracać sobie tym głowy.
Gdy fragment ubrania wylądował na podłodze, Randall wciąż kontynuował taniec, przyciągając na środek pokoju stojący w kącie metalowy wieszak, który następnie objął obiema dłońmi i oplótł lewą nogą, głowę odchylając do tyłu. Nie miał pojęcia co robi, jednak wiedział, że wieszak zdecydowanie służy mu za dobrego partnera.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : Troublemaker
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: [P3] Izolatka   Czw Lip 23, 2015 8:02 pm

Wątek przeniesiony do retrospekcji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: [P3] Izolatka   

Powrót do góry Go down
 

[P3] Izolatka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Izolatka
» Izolatka

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Kapitol :: Dzielnica Południowa :: Bunkier-