IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
[P2] Główny korytarz

 

 [P2] Główny korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
the odds
avatar
Zawód : Troublemaker
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: [P2] Główny korytarz   Sob Lis 15, 2014 1:14 am



Po przejściu przed przedsionek, znajdujemy się w głównym korytarzu kwatery. Wysoki i przestronny, z podwieszoną pod sufitem niewielką salką konferencyjną (do szklanego korytarza prowadzą metalowe schodki), jest nieodłączną częścią infrastruktury. To z niego wychodzą drzwi do sypialni, jadalni, toalet oraz pryszniców, więc to właśnie tutaj najczęściej można spotkać mieszkańców bunkra.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1073-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1075-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1290-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1080-reminiscencja
http://panem.forumpl.net/t3249-caulfield#51058
Wiek : 26
Zawód : Speaker w radiu
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, odtwarzacz mp3, scyzoryk, dokumenty, telefon komórkowy,

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Nie Lis 16, 2014 6:09 pm

|Start
Teoretycznie zaczyna się w sali, ale zaraz przenosimy się na korytarz, więc nie ma co zajmować tematu na 2-3 posty xD


Nie planowałem tego, nie miałem też najmniejszego pojęcia co ja, kurwa, robię wśród tych pierdolonych murów.
...zresztą, nie planowałem niczego co działo się w moim życiu od zgoła ostatnich dwóch miesięcy. Dołączenia do cholernej podziemnej organizacji, porzucenia swojej dawnej postawy, aktywnego udziału w buncie, który zawrzał wśród mieszkańców Kwartału, ostatnio znajdujących się w o wiele gorszej sytuacji. Odkąd pojawił się nowy prezydent życie w KOLC-u powoli zaczęło przypominać prawdziwe piekło, a ja po prostu nie mogłem stać obok, nie teraz, kiedy lepiej zdawałem sobie sprawę z tego co się dzieje, gdy Lennart i Lophia wciągnęli nie do działań opozycji. Przez nich gdzieś w głowie zakorzeniła mi się potrzeba walki o własną wolność, o wolność tych, którzy gnili razem ze mną w pieprzonym getcie, zasłużenie czy nie. Ich argumenty w końcu mnie pokonały, tym bardziej, iż wiele z nich uderzało z wielką siłą, wcale nie mijając się wiele z moimi rzeczywistymi odczuciami.
Co nie zmieniało faktu, że teraz, nawet po prawie półtoramiesięcznej przynależności do Kolczatki, czułem się co najmniej niepewnie wśród tych ludzi. Pewnych rzeczy nie dałem rady wybić sobie z głowy, a wśród nich na pewno znajdowało się poczucie przynależności. Patrząc po twarzach tych ludzi, tak bardzo skupionych na słowach Malcolma, byłem święcie przekonany, że każdy z nich miał o wiele ważniejsze powody nakłaniające ich do udziału w rebelii. I o wiele większe przekonanie do swoich czynów. Na tle licznych już zasłyszanych z ich ust wypowiedzi, sam sobie wydawałem się egoistycznym dupkiem, którego do podziemi ściągnęło patrzenie na czubek własnego nosa. I choć pewnie przyjaciele nie zgodzili by się ze mną, twierdząc, iż jedną z najważniejszy przyczyn mojego pobytu na sali była troska o przyszłość moich bliskich prawda była taka, że chodziło mi o spełnienie moich zachcianek. A w tym momencie kurewsko nie miałem ochoty na borykanie się z utratą kolejnej osoby. Tak przynajmniej mogłem mieć tych idiotów na oku.
Mimo to czułem się nieswojo, odchrząknąłem cicho i zerknąłem na towarzyszy, trochę nerwowo uśmiechając się w ich stronę, nie mogąc zupełnie skupić się na tym o czym było to zebranie. Swoją drogą, jedno z moich pierwszych, wcześniej nie byłem zmuszony do przebywania wśród tak licznych członków organizacji, oddychania powietrzem aż gęstym od ich zdenerwowania, planów, wszelkich tych emocji, które przytłaczały mnie swoim ogromem. Wcześniej radziłem sobie z nimi ignorując je zupełnie podczas w miarę swobodnej rozmowy z przyjaciółmi, teraz jednak, kiedy zebranie trwało w najlepsze nie mogłem się przecież pochylić, odezwać do nich, oderwać swoje myśli od tego co tłoczyło się w mojej głowie. Byłby to tak kurewsko niekulturalne, że nawet nie ja nie chciałem próbować takich zagrywek, tym bardziej, że nadal byłem świeżakiem. Zamiast tego skupiłem się więc na liczeniu zajętych przede mną krzeseł, rozmyślaniu jakim cudem znalazłem się w starym podziemnym bunkrze, wszystkim co mogło mnie pochłonąć i oderwać od rzeczywistości.
Co okazało się na tyle skuteczne, że gdy w końcu zainteresowałem się tym co dzieje się na sali dotarło do mnie, że chwilowo zapanowała cisza. Wyprostowałem się i rozejrzałem nieznacznie zaskoczony, nie wiedziałem ile czasu minęło odkąd Malcolm zaczął mówić, ani też co za tematy dokładnie poruszył, nagle jednak spiąłem się cały, oczekując na reakcję tłumu w odpowiedzi na jego wyczekujące spojrzenie rzucone w eter.
Kurwa, nie, musiałem zacząć uważać. Kiedyś pytanie mogłoby zostać skierowane w moją stroną, a wtedy wszelka ignorancja byłaby tym co najmniej źle widziana.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t590-aurora-carter
http://panem.forumpl.net/t2300-rory
http://panem.forumpl.net/t1281-rory-carter
http://panem.forumpl.net/t1968-rory-carter-i-jack-caulfield#24806
http://panem.forumpl.net/t594-rory
http://panem.forumpl.net/t599-rory-carter
Wiek : 24
Zawód : dziennikarka, zastępczyni redaktora naczelnego CV
Przy sobie : klucze, dokumenty, telefon, zapalniczka, scyzoryk, portfel
Znaki szczególne : ruda i piegowata, nie sposób nie zauważyć.
Obrażenia : skłonność do infekcji

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Nie Lis 16, 2014 6:21 pm

| Start po przeskoku!

Spacer do siedziby dobrze jej zrobił, musiała wszakże wykorzystywać ostatnie dni bez spuchniętych kostek, spodni na gumkę i wstrętu do smrodu spalin unoszących się w powietrzu. Jej stan oficjalnie przestał być tajemnicą, niebawem misje będą musiały pójść w odstawkę, ale na szczęście nikt jeszcze nie zabronił jej pojawiać się na zebraniach. Ostatnie miesiące były dla Kapitolu bardzo ciężkie, dlatego tym bardziej musiała coś z tym zrobić, musiała działać, by jeden tyran nie zastąpił kolejnego… choć na to było chyba już za późno.
Wydarzenia na scenie politycznej odbiły się szerokim echem w stolicy i w Dystryktach, a jako dziennikarka Capitol’s Voice, Rory miała pełne ręce roboty i stała niemalże w samym centrum wydarzeń. Cenzura w mediach zelżała, ale nadal nie wszystko było tak, jak być powinno. Prowadząc swoje małe śledztwa i zbierając materiały do artykułów, była w swoim żywiole, co dostrzegli nie tylko inni redaktorzy, ale przede wszystkim Kolczatka. Wtyczka w mediach była bardzo cenna, a skoro Carter miała już niebawem przystopować z zadaniami w terenie, mogła się wykazać choćby na tym polu. I dawała z siebie wszystko.
Pojawiając się siedzibie i witając ze znajomymi, po raz kolejny musiała podziękować w duchu za nową lokalizację. Ciężarna kobieta w Cave byłaby co najmniej podejrzana, a teraz nie musiała się przejmować żadnymi tajnymi przejściami i wymówkami. Rozpromieniona wędrowała korytarzem w kierunku Sali, w której miało odbyć się zebranie, skinieniem głowy bądź uśmiechem odpowiadając na powitania, a ciekawskie spojrzenia w kierunku jej lekko zaokrąglonego już brzucha zupełnie ignorując. Jeśli gapili się już teraz, co to będzie pod koniec? Rudowłosa wolała na razie o tym nie myśleć.
Stanęła w drzwiach pomieszczenia, szukając wzrokiem Nicole i już miała podejść do niej i Malcolma, gdy jej uwagę zwróciło coś jeszcze. Ktoś jeszcze. Wykonała chyba najszybszy z odwrotów w swojej karierze, chowając się za drzwiami i prosząc wszystkie znane sobie bóstwa, by Jack jej nie zauważył. Co tutaj robił, do cholery? Ze wszystkich znanych jej ludzi, jego obecność w siedzibie Kolczatki zszokowała ją najbardziej. Serce zaczęło bić jej szybciej, nogi zrobiły się dziwnie ołowiane i przez dobrą chwilę nie mogła ruszyć się z miejsca, podczas gdy w jej głowie szalały tysiące myśli.
Jej misterny plan, mający na celu zachowanie tożsamości ojca jej dziecka tylko dla siebie, miał spore szanse spalić na panewce. Nie chciała mieć z Caulfieldem żadnego kontaktu i do tej pory myślała, że będzie to łatwe zadanie, dzielił ich przecież mur, poglądy, podejście do obecnej sytuacji, a nie łączyło nic. No prawie, bo według ulotki z przychodni to nic miało teraz rozmiary cytryny.
Biorąc kilka głębokich oddechów, Rory z powrotem znalazła się w Sali, tym razem z opracowanym na szybko planem. Nie rozglądając się i nie witając już z nikim, powędrowała prawie na sam koniec Sali, zajmując miejsce w jednym z przedostatnich rzędów, choć zazwyczaj siadała przecież gdzieś z przodu. Miała ogromną nadzieję, że nikt jej tego dziś nie wypomni, przecież to błahostka, przecież to tylko wybieg, by nie mieć do czynienia z nim.
Lub z nimi, bo dopiero teraz rudowłosa zauważyła siedzących obok Lophię i Lennego, a coś w jej żołądku podskoczyło niebezpiecznie. A więc jednak. Teraz nie miała już najmniejszych wątpliwości co do tego, jak Jack znalazł się w Kolczatce, kto go do tego namówił lub z czyjego powodu zdecydował się na przynależność do organizacji, z której wcześniej jawnie kpił.
Rory nie mogła dłużej katować się tym widokiem, nie chciała patrzeć na tył jego głowy, na ich uśmiechy i szybką wymianę zdań tuż przed rozpoczęciem spotkania. Choć sala była pełna ludzi, ona zdawała się widzieć tylko ich trójkę. Próbowała skupić się na słowach Malcolma, ale wcale jej się to nie udawało, przesunęła więc swoje krzesło nieco do tyłu i straciła wreszcie z oczu znajomą czuprynę. Minęło jednak kilka minut, zanim zdołała się przestawić na tryb zebraniowy, a zrobiła to w idealnym momencie, bo dowódca akurat zadał jej pytanie.
Nagle dookoła zrobiło się bardzo cicho, a Rory miała wrażenie, że oczy wszystkich są wpatrzone tylko w nią, choć przecież nie miała składać teraz raportu, to było zwykłe, rutynowe pytanie o gazetę, w której pracowała. Zebrała wszystkie siły, by nie spojrzeć w miejsce, w którym siedzieli Jack i jego przyjaciele, a później stanowczym głosem odpowiedziała Malcolmowi. Musiała udawać, że nic się nie stało, nie mogła dać po sobie poznać, że przeżywa właśnie najgorsze chwile w swoim życiu. Była wściekła na siebie, za ten głupi plan, zła na Lenny’ego, że nawet jej nie uprzedził, zazdrosna o Lophię, która wcześniej szeptała swojemu mężczyźnie na ucho i wciąż autentycznie zszokowana widokiem Jacka. Tylko opanowanie mogło jej teraz pomóc, musiała udawać, że niczego nie widziała, a choć było to diabelnie trudne to nie niewykonalne.
Swoją odpowiedź okrasiła więc szerokim uśmiechem i żartem, bo do tego byli przecież przyzwyczajeni jej koledzy z Kolczatki. Wszystko musiało być po staremu i przebiegać zgodnie z planem. Nikt nie mógł zauważyć jej trzęsących się dłoni, dlatego szybko złączyła je i umiejscowiła na brzuchu, być może nawet w obronnym geście. Jedyne, czego teraz chciała, to szybkie zakończenie zebrania, po którym będzie mogła uciec prosto do domu, by tam rozłożyć sytuację na czynniki pierwsze, powściekać się i popłakać. Teraz miała w głowie kompletną pustkę.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1073-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1075-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1290-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1080-reminiscencja
http://panem.forumpl.net/t3249-caulfield#51058
Wiek : 26
Zawód : Speaker w radiu
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, odtwarzacz mp3, scyzoryk, dokumenty, telefon komórkowy,

