IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Rozrzucone po świecie kartki

 

 Rozrzucone po świecie kartki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t3111-iliya-aris#48306
http://panem.forumpl.net/t3113-iliya-aris#48312
Wiek : 18
Zawód : Bezrobotna
Przy sobie : ♦ W worku - para kastetów, pistolet, paczka prezerwatyw (3 sztuki), magazynek z 15 nabojami, kapsułka z wyciągiem z łykołaków, latarka z wytrzymałą baterią, śpiwór; ♦ W fałdach śpiwora - mapa podziemnych korytarzy (X2, X7, X8), mapa Kapitolu oraz dowód tożsamości, prawo jazdy i zezwolenie na posiadanie broni na nazwisko Daniel Levitt; ♦ W kieszeniach - scyzoryk wielofunkcyjny (prawe udo); ♦ Zawszeona na pasie - apteczka militarna (brudno-szarozielona).
Znaki szczególne : Niski wzrost (155cm); wada wzroku (po oczach nie widać! braki ndrabia głównie węch); wychudzone ciało
Obrażenia : Nieco starta skóra na łokciach i kolanach; Rana postrzałowa na lewym udzie (poszarpana pociskiem skóra właściwa i uszkodzony mięsień), duże kolorowe sińce na prawym przedramieniu, na brzuchu, w okolicy (pękniętego) żebra z prawej strony. Masa mniejszych siniaków.

