IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Victor Blythe

 

 Victor Blythe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t3164-victor-blythe
http://panem.forumpl.net/t3187-victor#49890
http://panem.forumpl.net/t3186-victor-blythe
http://panem.forumpl.net/t3188-victor#49893
http://panem.forumpl.net/t3189-victor-blythe#49896
Wiek : 27
Zawód : Strażnik Pokoju
Przy sobie : leki przeciwbólowe, telefon komórkowy, broń palna, magazynek z 15 nabojami, zezwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Victor Blythe   Sob Sty 31, 2015 2:13 am


Victor Blythe
ft. Jamie Blackley
data i miejsce urodzenia
lato 2256r., gdzieś w Panem
miejsce zamieszkania
Dzielnica Wolnych Obywateli
zatrudnienie
Strażnik Pokoju
Rodzina

Zastanawiając się dłużej zdaję sobie sprawę, iż nie potrafię opisać mojej rodziny. Nie chodzi o to, że jest to dla mnie ciężkie, wspominanie tych osób, mówienie o nich tak, jakby byli martwi, a przecież żyją. I, z tego co wiem, mają się znakomicie. Wydaje mi się jednak, iż ludzkość nie wynalazła jeszcze odpowiednich słów, aby opisać to, jak wyjątkowi są. Jak wyjątkowi byliśmy, kiedy jeszcze mieszkaliśmy razem, mając siebie nawzajem. Na co dzień.
Mój ojciec, William, urodził się i wychował w Kapitolu. Jednak z tego co wiem cały ten przepych, bogactwo i duma tamtejszych mieszkańców nie była dla niego, chociaż jego rodzice, a moi dziadkowie, pochodzili z całkiem wysokich sfer, kapitolińskiej arystokracji, mimo iż ich korzenie znajdowały się w zupełnie innym miejscu. Nie było to nic wielkiego, żadne rządowe pozycje czy wpływy u prezydenta, jedynie niewielka, zapoczątkowana w Dystrykcie 3 rodzinna firma produkująca urządzenia elektryczne, która z czasem rozrosła się do rozmiarów fabryki, a jej właściciele, skuszeni bogactwem, przeprowadzili się do stolicy Panem i tam też pozostali. Mój ojciec miał być dziedzicem majątku, jako pierworodny syn, najstarszy z trójki rodzeństwa, miał zapewnione dostanie życie, pozycję społeczną i wszystko, czego mógłby zapragnąć przeciętny obywatel. Wolę swoich rodziców wypełniał do czasu, gdy poznał moją matkę, Sophie. Piękna, inteligenta i utalentowana kobieta, pochodząca z biedniejszej rodziny, która choć swoje korzenie posiadała w Kapitolu, nigdy nie dosięgała majątkiem rodzinie Blythe. Mimo wszystko oczarowała mojego ojca, zawładnęła sercami moich dziadków, jednocześnie zostając żoną Williama. Z wykształcenia nauczycielka, z zamiłowania kucharka i muzyk, z zawodu po prostu wybranka ojca, spędzająca dnie w domu, snując wielkie plany na przyszłość. Jakiś czas po pierwszej rocznicy ślubu postanowili raz na zawsze opuścić granice Kapitolu, rozpoczynając życie w drodze. Z pomocą przyszli im znajomi znajomych, którzy mieli znajomych w rządzie, mogących zapewnić stałe bezpieczeństwo gdziekolwiek by się nie znaleźli.
W tym mieście mlekiem i miodem płynącym przyszła także na świat moja siostra, Elizabeth. Starsza o całe dwa lata, niezwykle uzdolniona, piękna i inteligentna, zupełnie jak jej matka. Była niemalże lustrzanym odbiciem Sophie, z ciemnymi włosami i pogodnymi, wiecznie roześmianymi oczami. Była, jest i będzie moją najlepszą przyjaciółką pośród wielu innych osób, z których nie każdy zaskarbił sobie moje zaufanie tak bardzo jak ona.


Historia


They say that the road
Ain't no place to start a family

Mieliśmy tylko siebie, stary samochód, komplety ubrań, zapas jedzenia, stare skrzypce mojego dziadka i gitarę, którą ojciec kupił mojej matce w ich pierwszą rocznicę ślubu. Pierwszą i ostatnią, ponieważ kolejnych nie obchodzili. Czas w drodze rządził się własnymi prawami, nie można go było okiełznać i zliczyć, jak mawiał mój ojciec, kiedy pytałem o cokolwiek wymagającego podania konkretnej daty. Jak na przykład daty moich urodzin, której wciąż nie poznałem i chyba nie poznam. Matka mówiła, że urodziłem się kiedy powietrze było rześkie, a słońce znajdowało się już na niebie, nieśmiałymi promieniami oświetlając kulę ziemską i wszystko, co się na niej znajdowało. Naprawdę uwielbiała po kilka razy opisywać mi każdy, najdrobniejszy szczegół krajobrazu, który rozciągał się przed jej oczyma, gdy po raz pierwszy wzięła mnie na ręce i przytuliła do siebie, na zawsze obdarzając mnie jedyną i niezastąpioną matczyną miłością. Ja zaś uwielbiałem jej słuchać, obserwując wyraz jej zamyślonej twarzy z lekkim uśmiechem na wąskich wargach i dobrze znanym mi błyskiem w oku.  Kiedyś nawet, podczas jednego z tych popołudni, kiedy po prostu zatrzymywaliśmy się gdzieś pośród bezkresnej przestrzeni i jedynym, co pojawiało się przed naszymi oczyma, była wielka i nieskończona pustka prowadząca w wielki świat, usiadłem razem z nią, pozwalając aby słowa wypływały z jej ust, układając się w dobrze mi znaną historię, wziąłem do ręki ołówek i skrawek papieru i narysowałem jej portret. Wyglądała cudownie i nie mówię tu o swoim talencie. Wyglądała cudownie ponieważ w tamtej chwili wszystkie uczucia, które skrywała w swoim sercu uzewnętrzniły się, znajdując odbicie w jej młodo wyglądającej twarzy.

Such is the way of the world
You can never know
Just where to put all your faith
And how will it grow


Dystrykt 5
Moja matka chciała, abym urodził się w miejscu, z którego pochodziła moja rodzina. Nie chodziło jej bynajmniej o Kapitol, chociaż zarówno ona jak i ojciec przyszli na świat właśnie w tamtym miejscu. Było ono jednak tylko przystankiem na drodze rozwoju naszej rodziny, której najdalsze pokolenia, o których dane było mi usłyszeć, miały swoje korzenie w Dystrykcie 3. Sophie uważała więc, że jeśli nie mogę urodzić się w Kapitolu, powinienem urodzić się właśnie w Trójce, abym w przyszłości z dumą mógł opowiadać o tym, iż mimo wiecznego życia w drodze przyszło mi rozpocząć swoje życie na ziemi, po której stąpali moi przodkowie. Historia byłaby ciekawa, gdyby to wszystko wydarzyło się zupełnie przez przypadek, a nie przez celowe działanie mojej rodzicielki, która naprawdę uwielbiała wspominać stare, dobre czasy.
Niestety, kiedy matka była w końcowy etapie ciąży ona, ojciec i moja siostra przebywali w Dystrykcie Dwunastym i choć natychmiast podjęli się wyprawy na zachód, nie udało im się dotrzeć na czas. Tym właśnie sposobem przyszedłem na świat na obrzeżach Dystryktu 5.
Pamiętam, jak wielokrotnie zadawałem Williamowi pytanie o dzień moich urodzin. Za każdym razem wybuchał głośnym śmiechem, który wciąż dźwięczy mi w uszach, na samą jego myśl wywołując uśmiech na mojej twarzy, spoglądał na moją matkę, obejmując ją ramieniem i snuł opowieść o tym, jak bardzo niezadowolona była z miejsca moich narodzin. Można nawet powiedzieć zawiedziona.
Z wczesnego okresu w tym miejscu nie pamiętam za wiele. Wszelkie wspomnienia i obrazy, które czasem przewijają się przez mój umysł, są zamazane i niekiedy zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno są one prawdziwe, czy może mój umysł wypełnia puste miejsca wyimaginowanymi scenami, które tak naprawdę nigdy nie miały miejsca. Wiem jednak, iż to tam moi rodzice spędzili najwięcej czasu w całej bujnej historii ich podróży po Panem. Dlatego właśnie żałuję, że lata spędzone w tym miejscu, znam jedynie z opowieści rodziców.

