IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Meredith Ainsworth

 

 Meredith Ainsworth

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
avatar
http://panem.forumpl.net/t2431-meredith-ainsworth#34904
http://panem.forumpl.net/t2433-merry#34908
http://panem.forumpl.net/t2432-meredith-ainsworth#34907
http://panem.forumpl.net/t2434-merry#34910
http://panem.forumpl.net/t2435-merry#34917
http://panem.forumpl.net/t2437-meredith-ainsworth
Wiek : 25 lat
Zawód : anestezjolog, z-ca ordynatora OIOMu
Przy sobie : zestaw pierwszej pomocy, zapalniczka, papierosy, telefon komórkowy, leki przeciwbólowe, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Meredith Ainsworth    Nie Sie 03, 2014 11:33 am







Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2431-meredith-ainsworth#34904
http://panem.forumpl.net/t2433-merry#34908
http://panem.forumpl.net/t2432-meredith-ainsworth#34907
http://panem.forumpl.net/t2434-merry#34910
http://panem.forumpl.net/t2435-merry#34917
http://panem.forumpl.net/t2437-meredith-ainsworth
Wiek : 25 lat
Zawód : anestezjolog, z-ca ordynatora OIOMu
Przy sobie : zestaw pierwszej pomocy, zapalniczka, papierosy, telefon komórkowy, leki przeciwbólowe, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    Sob Sie 16, 2014 7:31 pm

Rozbierała się już od progu. Trzaśnięcie drzwiami, płaszcz na wieszak, torebka na szafkę, buty w kąt. Spodnie zgubiła jeszcze w przedpokoju, koszulkę w kuchni, podczas wlewania w siebie duszkiem litra pół litra zimnej wody. Bielizna oznaczyła drogę do łazienki, podobnie gumka spinająca dotychczas blond grzywę w ciasny kucyk.
Prysznic, wrzątek, pierwszy ból. Zacisnęła zęby. Co z tego, że była sama? Co z tego, że mogła wyć? Być cicho to instrukcja jeszcze spod łóżka w Dwójce. Nic się nie bój aniołku, wszystko będzie dobrze. Tylko bądź cichutko, dobrze? Więc była. Kuliła się w pokoju, lśniącymi oczyma świdrując tę ograniczoną przestrzeń, którą mogła widzieć spod mebla. I czekała, przeświadczona, że to wszystko taka gra. Gra w chowanego. Chyba nawet tata kiedyś tak to określił.
Oparła się o ścianę, ciało rwało ogniem. Smagnięcia gorącej wody znaczyły skórę czerwienią, wyciskały łzy zlewające się z wrzącymi niemal kroplami. Łkała cicho, tak, jak ją uczono. Łamała się cicho, bez zwracania uwagi. Tak samo, jak po śmierci ojca. Tak samo, jak po policzku od matki. W kącie, z dala od ludzi, ale i tak w sposób epatujący wstydem. Słaba. Nigdy nie dała sobie prawa do tego, by taką być, teraz też go sobie nie dawała. Walczyła, zaciskając zęby.
Gdy wyszła, nie czuła się ani trochę lepiej. Ani trochę czyściej. Obrzydzenia do samej siebie nie zmył ani wrzący prysznic, ani uparte tarcie szorstkim ręcznikiem - który ostatecznie wypuściła ze zmartwiałych rąk na zimne kafelki - i tak już czerwonej, podrażnionej skóry. Puchaty szlafrok, co jasne, też nie mógł pomóc, ale i tak go założyła, żeby móc jak człowiek opuścić łazienkę. Bo cóż z tego, że była sama? Przyzwyczajenia z Dwójki. Zachowuj się. Bądź skromną. I bądź cicho.
Ubrania. Musiała je zebrać. To nie była świadoma myśl, raczej apatyczny przebłysk, że czegoś nie dokończyła, że coś nie pasuje. Jeden ciuch, drugi, trzeci, skrawki materiału skompletowane od niechcenia i wrzucone do łazienki, by nie raziły swym nieładem. Potem - szklanka. W szklance... Nie, nie alkohol. Nie miała go w domu, nie kupiła. Więc sok. Zimny, miętowy. Zamoczyła w nim wargi, nie pijąc, uporczywie za to zaciskając dłoń na kruchym szkle.
Wróciła do salonu bardziej świadomie. Naczynie z sokiem też odstawiła, wiedząc, że to robi. I na kanapie rozrzuciła się też absolutnie świadoma. Zajmując całą jej długość, zakryła twarz dłońmi.
Pies. Powinna mieć psa. Może kota. Chomika. Albo chociaż rybki. Cokolwiek, o co mogłaby się troszczyć. Cokolwiek, do czego mogłaby mówić, nie uzyskując odpowiedzi.


eter, morfina, absynt, nikotyna
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 25 lat
Zawód : myślę
Przy sobie : kapsułka z wyciągiem z łykołaków, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    Sro Sie 20, 2014 8:09 am

To było niezwykle wyczerpujące. Nie Igrzyska, one znajdowały się daleko w tle tej niezwykłej ceremonii, dodatek do słodkiej zemsty, która nigdy się nie spełni, dokładnie tak samo jak te wszystkie najskrytsze marzenia, którymi karmi się naiwne dzieci, a gdy dorastają, trafiają na ścianę zbudowaną z rzeczywistości i ograniczejń. Nie do sforsowania. Tym razem poległ na swoich słabościach, na braku woli walki, a zobowiązał się, nie ponosząc przy tym żadnej satysfakcji, na poświęcenie. Nie chciał w tym uczestniczyć, nigdy więcej, nic przyjemnego, serce już nie wiło się w konwulsjach jak lata wcześniej, ale nie potrafił wyzbyć się poczucia dyskomfortu, kiedy znajdował się w klitce-Ośrodku pod ziemią. Kiedy natomiast odchodził, uciekał znów jak najdalej - wyrzuty sumienia pojawiały się, kłębiły i nie dawały spokoju, choć drobne to i tak wodziły w spokojnej rodzinnej egzystencji. Zresztą w takim stanie nie był gotów rozmawiać z Annie. Wyjaśnił jej sytuację, nie wtajemniczając w szczegóły, w kilku słowach w skromnej wiadomości chociaż zasługiwała na więcej, i wrócił do Ośrodka. Tak chyba było najlepiej. Dla nich obojga.
Katując się kolejnymi schodami, brnął uparcie ku górze. Nieważne, że nogi paliły niemiłosiernie, bo chyba odzwyczaiły się od wysiłku. To dobrze, uczucie uświadamiające w istnieniu. Ból. Rzeczywisty. Nie promieniujący z wewnątrz, to nienaturalne. To jest naturalne i właściwe. W końcu, trochę zdyszany, jednak to nie już te lata, starość ciągnęła uparcie ku swemu łożu śmierci, znalazł się u drzwi, oparł o ścianę i zapukał, a potem, z przyzwyczajenia, że zdesperowani ludzie nie zamykają na klucz, nacisnął na klamkę. Coś w tym było, ale to urocze roztargnienie momentami dosięgało i jego, bo pchnął drzwi do przodu, przeszedł przez próg, aby wydusić z siebie krótkie "Jestem", zdjąć buty, co powinno zająć mu kilka sekund, ale bawił się z nimi przez kolejną dobrą minutę, aż w końcu leniwie wczołgał się do salonu. Mógł zdać się na swój naturalny wdzięk i czarujący uśmiech, on jednak uśmiechnął się słabo i postawił na byt zduszonego i skrzywdzonego chłopca. To zaraz potem miało gdzieś przepaść, tak sądził, nie potrafił wiecznie łamać się w rozpaczy i zagubieniu, to nie było także najlepsze rozwiązanie względem Merry, nie tyle co najlepsze, jak w żaden sposób sprawiedliwe. On jednak tego dnia był zdolny jedynie do tego, aby postawić na stoliku naczynie - jego jedyny i najmniej warty dobytek ostatnich dni. Triumf z którego nie był rad, ale nic nie mógł zrobić, zapomnieć o truciźnie, o niesmaku, przełknąć gorzki smak przegranej i ruszyć przed siebie. Recepta na każdy dzień - nie oglądaj się, bo za twoimi plecami ukrywają się najgorsze koszmary. Była jeszcze jedna, bardziej ludzka i odpowiednia na tę okazję, odpowiednia na każdą okazję, więc tego się trzymajmy. I tego, że życie na wiecznym kacu może być dobrym życiem, zwłaszcza jeśli ma się w planach budowanie owocnego i dobrze funkcjonującego małżeństwa. To też potrafiłby zrujnować, prawie mu się udało, ale przecież był Finnickiem Odairem, cóż z tego, cóż, skoro tylko to mu pozostało. Jedyny prawdziwy argument, jakim mógłby się posłużyć w konfrontacji.
-Dziś dobry humor i chwilę zapomnienia sponsoruje Cornelius Snow - zabrzmiało to dokładnie tak, jak w tych tradycyjnych reklamach puszczanych przed filmami, z czego mógłby być dumny, że głos mu się nie zachwiał. Tak samo jak on sam. Bo miał ochotę opaść koło niej i zasnąć, choć spał na tyle długo, aby obudzić się po Ceremonii Otwarcia i usłyszeć tę wspaniałą nowinę o niezmiennym składzie uczestników z czyiś nieuprzejmych ust, nawet nie zwrócił uwagi, z kim miał do czynienia. Ale cieszył się, niezwykle cieszył się na to całe szkolenie, podczas którego będzie dopatrywał zdrowia Daisy oraz załatwiał jej ociekających pieniędzmi sponsorów. Nie mógł się doczekać kolejnego spotkania, choć wątpił, że wytrzyma go bez porządnego kopa w tyłek. Takiego czegoś nie da się przetrwać na trzeźwo. Może za kilka lat, gdy zapomni, ale nie liczyłby na to.
Miał nadzieję, że whisky z piwniczki Dziadka Snowa rozwiąże sprawę, picie smakowitej trucizny i rozmawianie o ulubionych aktorkach (lub aktorach) porno.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2431-meredith-ainsworth#34904
http://panem.forumpl.net/t2433-merry#34908
http://panem.forumpl.net/t2432-meredith-ainsworth#34907
http://panem.forumpl.net/t2434-merry#34910
http://panem.forumpl.net/t2435-merry#34917
http://panem.forumpl.net/t2437-meredith-ainsworth
Wiek : 25 lat
Zawód : anestezjolog, z-ca ordynatora OIOMu
Przy sobie : zestaw pierwszej pomocy, zapalniczka, papierosy, telefon komórkowy, leki przeciwbólowe, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    Sro Sie 20, 2014 11:57 am