PisanieTemat: Rozrzucone po świecie kartki   Nie Sty 18, 2015 10:27 pm

Czasem czuję się jak dzikie zwierzę. Mam ochotę warczeć. I krzyczeć. I gryźć.∼

......Szłam przez miasto powolnym krokiem. Głównie dlatego, że nie widziałam co jest dwa metry ode mnie. Ale nie było ciemno. To, co widziałam rozmazywało się w jedną i drugą stronę, jakby ktoś pomazał w programie graficznym własnoręcznie robiony, nieudany z jakiegoś powodu obraz. A ja musiałam się w tym odnaleźć. Im więcej szczegółów dało się zamazać tym obraz był gorszy. Im bliżej był on mnie tym bardziej się stabilizował.
......Myślałam wtedy o rodzinie. Miałam tylko rodziców. Byli już starsi wiekiem i chorzy, chociaż nie wiedziałam dlaczego. Z dnia na dzień byli coraz słabsi, a ja nie miałam żadnych innych wskazówek. Taili je przede mną, a ja zachodziłam w głowę by dowiedzieć się co ich męczy. Nigdy nie znalazłam odpowiedzi. Być może zrobili to, by ochronić mnie przed wyniszczeniem siebie pracą. Być może i tak nigdy nie byłoby mnie stać na leczenie.
......Szłam coraz dalej przez zniszczone uliczki miasta. Wyglądały na martwe. Kilkanaście kroków ode mnie pojawił się cień. Niczym duch przemknął z uliczki do uliczki znów zostawiając mnie samą na środku tego pobojowiska. A ja wiedziałam, że nie była to żadna zjawa. Był to mieszkaniec KOLCa. Jego widok uświadomił mi, jak sama wyglądałam. Jak zwierze pozostawione same sobie, aby przetrwać.
......Szłam drobnym krokiem starając się wykrzesać dawno zatopione iskierki dumy. Doszłam do zakrętu, za którym zniknął jegomość. Z zamyślenia wyrwało mnie szarpnięcie za rękaw. Spojrzawszy w prawo dostrzegłam przestraszoną minę innej kobiety. Była chuda i blada, na dodatek miała charakterystycznie zaokrąglony brzuch. Nie miałam czasu zapytać o wyjaśnienia, kiedy z siłą, której bym jej nie przyznała, pociągnęła mnie w uliczkę. W stronę, w którą biegł cień. „Strażnik” - szepnęła tylko.
......Nagle zaczęłam biec jak najszybciej mogłam, aż zdałam sobie sprawę, że to ja ciągnę zadyszaną wybawicielkę. Obok nas przebiegło kilkoro młodzieniaszków. Mimo zadyszki żadna z nas nie pomyślała o tym, by się zatrzymać. Skręcałyśmy w coraz to kolejne uliczki z jednakim wyrazem twarzy. Czułyśmy na karkach zimny jęzor strachu, który próbował nas obezwładnić. Patrzałam pod nogi. Dawno zgubiłyśmy resztę grupki. W końcu się potknęłam. Upadłam na ziemię zadyszana, ciężarna pisnęła z przerażenia i spróbowała podać mi rękę. Nie miałam siły. Serce tłukło mi w piersi. Sama spróbowałam się podnieść, ale nogi miałam jak z waty. Uniosłam się do klęczek, klęknęła przy mnie kobieta gładząc brzuch. Najwyraźniej czuła się okropnie. Stres i wysiłek fizyczny mógł zaszkodzić dziecku. Popędziła mnie słowem, próbowała mi dodać otuchy gestem. Najwyraźniej wiedziała, że zasięg występowania obecnego patrolu jest ograniczony.
......Postarałam się podnieść na nogi. Wstałam. Nasze serca biły szybko jakby były pulsacyjnymi wabikami na zwierzęta. Było trochę za późno. Z uliczki, którą niedawno minęłyśmy wychylił się cień. Kobieta obok pobladła jeszcze bardziej, chociaż nie spodziewałam się, że to możliwe. Ja chyba wyglądałam podobnie. Doskonale wiedziałam co stoi przed nami. Chociaż nie dostrzegałam dokładnych zarysów sylwetki, to w getcie niewielu mogło poszczycić się białym ubraniem. Białym mundurem. Skierował ku nam wzrok. A chociaż ciemne szkło zasłaniało jego twarz byłam pewna, że się uśmiecha.
......Skierował się ku nam sprężystym, rozluźnionym krokiem raczej nie spodziewając się, że nie pozwolimy mu zapytać o dokumenty. Wiedziałyśmy doskonale obie, że tego nie zrobi. Szepnęłam kobiecie na ucho, by uciekała, a sama miałam zamiar przez chwilę zająć strażnika. Byłam wtedy gotowa na wszystko. Gotowa, by poświęcić się dla przyszłej matki nie myśląc o celu jaki sobie postawiłam. Byłam pewna, że przy odrobinie szczęścia wyjdę z tego cało, albo nie wyjdę wcale. Wystąpiłam krok naprzód dzierżąc w dłoni gałązkę, która robiła mi za laskę ślepca. Jej cienki koniec spoczywał na ziemi. Krzyknęłam wtedy do mojej towarzyszki, chociaż nie pamiętam już co. Spłoszyła się i pobiegła w uliczkę nieopodal. Ja zaś podniosłam gałązkę i z wrzaskiem rzuciłam się na Strażnika urządzającego łapankę. Mogłam umrzeć.