and through the carnival we watch them go round and round
all we knew of home was just a sunset and some clowns


Dystrykt 9
Miałem 6 lat kiedy ponownie ruszyliśmy w drogę. Dla mnie, oczywiście, był to pierwszy raz a także moment, w którym moje wspomnienia, przy małej pomocy rodziców, zaczynają się stawać wyraźniejsze. Wciąż nie jest to spójna historia, a jedynie krótkie wycinki obrazów i dźwięków, które jeśli porządnie się wysilę, zaczynają nabierać sensu.
Kiedy tylko nauczyłem się mówić zapytałem rodziców o dom. Pamiętam, że byli naprawdę zmieszani, patrząc na siebie nawzajem, zapewne szukając dobrej odpowiedzi, która wyjaśniłaby małemu dziecku, dlaczego nie ma domu. Dlaczego mieszka w dużym samochodzie, który codziennie przemieszcza się kilka kilometrów w głąb państwa. Znajdowaliśmy się wówczas na jakimś pustkowiu, w oddali majaczyły przed nami domy Dziewiątki, a wiosenne słońce chowało się za horyzontem. Na bezchmurnym niebie zaczynały już pojawiać się świecące jasno gwiazdy, ojciec rozpalił ognisko i usiedliśmy w czwórkę, piekąc chleb, pijąc herbatę i śpiewając piosenki, których ja  musiałem się dopiero nauczyć. Matka grała na gitarze, William obejmował ją ramieniem, trzymając mnie na swoich kolanach, a ja czekałem, aż otrzymać odpowiedź na zadane jakiś czas temu pytanie.
Dom.
Zawsze uważałem mojego ojca za inteligentnego człowieka. Nie jest to niczym niezwykłym, w końcu każde dziecko dopatruje się w swoich rodzicach ideałów i autorytetów. Był człowiekiem, który nigdy nie tracił głowy, potrafił zachować zimną krew  w najtrudniejszej nawet sytuacji, jednocześnie nie tracąc typowego, trochę chłopięcego poczucia humoru. Czasami, kiedy zdarzało mi się obserwować go przy pracy czy zwykłych, codziennych czynnościach, widziałem w nim wiecznego chłopca, wesołego i uśmiechniętego. Taki właśnie był, dusza towarzystwa zapewniająca nam wszystkim dzienną dawkę śmiechu. W tamtym momencie jednak, kiedy patrzyłem mu w oczy prosząc, aby powiedział mi, gdzie jest nasz dom, miałem wrażenie, że zabrakło mu słów. Wymieniał z matką zakłopotane spojrzenia, a ja czułem się winny zadaniem im niewygodnego pytania. Przez chwilę jedynym odgłosem były cztery oddechy i trzask ognia w ognisku, pośród spokojnej, nocnej ciszy.
A potem otrzymałem jedną z piękniejszych historii, jakie kiedykolwiek przyszło mi usłyszeć.
Rodzice poznali się w najbardziej banalny z możliwych sposobów, choć chyba jest to jedynie moja opinia, biorąc pod uwagę fakt jak wielką przyjemność sprawiło im opowiadanie tego i jak wpatrzona w nich była Ellie, słuchając zapewne po raz kolejny tej opowieści. Ja zaś byłem zawiedziony – chciałem opowieść o domu, a nie o miłości dwojga ludzi. Jednak teraz, patrząc na to z perspektywy czasu, nie żałuję, że po prostu siedziałem cicho i słuchałem.
Ich miłość była przykładem miłości od pierwszego wejrzenia. Nie było żadnych dramatów, łamania serc i zawiłości na ich drodze do ich „i żyli długo i szczęśliwie”. W pewne październikowe i deszczowe popołudnie Sophie wracała z uczelni, otulając się płaszczem przeciwdeszczowym i wyklinając pogodę oraz własne nierozgarnięcie, które sprawiło, iż parasol pozostał w mieszkaniu, a ona skazana była na łaskę i niełaskę jesiennej aury. Ojciec zaś pędził na kolację z własnymi rodzicami, spóźniony piętnaście minut z czarnym parasolem nad głową i mokrych okularach na nosie. Oboje patrzyli w ziemie, oboje myśleli o własnych problemach a Los chciał, aby ich ścieżki skrzyżowały się w dość bolesny dla mojej matki sposób. Wylądowała w kałuży, na twardym chodniku, patrząc w oczy wyciągającego w jej stronę rękę ojca, który bełkotał pospieszne przeprosiny, nie mogąc uwierzyć w to, co się wydarzyło.
Za każdym kolejnym razem, kiedy wysłuchiwałem tej opowieści, oboje mówili, że kiedy ich spojrzenia się spotkali mieli wrażenie jakby świat dookoła stanął w miejscu. Oczywiście wtedy, gdy miałem sześć lat, to wszystko nie miało dla mnie sensu. Zrozumiałem to wiele lat później, kiedy i mój świat się zatrzymał.
Historia płynęła jeszcze długo. Ognisko zaczynało dogasać, światła dystryktu już dawno nie były widoczne, a chłodny wiatr owiewał sylwetki czterech osób skupionych przy sobie, wsłuchanych w słowa mężczyzny, który powiedział wówczas coś, co na zawsze zapadło mi w pamięci.
Dom to nie zwykłe miejsce, nie budynek. Dom to ludzie, z którymi łączą cię szczególne więzi i miejsce, które przywołuje wspomnienia, które sprawia, że czujesz się szczęśliwy. Dom jest w twoim sercu, choćbyś był setki mil od tych ludzi, od tego miejsca, jego cząstka zawsze będzie przy tobie. My nie mieliśmy stałego mieszkania, to puste, należące do moich rodziców, pozostało w Kapitolu nie stanowiąc dla nas większej wartości. Mieliśmy nasz samochód, mieliśmy siebie nawzajem i nie potrzebowaliśmy niczego więcej.

