IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Stare podania

 

 Stare podania

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1130-nicole-kendith
http://panem.forumpl.net/t3565-nicky#56034
http://panem.forumpl.net/t3564-nicole-kendith#56033
http://panem.forumpl.net/t1136-to-co-bylo-jest-i-bedzie#11701
http://panem.forumpl.net/t3566-nicky#56037
Wiek : 24 lata
Zawód : Uciekinierka
Przy sobie : pistolet, naboje, butelka alkoholu, kapsułka z wyciągiem z łykołaków, telefon komórkowy, laptop, pieniądze upchane po kieszeniach, przetarty plecak, aparat, leki przeciwbólowe
Znaki szczególne : nieufne spojrzenie, utyka na lewą nogę
Obrażenia : złamane serce, martwica nerwów w lewej nodze (nie wszystkich, prawda?)

PisanieTemat: Stare podania   Sro Lis 19, 2014 11:50 pm

Iris Rochester napisał:
Iris nie do końca pamięta życia w pierwszym dystrykcie, była zbyt młoda i beztroska. Za to doskonale pamięta dorastanie w trzynastce i wszelkie rygorystyczne ograniczenia związane z życiem praktycznie pod ziemią. Wydawałoby się, że Ci, którzy urodzili się w dystrykcie pierwszym są szczęściarzami, kto więc przy zdrowych zmysłach świadomie zrezygnowałby z egzystencji w zapewnionych, dość luksusowych warunkach? Tylko Ci naprawdę wierzący w sens nowego porządku, o którym zaczęto mówić w zaufanym gronie bądź Ci ślepo zapatrzeni w Almę Colin jak to było w przypadku jej rodziców. Udało im się przy pomocy innych oraz po prostu szczęściu przedostać do rzekomo nieistniejącego dystryktu trzynastego, aby przyłączyć się oraz wspomóc rodzącą się rebelię. To, że w duchu kiełkujących chęci zmian dorastała Iris, zdecydowanie wywarło jakieś piętno na jej poglądach i późniejszych planach.

Naturalnym dla Iris było to, że po osiągnięciu stosownego wieku bez większego wahania przyłączyła się do formujących się oddziałów rebeliantów tak, jak o wiele wcześniej uczynił to jej starszy brat. Nie spotkało się to jednak z aprobatą matki, której ciężko było oddać nowemu, lepszemu światu dwójkę swoich dzieci i wielokrotnie jeszcze próbowała nakłonić ją do zmiany decyzji, ale Iris tak jak ojciec była zbyt uparta. Bo to w końcu nie kto inny jak rodziciel wniósł do ich domu ducha zmian i pozwolił, aby on sam go porwał.

Być może wojsko uważało się za domenę niezbyt pasującą do kobiet, ale kto zwracałby uwagę na płeć, jeśli rodziła się rebelia i po prostu potrzebowała ona masy chętnych? Po prawdzie chłopcy z oddziałów, w którym poza Iris była tylko jedna dziewczyna, traktowali je z przymrużeniem oka a nawet starali się często je wyręczać, te za wszelką cenę starały się dowieść swojej równości z tak zwaną silniejszą płcią i dzięki zdeterminowaniu, jak i nie małemu zapałowi, końcem końców zostały w pełni zaakceptowane. Trzynastka zdołała zapewnić im ciężkie, cholernie wymagające warunki do ćwiczeń. Dzień podporządkowany był spędzaniem jego znacznie większej części na prowizorycznym poligonie. Zdzierała sobie kolana, obijała łokcie, nie jeden i nie dwa siniaki pozostawały po każdym, systematycznym treningu. Właściwie systematyczność była czymś, co sobie Iris od pierwszej chwili narzuciła. Wraz z mlekiem matki wyssała ambicję, chciała więc zajść w tym wszystkim jak najdalej, dać rodzicom powód do domu, a wiązało się to z nie odpuszczaniem czy to żmudnego, po raz enty tego samego dnia strzelania do ruchomych celów na strzelnicy, czy też pokonując biegiem rozstawione przeszkody. Szybko nabrała kondycji i wprawy, ale podświadome dążenie do perfekcji zawsze znajdowało pretekst, aby jeszcze godzinę więcej zostać i móc wycisnąć z siebie więcej. Oczywiście, że bywały i takie doby, w których nie mogła zmrużyć oka, ironią losu nie mając nawet siły na sen. Ale czy ktoś im obiecał, że będzie łatwo? Albo, że to tylko zabawa? Najtrudniej było sobie to powtarzać, kiedy do jednego tekstu podchodziło się po trzy, cztery razy, nie mniej nikt się nie oszukiwał, że są żołnierze idealni. Jeszcze nim rebelia na dobre się rozpoczęła, Iris awansowała do korpusu podoficerów. Dało jej to szansę rozwinąć inne, nie tylko bojowe sprawności. Cechowała się silnie analitycznym oraz matematycznym umysłem, z fascynacją więc podjęła się nauki informatyki oraz matematyki stosowanej, nie różniącej się za wiele od nauki hakowania. Bo w końcu walkę wygrywa się również nie do końca konwencjonalnymi metodami.

Nigdy nie sądziła, że przyjdzie jej z taką łatwością oddać strzał do żywego człowieka. Ale rewolucja wymagała ofiar. Było to tak zwane większego dobro, choć co niektórzy woleli to określać mniejszym złem. Brała czynny udział w zdobywaniu Kapitolu, jak i w samym przewrocie. Być może było w tym coś wzniosłego, ale Iris traktowała to raczej jak odgórnie przydzielony jej rozkaz. Tak było łatwiej, gdyż inaczej musiałaby siebie uznać za zwierzę głodne krwi. Na skutek jednego z wybuchów, kiedy było już za późno na reakcje, odniosła dość poważne rany, które zmusiły ją kolejny miesiąc spędzić w szpitalu. Spalone plecy, przeszczep skóry, rekonwalescencja. Jak się z czasem dowiedziała jej starszy brat nie miał tyle szczęścia – zginął w jednej ze strzelanin. Mogła na tym etapie odpuścić. Wybrać normalne życie póki nie było jeszcze za późno, gdyż rebelia spełniła swój cel – zapanował nowy porządek. Ale Iris nie zamierzała rezygnować z dalszej, wojskowej kariery. Była na to zbyt ambitna, gdyż świadomie zrezygnowała już dawno z takich wartości jak rodzina czy bliżsi przyjaciele. Po powrocie do czynnej służby czekał ją awans na oficera z podpisem już Prezydent Colin. Iris odłożyła jednak na bok wszystkie zaszczyty, musząc podjąć decyzję co dalej – mogła pozostać w korpusie jako bardziej bierny żołnierz bądź przywdziać mundur Strażników Pokoju i czynnie egzekwować wszystkie konsekwencje zmian oraz rebelii, która wstrząsnęła Kapitolem. Końcem końców nie przystąpiła do Strażników Pokoju, decydując się zamiast tego doszlifować swoje informatyczne umiejętności. Bo przecież wojsko to nie tylko czynne, zbrojne oddziały. Bezpieczeństwo nie polega tylko na ochronie danej persony własną piersią, jeśli ktoś odda w jej stronę strzał. Wielu lekceważyła tak zwane cyfrowe zabezpieczenia. No ale kto w tych czasach spisywał wszystkie rozkazy, plany, akta zbrojnych na kartkach papieru i chował do szuflady, którą następnie zakluczył na co najmniej trzy zamki? Każda, poufna, wojskowa informacja, do wglądu wyłącznie dowództwa, jak i samej Pani Prezydent, znajdowała się w bazach danych. Inne komputery z kolei odpowiadały za bezpieczeństwo czy to siedziby Pani Prezydent, czy ważniejszych budynków w Kapitolu. Bo kto o zdrowych zmysłach powierzałby nagłe odcięcie jakiegoś piętra ludzkiej, niedoskonałej jednostce, jeśli w ciągu jednej sekundy może to wszystko zrobić maszyna? Wystarczyło poznać pewne sekwencje kodów, nauczyć się ich szyfrowania i deszyfracji. Być może było to dmuchanie na zimno, jednakże nikt z otoczenia Almy Colin nie był głupi, aby lekceważyć każdy, możliwy punkt uderzenia jej przeciwników. Zwłaszcza, kiedy w związku z emocjami ostatnich igrzysk nabrali śmiałości jej przeciwnicy. Iris nie czuła się stratna, że zamiast przesłuchiwać tych nowych rewolucjonistów i spisywać z ich zeznań raporty, które mogły ku uciesze Pani Prezydent trafiać na jej biurko, spędzała właściwie całą dobę przed monitorem w otoczeniu cyferek. Nigdy nie łaknęła rozgłosu, ani przywilejów. Po spędzeniu większości swoje życia w podziemiach trzynastki nie oczekiwała teraz od życia luksusów. Nikt nie musiał znać jej nazwiska, wiedzieć jaką pracę wykonuje. Bo właściwie większość projektów, w których uczestniczyła z ramienia wojska, miały charakter ściśle tajny. Ale Iris odpowiadała taka rola, dopóki zapewniała jej w miarę spokojną egzystencję i nikt nie próbował wepchnąć jej do brudnej polityki. Wystarczyło jej, że praktycznie codzienne szyfruje to, co jest jej tworem, aby nikt niepowołany nie poznał prawdy.