......Zbliżył się niebywale szybko. Dostrzegłam wtedy ten szyderczy uśmiech. Naprawdę tam był. Jego przedramię zderzyło się z moim jednocześnie poczułam uchwyt na szyi. Miał mnie. Ale nie zamierzałam się poddać. Odruchowo uniosłam nogę, by uderzyć go w krocze, on jednak złapał mnie za nadgarstek i wykręcił do tyłu zmuszając do obrócenia się ku niemu plecami. Gałązka gdzieś po drodze wypadła mi z dłoni. Miał przewagę w tym starciu, chociaż raczej bawił się ze mną niż walczył. Nie byłam szkolona, co najwyżej oglądałam kiedyś kilka ruchów. Wyprowadziłam cios łokciem w jego brzuch, przez co mnie puścił. Nie spodziewał się jak zadziorna może być dziewczyna z getta, gdy chodzi o jej życie. Odwróciłam się, by go od siebie odepchnąć i uciec. Złapał moje wyciągnięte ręce i pociągnął do siebie i w bok wywracając bezwładną wręcz mnie na plecy. Dobra passa wkrótce miała się skończyć. Wypchnęłam go biodrami przesuwając ręce tak, że spadł ze mnie, a ja znalazłam się między jego nogami, co poszło mi wyjątkowo niezgrabnie. Jakoś nie miałam okazji tego ćwiczyć. Zawahałam się ułamek sekundy, kiedy Strażnik postanowił, że przestanie się ze mną bawić.
......Uderzył mnie pięścią w twarz. Runęłam na ziemię. Nie mogłam powstrzymać zakwilenia, które wydało się z moich ust. Ani kolejnego, kiedy zostałam uderzona w brzuch. Nie wiem, czy mocniej uderzał w moje ciało czy dumę, lecz kiedy skończył byłam wyczerpana, a moja świadomość przepełniona była kończącym się życiem, więzieniem, lub wywiezieniem do dystryktu do niewolniczych, górniczych prac. Kazał mi wstać. Bolało mnie wszystko. Złamał mnie. Spróbowałam, lecz ręce mi drżały, gdy się na nich podparłam. Kopnął mnie, przewróciłam się na bok. Ból z ramienia przeszywał całe moje ciało. Nie tylko bezpośrednio po uderzeniu...
......Poderwałam się więc na kolana, potem i na stopy. Strażnik złapał mnie za kark i popchnął każąc iść. Przy pierwszym rozdrożu poderwałam się w bok, ale nienawiść, chęć podporządkowania sobie robaków, jakimi byliśmy, uskrzydliła i Strażnika. Zanim postawiłam pierwszy krok, znalazłam się na ziemi z otwartymi ustami. Nie mogłam ich zamknąć, ani poruszyć. Mogłam wlepić w Strażnika tylko przerażony wzrok. Podniósł mnie szarpnąwszy za ubranie i przyjrzał krytycznym spojrzeniem. Uderzył jeszcze raz. Pomimo krótkotrwałego bólu stwierdziłam, że teraz mogę poruszać szczęką. Kiedy tym razem mnie prowadził nie puścił mojego karku. W końcu bym mu uciekła! Ilekroć jednak przyspieszałam, lub zanadto zwalniałam wbijał we mnie palce, aż się kuliłam. Resztę drogi przebyliśmy w milczeniu. Strażnik i ja. Nikt nie pokwapił się zareagować widząc moją przygarbioną postać sunącą przez ulice getta.
......Mundurowy wtrącił mnie do jednej z kilku cel, które dostrzegłam. Najwyraźniej zwykle nie mieli zbyt wielu gości, bo było cicho. A ta cisza nie przynosiła spokoju. Każdy szept, który rozległ się między ciemnymi ścianami, stukot, wszystko to budziło we mnie dreszcze. Myślałam o tym, co ze mną będzie. Odpowiedź nadeszła po paru godzinach wymyślania najgorszych scenariuszy. Koniec końców byłam pewna, że mnie wypuszczą.
......Wyprowadzono mnie z sali, głód podpowiadał, że był to wieczór. Zaprowadzono do kolejnej. Gdybym mogła dostrzec napisy na tabliczce pewnie okazałoby się, że była to Sala Przesłuchań. Wypytano mnie o moje dokumenty. Nie miałam ich, więc musiałam podać swoje dane. Strażnik wypytując mnie jadł szczególnie syty posiłek... ach, moje organy od razu zaczęły reagować. Głupia była nadzieja na to, że coś otrzymam, więc nic nie mówiłam. Szarpnięto mną i odprowadzono do celi. Nasilający się głód mówił mi, że spędziłam w celi cały kolejny dzień. Nie wiedziałam dlaczego tak długo trwa moja weryfikacja.
......I ta odpowiedź została mi ukazana. Strażnicy byli potwornie znudzeni. Jakiś znów zabrał mnie do Sali Przesłuchań, gdzie były tylko dwa krzesła i biurko. Był tam już jeden. Zajęli oba miejsca obok siebie przy ścianie na krzesłach i... kazali mi wykonywać rozkazy. Zbyt upokarzające, bym chciała je wykonywać. Byłam zbyt butna. I dumna. Z pewnością nie podobało mi się, by paść na kolana i językiem czyścić im buty. Po „przesłuchaniu” miałam podbite oko i kilkanaście nowych siniaków. Również na ramieniu. Starałam się je zasłaniać i chronić, szybko pojęli, że to mój słaby punkt. Łatwo zedrzeć skóry z siebie nie dałam. Chociaż obawiałam się, że to coś poważnego.
......W końcu wzrok całkiem odmówił mi posłuszeństwa i zalała mnie czerń.
......Otwierając na powrót oczy zobaczyłam ciemne sklepienie celi usłanej nićmi pająków. Był to drugi dzień. Drugie źródło smrodu zaalarmowało mnie o czymś jeszcze. Na podłodze, w misce, jak dla psa, widniały resztki jakiejś ryby. Poniżeniem byłoby tknięcie tego. Leżałam na twardym „łóżku”, cokolwiek mogło to być po prostu czekając. Pod wieczór, o czym mówił mój apetyt, usłyszałam kłótnię. Nie rozumiałam słów, zbyt obolała by myśleć o czymkolwiek innym. Udało mi się zasnąć. Była to raczej zasługa wycieńczenia niż czegokolwiek innego. Obudziło mnie skrzypienie drzwi do celi. Podniosłam się i spojrzałam na Strażnika. Nim wstałam on poderwał mnie i wyprowadził, ale w drugą stronę niż zwykle. Pozostawałam harda do końca. Wyrzucił mnie przez drzwi posterunku każąc wracać skąd przyszłam.
......To też zrobiłam... Na kilka dni zaszywając się w ciemnej piwnicy niezawalonego budynku.