Still that's something
A beginning or an end
Something to depend
And wait on

Dystrykt 4
Czwórka była cudownym dystryktem, jedynym z piękniejszych, jakie dotąd widziałem. Od pobytu w Dziewiątce minęły cztery lata, które spędziliśmy jeżdżąc po Panem, zatrzymując się na dłużej lub krócej w różnych, zupełnie przypadkowych miejscach. Nie mieliśmy większego celu, żadnych planów na przyszłość. Żyliśmy z dnia na dzień, nie wiedząc, co przyniesie kolejny poranek. Byliśmy szczęśliwy prowadząc życie nieuzależnione od prawa, choć i ono pomogło moim rodzicom kilkanaście lat temu opuścić Kapitol zapewniając nam bezpieczeństwo w czasie podróży. Prawnie byliśmy obywatelami stolicy, ale w rzeczywistości nie obejmowały nas żadne zasady poza tymi, które sami ustaliliśmy i tymi, które panowały w dystryktach, jeśli tylko postanowiliśmy spędzić tam trochę czasu.
Czwórka była tym dystryktem, w którym w ciągu paru miesięcy przeżyłem najwspanialszy okres mojego dzieciństwa. Rodzice postanowili zatrzymać się tam na jakiś czas, znajdując dorywczą pracę, ciesząc się choć przez chwilę namiastką normalności, która nagle pojawiła się w naszym życiu. Nie chodziło im o pieniądze, chcieli po prostu pobyć wśród ludzi, zawiązać nowe znajomości, co przychodziło im z ogromną łatwością.
Miałem wówczas 10 lat i, to trzeba przyznać, byłem naprawdę nieznośnym dzieckiem. Wszędzie mnie było pełno, zaglądałem w każde, nawet niepowołane, miejsce, podsłuchując rozmowy dorosłych i zaczepiając miejscowe dzieciaki. A wszystko razem ze starszą siostrą, która, choć miała za zadanie pilnować moich wygłupów i strofować za każdym razem, kiedy wyraźnie naginałem granicę przyzwoitości, szybko sama dała się wciągnąć w wir mojej zabawy, żartując ze Strażników Pokoju, wspinając się na drzewa czy ucząc się pływać w morzu, które dla nas było czymś niesamowitym. Potężna, błękitna przestrzeń rozciągająca się na wiele mil przed nami, szum fal obijających się o nasze nogi i słony zapach. Uwielbiałem stawać nad brzegiem, wyciągać na bok ręce i czuć wiatr uderzający o moje ciało. Czułem się wolny, nieskrępowany żadnymi zasadami. Był tylko jeden problem – żadne z nas nie potrafiło pływać.
Próbowaliśmy nauczyć się sami, obserwowani przez grupkę dzieciaków, którym jakiś czas temu nieźle nadepnęliśmy na odcisk. Śmiechy i obelgi rzucane pod naszym adresem nie przeszkadzały nam jednak w nieśmiałych próbach zanurzenia się w chłodnej wodzie, które zazwyczaj kończyły się podtopieniem i jak najszybszym powrotem na stały ląd. Rodzice, choć wykazywali wielkie chęci w przełamaniu naszego strachu i nauczeniu nas czegoś nowego, byli zbyt pochłonięci pracą, aby poświęcić nam chwilę czasu.
Wtedy właśnie pojawił się Jack.
Jack był starszym mężczyzną, który siał postrach wśród okolicznych dzieciaków samym swoim wyglądem. Nosił za duże ubrania, miał długą, siwą brodę i twarz naznaczoną zmarszczkami. Kiedy pojawiał się w okolicy wszystkie dzieci uciekały mu z drogi, odwracając wzrok. Ale nie my. Pewnego popołudnia siedzieliśmy sfrustrowani na plaży, wpatrując się z uporem w morze jakby samo miało nam dać podpowiedź odnośnie nauki pływania. Byłem zmęczony, zły ale jednocześnie zdeterminowany, marudząc mojej siostrze odnoście wszystkich naszych porażek. Wiedziałem, że nasz czas dobiega końca, że prędzej czy później będziemy musieli Czwórkę opuścić, a ja nie zamierzałem tego uczynić dopóki nie okiełznam morskich fal, zostając ich panem i władcą. Naiwne, dziecięce marzenie, ale wtedy nie pragnąłem niczego więcej poza kontrolą własnego ciała i wody. Jack wyrósł jak spod ziemi, stając nad nami i patrząc swoimi przenikliwymi oczyma o kolorze wody, z lekko zdziwionym wyrazem twarzy. Słyszałem dochodzące zza pobliskich krzaków szepty, jednak ignorowałem wypowiadane przez nich słowa, podnosząc się z piachu i uśmiechając do mężczyzny, jednocześnie podając mu swoją dłoń. W ten właśnie sposób zaczęła się jedna z najlepszych, choć krótkich, przyjaźni, jakie w życiu przyszło mi przeżyć.
Jack był naszym asem w rękawie. Odkąd całe dnie spędzaliśmy w jego towarzystwie, ucząc się pływać pod jego czujnym okiem, paląc na plaży ogniska i wysłuchując historii z jego długiego i niezwykle fascynującego życia, prześladująca nas na każdym kroku grupka nagle znalazła sobie lepsze zajęcie, niż śledzenie i wyśmiewanie dwójki dziwaków. Bo tym właśnie byliśmy, wybrykami natury, które zjawiły się znikąd w dziwnym samochodzie, z tak samo pokręconymi rodzicami myśląc, że mogą czuć się w tym miejscu jak w domu. Mężczyzna otworzył mi oczy, mimo że byłem zaledwie dziesięciolatkiem, który nie potrafił usiedzieć w miejscu. Jego opowieści sprawiły, że słuchałem z otwartymi ustami i zapartym tchem, na podstawie jego słów kreując w głowie obrazy poszczególnych wydarzeń. Kiedy wyjeżdżaliśmy rzuciłem się w jego ramiona obiecując, że jeszcze się zobaczymy. Że kiedyś wrócę, usiądziemy w tym samym miejscu i to ja uraczę go opowieścią o sobie.

And promise me this:
You’ll wait for me only
Scared of the lonely arms
That surface, far below these birds
And maybe, just maybe I’ll come home