Nominacja na generała była ostatnią rzeczą, której się Iris spodziewała. Ale pismo, które otrzymała od dowództwa z podpisem Alm Colin nie pozostawiało złudzeń. Pozbawiona większości ceregieli, w dość prywatnym gronie i bez rozgłosu. Pani generał Rochester. Nowe obowiązki, nowa rola.

(1088)

Francesca Valmount napisał:
Oficer Francesca Valmount.

Podziemny plac ćwiczeń z Dystrykcie Trzynastym dorównywał tym, na którym szkolą się trybuci w Kapitolu. Technologia najwyższej klasy, broń, której obsługi uczyło się miesiącami, jak nie latami. Dystrykt prowadzący przed laty badania nad energią nuklearną miał szerokie pole do manewru. Schowani, cisi, werbujący najlepszych naukowców. Każdy z mieszkańców podziemnego kompleksu Trzynastki czuł się dumny ze swojego pochodzenia. Wiedzieli, że nic im nie grozi, bezpieczeństwo jest zapewnione przez wykwalifikowanych żołnierzy.
Wśród nich znalazła się raptem osiemnastoletnia Francesca Blackbird. Wcześniej długo ćwiczyła wraz z grupą młodzików. Sport wypełniał każdy jej dzień, bo wiedziała, że musi być najlepsza. Robiła to dla matki i ojca, chcąc, aby byli z niej cholernie dumni. Jej ciało stało się silne, mocne, wyrzeźbione, co nie znaczy, że straciła kobietą figurę.
Szeregowa Black była jedyną kobietą w swoim oddziale. Koledzy widząc babę chcieli zrobić z niej maskotę swojej drużyny i odruchowo ochraniać za wszelką ceną. Jednak ten kto choć trochę poznał Frankę wie, że ona nie ma łatwego charakteru. Jego nieugięta i pewna siebie, więc nie pozwoliła robić z siebie bezbronnej kobietki, która musi się chować za plecami facetów. Nie, szybko stała się ich kumplem. Zwłaszcza, gdy ścięła włosy na krótko zaczęli ją traktować jak swoją, a nie jak wścibską dziewuchę, która miała fanaberię pójścia do wojska. A może to przez to, że na każdym ćwiczeniach dawała z siebie wszystko? Pierwsze testy oczywiście nie zawsze były zdane, ale grunt to systematyka. Kiedy dzień w dzień łaziło się na strzelnicę i strzelało setki razy z tej samej broni – trudno nie nabyć wielkiego doświadczenia.

Szybko dano jej możliwość awansowania. Po paru latach czynnej służby została wciągnięta do korpusu podoficerów. Wpierw oczywiście kapral. Plutonowa, sierżant... Była zdeterminowana i miała zamiar pokazać i udowodnić, że powinna znajdować się wśród najlepszych. W końcu była najlepsza. Kto inny miał tak silny charakter, był nieugięty, a rozkazy z jego ust brzmiały cholernie naturalnie, jakby to było jego powołanie od kołyski?

Długo, długo była chorążym. Niektórzy uważali, że to względy u dobrze zapowiadającego się porucznika Valmounta, z którym później, jak wszyscy wiemy, wzięła ślub. Jednak to nie było to. Francesca nie pozwoliłaby, aby ktokolwiek kierował jej życiem. Wolała mieć rzucane kłody pod nogi, aniżeli rozciągnięty czerwony dywan.

Potem wiadomo co się stało. Nalot na Trzynastkę. Śmierć męża. Przeżyła to strasznie, ale dzięki temu stała się chyba lepszym żołnierzem. Był okres w jej życiu, kiedy to przypominała maszynę do zabijania. To ona została postawiona na czele drużyny, jednej wielu, która miała iść na pierwszy ogień podczas bitwy w Kapitolu. To ona, wraz z czterema innymi drużynami rozwalili kokony na głównych ulicach, rozmontowali pułapki. Wielu ludzi poniosło śmierć, ale jeszcze więcej mogłoby zginąć, gdyby dowodziła nimi niewłaściwa osoba. A Valmount na pewno nie była niewłaściwą osobą. Była właściwą osobą, na właściwym miejscu. Ambitna, silna, pewna siebie. Posiadająca niezwykle rozwiniętą charyzmę. Znała cele misji i dążyła do nich za wszelką cenę.

Po zdobyciu Kapitolu została odznaczona przez Coin jako jedna z niewielu. Odebrała od pani prezydent gratulacje i awans na porucznika, dzięki czemu znalazła się w korpusie oficerów. Odłożyła jednak swój medal i nominacje na bok, wkładając na siebie biały mundur Strażników Pokoju. Chciała robić to co wykonywała najlepiej i to w trybie czynnym. Tryb bierny – siedzenie w koszarach, kompletnie jej nie interesował.

Sama mówi, że polityka jej nie interesuje, chociaż niektórym coś tu nie pasuje, zwłaszcza, że jest widywana z Shaw'em. Twierdzi, że jest żołnierzem, wykonuje rozkazy i to jest w zupełności wystarcza. Zwłaszcza jak widzi trzy gwiazdki na swoim ramieniu.

(575)


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1073-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1075-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1290-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1080-reminiscencja
http://panem.forumpl.net/t3249-caulfield#51058
Wiek : 26
Zawód : Speaker w radiu
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, odtwarzacz mp3, scyzoryk, dokumenty, telefon komórkowy,

PisanieTemat: Re: Stare podania   Czw Paź 22, 2015 8:45 pm

Vincent Shaw napisał:
Prolog
Życie nigdy nie było łatwe.  Dążenie do doskonałości, wszelkie próby zbliżenia się do niej, przeżywane wewnętrzne katharsis, w kółko i w kółko odgrywający się Walc Bez Końca oraz nieustanny ciąg Nagłych i Niespodziewanych wydarzeń. Bolesne, prymitywne i bezlitosne zderzanie się z brutalną rzeczywistością łatwo sprowadzało na ziemię, zaś nieuleczalnym marzycielom szybko zapewniało lek wbijając ich głęboko, by nie udało im się zbyt szybko odkopać . Absterget Deus omnem lacrimam ab oculis eorum, powtarzać sobie można bez końca, choć naiwne w dzisiejszych czasach będą to słowa. Pocieszeniem może być tylko to, że rodząc się nierówni, równymi umieramy.
Shaw należał do pechowców urodzonych w poza Pierwszym Dystryktem. Czy kiedykolwiek tego żałował? Owszem. Wtedy, kiedy był dzieckiem, i nie potrafił zrozumieć świata oraz towarzyszącej mu rzeczywistości. Igrzyska kojarzył początkowo z czymś obcym i odległym. Ze strachem połączył je dopiero, kiedy dorósł do wieku, w którym sam mógł zostać wybranym trybutem zmuszonym (i być może zabitym) do udziału rzezi, co automatycznie łączyło się z zakończeniem oszukańczego misterium jakim były Igrzyska. Osiem lat życia w stresie i obawie przez wątpliwym zaszczytem uczestnictwa w corocznych Dożynkach siłą rzeczy, i pomimo dobrych chęci rodziny, wcale nie wpływała pozytywnie na dzieciństwo jakiegokolwiek dziecka. No, może poza dystryktami trenującymi zawodowców. Dwunastka była jednak w grupie przegranych, a jej mieszkańcy nigdy nie cieszyli się na czas Igrzysk. Nic z resztą w tym dziwnego.