Nie mogła zetrzeć z twarzy rumieńca będącego skutkiem gorącego prysznica, nieco mniej nachalnego niż przedtem, ale i tak dostrzegalnego drżenia dłoni też nie mogła się pozbyć, mogła za to nie świecić spod białego, puchatego szlafroczka gołym tyłkiem. Wystarczył odgłos pukania a chwilę później szczęk otwieranych drzwi, by uzmysłowiła sobie, że przynajmniej o to powinna zadbać. Skoro i tak nie mogła wyglądać dobrze, to niech przynajmniej wygląda trochę mniej źle i trochę - chociaż trochę! - bardziej przyzwoicie. Zmusiła się więc nie tylko, by usiąść, ale też by wstać, co było na tyle męczące, że jeszcze przez krótką chwilę po podniesieniu się z kanapy nie bardzo wiedziała, po co w ogóle to zrobiła. Ale zmusiła się, zmusiła się by stać, by ruszyć się z miejsca, obciągnąć szlafrok bardziej na uda, by przywitać przyjaciela.
Przyjaciel, tak... Nie pamiętała, kiedy widzieli się ostatnio, co nie było dobrym znakiem. Na pewno w czasie rebelii, po niej pewnie też, ale to już nie było tak, jak kiedyś. Teraz było bardziej... dorośle? Może właśnie takim przymiotnikiem należało to tłumaczyć. Może ten przymiotnik mieścił w sobie stos obowiązków, którego żadne z nich nie chciało oraz drugi zestaw, który dobrali sobie sami. Może wyjaśniał brak czasu oraz to, że gdy już czas się miało, nie miało się chęci. Może doskonale oddawał łaknienie tego, by żyło się łatwiej i zmęczenie wszystkimi zobowiązaniami, które otaczały człowieka jak sieć. Dorośle. Tak, może właśnie tak było teraz.
Kiedyś natomiast było... lepiej. Bardziej spontanicznie - lub może przede wszystkim bardziej. Bez sztucznych oporów i poczucia przyzwoitości, za to z masą wspólnych tematów i poglądów, ze współdzielonymi problemami i godzinami spędzonymi na przeklinaniu takiego a nie innego życia. Znacznie mniej odpowiedzialnie, znacznie bardziej swobodnie i beztrosko - czyli dokładnie odwrotnie niż w dniu dzisiejszym.
Ale dziś jednak było. Lepsze, gorsze, ale było. I może był to najwyższy czas, by naprawić stare błędy. Jej błędy - bo Meredith można było zarzucić wiele, ale na pewno nie nieświadomość swych ułomności i swej winy. Jeśli coś się rozłaziło, to przez nią. Jeśli nagle zostawała sama, to tylko wskutek własnych decyzji. Wiedziała o tym wszystkim. Chyba nawet próbowała czasem coś z tym zrobić. Ale nie wychodziło, prawda? Nigdy nie wychodziło tak, jak by chciała. I dlatego znów znaleźli się w jednym mieszkaniu z jedną butelką alkoholu, która nie miała dotrwać końca dzisiejszej nocy.
- Niby miałam nie pić... - rzuciła z bladym uśmiechem zbliżając się do Finnicka w dwóch krokach. Kiedyś ucałowałaby go w policzek na powitanie i nie widziałaby w tym nic dziwnego, ale teraz wahała się między tym co mogła, a tym, czego nie powinna. Minęło trochę czasu. Nie wiedziała, jak wiele się zmieniło. Może nie tak wiele, skoro przyszedł, ale może zbyt wiele, by pozwalać sobie na taką poufałość jak kiedyś. Może nawet ten szlafrok był już przesadą, może już nim przekroczyła granice.
- ...ale przecież Snowowi się nie odmawia. - Przekreślając ostatecznie swe postanowienie nie czuła nawet szczególnych wyrzutów sumienia. Ostatecznie i tak nie musiała rano wstać, nie musiała nigdzie iść i udawać świetnego samopoczucia.
- Rozgość się. - Boże, jakie to było niezręczne. Jak trudno było wracać do czasów, od których dzieliły ich niemal lata świetlne. Jeszcze w czasie rebelii było... jakoś. Wtedy każdego z nich niosła fala niezdrowego entuzjazmu i podniecenia, wtedy nie było granic oddzielających człowieka od człowieka. Ale teraz znów mieli szarą rzeczywistość, w której pamięć rozłąki, rozejścia się w dwie różne strony była aż nazbyt żywa. Gdyby chodziło o kogoś innego, Merry pewnie nawet nie próbowałaby z tym walczyć. Ale to był Odair. Nie mogła o tym zapomnieć. Ostatecznie jeśli znów się wycofa, jeśli znów ucieknie i zrezygnuje z tej przyjaźni, nie pozostanie jej nikt więcej. Nikt, kto faktycznie coś by znaczył.
Nie wyciągała szklanek, bo i po co? Nie były potrzebne, w końcu szyjka butelki była wystarczająco wygodna, by nie trudzić się użytkowaniem dodatkowych naczyń. Jeśli chodzi o Ainsworth, ta dobre wychowanie zazwyczaj zostawiała za drzwiami.
- Nie mówimy o Igrzyskach i o szpitalu - zastrzegła tymczasem, powracając na kanapę, tym razem jednak w bardziej przyzwoitej pozie, pozostawiając obok siebie miejsce dla Odaira. - O bieżącej polityce, sytuacji Strażników i życiu w Kwartale też nie. - Nie chciała tych tematów nie dlatego, że była na nie nieczułą, ale właśnie dlatego, że była zbyt czułą. Wieszcząc sobie przyswajanie alkoholu na smutno, nie chciała się bardziej pogrążać - ani też ciągnąć za sobą Finnicka.


eter, morfina, absynt, nikotyna
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 25 lat
Zawód : myślę
Przy sobie : kapsułka z wyciągiem z łykołaków, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    Czw Sie 21, 2014 5:10 pm

Nie czuł się źle, wbrew pozorom. To było coś innego, coś nowego, choć jednocześnie starego i zardzewiałego, w co należało tchnąć życie. Nie odbierał tego w ten sposób, nie starał się popychać na siłę do przodu maszynę, która już dawno wyszła z użycia i wątpił, aby w najbliższym czasie udało mu się ją naprawić. Nauka o związakch była czymś ciekawym, wręcz fascynującym, zwłaszcza w takich chwilach, gdy nic prócz tego nie pozostało, a wszystko inne atakowało w ciemnym zaułku i odbierało możliwość oddechu. Czasem warto postawić na coś, w co się do tej pory nie wierzyło, a co mogłoby wnieść nutkę świeżości do obdartego ze wstydu życia, do imitacji egzystencji, którą nadal usilnie starał się ciągnąć i doprowadzić do porządku. Może dlatego zgadzał się na to wszystko, na ślub, na Igrzyska, które miały go hartować i stawiać do pionu, on jednak znowu wpadł w wir zagłady, znów obarczał siebie za krzywdy całego świata, znowu stał pod murem z muszką wycelowaną pomiędzy oczy. Tym razem nie zamierzał, nie chciał pozwolić, aby to go pochłonęło, ale stare koszmary znowu wyszły z cienia i stały się szkaradną rzeczywistością, wróciły do świata żywych. I nie potrafił nijak sobie z tym poradzić. Lekarstw było wiele, ludzi, którym mógłby o tym opowiedzieć także. Ale to nie przyniosłoby niczego, co mógłby nazwać ulgą, żadna tradycyjna dyskusja o wierności, o prawidłowości decyzji nie podziałałaby jak balsam na jego serce. A może znowu sam sobie to robił, może powinien był pozwolić jej umrzeć, zostawić na pastwę trybuta-pyskatego-chuderlawego-chłopczyka-królewicza-bez-dworku, nie odwiedzać Cordelii, która nie mogła podarować mu nic oprócz zawodu i gorzkiego żalu. A whisky smakowało jak te kapitolinskie trucizny, których nie miał okazji smakować, ale słuchał o nich tysiące opowieści. Przy świecach, wśród zapachu dobrych perfum oraz w wątłych uściskach starych kobiet.
Dlatego nie interesował się Paradą. Liczył na nieograniczoną wyobraźnię długonogiej trybutki Daisy. I na swoją cierpliwość, która po raz kolejny miała zostać poddana próbie. Ale nie martwił się, odciął, wyszedł i pozwolił, aby świat porwał go w swoje objęcia. I nic więcej go nie obchodziło. Dlatego, może to samolubne, ale chciał się z nią zobaczyć. Problemy nadal ciążyły, mógłby je z siebie zepchnąć, gdyby nie uczepiły się twardo jego karku i nie dały w jakikolwiek sposób usunąć. Nie chciał więc, obiecał sobie, napił się wody, obiecał sobie drugi raz, że tego nie zepsuje, że będzie w porządku, ale nie ufał sobie na tyle, aby zdać się na swój zawodzący ostatnimi czasy rozsądek. Whisky było dobrą przyjaciółką, jedyną prawdziwą, którą chwycił pod pachę i nie zapominając, jak skończyła się ostatnia przygota za kółkiem po pijaku, postanowił rozpocząć ceremonialne rozgrzeszenie dopiero u niej w domu. I nawet nie mogła wiedzieć, bo jego twarz nic takiego nie zdradziła, ale ucieszył się, że jest w szlafroku, ucieszył się, że nie chce rozmawiać o igrzyskach, o pracy ich obojga, o polityce, która swoją drogą mało go interesowała, ale nadal zawodziła w codziennej rutynie, którą starał się wprowadzić. Przez moment poczuł się tak, jak dawniej. Sentymenty. Czasy które zawitały krwawą plamą na jego biografii. Czasem starał się wymazać, innym razem przyjmował z godnością, która następnie doprowadzała go do łez, czy ze śmiechu, czy z żałości. Schemat się powtarzał. A on nie potrafił wyrwać się z kręgu. Czasem na moment, owszem, tak jak teraz, zapomniał o sprawach ważnych, skupił się na przyjemniejszych.
-Doprawdy? - mruknął w odpowiedzi, trochę do siebie, sarkastycznie. Gdyby miał nastrój, te słowa zapewne potraktowałby jak siarczysty policzek, ale teraz zbędne komentarze schował do szuflady "nieodpowiednich myśli" i zostawił na potem. Pewnie że się nazbiera. Potem wyjdzie na wierzch. Czas pokaże, w którym momencie z serii tych nieodpowiednich. Cornelius Snow nie był osobą, której potrafiłby odmówić i teraz, nie był osobą, której decyzji zaprzeczyłby, gdyby miał takie prawo. Może to strach. Może wyuczony sposób postępowania i rozumowania. Wszystko to, co łączyło go z przeszłością i prezydentem sczepiało się i tworzyło dziwaczną mieszankę lęku, nienawiści oraz chłopięcej niewinnej uległości.
-Ostatnio byłem w Czwórce, morze nadal jest brudne - skrzywił się, położył obok niej, tak że głowa leżała gdzieś przy jej nogach, a rozprostowane nogi oparł o ścianę, nie patrzył na nią, wzrok skupiony miał na suficie - Zastanawiam się, czy, jak już wyzdrowieje, będę miał siłę wybrać się na ryby. I czy jest sens na to czekać - parsknął śmiechem, jakby to rzeczywiście go bawiło - Miło byłoby z Annie, rozumiesz, wrócić tam. Swoją drogą biorę ślub, brzmi to strasznie, ale tak jest - znów śmiech - Wpadłabyś - dodał nieco ciszej, ale na jego twarzy utkwił uśmiech, którego nie zamierzał póki co zdejmować, póki jeszcze jest w stanie, aby go zatrzymać.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2431-meredith-ainsworth#34904
http://panem.forumpl.net/t2433-merry#34908
http://panem.forumpl.net/t2432-meredith-ainsworth#34907
http://panem.forumpl.net/t2434-merry#34910
http://panem.forumpl.net/t2435-merry#34917
http://panem.forumpl.net/t2437-meredith-ainsworth
Wiek : 25 lat
Zawód : anestezjolog, z-ca ordynatora OIOMu
Przy sobie : zestaw pierwszej pomocy, zapalniczka, papierosy, telefon komórkowy, leki przeciwbólowe, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    Czw Sie 21, 2014 8:30 pm