Dystrykt 1
Bałem się, że będę tęsknić za morzem. Chociaż po opuszczeniu Czwórki przez jakiś czas nie mogłem przywyknąć do dawnej rutyny, która powoli odchodziła już w zapomnienie, szybko zrozumiałem, że to nie woda jest powodem mojej nostalgii. Brakowało mi Jacka, jego specyficznego humoru, uśmiechu wyszczerbionych zębów i wiernego psa, który nie odstępował go o krok. Mijały jednak lata, a my oddalaliśmy się w głąb kraju, co dzień obierając inny kierunek naszej podróży. Czas płynął, można by rzec beztrosko. Pory roku przewijały się przez nasze życie, wszystko było na swoim miejscu. Rodzinne ogniska, wyśpiewywane piosenki i nauka gry na skrzypcach, którą zająłem się po opuszczeniu Czwórki. Wciąż powtarzałem, że kiedy tam wrócę chcę mieć coś, czym będę mógł się Jackowi pochwalić. Zaczynałem jednak dorastać i to, co jakiś czas temu było dla mnie największą przyjemnością, wydawało się dziecinne i pozbawione sensu. Ciągła obecność rodziców, starsza siostra, którą choć wciąż kochałem i wciąż miałem za przyjaciółkę, nie stanowiła już nieodłącznej części mojego dnia. Kiedy się zatrzymywaliśmy ja wychodziłem na długie spacery, wracając gdy słońce już dawno zniknęło za horyzontem. Czułem się niezrozumiany, przytłoczonym małą powierzchnią, monotonną rutyną, brakiem różnorodności w doborze towarzystwa. Dystrykty przewijały się gdzieś w tle, a ja nawet nie starałem się znaleźć znajomych. To wszystko zaczynało tracić sens kiedy rozumiałem, iż prędzej czy później wyjadę, zostawiając to wszystko za sobą. Nie chciałem się przywiązywać, czuć tego, co czułem kiedy obserwowałem malejącą sylwetkę Jacka, machając drobną dłonią na pożegnanie długo po tym, kiedy Czwórka zniknęła sprzed naszych oczu. Wkrótce jednak wszystko miało się zmienić.
Do pobytu w Jedynce podszedłem sceptycznie. Rodzice obiecali, że tym razem zostaniemy tu dłużej, że im też nudzi się wieczne przemieszczanie. Tyle że ja nie chciałem zostać na dłużej. Chciałem zostać gdzieś na zawsze, mieć dom, własny pokój, normalną łazienkę i stół, przy którym jedlibyśmy gotowane przez mamę posiłki. Jasne, wieczne życie w trasie, nowe krajobrazy przewijające się z dnia na dzień były świetne, ale na dłuższą metę stawały się męczące i przytłaczające. Słowa, które kiedyś znaczyły dla mnie tak wiele, zaczynały tracić na wartości, ponieważ zapragnąłem domu, normalnej rodziny. Nie ważne gdzie, chciałem by było to coś stałego, miejsce do którego będę mógł wracać, a nie które będzie wracać ze mną, gdziekolwiek się nie ruszę.
Nie chodziło o to, iż nie lubiłem podróżować. Część mnie wciąż pozostawała wierna ideałom rodziców, dobrym wspomnieniom z każdego z dystryktów, pomarańczowych płomieni trzeszczących w ognisku i coraz to nowych historii, które nigdy mi się nie nudziły. Druga część jednak zaczynała być już zmęczona ciągłą podróżą.
O dzieciakach z Jedynki słyszałem wiele opowieści i wiele epitetów, mniej lub bardziej pochlebnych. Nigdy jednak nie starałem się oceniać dopóki sam nie utwierdziłem się w przekonaniu, iż większość z nich jest jedynie zapatrzonymi w siebie egoistami, skupionymi jedynie na walce i byciu najlepszym. Większość wykluczała jedną osobę, która obróciła cały mój nastoletni świat do góry nogami.
Nazywała się Grace i była inna niż wszyscy, których spotkałem dotychczas.
Poznałem ją podczas jednego z samotnych spacerów o zmierzchu i było zupełnie tak, jak opowiadali rodzice. Ćwiczyła na niewielkiej polanie strzelanie z łuku i właśnie tam ją ujrzałem, zafascynowany podchodząc bliżej. Wyglądała niesamowicie z prostymi plecami, napiętym łukiem i ciemnymi włosami spiętymi w luźny kucyk, choć w rzeczywistości nie była najpiękniejszą istotą jaką widziałem w życiu. Była normalna, zupełnie przeciętna.
Obserwowałem ją w ciszy, opierając się o drewniane ogrodzenie, mając wrażenie, że jestem świadkiem czegoś niezwykłego. Choć tak naprawdę to ona była niezwykła, a zrozumiałem to gdy obróciła się w moją stronę ze strzałą wycelowaną prosto w moje serce. Spojrzałem na nią zaskoczony, łapiąc spojrzenie pięknych, zielonych oczu, które mrużyła wojowniczo, podchodząc bliżej. A ja miałem wrażenie, że cały świat stanął w miejscu. Wstrzymałem oddech, czując się prawdopodobnie tak samo jak ojciec gdy po raz pierwszy pytałem go o dom. Jakby ktoś uciął mi język.
Nie była egoistyczna i zadufana w sobie, choć podobnie jak reszta uwielbiała ćwiczyć. Nie chciała jednak walczyć, zabijać na arenie i narażać się na śmierć. Ona po prostu to kochała i poświęcała całą siebie w te godziny spędzone na strzelaniu z łuku czy walce w ręcz. W przeciwieństwie do reszty zawodowców nie nosiła się z głową uniesioną wysoko, nie mierzyła wszystkich dookoła wzrokiem pełnym pogardy i wyższości. Wręcz przeciwnie, skromnie patrzyła w ziemię, rumieniąc się pod wpływem niemalże każdego mojego dotyku. Nie zależało jej na sławie, tytule tryumfatora czy chociażby chwilowym blasku przed śmiercią w świetle reflektorów, przed oczyma całego Panem.
Tygodnie, które spędziliśmy razem były najpiękniejszym okresem, który potrafię sobie przypomnieć. Kochałem ją tak, jak William kochał Sophie, choć miałem siedemnaście lat i o miłości nie wiedziałem nic poza tym, co zdążyli opowiedzieć mi rodzice. Jednak byłem pewien i teraz też jestem, iż tamta wyjątkowa, ciepła, zabawna, inteligentna i na swój własny, odmienny sposób piękna dziewczyna była miłością mojego życia.
Szczęście nie mogło jednak trwać wiecznie. Poza tym w moim życiu było go aż za wiele. Były to pierwsze Dożynki, którymi naprawdę się przejmowałem i to bynajmniej nie z mojego powodu. Mnie i mojej siostry nie obejmowała chora zabawa Snowa w krwawą rzeź niewinnych dzieci, byliśmy poza tym wszystkim, obserwując biernie rodziny trybutów, ich smutek i żal po stracie ukochanego dziecka. Nigdy jednak nie czułem się tak jak wtedy, kiedy wbijałem wzrok w tył głowy ukochanej powtarzając jak mantrę, że wszystko będzie dobrze.
Nie było. Jej nazwisko wyczytane przez prowadzącego zwaliło mnie na kolana, a serce rozerwało się na miliony drobnych kawałków, kiedy śledziłem jej kroki na scenę. Droga śmierci. Uśmiechała się, odnajdując mnie wzrokiem, a ja jedyne co mogłem zrobić to zacisnąć pięści i powstrzymać cisnące się do oczy łzy. I zachować się jak naiwny idiota, wybiegając na środek i zgłaszając się na ochotnika błagając, aby pozwolili mi wziąć udział.
Nie pozwolili. Wyklinałem cholerne prawo czyniące mnie mieszkańcem Kapitolu, plik głupich papierów schowanych w samochodzie, który zapewniał nam nietykalność. Chciałem być tam z nią, chciałem być przy niej, jeśli miała umrzeć i chciałem umrzeć razem z nią. Otrzymałem kilka minut na ostatnie spojrzenie, ostatni pocałunek, ostanie słowa. Pełne gorzkiego żalu, smutku i rozgoryczenia. Pełne miłości, która chyba nigdy nie miała możliwości przetrwania.
Powiedziała, że wygra. Powiedziała, że mam czekać, ponieważ wróci. Czekałem jak głupi, opóźniając nasz wyjazd z Dystryktu. Czekałem, wpatrując się w ekran telewizora w domu jej rodziców do czasu, gdy to jej twarz pojawiła się nad niebem nad Areną. Do czasu gdy wybuch armatni nie obwieścił, iż czyste jak łza serce Grace przestało bić, a jej zakrwawione ciało zakwitło na ekranie niczym zatruta roślina wyhodowana na ziemi  kłamstwa, pogardy i brutalności.
Byłem wściekły i smutny, jeszcze bardziej gdy dowiedziałem się, iż zwycięzcą został jej partner, który jednocześnie wbił gwóźdź do jej trumny. Zemsta była tak blisko. Czułem jej oddech na karku, cichy, kuszący szept w uszach. Obserwowałem go, kiedy wracał do domu. Śledziłem każdy jego krok od powrotu z tournée, ukrywając przed rodzicami powód, dla którego nie chciałem opuszczać tego dystryktu. Ta dzika, prawie zwierzęca rządza, zawładnęła mną całym. Nie było dnia w którym nie myślałbym o tym, jak i jego serce przestaje bić. Jak jego życie zależy tylko ode mnie.
W końcu nadarzyła się okazja, a ja nie potrafiłem jej przepuścić. Byliśmy sami na obrzeżach dystryktu, oświetleni jedynie blaskiem księżyca. Zbliżała się zima, a wraz z nią mój wyjazd z Jedynki. Idealny czas aby dokonać tego, co tak długo chodziło mi po głowie. Miałem nóż i przewagę dzięki temu, iż chłopak nie miał o mnie pojęcia. Czułem chłód ostrza w mojej dłoni, słyszałem przed sobą jego oddech i równomierne bicie serca, które już wkrótce miało ucichnąć na zawsze.
Zacząłem od rozmowy. Chciałem wzbudzić w nim poczucie winy, usłyszeć jak przeprasza, błaga o wybaczenie i, co ważniejsze, o życie. Nie zrobił tego, zadufany i pyszałkowaty zwycięzca, morderca osoby, której imię na zawsze wryło się w moje serce. Uniosłem dłoń, zadając mu pierwszy cios i choć próbował się bronić, ostrze trafiło w pierś rozdzierając mu koszulkę, spod której sączyć zaczęła się krew. Wpadłem w trans, nie mogąc przestać uderzać. Popchnąłem go na ziemię, odrzucając nóż i raz po raz uderzając pięściami prosto w jego twarz do czasu, aż czyjeś silne dłonie nie odciągnęły mnie do tyłu od ciała nieprzytomnego i zakrwawionego chłopaka.
Jedyne, co pamiętam, to łzy, które skapywały na moje dłonie i czyjś kojący głos oraz ramiona przytulające mnie do siebie. Opuściliśmy Jedynkę, prawdopodobnie raz na zawsze, a ja nigdy nie dowiedziałem się, czy moja ofiara przeżyła tamto spotkanie.

Chasing leaves in the wind,
Going where we've never been.
Said goodbye to you my friend
As the fire spread.