Rozdział I : Alea Iacta Est
Gdy tylko przekroczył magiczną linię wieku oznaczająca koniec okresu dziecięcości poszedł w ślady ojca, podejmując prace w kopalni. Wybór nie był z resztą przesadnie duży zważywszy na fakt, w jakim miejscu przyszło mu żyć.  Praca ta nigdy nie była łatwa, jednak wyrobiła w Vincencie odpowiednią wytrzymałość oraz umiejętność poradzenia sobie w – jakby nie patrzeć trudnych warunkach.  Z kolegami od czasu do czasu wybierali się po kryjomu na polowania, choć na ogół niewiele z nich przynosili. Wtedy też poznał bliżej Celię. Młodsza dwa lata, dopiero co uwolniła się od możliwości zostania Wybraną. Szybko się dogadali , a po czterech latach wzięli ślub.
Nastroje były ciężkie, ale nic nie zapowiadało zmiany stanu rzeczy. Dopiero po buncie podczas Igrzysk pojawił się promyk nadziei, których zmienić miał się z czasem w wielką pożogę. Vincent i Celia wierząc w Nowe, Lepsze Jutro przyłączyli się do maszyny, której już nic nie było w stanie zatrzymać. Przy odrobinie szczęścia oraz pomocy innych przedostali się do Trzynastego Dystryktu, gdzie znaleźli wsparcie oraz schronienie. Kości zostały rzucone. Tam też poznali Valmountów, z którymi całkiem szybko znaleźli wspólny język.
Dystrykt Trzynasty miał ściśle określony harmonogram i wyznaczone konkretne jednostki czasu na różne czynności. Początkowo spotkało się to z niezrozumieniem, jednak w końcu zostało zaakceptowane i przyjęte do wiadomości. Shaw nigdy nie był w wojsku, jednak będąc w Trzynastce siłą rzeczy stał się jednym z żołnierzy, podobnie jak Celia. Z naszej uroczej dwójki jedynie Vincent trzymał się jednak blisko tych, którzy trzymali władzę początkowo w dystrykcie, a następnie w całej rebelii. Urabiał sobie kolejne znajomości, piął się wyżej i wyżej, zdobywał coraz większe zaufanie i znowu wdrapywał po kolejnych szczeblach hierarchii. Pozycję umacniał radykalnymi na wiele spraw poglądami dążeniem do realizacji zaproponowanych rozwiązań.

Rozdział II: Celia
Krótko przed zbombardowaniem Dystryktu Dwunastego oboje postanowili, że sprowadzą tu swoje rodziny. Celia nalegała, żeby to zrobić, chcąc mieć bliskich przy sobie.
Powinni byli zdecydować się na to wcześniej. Mogli nie decydować się na to wcale. Gdyby nie to jedno, krótkie postanowienie powzięte w tamtej a nie innej godzinie, tym, a nie innym dniu, sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Ich rodzimy być może by wciąż żyły . Celia by wciąż żyła. Część Shawa nigdy by nie umarła.
Życie nigdy nie było łatwe.  Dążenie do doskonałości, wszelkie próby zbliżenia się do niej, przeżywane wewnętrzne katharsis, w kółko i w kółko odgrywający się Walc Bez Końca oraz nieustanny ciąg Nagłych i Niespodziewanych wydarzeń. Bolesne, prymitywne i bezlitosne zderzanie się z brutalną rzeczywistością łatwo sprowadzało na ziemię, zaś nieuleczalnym marzycielom szybko zapewniało lek wbijając ich głęboko, by nie udało im się zbyt szybko odkopać.
Teraz już wszystko kojarzyło się z końcem. Noce początkowo były bezsenne, by później stać się tymi, podczas których sen ciąży. Jakby pomiędzy teraźniejszością, jawą oraz snem umysł zapadał w swoisty letarg, jakby odurzony światłem, jednocześnie zapętlany w chroniczną szarość.  Jedynym sposobem by oderwać się od pogrążenia w całkowitej rezygnacji było rozbudzić w sobie gniew. Biorąc pod uwagę szereg okoliczności, wcale nie było to trudne. Shaw znów poświęcił się pracy, planowaniu kolejnych kroków rebelii oraz tworzeniu dalszych znajomości. Powoli stawał się znany z tego, że jego metody posiadały urok tortur na madejowym łożu. Jako wiadomo- im było gorzej, tym jednocześnie i paradoksalnie  w rzeczy samej było lepiej. Angażował się jeszcze bardziej,  zaś mając wyrobioną już mocną pozycję, mógł sobie pozwolić na więcej. I korzystał z tego ile mógł. Brał udział w walkach, to jasne. Zarówno przed, jak i po śmierci żony. Różnicę w skuteczności pomiędzy tymi dwoma okresami widać było wyraźnie, jak na dłoni. Cóż mógł stracić bowiem człowiek, który nie ma już nic do stracenia?

Rozdział III: Amittit merito proprium, qui alienum appetit
Odczłowieczanie się jest proste i trudne zarazem. Wyzbyć się trzeba ku temu emocji swoich, ukryć uczucia i całe swoje głębsze jestestwo by osiągnąć cel zamierzony. Jak kwiat odziera się z kolejnych płatków podczas dziecięcej wyliczanki, tak siebie odrzeć należy z lęków, obaw, trosk, radości czy empatii. Okryć się trzeba gruba kołdrą znieczulicy i mocno zawinąć w jakkolwiek pojmowany egoizm. Trzeba, ponieważ niektóre sytuacje wymagają takiego obrotu sprawy. Dla wyższego dobra? Można to i w taki sposób, całkiem ładny z resztą, nazwać. W głowie mężczyzny dojrzewał plan, który powoli, skrupulatnie realizował nie bacząc na swoje dobro. Krystalizował się z każdym dniem, skomplikowany w swej prostocie. Martyrologia? Bynajmniej. Na pewno kolejny schodek, następny szczebelek w wojskowo rządowej hierarchii. Układy i znajomości. Będące zaraz po pieniądzach, otwierają drzwi, których nawet byś nie spodziewał się próbować otwierać. Prowadzą przez korytarze, którymi nie sądziłeś, że będziesz spacerować. Dają możliwości, o których nawet nie myślałeś.
Kontakt z Francescą Valmount się nie urwał. Po śmierci małżonków zbliżyli się do siebie i zaprzyjaźnili. Mówi się, że ciężkie przeżycia łączą ludzi. Może i w tym przypadku zasada ta się sprawdziła, i działa całkiem dobrze? Po wygranej rebelii, wprowadzonej rewolucji i dokonanym przewrocie Shaw zdecydował się zająć miejsce w rządzie, które – jakby nie było- dawało mu więcej możliwości niż stanowisko w wojsku, które zeszczuplało tracąc żołnierzy na rzecz Strażników Pokoju. Jest młody, jak na kogoś siedzącego w Rządzie, jednak pracuje tam dużo więcej niewykwalifikowanych smarkaczy. Patrząc z góry, dbając o znajomości przygruchał sobie przyjemną posadkę oraz eleganckie biuro, w którym może planować kolejne nieprzyjemności, które spotkają mieszkańców Kwartału Ochrony Ludności Cywilnej.  
Nie wszyscy wiedzą o zaszczytnym stopniu, jaki otrzymał Shaw. Nie odbyła się żadna ceremonia, nie było żadnej mniejszej czy większej pompy, informacja nie poszła daleko w eter. Bo i nie było ku temu powodów. Nie było bohaterstwa, dramatycznych zasług, łzawych melodramatów ani wielkiej radości. Proste odznaczenie przysługujące tym, którzy wszystkim zarządzali, mieli znajomości i odpowiednie podejście.
Wszystko się zmieniło. Czy tak, jak tego chciał? Czy może to dopiero się zmieni?
(1160)

Witamy w korpusie, starszy oficerze Shaw!


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1073-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1075-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1290-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1080-reminiscencja
http://panem.forumpl.net/t3249-caulfield#51058
Wiek : 26
Zawód : Speaker w radiu
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, odtwarzacz mp3, scyzoryk, dokumenty, telefon komórkowy,

