IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Zlot Rudych i Piegowatych, czyli Noah i Rory

 

 Zlot Rudych i Piegowatych, czyli Noah i Rory

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t590-aurora-carter
http://panem.forumpl.net/t2300-rory
http://panem.forumpl.net/t1281-rory-carter
http://panem.forumpl.net/t1968-rory-carter-i-jack-caulfield#24806
http://panem.forumpl.net/t594-rory
http://panem.forumpl.net/t599-rory-carter
Wiek : 24
Zawód : dziennikarka, zastępczyni redaktora naczelnego CV
Przy sobie : klucze, dokumenty, telefon, zapalniczka, scyzoryk, portfel
Znaki szczególne : ruda i piegowata, nie sposób nie zauważyć.
Obrażenia : skłonność do infekcji

PisanieTemat: Zlot Rudych i Piegowatych, czyli Noah i Rory   Wto Lis 18, 2014 4:16 pm

Przeniesione z mieszkania.

Nie pamiętała początku znajomości z Noah, te często umykały, bo wspomnienia niezręcznych, nieporadnych sytuacji czasem po prostu nie chciały się zapisywać. Któregoś razu wyłowiła go po prostu w tłumie osób napływających do Trzynastki i pomyślała to samo, co mogłaby pomyśleć jej mama, gdyby wtedy jeszcze żyła – że oto zbiegły przed laty ojciec Rory dorobił się kolejnego potomka. Była to myśl tak irracjonalna i płytka, że dziewczynie od razu zrobiło się głupio, ale wraz z upływem czasu i pogłębiającą się sympatią, żart o rudym bracie przestawał być tylko dowcipem. Pomogli sobie w podziemnym dystrykcie, przetrwali rebelię, często walcząc ramię w ramię i nawet jeśli ich kontakty w zdobytym Kapitolu poluźniły się i nie były już tak intensywne, sentyment pozostawał.
Ostatnie tygodnie nie były dla Carter najłatwiejsze i gdy już przyznała się sama przed sobą, że potrzebowałaby przyjaciela, tych nagle dookoła zabrakło. Każdy był zajęty czymś innym – pracą, życiem uczuciowym, konspiracją… Rory nie chciała zarzucać ich swoimi problemami i nawet z całą swoją otwartością nie była w stanie zwalić się komuś na głowę i szczerze poprosić o uwagę. Dlatego właśnie Noah spadł jej jak z nieba, a przy okazji mogła pomóc także jemu.
Nie zadawała zbędnych pytań, nie chciała drążyć tematu w samochodzie, obyło się także bez wymownych spojrzeń, dzięki którym Atterbury odczułby, że i tak nie wywinie się przed spowiedzią. Oboje wiedzieli, że i tak dojdzie do niej tej nocy, pakowali się więc z pełną świadomością w kilka godzin wylewania żalów, analizowania własnego życia pod każdym kątem i końcowego wygłaszania zapewnień, które trudno będzie zrealizować następnego ranka.
- W takim razie dziś nie pokonają nas procenty a kalorie – pozostawiając gościa w salonie, rudowłosa powędrowała do kuchni i szybki jej przegląd pozwolił powrócić do pomieszczenia z zapasem lodów, czekolady i sporej paczki kolorowych żelków. Antybiotyk Noah był doskonałym argumentem przed wstrzymaniem się z alkoholem, ale Rory wiedziała, że swój powód i tak będzie musiała w końcu wyjawić.
Gdy przyjaciel kontemplował widok za oknem, gospodyni szybko uwinęła się z nieładem twórczym, jaki do tej pory można było zauważyć w salonie. Ciuchy z oparcia fotela powędrowały do sypialni, ale gdy jej drzwi tylko się otworzyły, mały, szary kocur wyleciał ze środka i z prędkością światła dobrał się do szeleszczącej paczki żelek. Carter przewróciła oczami, przyzwyczajona do tego typu widoków, ale nie miała czasu na użeranie się ze stworzeniem, musiała doprowadzić miejsce do względnego porządku. Gdy Noah wreszcie odwrócił się w jej stronę, mogła z czystym sumieniem przyznać, że salon wygląda przyzwoicie.