Dystrykt 11
Byłem zdruzgotany. Przez całe moje 17-letnie życie nie czułem się tak okropnie i podle jak w momencie, w którym pośpiesznie, pod osłoną nocy, opuszczaliśmy Dystrykt Pierwszy. Nie chodziło nawet o śmierć Grace. Owszem, to złamało mi serce. Ona złamała mi serce, ponieważ naprawdę wierzyłem, że wróci. Uwierzyłem jej, uwierzyłem w jej umiejętności, fakt, że była zawodowcem. Uwierzyłem, że kochała mnie na tyle, aby ta miłość pomogła jej przetrwać. Najwyraźniej nie pomogła i choć dobrze wiedziałem, że uczucie nie odegrało w tym większej roli, nie mogłem tak po prostu wybaczyć jej złożenia tej głupiej i naiwnej obietnicy, która zdzierała mi sen z powiek i powodowała koszmary.
Byłem przerażony. Bałem się konsekwencji, które mogło przynieść moje postępowanie. Bałem się spojrzeć w oczy rodzicom i siostrze po tym, jak nieprzytomnym wzrokiem ujrzałem własne pięści pokryte krwią tryumfatora. Czy byłem mordercą? Czy jednie roztrzęsionym nastolatkiem szukającym zemsty? Szczerze mówiąc nie wiem, co wydawało się lepsze.
Było jednak coś jeszcze. To uczucie, które towarzyszyło mi kiedy moja pięść spotykała się z twarzą chłopaka. Jedno uderzenie. A później kolejne i kolejne. Wpadłem w trans, nie potrafiłem się powstrzymać. Przyciskałem go do ziemi, kiedy moja ręka wymierzała coraz to silniejsze ciosy. I czułem się dobrze, cholernie dobrze widząc, jak traci przytomność i nawet wtedy nie przestając. Byłem wolny, cała moja złość, wszelkie tłumione emocje przelałem na jego ciało. Był taki bezbronny, taki słaby. Ja byłem silny, pełen gniewu i dzikiej, niemalże zwierzęcej, rządzy, która opanowała mój umysł, ciało i serce. Czułem się dobrze i ta  świadomość dobijała mnie chyba najbardziej.
Spałem przez kilka dni, nie ruszając się z własnego, ciasnego łóżka w głębi naszego pojazdu. Zwinięty w kłębek, przykryty kocem, straciłem kontakt ze światem zewnętrznym, ignorując obecność rodziny, próby rozmowy czy proponowane posiłki. Nie miałem siły wstać. Byłem zdruzgotany i momentami czułem się tak, jakbym tracił zmysły. Kiedy zasypiałem nawiedzały mnie koszmary, kiedy się budziłem moja głowa pękała w szwach od natłoku myśli, które się w niej gromadziły. Chciałem wiedzieć czy żyje, ale byłem zbyt przerażony, aby tam wrócić. Byłem potworem i zastanawiałem się, czy w tamtej chwili przemawiała przeze mnie moja prawdziwa natura. Podobno właśnie w takich momentach człowiek ujawnia swoją rzeczywistą twarz, kiedy niechciane i niekontrolowane emocje biorą nad nim górę. A ja nie chciałem być zły, nie chciałem być tym, który przy najbliższej okazji traci nad sobą kontrolę. Chciałem móc panować i bałem się, że to wszystko może się powtórzyć.
W końcu musiałem się przemóc. Dni mijały, a ja traciłem siły. Nie jadłem, nie piłem i czułem, jak wielkim problemem dla mojej rodziny jestem. Jednak kiedy wstałem, spojrzałem w ich zatroskane twarze jedynym, co potrafiłem zrobić, to przeprosić i zalać się łzami. Jak dziecko. Powtarzałem w kółko to samo, nawet kiedy matka objęła mnie ramieniem przyciskając do siebie i głaszcząc po głowie. Czułem się jak ten kilkuletni chłopiec, który obił sobie kolano. Tyle że tym razem obite było moje serce, na którym pojawiła się głęboka szrama.
Po roku wciąż nie potrafiłem sobie wybaczyć. Jedyną różnicę stanowił fakt, iż nauczyłem się z tym wszystkim żyć. Powoli wracałem do starego siebie, ale w głębi duszy dobrze wiedziałem, że nie byłem już tym samym człowiekiem. To zaskakujące jak jedno wydarzenie, jeden błąd, potrafią człowieka zmienić na całe życie. Łatwiej wpadałem w złość, unosiłem się znacznie częściej niż kiedyś, byłem oschły i nieprzyjemny w stosunku do ludzi, których kochałem i którzy pomimo wszystko byli przy mnie. Kiedy zatrzymywaliśmy się w dystryktach nie opuszczałem naszego samochodu bojąc się wszelkich pokus, które mogłyby mnie tam spotkać. Do czasu gdy trafiliśmy do Szóstki.
Nie chciałem tam wchodzić. Naprawdę wolałem trzymać się z dala od ludzi. Elizabeth była jednak uparta. Minął rok, odkąd rozmawiałem z kimkolwiek poza ich trójką i ona uważała, że dobrze mi to zrobi. Wierzyła we mnie, wierzyła, że stłumiłem w sobie gniew, który jakiś czas temu wykiełkował wewnątrz mego serca. A ja jej zaufałem, ponieważ ufałem jej bardziej niż sobie. Chciałem uwierzyć i chyba to pragnienie było kolejnym największym błędem mojego życia.
Kiepski alkohol zdecydowanie nie był tym, czego potrzebowałem. Podobnie jak dość szemrane towarzystwo osób, które były ostatnimi, z którymi powinienem się zadawać. Ale byłem za słaby, aby się temu przeciwstawić.  Uwierzyłem, że procenty pomogą mi zapomnieć, choć w rzeczywistości jedynie pogorszyły sytuację.
Nigdy wcześniej nie piłem, jednak w gronie nowych znajomych wolałem się do tego nie przyznawać. Pierwszy łyk potwornie zapiekł mnie w gardle, jednak nie rezygnowałem. Wziąłem kolejny i kolejny, aż w końcu przestałem odczuwać smak. Przestałem odczuwać cokolwiek i to wydawało się naprawdę niesamowitym uczuciem. Nie miałem żadnych zmartwień, nie męczyły mnie żadne niepożądane uczucia. Byłem zupełnie pusty, moja głowa pierwszy raz od dawna zaznała prawdziwego spokoju i naprawdę wierzyłem, że właśnie to jest dla mnie dobre.