Powrót do domu. Od ośmiu lat zastanawiała się, czy kiedykolwiek znów pojawi się w Dwójce. Czy kiedykolwiek jeszcze postawi stopy na znanych, zapylonych chodnikach, noszących ślady milionów kroków, czy kiedykolwiek będzie spoglądała jeszcze ku kopalni, wyczekując powrotu... kogoś. Ojca, kiedyś czekała na ojca. Na tatę. Teraz nie miała już nikogo, co nie znaczyło jednak, że nie miała po co tam wracać. To w końcu dom, nie? Powinna jakoś tęsknić, czuć jakiś sentyment, mieć jakieś wspomnienia, dla których warto byłoby znów spacerować znanymi ścieżkami...
Co zabawniejsze, osiem lat temu powrót rozważała patrząc z podobnej perspektywy, co teraz Finnick. Miał Annie, chciał wrócić z Annie, chciał wspominać z Annie. A Merry miała Kristiana. Wtedy. Osiem, siedem, sześć lat temu. I to z Kristianem chciała wrócić, zdaje się, że chyba nawet jej ten powrót obiecał. Nie wspominaliby razem, oczywiście, że nie - nie mieli w końcu wspólnych wspomnień. On miał swoje w Kapitolu, ona w Dwójce, nic, co by ich łączyło. Ale to nic. Wspominałaby Merry. Może nawet przypomniałaby sobie, że kiedyś kochała nie tylko tatę, ale matkę też.
Nigdy do tego nie doszło. Zawsze były ważniejsze zajęcia, ciekawsze zajęcia niż wyjazd z Kapitolu. Studia, praca, seks, miłość, życie, ślub. Nie było czasu. A potem nie było już Kristiana i motywacji też nie było, by pojechać samej. Nie było powodu. Bo chyba aż tak nie tęskniła... Lub tęskniła za bardzo. Za tatą. Nie wierzyła w duchy, ale była pewna, że gdy pojedzie, gdy stanie przed rodzinnym domem, gdy wyjdzie naprzeciw wracającym z pracy górnikom - że wtedy go zobaczy, spotka, że znów ją przytuli, ucałuje, powie to wszystko, czego nie zdążył. Może nawet byłby dumny. Nie była na to gotowa.
Więc może teraz, po latach? Czy teraz już byłaby w stanie to znieść? Czy czekała już wystarczająco długo, by zmierzyć się ze swą miłością i swym żalem? Nie, wcale nie. Szczerze mówiąc sądziła, że życia jej nie starczy, by się przygotować. Że potrzebowałaby co najmniej wieku, by móc w ogóle mówić o jakichkolwiek próbach bycia gotową. Więc nie, nie planowała wycieczki do Dwójki.
Zresztą, w słuszności owego nieplanowania utwierdziły ją jeszcze słowa Finnicka. Dystrykty się zmieniały. Czwórka niezależnie od siebie, za to bardzo zależnie od niegdysiejszych fanaberii Snowa, a Dwójka... Jak właściwie zmieniała się Dwójka? Merry nie wiedziała. Nie chciała wiedzieć. Bo zmiany - czy one ostatnio bywały w ogóle zmianami na lepsze? Więc poza obawami związanymi ze zmierzeniem się z przeszłością dochodził jeszcze strach przed rzeczywistością. Nie chciała zobaczyć, jak wielu jej znajomych z dzieciństwa zmarło, ilu z nich, pozostając w kamieniołomach, zostało okaleczonych. Nie chciała zobaczyć innej rodziny w swym domu i innych ojców witanych przez roześmiane córki.
Ale to nie tak, że nie pochwalała poczynań Finnicka. Sama nie była na podobne powroty gotowa, ale nie oceniała wszystkich swoją miarą. Właściwie... Chyba była zazdrosna. O tę odwagę. O determinację, by zobaczyć swój dom nawet teraz, gdy ten walczył o przetrwanie. Podziwiała go za to, że potrafi się na to zebrać. Ona nie potrafiła.
- Zaczynasz wątpić? Ty, Odair? - zapytała cicho, zalewając swe słowa pierwszym łykiem alkoholu wypitego prosto z butelki. Butelki, którą już w kolejnej chwili przekazała przyjacielowi. To nie był dzień na kulturalne raczenie się z krystalicznie przejrzystych szklanek. - Zdaje się, że to ja byłam zawsze od tego... względnego entuzjazmu. - Uśmiechnęła się na to wspomnienie. Względny było znacznie lepszym określeniem niż żaden. Względny przynajmniej dawało nadzieję, że entuzjazm jednak czasem się pojawiał. - Oczywiście, że jest sens czekać i równie oczywistym jest, że nie musisz obawiać się o swą wyprawę na ryby. - Gdyby chciał, powtórzyłaby to także jako lekarz. Oceniłaby go fachowym okiem, spojrzała tak, jak na wyścigowego konia i doszłaby do tego samego wniosku. Przecież Finnick był dzieckiem morza. Morza, które zawsze go przyjmie, niezależnie, co on sam będzie o tym sądził. Niezależnie, czy przyjechałby sam, zmęczony życiem, czy z... żoną?
- Och, ślub... - powtórzyła powoli mrużąc oczy i decydując się wreszcie spojrzeć na mężczyznę a nie, tak jak dotychczas, na kolorowego owada siedzącego na firance. No tak, ślub. Przecież do było do przewidzenia. On, Annie - naprawdę nietrudno było się domyślić, nawet ona to potrafiła, nawet po roku rozłąki. Prawdę mówiąc, to zawsze była tylko kwestia czasu. A jednak była zdziwiona. Że jednak. Że to już. Że naprawdę.
Uśmiechnęła się blado. W przeciwieństwie do Finnicka, ona zdecydowanie czuła się źle, nie na tyle jednak, by nie potrafić ucieszyć się tym, że komuś w życiu się układa. Nie, nie komuś - przyjacielowi.
- Jasne, że wpadnę. Oczywiście, że tak. Tylko... - Kim by była, gdyby nie zauważyła zmiany tonu, gdyby w uśmiechu nie dostrzegła... fałszu? - Naprawdę, Finnick? - Rozwiązała pasek szlafroka, zawiązała go ciaśniej, boleśniej. Jak gdyby to miało w czymkolwiek pomóc, ochronić ją przed czymś. Swojego pytania nie rozwijała, przecież było jasne. Naprawdę tego chcesz?
Przecież sama też miała ślub, nie? Prawie. Bo zadała sobie to pytanie. Późno, zresztą i tak odpowiedziała błędnie. Tak myślała. Z perspektywy czasu dokładnie tak to widziała - że nie udzieliła wtedy dobrej odpowiedzi.


eter, morfina, absynt, nikotyna
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 25 lat
Zawód : myślę
Przy sobie : kapsułka z wyciągiem z łykołaków, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    Pią Sie 22, 2014 5:06 pm