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Nie Lis 16, 2014 6:39 pm

Właściwie, dzisiaj było moje pierwsze poważne zebranie, wcześniej pojawiałem się tylko na tych dla takich jak ja, nowicjuszy, rekrutów, którzy poznawali zasady funkcjonowania organizacji, hierarchie w niej panującą, cele działania. Nie do końca miałem jeszcze pojęcie, kto należy do Kolczatki, czy natknę się tutaj na ludzi, których kiedyś spotykałem na ulicy, czy to w Kwartale czy Dzielnicy. Prawdę powiedziawszy, poza Lennym i Lophią jedyną osobą, z którą rozmawiałem chwilę dłużej był szef tego wszystkiego, wszyscy inni zbytnio nie zaprzątali mojej uwagi, z innymi rekrutami nie wykraczałem w rozmowach ponad te tematy, do których byłem poniekąd zmuszany spędzając czas w ich towarzystwie, to samo zresztą tyczyło się innych osób przebywających w Kwaterze, a już w szczególności innych ukrywających się tutaj. Nie czułem z nimi żadnej więzi, nie widziałem potrzeby w zbytnim brataniu się. A przynajmniej póki sam nie przystosuje się do nowej sytuacji; co szło mi dość powoli, jednak niezaprzeczalnie brnęło do przodu.
Wiedziałem, że powoli zbliżał się czas, kiedy będę musiał z głowy wyrzucić cienie dawnych, sprzecznych racji, że wreszcie będę musiał podpisać się całym sobą pod działalnością, do której się wciągnąłem; która – mimo moich wcześniejszych wątpliwości, ba, wręcz wyraźnej wobec niej niechęci, a nawet pogardy – z każdym kolejnym dniem wydawała mi się coraz bardziej właściwa. Nie mogłem zaprzeczyć, że dostrzegałem wiele prawdy w tym co mówili, słuszności każdej przeprowadzonej misji. Wbrew temu co mówiłem dawniej, mimo moich kąśliwych uwag, które towarzyszyły wyznaniom Lenny'ego, tego jak zareagowałem, na propozycje udziału w misji...
Nie wiedziałem, czy to świat stanął na głowie, czy ja stałem się skończonym idiotą, skoro ulegałem roztaczanym przede mną wizją.
Lekko przeciągająca się cisza, która panowała na sali sprawiła, iż wreszcie udało mi się w miarę pozbierać. Otrząsnąłem się z głupich przemyśleń, westchnąłem cicho, po czym skupiłem całą swoją uwagę na tym co działo się podczas zebrania, tak jak inni wyczekując odpowiedzi na pytanie, którego nawet nie znałem. A, gdy wreszcie usłyszałem padające z kobiecych ust słowa, wymawiane głosem brzmiącym tak znajomo, nie mogłem się powstrzymać przed gwałtownym odwróceniem głowy w stronę źródła dźwięku. Potrzebowałem chwili by do mojego umysłu w pełni dotarło na kogo patrzę, kolejnej, bym zrozumiał, że coś w wyglądzie kobiety mi się nie zgadza (i bynajmniej nie chodziło tu o ubiór, fryzurę, czy emocje, które kwitły na jej twarzy) i jeszcze następną by wreszcie do mnie dotarł ten fakt. Spoglądałem na Rory, tę Rory, którą ostatni raz widziałem na oczy ponad trzy miesiące temu, nie mogąc uwierzyć, że przez ostatni miesiąc byłem aż tak tępym idiotą. Przecież jeszcze mieszkając u niej wiedziałem, że należy do jakieś organizacji antyrządowej, dlaczego więc nie przyszło mi do głowy, że tą organizacją może być Kolczatka? Przecież to było tak oczywiste!
Przyglądałem się jej nawet wtedy, gdy Malcolm wrócił do mówienia, ignorując to co mogli sobie pomyśleć ludzie. Nie trwałem tak długo, jednak po prostu musiałem się upewnić, przekonać, że to co widziałem nie było jedynie wytworem mojej wyobraźni. Ale, kurwa, z każdą mijającą chwilą wypukły lekko brzuch nie chciał zniknąć, a ja w końcu poddałem się, obracając głowę do przodu, z pustym spojrzeniem, a przynajmniej na tyle na ile mi się to udało. Wewnątrz mnie za to toczyła się najprawdziwsza batalia. Czułem narastającą panikę wymieszaną z irracjonalnym gniewem, wściekłością na siebie, świat, wszystko. Kurwa. Przecież to nie możliwe. Ona nie mogła być w ciąży. Nie mogła. Nie na takim etapie.
Bo jeśli była to oznaczało...
Powstrzymałem się gwałtownego potrząśnięcia głową, wypuszczając powoli powietrze, a następnie wbijając spojrzenie w eter. Nie mogłem tego roztrząsać, nie w tak pojebany sposób. Musiałem poczekać aż skończy się zebranie, dotrwać do odpowiedniego momentu. Wtedy też mogłem do niej podejść, zagadać, spytać.
Jasne, kurwa, jasne, a ona mi wszystko z radością wyśpiewa. Chyba mnie pojebało.
Zacisnąłem pięści, ponownie sztywniejąc cały. Teraz mogłem tylko czekać. Trwać przez te minuty, nagle ciągnące się w iście ślimaczym tempie. Nie myśleć o możliwościach. O jej brzuchu, o dziecku, które tam się kryło. Nie myśleć o tym, że za faktem jego istnienia mogłem stać też ja.
Spokojnie, Caulfield, spokojnie.
W chwili, gdy tylko Malcolm zarządził koniec zebrania poderwałem się na równe nogi, nawet nie spoglądając na przyjaciół, po czym odwróciłem się szybko, próbując odszukać Rory wzrokiem.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t590-aurora-carter
http://panem.forumpl.net/t2300-rory
http://panem.forumpl.net/t1281-rory-carter
http://panem.forumpl.net/t1968-rory-carter-i-jack-caulfield#24806
http://panem.forumpl.net/t594-rory
http://panem.forumpl.net/t599-rory-carter
Wiek : 24
Zawód : dziennikarka, zastępczyni redaktora naczelnego CV
Przy sobie : klucze, dokumenty, telefon, zapalniczka, scyzoryk, portfel
Znaki szczególne : ruda i piegowata, nie sposób nie zauważyć.
Obrażenia : skłonność do infekcji

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Nie Lis 16, 2014 7:13 pm

Szumiało jej w głowie, gdy opadała z powrotem na oparcie krzesła, miała jednak ten komfort, że nikt już nie zawracał na nią uwagi. Malcolm wyglądał na usatysfakcjonowanego odpowiedzią i kontynuował swoje kazania, a siedzący obok koledzy i koleżanki woleli wsłuchiwać się w słowa swojego dowódcy niż dochodzić, dlaczego Rory zbladła nagle, a mina zrzedła jej w mgnieniu oka.
Odpowiedź była prosta – rudowłosa wiedziała już doskonale, że Jack ją zauważył. Dzięki zajęciu dobrego miejsca i przesunięciu krzesła nie musiała patrzeć na niego, jednak byłaby głupia, gdyby wciąż naiwnie wierzyła, że nie rozpoznał jej głosu i nie wpatrywał się w nią teraz. Czuła na sobie jego spojrzenie, jej serce wciąż nie przystopowało szaleńczego biegu, jednak nogi z ołowianych zamieniły się chyba w najprawdziwszą watę.
Walczyła za sobą, byle tylko nie odchylić się i również na niego nie spojrzeć, bo gdyby ich wzrok spotkał się przypadkiem, byłaby zgubiona. Jej jedyną przewagą był teraz fakt, że nie spoglądała na niego i nie dała poznać po sobie, że jest świadoma jego obecności. Musiała udawać, że nie ma o tym najmniejszego pojęcia, modliła się więc w duchu, by i jemu Malcolm nie zadał żadnego pytania, lub by żadna dyskusja nie wywiązała się już do końca zebrania.
A to dłużyło się niemiłosiernie. Na krześle zrobiło jej się nagle dziwnie niewygodnie, ale nie mogła ryzykować nawet najmniejszego ruchu, musiała trwać w pozie wiernej słuchaczki. Kątem oka zerknęła na zegarek, później drugi raz i kolejny, ale między spojrzeniami nie minęło więcej niż kilka minut. Na szczęście nogi wciąż miała jak z waty, inaczej na pewno zaczęłaby nimi przebierać, zwracając tym samym uwagę osób, które siedziały najbliżej niej.
Plan był prosty – jak najszybciej wydostać się z Kwatery i dopiero w domu przestać udawać, że Jack faktycznie był obecny na zebraniu. Rory uspokoiła swój oddech, wygładziła bluzkę, poprawiła ramiączko torebki, która zwisała jej z krzesła… każdym drobnym gestem próbowała naładować akumulatory na moment, w którym będzie musiała się podnieść i czym prędzej opuścić pomieszczenie. Nie było nawet opcji, by żegnała się z Nicole, a co dopiero zostawała by porozmawiać z Lennym (na którego, swoją drogą, także była wkurzona).
Długie tygodnie zajęło jej pogodzenie się z ciążą i zaistniałą sytuacją, potrzebowała także około tuzina nieprzespanych nocy, by wreszcie podjąć decyzję, która miała być przecież ostateczna, nieodwołalna i w gruncie rzeczy prosta w realizacji. Nie mogła iść śladami swojej matki, nie mogła przywiązywać do siebie mężczyzny tylko za pomocą dziecka. Cały czas pamiętała, jak czuła się z powodu swojego ojca, jak obwiniała siebie za to, że zostawił jej matkę. Przecież poznał, ale najwidoczniej nie spełniła jego oczekiwań, dlatego uznał, że odejście oid nich będzie najlepszym rozwiązaniem. Rory nie mogła pozwolić, by jej dziecko kiedykolwiek czuło się tak samo podle. Zadecydowała, że wychowa tego małego człowieka sama, a Jack nawet nigdy się o tym nie dowie. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal?
Z zamyślenia wyrwało ją szuranie krzeseł, nawet nie zauważyła, że spotkanie wreszcie dobiegło końca. Nie miała jednak czasu, by się nad tym zastanawiać, niemalże natychmiast poderwała się z miejsca, chwyciła torebkę i z wzorkiem wpatrzonym tępo przed siebie, przelawirowała między ludźmi, kierując się do drzwi. Nie było czasu na pożegnania ani na przyjacielskie skinienia głową, nie mogła spojrzeć teraz na Jacka, nie mogła potwierdzić tego, że wiedziała o jego obecności. Gdy znalazła się na korytarzu, nie zwolniła kroku, poruszając się marszem, na tyle szybkim, by faktycznie udało jej się dojść do wyjścia z bunkra jako jednej z pierwszych osób. Widoczny brzuch po raz pierwszy stanowił doskonałą wymówkę, wymijani ludzie musieli sądzić, że oto dopadły ją ciążowe przypadłości, dlaczego musiała jak najszybciej znaleźć się w domu.
Wciąż oddychała spokojnie, jednak z każdą chwilą ogarniały ją coraz gorsze przeczucia. A przecież była już tak blisko!
Nie oglądaj się ze siebie.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1073-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1075-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1290-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1080-reminiscencja
http://panem.forumpl.net/t3249-caulfield#51058
Wiek : 26
Zawód : Speaker w radiu
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, odtwarzacz mp3, scyzoryk, dokumenty, telefon komórkowy,