Ignorując kota i uśmiechając się lekko do swojego gościa, usadowiła się wygodnie na kanapie, chwytając ze stolika jedno z pudełek lodów, cytrynowych i wcześniej napoczętych. Pałeczka pierwszeństwa, która została jej przekazana, nie sprawiła wcale ulgi, może nawet trochę ją zestresowała. Wiedziała, że Atterbury nie doniesie na nią po tym wszystkim, co miała mu zamiar opowiedzieć, nie obawiała się tego nawet przez chwilę, dlatego w końcu zdecydowała się zacząć swoją opowieść.
- Przez dwa miesiące nie mieszkałam sama, pomagałam mężczyźnie z dawnego Kapitolu. Jeśli słyszałeś od kogoś o moim tajemniczym kuzynie to…cóż, za niego właśnie się podawał -  miała nadzieję, że Noah wybaczy jej suche fakty, ale przez wzgląd na Kolczatkę po prostu nie mogła wdawać się w większe szczegóły – Był strasznie irytujący, zarozumiały, przekonany o wyłącznej winie rebeliantów odnośnie sytuacji stolicy. Arogancki, bezczelny, uparty jak sto diabłów. I nie wiem, jak to się stało, ale w pewnym momencie przestaliśmy być tylko współlokatorami – zawiesiła głos, czekając na to wymowne spojrzenie, które utwierdzi ją w przekonaniu, że jej towarzysz zrozumiał.
Lody powoli topniały jej w dłoniach, przetarła więc pudełko pochwyconą ze stolika chusteczką i kontynuowała zajadanie się swoim cytrynowym przysmakiem. Nie miała pojęcia, jak przejść do wielkiego finału, jak powiedzieć to, co leżało jej na sercu (i właściwie też pod nim) już od kilku dni. To były mocne słowa, ostateczne i Rory wydawało się, że gdy wreszcie wypowie je na głos, wszystko stanie się faktem. Bo w chwili obecnej balansowała jeszcze na granicy wyparcia i głupiej nadziei, że sprawy mają jeszcze szanse się ułożyć.
- Nie zakochałam się – wyjaśniła pewnym głosem, stanowczo i szczerze – Może trochę zauroczyłam. Ale wtedy dałabym sobie rękę uciąć, że on czuł to samo. To było widać, nie uroiłam sobie tego ani nie wymarzyłam. A przynajmniej tak wtedy myślałam – przerwała, z wyczuciem godnym mistrzyni suspensu, upewniła się, że Noah słucha jej uważnie, a później dokończyła na jednym wydechu – Ale z dnia na dzień oznajmił mi, że się zmywa, zostawił kota, a później spotkałam go w samym ręczniku w mieszkaniu znajomej.
Historia ostatnich miesięcy, wypowiedziana na głos, nagle wydała jej się bardzo, bardzo dziecinna i płytka, jakby nastoletnia Rory zwierzała się swojemu przyjacielowi z pierwszego zauroczenia. Rudowłosa zawstydziła się momentalnie, bo ludzie miewali przecież większe problemy, a jej mógł się wydawać tylko błahostką. I może rzeczywiście by nią był, gdyby nie…
- Jestem w ciąży – oznajmiła znienacka, z łyżeczką lodów wyciągniętą w połowie drogi do swoich ust, co nadało sytuacji doprawdy groteskowy wydźwięk. Zamrugała, jakby nie wierząc za bardzo, że właśnie otwarcie przyznała się do wszystkiego - Gdybyśmy pili, w tej chwili wzniosłabym toast za własną głupotę i naiwność.
Zamarła, w oczekiwaniu na reakcję przyjaciela, mając nadzieję, że nie czeka jej teraz wymowne milczenie. Wszystko byłoby lepsze, od porad, przez wyrzuty, aż do pogardliwej oceny spojrzeniem. Na to ostatnie nie miała jednak co liczyć, bo na tyle dobrze znała mężczyznę, który przed nią teraz siedział, że nie spodziewałaby się po nim żadnej krytyki w takiej sytuacji. Gdy przyjdzie kolej na jego zwierzenia, zamierzała zachować się tak samo.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1889-noah-atterbury#24419
http://panem.forumpl.net/t249-noah-atterbury
http://panem.forumpl.net/t1314-noah-atterbury
http://panem.forumpl.net/t563-noah
http://panem.forumpl.net/t1190-noah-atterbury
Wiek : 19
Zawód : Kelner w 'Well-born' i student
Przy sobie : medalik z ampułką cyjanku, zapalniczka, broń palna, zezwolenie na posiadanie broni, paczka papierosów, nóż ceramiczny
Znaki szczególne : piegipiegipiegi
Obrażenia : Złamane serce i nadszarpnięte zaufanie

PisanieTemat: Re: Zlot Rudych i Piegowatych, czyli Noah i Rory   Nie Lis 30, 2014 12:04 am

