IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield - Page 3

 

 Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Sro Lip 23, 2014 11:58 pm

First topic message reminder :

***


Ostatnio zmieniony przez Tabitha Gautier dnia Sob Lip 26, 2014 9:29 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pią Sie 01, 2014 9:07 pm

Och, te chłodne nocne powietrze. Było ukojeniem, zwłaszcza, że w pomieszczeniu nie dość, że było mu gorąco przez ogień i wysiłek, to w dodatku wparował tam ten cały tłumek. Był wdzięczny, ale musiał przyznać, że tu było teraz o wiele milej.
Nie znał Amandy, ani współlokatorki Tabithy. Nie miał pojęcia, jakie mają nawyki, zwyczaje, więc pewnie ta jego podróż za dom nie miała sensu. Warto jednak spróbować, bo do stracenia nie miał nic. Jedynie czas, którego teraz miał sporo... Choć powinien pamiętać, by zadzwonić jutro rano i zgłosić nieobecność w pracy. Nie chciał, by przypadkiem go zwolniono, czy szukano jego oprawcy. Jak miał się wytłumaczyć, że szlajał się nocą po KOLCu? W sumie mógł powiedzieć, że próbował wpaść na trop pewnych niecnych interesów i to pewnie by wystarczyło. Przybył incognito by nikogo nie wystraszyć. Całkiem mądrze.
Co zaś się tyczyło Amandy, to równie dobrze mogła być w każdym innym miejscu w KOLCu i nie musiała to być ta ciemna uliczka, w której przewidywał ją znaleźć. Nie była przecież sama, więc współlokatorka Tabby mogła ją zabrać na długi spacer. Nocą, co nie było zbyt odpowiedzialne, ale mogło tak być. Może niepotrzebnie się przejmowali... Pewnie teraz chichotały się z dziewczęcych żartów pod ścianą jakiegoś opuszczonego budynku, patrząc... Może lepiej już nie myślał, na co mogły patrzeć o tak późnej porze? Z pewnością nie były to motylki. Prędzej ćmy. Eee... Chyba powinien zmienić temat...
I oczywiście nie musiał, bo zaraz usłyszał za sobą czyjś oskarżycielski głos. Bardzo ważny i miły jego uchu głos, który znów miał do niego pretensje. Ach, co on miał z tą dziewczyną! Że tez pakował się z butami i z sercem do takiej oto... Kochanej Tabby, która chyba naprawdę zamierzała mu zniszczyć życie. Zaczynając od psychiki.
- Tabby, a czy ja się żegnam? Nie! Szukam Amandy. Tej Amandy, o której nieszukanie masz do mnie pretensje! - Krzyknął, choć zaraz się zreflektował i poprawił, mierzwiąc sobie na upartego swą krótką czuprynkę. - Tabitho, szukam Amandy. Nigdzie nie uciekam. I jestem pieprzonym nosicielem dobra. Zobaczysz, znajdziemy ją. Pewnie wyszła na spacer z twoją współlokatorką - stwierdził spokojniej, łapiąc ją nagle za rękę i przyciągając do siebie.
- Musisz być dla mnie taka zła? Staram się. Bardzo. Bardzobardzobardzo i chciałbym byś od czasu do czasu się do mnie uśmiechnęła, zamiast ciskać tymi wszystkimi oskarżeniami, które często, musisz mi przyznać rację, są twoimi bezpodstawnymi wymysłami. Nie jestem taki zły, jakim mnie widzisz. Popełniłem w życiu dwa wielkie błędy i to wszystko. Nic więcej złego na koncie nie mam - przyznał spokojnie, unosząc prawą dłoń i głaszcząc ją delikatnie kciukiem po policzku. Miał ochotę ją pocałować, ale chyba wolał nie ryzykować. Nadal miał szansę oberwać z prawego prosto w szczękę.
Choć może chciał zaryzykować. Miał wrażenie, że bardzo jej się podoba, że uważa go za przystojnego i że nadal go kocha. Gdzieś tam... Na pewno. W dodatku chyba miała chrapkę na mizianie jego klaty, co mu w sumie schlebiało i...
Pocałował. Raz kozie śmierć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pią Sie 01, 2014 9:36 pm

Puma zaczynała powoli podnosić swój przyczajony zadek, nadal nie spuszczając ofiary z oczu. Czuła to w łapkach. to mrowienie. Wiedziała, że ten moment się zbliżał. Już niedługo, za moment, chwilkę i miała skoczyć prosto na tę istotkę na dole, by potem, bawiąc się z nią swoimi pazurkami, pozbawić ją w końcu życia. Na zawsze. Na wieczność. Miało ujść z niej życie i nigdy do niej nie wrócić, bo tak już było.
Amanda Darcy nienawidziła tego prawa natury. Prawo, które odebrało jej to, co tak bardzo kochała, od czego była zależna i co było jej praktycznie całym światem. Alvertus zginął na jej oczach. Widziała, jak zapada się pod nim podłoga i jak wpada we wściekłe płomienie, które go pochłaniają... By nie widziała jak smaży się jego ciało, jak skwierczy i czernieje. W tamtej chwili pragnęła do niego dołączyć, by być z nim już na wieczność. W tych płomieniach. Chciała, ale jej nie pozwolono. Moment ten niestety minął, a ona... Musiała żyć. Sama.
Nie pamiętała niczego, co wydarzyło się po tym pożarze. Pamiętała jednak, że miała momenty, w których odrzucała wszystko, co działo się w posiadłości Darcyego. Uważała to za epizod, który nie miał miejsca... Choć wiedziała, świetnie wiedziała, że zostawiła tam coś ważnego. Zerwała z nazwiskiem, w czym pomógł jej ojciec. Siedział przed nią i powtarzał, a do niej docierały strzępki. Amanda Gautier. Była Amandą Gautier, ale czemu? I tak miała nie wychodzić z pokoju. I miała myśleć o przyszłości, którą straciła. Po mężu nie zostało jej nic. Ogień zabrał go, a wraz z nim wszystko, wszystkich... Nie miała nikogo, prócz rodziny. Nie rozmawiała jednak z nimi, bo uciekała daleko. W sumie nawet nie mogła odnaleźć języka w ustach, ani skupić na czymkolwiek wzrok. Przed oczami miała jedynie Alviego znikającego w płomieniach.
Teraz zaś miała na sobie mężczyznę, który go zabił. Chęć na cokolwiek innego, prócz pozbawienia go życia, jej przeszła, zwłaszcza, że usłyszała głosy. Niewyraźne, ale zbliżały się coraz bardziej. Miała dość czuły słuch, który nie skupiał się jedynie na tym spaślaku. Nie można było tego powiedzieć o nim, bo on najwidoczniej widział już jedynie ją. Nic więcej.
W dodatku źle z nią pogrywał. Nie chciała być brana przemocą, nie chciała być bita i nie chciała słyszeć gróźb. To ona miała tu rządzić, to ona była drapieżnikiem, a nie ten szczur z kanałów, który wody nie widział od... Nie wnikała. Nie wnikała też w to, co pomyślałby puszysty króliczek, muszka owocówka Agatka, przyczajona puma czy ten głos, który czasem słyszała nocą. Wpuszczał do jej ucha taką miłą jej muzykę... Tak jakby znajomą, ale odległą. Nie mogła sobie przypomnieć, skąd ją znała... Jeśli chciała odnaleźć głos i tę piosenkę, to musiała przeżyć i go zabić. Groził jej snem wiecznym!
Zaczęła się mu wyrywać, próbując dać znak ludziom, którzy byli w pobliżu. Zaczęła się go bać, bać się, że nie trafi widelczykiem we właściwe miejsce i że ten faktycznie pozbawi ją życia. Jak jej męża. Potem może chciał spalić jej zwłoki... Nie chciała spłonąć. Już nie.
- Pomocy!!! Ratunku! On... Pomocy! Gwałciciel! - Zaczynała krzyczeć, gdy tylko udawało jej się uwolnić usta spod tego spoconego łapska. - Pomóżcie mi! Halo! - Dłonią próbowała znaleźć widelczyk. Powinien gdzieś tu być nieopodal...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pią Sie 01, 2014 11:51 pm

- No, geniusz to z ciebie prawdziwy. A czy ja mówiłam cokolwiek o tym, że się żegnasz? Nie! Ja mówiłam o tym, że się NIE żegnasz. - Przerwała mu w na chwilę przed tym, jak wrzasnął do niej, że szuka Amandy. To skonsternowało ją na tyle, by rozejrzała się dookoła niepewnie. I to z otwartymi szeroko ustami, które ułożyły jej się w piękne kółko! - A... A... A... Że co, proszę? - Spytała w końcu, wydając z siebie przedtem kilka nieartykułowanych dźwięków i mrugając niezbyt przytomnie.
No dobrze... Tego to ona się nie spodziewała, gdy wybiegała za nim, by najzwyczajniej w świecie wyładować na nim swą wściekłość. Bo innego powodu jej zachowania nawet ona sama nie potrafiła znaleźć, nie szukając nawet zbyt długo, bo to i tak nie miałoby najmniejszego sensu. Przecież sama przyznała sobie chwilę wcześniej, że nawet ucieszyłoby ją jego pospieszne i milczące wyjście.
Tymczasem wydarła się na niego za coś, co teraz zupełnie zdawało się przeczyć prawom logiki. Zwłaszcza po jego informacji o tym, że wyszedł właśnie na poszukiwania Mandy. Ranny, ze świeżo pozszywaną raną brzucha, a jednak chcący jej pomóc, co było takie... Niewątpliwie dziwne, szokujące i jakby po części skłaniające ją do przemyśleń, których za nic w świecie nie chciała mieć. Nie i koniec!
- Powiedz to tym wszystkim ludziom z Kwartału. Przyznaj, że masz się za dobrego człowieka. Zjedzą cię. Przynajmniej nie będą głodni. Zrobisz raz w życiu coś dobrego. - Stwierdziła, pomijając fakt jego chęci pomocy Amandzie i starając się wypadać twardo, chłodno i nieustępliwie, jak na prawdziwie wrogą mu osobę przystało.
Choć już bardziej miała ochotę popaść w jeszcze większą konsternację, bowiem coś jej tu zdecydowanie nie grało. Nie wiedziała tylko, co dokładnie to było. No i nie miała też bladego pojęcia, czego może sobie zażyczyć ten egoistyczny bubek w zamian za współpracę w poszukiwaniach jej siostry. Bo w to, że robił to tak czysto bezinteresownie... Nie było jej przykro, że nie dawała wiary. Na świecie było bowiem naprawdę niewiele bezinteresownych osób, a on zdecydowanie się do nich nie zaliczał.
Za dużo przeżyła, by móc wciąż jeszcze wierzyć w to, że Angelini należał do tego typu dobrych ludzi, którym można było swobodnie i bezpiecznie zaufać. Raz może faktycznie dała mu się omotać i omamić, ale drugiego już nie miało być. Już nigdy więcej. Nie da się ponownie nabrać za żadne skarby tego świata.
- Nie przepadają za sobą, więc to musiałaby chyba być nadzwyczaj wyjątkowa sytuacja, by wyszły gdziekolwiek razem. Poza tym... Nie sądzisz, że bym o tym wiedziała? - Zgasiła jego wybitnie nieudolną próbę pocieszenia jej, lecz poza tym nie udało jej się powiedzieć już zupełnie nic.
Przynajmniej podczas tej chwili, w której Valerius przyciągnął ją za rękę do siebie i zarzucił potokiem słów dotyczących jej zachowania w stosunku do niego. To było takie... Kolejna porypana rzecz i to podczas jednego wieczoru! Ktoś tam musiał się całkiem nieźle bawić, dobierając jej coraz to bardziej rypnięte scenariusze.
Angelini chcący jej dobroci i uśmiechów, bo się bardzobardzobardzo stara? Serio?! To wzbudziło w niej tylko pragnienie wyjątkowo gorzkiego roześmiania się. Jakoś wcześniej nie starał się bardzobardzobardzo, a nawet wręcz przeciwnie. On wszystko bardzobardzobardzo niszczył. Aż za bardzo, by mogła chociaż myśleć o wybaczeniu mu tego. Zwłaszcza teraz, gdy jej siostra zaginęła.
- O dwa błędy za dużo, bym mogła się do ciebie jeszcze kiedykolwiek uśmiechnąć. - Powiedziała do niego sucho, strącając jego kciuk z jej twarzy, choć musiała przyznać, że nie było to złe uczucie. Bardziej pełne słodyczy, ale nie mogła się w tej chwili rozpraszać. Jej siostra...
I te kilka sekund, podczas których zamarła, czując usta Valeriusa na swoich. Jej ciało zareagowało. Szkoda tylko, że na dwa sposoby. Pierwszego z nich nie kochała ona, drugiego zdecydowanie miał nie pokochać on. Lecz tylko ten drugi był wyraźny. No, poza nienaturalnym biciem jej serca i zdradliwymi rumieńcami wstępującymi na policzki. Ona miała rumieńce, zaś on...
Piękne przyładowanie z liścia wprost w sam środek policzka. Szybkie, zadziwiające nawet ją samą, bo przecież gdzieś wewnątrz naprawdę chciała się z nim całować, a jednak wykonała ten ruch. Mimo że po części go paskudnie żałowała. To było takie irytujące.
Choć krzyk, który wyrwał ją z chwilowego zawieszenia i nakazał wreszcie ruszyć jej się z miejsca, a nie stać tak z uniesioną ręką i wyrazem pełnego szoku na twarzy... Ten był pomocny. Sprawiał, że dziękowała wszystkim siłom za to, że jednak nie zaczęła całować się ze swoim nieprzyjacielem. Dzięki temu mogła jeszcze szybciej zerwać się i pędem rzucić w stronę wrzasku. Może i nie znała głosu kobiety, ale przecież nie mogła tak tego zostawić. Nawet ona.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : studia nad uprzykrzaniem życia postaciom
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Sob Sie 02, 2014 12:59 am