Dopóki siedzieliśmy w zadymionym i zakurzonym pokoju wszystko zdawało się być w jak najlepszym porządku. Pustych butelek dookoła nas przybywało, a ja powoli odpływałem w jakąś daleką i nieznaną krainę. W końcu, znudzeni monotonią, chcąc zaczerpnąć świeżego powietrza, wyszliśmy na zewnątrz, krążąc po dystrykcie pod osłoną nocy.
Zanim zdążyłem się zorientować moja dłoń zaciskała się na szyi chłopaka, który od kilku dni chodził za mną krok  w krok. Starałem się go ignorować, jednak wtedy, kiedy niebezpieczna ilość alkoholu krążyła w moich żyłach, nie potrafiłem tak po prostu przejść obok. Nie pamiętam, jak do niego dotarłem.  Nie pamiętam też jakim cudem go zauważyłem. Jedyne, co zapisało się w mojej pamięci, to jego ciche błaganie o to, abym przestał i moja niewzruszona postawa, kiedy robiłem z nim to samo co z trybutem z Jedynki.
Ocknąłem się na granicy, zmarznięty, spocony, leżący na gołej ziemi i oświetlany promieniami słońca. O poprzednim wieczorze przypominał mi odór bimbru, wymiocin i plamy krwi na koszulce. Spojrzałem na swoje dłonie przerażonym wzrokiem nie potrafiąc sobie przypomnieć, co się wydarzyło.
Wspomnienia powróciły dopiero jakiś czas później, uderzając ze zdwojoną siłą, przynosząc ze sobą poczucie winy. Najgorsza jednak była niewiedza, po raz kolejny nie miałem pojęcia co się stało z chłopakiem, który został ofiarą mojej drugiej natury. Przestałem sobie ufać. Byłem nieobliczalny, nie potrafiłem uciszyć głosu w mojej głowie, który przy każdej okazji przypominał mi o tym, jakim człowiekiem jestem.
Na moje nieszczęście wyjazd opóźniał się z każdą chwilą. Rodzice znaleźli znajomych, pracę, którą naprawdę polubili, a moja siostra po uszy zakochała się w jednym z mieszkańców. Całe dnie spędzałem na niewielkim wzgórzu, z którego rozciągał się widok na budynki w dystrykcie. Miałem wszystko, czego potrzebowałem – ciszę, spokój i samotność.
Do dziś zastanawiam się jakim cudem on znalazł siłę na to, aby spojrzeć mi w twarz. Powinien się mną brzydzić, pogardzać i oskarżać o narażenie jego zdrowia i życia. A mimo to pewnego popołudnia pojawił się obok mnie, bez słowa siadając na trawie i spoglądając w coś, co widział prawdopodobnie tylko i wyłącznie on. Brzydziłem się sobą mimo świadomości, iż żył, ale on mi wybaczył.
Zaczęliśmy spędzać ze sobą coraz więcej czasu, aż w końcu potrafiliśmy przesiedzieć cały dzień na naszym wzgórzu, czasami nie odzywając się ani słowem. Obserwowaliśmy chmury snujące się po niebie, opowiadaliśmy o sobie i o wszystkim, co spotkało nas w życiu. Opowiedziałem mu o Grace, o Jacku, o historiach moich rodziców. On zaś opowiadał mi o domu i o tym, że też stracił kogoś, na kim mu zależało. Czasem przynosiłem gitarę, czasami kartkę i ołówki. Mogliśmy rozmawiać godzinami albo po prostu leżeć na chłodnej trawie, pogrążeni we własnych myślach. Zawsze uważałem, że ja i Elizabeth rozumieliśmy się bez słów, jednak tamten chłopak uświadomił mi, że nasza relacja niczym nie odbiegała od normy. To on i ja mieliśmy między sobą coś niesamowitego.
Oboje byliśmy świadomi, że któregoś to wszystko się skończy, ale starałem się odwlekać to wszystko tak długo, aż wizja odejścia nie stała się aż nazbyt realna. Nie chciałem tego, przy nim czułem się lepszym człowiekiem. Nauczył mnie, jak pozbyć się całej złości. Pokazał, że mogę być dawnym sobą a to, co przez jakiś czas pochłonęło mnie do reszty, nie było niczym prawdziwym. Co ważniejsze jednak wybaczył mi, był przyjacielem, jedynym w swoim rodzaju, pomimo tego, iż przeze mnie o mały włos otarł się o śmierć.
Nasze ostatnie spotkanie przebiegło w zupełnej ciszy. Ostatni dzień, ostatnia okazja, aby się pożegnać, być może na zawsze, a my siedzieliśmy, nawet na siebie nie patrząc. Dobrze wiedziałem, co czuł i nie miałem wątpliwości iż on wiedział to samo. Smutek, żal, rozgoryczenie – to wszystko unosiło się między nami. W końcu podniosłem się z trawy, spoglądając na niego niepewnie, bojąc się tego, co zobaczę w jego oczach, choć jednocześnie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Słowa pożegnania nie chciały przejść mi przez gardło. W tym jednym wypadku sytuacja z Grace wyglądała o wiele lepiej – nie miałem szansy, aby pożegnać się na dobre. Otworzyłem usta, zamierzając wydusić z siebie przepełnione fałszywą nadzieją słowa pożegnania, składając taką samą naiwną obietnicę, jaką rok temu złożyła mi moja ukochana. Obietnicę, która mogła się nigdy nie spełnić. Był jednak szybszy, kiedy słowa zawisły już na koniuszku mojego języka, a ja przymknąłem oczy biorąc oczyszczający oddech, uprzedził mnie, przyciskając swoje wargi do moich. Zaskoczył mnie, chociaż przecież powinienem rozważać możliwość iż z jego strony uczucie to może być o wiele silniejsze. Mimo wszystko nie odepchnąłem go mając świadomość, jak wiele to dla niego znaczy. Zamknąłem oczy, pozwalając aby objął mnie ramionami i poprowadził przez ten jeden jedyny pocałunek.