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Nie Lis 16, 2014 7:50 pm

Czekałem tylko na okazję, przez całe pieprzone zebranie czekałem tylko na to by móc się wreszcie poderwać i dopaść kobietę, zadać jej odpowiednie pytania, choć nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić jak by to miało wyglądać. Jak miałby zachowywać się po tym czasie, po tym jak skończyło się nasze ostatnie spotkanie. Wiedziałem doskonale, że Rory wcale nie była szczęśliwa, zresztą, Lenny nie raz przypominał mi o tym, że dziewczyna płakała przeze mnie. A teraz, gdy wreszcie uświadomiłem sobie w jakim stanie się znajduje nabrałem nieprzyjemnego podejrzenia, że doskonale wiem co było powodem tego płaczu. A gdyby to okazało się prawdą... byłbym większym chujem niż kiedykolwiek przypuszczałem.
W tym momencie nawet nie potrafiłem udawać przed samym sobą, że sytuacja jest mi obojętna. Już dawno przekonałem się, że pewne wypracowane przeze mnie systemy i sposoby na radzenie sobie z rzeczywistością przy Rory wcale nie są skuteczne. Nie umiałem powstrzymać się przed jebanym przywiązaniem się do dziewczyny, nie umiałem wyrzucić z głowy pierdolonych wyrzutów sumienia, a teraz też nie potrafiłem tak po prostu zignorować ją i zostać na miejscu. Nie mogłem zrobić nic innego jak ruszyć za nią. Bez planu, zapewne z góry skazany na porażkę, ale...
Wspiąłem się na palce i rozejrzałem wśród tłumu podnoszących się ludzi, próbując jak najszybciej zlokalizować kobietę. Nie było jej na miejscu, nie widziałem jej też w okolicach drzwi, musiała więc wyjść jako jedna z pierwszych. Nie chcąc tracić okazji na złapanie jej zacząłem przeciskać się przez tłum, nie zwracając uwagi na to czy kogoś potrącam czy nie, parłem do przodu trzymając się tylko jednej myśli. Kurwa, musiałem ją złapać. MUSIAŁEM SIĘ DOWIEDZIEĆ. Kląłem w głos, gdy ktoś nie chciał mi się odsunąć z drogi, odsuwałem od siebie ludzi, ignorowałem to jakie wrażenie mogłem teraz wywrzeć, szczerze powiedziawszy miałem głęboko w dupie zdanie tych ludzi. Mogli mnie nawet nienawidzić, nasze kontakty nie musiały być osobiste.
Wyślizgnąwszy się na korytarz ponownie uniosłem się na palcach szukając wzrokiem rudych włosów, a gdy w końcu dostrzegłem ognisty kolor spory kawałek ode mnie zrezygnowałem już ze wszelkich ceregieli, ponownie przepchnąłem się przez stojącą przede mną grupkę i, tym razem, puściłem się już biegiem.
Nie miałem długiej drogi do pokonania, dlatego też bardzo szybko znalazłem się za plecami kobiety. A kiedy już tam dotarłem, kiedy moja dłoń odpadła na jej ramie, obracając ją w moją stronę po krótkiej chwili wojaży, gdy jej twarz znalazła się naprzeciw mojej zorientowałem się, że mam pustkę w głowie. Totalną. Nie miałem pojęcia co powiedzieć. Jak spytać o to o co mi chodziło. Ba, kurwa, nawet nie miałem pojęcia jak się zachować, kiedy ponownie stałem tuż przed nią, po trzech miesiąca, mając świadomość tego co działo się między nami.
- Rory... - wydusiłem w końcu z siebie, z elokwencją godną małpy. Mój wzrok z jej twarzy przesunął na brzuch, tak jakbym potrzebował kolejnego potwierdzenia faktu, który powinien być już dla mnie oczywisty. Kobieta była w ciąży, takiego wyglądu nie dało się wytłumaczyć zwykłym przybraniem na wadze. Nosiła w sobie dziecko, które, na dobrą sprawę mogło być moje.
Uświadomiwszy sobie to w pełni i dobitnie zdębiałem na chwilę nie wiedząc co mówić, robić. Nie wiedząc nawet co, do kurwy nędzy, czuję w tym momencie. Strach? Na pewno, nic innego tak silnie by nie zacisnęło mojego żołądka. Gniew? Oczywiście, przecież nie mogłem trwać nie wkurwiając się na siebie i cały świat w obliczu takiej sytuacji. Niepewność? Kurwa, to chyba oczywiste. Ale było coś jeszcze, a to chyba najbardziej mnie zaskoczyło. Strzępki niezrozumiałej dla mnie teraz, jebanej nadziei.
Tak jakby to dziecko miało być jakimś pierdolonym cudem, które pomoże mi w zrozumieniu problemów wszechświata. Kurwa mać, byłem jebanym idiotą.
Otworzyłem usta chcąc dodać coś jeszcze, zadać pytanie, ale zamiast tego jedynie poruszyłem nimi niczym ryba wyrzucona na brzeg, łapczywie łapiąc powietrze, po czym zacisnąłem wargi w wąską linię wbijając w kobietę niepewne spojrzenie, palce trochę mocniej zaciskając na jej ramieniu.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t590-aurora-carter
http://panem.forumpl.net/t2300-rory
http://panem.forumpl.net/t1281-rory-carter
http://panem.forumpl.net/t1968-rory-carter-i-jack-caulfield#24806
http://panem.forumpl.net/t594-rory
http://panem.forumpl.net/t599-rory-carter
Wiek : 24
Zawód : dziennikarka, zastępczyni redaktora naczelnego CV
Przy sobie : klucze, dokumenty, telefon, zapalniczka, scyzoryk, portfel
Znaki szczególne : ruda i piegowata, nie sposób nie zauważyć.
Obrażenia : skłonność do infekcji

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Nie Lis 16, 2014 8:30 pm

Chciała tylko świętego spokoju, dzięki któremu mogłaby zrealizować swój plan, wprowadzić w życie podjęte decyzje, jednak los po raz kolejny postanowił z niej bezczelnie zadrwić. Czyżby aż tak bardzo nagrzeszyła w przeszłości, by teraz karma wracała do niej ze zdwojoną siłą i biła po twarzy?
Kroki, które rozległy się na korytarzu chwilę po tym, jak opuściła pomieszczenie, nie mogły zwiastować niczego dobrego. Rory przymknęła oczy tylko na sekundę, ostatnią prośbę poświęcając na to, by jej przewidywania nie sprawdziły się. Gdy jednak poczuła, że osoba jest coraz bliżej, a następnie czyjaś dłoń wylądowała na jej ramieniu, nie miała już złudzeń. Dogonił ją, pragnął konfrontacji i po trzech miesiącach bez najmniejszego nawet kontaktu, stała teraz oko w oko z Jackiem.
Zatrzymała się i zrobiła krok w tył, automatycznie wyszarpując się spod jego ręki, nie mogąc nawet znieść myśli, że dotknął ją przed chwilą jak gdyby nigdy nic. A może szarpnąłby nią mocniej, gdyby się nie odwróciła? Z mieszanką wściekłości i strachu wymalowaną na twarzy, Rory zdecydowała się wreszcie podnieść wzrok i spojrzeć mężczyźnie prosto w oczy. Wyzywająco, jakby przed chwilą wcale przed nim nie uciekała.
Nie była na to gotowa, ale wiedziała jedno – nie mogła okazać najmniejszej choćby słabości, każdy moment zawahania działał na jej niekorzyść. Jej mina ani gesty nie mogły zdradzać, jak okropnie czuła się w tym momencie, jak bardzo miała ochotę uderzyć Caulfielda i zrobić wszystko, by tylko nie zaczął domyślaćsię oczywistego. Jednak na to było już chyba za późno.
- Wiem, jak mam na imię – bardzo starała się nie warknąć, jednak bezczelne spojrzenie, jakie powędrowało na jej brzuch, mogło doczekać się tylko jednej reakcji. Poprawiła marynarkę, zasłaniając się lepiej.
Za kogo on się miał? Po co ją gonił, jeśli jedyne, co przeszło mu przez gardło, to jej imię? Już nie pierwszy raz posiłkował się nim, gdy zabrakło mu słów, jednak nigdy wcześniej nie irytowało to Rory tak bardzo, jak teraz. Wcale nie cieszyła się na jego widok, nie chciała nawet przyglądać mu się lepiej, bo zaraz zauważyłaby, że jest dziwnie zmęczony i kto wie, może nawet zaczęłaby się nad nim użalać? Nie, nie, nie idź tą drogą.
Odczekała chwilę, odczytując cały kalejdoskop emocji z jego twarzy, jednak nie zaszczycił jej ani słowem, nie miała więc ochoty ani obowiązku spędzać w jego towarzystwie więcej czasu. Wiedziała, że tak łatwo mu się nie wyrwie i byłaby głupia sądząc, że to spotkanie załatwi wszystko między nimi lub będzie ich ostatnim. Ale nie była na nie przygotowana i czuła, że jedynym wyjściem z sytuacji (zanim ta ulegnie pogorszeniu) jest odwrót.
Obdarzyła więc Jacka ostatnim chłodnym spojrzeniem i jak gdyby nigdy nic odwróciła się do niego plecami, pragnąc kontynuować swoją wędrówkę przez korytarz prosto do wyjścia. Gdyby po raz kolejny zdecydował się złapać ją za ramię, była gotowa odepchnąć go od siebie i narobić sceny przy wszystkich obecnych członkach Kolczatki. Nie miał prawa jej dotykać, przecież kilkanaście metrów dalej znajdowała się jego dziewczyna. Nie miał prawa patrzeć na nią takim wzrokiem, jakby była mu cokolwiek winna. I wreszcie nie miał prawa oczekiwać od niej choćby słowa wyjaśnienia po tym, jak okłamywał ją przez kilka miesięcy.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1073-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1075-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1290-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1080-reminiscencja
http://panem.forumpl.net/t3249-caulfield#51058
Wiek : 26
Zawód : Speaker w radiu
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, odtwarzacz mp3, scyzoryk, dokumenty, telefon komórkowy,