Zajęty sobą i nią, z początku nie ogarniał sytuacji, która nagle wynikła. Wydawało mu się, że jest jak najbardziej dobrze i nic nie ma szans tego popsuć. Na dodatek dawał jej dokładnie to wszystko, czego tak bardzo przed sekundą chciała. No, może poza tą drobną rzeczą, którą zrobił, by wreszcie się przymknęła. Nie lubił zbyt dużo gadających bab, a już zwłaszcza nawijających o czymś godzącym w jego męski honor.
Zdecydowanie bardziej wolał ciche kobietki. Bardziej uległe i mniej dzikie. Ta zaś zaczynała pokazywać mu, co to znaczy w pełni zasługiwać na swój tytuł wariatki. Zaczynając nagle wrzeszczeć, wyrywać się i nawoływać pomocy. Przez co jakby ocknął się ze swoistego transu, mocniej przyciskając swą spoconą dłoń do ust dziewczyny i starając się nasłuchiwać. I już po chwili usłyszał... Wyraźne kroki, które zbliżały się coraz szybciej.
Poderwał się więc z miejsca, jeszcze wyraźniej przyciskając rękę, by uciszyć pannę i przyciskając ją do ściany, by drugą ręką zapiąć sobie spodnie. Po tym rozejrzał się pospiesznie, dostrzegając w półmroku kawałek dosyć grubej deski. Nie zastanawiając się zbyt wiele, przesunął się w jej stronę pospiesznie, chwytając ją i uśmiechając się szeroko do trzymanej gołąbeczki.
Cel uświęcał środki... Grubasek zamachnął się deską, uderzając nią w głowę panienki w ten sposób, by pozbawić ją przytomności, a gdy już to zrobił. Zaczął nieudolnie przerzucać ją sobie przez ramię, nie sprawdzając nawet stanu jej świadomości. A była tylko lekko ogłuszona... Nie zdążył też odejść zbyt daleko, gdy napotkał szukających Amandy...

3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Nie Sie 03, 2014 9:30 pm

Nie żegnasz się, mimo że nie zamierzałeś się żegnać, bo jeszcze się nie żegnasz, to źle. Mówisz, że nie żegnasz się, bo się nie zamierzałeś żegnać, bo się jeszcze nie żegnasz, też źle, bo przecież chodziło o to, że się nie żegna, gdy tak na serio nie zamierzał się żegnać, bo się jeszcze nie żegnał, a powiedział, że się nie zamierzał żegnać jeszcze. Pokrętnie i chyba coś poplątał. Nieistotne. To i tak była czarna magia zwana psychiką kobiety. Ważne, że nie szedł sobie w stronę słońca, by tu nie wrócić... Nie, nie zamierzał wychodzić bez pożegnania. Wyszedł chwilowo, by szukać Amandy, a potem wrócić z nią do domu, do jej siostry, gdzie było miejsce.
Cóż, chciał ponownie dobrze, ale znów wyszło na źle. Jakieś fatum czy coś. Spotkał się z kolejnymi pretensjami Tabithy, co nie szło po jego myśli. Wolał unikać tego typu słów Tabby i w końcu sprawić, by nie miały powodu wypływać z jej ust, ani tworzyć się pod tą burzą jej włosów, ale u niej... Niestety, ale opieprza za opieprzem gonił. Każdy skierowany prosto do niego. Chyba po prostu nie mogła się powstrzymać, a usta zamknął jej dopiero fakt, że szukał Amandy. Która, warto wspomnieć, była dla niej najważniejsza.
Była prawdziwie zaskoczona tym faktem, jakby naprawdę miała go za takiego dupka, który miał ją w głębokim poważaniu, a przyszedł z nadzieją na... Na co? Na to, że mu zapłaci, że dowie się, że nie żyje czy na seks? Nie miał pojęcia, za jak wielkiego dupka go miała, ale bycie dupkiem w jej oczach i tak mu się nie podobało. Czy był on mały, średni czy ogromny, ten tytuł pozostawał dla niego pfe tytułem, który ranił jego ja. Musiał przyznać, że nie spodobało mu się to, że myślała, że pójdzie bez pożegnania, podziękowania i przeproszenia. Nadal zamierzał ją przepraszać na każdym kroku! Poza tym pójcie bez pożegnania... Jakim cudem miał się gdziekolwiek ruszyć bez swoich rzeczy!, bo te miał w zamiarze zabrać, a przynajmniej scyzoryk! Miał do niego sentyment i jakoś nie widziało mu się zbytnie myślenie o materialnych rzeczach w chwili, gdy te sercowe się właśnie burzyły, a może nawet już legły w gruzach, a on sam sobie kłamał, twierdząc, że one nadal tam stały.
Każde jej słowo, no, może prawie każde, oznajmiało mu, jakim to złym jest człowiekiem, jak bardzo go nienawidzi i że nawet nie ma tu czego szukać. Słowa, które wpadały przez te jego uszka i przecież docierały do mózgu, były przetwarzane i świetnie przez niego zrozumiane. On jednak żył nadzieją, że ona gdzieś tam w głębi go kocha i ta nienawiść jest jedynie pokazem skierowanym w jego i swoim własnym kierunku. Teraz pytanie, czy on siebie oszukiwał, czy ona siebie. Któreś się mamiło i wolał, by to była Tabitha. Mimo że wszystko przemawiało przeciwko niemu.
- O dwa błędy za dużo, bym mogła się do ciebie jeszcze kiedykolwiek uśmiechnąć. – Przegrał. Te słowa świetnie mówiły, co o nim myśli, a mimo to... Czuł tę dziwną pewność w sobie, że nadal nie jest jej obojętny, że jego marzenia nie były marzeniami ściętej głowy. Tabby go kochała i...
PLASK! Nie kochała.
Może i pomyślał o takiej ewentualności, takiej, że ich kolejny pocałunek może się zakończyć jej pięścią na jego twarzy, ale chyba nie brał tego do siebie na poważnie. Wątpił najwyraźniej, by coś takiego mogło się wydarzyć, a... A... A... Właśnie dostał od niej z otwartej i stał. Stał tak zaskoczony i rozbity, że nie miał pojęcia, co mógłby powiedzieć, albo choćby pomyśleć. To...
Chwała, że usłyszeli te wrzaski, bo cieszył się, że mógł na razie przerwać myślenie. Nie chciał słyszeć tego, co miały mu przekazać jego własne myśli. Wolał nie myśleć, wolał przepaść i nie myśleć już nigdy, bo to... To miało zniszczyć wszystko, czym do tej pory żył.
Ruszył szybko za Tabithą w stronę, z której dobiegały krzyki. Dość szybko też natknęli się na opasłego faceta z dziewczyną na ramieniu, który najwyraźniej chciał się gdzieś stąd zwinąć, a „stąd” było w tej chwili ciemną uliczką, do której zamierzał iść, by sprawdzić, czy Amanda przypadkiem nie leży tu nieprzytomna. Może dziewczyna i kobiece wrzaski, to była ona?!
Bez zawahania wyciągnął spluwę i wycelował ją w nieznanego typka. Nagie dziewczę, które prawdopodobnie jeszcze chwilę temu wrzeszczało, było wystarczającym argumentem do tego, by uznać go za podejrzanego. Zwłaszcza, że nagi tyłek, który widział, mógł należeć właśnie do Amandy.
- Stój! Nie waż się uciekać! I odstaw dziewczę na ziemię! – Wrzasnął, stojąc od mężczyzny kilka kroków i celując mu prosto w te jego czółko. Ciekawe, czy chciał się przekonać jak świetnie strzela.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Nie Sie 03, 2014 10:22 pm

Nadszedł czas na szarpanie się ze swoją ofiarą i... Cholera!, to ona miała być tu drapieżnikiem, stroną, która jest wygrana, która ma przewagę. Niestety, rzeczywistość okazała się zgoła inna. To wszystko było winą chęci zabawienia się z grubałkowatym typem, który nie miał w sobie ani za grosz uroku. Mimo to wywietrzyła okazję i co sobie myślała? Powinna była przy pierwszej lepszej okazji utopić go w makowym morzu, zamiast bawić się, jakby była nadal tą małą dziewczynką, co kiedyś. Wydoroślała, a mimo to postępowała jak dziecko i miała za swoje.
Szarpała się, wrzeszczała, próbowała drapać, kąsać, kopać, ale to wszystko okazywało się niczym, bo była drobna. Była jak nędzny komar. Nie miała potrzebnej siły, pazurów, ani innych atutów, które mogłyby jej w tej chwili pomóc, pozwolić mieć drobną przewagę albo choćby cień nadziei. Nie, nie miała nic. Miała za to sama utonąć, będąc wpierw wykorzystaną przez kogoś, kto był odpowiedzialny za śmierć Alvertusa. Przegrywała i już nic nie mogło jej pomóc.
Trzymał ją, podrywał ją, przypierał do ściany. Mógł robić z nią co żywnie sobie zażyczył, a ona mogła jedynie na to wszystko patrzeć i próbować się wyrwać. Próbować. Z niepowodzeniem. Przegrywała i już nic nie mogło jej pomóc.
Momentalnie zaszkliły jej się oczy i zaraz popłynęły z nich łzy. Głupia, była głupia. Nie była pumą, a żałosnym króliczkiem, który myślał, że może zainteresować swojego osobistego drapieżcę i wydać mu się na tyle interesującym, że nie będzie chciał go zabić, a za to mu zaufa, by potem oberwać marchewką po głowie. Marchewką, która nie mogła go zabić. Przegrywała i już nic nie mogło jej pomóc.
Z przerażeniem w oczach patrzyła, jak sięga po deskę. Widziała, jaka myśl pojawiła się w jego głowie. Mogła się mylić, ale „cel uświęca środki”. Mogła się pożegnać z jakąkolwiek nadzieją, która zniknęła wraz z chwilą, gdy dostała z deski prosto w głowę. Nagle pociemniało jej przed oczami i czuła, jak uginają się pod nią nogi... Nastała ciemność.
Chwilę po ciemności przybyły też płomienie, które szalały wokół. Była przywiązana do ściany w piwnicy, która była jej tak bardzo znajoma i tak bardzo miła. Niestety, wtedy była powodem, który zniszczył cały jej świat. Ten dzień...
Próbowała się wyrwać, uwolnić z więzów, ale nie mogła, a świetnie słyszała płomienie, które pożerały kolejne rzeczy w jej domu. I myśl, że Alvi gdzieś tam był i musiała mu pomóc... To ona nie pozwalała jej rezygnować, a kazała walczyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Nie Sie 03, 2014 11:43 pm

Plątała się dosłownie jak jakaś skrajnie wymęczona i wychudzona mucha w sieci. No tak, może i w tym wypadku sama traktowała swą osobę jak to w zwyczaju mieli traktować ich rebelianci, dosłownie jak robala, ale był to już raczej mało istotny detal, który nijak liczył się w obliczu tego wszystkiego dookoła. Choć z kolei to nie było zbytnio istotne, jeśli zaczęłaby porównywać ten chaos na zewnątrz z chaosem wewnątrz siebie.
Tak... To zdecydowanie było aż nazbyt skomplikowane. Najgorsze w tym jednak było to, że przez te wszystkie sytuacje dookoła... Cóż, najzwyczajniej w świecie nie potrafiła zebrać myśli. A przynajmniej zebrać ich na tyle, by chociaż udawać, że ogarnia świat wokoło niej. Cholera! Ona przecież nie ogarniała nawet siebie samej i swojego zachowania!
Zachowania będącego jednocześnie przykładem skrajnej głupoty i jakiegoś rodzaju zalążków inteligencji, do czego oczywiście trudno jej się było przyznać. Pomimo zwyczajowej szczerości niezależnie od sytuacji. Zwyczajnie nie potrafiła w tejże chwili się do tego przyznać, no i przyznać też, że kompletnie nie miała pojęcia, co było czym.
Czy jej swoista słabostka do Valeriusa Iana Angeliniego była skrajną głupotą? No, raczej! A może jednak nie i szło to zaliczyć do zalążków inteligentnego zachowania i myślenia? Gdyby tylko wiedziała...
Tymczasem wychodziło na to, że obecność byłego przyjaciela, a obecnego wroga numer jeden!, działała tak jakoś zupełnie destrukcyjnie na jej komórki mózgowe. Przyznajmy - robiąc jej z mózgu zupełną papkę. A ona nie potrafiła zrobić z tym zupełnie nic. Stała tylko i tępo gapiła się na niego lub, przy większej fazie na podłość, rzucała kolejnymi oskarżeniami i wściekłymi słowami.
Coś w głębi mówiło jej, że to nie była dobra droga. Niezależnie już od tego, co miałoby być na jej końcu i czy chciała zamordować Angeliniego z zimną krwią, czy może pojednać się z nim i na nowo zgrywać jakieś dwa słodkie Tęczowe Misie. Przy tym szaleństwie, jakie powoli zaczynało ją pochłaniać, wszystko i tak miało już zupełnie stracić swe znaczenie.
Szaleni ludzie nie potrafili trzeźwo myśleć. O ile w ogóle dawali jakiekolwiek oznaki myślenia czy też choćby życia. No, poza takimi bezwarunkowymi, bo takie przecież nie wymagały nawet świadomości człowieka. Czego przykład, ku swojej rozpaczy i ku poczuciu winy, miała w domu.
Mandy... Wcześniej Tabitha nie miała nawet pojęcia o tym czy może siostra ją słyszy. Ha! Nie wiedziała nawet czy jej bliźniaczka ma choćby jakikolwiek cień świadomości o tym, że jest przy niej, gdzie się znajdują, co się dzieje. Momentami szczerze w to wątpiła i chyba właśnie wtedy miała rację.
Amanda tkwiła całą sobą w tym swoim świecie, do którego nikt z zewnątrz nie miał prawa dostępu. Nawet Tabby, co już wcześniej sprawiało, że czuła się fatalnie. A teraz? W tej chwili chciała czegokolwiek. Choćby i samej świadomości obecności siostry w pokoju obok. Tych momentów, w których mogła z jakimkolwiek spokojem podejść do swej małej Mandy, by ją przytulić czy uczesać jej jasne włosy.
Kiedyś różniły się dosyć znacznie. Począwszy od idealnie wręcz skrajnie innego wyglądu, poprzez ulubione potrawy czy muzykę, na sporej części charakteru zakończywszy. Wtedy jednak zawsze były rzeczy, które łączyły je bardziej niż dzieliło wszystko. Były sobie bardzo bliskimi przyjaciółkami. Teraz zaś...
Teraz dzieliła je prawdziwa przepaść. Tabby mogłaby nawet spokojnie stwierdzić, że była ona wręcz namacalna. Wielka przepaść bez kładki czy mostu i w dodatku jeszcze otoczona grubymi ścianami. Istna blokada nie do przebycia. Nie to, że nie próbowała jej pokonać. Robiła to praktycznie nieustannie, ale bez jakichkolwiek skutków. Ani dobrych, ani złych. Nic. Zupełna pustka.
Nie była ona jednak tak okrutna jak świadomość tej możliwości zupełnej straty siostrzyczki, która zapadła się jak kamień w wodę. A teraz Tabby słyszała wrzask, który zdawało się coś regularnie tłumić. To sprawiało, że coś w niej zaciskało się już tak zupełnie, powodując niezbyt często spotykany dotąd atak strachu.
Niby nie miał on racji bytu, bowiem jej siostra nie odzywała się już od tak długiego czasu, że Tabitha zapomniała już jak to jest słyszeć jej głos i szansa na to, że to Mandy wrzeszczała... Była tak marna, że aż nadzwyczaj prawdopodobnie brzmiąca. Lęku zaś dodawało jeszcze to właśnie, że Tabby nie pamiętała brzmienia głosu siostry, którego zmiana przez tyle lat też była oczywistą oczywistością. A myśl o tym, że Amanda może być w niebezpieczeństwie...
To sprawiło, że gnała jak nigdy. Dopadła do alejkowego wejścia i... I zamarła, dając mimowolnie Valeriusowi przejąć kontrolę nad sytuacją. Ona sama trwała w szoku i absurdalności tej sytuacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : studia nad uprzykrzaniem życia postaciom
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pon Sie 04, 2014 12:18 am

Prawie mu się udało! Prawie! Mu! Się! Udało! A jednak ją upuścił... Tak właściwie, to myślał nawet o tym, że wystarczyła jeszcze tylko dosłownie jedna chwilka, by uniósł dziewczynę i jakoś pociągnął ją w stronę najbliższego bezpiecznego miejsca. Oczywiście, bezpiecznego dla niego. Dla niej bowiem szemrany burdel nie miał być raczej zbyt pewną lokacją.
Chociaż... Kto wie? Przy jej stopniu napalenia, może i miała czuć się tam wyjątkowo dobrze. W końcu warunki tam nie różniły się znacznie od uliczki, w której tak błagała o jego zainteresowanie. I tu syf, i tam syf. Kwestia tylko tego, że tam gapie przynajmniej płacili za pogapienie się i od razu nie zaczynali robić całkowicie niepotrzebnych afer o nic. Tutaj to było jak najbardziej możliwe, o czym przekonał się nadzwyczaj szybko.
Bowiem tylko ponownie postarał się ją unieść, a cholera cięższa była niż mógłby się spodziewać, no i ponownie zaczął kroczyć w stronę wyjścia z uliczki na ten bardziej nieoświetlony kawałek większej ulicy, gdy usłyszał przed sobą nadzwyczaj już wyraźne kroki, które ustały wcale nie tak nagle, by oddać swe miejsce szczękowi broni.
Broni wycelowanej wprost w jego zacne czoło... Które prawie natychmiast zrosiło się jeszcze obfitszymi kroplami potu, lecz to równie dobrze spowodowane być mogło nadmiernym wysiłkiem. Grubasek bowiem mimo wszystko starał się zachowywać rezon. No i wyglądać jak najbardziej normalnie... Pomimo nagiej kobiety, jaka przewieszona była przez jego ramię.
- Czy możesz się odsunąć, drogi koleżko? Racz zabrać również tę spluwę, bo nie ma najmniejszego powodu, byś ją we mnie celował. Tak się składa, że uratowałem tę oto tutaj panią i właśnie w tej chwili staram się przetransportować panienkę w bardziej oświetlone miejsce, by szukać dla niej odzienia i pomocy. Co też się tak po nocy wyrabia... - Westchnął, kręcąc głową z jak najłagodniejszym uśmiechem na ustach. - Nie zamierzam uciekać. Nie mam również zamiaru stawiać nieprzytomnej dziewczyny na ziemi, bo to niezbyt dobre wyjście przy tym stanie. Nie sądzisz?

3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pon Sie 04, 2014 6:28 pm

Cholera, teraz to już nie miał pojęcia, co powinien zrobić, a co sobie odpuścić. Nie nadawał się w tej chwili do logicznego myślenia, a tego wymagała sytuacja. To go tak bardzo drażniło. Chciał być sam, w swoim domu, z dala od KOLCa i tych ludzi! I teraz pytanie, czy powinien mieć tego typa za ludzi, którzy chcieli go zabić, czy za starszą kobietę, która zaszyła mu starannie ranę. Strzelać czy pomagać?
Nie potrafił podjąć decyzji. Mógł zaufać kolesiowi i stwierdzić, że mówi prawdę. Dobrze mu z oczu patrzyło, a, jak miał się okazję przekonać na własnej skórze, w KOLCu wylądowali nie tylko stuprocentowi z obycia Kapitolończycy. Istnieli tacy, którzy nie obnosili się za dawnych czasów z kasą, współczuli ludziom z Dystryktów i żyli z dnia na dzień nieświadomi, że tworzył się ruch oporu, który miał obrócić ich życie do góry nogami. Sam brał w tym udział i... Czy przez wyrzuty sumienia powinien zaufać od ręki grubemu mężczyźnie, który był wystarczająco przekonywujący?
Mógł równie dobrze być oprawcą dziewczyny. Nie minęło za dużo czasu między chwilą, gdy ta zaczęła krzyczeć, a tą, gdy dotarli na miejsce. Sekundy! Ten, zdecydowanie pozbawiony kondycji i siły, mężczyzna raczej nie załatwił w tak krótkim czasie bezgłośnie gwałciciela dziewczyny, by następnie ją zarzucić sobie na ramię i przenieść ten kawałek... W dodatku nie stali za daleko i nie słyszeli odgłosów walki, które musiały być co nieco słyszalne. I pytanie, czy w takim razie zaufać mu, czy nie.
Myśleć nie pozwalała mu obecność Tabithy i fakt, że stała milcząca i przerażona. Zdawała się kompletnie nie przejmować tym, co jeszcze kilka sekund temu zaszło między nimi. Teraz miała przed sobą coś innego, co było dla niej o wiele ważniejsze niż on i jego uczucia, które zdecydowanie miała gdzieś. Kompletnie jej nie obchodził, a mimo to zajmowała jego myśli. Miała zajmować przez najbliższe dni, tygodnie, miesiące... Lata. Nie mógł po prostu zapomnieć? Odrzucić tego? Olać ją i zakochać się w kimś innym, kto odwzajemniłby jego uczucia? Nie, nie mógł.
Nie mógł, bo to była ta Tabby. Jego przyjaciółka! Jego pierwsza prawdziwa miłość! I prawdopodobnie ostatnia, bo chyba jak ostatni dureń zamierzał kręcić się obok niej i robić wszystko, by choć trochę go polubiła, by choć nie patrzyła na niego jak na zdrajcę... Mimo że to było oczywiste, że przegrał, że to był koniec, jeśli chodziło o nich i... Koniec. Miał inne rzeczy na głowie.
- Sądzę, iż nie mam podstaw, by panu ufać – powiedział sucho i bez uczuć do mężczyzny, wychodząc w sumie na bezwzględnego chłodnego dupka. Może właśnie taki powinien być? Nie miał co się podlizywać swoją prawdziwą naturą przed Tabithą, bo i tak miała go za właśnie takiego. Za takiego, jakiego grał przed wszystkimi wokół: strażnika oddanemu sprawie. Może właśnie taki był? Już wtedy, gdy się tylko przyjaźnili? Nieistotne, to było nieistotne. Nie teraz. – Szukamy pewnej dziewczyny, więc bądź na tyle rozsądny i połóż ją tu na świetle, byśmy mogli na nią zerknąć. I żadnych gwałtownych ruchów, psze pana. Będę celował broń, gdzie mi się tylko zażyczy. Zawsze celem może być, pańskie szanowne, krocze. Jeden podejrzany ruch, a strzelę. Proszę mi wierzyć – stwierdził poważnie, nadal trzymając broń skierowaną w czoło typka.
Miał zły humor. Zabicie parszywego Kapitolończyka poprawiłoby mu humor, a ten wydawał się być parszywym... Ten aż za bardzo milutki uśmiech...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pon Sie 04, 2014 6:48 pm

Płomienie pożerały wszystko, co pojawiało się na ich drodze. Nie raz musiała gasić cienką i skromną sukienkę, którą łapały. Miała nieco poparzone dłonie od klamek i innych rozgrzanych przedmiotów. Próbowała wyciągnąć Avliego z tego gabinetu, ale ten odpychał jej ramiona, by potem zacząć podawać jej cenne przedmioty. Zrozumiała, że musi mu pomóc je wynieść, by mógł w końcu opuścić dom. Robiła to, dając z siebie jak najwięcej, chcąc, by w końcu stwierdził, że uratował wszystko, co mógł i wyszedł stąd.
Nie robił tego, a z każdą kolejną minutą, bała się jeszcze bardziej o jego życie. Serce jej biło jak szalone, oczy łzawiły, a on... Podawał i podawał, wrzeszcząc, krzycząc, zaklinając. A może to nie tak? Może to się nie wydarzyło? Może... Nie wpadł pożarty przez nienasycony ogień?
Nie, widziała, słyszała i czuła. Trzask podłogi, który zaraz przeszedł w krzyk. Krzyk jej Alviego. Miała skoczyć i w sumie już to robiła. Chciała być z nim. Na wieczność, ale dłonie... Złapały ją i siłą wyniosły na podwórze. Miał silne ramiona, a Alvi spłonął. Słyszała, jak powtarza non stop „nie” i pamiętała, że nie potrafiła znaleźć innych słów. Straciło wszystko, co miała. Straciła Alviego.
Samotna łza spłynęła po jej policzku, gdy się przebudziła. Nie czuła się zbyt dobrze. Bolała ją głowa i strasznie ją mdliło. Nie przez wspomnienie palonego ciała, ale przez to, że wisiała w powietrzu. Głową do dołu i to nie działało na nią zbyt dobrze. Chciała wrócić do normalnej pozycji, a nie spoczywać... na ramionach tego grubego i obleśnego mężczyzny? Chyba cała przesiąkła jego śmierdzącym potem.
Żyła! Cholera, nadal żyła i chyba słyszała rozmowę. Z kimś rozmawiał. Nie rozumiała o czym, ale był jakoś tak nienaturalnie spokojny, fałszywy i chyba chciał kogoś przekonać, że jest tym dobrym, gdy był zły... Nie myślała więcej. Po prostu krzyczała i zaczęła się wyrywać.
- Zostaw mnie! Zostaw mnie, ty zboczeńcu!!! Nigdzie z tobą nie pójdę! Nie idę! Nigdzie! Z tobą! Odstaw mnie na ziemię! Proszę! Zostaw mnie... – I tak dalej. Wszystko, aby w końcu ją zostawił i by mogła go oskarżyć o molestowanie, o gwałt. Wszystko, byle zginął.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pon Sie 04, 2014 7:32 pm

Zamurowało ją. Dosłownie wmurowało w ten kawałek chodnika, na którym teraz stała, nie mając zupełnie pojęcia, co ma robić. Ha! Ona w tejże chwili nawet przyłapała się na tym, że nie próbuje myśleć o tym, co powinna zrobić z zaistniałą sytuacją, a tylko stoi w miejscu jak ta zupełna idiotka. A najgorsze w tym wszystkim chyba było to, że mimo tej myśli... Cóż, dalej tak sobie stała.
Wyglądając, przynajmniej we własnych oczach, jak ta zupełna sierotka. Taka bezradna i niezdatna do życia, bo normalnie przecież zdecydowanie nie powinna była dawać komuś przejmować kontrolę nad, bądź co bądź, swoją sprawą. I tutaj raczej całkiem logiczne byłoby zadanie pytania o to, dlaczego była to właśnie jej sprawa.
Przecież jasny tyłek, który świecił wprost przed jej oczami jak jakiś księżyc w pełni czy coś w tym rodzaju, mógł należeć do jakiejkolwiek kobiety z KOLCa, a nie akurat Amandy. Prawdopodobieństwo, że była to właśnie jej siostrzyczka... Nie należało do zbyt wielkich, ale Tabby jakoś tak podświadomie była pewna, że to właśnie jej siostra i jej sprawa.
I może z tego powodu tak bardzo wmurowało ją w ziemię. Z czystego powodu stanięcia na wprost z kimś, kto trzymał jej nagą siostrę, choć przecież zawsze chodziła ubrana na noc w swą ulubioną koszulę nocną, no i nie... Wcale nie wyglądał jej na przyjaznego typa. Było coś takiego w tych jego maluteńkich oczkach. Coś, co mówiło jej, że nie był to człowiek dobry i chcący pomóc.
Może i faktycznie miała jakiegoś rodzaju awersję do tłuścioszków bez szyi, ale za to z kilkoma dodatkowymi podbródkami!, którzy przedstawiali całymi swoimi osobami istotę dawnego Kapitolu... Jednak ten wzbudzał w niej wyjątkowo silny odruch wymiotny. Zwłaszcza od tej chwili, w której zaczął słodząco przekonywać Valeriusa, że chce pomóc.
Nie, ona tego nie kupowała. Za żadne skarby tego świata, innego też raczej nie. Może była to kwestia poglądów i... No, ale nie i nie. Typek ewidentnie aż za mocno się przymilał. Mogła nawet powiedzieć szczerze, że waliło od niego cukrem na kilometr. Normalnie chodząca fabryka słodkości i mydła, którym starał się zamydlać innym oczy. Nie kupowała i miała szczerą nadzieję, że Angelini też nie.
Zamiast jednak wykonać jakikolwiek ruch, ona wciąż stała w jednym miejscu. Teraz zaczynając już jednak myśleć intensywnie nad wyjściem z tej sytuacji. Nawet w wypadku, jeśli trzymana przez typa dziewczyna nie była jej siostrą... Cóż... Należało raczej zrobić coś i tak. Może i Tabby była złym człowiekiem, ale nie chciała tego tak zostawiać. I nie mogła również, bo jeśli była to jej Mandy... Nigdy by tego sobie nie darowała.
Nie zwracała nawet zbytnio uwagi na słowa Valeriusa, zastanawiając się nad sprawą, lecz to, co obiło jej się o uszy było wystarczające do utwierdzenia się w fakcie, że nie była sama w swej niechęci do nad wyraz otyłego kolesia. A gdy jeszcze dziewczyna ocknęła się i zaczęła wrzeszczeć...
Nie pomyślała logicznie. Zwyczajnie rzuciła się w stronę grubasa, chwytając po drodze kawał starej dechy. Tak, to było głupie do nieskończoności, ale...




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : studia nad uprzykrzaniem życia postaciom
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pon Sie 04, 2014 8:13 pm

Prawdopodobnie nic miało nie wyjść z jego usilnych prób przekonania nagłych gości do tego, że wcale nie było tak, jak to wyglądało. Wiedział to od samiuteńkiego początku, ale i tak miał jakiś cień nadziei. Cień, który stawał się coraz mniej wyraźny z każdą przemijającą sekundą, podczas której Strażnik ani myślał o tym, by opuścić broń.
Aż wreszcie do Grubaska w pełni doszło to, że nie udało mu się nikogo przekonać. Na dodatek te wszystkie słowa, jakie wyszły z ust tego parszywego zdrajcy i konspiratora zarazem... Może i zdawały się być pełne szacunku i całkiem logicznego nastawienia, lecz i tak zdecydowanie mu się nie spodobały. Choć dalej usiłował grać...
Nie spodziewając się jednak tego, że panienka nie jest tak do końca nieprzytomna, na jej nagłe wrzaski zareagował podskokiem i okrzykiem, który jednak szybko powstrzymał, jednocześnie usiłując też ponownie "uśpić" dziewczynę. Co nie dawało zbyt dobrych efektów przy tej pozycji. Jego cios, z miejscem przeznaczenia na szczęce panienki, trafił ją prosto w szyję i nie dał zupełnie nic poza chwilową utratą tchu i bólem, które jednak minęły po chwili.
Zaś ratowniczy skok Tabithy... Był prawdziwie głupi i zakończył się równie szybko, co zaczął. Grubasek bowiem umiał sobie radzić... Przeskoczył na bok, zasłaniając się Amandą tak, by wszystkie ewentualne ciosy czy strzały przyjmowała zamiast niego. Ani myślał odłożyć gołębicę, gdy była jego idealną tarczą, na której mógł jeszcze po tym zarobić. Nawet po tym, jak panienka zarobi kilka kulek w różne części ciała, dając mu sobą wyśmienitą ochronę. Z której też skorzystał, jednym ruchem wystawiając ją przed siebie, już twarzą do Valeriusa i Tabithy, łapiąc jednocześnie Amandę za szyję i ściskając mocno drugą dłonią jej ręce.
- I co teraz? - Spytał, śmiejąc się przy tym dosyć nieprzyjemnie. - Powiem wam... Co mi tam. Teraz się odsuwacie i dajecie nam grzecznie przejść, a ja nikogo nie krzywdzę. Lub nie dajecie i śliczna szyjka zmieni swe ułożenie...

3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pon Sie 04, 2014 11:14 pm

Nienawidziła go. Cała prawda o tym, co Tabitha Gautier myślała o Valeriusie Angelini. Nienawidziła go i nie zamierzała mieć z nim zbyt wiele wspólnego. Chciała to ograniczyć do minimum. Pomoże Amandzie wydostać się z KOLCa, zadba o jej szczęście bezpieczeństwo, a z nią straci kontakt. Na zawsze. Nigdy więcej jej nie usłyszy, nie zobaczy. Być może zachowają kontakt esemesowy, by informować ją o stanie Amandy. Nic więcej. Chłodne i krótkie informacje. Jeśli będą zawierały pozytywne uczucia, to jedynie te skierowane do Mandy, bo on był nikim. Nikim...
Wspominał, że zaczynał czuć złość? Stawał się strasznie wkurzony. To wszystko, co się wydarzyło dzisiejszego wieczoru i nocy, strasznie nim wstrząsnęło. Miał już nadzieję, że to się dobrze potoczy, ale nie. Miało się cholernie szybko skończyć, o ile można było skończyć coś, co w sumie nigdy nie zaistniało. On i Tabitha nie istnieli. Nie razem. Nigdy nie miało się to zmienić, a on był przez to tak bardzo rozbity...
Towarzystwo mężczyzny, krzyki kobiety i te całe przedstawienie, które rozgrywało się przed jego nosem... Wkurwiało go. Była to wina Tabby, która niepotrzebnie się wcinała, rzucając się z deską na tego mężczyznę. Chciała bronić dziewczynę. Była to też wina wspomnianej dziewczyny, choć  miała w sumie prawo wrzeszczeć. Ktoś chciał ją wykorzystać, a teraz porywał, by wykorzystać potem.
Szczególny wkład w jego wkurw miał mężczyzna, który posiadał wielkiego pecha. Trafił na zły moment. Nie ten czas i miejsce. Valerius naprawdę miał dość wszelkich komplikacji, które to się pojawiały dziś na każdym kroku, a teraz głównie przez tego durnego człowieka. Oczywiście nie mógł jego działań uznać za winę Tabby. Nie potrafił za bardzo jej obwiniać. Nie potrafił. Tego człowieka już owszem, zwłaszcza że był jednym z tych, przez których doszło do rewolucji. Rewolucji, która była powodem zaistnienia tej paskudnej relacji z Tabithą.
- Ja zaś mówiłem, że żadnych gwałtownych ruchów! – Warknął, patrząc na niego z nienawiścią. Jeszcze chwilę temu jego wzrok był skierowany na bezbronnej Tabby, odepchniętej jak worek. To podsyciło jego nienawiść. – Mówiłem, a teraz... – Zaśmiał się gorzko i strzelił. Wpierw w rękę mężczyzny, a gdy puścił niewinne dziewczę, strzelił mu w pierś. Nie w serce. Nie chciał go szybko wykończyć. Dupek zasługiwał na śmierć.
Prędko zabrał Amandę od niego, oddając ją w ramiona Tabithy, sam zaś podszedł powoli do nieznajomego. Trącił go butem, by zwrócić jego uwagę z ran na siebie.
- Przepraszam, prze pana, ale zapomniałem wspomnieć, że strzelam do celu od małego smarka. Trafiam do celu, zwłaszcza gdy stoję tak blisko - stwierdził, uśmiechając się przesłodko i niewinnie niczym mały przechwalający się uczniak. - Ostrzegałem, więc wyrzutów sumienia nie mam. Nie dla pana. Przez takich jak pan, tacy ludzie, jak te dwie dziewczyny za mną, zostali zamknięci w KOLCu. Tego żałuję. Tego, że zaraz pana wykończę, nie. Jakieś ostanie słowa? – Spytał, choć niezbyt go miały one zainteresować. Ostatniej woli też nie chciał słuchać, więc to było jedynie znęcanie się nad ofiarą. Tak, jak to zwykli robić jego kumple w opowieściach o Kapitolończykach i masakrach, jakie miały tu rzekomo miejsce. Męczenie tego tu osobnika sprawiało mu przyjemność. Pewnie jutro miał żałować, że odstawiał taką szopkę na oczach Tabby.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : studia nad uprzykrzaniem życia postaciom
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pon Sie 04, 2014 11:32 pm

Grubasek był pewny siebie. Ha! Grubasek był na tyle pewny siebie, że nie zwracał zupełnie uwagi na jakiekolwiek zaistniałe okoliczności. Zasłonięty przez Amandę, trzymając ją przed sobą niczym żywą tarczę, nie obawiał się o swoje życie. A jej? Gołębica może i była dosyć dobrym towarem, jednak nie jakoś specjalnie wyjątkowym. W KOLCu z pewnością były setki takich jak ona, więc jedno życie mniej, jedno więcej... To się nie liczyło.
A przynajmniej nie do tego momentu, w którym zwrócił uwagę na słowa wypowiadane przez zdradzieckiego chłopaczka. Słowa, które sprawiły, że na jego twarz wstąpił uśmieszek pełen pogardy, a z ust wyszło niezbyt ciche:
- No dalej, śmiało.
Grubasek był pewny siebie. Aż nazbyt pewny. I to właśnie miało być jego zgubą. Przed pierwszym strzałem się uchylił, choć na jego dłoni pozostał ślad od przelatującej kuli, na który to mężczyzna spojrzał, nieopatrznie puszczając dziewczynę, gdy poczuł ostry ból. Złapał się za zranione miejsce i dopiero po kilku sekundach doszło do niego, że nie powinien robić tego wszystkiego.
Po kilku sekundach i właśnie o te kilka sekund zbyt późno. Tym razem nie zdążył nawet podjąć próby uchylenia się. Kula utkwiła w jego ciele niebezpiecznie blisko płuca, jednak w na tyle strategicznym miejscu, by nie umarł od razu. Z pewnością zostało mu mało czasu. Osunął się na ziemię, ze zdziwioną miną patrząc na powiększającą się coraz bardziej plamę krwi na swej piersi. Nic nie mówił... Tylko patrzył...
Tymczasem Tabitha, lekko ogłuszona po nieudanej akcji z deską, która skończyła się uderzeniem bokiem w jeden z metalowych kontenerów, nie była w stanie utrzymać na nogach siebie i Amandy jednocześnie, co skończyło się prosto... Malowniczą wywrotką na stertę już i tak dosyć mocno pogniecionych kartonów. Jeden z kartonów rozciął boleśnie jej wargę, z której to natychmiast poleciała krew. Rola amortyzatora dla siostry też nie była zbyt miła i z pewnością przysporzyła obu panienkom siniaków.

3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Wto Sie 05, 2014 12:51 am


Tego wszystkiego było za wiele. Chciała teraz już tylko spokoju i ciszy, chciała być z dala od tego mężczyzny, bezpieczna i najlepiej w łóżku, by móc wrócić na pole pełnych maków. Tam nie miała problemów, nie pakowała się w niebezpieczne i beznadziejne sytuacje, nie spotykała złych ludzi, bo nie było tam nikogo prócz jej osoby. Nikogo. Była sama, ale bezpieczna.
Niejednokrotnie pragnęła czyjejś obecności. Miewała usilną potrzebę, by ktoś obok niej był, przytulił, mówił coś do niej. Może czasem czuła to, ale nikogo z nią nie było. Wokół jedynie non stop bywała pustka i obrazy, które znała na pamięć.
I leżała w jedwabnych pościelach, obserwując leniwie delikatne firanki, które robiły za jej baldachim. Leżała i patrzyła, jak wiatr niosący gorące powietrze brutalnie traktuje swe materialne koleżanki, by od czasu do czasu dobrać się też do jej skóry. Myślał ją, by zaraz zniknąć, mimo że chciała więcej. Chciała być pożądana.
Teraz robiła ponownie za lalkę. Dotykano jej, ale w sposób, którego sobie nie życzyła, w chwili, która nie była jej przyjazna. Chciała, by to się skończyło, by mogła się położyć, przytulić do Tabithy i zasnąć.
Tabitha... Jej mała siostrzyczka, którą przez jakiś czas nienawidziła, była tu z nią i próbowała walczyć. O jej bezpieczeństwo. Och, zły losie... Sama też próbowała się wyrywać, ale była tylko drobna dziewuchą, która nie mogła mu zrobić... nic.
Pokładała nadzieję w mężczyźnie, który wydawał jej się być znajomy. Nie kojarzyła go jednak. Miał broń, mógł coś zdziałać i nawet go zabić. Pragnęła, by to zrobił, ale najwidoczniej nie zamierzał strzelać, póki trzymał ją tak niefortunnie za szyję. Zaczęła się wyrywać jeszcze bardziej i płakać.
Nic to jednak nie dawało. Gdy przestała się szarpać, usłyszała jeden strzał, który uwolnił ją od tych wstrętnych łapsk. Zaraz też została pociągnięta w górę i odstawiona na bok do Tabithy, lecąc na nią bezwładnie i lądując z nią nieprzyjemnie. Chyba oberwała bardziej.
- Tabby, przepraszam - jęknęła, łapiąc się za obolałą rękę i próbując wstać. Widziała, jak znajomy Tabithy podchodzi do grubasa... Niech strzeli.Śmiertelnie.




Time goes on and on, I told you the moment all day long
Time goes on and on, you're so strong so wrong
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Wto Sie 05, 2014 1:10 am

Nie pomyślała... To było tak instynktowne, że zaskoczyło nawet ją samą. Dotąd bowiem nie nawykła do jechania na czystym instynkcie i raczej nie zamierzała już kiedykolwiek na nim jechać, ha! jakby to było czymś więcej niż tylko mało pobożnym życzeniem!, bowiem na własnej skórze przekonała się, że coś takiego nie miewa raczej zbyt dobrych skutków.
Przekonała się o tym boleśnie i... I nie wiedziała nawet, który z razów ma przy tym na myśli. Bowiem tego dnia miały miejsce przecież dwie sytuacje, w których robiła coś dosłownie nie myśląc przed wykonaniem danej czynności. Bo o ile dosyć często wychodziło z jej ust stwierdzenie o braku udziału mózgu w reakcji, a dopiero późniejszym myśleniu nad nią, gdy wszystko już zdążyło mieć miejsce, o tyle z pewnością nie było to wtedy coś tak przedziwnego jak to dzisiaj.
Jak reakcja znacznie wyprzedzająca logiczne myślenie, choć przecież wcześniej tak intensywnie nad tym wszystkim rozmyślała. Nie o tej danej rzeczy jednak, która, prawdę mówiąc, nawet nie przeszła jej przez myśl i to sprawiało, że wypełniała ją mieszanka konsternacji, niepokoju, zadziwienia i sporej dawki strachu o osobę, która faktycznie okazała się być jej siostrą.
Jej Amandą! Jej przytomną Amandą! Z której ten parszywy skurwysyn zrobił sobie jakąś cholerną żywą tarczę! To było dla Tabby zwyczajnie za dużo jak na jeden dzień i wieczór. Normalnie przecież takie rzeczy się nie działy. Nawet u niej, nawet w KOLCu. Może i owszem - nie była to kraina mlekiem i miodem płynąca, ale też i nie dało się powiedzieć, by codziennie tutaj koszmar na koszmarze koszmarny koszmar koszmarem poganiał.
Może przy zebraniu tego do kupy faktycznie wyszłaby jakaś nadzwyczaj chora liczba paskudnych zdarzeń, ale... Chwila! Moment! Wtedy to i tak byłaby ilość negatywów zebranych od wielu ludzi, nie od zaledwie dwóch. No, biorąc pod uwagę jeszcze Angeliniego, trzech.
Ktoś tam u góry musiał chcieć się doskonale zabawić jej własnym kosztem lub też nienawidził jej do tego stopnia, że postanowił napchać w jeden wielki wór wszelkie nieszczęścia i całego tego pecha, jaki tylko mógł się wydarzyć, by czekać z nim na odpowiednią okazję, a jak już ją wyniuchał... Nie ma litości! Cała zawartość wora zleciała na nią.
Ona zaś również poleciała... Odepchnięta wprost na wielki kontener z pordzewiałego i nadzwyczaj mocno sfatygowanego metalu, od którego odbiła się z dosyć dużą siłą, solidnie tłukąc sobie prawy bok ciała. Coś dzisiaj jej prawa strona miała nieszczęście być tą wystawioną na obrażenia... Wpierw oparzone i draśnięte kulą ramię, a następnie bliższe spotkanie jej boku z kupą żelastwa. Przynajmniej całe szczęście, że nie z dosłowną kupą, bo to byłoby już jej ciężko wytrzymać. Po tym wszystkim...
I choć gwiazdy latały jej przed oczami, a zęby mimowolnie zaciskały się z bólu, nie pozwoliła sobie na upadek. W dosłownie ostatniej chwili, chwyciła się kontenera, ściskając jego krawędź tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Miała serdecznie dosyć paskudztwa jak na dzień dzisiejszy i dosłownie wszystko w niej wołało, by się poddała, by zrezygnowała.
Nawet brudny chodnik wołał ją z zawrotną wręcz siłą. Usadź na mnie swój kościsty tyłek! Usadź, no, usadź! W jej uszach dosłownie brzmiał rozkaz, któremu tak bardzo chciała się poddać. Lecz nie mogła. Nie była przecież jakąś życiową ofiarą, która rezygnowała przy byle nieistotnej okazji. Bywało gorzej i wtedy jakoś się nie poddawała. Teraz też nie mogła, chociaż szczerze chciała pozwolić sobie, a właściwie - swojej psychice, na odrobinę odpoczynku.
Nie! Nie! Nie! Nie mogła i nawet nie powinna była o tym myśleć. Całe swe siły za to skupiła na staraniach pokonania tej chwilowej słabości, co w pewnym sensie jej się udało. Przynajmniej na tyle, by zaczęła przygotowywać się do kolejnej próby ataku, do którego jednak nie doszło. A przynajmniej nie z jej strony.
Nie mogła powstrzymać mimowolnego zamknięcia oczu, gdy Valerius strzelał. Jedna z jej dłoni mimochodem powędrowała również w kierunku ramienia, które drasnęła kilka godzin wcześniej właśnie kula z pistoletu Angeliniego. Wtedy też celował w napastnika... Słysząc strzał, przełknęła gulę rosnącą jej w gardle, by przy następnym otworzyć już oczy.
I słusznie, bowiem dzięki temu złapała swoją siostrzyczkę w odpowiedniej chwili, zamykając ją w swych ramionach. Złapała... A przynajmniej tak się jej właśnie wydawało. Nie była to wina Mandy, że odezwał się jej urażony bok. W żadnym razie jej za to nie winiła. Gwiazdki jednak ponownie stanęły jej przed oczami, a tym razem zapanowanie nad równowagą nie miało już miejsca.
Nie to, że nie próbowała jej złapać. Usilnie zamachała wolną ręką, drugą obejmując Amandę, jednak nie wyczuła za sobą nic, co mogłoby posłużyć jej za podporę. Tylko powietrze i nic więcej...
Chwilę później leżały już pośród porozrzucanych starych kartonów, a warga Tabithy piekła nieprzyjemnie. Po chwili Tabby poczuła również smak krwi w ustach. Swojej własnej krwi, która ciekła z jej, rozciętej cholernym papierem!, wargi. Jednak to nie miało w tej chwili znaczenia. Nic nie miało większego znaczenia. Nawet wszechobecny po upadku ból ciała. Nie miało bo...
- Mandy... - Szepnęła, odgarniając włosy z twarzy siostrzyczki i przytulając ją mocniej do siebie, mimo że wciąż leżały w dosyć niewygodnej pozycji. Nawet nie zauważyła, gdy zapłakała. - Cii, nie przepraszaj. Już cichutko, to nie twoja wina. Mój losie... Mandy... - Szeptała między kolejnymi salwami płaczu przemieszanego ze śmiechem, nie zwracając uwagi na mężczyzn. - Albo nie, nie bądź cicho. Już nigdy więcej. Jezu... Losie najsłodszy...




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : studia nad uprzykrzaniem życia postaciom
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Wto Sie 05, 2014 1:32 am

Grubasek powoli odpływał w błogą nieświadomość, która jako jedyna mogła być już dla niego całkowitym wybawieniem. Ostatnią i ostateczną pociechą w jego krótkim życiu. Zdecydowanie nawet nazbyt krótkim życiu. A pomyśleć, że był tak blisko sławy i blasku reflektorów... Udało mu się zdekonspirować wielką konspirację, lecz nie mógł już zrobić zupełnie nic.
Myśl o tym, że ktoś przypisze sobie jego odkrycie... Była zła, lecz gorszy od niej był chyba ból i świadomość tego, że wypływa z niego życie. Krew z uszkodzonego ciała zaczynała napływać mu do płuc. Coraz bardziej i szybciej. Do tego stopnia, że krztuszenie się nią nie było już niczym niezwykłym.
On leżał jednak plackiem na ziemi, nie mając nawet sił na to, by przekręcić się na bok i oszczędzić sobie chociaż tego, co powodowało, że jego śmierć była tylko jeszcze bardziej bolesna. Świat przed oczami zachodził mu mgłą i to właśnie jak przez nią widział, że rebeliancki Strażnik podchodzi do niego. To nasunęło mu do jego bolącej głowy jedną myśl. Myśl, która przerodziła się w pewność w przeciągu zaledwie kilku sekund.
- Tak. - Wycharczał, plując krwią. - Z której rodzinki Valerie jesteś? Ostatnia osoba z rodziny jak robak w KOLCu. Musiałeś jej szczerze nienawidzić... Co się dziwić, skoro mamusia kochała bardziej jej tatusia... - Uśmiechnął się złośliwie mimo bólu i ciemności, która objęła go już prawie całego. - Pozdrów siostrzyczkę. Spotkamy się jeszcze. - Wyszeptał ostatkiem sił, zaczynając się śmiać, jednak zaledwie chwilę później jego głowa opadła bezwładnie i Grubasek wydał z siebie ostatnie tchnienie.
Czyżby to był już koniec niszczących wydarzeń? Powrót do domu z pewnością jawił się jako coś wybitnie pięknego, a opatrzenie ran było bardziej niż konieczne. W końcu... Kto wie, co siedziało w brudnych uliczkach... Choć chyba łatwiej byłoby wymienić to, czego tam nie było... Powoli nastawał świt. Czy przynosił on jednak nowe nadzieje?

[z/t dla Łykołaka]

3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Wto Sie 05, 2014 6:16 pm

Szczerze? Bardzo go satysfakcjonował fakt, że mężczyzna ten leżał ranny na ziemi z jego powodu. I umierał sobie, krztusząc się własną krwią, próbując łapać kolejne wdechy ze świadomością, że to już koniec, że umiera. Satysfakcja w towarzystwie nieznacznego sadystycznego uśmieszku – to malowało się na jego twarzy. Zmrużone oczy Valeriusa patrzyły z radością na ten obraz nędzy. Radością i jednocześnie z bólem.
Docierało do niego to, co olewał przez ostatni rok. Dotąd nie myślał o tym, stwierdzając, że to była jedynie jego gra, a tak naprawdę był inny. Nie był. Nawet dziś to odrzucał w towarzystwie Tabithy, ale faktycznie chyba był taki, za jakiego go miała. Przesiąknięty złem stąpał po tej ziemi, niszczył bliskim życie i miał Kapitolończyków za insekty, których należało się pozbyć. Nie podejmować żadnych innych kroków, tylko niszczyć przy pierwszej lepszej okazji.
Nawet nie przejmował się śmiercią, odkąd wybuchła rewolucja. Może śmierć Julki i matki nim wstrząsnęła, ale  potem kolejna przelana krew była tyko purpurową, nic nieznaczącą cieczą, która wypływała z kolorowych ciał, zastygłe oczy nie robiły na nim wrażenia, a krzyczący bliscy wokół byli jedynie publicznością. Dla nich, dla rebeliantów.
Był rebeliantem, a teraz na dodatek został strażnikiem, twierdząc, że chciał do niej dotrzeć. Może to było kolejne pierdolenie, które miało go ochronić przed świadomością, że jest potworem, sadystycznym gnojkiem, który z tak wielką łatwością odbierał innym to, co było w każdym z nich najcenniejsze? Odbierał i nie myślał, twierdząc, że to wcale nie tak, że to wszystko nie było takim, na jakie wyglądało. Jak nie było? Był mordercą bez skrupułów – taka była prawda. Od samego początku, gdy tylko się urodził, gdy dorastał, był powoli dojrzewającym mordercą. Jak jego matka, która przecież świetnie wiedziała, co to oznaczało odebrać komuś życie, z czym sobie nie poradziła i skończyła jak skończyła.
Nigdy jej nie obwiniał za to, że zabijała na Arenie. Nigdy o tym nie myślał. Po prostu sława się wzięła z Igrzysk Głodowych i tyle. Nic więcej nie pojawiało się w jego głowie na ten temat, bo jego matka naprawdę była świetną osobą, kochaną i troskliwą. Stanowczą i czasem brutalną, ale kochała go i chciała dla niego dobrze, co już od dawna widział. Kochała go, Julkę i ojca. Taką ją zapamiętał, a grała tak, jak on teraz, bo nie było na to innego wytłumaczenia. Nie miał tylko pojęcia, czemu tak bardzo pragnął mieć przy sobie kogoś. Chciał się z nią dzielić swoimi uczynkami? "Chwalebnymi osiągnięciami"?
Czuł się z tym wszystkim jeszcze paskudniej, a mężczyzna, który umierał tuż przed nim na ziemi, nie pomagał. Nadal. Pieprzył trzy po trzy o drugiej rodzinie jego matki! Coś o KOLCu i jego siostrzyczce? Miał kiedyś siostrę. Julka nie żyła już od dawna. Sam widział tę jej martwą twarzyczkę. Leżała spokojnie w bialutkiej trumience i spała. Bardzo mu się nie podobało, że człowiek ten bezcześcił słowami dobrą pamięć o jego matce.
- O co ci chodzi, dupku?! – Warknął, klękając i łapiąc go za koszulę. – O jakiej siostrzyczce mówisz? W KOLCu?! Matka nie miała innej rodziny! Nie miała w Kapitolu żadnej rodziny! Prócz nas! – Wrzeszczał, próbując wydobyć jeszcze jakieś informacje od tego uśmiechającego się złośliwie typka. Było jednak już za późno, bo uszło z niego życie. O wiele za szybko.  – Cholera! Kłamałeś! Kochała mojego ojca, mimo że rzadko go widywała... – Jęknął, wstając i chowając broń za pas. Złapał się za głowę, stojąc nad trupem i patrząc na niego...
Nie... Bredził. Kłamał. Nie mógł mówić prawdy! Jego matka nie miała w Kapitolu innej rodziny, która mogłaby wylądować w KOLCu. Był on, Julka, ojciec i Valerie. Nikt więcej, nie mogła kochać innego bardziej niż tatę, który... ją zastrzelił przecież. Świetnie widział, jak celował w nią z broni i... To mogła być prawda. Nie kochał jej, zabił ją... Cholera! Nie mógł teraz o tym myśleć. Nie mógł. Naprawdę nie mógł.
Postarał się ogarnąć jak najszybciej do stanu, z przymknięciem oka, znośnego. Stał i patrzył na mężczyznę, myślami będąc daleko, by nagle okręcić się na pięcie i z miejsca ruszyć ku Gautierkom. Nie myślał, po prostu robił to, co powinien. Wyciągnął w ich kierunku swe dłonie, chcąc pomóc im wstać.
- Chodźcie, odprowadzę was do domu i się zmywam zgodnie z twoją wolą, Tabitho. Zniknę z twoich oczu najszybciej jak to możliwe. By dopełnić umowy wrócę za kilka dni – stwierdził prostolinijnie i z obojętnością wymalowaną na twarzy oraz uroczą myślą w głowie, że go nie kocha. Już nie i nigdy już nie pokocha.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Wto Sie 05, 2014 7:05 pm

Chyba jednak wszystko miało pójść po jej myśli, więc uśmiechnęła się szeroko, patrząc na dziwnie szczęśliwą Tabithę. Ona wręcz szalała z radości!, mimo że leżały w tych śmieciach, a ona miała rozciętą wargę. Leciała jej krew! Która akurat jej nieskromnej osóbki nie cieszyła. O wiele bardziej wolała tę tego zboczeńca, które w sumie sama sprowokowała do bycia zboczeńcem. Cóż, mógł nie zabijać jej Alvertuska. Sam był sobie winien zaistniałej sytuacji. I umierał, co właśnie powodowało uśmiech na jej twarzy, który wraz z dziką radością Tabithy u niej też sprowokował po chwili dziki napad amandowej radości.
- Ithy!, ty krwawisz! – Krzyknęła, dotykając lekko paluszkiem jej rozciętej wargi. – Och, nie będziesz mogła pocałować swojego Księcia z Bajki! Szkoda, ciacho z niego i odważny jest – mruknęła, na moment smutniejąc i po chwili znów się wyszczerzając w uśmiechu. – Mizialiście się już? Co? – Spytała ciszej, by przypadkiem nie usłyszał, choć zajęty był umierającym tłuściochem, więc pewnie nawet nie miał pojęcia o ich rozmowie, a zwłaszcza o jej temacie. W sumie nie miała nic przeciwko niemu. Już go lubiła, bo wykańczał tego mordercę za nią. Szwagierek idealny! Była jak najbardziej za, mimo że go jeszcze nie zdążyła tak dokładnie poznać.
Uniosła powoli zakrwawiony palec, który zalśnił w świetle księżyca. Po chwili oglądania koloru cieczy, zlizała ją z palca i przytuliła do siebie siostrzyczkę. Jeszcze mocniej niż ona ją, mimo że zdawało się to niemożliwe ze względu na ścisk Tabby i na to, że Amanda była tylko małym i słabiutkim słodkim potworałkiem. Obsypała też siostrę całusami w różnych miejscach. Od ciemnych włosów począwszy, przez policzki i ucho nawet! Oszalała. Jak siostra. Tylko że dla niej to było normalne, ale dla jej siostry już nie.
- Ithyithyithy! Ja cię nienawidziłam. Przez jakiś czas cię nienawidziłam, ale już cię kocham. Przepraszam, tak bardzo przepraszam, ale byłam zazdrosna. Ale już cię kocham. Mocno i tęskniłam za tobą, ty misiaku-pysiaku! Nic ci nie jest? Jesteś cała?! – Mówiła szybko i jakby na jednym wydechu, przez co słowa mogły się Tabithcie zlewać w jedno. – Tak bardzo tęskniłam! – Powtórzyła, tuląc się do siostry.
Naprawdę tęskniła i teraz, gdy miała już pana grubałkowatego z głowy, bo umarł sobie, tonąc we własnej krwi, to już nic jej nie męczyło. Morderca jego męża utonął w makowym morzu i czuła się z tą myślą taka lekka. Tabitha w dodatku była z nią! I to wszystko wydawało jej się teraz takie urocze! Miała ochotę piszczeć ze szczęścia, ale ograniczyła się jedynie do tego wszechobecnego chichotu.
- Jestem Amanda – powiedziała, poważniejąc na chwilę. Złapała Valeriusa za dłoń i z radością wstała przy jego pomocy. Kompletnie nie przejmowała się faktem, że była naga. Dla tej myśli jakoś nie było miejsca, a za to z uśmiechem z lustrowała z bliska jego klatę, nawet wspierając się na moment na niej ręką. Gdy stanęła w miarę stabilnie na bosych nóżkach, odwróciła się do siostry i mrugnęła porozumiewawczo,tworząc poza wzrokiem mężczyzny, ale jak najbardziej przed oczkami Tabithy, serduszko z paluszków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Wto Sie 05, 2014 9:04 pm

To był ostro pokręcony wieczór, mogła nawet z łatwością powiedzieć, że był on również cholernie chory. Chory i pokręcony... Całkiem niezłe słowa, które jednak nijak nie opisywały w pełni tego wszystkiego, co się działo. Były na to stanowczo nazbyt łagodne.
To trochę jakby porównać przewoźne wesołe miasteczko na kółkach, które kursuje z miejsca na miejsce i, zgodnie z zasadami logiki, jest zabawnie wręcz małe z tym wielkim, które wybudowane zostało w jednym miejscu i które ma tam przetrwać wszystko, budząc zachwyt już nawet nie tylko samą mnogością atrakcji, lecz choćby i zwyczajnie swą wielkością i monumentalnością.
Będąc już w sferze porównań do parków rozrywki, Tabitha mogła określić swoje nowe życie nadzwyczaj prosto i zrozumiale, choć przecież tak naprawdę nawet ona sama nie pojmowała w pełni tego wszystkiego, dodatkowo czując się z tym straszliwie nieciekawie. No dobrze, czując się z tym zwyczajnie cholernie źle.
Jak więc określała to wszystko, co wydarzyło się w ostatnim czasie, jako co? Miała uporczywe wrażenie, że pasowało tutaj tylko jedno porównanie, przez które dochodziła do dosyć dziwacznych wniosków, jakie jednak nie robiły na niej wrażenia. W sumie to nic nie robiło na niej większego wrażenia po tym, jak cały wielki wór nieszczęść zwalił się jej na głowę, przygniatając ją i psując jej już doszczętnie zdrowie psychiczne.
To wszystko było jak jakiś piekielny wagonik kolejki, która pędziła z zawrotną prędkością przez olbrzymi Dom Strachów, wywijając koziołki, kręcąc pętle, wjeżdżając wprost do gorącego basenu z lawą i zaliczając wpadnięcie na każdą przerażającą przeszkodę, jaka była w tym miejscu dostępna, by na koniec zacząć tracić kolejne kółka i wreszcie wypaść z toru.
A Tabitha leciała i leciała, i leciała, i leciała... Widząc nieuchronnie zbliżającą się ziemię i wiedząc, że uderzenie w nią będzie oznaczać już jej całkowity koniec, ale nie mogąc z tym zupełnie nic zrobić. Może kiedyś faktycznie była szansa ucieczki, ratunku, lecz przepadła ona już tak dawno temu, że Tabby szczerze wątpiła w to, by jeszcze kiedykolwiek się pojawiła.
Mogła więc tylko żyć dalej ze świadomością tego, że spada coraz szybciej i może tylko na to patrzeć. Prawdę mówiąc... Pogodziła się z tym praktycznie w tej samej chwili, w której straciła szansę wyjścia cało z tej wewnętrznej walki pomiędzy dwoma jej częściami. Które, o dziwo!, niegdyś nie były tak bardzo podzielone, a stanowiły jedność. Jedną całość, która trzymała się tylko dzięki czemuś, co zostało jej odebrane w dosłownie jednej sekundzie.
I nie miało wrócić. Już nigdy, choć przecież Valerius chciał pojednania. Czy mogła mu jednak dać swe wybaczenie? Nie, wątpiła w to jak w mało co w swoim życiu. Pogodziła się z utratą tego, co było kiedyś między nimi, a co teraz zastępowała tak usilnie nienawiścią do byłego przyjaciela. Nie sądziła, by mogło się to zmienić, bowiem...
Zwyczajnie było w niej coś takiego, co panicznie wręcz bało się kolejnego zranienia, kolejnej utraty kontroli nad swoim życiem, a Tabitha Gautier mogła przecież swobodnie przyznać, że miała niewielką manię nakazującą jej mieć pełną kontrolę nad wszystkim, bo tylko wtedy czuła się w pełni pewnie. W innym wypadku zaczynała z niej wychodzić ta część charakteru, którą tak starannie starała się ukrywać i tłumić w sobie, pozwalając jej wpaść gdzieś głęboko pod naporem twardości oraz opanowania.
Nie chciała być słaba i nie mogła być słaba. Zwłaszcza teraz, zwłaszcza w tej chwili, gdy wróciła do niej najcenniejsza osoba w jej życiu. Tylko ona jej nie zdradziła, tylko ona nie próbowała zataić przed nią ważnych informacji, tylko ona nie opuściła jej dobrowolnie. Była szczera i kochana, słodka i...
I mówiła do niej! Po raz pierwszy od tak dawna, odzywała się i wyrwała z tego przeklętego transu! Tabby zapłakała jeszcze wyraźniej, przytulając dłoń do policzka siostrzyczki i gładząc go delikatnie. Tuląc do siebie mocno swoją maleńką Mandy, która do niej wróciła. Nareszcie, po tak długim czasie. Nawet rozcięta i solidnie krwawiąca warga nie miała tutaj teraz znaczenia. Nie przy tym, nie przy pełnej i prawdziwej obecności Amandy.
- To nic takiego. - Wyszeptała prawie bezgłośnie, czując niesamowitą suchość w ustach i tylko smak krwi. Postarała się przełknąć ślinę i powtórzyć już głośniej. - To nic takiego, słoneczko. Do wesela się zagoi i takie tam. - Uśmiechnęła się, ściskając bliźniaczkę w jeszcze mocniejszym uścisku.
I wpadając w chwilową konsternację z powodu słów Amandy. Poczuła nawet bolesny ścisk w sercu na wspomnienie całowania Księcia z Bajki, który według bliźniaczki miał być jej własnym królewiczem. Tak jednak nie było, a ona przecież go nienawidziła. Co nie przeszkodziło jej w swataniu go z Mandy, by zapewnić siostrze lepsze warunki do życia.
- Nie, Mandy. - Odszepnęła, nie mając najmniejszej ochoty na to, by bawić się teraz w wyjaśnienia. To chciała zrobić później, gdy będą już całkowicie same. - Ja i Valerius... Nie jesteśmy razem, nie byliśmy nigdy i nie będziemy. To z góry przegrana i piekielnie skomplikowana sprawa, którą chwilowo muszę wyjaśnić ci za pomocą kilku słów... - Spojrzała na Angeliniego, by po chwili odwrócić spojrzenie do swej siostrzyczki. - Tak właściwie... - Przez moment się zawahała, szukając chwilowo odpowiedniego słowa, by nie nazwać towarzysza ani jej największym wrogiem, ani też przyszłym mężem Mandy, no i jednocześnie nie narazić się na dalsze przesłuchania. Przynajmniej nie tutaj i nie przy nim. - Tak właściwie... To on jest bardziej zainteresowany tobą niż mną i ja wcale mu się nie dziwię, bo jesteś śliczna, słoneczko. Daję ci słowo, że nie będę o niego zabiegać, bo to i tak nic nie da. Jest twój. Całym sercem i całą duszą. - Uśmiechnęła się powoli do Amandy, ocierając łzy i jednocześnie wycierając też krew z rozciętej wargi.
A po chwili tracąc na kilka sekund oddech, gdy siostra ścisnęła ją z nadzwyczajną siłą. Kto by pomyślał, że taka drobina będzie miała taką krzepę... Tabby roześmiała się, czochrając włosy bliźniaczki i starając się przetrwać w jednym kawałku ten prawdziwy deszcz całusów. Sama zadowoliła się tylko cmoknięciem w oba policzki Mandy, a na koniec też i czółko.
- Szalona! - Roześmiała się, przytulając ponownie siostrzyczkę i nie zwracając uwagi na słowa o nienawiści. A przynajmniej nie jakoś specjalnie. - Nic mi nie jest, rybko, będzie dobrze i nie przepraszaj. I ja też cię kocham, i tęskniłam. Nie rób mi tego nigdy więcej. - Westchnęła ze szczęściem w oczach, gładząc włosy tulonej.
Uniosła wzrok w górę, słysząc głos Valeriusa. Zimny, oschły, bezuczuciowy i z jakiegoś powodu ją raniący. Mimowolnie wyciągnęła rękę, by skorzystać z jego pomocy, lecz wtedy zauważyła, że Amanda zrobiła to pierwsza. Nie chciała nadwyrężać jego sił, bowiem bok...
Mimo wszystko nie była aż tak złą osobą, by chcieć w tej chwili jego bólu. Widziała przecież to wszystko, co stało się jeszcze wcale nie tak dawno i słyszała krzyki mężczyzn. Postarała się więc skryć nagły żal i podparła na własnych rękach, by samej jakoś podnieść się dzięki łapaniu ścianki kontenera. Była głupia i nawet nie wiedziała, czego tak dokładnie chciała. To akurat wiedziała.
Spojrzała na serduszko robione przez Mandy i jakoś nie potrafiła powstrzymać gorzkiego uśmiechu, jaki wpełzał na jej wargi.
- Dziękuję, Val. - Powiedziała tylko ze skinieniem głowy.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Czw Sie 07, 2014 9:18 pm

Nie mógł uwierzyć w to, że te wszystkie rzeczy zdążyły wydarzyć się jednego wieczoru. Nocy właściwie. Niedługo miało powitać ich wschodzące słoneczko, a on, mimo że ranny, nie zmrużył dziś nawet na chwilę oczu. Choć nie, te zamknął na moment, ale nie spał. Z tego powodu teraz padał, starając się nie dać tego po sobie poznać. Nie tylko przed Tabithą, ale też przed samym sobą. Musiał jeszcze wrócić do domu, bo nie chciał tu zostawać ani sekundy dłużej niż to było konieczne. Po tym, co usłyszał, nie czuł się z byt dobrze... Paskudnie.
W  trzymaniu się w jednym kawałku na obu nogach pomagał mu natłok starych i też tych kompletnie nowych ważnych spraw. Chciał się z nimi znaleźć sam w swojej sypialni.
Pustej sypialni. Nawet teraz pragnął jej tak bardzo, że nie mógł przestać o niej myśleć, mimo tego wszystkiego. Lepiej dla niego byłoby, gdyby na akurat tę chwilę wyrzucił sobie dziewczynę z głowy. Ta niestety krążyła w jego myślach, obijając się nieznośnie o ścianki jego czaszki i nie mógł też oderwać od niej wzroku...
Między innymi dostrzegł tak bardzo fakt, że wyciągnęła dłoń w jego kierunku, by ostatecznie nie skorzystać z jego pomocy i wstać samej. Nie chciała go dotykać, gdy to było niekonieczne i... To nie działało pokrzepiającego na jego rozbite wnętrze. Miał ochotę zniknąć. Tyle się wydarzyło, tyle dowiedział się o uczuciach Tabby i teraz jeszcze Valerie i jej rzekome drugie życie. Musiał poszukać czegoś o tym w jej rzeczach, które nadal znajdowały się w starym domu. Jakoś nie potrafił w to uwierzyć... To przedstawiało się jako takie nierealne, ale koleś wyglądał na takiego, że wie co robi i że wie, że mu przypieka tą informacją.
- Dziękujesz za...? – Spytał, bo nie do końca wiedział, o co chodziło. Zamyślanie się w tej chwili nie pomagało mu w skupieniu się na rzeczach istotnych. – Przepraszam, chodźmy już – powiedział nieco zmieszany, dając znać ręką pannom, by ruszyły pierwsze. Sam zaś cicho poszedł w ich ślady, idąc tuż za nimi... Pod drzwiami pożegnał się krótko i ruszył prędko przed siebie. Nie chciał przypadkiem rozwinąć kolejnej rozmowy z Tabby, trafić na jeszcze jakiegoś zabójcę-amatora czy po prostu popełnić samobójstwa, patrząc na jej rozradowaną twarz. Oczywiście cieszył się, że chociaż ona jest szczęśliwa. Z pewnością wolał to od swego samolubnego szczęścia.

[z/t dla Valeriusa]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Czw Sie 07, 2014 9:48 pm

Pierwszy raz od śmierci męża czuła ulgę. Taką prawdziwą lekką, beztroską... Czuła się tak wesoło, jakby zażyła jakichś narkotyków, a przecież była czysta. Mimo to miała w tej chwili ochotę tańczyć, śmiać się, krzyczeć z radości i robić przeróżne szalone rzeczy jednocześnie. Nawet brała skądś energię i była pewna, że starczyłaby ona jej na wiele... Bardzo dużo przeróżnych rzeczy. Ostatecznie jednak zdecydowała tkwić u boku siostry i darować jej swe jakże zacne tulaski.
Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo tęskniła za Tabithą. Dopiero teraz to zauważyła i to uczucie potrzeby bycia blisko niej przejmowało kontrolę nad jej uczuciami. Nie interesowała się już facetem, który już dawno stracił swe życie, Valeriusem, który rzekomo się w niej podkochiwał. Stwierdziła po prostu, że może się zając tym później i tak też robiła.
Tyle lat spędziła z myślą, że nienawidzi Ithy! Jak mogła tak myśleć? Przecież kiedyś tak bardzo się nią opiekowała i wszędzie z nią chodziła! Były jak papużki nierozłączki. Robiły razem wszystko i uwielbiała to. Nie wyobrażała sobie życia bez siostry w dzień rozłąki, a jednak przez Alviego to zrobiła, nienawidziła ją przez jakiś czas...
Teraz nie miała pojęcia, jak wyglądały ich relacje, gdzie były, ani czemu idą w kierunku zdecydowanie nie ich domu, ale wiedziała, że Ithy ją kochała i się jej nie wyparła. Nadal były niczym te nierozerwalne siostry, które rękoma by za siebie ręczyły i... Czy aby nie przesadzała? Nie, chyba zdolna by była zrobić wszystko dla Tabithy. Tak myślała.
Dlatego też zauważyła, że Tabitha kochała się w kimś, kto kochał się w niej. Gotowa była odstąpić jej tego mężczyznę. Sama jakoś czuła się niezręcznie z myślą, że mogłaby mieć kogoś innego poza Alvertusem. A może jednak nie? Nie miała pojęcia.
- Cześć! – Krzyknęła głośno za odchodzącym chłopakiem, machając przy tym energicznie, po czym zadrżała nieco. Dopiero teraz dotarło do niej to, że w sumie była naga, ale wzruszyła na to ramionami i odwróciła się do siostry, patrząc na nią.
- Tak właściwie co my tu robimy? – Spytała, patrząc na budynek, przed którym stały, wpierw w lewo na ścianę, potem na prawo, Az w końcu podniosła wzrok w górę. Cóż, to nie wyglądało jak ich dom.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pią Sie 08, 2014 12:58 am

Gdy tylko odrobinę się skupiła, nadzwyczaj wyraźnie widziała już ten wyraz na twarzy Valeriusa, który wskazywał na jego zupełny odlot do krainy zamyślenia. Widziała tę minę wielokrotnie jeszcze za czasów ich wielkiej przyjaźni i zwyczajnie nie było sposobu na to, by nie potrafiła jej nie zauważyć i nie zastanawiać się przy tym nad przyczyną jej zaistnienia.
A myśl o niej dała jej całkiem nieźle w twarz, solidnego kopa nawet!, bowiem praktycznie od razu przyszła jej do głowy kolejna o powodzie zamyślenia. A jakiż on mógł być w towarzystwie, jak zwykle ślicznej mimo wszystkiego plus nagiej, Amandy? No, właśnie i dokładnie taki, jaki przychodził jej teraz do głowy.
Kolejnym zaś bólem było to, że szczerze nie potrafiła określić własnego samopoczucia w tej chwili. Nie mogła nawet powiedzieć czy czuje się gorzej, czy może lepiej. Głównie chyba ze względu na to, że wciąż trwała w niej jakaś psychicznie ciężka walka między dwoma częściami osobowości, a że nie miała rozdwojenia jaźni, przynajmniej jako tako zdiagnozowanego, było to jeszcze o wiele bardziej nieprzyjemne.
Nie jednak bardziej od tego pierwszego wrażenia, jakie miała na widok Amandy, która tak dosyć otwarcie okazywała zainteresowanie przyjacielem Tabby. Poprawka, byłym przyjacielem i skrajnie głupią rzeczą było odczuwanie jakiejkolwiek formy zbliżonej do zazdrości. To przecież było prawdziwe durnoctwo! Zwłaszcza w przypadku swatania tej dwójki i tak ze sobą!
Mimowolnie pokręciła głową, wzdychając z dużą dawką pogardy dla własnej osoby i swojego aktualnego zachowania. Cóż, na obecne podejście do świata też mogła zwalić nadzwyczaj wiele. Jak na przykład chęć rozsunięcia tej dwójki i to tak silną, że ledwo powstrzymywała się przed zrobieniem tego. A przecież ich wzajemny pociąg był rzeczą jak najlepszą i zdecydowanie powinna się z niego cieszyć.
A gdy Angelini wreszcie raczył wyrwać się z zamyślenia, zadając jej jedno z najdurniejszych pytań, jakie tylko mogła słyszeć... Zwyczajnie zmrużyła urażona oczy, odpowiadając mu chłodno.
- Miłość, honor i pociąg do ojczyzny. - Prawie że warknęła, nie mogąc powstrzymać się od wywracania oczami. - Za pomoc, ciole. Nawet ja potrafię dziękować, chociaż zniszczyłeś mi życie.
Po tym już więcej się do niego nie odzywała, zgarniając tylko Mandy ramieniem i przytulając ją do siebie jak najbliżej. Może i było już po połowie czerwca, ale poranki wciąż zdecydowanie bywały chłodne.
Bez słowa dała Valeriusowi odejść, co też zrobił z nadzwyczajną dla normalnego człowieka prędkością, ale patrzyła za nim aż zupełnie zniknął jej z oczu. Po tym odwróciła się do siostry. W samą porę, bowiem ta zadała jej jedno z Tych pytań. Niezbyt trudnych dla pytającego, ale zdecydowanie zabójczych dla osoby odpowiadającej. Przełknęła ślinę, spuszczając na chwilę wzrok.
- Teraz mieszkamy tutaj... Tyle się wydarzyło, gdy... Gdy byłaś nieobecna... A ja nie miałam wtedy jak nas bronić. Przepraszam, Amy. - Zwróciła się do bliźniaczki pseudonimem, którym nazywała ją w dzieciństwie. - Naprawdę cię przepraszam, kochanie. Zawaliłam na całej linii.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pią Sie 08, 2014 6:47 pm

Tak właściwie wiele rzeczy nie zgadzało się w jej aktualnym świecie, bo i ulica, na której stał ich aktualny dom, nie należała chyba do jakichś normalnych. Przynajmniej wydawała jej się nieco bardzo zaniedbana, tak jak dom, w którym rzekomo mieszkały, jak jej siostra i wszystko, co ją otaczało. Gdzie podziały się kolory?  Gdzie olśniewający ludzie, którzy spacerowali wieczorami? Dobrze, właściwie nadchodził świt, więc pewnie wszyscy spali po jakiejś wystawnej kolacji u sąsiadów. Ona w sumie też zawsze spała o tej porze. Pewnie tak samo jak puszysty króliczek... Chciała takiego, wspominała?
Valerius zniszczył życie Tabithcie? Chyba nie powinna chcieć go znać, skoro ona go nie lubiła i był jej wrogiem...? Może też powinna chcieć go zabić? Może powinna to zrobić teraz, zanim zniknie jej w jakiejś uliczce? Może i zabił mordercę jej męża, ale... Chwasty należało wyrywać! Chwasty należało wyrywać, a insekty niszczyć! Dokładnie, musiała oczyszczać świat ze zbędnych ludzi, którzy tylko niepotrzebnie zabierali jej i jej  kochanej Ithcie  powietrze. Doookładnie.
Czemu była nieobecna? Co tak właściwie robiła przez ostatni czas? Pamiętała, że leżała sobie leniwie w swojej sypialni w wieży, że biegała po makowych polach, że latała na płomiennym ptaku, skakała z mostu do rzeki lawy, w której potem sobie pływała, kompletnie nic sobie nie robiąc, leżała też na pustyni, śpiewając piosenki dla chmurek i prosząc o deszcz... Trochę tego było w sumie, jednakże chyba powinna była być wtedy przy siostrze i się nią opiekować, zamiast tak szaleć. Właśnie, Tabitha powinna zobaczyć, że płomienie jej nic nie robiły! Musiała jej to pokazać, ale to innym razem.
Musiała też jej powiedzieć o rozerwanej koszuli nocnej, która nadal gdzieś tam leżała w tej ciemnej uliczce. Zapomniała o niej i jej nie zabrała ze sobą... Właściwie czemu biegała na boso i w koszu... Aaa, bo była noc i sobie smacznie spała, gdy ten mężczyzna chciał ją spalić wraz z domem. Cuchnęła chyba nadal benzyną czy jakimś innym paskudnym środkiem łatwopalnym. Niezbyt świetnie.
Wzruszyła ramionami, słysząc przeprosiny siostry i ogólnie jej odpowiedź. To wszystko chyba było szalone i Amanda stwierdzała, że było takim przez nią, bo ona też chyba była szalona. Tak jej się wydawało.
- Czy ja oszalałam? – Spytała Tabithy. – I nie masz za co przepraszać. To ja powinnam wszystko ogarnąć. Ty jesteś moją młodszą siostrzyczką, pamiętasz? Jak Valerius zniszczył ci życie? I wiesz, że chciałabym mieć takiego małego puszystego klulisia? – Kontynuowała zadawanie pytań, łapiąc siostrę za rękę i przytulając się do niej. – Mój mąż nie żyje. Spłonął. – Dodała, na chwilę smutniejąc, ale zaraz uśmiechając się szeroko.
- Oj, Ithy! Moja Ithcia! Kocham cię, siostrzyczko – westchnęła po chwili, patrząc na niebo i potem na siostrę. Czuła się lekko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pią Sie 08, 2014 11:24 pm

Nigdy nie zastanawiała się tak szczerze i prawdziwie nad tą chwilą, która właśnie nadeszła, zaskakując ją przy tym zupełnie. Może i miała na to nadzwyczaj dużo czasu, aż za dużo nawet, a jednak zwyczajnie o tym nie myślała. Głównie nie chcąc chyba robić sobie jakichś marnych nadziei, których rozproszenie oraz zniszczenie z pewnością byłoby dla niej ciosem.
To całe unikanie tematu faktycznie było na tyle głupie i do bani, że spowodowało u niej teraz zupełną pustkę w głowie. No, dokładnie. Bo cóż takiego mogła powiedzieć siostrze, która dopiero co otrząsnęła się z tego swoistego transu, jaki trwał od tak dawna, że Tabby nie pamiętała już nawet momentu jego rozpoczęcia? Nie pamiętała i nie chciała raczej pamiętać, bądźmy szczerzy. Nie było to bowiem coś z gatunku tych rzeczy, jakie zapisuje się we wszelkich możliwych kalendarzach i ustawia się coroczne przypomnienia w telefonie.
Przez ten okropny stan jej siostrę ominęła cała masa rzeczy. Amanda przegapiła wręcz od groma wydarzeń i, co chyba najważniejsze, nadzwyczaj ważnych wydarzeń. Tego wszystkiego, co miało karkołomny wpływ na poziom ich obecnego życia. A jej przy tym nie było. Przynajmniej myślami, bo ciałem przecież jak najbardziej była obecna i to chyba podczas każdego ważniejszego wydarzenia.
Na cóż się jednak to zdawało, gdy nie miała świadomości tego? No? Co takiego przychodziło im obu z tego, że Mandy brała cielesny udział w całym tym piekielnym cyrku, jaki miał miejsce podczas rebelii i teraz też w sumie dalej się ciągnął? Nic. Zupełnie nic, zero, dno i tysiąc metrów mułu. Poza jeszcze tym nieprzyjemnym faktem, że mogła wtedy dodatkowo ucierpieć i wymagała poświęcania jej uwagi, którą automatycznie odwracało się od najprawdziwszego nieprzyjaciela mogącego to wykorzystać.
No i faktycznie też wielokrotnie to właśnie robiącego. Bowiem niektórzy ludzie mieli to do siebie, że jakoś tak zupełnie automatycznie wyczuwali największą słabość człowieka i w nią właśnie wpierw atakowali. A przy lekkiej, hahahaha... nie!, paranoi Tabby... Cóż, jej ścisły związek z chorą siostrą był wyraźny jak mało co. Można było nawet powiedzieć, że podawała swoją słabość wrogom na tacy i to jeszcze prosto przed nos.
Jednak zawsze walczyła. Przyjmując na siebie nawet najbardziej dotkliwe ciosy, bo jak to tak inaczej. Może większość osób stwierdziłaby, że była to czysta głupota, jak i dobrowolne wystawianie się na pewną śmierć, która przecież w jakimś momencie nie mogła dać się powstrzymać, jednak ona tak tego nie pojmowała. Dla niej samej to było coś zupełnie innego i tak już raczej miało pozostać do końca.
- Byłaś chora, słoneczko, bardzo chora. Ale to już historia, która nie wróci. - Odpowiedziała po chwili, starając się przybrać jak najbardziej pocieszającą minę i mówić kojącym głosem. Uścisnęła lekko siostrę, nie mogąc powstrzymać się przed zmierzwieniem jej blond włosów. - Będzie dobrze. Ha, co ja gadam? Już jest dobrze! - Uśmiechnęła się, ciesząc serce widokiem takiej Mandy, chociaż nagość siostry wprawiała ją w lekkie zakłopotanie.
Ono jednak prawie całkowicie niknęło pod naporem tych wszystkich pozytywnych uczuć, jakie teraz siedziały w niej. Nie mogła nie śmiać się na widok żywej Mandy, która wreszcie zachowywała się jak prawdziwie żyjący człowiek. Rozmawiała z nią, zadawała jej pytania, uśmiechała się... To wszystko było dla Tabithy prawdziwym darem niebios po tych wszystkich wcześniejszych problemach i niepowodzeniach. Choć odpowiedzi na pytania, jakie wychodziły z ust bliźniaczki, były dla niej niezmiernie trudne do wypowiedzenia. Poruszanie tych wszystkich tematów wciąż jednak trochę bolało.
- To tylko kilka minut, Amy, a zachowujesz się zupełnie tak, jak gdyby dzieliły nas lata. Wielka Starsza Siostrzyczka. - Mruknęła ze śmiechem, smutniejąc po tym nagle, bowiem Mandy zadała jej jedno z najgorszych możliwych pytań. Zwłaszcza w tej chwili. - Valerius i ja poznaliśmy się na krótko po twoim wyjeździe. Bardzo szybko jakoś tak zbliżyliśmy się do siebie i zaprzyjaźniliśmy. - Zaczęła, patrząc na linię nieba nad budynkami i słońce powoli rozświetlające dachy. - Myślałam, że to może być coś więcej, wiesz? Był moją pierwszą i dotychczas jedyną miłością, ale zniknął. Z dnia na dzień, przekazując tylko kilka suchych słów przez zupełnie obcego posłańca. A kilka lat później, gdy spotkaliśmy się ponownie... Zdradził mnie, Amy. - Wyszeptała ze smutkiem. - Pozwolił na to, by zabrano mi wszystko, zabrano nam wszystko. Ale najgorsza była chyba wtedy świadomość, że był moim najlepszym przyjacielem, a potraktował mnie gorzej niż robaka. I ten jego wzrok... - Potarła ramiona, drżąc jakby z zimna, by wreszcie wziąć głęboki wdech i ponownie się uśmiechnąć, odpowiadając uściskiem na przytulaniec Amandy. - Kupimy ci klulisia. Kupimy ci wszystko, co tylko sobie zażyczysz. - Nachyliła się, całując delikatnie siostrę w środek czoła. - Tak mi przykro, kochanie. - Wyszeptała ściskając bliźniaczkę mocniej. - Ja też cię kocham, Amy. A teraz może lepiej wejdźmy do środka, bo zaraz zjawi ci się tu tłumek adoratorów, nimfo moja ty. - Roześmiała się krótko, poganiając siostrę dyskretnie i nie przestając jej do siebie tulić. Opanowała już sztukę chodzenia w przytuleniu, więc czemu nie...




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   

Powrót do góry Go down
 

Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Amanda Gautier
» Amanda Levis
» Stanowisko strzeleckie i rzucania nożami oraz oszczepem
» Urodzinowe konkursy oraz zabawy
» Wymiana bannerami oraz buttonami

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje :: Getto :: Mieszkania-