PisanieTemat: Re: Stare podania   Czw Paź 22, 2015 8:46 pm

Frank Hearst napisał:
Czy przypuszczałem, że moja medyczna kariera zahaczy także o sprawy wojskowości? Skłamałbym, zaprzeczając. Urodziłem się przecież w Trzynastce, w Dystrykcie dążącym do wolności. Wąskie korytarze przepełnione były zapachem buntu i zapowiedzią Rebelii odkąd pamiętam. A może tylko tak sobie wmawiam? Rzadko kiedy zdarza mi się przekręcać rzeczywistość i unosić się filozoficznymi opisami, ale tego jestem prawie pewien: od najmłodszych lat czułem w podziemnym powietrzu swoje powołanie. Wiem, wiem, nieco dramatyczne stwierdzenie. W końcu ścieżka mojej kariery była zaplanowana całe pokolenia wstecz; właściwie nie przypominam sobie żadnego krewnego wyłamującego się ze schematu. Mój dziadek był ordynatorem lekarza w Trzynastce, mój ojciec także, a ja…a ja należałem do pierwszego pokolenia zachłystującego się zaskakująco świeżym powietrzem. Oczywiście robiłem to jako doktor sztuk medycznych. Takie było moje powołanie (od dziecka rozpruwałem miśki i przeprowadzałem skomplikowane operacje na narządach z waty) i przeznaczenie. Dwa w jednym, co czyniło ze mnie wielkiego szczęściarza. Robiłem to, co chciałem i co kochałem robić. Pomagałem ludziom.
Ścieżka mojej medycznej kariery złączyła się jednak niemalże od początku ze ścieżką nieco bardziej mundurową. Zaraz po ukończeniu – w trybie przyśpieszonym; chłonąłem wiedzę jak gąbka – studiów medycznych zostałem oddelegowany na przymusowe szkolenie wojskowe. Same podstawy, wiadomo. Większość równolatków nie przykładało się zbytnio do składania broni i tych całych ćwiczeń wysiłkowych. Ja, przez wrodzony pracoholizm, dawałem z siebie wszystko. Chyba to zapieczętowało na moim losie. Jako jeden z kilkudziesięciu abiturientów dostałem w dokumentach wspaniałą pieczątkę, głoszącą, że nadaję się do wojska. Przyjąłem to z mile połechtanym ego. Oczywiście wolałem kontynuować karierę lekarza, zdobyć specjalizację i odbyć rezydenturę niż bawić się w małego żołnierzyka. Przyjęto moją odmowę bardzo łagodnie, z przekonaniem, że i tak prędzej czy później powrócę przed oblicze komisji wojskowej. Tak też się stało, szybciej niż mogłem przewidywać. Właściwie po każdym moim medycznym etapie (staż, rezydentura, specjalizacja) wyruszałem na dalsze szkolenia. Także w teren, incognito, prosto do zabiedzonych Dystryktów. Nie były to podróże łatwe; przywykłem do posiadania całego chirurgicznego asortymentu a zostawałem przerzucony do jakiejś głuszy bez podstawowych narzędzi. Za to – z bronią. Przywykłem do jej noszenia, do wykonywania rozkazów, do szpiegowania. Wszystko przy okazji wykonywania katorżniczej pracy lekarza. Te wszystkie lata były dla mnie niezwykle ciężkie; moje dzieci dorastały w podziemiach Trzynastki a ja byłem częścią rosnącego ruchu oporu. Wiedziałem, że zapowiada się Rebelia i…obawiałem się jej. Głównie przez wzgląd na moją rodzinę. Właściwie – paradoksalnie! – to dla niej jednak nie protestowałem, kiedy mianowano mnie oficerem. Moje poświęcenie mogło zagwarantować im dostatnie życie na powierzchni. Wierzyłem w naszą wygraną, w rozkazy generałów i we własną śmiertelność.
Pewnie dlatego przeżyłem Rebelię bez najmniejszego szwanku. Daleko mi do lekkomyślnego młodzieńca; każdy swój krok i każdą decyzję wydawaną młodszym kolegom poddawałem wielu wątpliwościom, udając się w wir bitwy z wcześniej przemyślanym planem. Chłodny rozsądek nie zawiódł ani mnie, ani moich podopiecznych. Wyszliśmy z wojny z tarczą. Po pierwszych akcjach zbrojnych chciano odesłać mnie do rezerwy, z powrotem do Trzynastki. Nie pozwoliłem jednak na to – tęskniłem za rodziną, ale przecież dalej walczyliśmy. Dowództwo przeniosło mnie więc do sztabu pomocy medycznej i końcówkę Rebelii przetrwałem już tylko jako lekarz wojskowy. Co wcale nie oznaczało odłożenia broni, którą od tamtej pory już zawsze mam pod ręką. Nawet, jeśli w Nowym Kapitolu jestem już oficjalnie wyłącznie chirurgiem urazowym.
Wielu współbraci wojennej niedoli dziwiło się, że odpuściłem karierę wojskowego; że nie wykorzystałem sytuacji i nie piąłem się wyżej po szczebelkach. Miałem wieloletnie doświadczenie i poparcie prawie wszystkich frakcji. Od zawsze jednak wiedziałem, że wolę ratować życie niż je odbierać. Nawet wbrew swoim przekonaniom. Pracuję więc jako lekarz, ale w głębi duszy czuję się równie mocno żołnierzem. Bycie rezerwistą nie ciąży mi na sercu tak, jak w pierwszych miesiącach od Rebeli – wiem przecież, że w każdej chwili mogę zostać powołany. Ta wizja nie przeraża mnie już jednak wcale. Zrobiłbym wszystko dla ochrony własnej rodziny i ludzi z Trzynastki.

(620)[/right]


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1073-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1075-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1290-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1080-reminiscencja
http://panem.forumpl.net/t3249-caulfield#51058
Wiek : 26
Zawód : Speaker w radiu
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, odtwarzacz mp3, scyzoryk, dokumenty, telefon komórkowy,

PisanieTemat: Re: Stare podania   Czw Paź 22, 2015 8:47 pm

Christina Annesley napisał:
Oficer Annesley

Kariera wojskowa nigdy nie jest jednym etapem. To zawsze wiele pojedynczych historii zlepionych w jedną, niekoniecznie spójną całość. Znaczące epizody przeplatane okresami pracy nad sobą, nad swym temperamentem, nad swymi planami. Mówi się, że pięcie się po szczeblach wojskowej kariery to przygoda życia. Annesley jednak, choć doskonale się w tym środowisku odnalazła, nigdy tak tego nie nazwała. Zresztą, nijak tego nie nazywała. Robienie kariery było robieniem kariery i tyle. Tylko w jednej chwili szczerości stwierdziła, że to pieprzony wyścig szczurów, cholerna rzeźnia na arenie, z której nigdy tak naprawdę nie wyjdziesz.
Ale tak, kiedyś faktycznie traktowała to jako przygodę. Na przykład wtedy, gdy w wieku siedemnastu lat stanęła na progu Trzynastki. Wtedy, gdy dwóch odzianych w mundury panów odprowadziło ją przed oblicze dyżurującego akurat strażnika na przesłuchanie. Wtedy, gdy z ujmującą szczerością przyznała się do męczącego ją w Czwórce znudzenia i żądzy przygód. Wtedy, gdy bezczelnie dźgając palcem mundur jednego z mężczyzn swej eskorty, w żarcie rzuciła, że też mogłaby w takim chodzić. I wtedy, gdy jej żart potraktowano na tyle poważnie, by dać jej przejść testy. Wtedy wciąż faktycznie traktowała to jako przygodę.
Nic nie zmieniło się także podczas kursów przygotowawczych. Nie były obowiązkowe, ale mając dwa lata, nim mogłaby rozpocząć faktyczną służbę, odbyła wszystkie szkolenia, jakie jej zaoferowano. Poczynając od tych podstawowych, wysiłkowych czy dotyczących technik przetrwania, przez sztuki kamuflażu i dywersji aż po kurs pilotażu. To właśnie ten ostatni sprawił jej najwięcej przyjemności, to właśnie do lotnictwa zapałała bezgraniczną miłością. Po ukończeniu nauk spędziła setki nadmiarowych godzin na symulatorach - te były zdecydowanie bardziej dostępne dla ukrywających się Trzynastkowiczów - czy za sterami rzeczywistych poduszkowców i samolotów. I choć z czasem oddaliła się nieco od tej uwielbionej branży, nigdy nie utraciła typowego dla pilotów refleksu i, bardziej formalnie, uprawnień kapitana.
Nim jednak doszło do tego oddalenia, wciąż miała przed sobą dziesięć lat faktycznej służby. Dostała mundur i tym samym stała się kolejnym z kotów. Radziła sobie jednak całkiem nieźle. Pyskaty język, w który gryzła się często przy spotkaniach z wyższymi rangą, pośród rekrutów służył jej za doskonałą broń do wywalczenia sobie odpowiedniej pozycji. Gdy więc przeskoczyła ze stada dzieciaków do oficjalnego szeregu armii, była dobrze znana jako... Chris, z którym to mianem przeszła przez całą swą dotychczasową karierę.
Awanse nie przychodziły jednak łatwo, bo życie pod przewodnictwem Coin wcale nie było tak łatwe i przyjemne, jak się mówiło. Annesley musiała odczekać niemal osiem lat, by wreszcie dosłużyć się czegoś, co jako tako ją satysfakcjonowało - oficera. Osiem lat pełnych nieustannej pracy nad sobą, wylewania litrów potu, zgrzytania zębami, niezliczonych otarć skóry i tłumionych przez poduszkę jęków w nocy, gdy mięśnie drżały jej niekontrolowanie z przemęczenia. Nie była to jednak cena zbyt wygórowana - gdy doszło do Rebelii, okazało się, że Christina była jedną z lepiej przygotowanych do walki mundurowych.
Nikogo nie zaskoczyło, gdy dostała przydział do jednej z komórek uderzeniowych pacyfikacji Kapitolu, natomiast wiele osób zdziwionych było bezczelnością i jednoczesną odwagą Annesley. Gdy podczas jednej z licznych walk dowódca jej grupy poległ - skąd padł niefortunny strzał, tego nikt w zamieszaniu nie umiał stwierdzić - Christina w jednej chwili zajęła jego miejsce, nie pozwalając na wewnętrzne spory i rozsypanie się jednostki. Choć w grupie było dwóch oficerów, Annesley stała się lwicą, która nie miała zamiaru dopuścić ich do przejęcia dowodzenia. Hierarchia hierarchią, ale to była jej szansa i dziewczyna dobrze o tym wiedziała.
Gdy pierwszy chaos został opanowany, nikt nie miał wątpliwości, że Christina Annesley na dniach przestanie być podoficerem. Nikt jednak nie sądził, że skończy się to nie na relegowaniu jej z armii, ale na... awansie. Nim jednak oficjalnie przyznano jej statut oficera, miała jeszcze czas na to, by umocnić swą kandydaturę na to stanowisko. Gdy nadszedł czas organizowania getta, Christina - choć samą ideę nieszczególnie popierała - została jedną z tych, dzięki której działaniom dzielnicę prędko zaludniono i zamknięto. Biorąc czynny udział w przesiedlaniu ludności Kapitolu i tłumieniu wczesnych, gwałtownych zrywów, wybiła się spośród swych mundurowych braci na tyle, by jednoznacznie ocalić swe nazwisko od zapomnienia.
A więc - oficer. Stanowisko: oficer szkoleniowy i, co jasne, pilot. Para się głównie tym pierwszym, twardą ręką prowadząc rekrutów przez kolejne stopnie szkolenia. To drugie jednak wciąż jest jej pasją i nikomu nie daje o tym zapomnieć, służąc jako pilot-oblatywacz nowych jednostek.