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Nie Lis 16, 2014 8:58 pm

Nie wiedziałem dlaczego to robię, skąd wynikła potrzeba dogonienia Rory i wyjaśnienia wszystkiego. Dlaczego nie mogłem zostawić jej w świętym spokoju, nie rozdrapując tego co zdążyłem już dawno spierdolić. W końcu, kurwa, nie oszukujmy się, byłem pewien, że kobieta nie chciała mnie widzieć na oczy, nie po tym co się między nami zdarzyło, nie po ostatnim spotkaniu u Lophii, gdzie wyszedłem na skończonego chuja. To było tak niesamowicie oczywiste, a jednak gnałem za nią, niemal niczym pies goniący samochód, z którego ktoś właśnie wyrzucił go na środku drogi. Do kurwy nędzy... A jednak może, znałem powody mojego zachowania, ale z kolei nie mogłem znaleźć źródła swoich intencji. Chciałem wiedzieć, zrozumieć to co do tej pory widziałem, chciałem uciszyć pierdolone wyrzuty sumienia, a jednocześnie mieć potwierdzenie. Usłyszeć prosto w oczy, że zniszczyłem jej życie, że skazałem ją na życie samotnej matki. Masochistycznie wręcz pragnąłem usłyszeć wszelkie te wyrzuty, bo one właśnie rozjaśniłyby mi moją sytuację. Tylko, dlaczego to robiłem..?
Przyglądałem się jej uważnie, nadal nie zdolny do wysłowienia się, jakiegokolwiek elokwentnego zachowania. Szukałem rozpaczliwie punktu zaczepnego, czegoś co pomoże wyrwać mi się z pustki, huczącej wręcz niemiłosiernie w mojej głowie. Jej twarz, włosy, wszystko wyglądało nadal tak samo, a przynajmniej mój mózg nie był w stanie zauważyć jakiś większych zmian. Miałem wrażenie jakby wcale nie było tej kilku miesięcznej przerwy, jakbyśmy oboje trwali bez zmian. A przynajmniej póki jej brzuch ponownie nie ściągnął mojego spojrzenia, zaś w umyśle nie zaczęła się szalona gonitwa pytań i przypuszczeń, tak bardzo irracjonalna i bezcelowa jak to było tylko możliwe. Roztrząsałem wszystko co byłem w stanie przypomnieć sobie w tak krótkim czasie, każdą naszą wspólną noc, każdą chwilę poświęconą na zrywanie z siebie ubrań zastanawiając się, w którym momencie mogło dojść do TEGO. Przytłoczony wszystkimi przypuszczeniami, wkurwiony na siebie za to na co naraziłem kobietę.
Nie zareagowałem na jej warknięcie, w sumie, nie podniosłem nawet wzroku, zamiast tego śledząc jej ruchy dłonią, gdy w zaborczym geście zasłaniała swój brzuch marynarką. To wystarczyło by nieprzyjemne uczucie w żołądku się nasiliło, do reszty wmurowując mnie w podłogę. Kurwa, kurwa mać. Nie mogłem mieć chyba lepszego potwierdzenia. Zimny dreszcz przebiegł przez moje ciało, gdy w końcu zdecydowałem się podnieść wzrok natrafiając prosto na chłodne spojrzenie kobiety. Byłem pierdolonym, skończonym idiotą, który zjebał jej życie.
Stałem jeszcze przez chwilę bez ruchu patrząc na kobietę, obserwując jak odwraca się i oddala, przez chwilę nawet rozważając pozostanie w miejscu, pozwolenie jej by zniknęła za pieprzonymi drzwiami, szybko jednak doszedłem do wniosku, że byłoby to największe możliwe tchórzostwo z mojej strony. Kurwa, jeśli faktycznie mogłem zostać ojcem musiałem się wziąć w garść, spiąć się w sobie i załatwić wszystko jak mężczyzna, nie zaś kłaść po sobie uszy jak byle gówniarz i uciekać przed prawdą. Wziąłem głęboki oddech i nie zastanawiając się już nad tym wiele ruszyłem za nią. Szybko, wydłużając krok, by po chwili ją wyprzedzić i odwrócić się idąc tyłem, tak by móc obserwować jej twarz. Chciałem widzieć jej mimikę, gdy zadam pytanie. Chciałem mieć pewność.
Powstrzymałem się przed kolejnym uchwyceniem kobiety za ramię, wcześniejsze jej wycofanie wystarczyło mi bym wiedział, że zupełnie nie życzy sobie tego typu kontaktów fizycznych, sam jednak zwolniłem, wbijając spojrzenie prosto w jej oczy.
- Który to miesiąc?
Mój głos był zaskakująco rzeczowy i spokojny, tak jakbym pytał Rory o pogodę, nie zaś o dziecko, które nosiła w brzuchu. Potrzebowałem tylko tego, liczby, która da mi możliwość ogarnięcia wszystkiego. Zorientowania się, kiedy wszystko posypało się jak domek z kart, kiedy los zakpił sobie z niej... z nas? Zatrzymałem się w końcu patrząc na nią wyczekująco, licząc na to, że choć na chwilę przystanie obok mnie. Choćby po to by obrzucić mnie pogardliwym spojrzeniem. Kurewsko nie chciałem być zignorowany.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t590-aurora-carter
http://panem.forumpl.net/t2300-rory
http://panem.forumpl.net/t1281-rory-carter
http://panem.forumpl.net/t1968-rory-carter-i-jack-caulfield#24806
http://panem.forumpl.net/t594-rory
http://panem.forumpl.net/t599-rory-carter
Wiek : 24
Zawód : dziennikarka, zastępczyni redaktora naczelnego CV
Przy sobie : klucze, dokumenty, telefon, zapalniczka, scyzoryk, portfel
Znaki szczególne : ruda i piegowata, nie sposób nie zauważyć.
Obrażenia : skłonność do infekcji

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Nie Lis 16, 2014 10:54 pm

Trzy miesiące temu wmawiała sobie, że złość na Jacka wynika z faktu iż bezczelnie ją okłamał, ukrywając swoje powiązania z Lophią oraz to, że wcale nie wrócił do Kwartału. W natłoku wściekłości, frustracji i żalu trudno było jej dokopać się do własnych uczuć, ale gdy to zrobiła, poczuła się jeszcze gorzej. Zaufała mu, przywiązała się do niego i co najgorsze, była przekonana, że jemu także w jakiś sposób na niej zależało. Ocena Rory nie wynikała z jej pewności siebie, ona po prostu nie mogła nie zauważyć postępów, jakie poczyniły się w relacji z Jackiem od samego początku jego pobytu w jej domu. Im dłużej ze sobą żyli, tym bardziej się zgrywali i nawet, gdy natknęła się na Caulfielda w mieszkaniu koleżanki, nie mogła się pozbyć wrażenia, że mężczyzna żałuje nakrycia nie tylko z oczywistego powodu.
Najwyraźniej się myliła, bo gdy teraz wreszcie się spotkali, po tak długiej rozłące, wszystko, co widział w niej Jack, to tylko widoczny, ciążowy brzuch i prawdopodobieństwo skopania sobie życia. Nie jej, nie im. Sobie. Gdy dogonił ją po raz drugi i znów na nią spojrzał, rudowłosej zrobiło się niedobrze na sam widok jego zaciekawionego wzroku i lekko przerażonej miny. Nawet gdy uciekała przed nim, niecałe dwie minuty temu, wciąż gdzieś tam z tyłu jej głowy tliła się myśl, że jeśli dojdzie do konfrontacji, nie będzie umiała mu się oprzeć, jedno smutne spojrzenie wystarczy by przystanęła i wysłuchała wszystkiego, co miałby do powiedzenia.
Ale zadał tylko jedno pytanie, tak nieodpowiednie w tym momencie, że aż cała krew odpłynęła z twarzy Rory, gdzie już po chwili wymalował się obraz wielkiego zawodu. Nie mogła powstrzymać bezsilnie-kpiącego jęku, który wydostał się z jej ust, gdy zatrzymała się przed Caulfieldem i spojrzała mu prosto w oczy. Dłonie zaczęły ją dziwnie świerzbić i naprawdę miała ochotę uderzyć go prosto w twarz, nie zważając na żadne konsekwencje. W tej chwili nie zasługiwał już nawet na najmniejszą oznakę uwagi z jej strony.
Najsmutniejsze było to, że widział w niej tylko chodzący inkubator. Po trzech miesiącach rozłąki nie zapytał się nawet, jak Rory się czuje, czy wszystko u niej w porządku, jak sobie radzi, znajdując się w stanie oczywistym. Co w pracy? Dlaczego nie powiedziała mu o Kolczatce? Czy chciałaby wysłuchać jego wyjaśnień dotyczących spotkania u Lophii? Dziesiątki możliwych tematów do poruszenia, setki spraw, o które mógł zapytać i sposobów, w które mógłby na nią spojrzeć, a on wybrał najgorszy z możliwych. Nie zapytał nawet o kota, pierwsza rozmowa miała dotyczyć tylko i wyłącznie jego samego oraz tego, czy przypadkiem nie zostawił po sobie bałaganu, który ciążyłby na jego wątpliwym sumieniu.
Zagryzła wargi, powstrzymując się przed rzuceniem mu tego wszystko w twarz, przed roześmianiem się z pogardą i wyrażeniem pobożnego życzenia, by nigdy więcej nie pokazywał się jej na oczy. Nie biegł za nią, gonił obowiązek, którego najprawdopodobniej chciałby się pozbyć. Obrzydzenie, jakie w tej chwili do niego poczuła, bardzo ułatwiło jej sprawę. Miała nadzieję, że ulga była dobrze widoczna na jej twarzy, gdy opuszczała ręce swobodnie wzdłuż ciała i spoglądała na mężczyznę z politowaniem.
- Pieprzone trzy miesiące, a tobie chodzi tylko i wyłącznie o uspokojenie własnego sumienia – żałowała go w tym momencie nawet bardziej, niż siebie samej, skoro okazał się tak bardzo płytkim, małostkowym człowiekiem – Jesteś żałosny i nie będę się zniżać do twojego poziomu. Nie jest twoje. Nie mamy o czym rozmawiać i jeśli to już wszystko, chciałabym wrócić do domu.
Ostatnia kwestia nie podlegała nawet dyskusji, Rory nie miała zamiaru spędzać w towarzystwie Jacka więcej czasu. Nie ruszyła się miejsca tylko dlatego, by móc obserwować zmiany na twarzy mężczyzny, które powinny podpowiedzieć jej, czy kłamstwo roku zostało zgrabnie sprzedane, czy też będzie miała z tego tytułu jakieś dalsze nieprzyjemności. Przez te miesiące w jego towarzystwie nauczyła się od niego, jak zagrać obojętnością na swoją korzyść i w tym momencie miała nadzieję, że uczeń przerósł mistrza.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1073-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1075-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1290-jack-caulfield
http://panem.forumpl.net/t1080-reminiscencja
http://panem.forumpl.net/t3249-caulfield#51058
Wiek : 26
Zawód : Speaker w radiu
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, odtwarzacz mp3, scyzoryk, dokumenty, telefon komórkowy,