W momencie w którym wszystko stało się przytłaczająco ciężkie, piętno rebelii bezsprzecznie zawisło nad nami i samotność nie pytając o zgodę wdzierała się w codzienność, udało m się znaleźć chociaż jedną dobrą rzecz, której warto było się przytrzymać. Albo raczej osobę i to, co dawała mi nasza przyjaźń, która pojawiła się praktycznie znikąd.
Wojna nie wydawała się być czasem, w którym można było się śmiać, żartować czy nawet być przez chwilę szczęśliwym. Wszystko sprowadzało nas do ogólnokrajowej żałoby nad ofiarami i wymykającą nam z rąk wolnością, którą w końcu zdobyliśmy, ale w innej formie, niż sobie wtedy wyobrażaliśmy.
W tej przygnębiającej codzienności zdołałem znaleźć piegowatą iskierkę, której udało się na moment rozświetlić swoim naturalnym światłem podziemne mury Trzynastki i przyćmić tą sztuczną łunę jarzeniówek.
Rory była dla mnie jak siostra, szczególnie wtedy, kiedy wydawało mi się, że nie potrafiłem dogadać się ze swoją rodzoną. Mimo wszystko jednak, teraz kiedy siedzieliśmy w jej mieszkaniu, na jednej kanapie i nie mając między sobą dystansu większego niż pół metra; czułem, że mogliśmy strasznie się od siebie oddalić. Moje długie miesiące odcinania się od życia nie działały teraz na moją korzyść, kiedy zdecydowałem się na powrót do świata żywych. Nadal też bałem się, co znajdę, kiedy znów wkroczę w tą szeroko pojętą rzeczywistość.
Chociaż potrzebowałem w tej chwili czyjejś obecności, a nie jedynie głosu telewizyjnego lektora, to teraz zaczynałem zastanawiać się, czy dobrym pomysłem było poproszenie Rory o przysługę i zostawanie tutaj na noc. Kiedy zaczęła mówić o czymś mniej błahym, przypomniałem sobie, że nigdy nie byłem w tym dobry. W rozmowie, która odkrywała część tego, co trzymałem w środku. Wydawała mi się być sztuką, której nigdy nie opanowałem, a teraz było już na to o wiele za późno. Nie miałem nawet pojęcia, czy trudniejsze będzie podsumowanie tego, co mówiła dziewczyna, czy wyjęcie na światło dziennie rzeczy, które ja sam dusiłem w sobie od długich miesięcy, nie dzieląc się nimi z nikim, poza własnym sumieniem. Teraz też musiałem je uciszać, kiedy cały czas burzyło się we mnie, podpowiadając, żebym nadal trzymał część swojego życia w ukryciu. Ale wiedziałem, że jeżeli sam nie wybiorę momentu, na podzielenie się nimi z kimś, to prędzej czy później sekrety wypłyną na światło dzienne przynosząc jeszcze gorszy skutek. Świat tak właśnie działał.
Szary kot wspiął się na moje kolana i uśmiechnąłem się automatycznie sam do siebie, głaszcząc go po głowie. Nie pamiętałem, żeby Rory go miała, ale może był jednym z małych elementów, które musiały mi uciec. Krótka myśl też przyszła do mnie, sugerując, że mógłbym przygarnąć jakieś zwierzątko, ale odpowiedzialność za cudze istnienie wydawała się zbyt duża, abym mógł podjąć decyzję zaraz w tym momencie. Z drugiej strony potrzebowałem zmiany, jakiejś nagłej i może niezbyt przemyślanej. Jak przeprowadzka, zaciągnięcie się do jakiejś organizacji, walczącej z władzą, albo wydostanie mojej dziewczyny z Kwartału. Ale w tym momencie dobrym początkiem wydawało się samo to, że nie spędzałem kolejnego dnia nad butelką wina i z papierosem w ręce, a zamiast tego otwierałem się na ludzi. W mojej głowie zdawało się to brzmieć nawet lepiej, niż było w rzeczywistości.
Mimowolnie poderwałem wzrok znad szarego futra, kiedy dziewczyna zaczęła mówić i zatrzymałem się przy fragmencie, w którym mówiła o mężczyźnie z Kwartału, któremu pomagała. Chciałem poprosić ją, żeby wróciła do tego i powtórzyła jeszcze raz, ponieważ wbijając wzrok w zielone oczy kota miałem wrażenie, że jakiś istotny szczegół uciekł mojej uwadze, albo w ogóle się przesłyszałem. Nie podobało mi się, że Rory narażała się na jedną z restrykcyjnych kar rządu, z drugiej strony przecież robiłem dokładnie to samo.
Ściągnąłem nerwowo brwi w pierwszej chwili, zaraz jednak uświadamiając się, że nie ma sensu w żaden sposób komentować jej słów. Mogła być dla mnie jak siostra, której nie chciałem, żeby stała się żadna krzywda, ale nie powinienem zapominać o tym, że miała nie minąć chwila, zanim odpłaciłaby mi się taką samą poradą.