Powrót do Czwórki był czymś oczywistym. Może jeszcze na początku nie był pewien, kiedy, ale wiedział, że właśnie z nią. Tylko nią. I złamał to postanowienie, Kapitol opuścił z nastolatką, aby chwilę nad morzem spędzić w jej roztargnionym towarzystwie zapomnieć na moment o tym, co tak naprawdę sprawiało, że czuł się niezwykle beznadziejnie i obco w świecie, który znał na wylot. Myślał wówczas, że nie będzie chciał wrócić, choć kraina szczęśliwości, której widoku się spodziewał, niezwykle go zawiodła. Spotkał się twarzą w twarz z ponurą wizją postapokaliptycznego świata, z wioską zdartą praktycznie z powierzchni ziemi przez atak bombowy. I morze. Zatrute. Puste. Jałowe. To przerażało go najbardziej, choć widok fal uderzających o piaszczysty brzeg budził tęsknotę za dawną beztroską, pojawiło się także poczucie bezpieczeństwa, świadomość powrotu do domu. I spokój. Choć nie było tam Annie, jak planował na początku. Rzadko o niej wspominał, były inne ramiona, które mógłby objąć, inne usta, które mógłby ucałować i tak bliskie to wszystko, tak wspaniałe i piękne było, że nie chciał tego nigdy opuszczać. Choć zdawał sobie sprawę, że czas płynie, odlicza dni do sądu ostatecznego i nie wiedział, czy to los się nad nim zlitował i przerwał to żałosne przedstawienie, ale niebawem siedział już za kołkiem obdartego auta i starał się dojechać w całości do Kapitolu, choć po drodze wlewał w siebie litry alkoholu. Bez ustanku. Próbował zagłuszyć krzyk mew, które radośnie żegnały go, gdy wybiegał z domu. I śmiech. tak to brzmiało. Ta drwina, ten głos szepczący do uszka, że przecież tak miało być. I nic nie mógł na to tym razem poradzić, bo znów pozostał sam. On i coraz to gorętsze koszmary, coraz to piękniejsze chwile obracające się w popiół na jego oczach, w jego ramionach, przy jego ustach. I to umarło, a mógł przecież ją zatrzymać. Mógł zatrzymać ich oboje. Chciał. Ale była nieosiągalna, a on się obudził i dałby wtedy wiele, aby znów opaść na miękką pościel i zasnąć jeszcze na chwilę, tylko chwilę. Niech to się nie kończy, proszę.
I teraz sam nie wiedział, to znaczy, chciałby, niewątpliwie. Ale zostawił ją tam samą, wiedział, że sobie poradzi, ale zostawił, opuścił. Nie mógł znów odwiedzić tego domku, przechodzić ulicami w obawie, że ktoś go pozna, że pozna Annie i staną się ofiarą pijackich opowieści starych emerytowanych rybaków, którzy już nigdy nie mieli wypłynąć na morze. Chciałby, naprawdę, wierzył, że jeśli wezmą ślub, Igrzyska się skończą, zostawią Kapitol za sobą, porzucą wspomnienia o nim i zostaną tam na zawsze. Taki był pierwotny plan, jeszcze za czasów udręki i żalu, teraz znowu chciał go wszcząć życie, ale bał się, że jednak nie będzie potrafił rozstać się z miejscem, któremu zawdzięcza tyle złego jak i jednocześnie dobrego. Połowa życia spędzona na bankietach, na sztucznych uśmiechach i w uściskach obcych ludzi. Ale nie chciał na rzecz tych bolesnych wspomnień pozostawiać czegoś, co przynosiło mu jeszcze trochę szczęścia. Komu on sam przynosił szczęście, a to o wiele bardziej satysfakcjonujące, niż branie. Wbrew wszystkiemu, wbrew postawie, jaką ostatnimi czasy prezentował. I chyba takie momenty uświadamiały go, jak bardzo brakuje mu dawnych znajomości, dawnych ludzi, choć brzydkich i pstrokatych momentami, to bliskich temu, co sobą reprezentował. Bo wiedział, że czegokolwiek by już nie zrobił, zawsze będą jego nierozłączną częścią. Czwórka była piękna, tęsknił, pragnął wrócić, ale miał jeszcze coś do zrobienia. Egoizm nie jest wszystkim, na co go stać. Wierzył w to nadal, nawet gdy chwytał butelkę, abo podnieść się na łokciach i napić, nie pytał o kieliszki, nie zastanawiał się. Był głodny zapomnienia, chwili spokoju, którą spędziłby w obcych objęciach Merry. Ale wątpił, by mu na to pozwoliła, choć podświadomie tego potrzebował. Ale była delikatna, niczym porcelana, nie chciał jej ranić, nie chciał pchnąć tej rozdygotanej maszyny zbyt silnie, aby nie rozsypała się na najdrobniejsze kawałeczki w jego czułych ramionach.
Westchnął, nie zdziwiony, ale tak, jakby tego się właśnie spodziewał i nie chciał, aby nastąpiło. Takie pytania z reguły zbijały go z tropu, otrzeźwiały i sprawiały, że zaczynał się zastanawiać, starał się znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie tego, co robi. Nigdy nie potrafił. Był zbyt głupi, aby podejmować rozważne decyzje, nie kierował się rozumem, a chłopięcymi pobudkami, czymś tak prymitywnym jak zemsta czy szlachetnym jak poświęcenie. Nie szukał dla siebie usprawiedliwień. Czuł że musi to zrobić lub czuł, że chciał. Były dwie ścieżki. Powinności oraz pożądania. Obie równie kręte, często się krzyżowały, a on zbaczał na jedną z nich, bo nie potrafił inaczej, wahał się, obracał wśród kłamców i szumowin starając się opanować przed narastającą paniką, że się nie uda. Bo nigdy się nie udaje. Życie znów rzuci go na pożarcie lwom, taka była wizja, za każdym razem. Nie lubił się już zawodzić. Tak samo nie lubił czuć się zaskoczony, a i zmęczony ostatnimi dniami, wzruszył jedynie ramionami, przytknął usta do dzióbka butelki i pozwolił, aby płyn ponownie zalał jego gardło gorącem i spłynął do żołądka.
-Tylko nie ma już tego, co było kiedyś. To nie jest ta sama Czwórka. Nic nie jest takie samo - westchnął lekko, nadal uśmiechnięty bo pomimo wszystko humor mu dopisywał, bo to było przyjemne, bo to było fascynująco znajome: leżeć przy jej kolanach, wpatrywał się z dołu w piegowate lico i wspominać to, co utracili, a do czego starali się usilnie wrócić. Kolejna rzecz, z której odejściem musiałby się pogodzić. Kategorycznie. To byłby koniec - Nawet ona, tak, ale to nie zmienia faktu, że staram się robić to, do czego jestem zobowiązany, bo mam jeszcze coś do zrobienia. Merry, i muszę to zrobić. Nawet jeśli bardzo bym nie chciał - odstawił butelkę, podniósł się i obrócił w jej kierunku, obejrzał uważnie, jakby wyzywająco i dodał - Chciałbym takie wesele, tylko ona i ja, ale tak się nie da, po prostu nie - zmrużył oczy - Wiesz, że nie odpuszczą? Czasem mam wrażenie, że moje życie to uciecha dla tłumu, organizuję ślub, wpychają się na uroczystość z kamerami i telewizją, nie wiem po co to, nie wiem w ogóle jaki to ma cel, ale hej! Proponowali mi jeszcze sesję zdjęciową, rozumiesz?, ja i Annie w Capitols Voice, na OKŁADCE - był prawie podekscytowany, gdyby nie rozbawiony wzrok wymierzony prosto w dziewczynę - A potem... - dodał nieco ciszej -...cała historia o mnie i o niej, o poświęceniu, o walce, o zrządzeniach losu, to takie niesamowite. Kapitol przeżywał orgazm z uciechy, ale ja jestem okrutny i pozbawiłem ich tej przyjemności wgłębienia się w moje prywatne życie.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2431-meredith-ainsworth#34904
http://panem.forumpl.net/t2433-merry#34908
http://panem.forumpl.net/t2432-meredith-ainsworth#34907
http://panem.forumpl.net/t2434-merry#34910
http://panem.forumpl.net/t2435-merry#34917
http://panem.forumpl.net/t2437-meredith-ainsworth
Wiek : 25 lat
Zawód : anestezjolog, z-ca ordynatora OIOMu
Przy sobie : zestaw pierwszej pomocy, zapalniczka, papierosy, telefon komórkowy, leki przeciwbólowe, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    Sob Sie 23, 2014 9:34 pm

Milczała długo. Chyba nawet jej tu nie było. Znaczy, nie, słyszała wszystko, oczywiście że tak. I nawet rozumiała, doskonale rozumiała, choć sama przecież nigdy nie była na świeczniku Kapitolu, nigdy nie musiała spełniać ich oczekiwań, nigdy... Nie była Finnickiem, żywym symbolem, legendą. Nie była Annie, bohaterką dramatu, ulubienicą tłumów, wyciskaczem łez z oczu gospodyń domowych. Nikim takim nie była, właściwie - była nikim. W skali makro zupełnie nieznana, zupełnie nijaka, bezpiecznie anonimowa. Kolejny lekarz, kolejny fachowiec, kolejna kobieta o niepoukładanym życiu. Żadnych bohaterskich dokonań, żadnych wygranych Igrzysk (przegranych też nie, to jasne), żadnych chwalebnych czynów. Tak nieciekawa, tak... nudna. W takiej sytuacji nie powinna rozumieć, jak to jest, gdy twoim życiem żyją ci, którzy nie mają swojego. Gdy twoje dramaty stają się najlepiej sprzedającym się towarem, gdy twoja miłość wystawiana jest na targowisku próżności, gdy wszyscy czekają na twoje łzy, by zebrać je do kryształowych fiolek i pokazywać w obwoźnym cyrku. Nie, tego chyba faktycznie nie rozumiała. Za to doskonale wiedziała, jak to jest nie robić tego, czego się pragnie. Gdy robi się coś, czego od ciebie oczekują - bo zawsze jest jakaś poprzeczka, poziom, który musisz osiągnąć dla rodziców, rodzeństwa, ciotek, wujków, kuzynów, żon matki brata córki syna. Nie możesz wyjść za mąż, bo przecież jesteś najmłodsza, są jeszcze dwie starsze kobiety w naszej rodzinie, one muszą pierwsze. Musisz wyjść za mąż, bo wszyscy na ciebie liczą, jesteś naszą jedyną córką, pragniemy wnuków. Dlaczego jeszcze nie rodzisz dzieci? W ogóle, dlaczego istniejesz? Dlaczego jesteś tak nieudana, czy ty naprawdę jesteś naszą córką? My byśmy zrobili cię lepiej, byłoby inaczej, dlaczego... Każdy to zna. Merry też, choć podobnych pytań nie słyszała już od dawna. Całe szczęście nikt nie potrafi przemówić zza grobu. Ale to nic, nikt przecież nie musiał się odzywać. Ainsworth podobne wymagania stawiała sobie sama.
I nie spełniała ich, na bogów, żadnego nie spełniała.
To chyba wszystko przez tę jedną decyzję. To było dawno, bardzo dawno, ale dziś jest dzień wspomnień, dzień żalu, więc mówmy o tym, zobaczmy, co się stanie. Więc wiele lat temu podjęła złą decyzję, tak. Największy błąd życia, tak jej się teraz wydawało. Wtedy nie, oczywiście, że nie. Wtedy sądziła, że nie mogła postąpić rozsądniej. Bo nie poszła do ślubu, machnęła ręką na te wszystkie starannie dobierane obrusy, serwetki, kwiatki, piosenki, na całą zaproszoną rodzinę - to znaczy, rodzinę Kristiana, bo przecież ona już nie miała, nie znała nikogo, kto mógłby być jej dalszą rodziną - na dziewczyneczki w ślicznych różowych sukieneczkach i na płatki kwiatów, którymi zaczęły sypać zbyt wcześnie, i na pana młodego, przede wszystkim na niego. Grubym, czarnym flamastrem postawiła gigantyczne "X" na przyszłości i uznała, że to całkiem mądre, bardzo odpowiedzialne. Hej, w końcu nie poszła do ołtarza z najlepszym mężczyzną świata, który uchyliłby jej nieba, to jakie miałoby to być?
Potrzebowała lat, by uświadomić sobie, jaką idiotką była. To znaczy, nie, nie była tego jeszcze w stu procentach pewna, ale to do wszystkiego pasowało. Jedno nie, nie mogę, Jezu, Kristian, zostaw mnie, to się nie uda, trzeba to wszystko odwołać jako wyjaśnienie wszystkiego, co działo się później. Wszystkiego. Kolejnych mężczyzn, kolejnych nocy, kolejnych kieliszków wódki, kolejnych papierosów, kolejnych koszmarów, kolejnych tęsknot, każdego żalu, każdego wrzasku do zdarcia gardła. Bo skoro przedtem było fajnie, a potem już nie, to jak to rozumieć?
Zsunęła się nieco na kanapie, znów poprawiła szlafrok - powinna mieć dłuższy, nie tak puchaty, najlepiej czarny, jak zakonnica, paradoksalnie pasowałby znacznie bardziej - znów sięgnęła po butelkę, zakołysała nią, spoglądając na grę światła na szkle naczynia.
- Muszę... Kurewsko dużo musimy, co? - westchnęła. Mało to było odkrywcze i wcale nie pocieszające, ale przede wszystkim prawdziwe. Co może oznaczało, że nie powinni tego tematu poruszać - prawda nigdy nie była wygodna, nie mówiąc już o tym, że przyjemna. Ale nie, powinni. Teraz przynajmniej całą gorycz rzeczywistości było w czym utopić, czym wypalić gardło po kłujących słowach. - Daj im to. - Wzruszyła ostatecznie ramionami. Pewnie nie na to liczył, nie tego się spodziewał. - Bo tak naprawdę, co ci za różnica? To i tak tylko gra. Możesz pokazać im co chcesz, dać pożywkę zupełnie inną od rzeczywistości. Potrafisz, oboje z Annie potraficie. Niech się bawią, niech się udławią tą swoją ekscytacją. Przecież i tak nie wypuszczą was z tego pociągu, co najwyżej zamkną was w ciaśniejszej klatce, jeśli nie dacie im tego, czego się spodziewają. Będą was zaganiać jak na Arenie, bo przecież publikę trzeba karmić, wygłodniały potwór żąda ciągłych ofiar.
Oparła bose stopy na niewysokim stoliku, odchyliła głowę na oparcie kanapy. Kolejny łyk, skrzywiła się. Miała nie pić, miała spać normalnie, spróbować zmierzyć się ze wszystkim na trzeźwo... Gówno, tak się nie da. Spojrzała na Finnicka z góry, na doskonale znajomą twarz, na równie bliski uśmiech. Nie zapomniała, przez cały czas ich oddalenia pamiętała, umiała go sobie wyobrazić, jak śmiałby się z jakiegoś żartu, jak marszczył czoło w złości. Może to właśnie był jej problem, że nie zapominała?
- Wiesz, że wciąż ją mam? - odezwała się w końcu. Mieli mówić o problemach. Wyrzucić je z siebie, utopić się w nich, nawdychać jak trujących oparów, żeby potem było lepiej. Na jakiś czas. - Tę bluzę. Kristian Almsted, korpus oficerski. Nie wyrzuciłam jej, nie oddałam. - Spojrzenie szeroko otwartych oczu wbiła w żyrandol, patrzyła, aż oczy zaczęły łzawić, aż ciemne plamki przesłoniły jej widok. - Jeden z moich pacjentów potraktował mnie jak swoją ofiarę... - Tak, dokładnie tak się czuła, dokładnie taki strach ją dręczył - strach ściganej zwierzyny - ...i nie umiałam się przed tym bronić, wiesz? Nie umiałam. Wiele tygodni był u nasz, w szpitalu, w metalowym łóżku, szprycowałam go chemią, zwalczałam ból, powalałam spokojnie spać, a potem on przyszedł a ja niczego się nie domyślałam, nie przewidziałam, nie umiałam nic zrobić. - Zacisnęła zęby. - I jeszcze ten chłopak, wiesz, ten muzyk. Przypomina mi... Nie, nie przypomina mi, ale daje coś podobnego. Robi, żeby było tak jak kiedyś. Tak dobrze, wiesz, tak znajomo. I wiem, że powinnam dać sobie spokój, że to nie ma sensu, to powinno się skończyć, ale... - Wzruszyła ramionami, resztę pozostawiając niedopowiedzianą.
Skryła twarz w dłoniach, butelkę odstawiła wcześniej na podłogę przy kanapie. To chyba tyle, nie? Przynajmniej ma to z głowy.