Oh go, far from this small town bar we know
Yeah go, frolic in the lights that brought you here
So very long

Kapitol
Nie obchodziło mnie, jaki był cel następnej podróży. Miałem już dość wszystkiego, co wiązało się z tym życiem. Oczywiście, kochałem rodziców i nie chciałem ich ranić kiedy mówiłem, że wyjeżdżam do Kapitolu. Podjęcie decyzji zajęło mi trochę czasu. Musiałem poukładać sobie wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich lat i chociaż wydawałoby się, iż nie było tego wiele, zajęło mi to kilka miesięcy. Widziałem już wszystko, co można było zobaczyć, byłem w każdym dystrykcie, który istniał, ale to jedno miejsce wciąż pozostawało wielką tajemnicą, którą chciałem odkryć.
Nie chodziło jednak tylko o zgłębienie tego, co kryje przede mną stolica. Musiałem się czymś zająć, wyrwać się z objęć bolesnych wspomnień i tęsknoty za ludźmi, którzy zmienili moje życie. Zamknięty w samochodzie nie miałem tej przestrzeni, której potrzebowałem. Wszystko dookoła kojarzyło mi się z tym, co wbrew własnej woli pozostawiłem za sobą.
Nie skłamię jeśli powiem, iż reakcja rodziców zupełnie mnie zaskoczyła. Spodziewałem się ujrzeć w ich oczach smutek, usłyszeć odmowę albo spokojne przekonywanie mnie do błędu, który popełniam podejmując tak ryzykowną decyzję. Oni jednak uśmiechnęli się ciepło obiecując, że wyruszymy natychmiast w stronę stolicy.
Bałem się tego, co czeka mnie w tym wielkim mieście. Bałem się obowiązków, które zwalą się na moje ramiona, jednak ani przez chwilę nie zwątpiłem w to, że postępuję słusznie. Dla siebie. Pożegnanie z przyjacielem rozbiło mój umysł na drobne kawałki i nawet nie starałem się wracać do tamtej chwili wspomnieniami, jakby nie znaczyła zupełnie nic. A tego nie byłem pewien.
Skok na głęboką wodę w rzeczywistości nie był taki straszny, jak się spodziewałem. Nie, kiedy miałem ze sobą siostrę, dumną z mojej przemiany, powrotu dawnego Victora, który nie zamierzał już nigdzie odchodzić. Mieliśmy mieszkanie rodziców, oszczędności, które pozostawili przed opuszczeniem miasta no i siebie. Mogliśmy zacząć nowe życie, pozostawiając całą resztę za nami.
Postanowiłem pójść na studia. Minął rok, zanim zdążyłem zaaklimatyzować się w nowym miejscu i przywyknąć do posiadania stałego mieszkania, dorywczej pracy jako muzyk w barze, tłoku, hałasu i nowoczesnych technologii, których w dystryktach raczej nie można było spotkać. Wybrałem dość banalny kierunek, ale nigdy tak naprawdę nie zależało mi na studiowaniu czegoś, co przyniosłoby większe efekty w przyszłości. Ellie jednak zachęcała mnie do rozwijania rysunku, więc wydział artystyczny wydawał się miejscem idealnym. Radziłem sobie dobrze i zanim się obejrzałem okres nauki miałem już za sobą, a życie, zarówno moje jak i Elizabeth, zaczęło przybierać tempa. Ona wyszła za mąż, pozostawiając mi mieszkanie rodziców. Ja zaś zrobiłem coś, czego w życiu bym się po sobie nie spodziewał – znalazłem pracę, która była chyba ostatnią, jakiej bym sobie życzył.
Strażnik Pokoju. Czy to nie brzmi dumnie? Poważnie? Sam nie mam pojęcia co skłoniło mnie do tego, aby spróbować. Dorabianie w barze i bezczynne siedzenie w mieszkaniu powoli mnie wykańczały, a wieści o naborze, które przekazał mi znajomy, spadły jak z nieba. Wydawało by się iż ja, osoba, która w przeszłości miała problem z samokontrolą i nadmierną agresją pasuje do tej posady tak samo jak woda pasuje do ognia. A jednak, przeszedłem szkolenie i otrzymałem umundurowanie wraz z wszelkimi obowiązkami i przywilejami, które się z nim wiązały.
Było o wiele lepiej niż mógłbym przypuszczać. Świadomość pewnej władzy i posiadania broni sprawiła, iż ciemna strona odeszła w zapomnienie. Nie wierzyłem w to, aby zniknęła na zawsze, ale to nie było najważniejsze. Liczył się fakt, iż potrafiłem nad sobą panować tak jak kiedyś. Nie czułem złości, potrzeby bezpodstawnego krzywdzenia innych.
Na kilka dni przed moimi 26 urodzinami otrzymałem informację o poważnej chorobie ojca. Nie zastanawiałem się długo – znalazłem najlepszego lekarza, na którego było mnie stać, wziąłem wolne i razem z mężczyzną wsiadłem w pociąg do Trójki, uprzedzając siostrę o swoim wyjeździe i obiecując informować ją o wszystkim na bieżąco. Kiedy pierwszy raz po tych kilku latach stanąłem przed tym samym, dobrze mi znanym samochodem, spoglądając na naznaczoną zmarszczkami twarz matki, uśmiechającą się ciepło, zrozumiałem, jak bardzo brakowało mi tego wszystkiego. Kapitol był świetnym miejscem  do życia, jednak momentami i ja miałem dość gwaru ulicy. Tęskniłem za zachodami słońca, czystym, usłanym gwiazdami, nocnym niebem, płonącym ogniskiem i rodzinnymi piosenkami.  
Zostałem w Trójce prawie dwa lata, opiekując się zdrowiejącym ojcem, pomagając matce i odpoczywając od miejskiej codzienności. Spędziłem okres, który przyniósł ze sobą o wiele więcej zmian niż mógłbym się spodziewać.
O rebelii usłyszałem zupełnie przypadkiem. Opowieść o Dystrykcie Trzynastym była legendą, w którą nigdy nie wierzyłem i wierzyć nie zamierzałem, a która jednak okazała się prawdą, skrywaną przez lata pod grubą warstwą ziemi. Słyszałem rozmowy mieszkańców dystryktu przekazywane szeptem w barach i na ulicy. Chociaż nigdy nie zamierzałem czynniej włączyć się w walkę, miałem w tym swój mały, mogłoby się wydawać nic nieznaczący, wkład. Pewnego dnia zgłosił się do mnie mężczyzna w średnim wieku, dość bezpośrednio wypytując o Kapitol, składy broni i inne rzeczy istotne podczas zamachu stanu. Nie byłem głupi, słysząc krążące po dystrykcie plotki. Moje informacje kosztowały, a ceną było bezpieczeństwo po powrocie do stolicy. Mimo wszystko świadomość że Snow, który był sprawcą mojego złamanego, młodzieńczego serca, które nigdy na dobre nie wyleczyło się z pierwszej miłości, mógł wreszcie zapłacić za swoje czyny była naprawdę przyjemna. Chciałbym powiedzieć, że nigdy nie byłem mściwym człowiekiem, jednak byłoby to jedno wielkie kłamstwo i chociaż sam nie zamierzałem rzucać się z motyką na słońce, w głębi serca kibicowałem rebeliantom mając nadzieję, że uda im się dopiąć swego.
Miałem zbyt wiele do stracenia, aby stawiać wszystko na jedną kartę która, jak okazało się gdy walki się zakończyły i Alma Coin objęła ciepły jeszcze stołek prezydencki, była bardzo wątpliwa. Państwo popadało w ruinę. Utworzenie Kwartału było czymś, co przeszło samo siebie, a organizacja kolejnych Igrzysk dolała oliwy do ognia sprawiając, że kolejna głowa Panem zakwitła na samym szczycie mojej czarnej listy.
Musiałem wrócić dobrze wiedząc, co mogło stać się z Elizabeth i że, co było bardzo prawdopodobne, mogła potrzebować mojej pomocy. Z ciężkim sercem opuściłem rodziców, wracając do próbującej stanąć na nogi stolicy, obserwując poczynania nowej pani prezydent i rządu, który nie radził sobie najlepiej. Przez jakiś czas wahałem się z powrotem do pracy, tłumacząc się kiepskim zdrowiem i potrzebą odpoczynku, choć w rzeczywistości próbowałem jedynie rozeznać się w sytuacji, która zapanowała po rebelii. Kiedy w końcu zdecydowałem się ponownie przywdziać swój mundur, wysokie stanowiska ponownie uległy zmianie, a ja na chwilę odetchnąłem z ulgą widząc nową, świeżą twarz na szczycie mało stabilnej jeszcze góry lodowej. Obawy pojawiły się dopiero wtedy, gdy ślad po ukochanej siostrze gwałtownie się urwał, a do moich uszu dotarła informacja o przesiedleniach.
Robiłem wszystko, aby ją odnaleźć, otrzymując przydział w getcie, wykorzystując swoją pozycję aby odnaleźć Elizabeth zanim będzie za późno. Nie byłem pewien, czy mogę ufać Adlerowi. Szczerze mówiąc dalej nie mam pojęcia, czy wszystko to, co robi i mówi do tej pory nie jest jedynie grą pozorów, mającą zamydlić nam wszystkim oczy i uśpić czujność, aby po raz kolejny w historii Panem doszczętnie zrujnować wszystkich obywateli dla tych samych, egoistycznych potrzeb co zawsze – władzy i pieniądza, które zdają się od zawsze rządzić całym światem.


Charakter


That these are the days that bind you together, forever
And these little things define you forever, forever