(704)


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1073-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1075-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1290-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1080-reminiscencja
http://panem.forumpl.net/t3249-caulfield#51058
Wiek : 26
Zawód : Speaker w radiu
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, odtwarzacz mp3, scyzoryk, dokumenty, telefon komórkowy,

PisanieTemat: Re: Stare podania   Czw Paź 22, 2015 8:48 pm

Kristian Almstedt napisał:
Życie w Kapitolu wbrew pozorom nie należało do łatwych! Tak wydawało się tylko ludziom z dystryktów, którzy mieli kompleks na punkcie kapitolińczyków i którym od czasu do czasu zabierano dzieci, żeby pozabijały się na arenach. No dobra… To drugie było znacznie gorsze niż mieszkanie zaraz pod nosem Snowa, ale to i tak miało swoje minusy! Wyobraźcie sobie takiego Krisitiana. Młody, wesoły dzieciak, który najchętniej spędziłby czas na grach i zabawie ze swoimi przyjaciółmi ze szkoły. Niestety jego ojciec przewidział dla niego inną przyszłość. Jeremy, bo tak miał na imię jego rodzic, ubzdurał sobie już kilka lat przed narodzinami Kristiana, że jego syn zostanie wojskowym. Sam nie mógł spełnić swojego marzenia ze względu na stan zdrowia, więc przerzucił je na kochanego synka. I tak zaczęła się jego przeklęta i błogosławiona zarazem predestynacja. Oczywiście z początku trudno było pogodzić się małemu Almstedtowi z tym, że podczas gdy inni korzystają z dzieciństwa pełnymi garściami, on spędza swój czas w dodatkowych szkółkach i na ćwiczeniach. Co ciekawe, we wszystko angażował się ojciec. Przez cały okres dojrzewania nie dopuścił on nawet jednego trenera do swojego syna. Cały plan treningowy, obciążenia i grafik układał sam, pomimo tego, że z wykształcenia był zwyczajnym inżynierem. Najwyraźniej jego szczera pasja do wojska zrobiła swego czasu swoje i zaszczepiła w nim wiedzę, jakiej do tej pory nie posiadała większość z ludzi.

Niemniej jednak wszystko zaczęło się w wieku dziewiętnastu lat. Wtedy to Kristian odbył obowiązkowe nauki w szkole i mógł wreszcie poświęcić się czemuś, co o dziwo stało się również jego pasją. Po kilku latach przygotowań ojciec nie musiał ganiać go do ćwiczeń i czytania o militari. Sam brał się z niespotykanym dotąd zapałem. Chyba właśnie dlatego nikogo nie powinno dziwić, że Almstedt był jednym z najlepiej zapowiadających się szeregowych. Podczas gdy inni dopiero uczyli się jak robić wymyki, odmyki i wyrabiać odpowiednią kondycje, on posiadał już całe zaplecze. W tym okresie swojej kariery Kristian wsławił się w swojej jednostce głównie z nieustępliwości jaką przejawiał na patrolach. Można chyba nawet powiedzieć, że nie posiadano o nim najlepszej opinii z powodu sztywnego przestrzegania reguł, jednakże sam Kristian potrafił od czasu do czasu nagiąć zasady. Wystarczyło go do tego tylko dobrze przekonać. I wcale nie mówię tutaj o łapówkach, bo za takie dostałoby się prędzej w pysk, niż cokolwiek zyskało. W każdym razie jego delikatne wyprzedzenie rówieśników skutkowało tym, że podoficerem stał się już w wieku dwudziestu lat. Oznaczało to tyle, że skrócił swoje szkolenie o całe, dwa lata!

Tutaj służba była już inną bajką. Człowiek wreszcie był odpowiedzialny za coś więcej niż zwykłych pijaczków i chuliganów na ulicy. Przede wszystkim można było kontrolować szeregowych i to właśnie tutaj Almstedt odkrył swoje powołanie. Samodyscyplina, determinacja i nieustępliwość, które wypracował w nim ojciec dawały o sobie znać na każdym kroku. Wymagał od szeregowych tego, żeby dawali z siebie sto procent. Być może przy tym przekraczał trochę swoje kompetencje, ale motywować naprawdę potrafił. W końcu nikt tak nie zachęci człowieka do ćwiczeń jak prawie dwumetrowy podoficer wydzierający się wprost do ucha. Masz wtedy chęć albo go uderzyć, albo też wykonać ćwiczenia jak najszybciej, żeby wreszcie się od niego uwolnić. Kristian doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale przychodząc do wojska zdecydował, że nie będzie szukał tutaj przyjaciół. W końcu miał walczyć za Snowa i Kapitol, a nie pić herbatkę z innymi żołnierzami.

Takie podejście dość szybko zaprocentowało. Wyższe sfery widziały w nim kogoś, kto będzie ślepo posłuszny ich rozkazom. W Kristianie upatrzyły sobie idealnego pieska mającego być straszakiem na niepokorne dystrykty. I chociaż nie przyspieszyło to wcale awansu mężczyzny (oficerem został bowiem w wieku 24 lat), to i tak bacznie go obserwowano. A prawda była taka, że coraz bardziej wychodziły na wierzch umiejętności Almstedta. Im więcej miał władzy, tym bardziej pokazywał jak powinno przywiązywać się wagę do szczegółów. Nic dziwnego! Wychodził on z założenia, ze lepiej mieć stu terminatorów, niż pięćset mamałyg potrafiących jedynie nieść broń. Za czasów etapu oficerskiego po wojsku chodziła plotka, że Kristian mści się za swoje przykre doświadczenia na szeregowych. Czego to miał doświadczyć młody oficer? Tego niestety już nikt nie wyjaśnił, ani nie znalazł na ten temat żadnych informacji. Prawda była jednak taka, że w porównaniu do innych oficerów sam Kristian awansował o ponad połowę mniej szeregowych. Tylko jacy to byli szeregowi! Gdyby tylko mógł, to sam od razu przeniósłby ich na stopień oficerski. U niego nie wystarczyło, że żołnierz był przeszkolony w stopniu dostatecznym. Człowiek albo dawał z siebie wszystko, a czasem nawet coś ponad siły, albo zwyczajnie był spalony na starcie.

Takie podejście bardzo szybko zaowocowało kiedy otrzymał stanowisko starszego oficera. Co prawda zbliżał się już do trzydziestki, ale jego metody i charakter ani trochę nie osłabły. Było to szczególnie widoczne podczas rebelii, gdzie miał pod dowództwem kilka oddziałów mających utrzymać określone sfery. Co ciekawe, pomimo tego, że jego jednostki nie były liczne to i tak często utrzymywały się o wiele dłużej niż inni. Wszystko dlatego, że Krisitan dzięki swoim dojściom i kontaktom sprawił, że pod swoim dowództwem miał własnoręcznie wyszkolonych, byłych uczniów. I tak przynajmniej połowa kadry składała się z ludzi, którym naprawdę mógł ufać i powierzyć określone zadania bez zbędnego zamartwiania się o ich wykonanie. Mimo wszystko rebelia była też czasem, kiedy najbardziej brakowało mu bycia czynnym żołnierzem. Wyższe stanowiska to już nie to samo. Uwierało go to, że musiał siedzieć w Kapitolu podczas gdy reszta walczyła za jego dupsko. Najgorsze były jednak i tak władze, które zdawały się w ogóle nie przejmować tym, że dookoła nich giną żołnierze. Co chwila żądali tylko odbicia punktów, które nie miały żadnego, strategicznego znaczenia, zrzucenia większej ilości bomb i zasypania gradem pocisków oddziałów, które nie zagrażały. Było to bardzo widoczne przy okazji wykorzystywania takich luk przez rebeliantów. Wszystko to doprowadziło, że w głowie Kristiana zrodził się niecny plan. Tak naprawdę Almstedtowi zależało tylko na tym, żeby przebywać w jakimś wojsku. Nie chodziło tu o przywiązanie do Snowa czy Kapitolu jak myślał za młodu. Równie dobrze mógł zostać po prostu najemnikiem i nadal czerpać z tego wszystkiego przyjemnośc.