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Wto Lis 18, 2014 12:08 pm

Nie potrafiłem oderwać od niej wzroku, obserwowałem jej twarz, wyłapywałem najdrobniejsze drgnienie mięśni, każde skrzywienie ust, nie potrafiąc się przejąć tym jak wiele niechęci tkwiło w jej spojrzeniu i mimice. Nie do końca, zbyt wielką ulgę czułem w związku z faktem, iż jednak postanowiła się zatrzymać, że nie obeszła mnie, nie olała wszystkiego tak ostatecznie, spychając mnie i moje pytanie poza granice umysłu. W tym momencie chciałem po prostu żeby choć na chwilę jeszcze poświęciła mi uwagę, w sposób wręcz rozpaczliwy, pojebany, tak kurewsko nie podobny do mnie samego, że pewnie, gdybym miał choć chwilę na wygrzebanie się z chaosu myśli tłoczących się w mojej głowie, parsknąłbym śmiechem i wycofał się, czując zniechęcenie do samego siebie. Teraz jednak cała moja uwaga skupiona była na kobiecie, na odpowiedzi, która miała paść z jej ust, na pierdolonym burdelu w głowie.
A gdy w końcu usłyszałem tak oczekiwane wyjaśnienia na początku patrząc na Rory z niezrozumieniem. Zamrugałem kilkakrotnie, po czym wypuściłem gwałtownie powietrze, dopiero teraz orientując się, że chwilę temu je wstrzymałem, próbując strawić to co powiedziała. Dziecko nie było moje? Czy to nie powinno sprawić mi chociaż odrobiny radości? W końcu, kurwa, w takim razie wychodziłoby na to, że to nie ja zniszczyłem kobiecie życie, że nie przeze mnie jej życie w niedługim czasie skupi się głównie na dziecku. Nie z mojej winy będzie musiała cierpieć przez zarwane noce.
Jednak...
Wpatrywałem się w nią, w jej brzuch, próbując odszukać wyjaśnienie. W końcu, jak nie ja to kto? Przecież ciąża nie byłaby tak widoczna, gdyby kwestia pojawiła się po moim powrocie do Kwartału, dlaczego więc..? I, kurwa, kiedy? Tyle pierdolonych pytań plątało mi się po głowie, a żadnego nie byłem w stanie wypowiedzieć na głos. Jedynie patrzyłem, jak tępy idiota, którym okazałem się już być sporo czasu temu, na zmianę otwierając i zamykając usta, by po paru chwilach w końcu zacisnąć zęby i odwrócić wzrok. Wiedziałem, że  przez jakiś Rory nie traktowała nas jako cokolwiek zobowiązującego, ba, kurwa, cieszyłem się z tego. Przecież nie byliśmy w żadnym pierdolonym związku. W każdej chwili mogła spędzić wieczór, noc, przerwę w pracy z kimś innym, nawet teraz w głowie zaczęła mi świtać jedna sytuacja, w której nie wróciła na noc. To było jej życie, wtedy się tym nie interesowałem. I nie powinienem też teraz. Przecież rudowłosa kobieta nie okłamałaby mnie tylko dlatego, że nie układało się między nami za dobrze. Prawda?
Odchrząknąłem nerwowo wciskając ręce w kieszenie. W tym momencie czułem się jeszcze większym głupkiem. Co ja tu w ogóle robiłem? Po co zaczepiłem dziewczynę? Jakbym liczył, że po tych trzech miesiącach pogadamy sobie normalnie, jak gdyby nic się nie stało. Kurwa, przecież aż tak naiwny nie byłem.
- W takim razie życzę szczęścia w wychowywaniu – mruknąłem, krzywiąc się na chwilę, gdy wyłapałem w swoim głosie nutkę zawodu. Co, Caulfield, liczyłeś na to, że dziecko okaże się twoje i stworzycie szczęśliwą rodzinkę? Chyba aż takim kretynem nie jesteś?
Nie byłem, oczywiście, że nie, jednak nie zmieniało to faktu, iż sytuacja nie potoczyła się w taki sposób w jaki bym chciał.
Uniosłem jeszcze na chwilę wzrok (nadal nie mogąc się powstrzymać przed choć chwilowym zaczepieniem go na jej brzuchu), po czym wbiłem spojrzenie w jej oczy. Politowanie, obrzydzenie, złość, nie ma co, wreszcie nauczyłem się wywoływać w Rory negatywne emocje w ledwo paru słowach. Masz za swoje.
- Miło cię widzieć – powiedziałem po chwili, nie będąc pewien czy robię to już automatycznie, czy może wyrzucam z siebie szczere wyznanie.

|zt


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t590-aurora-carter
http://panem.forumpl.net/t2300-rory
http://panem.forumpl.net/t1281-rory-carter
http://panem.forumpl.net/t1968-rory-carter-i-jack-caulfield#24806
http://panem.forumpl.net/t594-rory
http://panem.forumpl.net/t599-rory-carter
Wiek : 24
Zawód : dziennikarka, zastępczyni redaktora naczelnego CV
Przy sobie : klucze, dokumenty, telefon, zapalniczka, scyzoryk, portfel
Znaki szczególne : ruda i piegowata, nie sposób nie zauważyć.
Obrażenia : skłonność do infekcji

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Wto Lis 18, 2014 5:17 pm

Gdyby choć przez chwilę postawiła się na jego miejscu, gdyby interesowało ją to, jak w tej chwili musi czuć się Jack, być może nie byłaby aż tak na niego cięta, jej mina drwiąca, a postawa obronna. Ale w mniemaniu Rory mężczyzna nie zasłużył sobie na nic innego, a już na pewno nie na sytuację, w której kobieta zaczęłaby go żałować. Miał swoją szansę kilka minut temu, jednak malowniczo spieprzył ją nieodpowiednim pytaniem i wpatrywaniem się w jej brzuch takim wzrokiem, jakby nie wiadomo co się w nim znajdowało.
Nawet widząc jego zdziwioną minę, ani przez chwilę nie pożałowała kłamstwa, w które właśnie się wpakowała. Tak było po prostu lepiej, bezpieczniej. Nie podejrzewała, że zacznie zadawać pytania, że nagle zacznie mu zależeć i zainteresuje się całą sytuacją. Była pewna, że do tego nie dojdzie, ale mimo wszystko był to ten smutny rodzaj pewności.
Gdy twarz Caulfield stężała i widać było, że mężczyzna skupił się na swoich myślach, Rory prychnęła cicho pod nosem. Oczywiście, że zaczął sobie wyliczać wszystko w głowie, oczywiście, że próbował odkopać w niej podstawowe biologiczne informacje. Na początku znajomości nie mieli się na wyłączność, to prawda, a jednak w tej chwili tylko Carter mogła wiedzieć, że to i tak niczego nie zmieniało, bo przecież spała tylko z nim. Naiwna.
Musiała czym prędzej uwolnić się od takich myśli, bo jeszcze nieopatrznie mogłaby zdradzić się własną miną. Na szczęście Jack był zbyt zajęty obserwacją jej brzucha, by zauważyć cokolwiek na twarzy kobiety, która stała naprzeciwko niego.
Życzę szczęścia w wychowywaniu.
Rudowłosa podniosła na niego zdumiony wzrok, odbierając słowa mężczyzny jako największy objaw bezczelności z jego strony, jaki zaprezentował od początku tego spotkania. Z każdą kolejną minutą i słowem Jack przechodził samego siebie, a Rory nie miała już siły tego znosić. Nie odezwała się więc, powstrzymała nerwy na wodzy, choć naprawdę korciło ją, by wybuchnąć na środku korytarza. Szybki wdech i wydech, spojrzenie pełne politowania i już mogła odchodzić stąd, już mogła wracać do domu.
Miło Cię widzieć.
Dlaczego on jeszcze zadawał sobie trud rozmowy z nią, skoro już dawno mógł czmychnąć czym prędzej z bunkra? Skąd brał te swoje teksty, trenował je wcześniej? Bo rudowłosa nie wierzyła, to wszystko mówił szczerze.
Takie wyznania zazwyczaj mają miejsce na początku rozmowy.
Ugryzła się w język, by mu nie odpowiedzieć, ponieważ zdecydowała się podkraść jego własną metodę – milczenie. Tyle razy było jej niezręcznie i czuła się źle z tego powodu, plotąc jak najęta, podczas gdy on pozostawał niewzruszony. Tym razem jednak miało być odwrotnie. Choć przed chwilą była na niego wściekła, teraz czuła, że odpływają z niej wszelkie emocje. Naprawdę było jej już wszystko jedno.
Obdarzyła go ostatnim spojrzeniem, obojętnym do granic możliwości i wyminęła go wreszcie, nie darując sobie ostatniego gestu. Trąciła ramieniem jego ramię, pogardliwie i z pełną premedytacją, a po wszystkim nie zatrzymała się nawet, ani nie odwróciła głowy. Dla niej już wszystko było skończone, a jeśli dobrze pójdzie, nie będą musieli widywać się nawet w Kolczatce. Sprawa została załatwiona, kłamstwo zasiane i wcale nie musiała czekać na jego plony. A mimo to Rory dawno już nie czuła się tak fatalnie, jak w momencie, w którym opuszczała ukryty bunkier Kolczatki.

| zt




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2393-tyler-dawson
http://panem.forumpl.net/t2409-tyler
http://panem.forumpl.net/t2408-tyler-dawson
http://panem.forumpl.net/t2422-tyler
http://panem.forumpl.net/t3244-clara-fairbain-frederick-rivendelle
Wiek : 23 lata
Zawód : technik w hotelu
Przy sobie : telefon, klucze, fałszywe dokumenty (Frederic Ravendille)
Znaki szczególne : często okulary-zerówki, skórzana kurtka, krótsze włosy