eter, morfina, absynt, nikotyna
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 25 lat
Zawód : myślę
Przy sobie : kapsułka z wyciągiem z łykołaków, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    Sob Paź 18, 2014 12:01 am

Jak się czujesz?
Titk tok, tik tok.
Doskonale, skarbie. Czekam, aż wrócisz. Bo martwię się. Duszę. Duszę, gdy nie ma Cię obok.
I jeszcze raz, i jeszcze raz. Powtórz to proszę jeszcze raz, zajebana kurwa mać.
Annie. Uśmiechał się, gdy ją widział, bo zawsze była piękna, wiecznie promieniejąca, naiwna w ten dziecinny sposób, bo pomimo wszystkiego, tych krzywd, które wyrządził jej świat, pomimo nieopuszczającego jej na krok strachu i poczucia osaczenia, zaszczucia – zawsze wierzyła. To zaskakujące i wręcz nieprawdopodobne, gdyby nie był Odairem uznałby to zjawisko za fascynujące, ale stojąc w kręgu tych emocji ta uciecha gdzieś uciekała, wysypywała się spomiędzy palców niczym pustynny piasek. Wszystek zniknęło, przepadło, minął to pod drodze lub stracił, zgubił przez nieuwagę czy chwilę słabości przeplatanej z grzechem. Nie dostrzegł rozgałęzienia krętej dróżki, nie zaryzykował, postawił wszystko na jedną kartę, postawił wszystko na siebie, jakby był jedynym i prawidłowym kluczem do wiecznego szczęścia. Potem miało okazać się, że przynosił jedynie nieszczęście. Rekompensata za te miodowe chwile spędzone w jego towarzystwie? Tyle niesamowitości, czysta doskonałość, za posiadanie takiego skarbu zawsze płaci się należytą cenę. Miedź odziana w złoto, jebany blichtr, którym odziewa się ciężkie metale, sprawia, że błyszczą, że jaśnieją niczym gwiazdy, aby pod koniec swojej egzystencji zblednąć, uciec gdzieś w cień w strachu przed światem, przed prawdą. I to się tak skończy. Na przestrzeni tych kilku lat, paradoksalnie, bo zawsze miał wrażenie, jakby trwało to wieczność, ten podły i bolesny czas spędzony w głównej mierze w Kapitolu, na przestrzeni tych lat, gdy podróżował pomiędzy Kapitolem a dystryktami, miał wyjątkowo dużo czasu, aby zrozumieć kolej rzeczy, jedną prostą zasadę królującą w jego świecie. Jak cię odzieją, jak cię pokażą kamery, tak cię widzą i kochają ludzie. Uśmiech to klucz do sukcesu, klucz do sławy i iluzorycznej władzy, która obejmuje wszystko inne tylko nie twoje własne nędzne życie. Każde ramiona szeroko...
…zamknięte?
...otwarte, każde usta drżące w oczekiwaniu, jakby ten pocałunek miał być ich ostatnim. Jego kolejnym z wielu. Takie rozkoszne. Tyle smaków, tyle odmian, tyle doświadczeń.
I siedzisz dzisiaj tu, ona chowa twarz w dłonie, zakrywa ją. I pierwszy odruch, jaki przychodzi ci na myśl, nie, to ciało już się wyrywa, aby ją objąć, pocieszyć pięknymi słowami, wygłosić mowę, która połechtałaby jej czułe uszka, kruchą duszę pozbierałoby do kupy... na kolejny dzień, na tę jedną noc.
Kiedyś zadawał sobie pytanie: kiedy to się skończy?
Potem: jak?
Teraz: Kiedy i jak, do cholery, to się skończy?
Gdy zdawało się, że znał odpowiedź na to pytanie, znowu ten cholerny piasek, znowu te dziurawe niezdarne ręce i nieuwaga, jakby coś pominął, jakiś kluczowy szczegół. Delikatna układanka z kart sypie się u jego stóp. Gruzowisko. Ruina. Klęsko. Idealne synonimy jego życia. Idealne.
Jego dłoń przy jej ramieniu, jego ramię obejmujące jej cia... nie. Cofnął rękę. Jakby wybudzony z tajemniczego transu, z tej heroicznej chęci niesienia pomocy, z tej żałosnej reakcji na płacz, na łzy, na strach i ból, bo był tu, czuł to, widział i gdy mógł, gdyby miał tę siłę, uchwyciłby w dłoń, bo wszystkie skumulowane emocje wsiąkły w niego, tak namacalne, tak proste i znajome. Mógłby się przed tym ochronić, mógłby porzucić to przeklęte życie, które ma gorzki smak przegranej, rozpocząć nowe. Ale nie miał jeszcze zamiaru...
-Wiesz, że wciąż tutaj jestem?
...wyrzucać tej kurtki.
Jego głos nie drżał, cóż za postęp, cóż za technika. W końcu nauczyłeś się, Odair, nie płakać za przeszłością, nie płakać o niej, nie płakać, bo nadal jest bliżej niż powinna i wciąż, wciąż, wciąż bez ustanku czujesz jej zimny oddech na karku. Nigdy nie ustanie, nigdy nie wypuści serca ze swojej kościstej dłoni, nigdy nie uwolni przed wspomnieniami
-Nie odszedłem, jestem tu.
Nie odejdzie?, nie wiedział. Nie wiedział niczego. Często odchodził, często odchodzili oni, wtedy było łatwiej, za tym drugim razem, gdy nie musiał podejmować decyzji lub żałować. Zawsze było lepiej, gdy czyjeś życie lub jego marny skrawek nie zależało od niego.
-Nie będzie dobrze, nigdy nie będzie – to był szept? Znowu szeptał?
Nie, to tylko echo, to dokuczliwe echo wracało do niego. Głos miał chrapliwy, jak zwykle, gardło ściśnięte od emocji, te pojawiły się nagle, po prostu.
-Nikt nie pomoże ci wstać, sama musisz się podnieść – mądrze prawisz, Odair - a alkohol zdecydowanie nikomu w tym nie pomógł – Doprawdy? Swój swego pozna, ale gdzie współczucie, gdzie skrucha?
Jak możesz wymawiać te słowa, to boli, te słowa, te usta, on sam i wieczory, samotne wieczory przy butelce wytrawnego wina.
Ostatnie słowa zabrzmiały dosyć oschle, nieprawidłowo, wymierzone prosto w podstawę, która podtrzymywała całą kruchą konstrukcję. Potem był już cieplejszy, ale tylko odrobinę.
-Ja się już podniosłem – kłamca – i nie mam zamiaru, aby ludzie znowu sprowadzili mnie do parteru, do roli nadrzędnej dziwki wypełniającej każde z ich zachcianek, to nie moja rola w tym przedstawieniu.
A jaka jest Twoja?
I nadal tkwił na swoim honorowym miejscu, trochę bliżej, zanim zdążył się powstrzymać.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2431-meredith-ainsworth#34904
http://panem.forumpl.net/t2433-merry#34908
http://panem.forumpl.net/t2432-meredith-ainsworth#34907
http://panem.forumpl.net/t2434-merry#34910
http://panem.forumpl.net/t2435-merry#34917
http://panem.forumpl.net/t2437-meredith-ainsworth
Wiek : 25 lat
Zawód : anestezjolog, z-ca ordynatora OIOMu
Przy sobie : zestaw pierwszej pomocy, zapalniczka, papierosy, telefon komórkowy, leki przeciwbólowe, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    Sob Paź 18, 2014 12:33 am