- Brzmi jak typowy mieszkaniec Starego Kapitolu - jeżeli spodziewała się pogardliwego spojrzenia, to sporo się przeliczyła, zamiast tego uśmiechnąłem się lekko. Znam kogoś, kto na początku wydawał się dokładnie taki sam, z czasem jednak coś, czego nie potrafię nawet nazwać, zmieniło się między nami - dlatego nie musiałem się pytać, jak doszło do tego, że stracili dla siebie etykietki Rebeliantki i Kapitolińczyka. W jakiś sposób, czasami tak się działo. Nawet jeżeli wyglądało na to, że ten schemat wszystkim komplikował rzeczywistość.
Kiedy powiedziała, że nie zakochała się, poczułem pewnego rodzaju ulgę, bo w ten sposób mogło być dla niej o wiele prościej, jeżeli nie lepiej. Z drugiej strony, miałem też wrażenie, że jeżeli jej wcześniejsze słowa przybliżyły nasze sytuacje do siebie, to teraz na powrót zostaliśmy odsunięci od siebie o setki kilometrów. Nie byłem pewny czy zrozumie. A chyba właśnie po to tutaj przyszedłem, tego tutaj szukałem - zrozumienia.
Mimo wszystko chciałem wierzyć jej, kiedy mówiła, że nie było w tym miłości - nie wiem, co bym zrobił, gdyby ktoś złamał serce dziewczynie, która była mi teraz bliższa niż rodzona siostra. Przynajmniej od czasu rebelii miałem w sobie okropną potrzebę chronienia i dbania o wszystkich, którzy nadal pozostali w moim życiu - nawet jeżeli skutki tego były różne i rzadko takie, o jakie zabiegałem.
- Skurwys... - rzuciłem odrobinę za głośno. - Przepraszam - poprawiłem się zaraz, próbując szybko poukładać myśli, odsunąć na bok cisnące mi się na język przekleństwa i znaleźć jakiekolwiek racjonalne usprawiedliwienie dla tego idioty, chociaż oprócz poprawienia samopoczucia Rory, nie miałem ku temu żadnych powodów. Jak mogłem bronić kogoś, kto oczywiście ją zranił?
- Wiem, że to wygląda jednoznacznie, ale może miał dobry powód? Mówił, że wróci? - zapytałem po chwili, chociaż nie miałem pojęcia, na jaką odpowiedź liczyłem. Nie wiem, czy ktoś taki powinien wrócić, z drugiej strony jeżeli miałaby być szczęśliwa... - I dlaczego odszedł?
Ledwo jednak zdążyłem dociągnąć ostatnią nutę swojego głosu do końca, kiedy Rory wparowała mi w zdanie, niemniej zdziwiona swoimi słowami, niż ja sam. Zamarłem w bezruchu, wpatrując się w nią przez kilka sekund milczenia, których musiały trwać dla niej w nieskończoność, ale ja nie potrafiłem zmusić się do powiedzenia czegokolwiek. W głupim odruchu przesunąłem tylko wzrok na jej brzuch, ale było zdecydowanie za wcześnie, na dostrzeżenie nawet najmniejszej wypukłości.
Nie miałem pojęcia, co mówi się w takim momencie, bo tradycyjne gratulacje raczej mijały się z celem i byłyby nietrafionym żartem. Nie musiało już chodzić wyłącznie o mężczyznę, który uciekł z życia Rory, ale samo Panem i jego sytuacja polityczna wydawały się ostatnim odpowiednim miejscem na sprowadzanie dziecka na świat.
- Hej, nie jesteś z tym sama - wydusiłem w końcu, siląc się na uśmiech przez resztki zaskoczenia, znikające już z mojej twarzy i złapałem ją za dłoń, ściskając ją delikatnie. - Poradzimy sobie, jak zawsze - dodałem zaraz, dokładnie tyle chciałem, żeby wiedziała, że bez względu na to jak wszystko się potoczy, nie jest zdana jedynie na siebie. Nie byłem w stanie zaoferować jej więcej niż wsparcie i własne towarzystwo, a cokolwiek ja sam chciałem chciałem wyciągnąć na światło dzienne, mogło poczekać. - Chcesz mu powiedzieć?


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Zlot Rudych i Piegowatych, czyli Noah i Rory

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» London Eye
» Noah Atterbury
» Nie wiem jak to nazwać, bo nie mój pomysł. Czyli tańsze zaklęcia.
» Zielony potwór zazdrości czyli co się dzieje kiedy rozmawiasz z Blackiem
» Rory Carter i Jack Caulfield

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Rejestr Ludności :: Osobiste :: Retrospekcje :: Rozgrywki-