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Pią Mar 06, 2015 10:58 pm

jakiś czas po rozmowie z Rory

Tyler należał do osób, które nie potrzebowały wiele do szczęścia. Z pewnością dlatego "zamieszkanie" w Kolczatce nie było dla niego żadnym traumatycznym przeżyciem i do nowego trybu życia przystosował się niemalże od razu, akceptując obecną sytuację oraz, trochę mniej, pozostałych członków organizacji, z którymi musiał dzielić nową przestrzeń. Niestety nie każdy miał tyle szczęścia. Wśród poszukiwanych nadal znajdowały się osoby, które mogłyby zrobić wszystko, byle wreszcie opuścić bunkier. Może jemu było łatwiej ze względu na to, że decydując się na zamach, był w pełni świadomy wszelkich możliwych konsekwencji, jakie mogą na niego spaść. W którymś momencie, kiedy negocjował warunki wymiany Coin za trybutów, pogodził się nawet ze śmiercią. Z kolei, na przykład taka Maya, niczego nie wiedziała. Rozbicie areny, strzały, potem poduszkowiec i nieszczęśliwe lądowanie spadły na nią niczym grom z jasnego nieba. Do tamtego momentu znała tylko dwa możliwe zakończenia: wygrana albo śmierć, a w końcu okazało się, że żadne z nich nie miało szansy się spełnić.
Starał się spróbować spojrzeć na to wszystko z jej perspektywy, zrozumieć, ale nie szło mu najlepiej. Do tego pojawiło się poczucie ograniczenia, które ona, najwyraźniej, odczuwała mocniej niż przeciętny człowiek, kłótnie, odsunięcie się od siebie, potem przenosiny do nowego miejsca i właściwie nawet nie zauważył, kiedy cała ta sytuacja tak bardzo się skomplikowała. Na dobrą sprawę czas pomiędzy tamtymi wydarzeniami oraz teraźniejszością mógł już zacząć liczyć w miesiącach, a to zdecydowanie nie było dobrym znakiem. Dlatego, i chyba też w przypływie poczucia przyzwoitości, parę dni temu zdecydował się jako pierwszy na wyciągnięcie do niej dłoni i wyjaśnienie swojego zachowania. Opowiadając Mayi, dlaczego ostatnimi czasy nie miał dla niej czasu, miał nadzieję, że zrozumie, iż chodziło mu jedynie o jej szczęście oraz odpuści sobie dalsze fochy. Niestety jednoznacznej odpowiedzi nie dostał (w ogóle nie wiele od niej usłyszał), ale miał wrażenie, że najcięższy moment był już za nimi. Wiedział, że potrzebowali jeszcze trochę czasu, aby poskładać na nowo wszystkie te uczucia, które ich łączyły, lecz zdawało mu się, że teraz może być już tylko lepiej. I że Dzielnica Wolnych Obywateli pomoże im w tym.
To właśnie ona była powodem, dla którego wcześniej opuścił warsztat i zmierzał w stronę salki konferencyjnej. Przekraczając jej próg czuł się wyjątkowo lekki oraz spokojny, jakby wszelkie jego problemy naprawdę przestały istnieć, zamieniając się jedynie w proch minionych dni. Faktycznie - w końcu mógł zacząć z czystą kartą w postaci niewielkich, prostokątnych dokumentów, przepustki do nowego życia, do własnego kąta, którego najbardziej było mu brak. Na razie jednak pozostawał osamotniony w swoich nadziejach. Pozostawało mu poczekać na resztę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t1898-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1374-malcolm
http://panem.forumpl.net/t1373-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1796-malcolm
Wiek : 39 lat
Zawód : bezrobotny, dowódca Kolczatki
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, scyzoryk wielofunkcyjny, dowód tożsamości, broń palna, pozwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Sob Mar 07, 2015 12:51 pm

| jakiś czas po przesłuchaniu - mam nadzieję, że jednak nie zostałam aresztowana :D

Wbiegł po metalowych schodkach do przeszklonego korytarzyka, czując, jak dwie średniej grubości teczki dziwnie ciążą mu w rękach. To, co zrobili w ostatnich dniach - fałszywa identyfikacja zwłok, podmiana danych w KRESie, kradzież tożsamości - wydawało się tak nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności, że wciąż nie mógł przestać dopatrywać się w nim słabych punktów. Jeszcze tego ranka spędził co najmniej dwie godziny, sprawdzając skrupulatnie każdą informację, ale w sensie prawnym wszystko wydawało się zgadzać; Strażnicy mogliby nawet w tej chwili skontrolować Mayę i Tylera, i do niczego nie mogliby się przyczepić. Poszukiwani zdrajcy państwowi od przedwczoraj oficjalnie byli martwi - jakkolwiek makabrycznie by to nie brzmiało, ich spalone ciała spoczywały w szpitalnej kostnicy, gotowe do kremacji i cichego pochówku gdzieś na obrzeżach Kapitolu.
Pchnął ramieniem drzwi do salki konferencyjnej, już z korytarza dostrzegając sylwetkę Tylera. W gruncie rzeczy cieszył się, że w jakikolwiek sposób ruszają do przodu; bunkier Kolczatki aż roił się od skazańców i społecznych wyrzutków, dla których konieczność przebywania pod ziemią musiała stanowić karę samą w sobie. Nienawidził tego stanu rzeczy, a jeszcze bardziej nie cierpiał wiążącej się z nim bezsilności. Chciał mieć ludzi tam, w Dzielnicy, w getcie, przygotowujących powstanie; nie zamkniętych za tonami skał i ziemi i tylko od czasu do czasu wysyłanych na te nieliczne bezpieczne misje, które nie groziły natychmiastowym strzałem w tył głowy. Skreślenie z listy poszukiwanych dwójki z nich było co prawda tylko kroplą w morzu, ale dawało nadzieję na przyszłość - a przynajmniej tak lubił sobie wmawiać.
- Tyler - przywitał się bez zawahania, rzucając na stolik teczki z dokumentami i wyciągając rękę, żeby uścisnąć dłoń mężczyźnie. Uśmiechnął się słabo, starając się nie myśleć o tym, że być może naraża właśnie dwójkę ludzi (za których - chcąc nie chcąc - w jakiś sposób odpowiadał) na niebezpieczeństwo dekonspiracji. Takie rozważania nie miały już sensu; dawno wkroczyli przecież na drogę, na której każdy krok wiązał się z ryzykiem, bez względu na to, czy robiony był w przód, czy też w tył. On sam, dzięki Ginsbergowi, także stanowił zagrożenie dla organizacji, bo Strażnicy Pokoju coraz uważniej przyglądali się jego działaniom. Jaki był więc sens w trzymaniu pod kluczem ludzi, którym ufał? Bo tak - chociaż jeszcze kilka tygodni temu miał ochotę zabić wszystkich samozwańczych zamachowców, to nie mógł powiedzieć, żeby podejrzewał ich o złe intencje.
Oparł się o blat szklanego stolika, częściowo na nim przysiadając i zaciskając obie dłonie na gładkiej krawędzi. - Czekamy jeszcze na Mayę, czy możemy zaczynać? - zapytał, nie wiedząc, czy Tyler postanowił załatwić wszystko sam, czy jednak była trybutka miała pojawić się osobiście.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2379-maya-griffin
http://panem.forumpl.net/t2405-maya
http://panem.forumpl.net/f140-skrzynki-kontaktowe
http://panem.forumpl.net/t2429-maya#34760
Wiek : 19 lat
Przy sobie :
Znaki szczególne : krótsze włosy (tak do ramion), ciemnobrązowe soczewki kontaktowe

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Sob Mar 07, 2015 1:43 pm

Szczęście naprawdę zdawało się do niej uśmiechać. Może nie koniecznie zamierzała okazywać, skacząc po korytarzach z wargami wykrzywionymi w górę i wykrzykując dookoła, że oto właśnie wraca do domu. W rzeczywistości nie czuła zbyt wiele, choć przecież powinien jej towarzyszyć ten delikatny dreszczyk emocji i podniecenia wiążący się z opuszczeniem tego miejsca i wciąż pewnym ryzykiem, iż ktoś doszuka się drobnego przekrętu.
Ponieważ oficjalnie Maya Griffin była martwa. Jej ciało spoczywało gdzieś w kostnicy, jej nazwisko zapewne skreślano już z listy poszukiwanych jako jeden problem mniej. Mogła zacząć od nowa, odetchnąć pełną piersią w mieście, które tak nagle przyszło jej opuścić. Wolność nie miała być już jedynie stanem umysłu, który przez ostatni czas stanowił wyznacznik każdego jej kroku, który stawiała w tych szarych korytarzach czy otwartej przestrzeni poza, ukryta pod osłoną nocy, wciąż bojąc się ryzykować za wiele aby nie stracić tego, co wciąż posiadała. Czyli siebie. Może zabrzmi to dość egoistycznie, ale rzeczą, na której zależało jej najbardziej (zaraz po normalnych warunkach życia) było właśnie jej życie, które wreszcie miało powrócić do normalności.
Idąc korytarzem z pełną świadomością, iż ogląda te ściany ostatni raz w swoim życiu, nie mogła się nie uśmiechnąć. To wszystko było na wyciągnięcie ręki, wystarczyło poczekać jeszcze chwilę, aby otrzymać jej własną, jak najbardziej zasłużoną nagrodę za wszystko, przez co musiała przejść. Rząd nie mógł zaoferować jej niczego lepszego, poza publiczną śmiercią, która nie wydawała się być najlepszą alternatywą.
Musiała jednak przyznać, iż nie każdy aspekt jakże genialnego planu Tylera podobał jej się w stu procentach. Dobrze wiedziała, iż wyjście na wolność, razem z nim, będzie wiązało się z koniecznością rozmowy, że ten głupiec (bo jak inaczej miałaby go określić?) będzie się martwił, bo przecież ryzko zawsze będzie istniało. Miała jedynie nadzieję, iż nie będzie zmuszona dzielić z nim mieszkania, a on nie będzie chodził za nią krok w krok obserwując, czy nie igra z ogniem, ryzykując zdradzeniem prawdziwej tożsamości. Jeśli miał ją za głupią, powinien zastanowić się wcześniej, zanim w ogóle postanowił w jakikolwiek sposób spleść z nią swój los.
Nie zamierzała mu także dziękować, a tym bardziej nie zamierzała przepraszać za swoje zachowanie. Zrobił to, co powinien zrobić. Zapłacił cenę za umieszczenie jej w tym nudnym i tłocznym miejscu, za wyrwanie jej z Areny i odebranie szansy na wielkie zwycięstwo i jaśniejący blask, który opiewałby jej sylwetkę na oczach całego Kapitolu, jako tryumfatorki i zwyciężczyni Igrzysk. Mogłaby pokazać wszystkim dookoła, że mieszkańcy miasta nie dają sobą pomiatać. Powinna być mu wdzięczna, bo przecież wciąż żyła, była względnie bezpieczna i nie musiała martwić się o to, co przyniesie kolejny wschód słońca. Niestety jednak w jej sercu nie było miejsca na wdzięczność (a przynajmniej nie dla Tylera), jej usta nie wypowiadały słowa „dziękuję”, a już tym bardziej nie składały pustych obietnic, których i tak nie zamierzała dotrzymać.
Z oddali dostrzegła sylwetki dwóch postaci, nabierając do płuc powietrza i na chwilę zwalniając kroku. Miała świadomość tego, iż Tyler może być zły po tym, jak wykazała się zupełnym niezrozumieniem i ignorancją w stosunku do tego, co robił przez cały ten czas. Gdyby powiedział jej wcześniej, gdyby podzielił się z nią choć skrawkiem informacji na samym początku całego misternego planu, nie musiałby teraz znosić jej ciszy i unikającego go wzorku. Cóż, sam był sobie winien.
Pchnęła drzwi ręką, zatrzymując się zaraz za drzwiami i splatając dłonie na klatce piersiowej.
- Jestem - powiedziała lekko bezbarwnym tonem, nie zaszczycając chłopaka spojrzeniem, zwracając wzrok w stronę Malcolma, chcąc mieć już to wszystko z głowy.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2393-tyler-dawson
http://panem.forumpl.net/t2409-tyler
http://panem.forumpl.net/t2408-tyler-dawson
http://panem.forumpl.net/t2422-tyler
http://panem.forumpl.net/t3244-clara-fairbain-frederick-rivendelle
Wiek : 23 lata
Zawód : technik w hotelu
Przy sobie : telefon, klucze, fałszywe dokumenty (Frederic Ravendille)
Znaki szczególne : często okulary-zerówki, skórzana kurtka, krótsze włosy

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Sob Mar 07, 2015 3:04 pm

Podejmując trud poszukiwań sposobów na powrót do Dzielnicy, Tyler ani przez chwilę nie oczekiwał podziękowań. Podobnie było też z przeprowadzonym zamachem, podczas którego z własnej woli narażał swoje życie. Może było to spowodowane tym, że zwyczajnie nie miał czasu myśleć o jakiejkolwiek wdzięczności ze strony Mayi czy któregokolwiek z trybutów. Jednocześnie nie uważał też, że przez narzucony wszystkim uratowanym status poszukiwanych miałby kogoś przepraszać lub, co gorsza, musieć mu coś wynagradzać. W przypadku Igrzysk przeżyć mogła tylko jedna osoba, a dzięki nim przeżyło aż pięć. Różnica była spora, a jedynym minusem to, że trzeba było przeczekać trochę czasu w ukryciu.
Zmianą tożsamości zaczął interesować się tylko dlatego, że Griffin strasznie narzekała na bunkier. Co prawda mógł powiedzieć jej o tym wcześniej, ale, oprócz tego, że nie miał ku temu wielu sposobności, po prostu dostosował się do sytuacji, którą ona sama wytworzyła między nimi. Nie miał ochoty codziennie chodzić za nią i przepraszać za to, że mu na niej zależało. Uważał że po raz kolejny sama była sobie winna - w ośrodku szkoleniowym wydusiła z niego to głupie wyznanie, dała mu nadzieję, że po igrzyskach wszystko będzie dobrze, a potem tak po prostu przestała z nim rozmawiać. Coraz wyraźniej widział, że ma poważny problem z szczerzącą się wokół niej hipokryzją, ale jak na razie czekał aż sama to dostrzeże. Doskonale wiedział, że jakiekolwiek próby ukazania jej tego będą bezsensowne.
I kiedy kilka dni wcześniej nadal wyraźnie nie miała ochoty z nim rozmawiać, nie przejął się tym szczególnie. Zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę tylko na to czekała, choć z racji ostatnich wydarzeń nie przyznałaby się przed nim. No i przeczuwał, że teraz wszystko powinno pójść już z górki. Może faktycznie to bunkier tak na nich wpływał? Całe napięcie, nie tylko to wytworzone między nimi, coraz bardziej kondensowało się w powietrzu i nie miało nawet szansy ujścia. Po wyjściu na zewnątrz w końcu mogłoby zniknąć, pozostawiając jedynie parę niewypowiedzianych słów.
Jednak za nim zdążył pomyśleć, jakie powinny być te słowa, pojawił się Malcolm, niosąc w ręku dwie teczki. Skinął głową, a kiedy tamten odłożył je, uścisnął mu dłoń. Zaraz potem usiadł przy stoliku, patrząc uważnie na leżące przed nim przedmioty. I kiedy zamierzał odpowiedzieć na pytanie, usłyszał za sobą kroki, dźwięk otwieranych drzwi oraz głos Mayi. - Zdecydowaliśmy (zdecydowałem), że najlepiej będzie, jeśli przyjdziemy oboje - wyjaśnił w zamian. Odwrócił się, próbując złapać jej spojrzenie, ale kiedy zauważył, że nawet na niego nie patrzy, zaprzestał tych prób. Ponownie skupił się na teczkach i powodzie ich wizyty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t1898-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1374-malcolm
http://panem.forumpl.net/t1373-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1796-malcolm
Wiek : 39 lat
Zawód : bezrobotny, dowódca Kolczatki
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, scyzoryk wielofunkcyjny, dowód tożsamości, broń palna, pozwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Sob Mar 07, 2015 5:28 pm

Gdy w pomieszczeniu pojawiła się Maya, skinął głową w jej kierunku, zatrzymując wzrok na jej twarzy jedynie na kilka sekund i szybko przenosząc spojrzenie na dwie szare teczki, spoczywające obok jego zaciśniętych na blacie stolika palców. Właściwie odkąd znalazła się w bunkrze, nie udało im się zamienić więcej niż kilka słów, więc nie mógł nawet stwierdzić, że w ogóle ją znał. Nieświadomie unikał zresztą konfrontacji ze wszystkimi byłymi trybutami, nie licząc może Emrysa; nie dlatego, że uważał ich za niegodnych uwagi, ale było coś niezręcznego w codziennym mijaniu na korytarzach ludzi, którym do niedawna milcząco życzył śmierci. Głodowe Igrzyska - i wiedział to doskonale z własnego doświadczenia - nigdy nie kończyły się wraz z wybiciem ostatniego gongu, a w tym przypadku nie skończyły się też wraz ze zniszczeniem areny. Pięcioro trybutów zostało ocalonych, ale dziewiętnastu nie żyło, a ich echa zdawały się odbijać głucho o ściany korytarzy w bunkrze, szukając winnych.
A może to jego własne Igrzyska wracały do niego po latach?
Odchrząknął, kiwając tylko głową na uwagę Tylera i odcinając od siebie potok natrętnych myśli. Miał zadanie do wykonania i rozpraszanie się nie mogło w żaden sposób mu w tym pomóc. Zmusił się więc do skupienia uwagi na dokumentach, biorąc do ręki obie teczki i ważąc je w dłoniach przez moment. - No to do rzeczy - powiedział, wypuszczając z płuc powietrze i kierując te słowa zarówno do swoich towarzyszy, jak i do samego siebie. Wyciągnął teczki w ich stronę, podając każdemu po jednej. - W środku znajdziecie nowe dokumenty z waszymi zdjęciami i wszystko, czego udało nam się dowiedzieć o przeszłości i życiu ludzi, których tożsamości dostajecie. Te same dane widnieją już w Rejestrze, więc w razie kontroli nie powinno być problemów, ale te dokumenty to wasza lektura obowiązkowa na następne dni. - Wyprostował się lekko, wkładając ręce do kieszeni kurtki i bawiąc się wepchniętym tam pękiem kluczy. - Ofiary pożaru - skrzywił się nieznacznie, wypowiadając to słowo - to para studentów z Pierwszego Dystryktu, która wynajmowała razem mieszkanie. Rodzice obojga zniknęli z radaru w trakcie rebelii, nie wiadomo, czy żyją, czy nie, ale dla nas liczy się ta informacja, że najprawdopodobniej nie pojawią się nagle znikąd, szukając swoich dzieci. Dalsza rodzina została w dystrykcie, ale raczej nie kontaktowali się za często. Jeżeli chodzi o uczelnię, to rozpuściliśmy plotkę, że zarówno dziewczyna, jak i chłopak, wrócili do Jedynki, więc może sprawa ucichnie. Jeśli nie, będziemy się martwić, jak ją załagodzić, ale w każdym razie dobrze by było, gdybyście przez pierwsze tygodnie starali się nie wychylać. - Urwał na chwilę. To, ile rzeczy w tak prostym na pierwszy rzut oka planie mogło się nie udać, uderzało w niego za każdym razem tak samo mocno, ale na ogół ignorował te myśli, żeby nie oszaleć. Wyciągnął jedną rękę z kieszeni - tę, która trzymała niewielki breloczek z kluczami - i położył je z lekkim brzękiem na szklanym stoliku obok Tylera. - Dla bezpieczeństwa znaleźliśmy wam mieszkanie jak najdalej od tego, w którym wybuchł pożar, ale na wszelki wypadek musicie przygotować sobie jakąś przekonującą historyjkę w razie, gdyby ktoś z dawnych znajomych ofiar przez przypadek rozpoznał wasze nowe nazwiska. - Umilkł, zastanawiając się, czy było jeszcze coś, o czym zapomniał wspomnieć, a przy okazji dając Mayi i Tylerowi okazję do zadania ewentualnych pytań.

Nie chciałam Wam zbyt dużo narzucać, więc informacje, o których nie wspomniał Malcolm - imiona i nazwiska, dokładny wiek i całą resztę - możecie wybrać same. c:


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2379-maya-griffin
http://panem.forumpl.net/t2405-maya
http://panem.forumpl.net/f140-skrzynki-kontaktowe
http://panem.forumpl.net/t2429-maya#34760
Wiek : 19 lat
Przy sobie :
Znaki szczególne : krótsze włosy (tak do ramion), ciemnobrązowe soczewki kontaktowe

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Sob Mar 07, 2015 9:40 pm

Ostatnimi czasy dziewczyna miała wrażenie, że sfera uczuć zupełnie w niej zanikła. Nie przeszkadzało jej to specjalnie, biorąc pod uwagę fakt, że uczucia wydawały się dla niej zbyt wielkim ryzykiem, aby stawiać na nie wszystko, co posiadała. Pewnie dlatego, wchodząc do sali konferencyjnej, mogła wyglądać na osobę, której tak naprawdę obojętne jest to, co się z nią stanie. W rzeczywistości nie było jej obojętne i wewnętrznie nie mogła się już doczekać, kiedy ponownie będzie mogła przejść się ulicami miasta, nie musząc obawiać się o własne życie czy zdemaskowanie. Oczywiście, była zupełnie świadoma że plan, którym łaskawie podzielił się z nią Tyler kilka dni temu, nie zapewnia im stuprocentowego bezpieczeństwa. Ryzyko jednak nie było tym, czego zamierzała się obawiać. Wszystko było lepsze niż zatłoczony bunkier, ludzie, których twarze zaczynały ją już mdlić. Brakowało jej kolorów, dźwięków ulicy, świateł, porządnej kawy, wielkiego, wygodnego łóżka i wanny, w której mogła spędzać godziny, nie musząc przejmować się niczym konkretnym. Jeśli było coś, za czym tęskniła najbardziej, było to właśnie miejsce, które mogła jedynie obserwować nocami, podziwiać i cofać się wspomnieniami do chwil, kiedy rząd brutalnie nie odebrał jej praw do mieszkania tam, do bycia wolnym i niezależnym obywatelem państwa, tak jak wielu innych, którzy wciąż mogli cieszyć się pełnią praw. Do niedawna miała wrażenie, że nawet oddychanie tym powietrzem zostało jej zakazane, skoro i to chciano jej odebrać.
Ignorowanie Tylera przyszło jej naprawdę łatwo, można nawet powiedzieć, że naturalnie. A fakt, iż on też nie próbował nawiązać z nią żadnej rozmowy, a przynajmniej nie przy Malcolmie, naprawdę ją cieszył. Wbiła więc spojrzenie w mężczyznę i teczki, które trzymał, czekając na dokładniejsze informacje. Chciała już tam być, chciała cieszyć się tym wszystkim, co zostało jej zwrócone, nawet jeśli miało się to odbyć w dość nielegalny sposób.
Zrobiła kilka kroków w przód, biorąc swoją teczkę i od razu otwierając ją, aby pobieżnie przejrzeć znajdujące się w niej dokumenty. Zatrzymała spojrzenie na dowodzie, skacząc wzrokiem po literkach układających się w jej nowe nazwisko, jednocześnie uważnie słuchając tego, co Randall ma im do powiedzenia. Jeżeli komuś zamierzała w ogóle okazać wdzięczność, był nim właśnie on.
Zapewne powinna czuć cokolwiek, powtarzając w myślach swoją nową tożsamość, mając świadomość, że osoba, do której należała nie żyje. Powinno być jej choć odrobinę przykro, że wykorzystuje śmierć zapewne niewinnej osoby, aby zapewnić sobie lepsze życie wśród dostatków, które oferowała im Dzielnica. Nie czuła jednak nawet wdzięczności, żadne pojedyncze uczucie nie potrząsało jej sercem. Była pusta, jej wnętrze było jak jaskinia, w której odbiło się echo tego, co pamiętała, cichnąć z każdą kolejną chwilą.
Zamknęła teczkę, podnosząc głowę w momencie, w którym Malcolm wspomniał o wspólnie wynajmowanym mieszkaniu. Czuła, jak jej mięśnie zaczynają się napinać, gdy dotarła do niej myśl, iż jej najgorsze przypuszczenia właśnie się sprawdzając. Wynajmowali mieszkania. Studenci z Jedynki wynajmujący mieszkanie razem. Maya i Tyler przejmujący ich tożsamość, wchodzący w ich życie, ingerujący w pewne wprawa. Dopóki mężczyzna nie skończył wprowadzać ich w całą sytuację wciąż miała cichą nadzieję na to, że dostaną prawo wyboru. Lokatorzy przecież mogą zmienić zdanie, prawda? Nie musi przecież dzielić mieszkania z Dawsonem, prawda?
Niestety musi. Zacisnęła szczękę, robiąc to samo z dłonią, w której trzymała swoje nowe życie w pigułce, wbijając wzrok w przywódcę Kolczatki.
- Mieszkanie? Jedno mieszkanie? - zapytała, aby upewnić się, iż jej umysł nie płata jej figli, iż wcale się nie przesłyszała - Na pewno nie ma możliwości, żebyśmy mieszkali osobno? - dodała po chwili, wciąż spokojnym i opanowanym głosem, nie okazując po sobie jak bardzo niekomfortowa jest dla niej cała ta sytuacja.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2393-tyler-dawson
http://panem.forumpl.net/t2409-tyler
http://panem.forumpl.net/t2408-tyler-dawson
http://panem.forumpl.net/t2422-tyler
http://panem.forumpl.net/t3244-clara-fairbain-frederick-rivendelle
Wiek : 23 lata
Zawód : technik w hotelu
Przy sobie : telefon, klucze, fałszywe dokumenty (Frederic Ravendille)
Znaki szczególne : często okulary-zerówki, skórzana kurtka, krótsze włosy

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Nie Mar 08, 2015 9:17 pm

Sięgając po teczkę, myślał o tym, jak wielu starań trzeba było dołożyć, aby teraz razem z Mayą mogli spokojnie powrócić do Dzielnicy. Zaczynając od zaczekania na odpowiednią okazję, po zidentyfikowanie zwłok jako ich, odebranie dokumentów i zatuszowanie wszystkiego w KRES-ie. On sam właściwie nie brał bezpośredniego udziału w żadnej z wymienionych czynności, jedynie obserwował wszystko z boku, dowiadując się o kolejnych postępach i pokonywanych przeciwieństwach. Nie mógł zaprzeczyć, że sfałszowanie tożsamości nie było perfekcyjnie przygotowaną akcją, ale zdawał też sobie sprawę, że potrzeba było sporo szczęścia, aby załatwić to po cichu oraz bez wszczynania podejrzeń. Teraz wszystko było już zapięte na ostatni guzik, a ostatnie zadanie, jak powiedział Malcolm, należało do nich – dokładne rozeznanie się w sytuacji osób, których tożsamość przyjmowali.
Otworzył swoją teczkę, po czym jedynie pobieżnie przejrzał jej zawartość. Bardziej starał się skupić na słowach Randalla streszczającego im najważniejsze informacje. Nie wiedział, co czuć w związku ze śmiercią dwójki studentów z Pierwszego Dystryktu. Z jednej strony były to tylko pionki w grze, przypadkowe ofiary, które nawinęły się w odpowiednim momencie, a z drugiej miał świadomość, że czyjaś śmierć znowu była mu na rękę, co mimo wszystko nie brzmiało dobrze. Najwyraźniej jednak przyszedł czas przyzwyczaić się do podobnych sytuacji i nauczyć się pogodzić z faktem, że niektóre sprawy wymagały poświęceń.
Jak na przykład mieszkanie razem. Kiedy Malcolm w odpowiednim momencie położył przed nim klucze, Tyler dopiero zorientował się, że będzie mieszkał z Mayą. Razem. Schował je do kieszeni powrócił wzrokiem na leżącą przed nim teczkę. W sumie dla niego nie był to żaden problem. Rozumiał, że tego wymaga od nich sytuacja, przeczuwał jednak, że jego przyszłej współlokatorce nieszczególnie się to spodoba. A przynajmniej nie na razie. Zerknął na nią ostrożnie, sprawdzając reakcję na kolejne słowa, ale zaciśnięta pięść aż nazbyt wyraźnie mówiła sama za siebie. Fakt, że nie przerwała dowódcy ani przez chwilę świadczył jednak na korzyść zebranych. Miał jeszcze tylko nadzieję, że nie będzie szczególnie dramatyzować i wszystkiego utrudniać. W końcu powinni być wdzięczni, że w ogóle ktoś zajął się tym wszystkim i mieli szansę na normalne życie.
Słyszał, że stara się mówić spokojnie, ale mimo to pokręcił głową z rezygnacją. Uważał, że naprawdę mogłaby sobie to darować, zwyczajnie przyjąć nową tożsamość i grzecznie podziękować, bo podczas gdy parę osób narażało się, aby to załatwić, ona nie musiała nawet kiwnąć palcem.
- Ja wszystko rozumiem i nie mam pytań – powiedział, wstając i zamykając swoją teczkę. – Ani zastrzeżeń – dodał, posyłając rozbawione spojrzenie Mayi. – Mogę już tylko podziękować za załatwienie i dopilnowanie tej sprawy – powiedział, ściskając dłoń Malcolma. Naprawdę dalej był pod wrażeniem, jak sprawnie działała Kolczatka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t1898-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1374-malcolm
http://panem.forumpl.net/t1373-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1796-malcolm
Wiek : 39 lat
Zawód : bezrobotny, dowódca Kolczatki
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, scyzoryk wielofunkcyjny, dowód tożsamości, broń palna, pozwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   Sro Mar 11, 2015 9:33 pm

Przepraszam za poślizg, uczelnia mnie porwała. </3
Nawet nie zamierzał ukrywać, że pytanie Mayi zbiło go z tropu. Ostatnich kilka dni spędził na dopinaniu sprawy na ostatni guzik; chciał, żeby wszystko poszło po ich myśli i to nie tylko ze względu na bezpieczeństwo świeżo upieczonych Wolnych Obywateli. Sprawa Mayi i Tylera była pierwszą tego typu i od jej powodzenia zależało nastawienie całej organizacji do kolejnych akcji. Bo on nie miał  zamiaru na tym poprzestać; w murach podziemnego bunkra ukrywało się zdecydowanie zbyt wiele ofiar chorego systemu, a nieoglądanie słońca przez kolejne tygodnie z pewnością nie wpływało pozytywnie na morale, zwłaszcza, że adlerowa propaganda praktycznie bez przerwy wieszała na Kolczatce psy, wskazując na nieudolność działań i ich terrorystyczny charakter. Ludzie zaczynali mieć wątpliwości, to było oczywiste; i chociaż Malcolm na co dzień udawał, że tego nie widzi, to to i kilka innych niepowodzeń spędzało mu nocami sen z powiek.
Dlatego chciał, żeby tym razem było inaczej. Żeby obyło się bez przypadkowych poszkodowanych, bez niedociągnięć, bez niepotrzebnych poświęceń. Zanim wręczył dokumenty do rąk Mayi i Tylera, sprawdził dosłownie wszystko.
Wszystko oprócz tego.
Zmarszczył brwi, przez dłuższą chwilę nie wiedząc, co odpowiedzieć. Ani przez moment nie pomyślał, że obok tego wszystkiego, przez co oboje przeszli, wspólne mieszkanie mogłoby być problemem. Nie przypominał sobie też, żeby Dawson chociaż raz coś takiego mu sygnalizował; czy to możliwe, że zwyczajnie to przeoczył? Ale nie, słowa Tylera raczej rozwiewały te wątpliwości, podobnie jak uściśnięcie ręki, które sugerowało, że z punktu widzenia mężczyzny sprawa była załatwiona. Skinął mu głową, po czym odchrząknął.
- Nie wiedziałem, że będzie to problemem - powiedział powoli, przenosząc wzrok między obydwojgiem rozmówców, ale ostatecznie koncentrując swoją uwagę na Mayi. - Staraliśmy się znaleźć miejsce, do którego w razie kłopotów będzie nam łatwo dotrzeć. W pobliżu znajdują się mieszkania dwóch innych członków, a zaledwie dwie ulice dalej jest wejście do kanałów. - Ponownie oparł się o szklany blat stolika, odruchowo już szukając w głowie innych rozwiązań, ale trudno było mu wymyślić coś na poczekaniu. - Oczywiście od chwili, w której opuścicie bunkier, oboje jesteście wolni i nie mogę zabronić wam wyprowadzki ani pójścia w swoje strony, ale dobrze by było, żebyście chociaż przez pierwsze tygodnie zachowali pozory. W razie gdyby jakiś nadgorliwy urzędnik zaczął coś podejrzewać.
Nie wykluczał takiej możliwości. Co prawda do tej pory wszystko wyglądało na załatwione czysto i bezproblemowo, ale doświadczenie (i lekka paranoja?) mówiły mu, że być może poszło zbyt łatwo. Podejrzliwość, zarówno wrodzona, jak i ta nabyta, kazały mu zachowywać ciągłą czujność i wszędzie węszyć podstęp. Nie chciał jednak dzielić się swoimi obawami z Mayą ani Tylerem; oboje zasługiwali na czysty start, nie zacieniony jego - najprawdopodobniej bezpodstawnym - strachem dotyczącym rządowej inwigilacji. Dlatego też po prostu zaczekał chwilę na odpowiedź, zanim zdecydował się na nakierowanie spotkania w stronę jego zakończenia.
- No cóż - zaczął, ponownie stając pewnie na nogach i rzucając rozmówcom ostatnie spojrzenia. Uśmiechnął się nieznacznie, w głębi ducha ciesząc się, że chociaż tę akcję udało im się rozegrać ze skutkiem pozytywnym. A naprawdę wiele mogło po drodze pójść nie tak. - W każdym razie, ostateczną decyzję pozostawiam wam, a w tej chwili nie pozostaje mi już nic innego, jak życzyć wam powodzenia. - Przez moment miał ochotę rzucić niech Los zawsze wam sprzyja, ale to raczej nigdy nie była dobra wróżba. - No i kwatera zawsze stoi dla was otworem. W każdej sprawie - dodał, kierując się w stronę drzwi, prowadzących do przeszklonego korytarzyka.
| zt, chyba że mamy coś jeszcze do załatwienia <3


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: [P2] Główny korytarz   

Powrót do góry Go down
 

[P2] Główny korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Korytarz
» Korytarz
» Podziemny korytarz
» Czerwony korytarz
» Korytarz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Kapitol :: Dzielnica Południowa :: Bunkier-