To było tak bardzo chore, tak bardzo nieprawidłowe - ale przecież Merry żyła tym wszystkim, co być nie powinno, co odstępowało od normy, co była patologią. Najpierw zbiorem dziwactw, tragedii i nieprzespanych nocy była tylko jej kariera, tylko zimne, szpitalne noce, szloch urywał się tylko tam, na metalowym łóżku, gdzieś daleko, trzy, może cztery sale dalej. Urywał się, kończył, tak jak kończyła się gorączkowa rozmowa przez telefon kogoś bliskiego, łzy też wysychały tam, na korytarzu, na sali, wsiąkały w białą pościel lub skapywały na sterylnie czystą podłogę. To było tam, a ona, ona była za bezpiecznymi drzwiami lekarskiego, na sfatygowanej kanapie, z kubkiem gorącej kawy lub puszką energetyka, albo była w domu, u siebie, w pustym mieszkaniu gdzie nie było szlochu, niechcianych wspomnień i przerażającej przeszłości. Tak było kiedyś, bo teraz patologie wyrwały się z ram jej pracy i wtargnęły nieproszone do jej życia, jej własnego, które nigdy nie było tak bajecznie kolorowe, jakby chciała, ale przynajmniej było jej. W miarę bezpieczne, w miarę zrozumiałe, w miarę spokojne i znane. Teraz już nie było.
W ogóle było tak, jakby coś się urwało, skończyła się taśma i włożono drugą, czystą, tę poprzednią gdzieś gubiąc lub po prostu świadomie do niej nie wracając. W pewnym momencie, Ainsworth chyba nawet nie umiała określić, kiedy dokładnie, przeskoczyła między dwoma etapami i w jednym było fajnie, a w drugim już nie. Może to było po śmierci pierwszego pacjenta a może po śmierci swoich ostatnich ideałów, pielęgnowanych tak czule we własnej głowie.
- Tak. - Uniosła rękę, po coś chciała sięgnąć, pewnie po butelkę, zamiast tego jednak dłoń opadła bezwładnie na udo. Jej, wciąż jeszcze jej własne udo. Miała opory? Tak, miała. Miała bardzo wiele oporów, z wiekiem coraz więcej. Tego nie wypada, tego nie wolno, tego nie próbuj dla własnego dobra. Nie sięgaj, nie myśl, nie proś, nie szukaj. - Tak, wiem. - Oczywiście, że wiedziała. Był tak blisko, tak cholernie blisko. Ale zaprosiła go, chciała przecież tej bliskości, tego wsparcia, któremu teoretycznie słowa mężczyzny przeczyły. Ale przecież zawsze się rozumieli. Najwyraźniej po okresowym rozejściu się w swoje strony niewiele się zmieniło.
Nie będzie dobrze. Nie, oczywiście, że nie. Tak jak nie istnieją księżniczki, rycerze na białych koniach, smoki, których pokonanie rozłamywałoby wszystkie problemy, niszczyło je, wypędzały poza granicę, zza której już by nie wróciły. Będzie dobrze to przecież kolejna bajka, kolejna historyjka na dobranoc, tym razem dla dorosłych, którzy w księżniczki już nie wierzą. Bajka nieco wyższej rangi, choć wcale nie bardziej prawdziwa od tych opowiastek o gadających zwierzętach czy spadającej z nieba gwieździe spełniającej życzenia.
Chyba roześmiała się cicho, chyba parsknęła, wiedząc, że Odair ma rację. Może nie zawsze ją miał, ale teraz, tak, teraz faktycznie się nie mylił. Alkohol jeszcze nikomu nie pomógł. No pewnie. Alkohol nie ratuje serc, nie składa ich w jedno, nie usprawnia myślenia, nie tworzy zasad, których trzymanie wystarczyłoby, by coś zmienić - na lepsze, oczywiście, bo na gorsze zmian nikt nie chciał. Nie, alkohol tylko niszczył - rozsądek, obycie społeczne, cywilizowanie i wątrobę.
Wahała się trochę, myślała zbyt wiele, nagle rozsądna, nagle odpowiedzialna. Pani doktor, wzór postawny cnotliwej kobiety i prawej obywatelki. Patrzcie, dzieci, to jest Meredith Ainsworth, jedna z czołowych kobiet Kapitolu XXIII wieku, tu macie jej zdjęcie. Oby nie. Oby nigdy do tego nie doszło. Heroizm, patriotyzm, sprawiedliwość i moralność, to tak obce, tak... nienaturalne. I obciążające. Jak kamień złożony na barkach. Nie, wystarczyło jej własnych kamyków, garści skalnych odłamków, które sama zbierała, ciągnęła ze sobą z własnej woli.
Zdecydowała się wreszcie, choć nie do końca jeszcze, połowicznie. Pochyliła się ku niemu, ucałowała w policzek, zgarniając blond czuprynę, tę, której nigdy nie doprowadzała do porządku, która zawsze była fryzurą dziwki - słyszała takie określenie, jedna z lokalnych reprezentantek Koła Sędziwych, Cnotliwych i Prawych tak ją kiedyś ochrzciła - zgarniając ją więc na jedno ramię.
- Zostań - szepnęła, bo chyba na więcej nie było jej dziś stać. - Zostań dziś ze mną.
To nie była gra na przerzucanie się zobowiązaniami, obietnicami, żalami. Wyrośli z tego chyba, albo może jeszcze do tego nie dorośli. Może wciąż się wahali - cóż, Merry wahała się na pewno. Poważne decyzje, dojrzałość, odpowiedzialność - brzmiało strasznie, bardzo źle, nie tak, jakby chciała. Dwadzieścia pięć lat i moralność rozpuszczonej gówniary. Więc nie, to nie była subtelna gra dorosłych ludzi, gra na wymuszenia i przysięgi. To po prostu kolejny błąd, jeden z wielu dla niej, jeden z wielu dla niego, krok nie w tę stronę, co trzeba, tchórzliwa ucieczka od oczekiwań, społecznej presji na rozsądek.


eter, morfina, absynt, nikotyna
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 25 lat
Zawód : myślę
Przy sobie : kapsułka z wyciągiem z łykołaków, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    Sob Paź 18, 2014 7:57 pm

Słyszał odpowiedź, zanim zdążył jej udzielić. Za mgłą gdzieś w oddali majaczył cel wędrówki, źródło wiecznego szczęścia i jednoczesnej udręki, zboczył z kursu, naturalnie, teraz nie widział nic. Annie, wróć. Może to ja się zgubiłem. Zgubiłem nas. W tym wszystkim. Niezrozumiałe. Obce. Tak banalne. Mogłoby obejść się bez łez wyciśniętych przez jego ostre i nieprzyjemne, naprawdę trudne do zrozumienia słowa. Podparte pojedynczym impulsem, niczym więcej, niemające żadnego związku z analizą psychologiczną, która wiła się i łkała gdzieś w kącie pozbawiona możliwości obrony. Rozpieszczone dzieci, które nie wiedzą czego chcą, a nawet jeśli, to nie znają sposobu, aby to uzyskać i zatrzymać. Doprawdy, rozkoszna z nich para naiwnych, karmiących się przykrościami istotek, widzą swoją krzywdę, cierpią nią, rozumieją, ale nie potrafią się uwolnić. Lub nie chcą, może nie powinni, bo wszystko to składało się na Finnicka Odaira oraz Meredith Ainsworth, te nieprzyjemne wspomnienia, znieczulające doznania, potężne ciężary uginające plecy. Garby na starość? Moralne? I to wszystko takie przytłaczające. Ze. Wszystkich. Stron. Nie lubił do tego wracać ani sobie z tym radzić, chciał wrócić do domu ale nie rozumiał, że zgubił go w wieku lat czternastu w momencie, kiedy wkroczył dumnie na podest, a ceremoniału dokonał prostym i gładkim pchnięciem w klatkę piersiową. I ostrze przeszło na wylot, delikatnie, wdzięcznie się wtedy usunął, odszedłby, bo nie spostrzegł końca, zapomniał o nim, naprawdę, w pogoni za światełkiem w tunelu nie zauważył, gdy to światło go pożarło. I gdy już znalazł się u celu. To było dziecinnie proste, tak bardzo proste, że nad tą prostotą płakał wzruszony, osłabły wówczas, pozbawiony oparcia w postaci napędzającej adrenaliny. Ona uciekła. Uciekła też naturalność i niewinność. I ta gładkość w zadawaniu ciosów. Coś się również wkradło, zapuściło korzenie w jego sercu pijąc z niego szczęście, pijąc dzieciństwo, które przeleciało mu między dłońmi. Pustynny piasek. Woda.
I dziś znów jesteś tu, tam gdzie miliony razy byłeś. Uczucia te same, emocje te same. Obraz jakby wyrwany z przebłysków minionych lat. Lubisz te niepoprawne powiązania? Wstrząsające powroty do rzeczywistości?
Ja lubię szum, ale taki cichy, niegłośny. Odgłosy fal, śpiew mew. To wszystko się zlewa. Ale woda nie może być zbyt spokojna, nie może być też wzburzona. Szum musi być harmonijny. I mewy też muszą być. Ale niewiele. I morze błękitne, trudno o takie, ale musi być błękitne, może lekko ciemniejsze, tylko przejrzyste, takie jak kiedyś, takie jak na zdjęciach, na obrazkach, we wspomnieniach. We wspomnieniach najpiękniejsze.
Ona też była piękna we wspomnieniach, jest wciąż, bo one nadal funkcjonują, nacierają masowo nie pozwalając o sobie zapomnieć, taranują po drodze niczym roztargnione stado galopujących antylop wszystko co pozytywne, ten mur, który zbudowano wokół twierdzy, aby nie została znów zdobyta przez ciemne siły z przeszłości. Tym razem coś szło nie tak. Za kolejnym także. Skończy się kiedyś?
Nie skończy się nigdy, a teraz się uśmiechnij, bo będziesz musiał uśmiechać się jeszcze przez wieczność. Broda do góry, spójrz w kamery, mrugnij. Nie broń się, bo wtedy więzy zaciskają się mocniej, nie szarp, nie płacz, bo każą. Och, żal serce ściska, to młode niewinne serce sączone w gorzkich doświadczeniach, bolesnych przeżyciach i udręce, żałości, wstydzie. I gdzieś pod tą zastygłą skorupą bije drobny organ, pulsuje, żyje niby, ale trwa biernie. Bo już nic nie czuje. Stąd ta zgoda? Stąd ten uśmiech, taki jakby przeznaczał go dla miliona ludzi ale wysłany jedynie w jej kierunku. Mogła się cieszyć, teoretycznie, rzadko ktokolwiek posiada uśmiech Finnicka Odaira na własność. I to przez całą noc, zależnie też od tego, jak ją spędzą.
-Zostanę – odpowiedział prosto, zwyczajnie, bez tych wspaniałych emocji, które wyrywają serca z piersi, pielęgnują je, pieszczą, a potem miażdżą, pozostawiają, aby wyschły. Nauczył się nie obdarowywać ludzi czymś, czego nie musiałby im potem zabrać. Dosyć późno. Ale ma jeszcze całe życie. I tyle tajemnic do odkrycia.
Dotknął jej włosy, po to wyciągnął rękę, aby owinąć ich kosmyk wokół palca i liczyć piegi na jej bladym licu. Mógłby się tak zatracić, mógłby tak umrzeć miliony razy ale i tak nie zrobiłoby różnicy.
-Na noc i jeszcze dłużej, ile zechcesz – oczywiście – Ale kiedyś będziesz musiała wypuścić mnie do domu.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2431-meredith-ainsworth#34904
http://panem.forumpl.net/t2433-merry#34908
http://panem.forumpl.net/t2432-meredith-ainsworth#34907
http://panem.forumpl.net/t2434-merry#34910
http://panem.forumpl.net/t2435-merry#34917
http://panem.forumpl.net/t2437-meredith-ainsworth
Wiek : 25 lat
Zawód : anestezjolog, z-ca ordynatora OIOMu
Przy sobie : zestaw pierwszej pomocy, zapalniczka, papierosy, telefon komórkowy, leki przeciwbólowe, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    Nie Paź 19, 2014 12:02 am