I właśnie dlatego postanowił wkupić się w łaski Coin. Nie zamierzał stać po przegranej stronie, a następnie gnić bez dostępu do broni, arsenału i munduru w jakiś slumsach. Oczywiście o ile w ogóle by przeżył z uwagi na wysokie stanowisko zajmowane w wojsku. Wiedział, że z rebeliantami również będzie dało się porozmawiać, ale trzeba używać odpowiednich argumentów. Kiedy zmierzał w ich stronę samochodem, w środku miał akurat cztery takie argumenty. Niezbite, niepodważalne, o niezwykłej sile rażenia. O co chodziło? Trupy. Człowiek nawet po śmierci może być wartościowym zakładnikiem bądź zwyczajnym prezentem. W tym przypadku chodziło raczej o to drugie. Zresztą gdybyście tylko widzieli uśmiechniętego Kristiana, którego połowa twarzy zachlapana była w krwi. Z samochodu wysiadał spokojnie z rękoma podniesionymi do góry. Nie mówił nic, nie wskazywał na nikogo. Rebelianci doskonale wiedzieli kim były osoby znajdujące się w środku. Były to wojskowe szychy takie jak sam Kristian. W wesołej zbieraninie znalazł się nawet jeden generał. Oczywiście taka nagła zmiana stron nie do końca przekonała Almę Coin, ale ta postanowiła, że lepiej mieć przy sobie człowieka pokroju Almstedta. Nie ufała mu, miała go na oku, ale jednocześnie najwidoczniej poczuła do niego coś w rodzaju sympatii? A może po prostu był jej potrzebny. Faktem jest jednak, że po dołączeniu do rebeliantów został awansowany. W wieku 31 lat został generałem wojska, co w pełni go satysfakcjonowało. Wyżej zajść nie mógł, a swoje marzenie spełnił w całości. Oczywiście nie dotarłby na sam szczyt gdyby nie jego była narzeczona. To ona była głównym źródłem emocji targających Kristianiem i popychających do go wszelkich granic. Wiedział jak to jest stracić ważną rzecz w życiu i nie chciał powtórki z rozgrywki. Zamiast tego wziął sprawę we własne ręce i oto jest – niezwyciężony przed i niepokonany po rebelii. Jak doskonale widać nie wszystkie twarze się zmieniły. Almstedt był akurat typem człowieka, który potrafił zaadaptować się doskonale w nowej rzeczywistości. Czyż nie takich ludzi potrzebuje Kapitol?

(1304 w miarę możliwości prosiłbym o generała) :)


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1073-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1075-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1290-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1080-reminiscencja
http://panem.forumpl.net/t3249-caulfield#51058
Wiek : 26
Zawód : Speaker w radiu
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, odtwarzacz mp3, scyzoryk, dokumenty, telefon komórkowy,

PisanieTemat: Re: Stare podania   Czw Paź 22, 2015 8:49 pm

Christina Annesley napisał:
Jak zostać gwiazdą w dwa miesiące, czyli o karierze nie robionej przez łóżko


Mówi się, że zmiana prezydentury ciągnie za sobą przetasowania na wszystkich szczególnie znaczących posadach. Że zmiana lidera to iskra zapalna dla jesieni średniowiecza urządzanej w hermetycznym środowisku urzędniczym, oficerskim i każdym innym, które mniej lub bardziej ściśle zależało od łaski pańskiej (tak, tej jeżdżącej na pstrym koniu). Że Los uśmiecha się do tych, którzy dotąd byli na dnie (lub po prostu jeszcze w drugiej lub trzeciej bazie, przed atakiem szczytowym),  a poza społeczny margines wypycha tych, którym dotąd się powodziło. Gdzie więc wśród tych wszystkich powszechnych poglądów było miejsce dla Christiny Annesley?

Tibalt Adler. Jak mogłaby go nie znać? Była dzieciakiem Czwórki, a Adler, burmistrz Adler, był tam niemal świętym. Jasne, że go znała. Oczywiście, że tak. Przecież podzielała powszechną ocenę, jaką mu wystawiano. Przecież nawet po opuszczeniu Dystryktu pamiętała, komu jej dom i jej bliscy zawdzięczają dobrobyt. Dobrobyt, który prysł jak mydlana bańka po bombardowaniu, ale przecież był, istniał, przecież żyło im się lepiej. Przecież popierała go, gdy obejmował stanowisko wiceprezydenta, przecież domyślała się, co chce osiągnąć swoimi podróżami do Dystryktów i wreszcie - przecież tylko czekała na moment, gdy coś się zmieni, zmieni za sprawą Adlera.

To nie tak, że nie obawiała się zmian. Bała się ich jak każdy, ostatecznie dobrze wiedziała, że każdy rządzący ma swoich popleczników, swoją gwardię, dla której musi znaleźć miejsce. Ci poprzedni mogą zostać lub nie, przy czym ich los niekoniecznie zależy od tego, jak dobrzy są w swoim fachu. Szczerze mówić, Chris była przekonana, że akurat profesjonalizm to ostatni z argumentów, jaki bierze się pod uwagę w takich sytuacjach. W przypadku wojskowych to nie przebieg służby się liczy, a lojalność - dokładniej sposób jej inwestowania. W kogo, kiedy, jak bardzo i, co być może najważniejsze, jakie są rokowania na przyszłość? Zmiana stron możliwa, niemożliwa? Elastyczność w zmianie poglądów obecna, nieobecna? To się liczyło. To zawsze było ważniejsze niż faktyczne dokonania.

Wezwanie na prezydencki dywanik jej nie dziwiło. W końcu czekało to każdego, kto śmiał kiedykolwiek coś znaczyć, prawda? Rachunek sumienia, rozliczenie z przeszłością, gotowość na przyszłość lub też nie. Szczera spowiedź, negocjacje lub przyjęcie rozkazów. Wyrok lub ułaskawienie, mniej więcej do tego to wszystko się sprowadzało. Jak więc wyglądał rachunek sumienia oficer Annesley?
Nie uczyniła ze Strażników Pokoju ludzi. Może to było niewykonalne, a może po prostu się nie nadawała. Może w sercach większości nie było już człowieczeństwa, a może tylko Chris nie potrafiła go wydobyć. Może system, w jakim przyszło im służyć, nadmiar uprawnień i przymykanie oka na wykorzystywanie pozycji sprawił, że Białych nie sposób było już zmienić, a może tylko Annesley brak było cierpliwości do użerania się z rozbestwieniem mundurowych. Może zawodowe zboczenie było w nich zakorzenione zbyt silnie, a może to tylko Christina doszła do tego wniosku, uważając to za łatwiejsze niż podejmowanie rzuconej jej rękawicy i tracenie życia na oswajanie bestii.
Nie, Christina Annesley nie uczyniła więc ludzi ze Strażników Pokoju, choć... Czy ktokolwiek tego od niej oczekiwał? Może nie. Może wcale nie o to chodziło? Może nikomu tak naprawdę nie zależało, by stali się ludźmi? Może pozbawieni empatii i hamulców moralnych byli skuteczniejsi, tak skuteczni, że wkładanie im do głów powszechnie uznanych zasad życia w społeczeństwie zwyczajnie nie było opłacalne? Jeśli tak, wtedy można by uznać, że Chris rzeczywiście odniosła sukces. Nie zmieniła ich. Za to sprawiła, że ją pokochali.
Zawsze wkurwiało ją pytanie, jak to zrobiła, a podczas ostatnich dwóch miesięcy pytano ją o to przy każdej okazji. Za każdym razem, gdy podczas zaprowadzania nowych porządków wydawała swoje własne, pozorne sprzeczne z prezydenckimi rozkazy (ostatecznie prowadzące jednak do tego celu, który miał być osiągnięty, choć w nieco inny, być może mniej prymitywny i żałosny sposób), rozkazy, które wykonywane były bez szemrania, zastanawiano się nad tym, skąd bierze się to posłuszeństwo. Za każdym razem, gdy na nieostrożne słowo skierowane do Annesley mundurowi stawali za nią murem, próbowano rozgryźć tajemnicę podobnej, dawno nie widzianej lojalności. W pamięci opinii publicznej wciąż przecież królował obraz służbistów opierających się rozkazom swej przełożonej, poprzedniczki Chris, służbistów rozbestwionych, nieskorych do podążania za kimkolwiek innym, niż oni sami. Gdzie to wszystko się podziało? Co stało się z tymi ludźmi?
To pytanie padło też wtedy, u Adlera. Niezadane wprost, ukryte pod maską żartu. I Strażnicy... Twojemu urokowi rzeczywiście trudno nie ulec, ale dawno już nie widziałem, by byli w kogoś tak zapatrzeni. Gdyby była zamachowcem, wbrew całej sympatii udusiłaby wtedy Tibalta gołymi rękoma. Gdyby miała zapędy terrorystyczne, dałaby mu w ryj i odsiedziała resztę życia w obozie pracy, oskarżona o zdradę stanu. Do buntowniczych zapędów było jej daleko (no, przynajmniej tak daleko, jak mogło być dawnej uczestniczce rebelii Coin) i zamiast wyroku otrzymała awans.
W uznaniu za zasługi na stanowisku dowódcy Strażników Pokoju, decyzją Ministra Obrony Narodowej,  Aarona Ivory'ego, promuje się oficer Christinę Annesley na rangę starszego oficera.
Ślicznie brzmi, co? Tylko... Za jakie właściwie zasługi?

(804)


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1073-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1075-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1290-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1080-reminiscencja
http://panem.forumpl.net/t3249-caulfield#51058
Wiek : 26
Zawód : Speaker w radiu
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, odtwarzacz mp3, scyzoryk, dokumenty, telefon komórkowy,

PisanieTemat: Re: Stare podania   Czw Paź 22, 2015 8:50 pm

Edgar Hessler napisał:
Niektórzy mówią, że ludzie urodzeni w Dwójce mają łatwiej w drodze na militarny szczyt. Wiecie, od dziecka jesteśmy otoczeni ludźmi w mundurach, pracujemy całymi dniami (i nocami, trzeba przecież wyrabiać normę) w fabrykach broni, dojrzewamy po cichutku w cieniu największego arsenału wojskowego. Tak jakby jakieś magiczne pierwiastki ołowiu materializowały się w powietrzu i trafiały do naszych mózgów, robiąc z nas nowożytnych terminatorów. Chciałoby się, chociaż może i w tej bzdurze tkwi ziarno prawdy. Nikt normalny nie zgłaszałby się przecież dobrowolnie do udziału w rzezi niewiniątek i nikt nie uważałby bolesnej śmierci na oczach tysięcy widzów za powód do chluby. Cóż, dwójkowe pojęcie chwały, moralności i sukcesu zawsze odznaczało się na tle innych dystryktów. Osobiście nigdy jednak nie porównywałem się z innymi dzielnicami Panem, ba, mało wiedziałem o geografii i historii ukochanego państwa. Nauka nie była moją mocną stroną, nie wychowywano też nas na intelektualistów. Mieliśmy trenować finezyjne zabijanie a nie chłonąć wiedzę, nieprzydatną na Arenie. Tak przynajmniej było w przypadku moich rówieśników: sam nigdy nie trafiłem do żadnej sekretnej szkoły zawodowców, woląc ciężko pracować w fabryce broni niż mokro śnić o rzezi przy Rogu Obfitości. Odrobinę odstawałem od znajomych, jednak nie przejmowałem się tym zbytnio, poświęcając każdą wolną chwilę na poszerzanie swojej wiedzy w zakresie pistoletów. I karabinów. I pocisków. Może gdybym poszedł za głosem jednego z przyjaciół i szkolił się na zawodowca, mógłbym szczycić się niesamowitą zdolnością także w zakresie strzelania  z łuku i rąbania toporem…Tak się jednak nie stało i perfekcyjnie posługuję się wyłącznie bronią palną. Koniec kropka, żadnych dodatkowych zdolności w postaci wydłubywania komuś oka łyżeczką albo podpalania wroga płonącą strzałą.
Widocznie jednak moje zamiłowanie do militariów wystarczyło, by zostać doskonałym materiałem na rekruta. Zgłosiłem się do wojska pierwszego dnia po swoich urodzinach, wcale nie czując ulgi z powodu przekroczenia igrzyskowego wieku (w Dwójce, dystrykcie nadpobudliwych zawodowców, Dożynki nie były problemem). Przepełniała mnie czysta radość i podekscytowanie nowym etapem. Pierwsze kroki na ścieżce ku spełnionemu marzeniu nie były jednak takie proste, jak naiwnie sądziłem. Zderzenie z ostrą tresurą, bezwzględnymi dowódcami i wyczerpującymi treningami przeżyłem dość mocno, chociaż z każdą przeszkodą stawałem się coraz silniejszy. Po jakimś czasie przezwyciężanie własnych słabości dawało mi wręcz fizyczną satysfakcję. Wielu współtowarzyszy wojskowej podróży rezygnowało; ja – zostałem do końca i dzień, w jakim otrzymałem swoją pierwszą odznakę, stanowi dla mnie pewnego rodzaju cezurę. Zostawiłem za sobą wszystko, tyle samo poświęciłem, ale nawet przez sekundę nie żałowałem swojego wyboru. Nie przerażała mnie perspektywa strażniczej samotności, rygoru i ryzykowania życiem – wcześniej życie dla mnie nie istniało. Egzystowałem, oddychałem pyłem i czołgałem się w nim, miałki, nieważny, bezbarwny. Udało mi się jednak zamknąć tamten niechlubny rozdział raz na zawsze. Za drzwiami wojskowych baraków, z których jednak szybko zostałem przeniesiony do oddziału Strażników Pokoju jako jeden z najmłodszych dowódców. Nie, nie zaczynałem wysoko, jednak z czasem zwykłe patrole nabierały pożądanych przeze mnie rumieńców. Z krwi pacyfikowanych robotników (w tym jednego z moich braci) a także naiwnych dziewcząt, sądzących, że oddanie się władzy jakoś przyczyni się do poprawy ich sytuacji materialnej. Głupie; za ich oralną finezję odpłacałem się wyłącznie wystudiowaną uprzejmością, nie pamiętając ani ich imion ani próśb. Stanowiły tylko przyjemny przerywnik ciężkiej pracy, jakiej oddawałem się non stop. Nigdy nie brałem urlopów, nie chorowałem i nie wymigiwałem się od obowiązków. Zarzucano mi wiele – w tym zbytnią zachowawczość w kontaktach z cywilami – ale nikt nie mógł przyczepić się do mojej lojalności i pracowitości. O każdej porze dnia i nocy byłem w stanie służyć Panem, nawet jeśli przez długi czas nie szły za tym ani wielkie pieniądze ani szacunek. Na obydwa musiałem czekać wiele lat, chociaż nie był to czas zmarnowany. Cieszyłem się każdym szkoleniem, każdym wypełnionym rozkazem i każdym kontaktem z buntownikami. Poszedłbym w ogień za swoim ówczesnym dowódcą i…niedługo po otrzymaniu stopnia starszego oficera faktycznie wkroczyłem w płomienie. Zaledwie żarzące się, to też fakt; generał Smith posiadał cudowne przeczucie, pozwalające mu zmienić strony praktycznie bezboleśnie. Jako wysoko postawiony wojskowy doskonale orientował się w sytuacji politycznej, wiedział także o istnieniu Trzynastki. Do której postanowił uciec, zabierając ze sobą swój zaufany oddział. Typowa misja szkoleniowa w Dwunastce zakończyła się więc w podziemnym bunkrze. Skłamałbym, gdybym stwierdził, że przyjęto nas tam z otwartymi ramionami. Początkowa nieufność zniknęła jednak razem z upierdliwym nadzorem tamtejszych notabli. Po kilku tygodniach przestali patrzeć mi na ręce i stali się wręcz przyjaźni. Widocznie zła opinia, jaka krążyła o mnie w Dwójce, nie przedostała się pod ziemię. Miła odmiana, starałem się więc powstrzymywać destrukcyjne pragnienia. Nie, nie z sympatii dla szarych mundurów tych atomowych popaprańców (chociaż uwielbiałem ich arsenały i wiedzę techników): wiedziałem, że muszę wykazać się cierpliwością, jeśli mam dotrzeć do Kapitolu w jednym kawałku i na tym samym stanowisku. Tamtejsza władza wydawała się bardziej czuła na wolności jednostki i pewnie zamiast zawieszenia skończyłbym przed trybunałem. A to przecież nie leżało w moich planach na przyszłość. Okres Trzynastki wspominam więc jako czas względnego letargu, ćwiczeń – pomagałem trenować młodziutkich rekrutów – i odpoczynku od ciągłej musztry. Po ponad dekadzie wojskowej działalności w końcu mogłem złapać oddech, chociaż to względne lenistwo wcale mi się aż tak nie podobało. Z utęsknieniem wyczekiwałem rozpoczęcia Rebelii i zarazem końca mojego uśpienia. Brakowało mi bezpośredniej władzy w rękach; przeczuwałem też, że w chaosie działań wojennych moje niesubordynacje pozostaną niezauważone. Tak się też stało. Byłem żołnierzem niezwykle efektywnym, mój oddział zdobył wszystkie zaplanowane cele i do stolicy wkraczałem jako triumfator. Bez połowy kompanii, bywa, nie uroniłem żadnej żałosnej łezki nad martwymi towarzyszami broni. Cel uświęcał środki, trafili więc pewnie do jakiegoś bzdurnego czyśćca, w który nieśmiało wierzyli; ja natomiast naprawdę przekroczyłem bramy niebios, spacerując po zniszczonych ulicach Kapitolu. W niczym nie przypominającego tamtego rozświetlonego, zachwycającego miasta z opowieści znajomych Zwycięzców. Pokochałem jednak te zgliszcza i pomagałem w ich odbudowie. Najpierw jako wojskowy – należało przecież odnaleźć niedobitki fanów dawnego reżimu – później: jako Strażnik Pokoju. Nie, nie zostałem zdegradowany. Wiedziałem, że dalsza kariera militarna powiedzie mnie prosto do awansu, a ten: usadzi mnie za biurkiem na wiele lat. Nigdy nie chciałem być obwieszonym medalami generałem, przed który otwiera się drzwi i rozkłada czerwony dywan. Większe możliwości bezpośredniego dbania o dobro Panem i obywateli mam przecież w tej mniej prestiżowej pracy. Nie odciąłem się jednak od dawnych znajomości, częściej przebywam w towarzystwie wysoko postawionych wojskowych niż zwykłych szeregowców i twardo utrzymuję się na powierzchni burzliwego oceanu zmiennych politycznych nastroi. Przeżyłem Snowa, przeżyłem Coin, jestem pewien, że podobnie będzie z Adlerem, chociaż wiem, że tym razem muszę wykazać się jeszcze większą ostrożnością w uleganiu własnym słabostkom.


(1060, starszy oficer [bo nie ma majora, smutki ])


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1073-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1075-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1290-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1080-reminiscencja
http://panem.forumpl.net/t3249-caulfield#51058
Wiek : 26
Zawód : Speaker w radiu
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, odtwarzacz mp3, scyzoryk, dokumenty, telefon komórkowy,

PisanieTemat: Re: Stare podania   Czw Paź 22, 2015 8:50 pm

Conrad Gustav Dillinger napisał:
Dura lex, sed lex

Walka była integralną częścią jego życia. Kiedy się urodził, toczył bitwę o każdy oddech. Z biegiem lat, jego potrzeby się zmieniały, lecz nadal zmagał się z przeciwnościami losu. Fortuna okazała się twardym przeciwnikiem, jednak dzieciak nauczył się ją obłaskawiać. Był szybki, zwinny, sprawny. Potrafił robić użytek ze swoich drobnych pięści, nieco później posiadł umiejętność władania nożem. Poza obowiązkiem szkolnym, z którego wypełniania rozliczał go Lorcan i ulicznymi akcjami, miał mnóstwo czasu na treningi. Poświęcał się tylko nim, potrafiąc spędzić kilka godzin dziennie, ciskając sztyletami do celu i ucząc się fechtunku. Finty, cięcia, sztychy, zasłony, pchnięcia. Powtarzanie tych samych ruchów w kółko, do znudzenia, aż weszły mu w krew, aż zaczął wykonywać je machinalnie, instynktownie. Tylko zdolność walki gwarantowała mu bezpieczeństwo.

Niezależność skończyła się w momencie, kiedy trafił pod dach rodziny Ravertych. Szczęście w nieszczęściu – zyskał „dom”, a raczej jego nędzną namiastkę, zaś stracił ukochaną przez siebie wolność. Conrad jednak nigdy się nad sobą nie użalał, nie jęczał, nie rozwodził się nad swoim smutnym losem. Był przekonany, że słowa nie poprawią jego sytuacji. Pragnął działania i zyskał taką możliwość. Choć ograniczany, indoktrynowany, praktycznie poddawany praniu mózgu, doskonalił się w posługiwaniu bronią. Była to jedyna droga ucieczki z ostatniego kręgu piekła, jedyna czynność pozwalającą chłopcu na oderwanie się od ponurej rzeczywistości.

Nie miał nic do powiedzenia. Już dawno stracił kontrolę nad własnym życiem. Nie mógł mieć swojego zdania, opinii. Należał do Kyle’a Reverty’ego i musiał podporządkować się jego zasadom. Mężczyzna wymyślił karierę odpowiednią dla swego przybranego syna . Conrad miał szkolić się na Strażnika Pokoju. Przygotowanie go do tej roli, nie było jednak takie łatwe, jakby chciał tego Raverty. Gustav stawiał się, buntował, protestował. Wrodzone poczucie przekory? Sprzeciw dla zasady? Niechęć do owych przedstawicieli władzy, którzy niejednokrotnie doprowadzali go do stanu bliskiego śmierci? Chłopak znalazłby jeszcze tysiąc innych powodów, dla których nie powinien pełnić tej funkcji. Niestety, Raverty nie przyjmował argumentów, pozostawał głuchy na prośby i błagania. Bez zbędnych konwenansów, wysłał Dillingera do akademii szkolącej strażników, z wyraźnym poleceniem do jej przełożonego – nie oszczędzajcie gówniarza.

Gdy Conrad trafił do akademii, jego pierwsza myśl dotyczyła dezercji. Szybko jednak porzucił ten zamiar. Na początku miał wprawdzie problemy z przystosowaniem się do roli rekruta. Był niepokorny, krnąbrny, niezdyscyplinowany, często zdarzało mu się podważać słowa wyższych oficerów. Karcery, utrata przywilejów i inne kary, ponownie utemperowały zapędy młodzieńca. W ośrodku szkoleniowym i tak wiodło mu się znacznie lepiej, niż kiedykolwiek w Drugim Dystrykcie. Gustav znacznie rozwinął swoje fizyczne możliwości, a po ukończeniu kursu, rozpoczął służbę z ramienia Kapitolu, przywdziewając uniform Strażnika Pokoju i pilnując „porządku” w swoim rodzinnym Dystrykcie.

Conrad miał trudny charakter, lecz co należało mu przyznać, nigdy nie nadużywał swojej pozycji. Nie postępował brutalnie wobec dzieci, oszczędzał ludzi, którzy posuwali się do kradzieży, by zapewnić byt swej rodzinie.  Przez pamięć o swojej wcześniejszej egzystencji, dawał takim jednostkom jedynie pouczenie, bądź w przypadku grupowego patrolu – jednym ciosem pozbawiał przytomności, aby oszczędzić im kilkugodzinnych tortur. Owszem, potrafił być bezwzględny i okrutny. Obojętnie przyglądał się agonii gwałciciela, którego wcześniej osobiście wykastrował, ze średnim zainteresowaniem obserwował śmierć handlarza dziećmi, powoli wykrwawiającego się z powodu paru dość głębokich ran kłutych. Właśnie ze względu na jego ludzkie podejście, po obaleniu rządów Snowa, nie został zesłany do getta, razem z innymi poplecznikami byłego prezydenta.

Zmieniła się władza, lecz w gruncie rzeczy system nie uległ przeobrażeniu. Conrad nadal odbywał czynną służbę, wykonywał obowiązki, które przychodziły z góry. Przyzwyczaił się, że w obliczu olbrzymiego mechanizmu państwa, on, jako jednostka, jest nikim. Nie zgadzał się z tą teorią, lecz samotnie nie był w stanie zaprowadzić rewolucji. Robił swoje, wykonywał rozkazy, angażując się w dodatkowe działania, jeśli tylko uważał, że mają one sens i pomogą w stworzeniu nowego Panem. Po dość długim czasie obserwacji (jako stare narzędzie Snow mógł być niebezpieczny dla obecnego rządu), stwierdzono, że nie stwarza zagrożenia. Zyskał nieco szersze uprawnienia, zaczęto wykorzystywać go do poważniejszych zadań niż uliczne patrole i tłumienie zamieszek. Nadanie stopnia oficerskiego, Conrad przyjął jako należną nagrodę. Pomimo twardej, wojskowej dyscypliny, nadal zachowała się nim swoistego rodzaju arogancja i indywidualizm.

[troszku ponad 600]


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Stare podania   

Powrót do góry Go down
 

Stare podania

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Ogłoszenia o pracę + podania o samozatrudnienie
» Stare Opuszczone Mieszkanie
» Stare Lochy
» Opuszczony dom
» Stare, spalone zeszyty Nailaha

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Śmietniczek-