∼Potem nachodzi mnie myśl, że jestem tylko zagubioną dziewczynką.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t3111-iliya-aris#48306
http://panem.forumpl.net/t3113-iliya-aris#48312
Wiek : 18
Zawód : Bezrobotna
Przy sobie : ♦ W worku - para kastetów, pistolet, paczka prezerwatyw (3 sztuki), magazynek z 15 nabojami, kapsułka z wyciągiem z łykołaków, latarka z wytrzymałą baterią, śpiwór; ♦ W fałdach śpiwora - mapa podziemnych korytarzy (X2, X7, X8), mapa Kapitolu oraz dowód tożsamości, prawo jazdy i zezwolenie na posiadanie broni na nazwisko Daniel Levitt; ♦ W kieszeniach - scyzoryk wielofunkcyjny (prawe udo); ♦ Zawszeona na pasie - apteczka militarna (brudno-szarozielona).
Znaki szczególne : Niski wzrost (155cm); wada wzroku (po oczach nie widać! braki ndrabia głównie węch); wychudzone ciało
Obrażenia : Nieco starta skóra na łokciach i kolanach; Rana postrzałowa na lewym udzie (poszarpana pociskiem skóra właściwa i uszkodzony mięsień), duże kolorowe sińce na prawym przedramieniu, na brzuchu, w okolicy (pękniętego) żebra z prawej strony. Masa mniejszych siniaków.

PisanieTemat: Re: Rozrzucone po świecie kartki   Nie Sty 18, 2015 11:20 pm

Często śni mi się, że mam skrzydła∼

.....Miasto było ciche, tajemnicze. Auta stały na poboczu drogi, oznaczonym wielką literką P. Wszystkie drzwi były pozamykane, okna przysłonięte. Zupełnie jakby wszelka cywilizacja stwierdziła, że czas się stąd wynieść. Neony napisów rzucały kolorowe światła na asfalt, którym kroczyłam. Niebo było jasne, błękitne, a słońce znajdywało się wysoko w górze zwiastując środek dnia. Idąc czułam na bokach lekkie otarcia, kiedy miękki materiał letniej sukienki przesuwał się po moim ciele. Ta była biała, sięgała do połowy ud. Jej delikatny i cienki materiał uwidaczniał równie białą bieliznę i nie nazbyt wydatne piersi. Stopy zaś miałam nagie. Stąpając powoli środkiem drogi czułam się wolna. Lekka. A umysł miałam pusty. Tylko jeden ciężar czułam. Z pewnością nie był nieprzyjemny. Nawet kojący.
.....Podmuch powietrza przyspieszył mój krok nim się zatrzymałam. Włosy przesłoniły policzki. Wiatr zamilkł równie gwałtownie jak się wzmógł, a na moim ramieniu wylądowało duże, soczyście białe pióro. Spojrzałam przed siebie widząc więcej piór. Nienaturalnie wielkich piór. Jedno było długości mojej ręki. Białe jak reszta. Zignorowałam je idąc naprzód. Nie zobaczyłam żadnej twarzy, ni ludzkiej, ni zwierzęcej.
.....Nagle znalazłam się gdzieś indziej. Widziałam te same neony, było równie pusto i cicho. Cisza. Wręcz martwa. Po prawej dostrzegłam plac zabaw dla dzieci. Przestąpiłam obok barierki przy wejściu i zbliżyłam się do konia na sprężynie. Usiadłam na nim bokiem. Po damsku, by się nie rozkraczać. Znów poczułam ciężar na swoich plecach. Zamknęłam oczy i zaczęłam się nim rozkoszować.
.....Cisza mojego umysłu została zmącona. Usłyszałam coś i zaczęłam nasłuchiwać. Słyszałam bębny.  „Dum”. Gdy jego echo umilkło znów „dum”. Gdy i ten dźwięk umilkł kolejne „dum” powtórzyło się trzykrotnie w szybszym tempie. I frekwencja się powtórzyła, gdy zamilkło echo ostatniego uderzenia. I tak wciąż i wciąż, wygrywając melodię. Otworzyłam oczy zdenerwowana. Zobaczyłam budynek, który był tu wcześniej, z tym, że był inny. Wszystko było inne.
.....Słońce zachodziło, a niebo pokryło się złotem i szkarłatem. Neony zgasły w większości, więc miasto nie było tak dobrze oświetlone. Działało też tylko parę lamp, które lśniły drżącą, pomarańczowo złotą poświatą. Moją uwagę zwrócił ruch. Z rogu budynku odłamał się gruz wielkości pięści i spadł na ziemię. Ze ścian odpadał tynk, a z okien powybijano szyby. Drzwi tego budynku, duże i kiedyś pewnie ładne, były wyłamane.
.....Zrobiło się też chłodniej, więc nachuchałam na dłonie. Opuściłam mimowolnie na nie wzrok. Dostrzegłam pióro, które trzymałam między palcami. Nie pamiętam, żebym je wzięła do ręki. To była tylko przelotna myśl. Zmartwiło mnie coś innego. Pióro miało na sobie popielate plamy przechodzące w czerń węgla. Skraj pióra był najczarniejszy. Tam się zaczął wykruszać. Nagle sczerniało całe i posypało się w popiół. Usłyszałam zduszony krzyk, zrozumiałam, że wydobywał się z moich ust. Zerwałam się i spojrzałam za siebie. Wcześniej wydawały się lżejsze. Ogromne skrzydła jakie nosiłam na sobie zaczynały w kilku miejscach hodować popielate plamy. Usłyszałam psy, zmiechy w ich kształcie. I zobaczyłam je w oddali za sobą. Ujadające na naprężonych smyczach. A panami byli ludzie ubrani w biel, których twarze przesłaniała czerń.
.....Pobiegłam do budynku przed sobą. Niebo pokryło się karmazynową otoczką. Takież światło wpadało też przez okna domu, w którym byłam. Woda rozlana na podłodze przypomniała mi krew.
Znalazłam się na piętrze, a potem na kolejnym, aż wbiegłam nagle na czwarte po prostu przenosząc się z piętra na piętro, z piętra na schody do kolejnego. Nie pamiętam ile pięter przebiegłam w ten sposób. Dużo. W końcu wpadłam do małego pomieszceznia na ostatnim piętrze. Po prawej zobaczyłam zamknięte drzwi.
.....Pełna paniki przebiegłam przez te drzwi. Nie miały barwy, ani struktury. Nie wiem nawet czy były automatyczne, miały klamkę czy gałkę. Po prostu znalazłam się na dachu. Nie płaskim dachu. Na czubku dachu o czerwonej dachówce. Za mną nie było żadnego pokoju. Padał deszcz. W świetle karmazynowego zachodu krople wyglądały jak krople krwi...
.....A może to była krew?
.....Usłyszałam ujadanie ponownie. Spojrzałam w dół i zobaczyłam na polu Strażników z czworonożnymi kompanami. Wiedziałam, że za mną jest tylko las, przede mną łąki i pastwiska, a z tyłu ich jezioro uprzedzające kolejny iglasty las. Wiatr wiał mocno przynosząc ze sobą zapach igliwia. Tylko jedno się nie zmieniło. A raczej... pogarszało. Czułam ból. Rodził się w łopatkach i wyciągał do tyłu punktowo wzmagając się. Pióra na moim ciele popielały. Bałam się, że pióra niedługo się rozsypią zostawiając mnie z niczym.
.....Zobaczyłam broń wycelowaną w moje ciało. Usłyszałam huk, ale nie zostałam trafiona. Zmiechy nie miały już smyczy, zrozumiałam, że kilka było w głębi niewielkiego budynku o trzech piętrach. Usłyszałam ujadanie, tym razem stłumione przez warstwę dachu. Czułam, że to kwestia czasu, nim zmiech przejdzie mnie pożreć. Dlatego pobiegłam wzdłuż spłaszczonego szczytu dachu na sam jego skraj. Imponująco wielkie skrzydła rozłożyły się, a moje lekkie ciało, puste w kościach, odziane zaledwie w skromną piżamkę krzesało jak najwięcej swoich sił, by się rozpędzić. Byłam taka wolna. Coraz wolniejsza i wolniejsza. Usłyszałam trzask i zdawało mi się, że moje ciało porusza się tak, jakbym poruszała się w bardzo gęstej mazi. Za sobą usłyszałam stukot. Uderzyłam skrzydłami i tempo mojego ciała wróciło do normy.
.....Nie pamiętam, kiedy deszcz przestał padać. Nie pozostał po nim ślad.
.....Wyskoczyłam z całej siły w przestworza z całej siły machając wielkimi skrzydłami. Zmiech skoczył za mną łapiąc mnie zębami za dłoń. Kości pękły, a z dłoni popłynęła burgundowa esencja mojego ciała. Puste kości ceną skrzydeł. Ceną lotu.
.....Miałam trudności. Znajdowałam się pół metra powyżej dachu i pięć od niego, nie mogłam jednak ruszyć. Biłam skrzydłami, od których moim ciałem wstrząsały spazmy bólu. Nocna koszulka przylepiła się do moich pleców, gdy zwilgotniała od osocza. Kilka strzałów rozerwało pióra na ramionach skrzydeł i błonę. Mimo to jeszcze trwałam z całych sił pragnąć uciec do jeziora, do lasu.
.....Zaczął wiać silny wiatr, który pomógł mojemu lekkiemu ciału cię wznieść. I wzbijałam się tak wyżej i wyżej, wdarłam się w prąd ciepłego powietrza, który pozwolił mi chwilę odpocząć gdy szybowałam. W końcu strzały Strażników przestały mnie trafiać chociaż widziałam, jak biegną za mną ku wodzie.
.....Świat był piękny. Zobaczyłam uciekające stadko kóz na łące. Obok były pola uprawne, przede mną widniało krystaliczne, błękitne jezioro i las. Zdaje się nagle moje skrzydła rzuciły przyćmiewający, czarny cień na ziemię, potem przezeń przebił się szkarłat barwiąc jezioro... a może przemieniając się w jezioro przelanej krwi.
.....Szarpnął mną ból. A byłam niedaleko. Bardzo niedaleko. Gdybym tylko mogła jeszcze kilka razy uderzyć skrzydłami... Zesztywniały, a kiedy zwróciłam na nie wzrok całe były już popielate. Od strony lotek ku ramieniu narastała smoliście czarna plama. Skrzydła zaczęły się kruszyć, i kruszyć... A ja spadałam. Plecami do ziemi widząc szkarłatne słońce i lśniący, popielaty pył, który zostawiałam za sobą. Pęd powietrza nie dał mi oddychać.
Po skrzydłach zostały tylko ramiona, otoczone różową skórką, z której wyrastała różowa błona podobna do skóry kurczaka.
.....Już mnie nie uniosą. Spojrzałam w dół. Był daleko, a zbliżał się szybko. Z ledwością patrzałam, gdy wiatr ranił moje oczy. Zobaczyłam ukradkiem Strażników i zamknęłam oczy. Bezpośrednio pode mną pasła się niewielka grupka kozłów. Na soczyście zielonej łące, z kwiatami barwy tęczy.
Kolejny spazm przeszył mnie. Poczułam ogromny ucisk i ból w klatce piersiowej. Potem zaś głośny trzask, chrzęst i pustka.

.....Zerwałam się trzymając białą koszulę nocną na mostku w pięści. Całe ciało miałam obolałe. Czułam, jakby coś przeszyło ją na wylot od piersi po plecy. Kolejna noc przynosiła mi podobny sen. Podobnie białe, czyste skrzydła i kruchą wolność. Strażnicy byli okrutni i bezwzględni, tacy... obojętni. Bałam się ich. Bałam się krwi, którą noszą na rękach, którą przelewali każdego dnia. Bałam się ich jeszcze zanim trafiłam do getta. Bałam się też Igrzysk.

.....Zawsze ponownie opadłam na twarde łóżko i patrzałam bezmyślnie w ścianę, póki sen znów nie zabierał mnie w swoje objęcia.


∼Ale kiedy próbuję wzlecieć – upadam.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Rozrzucone po świecie kartki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Szkoły Magii na świecie
» Magiczne szkoły na świecie
» Pokemonowe Teorie
» X-men w świecie pokemon! - Gra Zerna (Część I)
» Najgorsza lekcja na świecie {Prowadzący: Gabriel i Ivari}

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Rejestr Ludności :: Osobiste :: Retrospekcje-