Chyba nie miała już oczekiwań. Na wielu rzeczach i wielu osobach jej zależało, ale od żadnej już niczego nie oczekiwała. Wiele chciała, wiele pragnęła, ale niczego się nie spodziewała i przestała już chyba na cokolwiek liczyć. Może wreszcie do tego dojrzała, może wreszcie coś pojęła (a może nie, bo w końcu trudno jest rozumieć), a może tylko przestała wierzyć, że jakiekolwiek oczekiwania mają sens. Może znacznie więcej sensu zaczęła mieć dla niej ona sama. To, co mogłaby zrobić a czego nie, na czym jej zależało, na czym nie. I na kim. Bo chyba już tylko o jedną osobę gotowa była walczyć. I może wyrzec się też byłaby w stanie, może wreszcie umiałaby zrezygnować - ze wszystkiego, z każdego innego człowieka, jeśli tego właśnie byłoby trzeba. Może.
Ale chyba jeszcze nie dorosła. Chyba nie zmądrzała, chyba wciąż nie spełniła oczekiwań (nie swoich, bo ona i od siebie już niczego nie oczekiwała, ale innych, tych, którzy wciąż czegoś wymagali). Dorośli ludzie przecież tak się nie zachowują. Nie robią takich rzeczy, żyją uczciwie (wobec innych i wobec siebie), dbają, troszczą się, pilnują, robią kanapki do malutkiego, kolorowego tornisterka i pomagają odrabiać lekcje. Wyprowadzają psa, koszą trawę, planują remont i rezerwują pokoje na wakacje. Są obowiązkowi, tacy dzielni, tacy zdolni, tacy wszechwiedzący i gotowi na wszystko. I tak mało, tak mało zabawni - a Merry przecież była śmieszna do bólu. Naprawdę, boki zrywać.
- Tylko na noc. - Uśmiech tak samo gorzki, jak wypowiadane słowa. Ale przynajmniej szczerze. Przynajmniej, cholera, szczerze. - Tylko na noc, bo potem... - zaśmiała się cicho, urywanie. - Potem oboje musimy wrócić do domów.
Nie, to mieszkanie nie było domem. Było... czymś. Suplementem. Elementem zastępczym, niepełnym, tymczasowym. Tymczas trwał już wprawdzie cztery, pięć lat? Ale kiedyś się skończy. Wystarczy tylko, by znalazła dom. To takie proste.
Oparła czoło na ramieniu Finnicka, objęła go w pasie, zamknęła oczy, zastanawiając się, jak było kiedyś. Lepiej. To znaczy, nie tak po prostu lepiej, nie tak wprost, ale jednak... lepiej. Inaczej. Były dachy i wypalane na spółkę papierosy, były drogie alkohole, które rozpijali bezczelnie gdzieś daleko, gdzieś poza Kapitolem - choć tylko w przenośni przecież, bo nie mogli odejść, musieli tu być, na tych ulicach, w tych zaułkach, w tym ślicznym świecie. Były tematy, których unikali i te, które rozkładali na części pierwsze. Było trochę inny świat w trochę innych barwach, i oni byli też trochę inni. Paradoksalnie chyba bardziej rozsądni, bardziej przystosowani, lepiej zaaklimatyzowani.
- Kiedy to wszystko tak się spieprzyło, Odair? - westchnęła cicho, odchylając się, na chwilę jednak tylko, na krótką chwilę, bo potem ucałowała go leniwie, bez konieczności ciągu dalszego. Tak po prostu, bo mogła, tej nocy mogła. Na prawach samowładztwa odarła ją z zasad, wytycznych, przyzwoitości i regułek wypada-nie wypada. Bogowie, to tylko jedna noc, jedna pieprzona noc. Co się mogło zmienić w tym czasie?

sesja umrzyła na śmierć i nie wstanie


eter, morfina, absynt, nikotyna
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2431-meredith-ainsworth#34904
http://panem.forumpl.net/t2433-merry#34908
http://panem.forumpl.net/t2432-meredith-ainsworth#34907
http://panem.forumpl.net/t2434-merry#34910
http://panem.forumpl.net/t2435-merry#34917
http://panem.forumpl.net/t2437-meredith-ainsworth
Wiek : 25 lat
Zawód : anestezjolog, z-ca ordynatora OIOMu
Przy sobie : zestaw pierwszej pomocy, zapalniczka, papierosy, telefon komórkowy, leki przeciwbólowe, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    Sro Gru 03, 2014 11:04 pm

Wiecie, jaki jest paradoks pracy w szpitalu? Spędzasz godziny, i kolejne, i jeszcze jedne, i te nadgodziny też po to, by pomóc innym ludziom, a nie umiesz pomóc sobie. Co więcej, pomoc innym okupujesz stopniowym pogrążaniem samego siebie, którego może nawet nie jesteś świadom, może nie zauważasz - do momentu, aż w pewnym momencie po prostu dostaniesz od życia w mordę. Wtedy zatrzymujesz się, rozglądasz i widzisz: brak rodziny lub patologię, brak ludzi dookoła lub spaczenie tak głębokie, że trudno traktować towarzystwo za jakieś oparcie. Albo po prostu to, że nie masz innego życia. Że rozmawiasz, ale tylko o pracy, że umawiasz się, ale tylko z innymi lekarzami (najczęściej - na konsultacje szczególnych przypadków), że jeśli wychodzisz z domu i twoim celem nie jest szpital - to najpewniej zaliczasz tylko szybki wypad do pobliskiego sklepu po półprodukty do mało ambitnych kanapek i kawę.
Meredith wciąż jeszcze nie była na etapie pełnego uświadomienia w tej kwestii, natomiast nieuchronnie się ku niemu zbliżała. Gdy kolejny dzień szczęśliwie się zakończył - żadnego zgonu na oddziale, żadnych awantur z chirurgami, planowe operacje faktycznie się odbyły, brak wypadku, armageddonu, jesieni średniowiecza, karty pacjentów uzupełnione, wypisy - wręczone, do domu też wróciła w jednym kawałku - była obolała, zmęczona i ledwo stała na nogach, ale wciąż jeszcze tkwiła w swym silnym przekonaniu, że robi dokładnie to, co powinna. Żadna z niej była święta Teresa z Kalkuty, ale hej, kochała to, co robiła. Była tym typem człowieka, który nie potrafił działać w normalnym, ludzkim tempie, nie umiał cieszyć się gotowaniem, niańczeniem dzieci, sprzątaniem, pracą od ósmej do szesnastej. Ainsworth, by czuć, że żyje, potrzebowała bólu, łez, śmierci, ciągłego balansowania na granicy, nieustannego wyrzutu adrenaliny do krwiobiegu.
Tym niemniej, musiała odpoczywać. Nie była robotem - a szkoda, ileż wzrosłaby wtedy jej wydajność! - po kilkunastu godzinach na nogach musiała wrócić. Musiała zrzucić fartuch, zdjąć rękawiczki, zjeść i się wyspać. To były proste, łatwe do zrealizowania potrzeby - ale tylko takie dzieliły ją przecież na co dzień od faktycznego spełnienia. Tydzień pracy był tygodniem pracy. Dyżury, operacje, a teraz, po awansie, także dodatkowa papierologia sprawiały, że Merry nie myślała za wiele. Nie zajmowała się sobą, swoim własnym sercem, swoimi potrzebami czy tęsknotami. Byli pacjenci, ich dramaty, była nikotyna, alkohol i towarzystwo Strażników Pokoju - bo przecież Ainsworth piła w najczęściej odwiedzanym przez nich pubie. Nie było rozterek, westchnień, wytykania sobie błędów, żalu. Na to wszystko czas przychodził w weekendy.
Teraz zaś weekendu jeszcze nie było. Środek tygodnia ujętego w ramy szpitalnego grafiku - który zresztą sama teraz rozpisywała. I wiecie co? To był raj, raj dla jej umysłu pracoholiczki. Nigdy nie narzekała - choć wtedy, przedtem mogła, dla zasady, w końcu nie ona decydowała o swych przydziałach - teraz jednak nie czuła ku temu najmniejszej ochoty. Była w swoim żywiole. Swoim świecie. Jeśli pogodzić się z tym, że poza nim nie miała żadnego innego, bardziej ludzkiego, można było uznać, że jest osobą całkiem w takim układzie szczęśliwą.
Trzaśnięciem drzwi obwieszczając swój powrót - och, tak, przepraszam, przecież nie było komu, nikt na nią nie czekał, jak zwykle - nie raczyła nawet zapalić światła. Hej, przecież zawsze szła tą samą drogą, miała czas, by nauczyć się pokonywać ją niemal na ślepo. Tak jak teraz, bez zwracania uwagi na szczegóły. Pogrążone w mroku mieszkanie miało w sobie coś szczególnego, jakąś namiastkę intymności, w której Ainsworth się lubowała. Nie miała serca odbierać sobie tej przyjemności, jaką było chłonięcie spokoju czterech ścian bez rozpraszania się bodźcami wzrokowymi.
Buty zostawiając na progu a marynarkę odwieszając przykładnie na wieszak przy drzwiach, przeciągnęła się leniwie, na boso ruszając do kuchni. Po drodze zdjęła jeszcze bokserkę, pozostając w sportowym staniku, przeczesała włosy palcami. To była u niej norma - rozbierać się od progu, na dobry początek wieczoru racząc się lodowatą, wyjętą z lodówki wodą. Samotność miała swoje plusy i jednym z nich był brak jakiegokolwiek skrępowania. Jej zwyczaje były jej zwyczajami i nie musiały przeciwstawiać się jakiejkolwiek krytyce. Mogła robić co jej się żywnie podobało (no, a przynajmniej to, na co pozwalał nienormowany czas pracy) i nie obawiać się jakiegokolwiek osądu. Jednemu nie mogła zaprzeczyć - jej dom faktycznie był jej azylem, jej twierdzą, jej schronieniem. Przy całej garści minusów, z jakim wiązał się brak kogokolwiek u boku (kogoś, kto czekałby na ciebie, przywitał gorącą herbatą, kto po prostu by był), ten jeden argument był niezaprzeczalną przeciwwagą dla danego układu.
Opierając się biodrami o blat kuchenny, pociągnęła kilka konkretnych łyków okrutnie zimnej wody (ścierając jeszcze grzbietem dłoni te kilka kropel, które spłynęło jej z kącika warg ku brodzie) i zerknęła na zegarek. 23:04. Cóż. Chyba za późno na kolację, co?


eter, morfina, absynt, nikotyna
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2166-alexander-amitiel#28951
http://panem.forumpl.net/t2173-mlody-gniewny#29048
http://panem.forumpl.net/t2174-alexander-amitiel#28990
http://panem.forumpl.net/t2182-prawie-buszujacy-w-zbozu#29049
http://panem.forumpl.net/t2176-alex#28993
Wiek : 19 lat
Zawód : naczelny pechowiec
Przy sobie : ŚWIECZNIK, zestaw zatrutych strzałek (zostały 3). jodyna, latarka, ręcznik, przyprawy,pusta butelka, zwój liny, antybiotyk, połówka chleba, trzy mandarynki, dwa pączki, wieprzowina ze stołu, pół bochenka chleba,2 banany, zwiększenie szansy na powodzenie podczas walki wręcz (kości)
Znaki szczególne : brak
Obrażenia : fizycznie trzyma się nieźle

