IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Korytarz - Page 2

 

 Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
the odds
avatar
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Korytarz   Pią Wrz 26, 2014 11:11 pm

First topic message reminder :



Tynk odpadający ze ścian, kupy gruzu walające się pod nogami - tak oto przedstawia się obraz korytarza, na który trafiłeś. Dostrzegasz czworo drzwi, ale nie wiesz, co znajduje się za nimi.

Gracz wybiera rzut kostką "Cztery oczka", a liczba wyrzuconych oczek oznacza numer pomieszczenia, do którego się udaje. Fabularnie jego trybut wybiera to właśnie pomieszczenie. Oczywiście w wypadku podróżowania grupą, kostką rzuca tylko jedna osoba z grupy.


pomieszczenie nr 1
pomieszczenie nr 2
pomieszczenie nr 3
pomieszczenie nr 4
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Korytarz   Nie Paź 05, 2014 3:37 pm

Może istniało aż zbyt wielu ludzi, których kochałam i o których się martwiłam. Musiałam też przyznać, że często obdarzałam miłością tych, którzy żadnym prawem na nią nie zasługiwali, ale kochałam ich. Kochałam i gotowa byłam zrobić dla nich wiele, niezależenie od tego, czy to była moja kochana Ithy, bez której życia sobie nie wyobrażałam, czy Malcolm, czy mój współlokator Emrys, którego zdążyłam polubić przed wyskoczeniem na arenę. Po prostu nie potrafiłabym obok tych ludzi przejść obojętnie, bo byli najdroższą memu sercu elitą. Elita mego serca! Jak mogłam ją zostawić? Otóż to, nie mogłam. Zamierzałam o nią walczyć, a skoro do tej elity należała też Delilah, to spokoju zaznać nie miała, póki nie osiągnie stanu potrzebnego do w miarę normalnego egzystowania.
Oczywiście żal mi było Sebuleczka, który też zdążył wkręcić się do mojej elity. Jego ciało leżące u mych stóp mnie rozpraszało, z ledwością powstrzymywałam się przed płaczem. Czerwona ciecz wylała się z jego rany, barwiąc śnieżnobiałą koszulę i jego blade ciało. Morze maków zabrało go, mimo że był moim przyjacielem. Nie powinno tego robić. Przecież te dłonie jeszcze nie tak dawno czułam na swoim ciele, podziwiałam pieszczoty, którymi obdarzały one ciało Morgany. Nigdy więcej nie dane mi będzie tego ujrzeć.
Nie, nie mogłam wspominać, żalić się, ani płakać. Byłam na arenie. Nie mogłam sobie pozwolić na łzy. Byłam drapieżnikiem. Nie mogłam sobie pozwolić na uczucia. Powinnam być chłodna, bezwzględna, bez serca. Powinnam...
Nie mogłam jednak tak zostawić Delilah samej sobie, pozwalając jej się pogrążyć w tym, co sama miałam okazję przechodzić. Nikt nie powinien tego odczuwać, prócz ludzi, którzy tworzyli powody dla zaistnienia takiego stanu. Nikt więcej, a zwłaszcza Ona. Coś we mnie pękło w chwili, gdy zadałam sobie pytanie, czemu ten świat był taki pojebany. Właśnie, dlaczego ten świat był taki pojebany?
- Delciu – jęknęłam jak mała dziewczynka. Tak zazwyczaj wyglądał też mój stan rozpaczy. Mimo że byłam dwudziestoletnią kobietką, to ryczałam, jęczałam i wyglądałam jak pięcioletnia dziewczynka, której zabrano misia. – DEEELCIU – zawyłam, przypadając do niej, wtulając się w jej bok i rycząc. W tej chwili nie przejmowałam się faktem, że przeze mnie będzie cała uwalona we krwi... Właśnie, rana zabolała, przez co jęknęłam przez łzy. Miałam dość tej poparanej areny i tych pieprzonych facetów, którzy mnie zostawiali. Zostawiali nas, bo i Delilah była w tym bagnie.



Time goes on and on, I told you the moment all day long
Time goes on and on, you're so strong so wrong
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 17 lat
Zawód : prostytutka/kwiaciarka
Przy sobie : W plecaku: proca, latarka, zwój liny, zapałki, pusta butelka, nóż, widelec, latarka, kompas, paczka z jedzeniem; w ręku: pistolet
Obrażenia : lekko obite plecy, rana na łydce po ugryzieniu szczura

PisanieTemat: Re: Korytarz   Nie Paź 05, 2014 9:04 pm

To powinno być śmieszne, to wszystko. Ale ona wcale się nie śmiała. Ani trochę. Czuła jak podłoga załamuje się pod nią, jak spada w głąb dziury, w przepaść zwana jej własnym umysłem. I kraty przez które prześwituje słońce. Pojawiło się na chwilę, ale zaraz znów zajdzie. I ona, i jej nogi, takie kruche, słabe, że gdy niosła Carly na plecach, miała wrażenie, jakoby zaraz miały się pod nią złamać. Ale nic takiego się nie zdarzyło, świat nadal stał a ona razem w nich, trzymała się jakoś, unosiła nadal na powierzchni zwanej potocznie przetrwaniem. Ale przecież wiedziała, że to nie miało trwać krótko, przecież przeczuwała i zrozumiała, jak wiele racji miała, gdy głos wydobył się z niewidzialnych mikrofonów, rozniósł po bezbarwnym pomieszczeniu, odbił o ścian i wrócił ze zdwojoną siłą. Czyli sztorm miał zacząć się lada chwila, ciemne chmury zbierały się, otulały świat cieniem, tworzyły go ponurym, barwionym na rubinowo rajem z którego jeden krok prowadził do piekła. Słyszała nawet błyskawice, dziwaczne grzmoty, bo światem nie wstrząsało białe światło, niż poza widokiem chłopaka nie sprawiało, że mogłaby poczuć się źle. Noga bolała, naprawdę, czuła się paskudnie, ale trwała na swoim honorowym stanowisku przyszłej egzekucji, aby zacisnąć dłonie w pięści. Usta drżały. Cały świat drżał. Trząsł się w przedśmiertnych drgawkach. Dziwny jest ten świat. Bardzo dziwny. Umierający. Ledwo dyszał. Czuła to.
-Stop, Mandy, Man... - głos się jej prawie załamał, prawie, bo złość brała górę, irytacja i wściekłość wygrały nad żałością i strachem, który odszedł na dalszy plan. Poczucie obcości, poczucie samotności gdzieś przepadło -...dy – bo nie była sama, oni nie byli sami, oni... byli razem? Razem? Wierzyła kiedyś, że to wszystko dobrze się skończy, wierzyła kiedyś, że świat kłania się przed nią jak wierny sługa, że życie to niekończąca się bajka, a ona zawieszona między jawą a snem – nie znała go prawdziwego, o tej karykaturalnej paskudnej twarzy i ślepiach błądzących za jej każdym krokiem. Nie znała mroku i głodu. To było obce. Teraz jednak prostsze, łatwiejsze do zrozumienia, bo z czasem trzeba przyjąć świat takim, jakim na nas spadł. Chyba tak – Przestań płakać – szeptała, szeptała „przestań”, prosiła, ale szloch w jej głowie nie ucichł, a zgięte, wykrzywione w bólu ciało Deli nie wyprostowało się, a ona... ona wcale nie odwróciła się, nie uśmiechnęła, nikogo nie pocieszyła i nie reagowała. Drżącymi prawie dłońmi dotknęła ramienia Mandy i nie wierzyła, że przyjęła jej obecność tak spokojnie, że skóra ze skórą – to nie paliło. Odetchnęła głęboko, nabrała świeżego powietrza tak, jakby miało się to stać ostatni raz – To się nie powinno tak skończyć, prawda – mówiła ze spokojem. Nikogo nie przekrzykiwała, nikogo nie pouczała – Prawda też, że wiedzieliśmy, że tak będzie, prawda czy fałsz? Prawda.
Teraz prawie klęczała, grzebała w plecaku Deli nawet nie zwracając uwagi na to, czy chciałaby jej go wyrwać. W końcu złapała to, czego pożyteczność i funkcję doskonale znała, zacisnęła palce na czarnej rączce, owinęła szczupłe dłonie wokół szyi dziewczyny.
-Teraz weźmiesz to do ręki. Prawda czy fałsz? - spytała, aby po chwili szepnąć jej do ucha – Prawda – znów podniosła głos – Jesteś wspaniała, prawda... czy fałsz?
Nie, bo wspaniała jestem tylko ja.
Oczywiście.

-Prawda – znów szeptała – Wspaniali ludzie dokonują wspaniałych rzeczy. Czasem nawet wygrywają Igrzyska. Znasz takich ludzi? Ja znam. Więc... jesteśmy wspaniali?! - wstała – Tak, ja jestem, nie wiem jak wy, ale ja mam to w głębokim poważaniu, WIĘC królowo króliczków... - rozpoczęła oficjalnym tonem zerkając na szlochającą blondynkę i wyciągając w jej kierunku rękę - ...czas uratować tę krainę przed zagładą, czy idziesz ze mną? CZY WY IDZIECIE ZE MNĄ.
Odetchnęła.
-Nie żeby coś. Ale musicie. Sama tam nie pójdę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2355-carly-coin
http://panem.forumpl.net/t2357-relacje-last-minute#33396
Wiek : 17 lat
Zawód : Leży i pachnie na pół etatu.
Przy sobie : Trzy banany, łyżka, antybiotyk, ząbkowany nóż, zapałki, igła z nitką
Obrażenia : Obtarte kolana, poparzone, ale opatrzone łapki, skręcona kostka, a poza tym to nadal jej cycki nie urosły.

PisanieTemat: Re: Korytarz   Nie Paź 05, 2014 9:25 pm

Mówią, że perswazja ma dużą siłę. Jednak w moim przypadku to nie działało i mogłam wysunąć tylko dwa wnioski - albo jestem zupełną ciotą w przekonywaniu siebie, że będzie dobrze, albo po prostu to wszystko była bujda na resorach. Naprawdę próbowałam być teraz silna, ale jedyne na co potrafiłam się zdobyć, to ściszyć płacz do cichego szlochu. I już nie chodziło o to, że bolało, choć cierpiałam niemiłosiernie i miałam ochotę urwać sobie ręce przy samej dupie, byleby się to skończyło, ale o to, że nie potrafiłam przestać panikować. Niewiele brakowało, bym zaczęła się drzeć wniebogłosy i wołać, by mnie dobili. Kroczyłam bardzo cienką linią między względnym spokojem a desperacją i nie można ukryć, że z każdą chwilą coraz bardziej przechylałam się w tę drugą stronę. Przygryzałam wargi z bólu, powstrzymując ochotę strzepania kwasu z rąk - moja wyobraźnia podsuwała mi przedziwne obrazy z tym związane; wydawało mi się, że razem z kwasem odleci mi skóra.
Kiedy Lucy zdjęła mnie z ramion, pokuśtykałam do ściany i opierając się o nią, zsunęłam się na podłogę. Spojrzałam lekko na swoje ręce, ale zaraz odsunęłam je sprzed twarzy - nie byłam gotowa na ten widok, co to to nie. Podciągnęłam kolana do klatki piersiowej, starając się ignorować dramat Delilah rozgrywający się tuż obok mnie. Wiem, że mogło zdawać się to egoistyczne, ale sama byłam na skraju załamania nerwowego i nie miałam ochoty bawić się teraz w psychologa. Usilnie próbowałam powstrzymać łzy, wszyscy zawsze mówili mi, bym przestała płakać i w końcu dorosła, stała się silniejsza. Ale skoro nie mogę tego robić, to jak im pokazać, że cierpię? Nie umiałam dusić w sobie uczuć. I chociaż chciałam, ich jęki i próby cudownego podniesienia Deli na duchu doprowadzały mnie do szału. Nie tylko ręce mnie teraz parzyły, ale i wewnątrz - coś się we mnie gotowało, cały gniew na świat i tę sytuację wzbierał, aż w końcu uleciał, zamieniając mnie w małego, kalekiego potworka.
- PRZESTAŃCIE, KUŹWA, JOJCZEĆ! - krzyknęłam najgłośniej jak mogłam, a mój głos rozszedł się echem po korytarzu. Siedziałam pod ścianą z zamkniętymi oczami, nie chcąc pokazać jak bardzo zapłakane są. Choć spod zamkniętych powiek nadal wydostawały się łzy, na moich ustach pojawił się wyraz wściekłości pomieszany z bólem. - To są Igrzyska! Większość z nas nie będzie żyć! A jak będziecie dalej robić sceny, to wszyscy tu, do cholery jasnej, umrzemy! Bolą mnie ręce, że ojapizgam, ale jeżeli się nie zamkniecie, to przysięgam, że wstanę i wpakuję je wam w gardło, serio, kwas jest z pewnością SMACZNY I POŻYWNY - skończyłam, akcentując ostatnie słowa jeszcze głośniej. Wzięłam parę głębokich wdechów i schowałam głowę w kolanach. Trochę mi przeszło. Tego mi było trzeba, przed śmiercią chociaż raz się na kogoś wydrzeć. Jedyne czego żałowałam, że użyłam tylu przekleństw.  - Zmówcie nad nim paciorek, czy co tam robicie do swojego Boga, i opatrzmy sobie rany, bo zaraz stracimy kończyny. - dodałam już ciszej, o wiele ciszej, ocierając przedramieniem łzy cieknące mi z oczu. Było mi okropnie ciężko i nie wiedziałam, czy byłam zła na siebie czy na kogoś.
Niech mnie ktoś dobije.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Korytarz   Nie Paź 05, 2014 9:51 pm

Scenkę toczącą się na korytarzy przerwał nagle nieprzyjemny metaliczny zgrzyt. Zaskoczeni trybuci mogli dostrzec jak ściany za ich plecami powoli zaczynają zbliżać się do siebie, stopniowo zamykając korytarz. Z każdą kolejną chwilą ściany poruszały się coraz szybciej, po chwili zamykając już trybutom drogę powrotną, jako jedyną drogę ucieczki pozostawiając tą prowadzącą do Sali Głównej.

Macie kilka chwil na wyniesienie się z korytarza nim drzwi do Sali Głównej zamkną się na dobre skazując was na śmierć przez zgniecenie. Wybór należy do was.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t2389-delilah-morgan#33936
http://panem.forumpl.net/t2394-when-you-pee-all-over-my-chippendale-suite-delilah-delilah#33971
http://panem.forumpl.net/t2392-delilah-morgan
http://panem.forumpl.net/t2761-morgan#41745
Wiek : 18
Zawód : chodzący kłopot (?)
Przy sobie : nóż ceramiczny, butelka z wodą
Znaki szczególne : ciąża i bijąca-z-twarzy-cholernie-świetlistym-światłem pogarda do świata, z którą to dumnie obnosi się panna Morgan
Obrażenia : blizna na lewej dłoni, drobne blizny poparzeniowe na ciele i... psychiczne? Hohoho.

PisanieTemat: Re: Korytarz   Nie Paź 05, 2014 10:15 pm

Amanda nic nie rozumiała. Trzeszczała do niej jakimiś nikomu niepotrzebnymi słowami, które tak naprawdę prawie nie dochodziły do Delilah. Obijały jej się o uszy, to i owszem, odlatując jednak zaraz gdzieś w bliżej nieokreślonym kierunku, nie działając na nią nawet w niewielkim stopniu tak, jak to najprawdopodobniej powinny zrobić. Wywoływały tylko zaczątki jej gniewu, gdy gdzieś powierzchniowo dochodziło do niej ich znaczenie. Przynajmniej w zrozumieniu Di, naturalnie spaczonym przez obecną sytuację.
Sytuację… Nie, to nie była byle tam jakaś sytuacyjna, o której można by było ot tak zwyczajnie zapomnieć, zepchnąć ją gdzieś na boczny tor, otrząsnąć się, otrzepać i resztkami sił podnieść. Nie na tym to polegało. Doświadczając osobistej tragedii, jednego z największych koszmarów, jakie prześladowały ją jeszcze w KOLCu i to na długo przed ogłoszeniem Igrzysk, w Delilah coś pękło. Jakaś ta drobina, pozornie wcześniej nie uznawana, lecz teraz tak niesamowicie potrzebna jej do dalszego trzymania się.
Teraz ta drobina już nie istniała, zaś ona czuła się jak ślepiec błądzący pośród nicości. Raz po raz wpadający w łapska ciemności, z których nie sposób było się tak naprawdę uwolnić. Można było tylko udawać, dalej grać i próbować urzeczywistnić coś, co nie miało racji bytu, jednak jej nie starczało już na to sił.
Gdy po raz pierwszy opętał ją mrok, starała się być jego kochanką, nie oddając się niczemu innemu. Lecz to jej się nie udało, przez chwilę nierealnie osładzając jej życie, by po jej zakończeniu z całą swoją siłą uświadomić ją o błędzie, jaki popełniła. O tym czymś, czego mimo wszystko nie chciała cofnąć, bo było jej jedną z cenniejszych rzeczy. Czymś na kształt osobistego skarbu, który miał już nim pozostać do samego kresu życia. Miała tylko skrycie nadzieję, że nie będzie to już ten koniec.
Mimo wszystko, pomimo tego, co się wydarzyło… Wciąż nie chciała umierać. Nie dusiła w sobie żadnych wielce wydumanych myśli o łączeniu się z ukochaną osobą w śmierci czy innych takich. Nie była jeszcze aż tak wielką idiotką, by robić coś zupełnie w jej naturze nieleżącego.
Poza tym miała jeszcze przecież swoje powody, by żyć. Te kilka kruchych przyczyn, dla których kiedyś wreszcie musiała podnieść się z chłodnej ziemi, ocierając łzy. Nie zapominając, nigdy nie miała zapomnieć, jednak robiąc coś, aby zbliżyć się do pokazania tym wszystkim, którzy przyłożyli się do zaistnienia tego… Miała jeszcze zemstę, wykopanie nie tylko dwóch, lecz jak największej liczby grobów dla jej wrogów. W tym momencie jeszcze bardziej nienawidziła rebeliantów, całą sobą pragnąc ich śmierci, ich krwi spływającej po jej dłoniach jak tryskała ona z szyi Bastiana, gdy Delilah zmuszona została do odebrania mu życia.
To sprawiło, że się roześmiała. Cicho, jakby pusto i niesamowicie nieprzyjaźnie, przez łzy wciąż cieknące jej po policzkach. Drżąc na ciele, łkając i śmiejąc się jednocześnie, co było dosyć makabrycznym połączeniem wraz ze smugami krwi na jej ciele, jednak nie przejmowała się tym.
Nie myślała o tym nawet wtedy, gdy spojrzała na Amandę, która przytuliła się do niej w jakimś dziwnym odruchu. Nie chciała jej przy sobie, dotyk Dee nie wywoływał w niej może żadnych większych uczuć, niepokoju czy silniejszych drgawek, lecz i tak nie chciała, by ta jej dotykała. Ona była śmiercią. Cholernym siedliskiem najmakabryczniejszej z sił, jaka działała nawet podczas nieświadomości, odbierając Di wszystko, co kiedykolwiek było dla niej ważne. Kwiaty więdły, a życie przesypywało się przez palce. Była śmiercią. I jako śmierć postanowiła pozostać zapamiętana.
Nie odzywała się, patrząc niewidzącym wzrokiem wpierw na Amandę, by następnie przenieść go na resztę towarzystwa. Już nie łkała, nie szlochała, choć łzy dalej spływały po jej policzkach. W zupełnym milczeniu tuliła do siebie ciało zmarłego, nie dając jakiegokolwiek znaku, że zauważa obecność Gautier uwieszonej jej boku. Kuliła się w sobie, poruszając ustami, jakby coś mówiła, lecz słowa nie wychodziły z jej ust. Niewypowiedziane frazy, zastąpione wkrótce cichym nuceniem. Spokojną kołysanką zasłyszaną kiedyś przez otwarte okno w KOLCu.
Czuła się pusta. Jak nieudolnie stworzona wydmuszka, w której na samym początku ktoś zrobił niewielką dziurkę, jednak ona zaczęła pękać. Skorupka kruszyła się, ujawniając zupełną pustkę w środku. Brak czegokolwiek, tylko cisza tak bardzo pasująca do morderczej Areny.
Ona też zamierzała zachowywać ciszę. Tak, by jej wrogowie nawet nie zorientowali się, że tu jest. Nie mieli niczego podejrzewać, nie mieli zobaczyć nawet jej cienia, choć to właśnie cieniem przecież była – zjawą dawnego człowieka, której nie odbijało już nawet lustro. Miała wkraść się do ich wnętrza, nie pozwalając się wypchnąć, pozostawiając tam do chwili, w której zupełnie ich zniszczy. Zmuszając do przyjęcia zapłaty. Do odebrania nagrody za to wszystko, co jej uczynili. Wydawało im się, że są cwani, tak? Że mogą decydować o życiu i śmierci? Niech więc zagrają. Śmiertelna wyliczanka już się rozpoczęła.
Ene, due, rike, fake… Tworzyła sobie dom pośród tych wszystkich pajęczyn i kłamstw, jakimi ich karmiono. Uczyła się wszystkich sztuczek, jakimi na nich działano. Z każdą chwilą mogąc coraz bardziej skrzywdzić ich od środka. Składając sobie obietnicę, że przeżyje, wydawała wyrok. Nie wahając się ani przez chwilę przed tym, by wykonać go, jeśli tylko będzie jej to dane. Zamierzała sprawić, by cierpieli, by to piekło, w które ją wpędzono, miało być również udziałem tych samych, którzy ją do niego wepchnęli.
Jakby uciekająca myślami gdzieś daleko, choć to właśnie przecież robiła, ujęła w palce jednej ręki pistolet podsunięty jej przez Lucy, spuszczając nań wzrok. Słowa dziewczyny, zarówno te skierowane w jej kierunku, jak i do innych, przelatywały przez jej głowę niczym niewidzialne pociski. Szybko, nie bez echa, pozostawiając za sobą coś więcej niż tylko ulotne wspomnienie. W jakimś sensie ją motywowały, skłaniały do tego, by faktycznie się podniosła, choć jednocześnie… Nie chciała go tak pozostawić. Był dla niej przecież wszystkim. Na swój zdrowo porypany sposób, przez który stracili tyle niesamowicie cennego czasu, jednak wciąż.
To właśnie wspomnienie tego sprawiło, że pozornie ciche słowa małej Coin tak w nią uderzyły, wyzwalając w niej wszystko co najgorsze. Wydęła wściekle wargę, parskając na dziewczynę i zaciskając mocniej palce na broni, jakby miała zamiar wymierzyć ją zaraz w przedstawicielkę rebelianckiej dzieciarni.
- Udław się kwasem, mała pindo. – Warknęła wreszcie, odzywając się pierwszy raz od dłuższego czasu i wzdrygając na dźwięk własnego głosu. Było w nim coś takiego… Nie potrafiła tego określić, ale nie zmieniało to faktu nadzwyczaj nieprzyjemnego brzmienia. – Stul swój rebeliancki pysk i przestań, kuźwa, szczekać. – Odezwała się wciągając głęboko powietrze i ścierając szybkim ruchem, wciąż jeszcze nieustannie spływające, łzy z twarzy.
I wtedy to zrobiła. Po raz ostatni pochyliła się nad Sebastianem, całując go usta, a następnie czoło i zamykając mu delikatnie oczy, by wyszeptać zwykłe dobranoc, kochany, zawsze będę cię kochać. Zupełnie tak, jakby faktycznie życzyła mu tylko dobrej nocy. Jakby to wszystko było tylko czymś wyjętym ze zwyczajnego snu. Lecz nie było, zaś ona…
Nawet w tym stanie zachowywała odrobinę rozsądku. Umarli nie nosili pledów, pozostawienie przy nim śpiwora mogło się okazać w przyszłości jednym z kolejnych wielkich błędów, więc zsunęła go z niego po chwili wahania, woląc zrobić to osobiście, najdelikatniej jak tylko umiała, niż dać go dotknąć komuś innemu. Nie zrozumieliby tego. Złożyła śpiwór, wpychając go do jednego z plecaków, a następnie zajęła się również kolejnym, delikatnie pochwyconym z pleców jej niedoszłego Jedynego, którego marynarką otuliła się niczym dziecko pragnące zatrzymać przy sobie choć tą odrobinę, choć zapach najmilszej sercu osoby.
Nie odzywała się więcej do nikogo z towarzystwa, zbierając już szybciej rzeczy i umieszczając je w najpraktyczniejszych miejscach, jakie przychodziło jej w tym momencie znaleźć. Nie przestawała płakać, łzy dalej rozmazywały jej obraz przed oczami, lecz mimo wszystko się starała. Dalej brnęła naprzód, walcząc o życie i o prawo do zachowania jeszcze jednej pamiątki po ukochanym człowieku.
Musiała przeżyć, musiała się starać i trzymać, bo poza zemstą miała tak nad wyraz ważny cel. Swoją małą Sarenkę, o której nie zdołała nawet zbyt wiele Bastianowi powiedzieć. Zresztą… Może to i dobrze? Nie zapewniła mu tym dodatkowego poczucia straty, opuszczania czegoś… kogoś… kto stawał się już teraz coraz bardziej realny. Nie była już tylko napomknięciem, wspomnieniem, a kimś istniejącym naprawdę.
Podchodząc do drzwi już z całym swoim bagażem, nie odwróciła się do towarzyszy. Ścisnęła tylko mocniej pistolet, po chwili wahania wsuwając go między ciało a spodnie, i tak zdecydowanie nie był naładowany, by chwycić w ręce łuk i naciągnąć na niego strzałę, a następnie poczekać chwilę. Nie była głupia. Nie zamierzała wychodzić pierwsza, powstrzymując się jednocześnie przed spojrzeniem w tył.
Nie na nich, na jej Bastiana… Nie mogła się jednak powstrzymać, wreszcie to robiąc i posyłając w jego stronę przepełnione bólem spojrzenie. Ponownie czując chłód w swojej duszy. I nagły pęd powietrza spowodowany ruchem ścian… Z jej ust wydarło się paniczne nie!, którego nie kierowała nawet do żyjących…
Opamiętała się dopiero po chwili, rzucając krótkie.
- Jazda.
Położyła dłoń na klamce, gotowa natychmiastowo wiać z pomieszczenia. Niezależnie od wszystkiego i wszystkich...

|Wychodzimy! Wychodzimy! Wychodzimy! Już wychodzimy!|




Hello darkness, my old friend,
I've come to talk with you again,
Because a vision softly creeping,
Left its seeds while I was sleeping,
And the vision that was planted in my brain.
Still remains.
Within the sound of silence.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Korytarz   Nie Paź 05, 2014 11:39 pm

W pewnym momencie bardziej rozpaczałam nad faktem, że Delilah Morgan miała mnie w głębokim poważaniu, niż nad naszą niedolą. Co to, kurwa, miało być?! Miała gdzieś fakt, że chciałam o nią walczyć. Miała gdzieś fakt, że się załamałam i rozpaczałam w jej ramię. Zimna suka, która przede mną stała, nie zwróciła na mnie żadnej uwagi, zwracając ją całkowicie w kierunku martwej jednostki. To co, że go kochała? Ja też go kochałam. Jak Alviego kochałam, a z którego śmiercią musiałam się pogodzić. To jej nie usprawiedliwiało, dlatego z ciężkim westchnięciem przestawałam płakać, skupiając się nad rzeczami ważniejszymi od jej pieprzonej rozpaczy. Miałam tego dość. Pokazała, co byłam dla niej warta – wielkie gówniane nic. Nie chciałam jednak jej zabijać, nie potrafiłabym. Przez to nie potrafiłam się ruszyć, nadal łkając.
Dłoń Lucy była pewnego rodzaju wybawieniem. Balsamem, który ukoił moje żądne krwi serce z chęci zemsty i utopienia Delilah w morzu maków. Eryda szeptała mi do ucha, bym to zrobiła, bym nie czekała dłużej, a pochwyciła nóż, który wystawał z plecakach, zwracając na siebie moją uwagę. Nie zrobiłam tego dzięki Lucy, która skierowała me myśli na jeszcze bardziej ważniejszy tor – przetrwanie. Musieliśmy przetrwać, a właśnie zamierzano nas posłać na rzeź.
Tytuł królowej króliczków nieźle połechtał mnie od wewnątrz. Serio ktoś uważał, że zasługiwałam na takie miano?! To dzięki! Niesamowicie mi się podobało i niesamowicie też napalało mnie do walki. Morze maków połączyło się z armią króliczków i teraz masa krwawych króliczków miała zalać salę główną, do której jako pierwsza wkroczę ja! Amanda Gautier, królowa króliczków, rycerz morza maków, który ma za oparcie boginię Erydę i pumę w swoim wnętrzu, oraz Niewiernego Tomasza, czy innego Zbyszka, w momentach awaryjnych! Kto mnie pokona? No, kto się odważy? Kto się odważy stanąć naprzeciwko Mandy, która wyglądała, jakby żywcem zjadła trybuta? No, właśnie. Delilah mogła się pieprzyć wraz ze swoimi zwłokami, które tak bardzo kochała, mogła też stanąć u mego boku. W tej chwili mi to wisiało.
Ściągnęłam swój plecak, pomagając Lucy ogarnąć przedmioty należące do Sebastiana. Może przed chwilą stwierdziłam, że mam gdzieś swoją byłą kochankę, ale tak naprawdę nie zamierzałam jej tu zostawiać. Nie zamierzałam też pozwolić z Lucy, by dźwigała to wszystko, wystawiona przez utrudnione ruchy na ataki, a przez to na łatwą śmierć.
Ku naszemu nieszczęściu, nie zdążyliśmy nawet do końca się opatrzyć, gdy ściany ruszyły, odcinając nam jakiekolwiek drogi ucieczki. Wszystkie, prócz jednej. Wcisnęłam prędko resztę maści do plecaka i resztę przedmiotów, które leżały najbliżej i pomogłam też innym. Nie mogliśmy zwlekać, bo ściany zechciałyby jeszcze nas zmiażdżyć, a miałam przecież Igrzyska do wygrania.
- Dobra, kompani! Lękacie się? Królowa króliczków rozjaśni wam drogę! – Krzyknęłam, olewając ból warg. Cholera, byłam pieprzonym drapieżnikiem. Miałam w dupie takie rzeczy! – Damy radę, bo zawsze dajemy radę, czyż nie? Poza tym jestem głodna. Nie wiem, jak wy... – Dodałam, ściskając w lewej dłoni cztery noże do rzucania, zaś w prawej trzymając jeden w pogotowiu. Mój plecak miałam już na swoich pleckach i zamierzałam wygrać, bo byłam panią swego życia i doskonałym drapieżnikiem, bowiem Eryda mnie nie opuściła. Nadal czułam ją wokół swojej ręki, która gotowa była rzucić nożem.
Wzięłam głęboki oddech i otworzyłam drzwi do Sali, wchodząc do niej. Za mną zaś poszły moje króliczki i moi towarzysze. Zamierzaliśmy nieść chwałę morzu maków!

[z/t dla całej drużyny]



Time goes on and on, I told you the moment all day long
Time goes on and on, you're so strong so wrong
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 17 lat
Zawód : prostytutka/kwiaciarka
Przy sobie : W plecaku: proca, latarka, zwój liny, zapałki, pusta butelka, nóż, widelec, latarka, kompas, paczka z jedzeniem; w ręku: pistolet
Obrażenia : lekko obite plecy, rana na łydce po ugryzieniu szczura

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro Paź 15, 2014 4:58 am

Jeszcze stała, cała, nienaruszona, względnie nienaruszona, bo noga dała o sobie znać w jakiś tam minimalny sposób, ale to przestawało ją interesować. Doprawdy, nie interesowało w ogóle, bo wszystko działo się zbyt szybko, wokół niej. Świat wręcz wirował i ludzie, którzy ją mijali, a miała wrażenie, że jest ich tysiące, rozmazywali się, niewyraźni, pochłonięci przez czasoprzestrzeń znikali poza jej spojrzeniem, które tkwiło skupione w jednym cholernym punkcie. I nawet wówczas, gdy ujrzała zagrożenie, ujrzała, ale go nie dostrzegła, to kluczowa różnica, wtedy nie zrozumiała, co tak naprawdę się dzieje. I nigdy nie wierzyła, że w momentach grozy i upadku wiary w ludzi potrafiła być taka spokojna, nigdy nie wierzyła, że potrafiłaby nie krzyknąć na widok ciała Mandy, zalanego krwią, poruszającego się nieregularnie, krzywo, niepoprawnie, a to przecież nie była kuką, to był człowiek. To była Mandy. Mandy. Zachłysnęła się powietrzem, gdy dziewczyna upadła. Kolejny huk. To był jeszcze jakiś? Słyszałaś, skarbie, prawda? Prawda. I może dlatego nie zauważyła Alexa, choć wpatrywała się wprost na niego zawieszona gdzieś pomiędzy jawą a wspomnieniami, które nacierały na jej umysł, podpowiadały, że Mandy żyje, że Mattowi nic się nie stało. Że oni wszyscy... Poczuła delikatne ukłucie, spojrzała na swoje dłonie, na ręce, zmarszczyła lekko brwi, serce jej wtedy stanęło, jakby na myśl, że to koniec. I jeszcze raz, i jeszcze raz...
...zaśpiewaj ze mną ten jeden raz.
Widziała jak Raphael biegnie w jego stronę i widziała przecież jak Panda zamachuje się nożem w jej kierunku i na pewno krzyknęłaby, gdyby zdążyła lub zidentyfikowała tę uroczą i zakrwawioną twarz jako potencjalne zagrożenie. Ale oni wszyscy wydawali się zbyt znajomi, aby mogła określić ich jako złych, jako morderców, choć jeszcze przed chwilą była świadkiem tego, że przecież odbierali komuś życie. I jeszcze przed chwilą starała się ich zabić. Ale Mandy. Mandy. Widziała ostrze w swojej nodze i wyciągnęła mrowiącą już rękę w kierunku rękojeści, aby ująć ją mocniej i wyjąć, ale wtedy coś, coś bardzo cichego i subtelnego podpowiedziało jej, że to zły pomysł. A może to Raphael, który znalazł się tuż przy niej, aby wziąć ją na ręce, przynajmniej tyle pamiętała, bo uniosła się obejmując go słabo ramionami starając utrzymać się w dłoni przepustkę do piekła i nieba zarazem – broń.
Na moment jakby przysnęła, zamknęła oczy i pozwoliła, aby ciepły wietrzyk otulił ją, posłał w miodową krainę szczęśliwości, przyglądała się wtedy kwiatom, wdychała ich słodkawy kuszący zapach. I łąka. Miękka, naprawdę, ta zieleń, jak poduszka. I myśli takie nieskładne, świat taki chaotyczny, arena, kwiaty, czerwień, czerwone kwiaty, zieleń i trawa, morze maków. Dziś otulę Cię.
Oby nie.
-Stój! Stój! - wydała z siebie dwa pojedyncze okrzyki, ale tak jej się tylko zdawało, bo jej głos był nieco chrapliwy ale nadal cichy, ledwo dotarł do jego ucha, a usta miała przy nim, to kluczowa kwestia – Upuściłam pistolet, tam, tam!– wskazałaby, gdyby mogła, schowałaby też te bezładne dłonie, gdyby i na to było ją stać, bo nie chciała, aby dłużej ją tak oglądał, taką właśnie, przegraną, bo kimże była na arenie bez rąk? Kimże byłaby w ogóle, kiedykolwiek? W Kwartale? Słowa „litość” i „współczucie” giną wśród agonistycznych krzyków tych, którzy starali się nimi kierować, nie potrafiła więc współczuć samej sobie, nie potrafiła wierzyć w to, że teraz ma jakiekolwiek znaczenie – I puść mnie, odstaw mnie, odstaw, Raph, odstaw mnie natychmiast! - nie zareagował zbyt szybko, nie zareagował natychmiast, dlatego krzyknęła, lekko histerycznie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sro Paź 15, 2014 9:41 pm

Nad ranem powietrze przeszywa armatni wystrzał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2381-raphael-grant
http://panem.forumpl.net/t2382-raphael
http://panem.forumpl.net/t2383-raphael-grant#33798
Wiek : 17 lat
Zawód : trybut, naczelny arystokrata
Przy sobie : Plecak numer 12: śpiwór, pusta butelka, paczka jedzenia, ząbkowany nóż, dwa małe nożyki, widelec, dwie garści owoców, dwa plastry pieczeni, dwa kacze udka

PisanieTemat: Re: Korytarz   Pią Paź 17, 2014 7:12 pm

// Sala Główna

Zakląłem pod nosem, kiedy szarpanie klamki drzwi, za którymi zniknęła Delilah, nie przyniosło żadnego skutku. Wyglądało na to, że Organizatorzy świetnie bawili się moim kosztem, a nikt bezkarnie nie bawi się kosztem Grantów.
Miałem ochotę zacząć wrzeszczeć albo przynajmniej wyrwać jedną nogę z przewróconego stołu i stłuc nią wszystkie kamery, ale była jeszcze Lucy; ciepły, lekko drgający przy kolejnych oddechach ciężar. I połyskujące ostrze wbite w jej udo.
Szybko podjąłem decyzję, schylając się jeszcze i łapiąc bochenek chleba, a potem kierując się w stronę najbliższych drzwi, przyciskając Lucy do siebie. Mój oddech stał się dziwnie przerywany, chociaż to przecież nic dziwnego, skoro byłem zwyczajnie przerażony zmęczony. Czułem włosy dziewczyny muskające mnie po twarzy, przylegające do szyi, pachnące kwiatami i krwią, i starałem się logicznie i spokojnie przemyśleć to, co musiałem zrobić. Jednak nie ułatwiała mi tego Lucy, ranna, co wprawiało mnie w coś, co może ktoś inny nazwałby strachem, i krzycząca mi do ucha. Jej strach sprawił, że wszystkie moje mięśnie spięły się jak do ogromnego wysiłku.Schyliłem się i ująłem w dłonie pistolet, kiedy zwróciła mi na to uwagi, jednak zwyczajnie zignorowałem kolejne zdanie, stawiając ją na ziemi dopiero wtedy, kiedy byliśmy już w korytarzu za zamkniętymi drzwiami.
Prawie dodałbym- bezpieczni.
Czułem dudnienie własnego serca, nienaturalnie szybkie i głośne, kiedy bezmyślnie wpatrywałem się w tkwiący w jej nodze nóż.
-Rozniosę ich, wybiję ten ich pieprzony poligamistyczny związek, opróżnię cały magazynek...- Mruczałem, starając się nie krzyczeć ani klnąć, chyba po raz pierwszy przejmując się czyimś emocjami. Widziałem zły stan Lucy i nie chciałem go pogorszać, mogłem tylko pocałować ją w czoło, w policzek, prawie ślepo. Nie mogłem wiedzieć, ile czasu nam zostało, ale nie chciałem się nad tym zastanawiać. Ani nad tym, ani nad własnym zawahaniem, które sprawiło, że puściłem Alexandra wolno.
Skupiłem się z całych sił, próbując przypomnieć sobie cokolwiek ze stanowiska pierwszej pomocy.
-Opatrunek uciskowy- oznajmiłem trochę sobie samemu, a trochę Lucy, ściągając z ramion marynarkę i odrywając oba jej rękawy bez większego żalu. Nożem rozciąłem je wzdłuż szwów, po czym ścisnąłem delikatnie rękę Lucy.
-Przepraszam, jeśli za boli, bądź odważna, dobrze?- Wyszeptałem, starając się nie patrzeć w jej przepełnione jakimś dziwnym uczuciem oczy. Wyciągnąłem rękę, odetchnąłem lekko, po czym wyciągnąłem nóż, natychmiast przyciskając do rany jeden z rozerwanych rękawów zwinięty w kłębek i przewiązując go ciasno drugim. Wytarłem nóż o podłogę i wraz z resztą przedmiotów upchnąłem we własnym plecaku. Zarzuciłem na siebie resztki marynarki, obecnie przypominające bardziej kamizelkę, i odetchnąłem głęboko.
Pochyliłem się w stronę Lucy i objąłem ją w pasie, przekładając na własne kolana.
-Byłaś bardzo odważna, naprawdę byłaś. Zjedz coś, prześpij się trochę, ja będę czuwać.- Oznajmiłem najspokojniej, jak potrafiłem. Wyciągnąłem pozostałe dwa plastry pieczeni i rozdzieliłem między nas, potem ułożyłem ją wygodniej, pamiętając o niesprawnych rękach, i sam usiłowałem nie zapaść w drzemkę. Potem role się odwróciły- niechętnie pozwoliłem jej czuwać, a sam przespałem się nieco.
Zaraz po pobudce poczułem coś na kształt... znużenia?
-Lucy? Musimy iść.- Oznajmiłem niechętnie, rozglądając się po zniszczonym skrzydle. Z tęsknotą wspominałem poprzednie miejsce mojego pobytu, sterylnie czystą i spokojną spiżarnię pełną plastikowych jabłek, co po raz kolejny uświadomiło mi, że moje poczucie humoru znacząco odbiegało od tego, które posiadali Organizatorzy.


They used to shout my name- now they're whisperin'.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Korytarz   Sob Paź 18, 2014 4:20 pm

Wieczór dnia czwartego zastał parę trybutów na korytarzu. Prowizoryczny opatrunek Lucy został założony prawidłowo, krwawienie ustało, jednak dziewczyna nie powinna nadwyrężać teraz nogi.
Organizatorzy nie zapomnieli o swoich ulubieńcach, którzy nie mogli przecież myśleć, że po kolejnej Rzezi pod Rogiem dadzą im spokój? W końcu korytarza rozległo się nagle głośne szczekanie, które przybierało na sile z każdą chwilą. Lucy i Raphael mogli być więc pewni, że coś zbliża się w ich kierunku, jednak póki co w ciemności nie mogli dojrzeć zagrożenia.

Jeśli chcecie uciec do jednego z pomieszczeń, rzućcie kostką.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 17 lat
Zawód : prostytutka/kwiaciarka
Przy sobie : W plecaku: proca, latarka, zwój liny, zapałki, pusta butelka, nóż, widelec, latarka, kompas, paczka z jedzeniem; w ręku: pistolet
Obrażenia : lekko obite plecy, rana na łydce po ugryzieniu szczura

PisanieTemat: Re: Korytarz   Nie Paź 19, 2014 5:26 pm

Pierwszy raz od wielu miesięcy wpadła w głęboki sen, spokojny, wyrównany, zagłębiając się do świata, którego nie odwiedzała przez bardzo długi czas. Świat szczęśliwy, muskany gorącymi promieniami słońca, intensywny i pozornie prawdziwy, bo czuła to ciepło na własnej skórze. Był jeszcze delikatny wietrzyk, który smagał jej włosy, bo pozwoliła na to – tutaj wszystko zależało od niej, tylko od niej. W końcu odzyskała nad sobą kontrolę, nad swoim życiem, nad tym, co ją otacza i gdyby się obudziła, byłaby pewna, że to już się nie skończy, ten czas nieprzerwanej szczęśliwości, sielanki i spokoju, a przede wszystkim harmonii. Bo gdziekolwiek by nie spojrzała, dokąd by się nie udała, wszystko wydawało się umiarkowane, idealne, zero krzyku, zero melancholijności. Nawet trawa była idealnie zielona, nie za ciemna, nie za jasna, nie za jaskrawa. Kwiaty idealnie czerwone.  Niebo idealnie niebieskie. I wiatr idealny, delikatny ale silny. Słońce też świeciło jakby idealnie.
Idealnie. Idealnie. Idealnie.
Potem tkwiła zawieszona pomiędzy jawą a snem w przygnębiającej ciemności. Wpatrywała się w lufę pistoletu, obracała go w dłoni, głaskała czule, jakby to faktycznie miało pomóc, gdyby dzięki tej bliskości, temu kontaktowi mogła lepiej poznać ten przedmiot. Czasem przyciskała go do piersi, drgał razem ze słabymi uderzeniami jej serca. Nawet nie zauważyła, że odzyskała sprawność w rękach, nawet tego nie dostrzegła, zbyt nieświadoma, zbyt schowana w głąb własnego umysłu. I tylko śpiące oblicze Raphaela pozwalało jej nie odpłynąć, to krótkie polecenie, które wydał i które dźwięczało jej w głowie nieustannie.
Światło wróciło, on wrócił, ona dalej tam tkwiła, nadal w przedsionku, a drzwi, które prowadziły do wyjścia, do niego, wciąż pozostawały zamknięte. Szarpała, wyrywała się na zewnątrz. Nie.
-Masz rację – odparła spoglądając na niego, wcisnęła do jego ręki broń ściskając ją na moment, a potem, jakby nie czuła bólu, choć paliło ją wewnątrz, skręcało od promieniującej negatywną energią nogi, ruszyła w stronę któryś z drzwi mając nadzieję, że tym razem się otworzą. Ale gdy... znikąd (?) dobiegło warczenie, zatrzymała się, drgnęła i obejrzała, jakby starając się uchwycić wzrokiem źródło dźwięku. Ale nic nie dostrzegła. Oczywiście, skoro przecież nie patrzyła. Dopiero gdy Raphael ją pchnął, nacisnęła na klamkę, niespiesznie, bo przecież nie było się czego bać. To pies sąsiadów. Ten złośliwy pudel o fioletowej sierści, te żałośnie obnażone kły i zmarszczony pysk, jakby faktycznie coś tak pięknego, mogłoby budzić strach. Zawsze się śmiała rozkosznie ale nigdy go nie pogłaskała, bo nie pozwalano. Ale nie bała się. Tak jak teraz.
Czas rozpocząć bal, nie bez powodu odziano ją w sukienkę. Czas rozpocząć bal! Poznać gości, uśmiechnąć się do każdego i pozwolić, aby świat wirował w rytm muzyki, aby barwy zlewały się w jedną niewyraźną masę. I tańczyć. Tańczyć. Tańczyć. Tańczyć nieskończenie długo. Najdłużej. Aż nogi nie ugną się ze zmęczenia, aż do omdlenia. Bo świat jest bo to, aby się w nim zatracić. A bale, aby zatracić się w tańcu.


[zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : Troublemaker
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Korytarz   Nie Paź 19, 2014 5:26 pm

The member 'Lucy Crow' has done the following action : Rzuć kostkami

'Cztery oczka' : 3
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Korytarz   

Powrót do góry Go down
 

Korytarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Korytarz
» Korytarz
» Podziemny korytarz
» Czerwony korytarz
» Korytarz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje :: 2. arena :: Skrzydło południowe-