Strażnik Pokoju
Victor pamięta doskonale ten okres, kiedy przerażał samego siebie. Bał się spojrzeć w lustro, nie chcąc wiedzieć tego, co może tam ujrzeć. Pamięta też jak długo nie potrafił pogodzić się z tym, że ten pogodny, zabawny i wiecznie roześmiany dzieciak zniknął prawie na zawsze. Nienawidził siebie za to, kim się stał. Za to, co zrobiła z nim rządza zemsty, jednorazowy wyskok, który odbił się na całym jego życiu, pozostawiając trwały i niemożliwy do pozbycia się ślad. Był oschły, nieustępliwy i nieprzyjemny. Izolował się o wiele częściej, niż by tego chciał i potrzebował, po części z obawy przed jeszcze większym zranieniem bliskich, po części dlatego, iż w samotności czuł się o wiele lepiej.
Kiedy podejmował pracę jako Strażnik bał się, że znów do tego powróci. Naprawdę dużo czasu poświęcił na ulepszenie samego siebie, odzyskanie tego, co zaprzepaścił i nie chciał tego stracić. Coś jednak, przeczucie, przeznaczenie, popchnęło go do podjęcia decyzji, zmierzenia się z samym sobą. Chyba chciał udowodnić sobie i innym, iż potrafi panować nad własnymi emocjami nawet wtedy, kiedy w niektórych przypadkach praca zezwala na użycie przemocy.
I udało się, jednak to nie zmieniło faktu, że w czasie pracy był inną osobą niż wtedy, kiedy ściągał z siebie mundur. Stał się o wiele bardziej stanowczym człowiekiem, zdyscyplinowanym i rozważnym. Potrafił być chłodny i oschły, egzekwując panujące zasady i nie pozwalając, aby ktokolwiek łamał je w jego otoczeniu. Nie znaczyło to jednak, że zachowywał się jak większość kolegów po fachu, których wrażliwość znajdowała się zdecydowanie poniżej normy.
Przebywając w dystryktach jeszcze jako dziecko miał okazję obserwować pracę, brutalność i bezwzględność postaci ukrytych pod białymi uniformami i hełmami. Kiedy przyjmował tą posadę obiecał sobie, iż nigdy nie stanie się jednym z nich – człowiekiem pozbawionym empatii, ignorującym podstawowe zasady dobrego smaku czy humanitarnego traktowania innych osób. Kryminalista czy nie, wciąż był człowiekiem i zasługiwał na chociażby lekkie poszanowanie jego godności. Tym bardziej, jeśli jego jedynym przewinieniem było przyjście na świat w Kapitolu i nieopowiedzenie się po stronie rebeliantów.
Fakt, iż stara się szanować mieszkańców getta nie oznacza, iż pozwala sobie w kaszę dmuchać i robić wszystko, co sobie wymarzą. Kiedy musi, podnosi głos, wydaje rozkazy, a w skrajnych przypadkach sięga do rękoczynów, nigdy jednak nie zdarzyło mu się jeszcze użycie broni tylko dlatego, iż tak było szybciej. Potrafi zachować stanowczość i chłodne opanowanie, nie spoufalając się za bardzo z mieszkańcami tego miejsca dobrze wiedząc, iż wystarczy jednorazowe okazanie słabości, aby dać się zupełnie złamać. Nie zmienia to jednak faktu, iż zdecydowanie nie zasłużyli sobie na takie traktowanie. W końcu, gdyby jego życie potoczyło się trochę inaczej, równie dobrze to on mógłby znajdować się po drugiej stronie muru.
Victor Blythe
Po pracy, kiedy mężczyzna wraca do domu, całe napięcie opada, a wraz z nim również maska Strażnika, którą przybiera z każdym rankiem. Tak, jakby była ona częścią białego uniformu, który zakłada na siebie przed opuszczeniem mieszkania.
Przeszedłszy przez kilka etapów swojego życia, od zabawnego i chadzającego własnymi ścieżkami dzieciaka, przez zakochanego i przez miłość cierpiącego nastolatka, który sięgnął po jedną z najbardziej niebezpiecznych broni, jaką była zemsta, zamieniając się w zamkniętego w sobie, bezwzględnego i niebezpiecznego chłopaka do mężczyzny, który stara się czerpać z życia jak najwięcej pamiętając o tym, co się wydarzyło. Gdyby ktoś kiedykolwiek zaproponował mu usunięcie wspomnień z okresu, w którym ciemność zawładnęła jego sercem, jego odpowiedzią zapewne byłoby proste „nie”. Według niego to właśnie rzeczy, które wydarzyły się w przeszłości, tworzą nas takich, jakimi jesteśmy. Bez względu na to, czy droga do momentu, w którym się znajdujemy, usłana była płatkami róż czy wyłożona cierniami, to wszystko sprawia, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Wyrzekając się przeszłości, jednocześnie wyrzekamy się części samych siebie ryzykując utratą kawałka własnej duszy.
Victor zdecydowanie nie przepada za tłumem. Powoli powraca do tego momentu, w którym miał niezwykłą łatwość dogadywania się z ludźmi, jednak zamiast wystanych przyjęć i bankietów zdecydowanie bardziej gustuje w kameralnych wypadach z grupką najbliższych znajomych do baru, kolację w domu czy spacer po mieście. Również ten samotny, pod osłoną nocy, obserwując gwiazdy i myśląc o tym, iż to samo niebo znajduje się w każdym mieście w państwie, że te same gwiazdy świecą nad głowami tysięcy innych głów. W takich momentach zastanawiało go, jak wiele osób tej nocy nie może spać, zadzierając uparcie wzrok w górę, licząc na cud, szukając spadającej gwiazdy czy po prostu, tak jak on, tęskniąc za tym, co pozostawił za sobą.
Trzeba przyznać, iż zdarza mu się być naprawdę sentymentalny. Łatwo przywiązuje się do osób, chociaż nie tak łatwo jest mu im zaufać. Jednak kiedy pozna kogoś bliżej, a dana osoba zaskarbi sobie jego sympatię, nie potrafi tak po prostu odpuścić. Zbyt wiele osób, które kochał w ten czy inny sposób, przewinęło się przez jego życie, aby tak po prostu pozwolić na zaprzepaszczenie kolejnej znajomości.
Może się wydawać, że pod jego postacią kryje się naprawdę uroczy, zabawny i ciepły mężczyzna z ogromną cierpliwością, opanowaniem i pasjami. Może sprawiać pozory człowieka, który trzyma swoje emocje na wodzy cały czas, nie dając im upustu nawet w swojej pracy. Przede wszystkim należy zauważyć, że jest jedynie człowiekiem i jak każdy człowiek zdarzają sie chwile, w których i on nie potrafi opanować wulkanu emocji wybuchającego w jego wnętrzu. Bywają więc momenty, w których wyklina wszystko i wszystkich, chodzi znacznie bardziej poruszony niż zwykle, zachowując dystans i odpowiadając oschłym tonem. Zazwyczaj jednak stara się w takich chwilach nie opuszczać swojego domu, jeśli jest to niekonieczne i nie wdawać się w bliższe kontakty z ludźmi, na których mu zależy.
Jest niesamowicie uparty i nie poddaje się za łatwo, walcząc o to, na czym mu zależy, jednocześnie wybierając najtrudniejszą i najbardziej problematyczną drogę do celu uważając, iż wówczas znacznie bardziej będzie cieszyć go jego osiągnięcie.
Swoje prawdziwe emocje często ukrywa pod uśmiechem, z tych bardziej poważnych zazwyczaj żartując. A wszystko to przez strach przed kolejnym złamanym sercem i przez instynkt samozachowawczy, który włącza się w momencie, w którym ważną rolę zaczynają odgrywać znacznie silniejsze uczucie niż przyjaźń.



Ciekawostki

>> Posiada psa, setera irlandzkiego, imieniem Redbeard, na którego i tak zazwyczaj mówi po porostu Red
>> Unika wszelkich używek. Alkoholu nie pije w ogóle, zapach papierosów wywołuje u niego odruch wymiotny, a o braniu narkotyków nigdy nawet nie myślał. Uważa, że jakikolwiek nałóg mógłby z powrotem wyciągnąć z niego to, co najgorsze
>> W rzeczywistości przejawia lekkie pedantyczne skłonności; w jego mieszkaniu panuje ład i porządek, wszystko ma swoje miejsce, książki poukładane są kolorystycznie i alfabetycznie. Sam jednak zapiera się, że to nic takiego, a jedynie uwielbienie do porządku
>> Gra na gitarze, skrzypcach, w czasie studiów nauczył sie także gry na pianinie. Poza tym uwielbia rysować, chociaż nie zbyt często się do tego przyznaje. W szafce w biurku wciąż trzyma portrety bliskich, które tworzył w czasie podróżowania po dystryktach
>> Poza portretami ma naprawdę wiele pamiątek schowanych głęboko w miejscach, o których wie tylko i wyłącznie on. Czasem zdarza mu się siadać na łóżku i przeglądać je wszystkie, uśmiechając się na wspomnienie „starych, dobrych czasów”
>> Póki co jest bezstronny politycznie, a do rządów Adlera podchodzi z lekkim dystansem. Woli mieć pewność, że tym razem poprze odpowiedniego człowieka, nawet jeśli miałoby się to wydarzyć jedynie w jego myślach


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the prophet
avatar
http://panem.forumpl.net/t1888-ashe-cradlewood
http://panem.forumpl.net/t267-ashe
http://panem.forumpl.net/t1278-ashe-cradlewood
http://panem.forumpl.net/t718-the-ashes-of-memories
http://panem.forumpl.net/t3226-ashe-cradlewood
Wiek : 21
Przy sobie : czarna, skórzana torba, a w niej: fałszywy dowód tożsamości, mapa podziemnych tuneli, wytrych, medalik z kapsułką cyjanku, nóż ceramiczny, zapalniczka, paczka papierosów, leki przeciwbólowe, latarka z wytrzymałą baterią
Obrażenia : złamane serce

PisanieTemat: Re: Victor Blythe   Sob Lut 07, 2015 1:04 am

Karta zaakceptowana!

Witaj na forum! Mamy nadzieję, że będziesz czuć się tutaj jak u siebie, i że zostaniesz z nami długo. Załóż jeszcze tylko skrzynkę kontaktową i możesz śmigać do fabuły. Nie zapomnij też zaopatrzyć się w naszym sklepiku. Na start otrzymujesz laptop, alarm mieszkaniowy i leki przeciwbólowe. W razie jakichkolwiek pytań pisz śmiało. Zapraszamy też do zapoznania się z naszym vademecum.

Uwagi: Wiesz dobrze, że Twoje Karty jednocześnie uwielbiam i się ich boję, ale tutaj strach okazał się nieuzasadniony. Mimo przerażającej długości (<3) biografia jest śliczna, czytało mi się szybko i jakoś tak miękko, chociaż przewijające się dramy ściskały za serduszko. :c Oczywiście akceptuję, ruszaj w fabułę raz-dwa i szukaj siostry zanim ją wywiozą!




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Victor Blythe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Rejestr Ludności :: Karty Postaci-