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    Nie Gru 07, 2014 6:20 pm


Powinien dostać Nobla – albo inną nagrodę, nigdy nie był dobry w takich historycznych niuansach, generalnie był raczej nieukiem – za umiejętność wytrącania przyjaciół z Kolczatki ze stanu względnej równowagi. Podczas gdy inni ludzie, których ta szanowana organizacja terrorystyczna (bla ba bla…) ocaliła z domu niedoli, który charakteryzował się obecnością niebieskich psów, osiadła na tyłku i godziła się na spełnianie najbardziej niedorzecznych rozkazów, Alexander był ciągle w ruchu. A raczej próbował być, na tyle, na ile pozwalała mu jego etykietka człowieka poszukiwanego listem gończym. Nie, nie przejmował się ekspresowym wyrokiem śmierci, który był jak topór – ciężki i groźny – zawieszony nad jego głową od początku tej bajki z Igrzyskami. Problem w tym, że… Jeśli był czas, kiedy naprawdę obawiał się śmierci i tej całej maskarady z kostuchą, której pewnie nie ubłagałby dobrym seksem; to on już bezpowrotnie minął. Może i sporo wisiało nad jego głową, może był osobą, która miała paść już niebawem, ale przestał się tym przejmować. Miał wrażenie, że godnie zastępuje tego czubka od wielkiego kamienia. Z tym, że on niczego nie pchał przed siebie, to na nim zawisnął potężny głaz i cały czas liczył, że pewnego dnia spadnie i rozpieprzy mu czaszkę, pozbawiając go życia – tak, chciałoby się – albo przynajmniej pamięci.
Dochodził do żałosnego wniosku, że amnezja byłaby spełnieniem jego marzeń, a to brzmiało mu już jak szczyt użalania się nad sobą. Tego nie znosił, więc postanowił działać po swojemu, po raz kolejny wymykając się z podziemnych korytarzy – nie mógł ścierpieć braku powietrza – i odnajdując drogę do swojej ciotki. W dużym rodzinnym skrócie. Meredith przecież nie była wcale z nim spokrewniona. Gdyby tak było, to nigdy nie wybrałby jej jako powierniczki swojej tajemnicy. Każda siostra jego rodzonej matki sprzedałaby go za przywileje i status pełnoprawnego obywatela, był o tym przekonany, bo i sam postąpił podobnie. Nie sądził więc, że dawne winy mają być mu cudownie odpuszczone, nadal grzązł po same kostki w kwartalnym błocie i szukał uzdrowienia u swojej dawnej lekarki.
Nie miał bladego pojęcia, dlaczego postanowił ratować siebie za wszelką cenę przy pomocy kogoś takiego jak Meredith, ale była to jedna z tych niewielu – żywych – osób, do której miał coś na wzór zaufania, więc zanim przemyślał dokładnie całą sytuację, zwyczajnie włamywał się do tego mieszkania. Nienawidził braku prywatności w schronie. To na pewno było powodem tego najścia, które przerodziło się coś na wzór kulturalnej schadzki, o której jego przyszywana ciotka nie miała pojęcia. Mógłby jakoś ją o tym zawiadomić – wykręcić numer z telefonu domowego, donosząc jej o wizycie podczas operacji – ale wiedział, że mieszkańcy Dzielnicy pozostają pod pilną obserwacją.
Z tego też powodu postanowił zrobić jej niespodziankę. Przynajmniej tak rozpatrywał swoje wejście smoka, kiedy wziął prysznic, opróżnił lodówkę (a raczej to, co w niej było oprócz światła) i ułożył się w jej łóżku. Zupełnie tak jak w wesołej historii o trzech misiach, choć nie przypomniał niesfornej dziewczynki, która zasypia…
Jednak zasnął. Obudził się dopiero wówczas, kiedy usłyszał ruch w mieszkaniu i nie namyślał się wcale, wychodząc do kuchni. W której piła wodę nimfa. Jego naga (CAŁKIEM naga) ciotka, która wyglądała w ten sposób… że chyba mógłby pobawić się w kazirodztwo. Gdyby jeszcze tylko interesował się żywymi dziewczynami, a nie wzdychał za trupami.
Westchnął teatralnie, mając nadzieję, że zwróci uwagę na to, że ma gościa i obróci się przodem (cycki) do niego.
- Masz cholernie niedobrą pizzę. Jak ty sobie radzisz z tym? – zapytał poważnie, dalej stojąc na progu i uchylając się przed ewentualnymi przedmiotami, które zaraz poszybują w jego stronę. Z radości, oczywiście.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t2431-meredith-ainsworth#34904
http://panem.forumpl.net/t2433-merry#34908
http://panem.forumpl.net/t2432-meredith-ainsworth#34907
http://panem.forumpl.net/t2434-merry#34910
http://panem.forumpl.net/t2435-merry#34917
http://panem.forumpl.net/t2437-meredith-ainsworth
Wiek : 25 lat
Zawód : anestezjolog, z-ca ordynatora OIOMu
Przy sobie : zestaw pierwszej pomocy, zapalniczka, papierosy, telefon komórkowy, leki przeciwbólowe, scyzoryk wielofunkcyjny

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    Sob Gru 20, 2014 8:14 pm

Meredith ceniła sobie stabilizację. Jej życie może i nie było wzorem życia uporządkowanego, tym niemniej dla niej samej było wystarczająco przewidywalne, by czuła się komfortowo. Wiecie, chodzi o takie pierdoły, bukiet drobnostek, które wydarzają się w określonym rytmie i dają pewien punkt zaczepienia. W przypadku Ainsworth schemat był jasny - wczesny poranek (nie mylić tego z faktyczną porą dnia, bo przecież Merry swą dobę pracy zaczynała różnie), mocna kawa, zimny prysznic, praca od tej do tej (to jedyny okres, kiedy brak rutyny także zasługiwał na miano przewidywalnego), powrót do pustego mieszkania, kolacja na szybko, krótki sen i od nowa. Niby nic skomplikowanego, a ileż było warte! Tylko dzięki temu Meredith jakoś funkcjonowała. Po prostu wiedziała, co ją czeka za godzinę, dwie, trzy. Każdy dzień wyglądał podobnie i będąc tego świadomą, ryzyko niespodzianek znosiła do umiarkowanie komfortowego minimum.
Tylko wiecie, ze stabilizacją jest ten problem, że ona prędzej czy później się kończy. Jest miło, fajnie, wszystko wiesz, nic cię nie zaskakuje - i nagle coś pierdolnie. Albo rozsypie się jak z domek kart, albo zyska kolejne piętro. Ktoś zniknie, ktoś się pojawi, coś zyskasz, coś stracisz. Ale to w gruncie nie ważne - nie ważne jest, co się wydarzy. Po prostu coś, co sprawia, że nie jesteś już w stanie przewidzieć nie tylko kolejnego ranka, ale właściwie nawet kolejnej godziny. Zwrot o sto osiemdziesiąt stopni w chwili, kiedy droga wyglądała na prostą i pozbawioną kłód. Terapia szokowa, po której potrzeba połechtania elektrowstrząsami, by się pozbierać.
W przypadku Meredith rewolta miała na imię Alexander i jeszcze do niedawna była zabaweczką rządzących. Do niedawna, bo potem jednak się wywinął (to jednak ktoś mądry stwierdził, że głupi ma szczęście) i trafił cholera wie gdzie. To znaczy, niby wiadomo - do buntowników, Kolczatki, whatever. W każdym razie znikł z telewizyjnego ekranu i pojawił się gdzieś.
Jeszcze godzinę temu za cholerę nie uwierzyłaby, że to gdzieś może okazać się jej mieszkaniem.
Czas zwalnia tylko w filmach. Tylko w komercyjnych produkcjach ma się chwilę na zastanowienie, policzenie do dziesięciu, stu, do miliona, wzięcie oddechu, ułożenie cywilizowanej przemowy. W prawdziwym życiu tak nie jest. W prawdziwym życiu Meredith Ainsworth zacisnęła zęby tylko na te pół minuty, jakiej potrzebowała, by zabrać z łazienki szlafrok i owinąć się nim ciasno. Dobieranie w tym czasie eleganckiego słownictwa, jakim mogłaby uraczyć Amitiela (och, jak się cieszę, że widzę cię żywego!, taki mógłby być ton jej wypowiedzi, ale nie bądźmy śmieszni, to nie będzie tak wyglądało) było ostatnim, czym mogła się zająć.
- Nie radzę sobie. Chodzę na terapię - odpowiedziała więc jeszcze tylko grzecznie, nawet cicho, nawet całkiem spokojnie i tylko sznurek od szlafroka zawiązała ciasno, tak ciasno, że pewnie potem różowy ślad odciśnięty w talii będzie świadczył o przebiegu tych specyficznych pęt. I tylko zacisnęła zęby mocno, wiedząc, co się dzieje. To znaczy, nie, właściwie nie wiedząc. Właściwie nie mając bladego pojęcia, najmniejszego, co tu się wyrabia.
- Czyś ty ochujał do reszty?! - wydarła się wreszcie, gdy nie dała rady już dłużej tak po prostu stać, patrzeć i walczyć o to, by się cieszyć. Bo niby faktycznie się cieszyła, wiecie, że był cały i zdrów (znała go przecież od kilku lat, latami wysłuchiwała jego problemów, z którymi wstyd było iść do ludzi), ale nie aż tak, by miało to przeważyć nad całym mijającym właśnie dniem. Dniem, który właściwie miał się już skończyć, ale chyba jednak nie. On chyba właśnie się zaczynał. I to było zwyczajnie za dużo. Za dużo, by Merry była w stanie wmówić sobie, że jest spokojna jak wagon pełen tybetańskich mnichów. - Amitiel, do kurwy nędzy, czy tobie odjebało?! - W dzieciństwie marzy się o różnych specjalnych zdolnościach i Meredith była chyba bliska sięgnięcia po jedną z nich. Krzesanie ognia samym spojrzeniem, hej, to mogłoby być przydatne. - Przecież ty powinieneś... Kurwa, nie poznali się jeszcze, że ciebie trzeba na łańcuchu, na krótkiej smyczy do grzejnika przyśrubować?! Ja pierdolę, Boże, Alex, przecież to jest jakieś... - Machnęła ręką w powietrzu w bliżej niesprecyzowanym geście. Coś jak mózg rozjebany, ale jeszcze nie do końca. Coś w tonie problemy cywilizacyjne, głód na świecie i korupcja, ale ja kurwa nie wiem, jak się nazywam, nie powiedziane wprost, ale promieniujące z postawy szacownej pani ordynator, pani doktor.
Pani doktor, która ocaliła dziś jedno życie. Pani doktor, która chyba znów przegrywała swoje.


eter, morfina, absynt, nikotyna
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Meredith Ainsworth    

Powrót do góry Go down
 

Meredith Ainsworth

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Meredith Walker

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje-