IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield - Page 2

 

 Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Sro Lip 23, 2014 11:58 pm

First topic message reminder :

***


Ostatnio zmieniony przez Tabitha Gautier dnia Sob Lip 26, 2014 9:29 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
the odds
avatar
Zawód : studia nad uprzykrzaniem życia postaciom
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pon Lip 28, 2014 9:05 pm

A jednak szczęście tym razem zdecydowanie go opuściło i nie była. Mógł ją nazwać niesatysfakcjonującą, a nawet marną i to na własne życzenie. Czego też spodziewał się po tak parszywym miejscu, jakim był Kwartał Ochrony Ludności Cywilnej? No chyba nie złotych gór zamkniętych w śmierdzącym kanistrze, którego jakość wyrobu należała do baaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa(...)aaaaardzo niskich standardów.
Najnormalniej w świecie nie powinien był oczekiwać niczego na tyle dobrego, by mogło stać niezauważone w jakimkolwiek miejscu KOLCa, w którym, jak było powszechnie wiadomo, przed tuptusiami nic nie dało się ukryć. Cud nawet, że istniało cokolwiek takiego, co wpadło w jego ręce przed tymi tuptusiowymi.
Podła jakość podłą jakością, przeraźliwie chemiczny smród wypalaniem nozdrzy, łzawienie oczu wynikiem oparów tego czegoś, ale unikać wykorzystania tego, gdy praktycznie samo się do niego uśmiechnęło, może nawet i rzeczywiście, bo cholera wiedziała, jak bardzo to było zmutowane, najnormalniej w świecie nie mógł.
Drżącymi dłońmi podniósł pojemnik w górę, uważając wyjątkowo mocno, by nie rozlać cieczy znajdującej się w środku. Po przeniesieniu kanistra kawałek bliżej budynku, w którym znajdowały się te zdradzieckie wypłosze, stanął, by odsapnąć i rozejrzeć się dookoła. Nikogo nie zauważył, więc pospiesznie począł ustawiać sobie stertę kartonów pod jednym z otwartych okien, które zdecydowanie nie należały do tego samego pomieszczenia, co pokój, który obserwował. Miał tylko szczerą nadzieję, że to chociaż odpowiednie mieszkanie.
I się nie pomylił! Po wejściu na stertę i wtarganiu na parapet kanistra, wcisnął się przez okno, dosłownie wpadając do pokoju jak okrąglutka piłeczka, jednak z cichością myszki. Powiódł wzrokiem dookoła siebie, zauważając tylko jedną kobietę, która leżała na łóżku i patrzyła tępo w sufit. Po tym, jak nawet na niego nie spojrzała i nie zaczęła choćby wrzeszczeć, zorientował się, że musi być to sławetna siostra właścicielki mieszkania, która ma nierówno pod sufitem i zgrywa lalkę. Na dokładkę postanowił podejść do niej i pomachać jej ręką tuż przed nosem. Nie zareagowała.
Grubasek uśmiechnął się pogardliwie, powracając do pojemnika, odkręcając go i zaczynając wylewać obficie jego zawartość. Oblał nim meble, podłogę, zasłony, a nawet i samą Amandę, po czym ruszył do okna, wspinając się na wewnętrzny parapet, kucając i zapalając zapałkę, którą wyciągnął ze swej kieszonki. Rzucił ją na ziemię, trafiając wprost w jedną z kałuż cieczy, która momentalnie zajęła się ogniem. Kilka sekund później ponowił czynność, rzucając jeszcze pięć zapalonych zapałek i postanawiając posiedzieć jeszcze przez chwilę w dosyć bezpiecznym miejscu. Zawsze mógł skoczyć na kartony. Najwyżej tylko trochę się potłucze.
A ogień szalał do woli, coraz szybciej obejmując całe pomieszczenie. Trzaski stawały się też coraz bardziej wyraźne. A Grubasek patrzył na to z uśmiechem. Z pewnością gołąbeczki wyfruną ze swej norki...

3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Wto Lip 29, 2014 12:29 am

Co z nim było nie tak? Czemu był takim debilem? Gdy powiedział jej, by skończyli to teraz i nie ciągnęli tego już dłużej, wcale nie chciał, by poczuła się jak pasożyt czy intruz. Nie to było jego zamiarem, a uwolnienie jej od wyrzutów sumienia czy litości względem niego. Nie wiedział co, ale coś skłoniło ją, by proponować mu miejsce w łóżku tuż obok siebie. Skłoniło, wręcz zmuszając ją do tego. Nie mógłby spać, wiedząc, że już nic do niego nie czuje, prócz nienawiści, i mimo to zmusza się do spania z nim we własnym łóżku... Pewnie, że tego chciał, ale nie mógł jej tego zrobić.
Ona jednak inaczej odebrała jego słowa. Może to była wina jego głosu? Nie ta intonacja? Może zabrzmiał z obrzydzeniem? A może to wcale nie była jego wina, tylko pokrętnego mózgu kobiecego? Może wina w zrozumieniu leżała po stronie Tabithy? Może nadal go...kochała? Nie, mogła ewentualnie robić to specjalnie, by jeszcze bardziej go zranić, wiedząc, że on żałuje zdrady i nadal ją kocha. Może to jej spisek, który miał za zadanie go zniszczyć i... Tabby nie zrobiłaby tego. Jak mógł o tym pomyśleć? Nie nienawidziła go. Całowali się i wtedy czuł...to coś w niej, tę tęsknotę... Jednak kochała?
Z pewnością nie nienawidziła. Tego był pewien. Zapewne chciała nienawidzić i złościła się, że nie potrafi, ale nie nienawidziła. Tak prawdziwe, silne i złe uczucie nie mogło się tam, w jej serduszku, zagnieździć. Nie nienawiść do niego. Kiedyś się przyjaźnili, potem ją... Ale kochał. Naprawdę i był kretynem. ZDRADZIŁ ją przecież. To nie było jak zjedzenie dziecku lizaka.
Zacisnął wargi, gdy wyrzuciła te słowa spowodowane złym zrozumieniem i rzuciła się na łóżko. Chciała chyba zagłuszyć poduszką swój płacz, ale docierał do niego ledwo słyszalny szloch. W domu panowała cisza, więc nic dziwnego. I...
Czemu musiał nagle stać się taki uczuciowy? To bolało gorzej od tej rany kłutej i raczej nie działał na to żaden środek przeciwbólowy. Ten jej stan... Kolejna jego wina i nic nie mógł na to poradzić. Choć... Może jednak?
Wstałby i podszedł do niej, gdyby nie słowa o swataniu go z Amandą. Co by się nie działo, to Amanda! A co z Tabby? Ona troszczyła się o Amandę, a kto o nią? Myślał, że właśnie tego potrzebowała. Co, jeśli się mylił? Albo się łudził. Nie miał pojęcia, co było gorsze. Ostatecznie może jedynie wylądować z nożem w sercu. Co miał do stracenia? Choć w sumie trzymała go przy życiu dla Amandy. Miał immunitet tymczasowy. Jako mąż Amandy. Suuuper.
Usiadł powoli na swoim prowizorycznym łóżku, patrząc na jej drobną postać. Ryzykować? Jeszcze raz?
- Dobrze, zrobię to dla ciebie. Potrzebujesz czegoś jeszcze? Jeśli nie chcesz nic ode mnie jako... zdrajcy, to chociaż pozwól mi spłacić dług. Uratowałaś mi życie - stwierdził. Ciężko było mu wymówić głośno słowo "zdrajca", ale jakoś mu to przeszło przez gardło.
Stanął powoli na podłodze, trzymając się na razie szafki, która była stołem i jednocześnie jego łóżkiem. I pytanie, czy... Coś mu mówiło, że właśnie tego potrzebowała. Sam chciał być blisko niej, ale nim zrobił choćby krok, usłyszał coś niepokojącego z pokoju obok.
- Kurwa! - Przeklął nożownika. Już by tam był, gdyby nie rana. Ile mogły wytrzymać szwy Tabithy? Cóż, pieprzyć to! Ruszył w kierunku pokoju. Nie mógł tak stać, gdy działo się zło. W domu jego ukochanej, gdzie była bardzo kochana przez nią siostra.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Wto Lip 29, 2014 2:30 am

To powinno być dla niej łatwe. Ha! To zdecydowanie i niewątpliwie powinno być dla niej dziecinnie wręcz proste, skoro tak bardzo nienawidziła tego mężczyzny. A nienawiść swą pielegnowała przecież równo. Praktycznie od momentu, w którym z całą swą siłą dotarło do niej to, że ją zdradził.
Pamiętała tamten jego wzrok, wyraz twarzy, gdy na nią spojrzał. Tego nie dało się zapomnieć. Nie w zestawieniu z tym czasem, gdy spędzali ze sobą naprawdę wiele chwil. Tak często oparci o siebie, prawie przytuleni... W czymś, co jawiło jej się wtedy jako milczące porozumienie. W tamtym okresie naprawdę myślała, że mają szansę być dla siebie kimś więcej. Miała nadzieję, że jednak Valerius dotrzyma danego jej słowa i wróci do niej nawet po tym, jak ją pozostawił bez słowa. No, bez słowa, które by wyszło z jego ust przy jednoczesnym patrzeniu jej prosto w oczy, bo przekazanej wiadomości nie liczyła.
Była głupia. Kolejna durna trzpiotka, która traciła głowę na sam jego widok. Cóż... Od tego całego tłumu jego adoratorek odróżniało ją wtedy przynajmniej to, że uczucia, jakie ku niemu kierowała, były jak najbardziej prawdziwe. Nie powstały migiem, gdy tylko go po raz pierwszy zobaczyła. O nie! Valerius przez dłuższy czas nie był w jej mniemaniu nikim więcej, aniżeli tylko najlepszym przyjacielem.
To zdradliwe coś, co zaczęła do niego odczuwać... To rodziło się powoli, przez całkiem sporo czasu pozostając w ukryciu nawet przed nią samą. By wreszcie zrozumiała... I dała z siebie tyle, próbując jednocześnie przekonać siebie samą do tego, aby mu powiedzieć, wyznać. A on ją zostawił, by przy ich kolejnym spotkaniu... Po upływie tak wielkich ilości czasu... By zdradzić i wydać rebeliantom na pożarcie.
Powinna go nienawidzić. Dokładnie tak, jak mówiła sobie przez cały czas od początku pobytu w Kwartale. Powinna nie móc znieść nawet samego patrzenia na jego twarz, co dopiero mówić tutaj o całowaniu tych jego ust. Które przez ten wybitnie krótki moment naprawdę sprawiało jej radość i satysfakcję. Cholera! W co też ona się znowu pakowała?!
Był jej wrogiem! Nawet jeśli pominęłaby świadomość jego zdrady, czego zrobienie podszeptywała jej ta dawna część kochającej go i ufającej mu Tabby, to i tak pozostawał nim w stopniu przechodzącym wszelkie granice. Był przecież pieprzonym rebeliantem i to takim, który wkręcił się w to wprost z samego Kapitolu! Nie stracił zupełnie nic po zmianie reżimu! Ona tak... Tak samo znaczna większość z tych, którzy mieszkali teraz w KOLCu, bo pozostawali jeszcze przecież ci robiący to i przebywający w tym podłym miejscu dobrowolnie.
To był jednak jeden z tych wieczorów, gdy Tabitha ze zwiększoną siłą odczuwała zupełny brak oparcia w życiu. Nie to, że nie miała znajomych, nawet kilku przyjaciół, no i Amandy. Oni wszyscy byli, ale jednocześnie miewała czasem wrażenie, że i tak jest sama. W tłumie ludzi też można było być samotnym. A ona miewała te przejściowe chwile, w których właśnie to czuła. Samotność, brak oparcia, które pozwoliłoby jej czasem odpocząć od wiecznej odpowiedzialności i bycia ciągle tą silną. Chciała móc chociaż przez chwilę dać sobie odpuścić. Pokazać komuś siebie taką, jaką naprawdę była. Słabą Tabby pod grubymi warstwami silnej skorupki. Jednak wystarczyło tylko odpowiednio w nią puknąć, by zaczęła się kruszyć.
Westchnęła bezradnie, odczuwając wobec siebie żałosne politowanie. Nie powinna dawać się tak łatwo ranić temu człowiekowi. Zdecydowanie też powinna domyślić się wcześniej, jakie działanie mógł na nią mieć. Zaślepiona przez gniew i pragnienie zapłaty jednak tego nie zrobiła, a teraz było na to już zdecydowanie za późno. Mogła tylko podejmować beznadziejne próby powrotu do własnej osoby, jednocześnie starając się jak ognia unikać myśli o tym wszystkim, co czyniło ją słabą, odkrytą i, przyznajmy szczerze, wybitnie żałosną.
I to właśnie ta żałosna wersja Tabby zaczynała brać coraz większą górę nad silną, gdy odezwała się, dając zdeterminowanej opiekunce Amandy wygrać nad własnymi pragnieniami i rzucając słowa o ślubie. O boleści starej Tabby!, nie takiego, o jakim niegdyś marzyła. Cóż jednak miała się dziwić. Zawsze scenariusz był dokładnie taki sam... Mandy dostawała wszystko, co upragnione, jej skapywały się resztki, czego jej siostra już nie potrafiła raczej zauważyć. A i Tabitha nie chciała wtedy jej psuć nastroju i nie odzywała się nawet jednym słowem, gdy rodzice wyraźnie faworyzowali "ich piękną perełkę". Ha! Dawnej Tabithcie przykro było tylko na samym początku, później przyzwyczaiła się do tego, przeświadczona wręcz o tym, że Amanda w każdym calu zasługuje na specjalne traktowanie. Poza tym była jej kochaną siostrzyczką. Jakże by mogła być na nią kiedykolwiek zła? Nawet teraz, gdy jej wewnętrzny potwór wył z rozpaczy. Nie powinno go obchodzić to wszystko, bo przecież i tak nienawidziła Angeliniego!
Mimo wszystko... Nie! Było świetnie! Mandy miała być tak szczęśliwa i bezpieczna, jak to tylko miało być możliwe! Koniec tematu! A jednak postanowiła się odezwać...
- Tak. Potrzebuję. A właściwie chcę. Chcę wiedzieć jedno. Czy kiedykolwiek się dla ciebie liczyłam? Jako przyjaciel i... Czy mielibyśmy jakąkolwiek szansę, gdyby to wszystko potoczyło się inaczej? - Usiadła na łóżku, zagarniając włosy na oczy. Kiedyś zawsze tak robiła, gdy była lekko zdenerwowana. Bawiła się włosami i gryzła dolną wargę, przez co była ona nieznacznie czerwieńsza od drugiej.
- Czy byłbyś w stanie kiedykolwiek prawdziwie mnie kochać, Valerius? - Spytała, już wyraźniej i pewniej, z poważną miną. - To już nic nie zmieni, ale jakaś część mnie chce to wiedzieć. Czy gdybym nie była żałosnym robalem, którego wy, wielcy rebelianci, brzydzicie się nawet dotknąć bez kija i grubych rękawic, byłbyś w stanie mnie kochać? - Chciała powiedzieć coś jeszcze, lecz do jej uszu doszło skrzypienie podłogi, a następnie zaklnięcie Angeliniego i... Wytężyła słuch, już zaledwie po kilku sekundach, rzucając się do drzwi od pokoju.
- Mandy! - Krzyknęła automatycznie, szarpiąc za drzwi. Już dawno doszło do niej, że ich współlokatorki nie było w mieszkaniu, ale Amanda...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Wto Lip 29, 2014 4:54 pm

Granatowe niebo otaczało ją ze wszystkich stron. Było tak ciemne, że spokojnie mogłaby powiedzieć, że jest ono czarne. W sumie było czarne, ale ona uparcie twierdziła, że granatowe. Właściwie, ciemnogranatowe. Tak ciemny granat miał w sobie, według małej Mandy, głęboko skrywaną magię, a czerń w tym przypadku zalatywała nudą.
Ku jej nieszczęściu na tym niebie nie mieszkała żadna gwiazda. Wyprowadziły się pewnie przez jej męża. Nie lubił gwiazd. Zabierały zbędnie czas i uwagę, a nie były nic warte. Nie było tu gwiazd, mimo że ona kiedyś je kochała, a teraz... Teraz nie wiedziała, czy kocha i czy ona sama istniała tak naprawdę. I czy gwiazdy nadal istniały? Może się pogubiły? Może umarły? Kiedyś godzinami wpatrywała się w nie z siostrą. Teraz ich tu nie było. Czy wrócą?
Cóż, dobrze, że chociaż mogła patrzeć na tą ciemną czerwień maków. Były wszędzie. Przez nocne niebo wyglądały jak morze krwi, na którego środku stała. Z bosymi stopami zanurzonymi w tej makowej wodzie, która nie była chłodna. Powinno być tu zimno, ale było ciepło. Czasem powiał chłodny wiaterek, ale niknął zaraz i wracał dopiero po dłuższej chwili. Unikał jej. Czemu? Nic mu złego nie robiła i...
Czy właśnie przed chwilą, małą malutką chwilką, nie widziała przypadkiem ręki Alviego? Była pulchna, jakby spuchła i mokra od potu, choć pachniała inaczej. Tak... Aż musiała zmarszczyć nosek. Ten wyimaginowany. Ten prawdziwy ani drgnął a może drgnął tak nieznacznie? Jak kwiat muśnięty przez pszczółkę? A Alvi?
Rozejrzała się wokół, ale otaczał ją jedynie mak. Z każdej strony aż po horyzont. Czy gdyby pobiegła do horyzontu, to spotkałaby tam królika? Takiego puszystego? Wiadomka, była głuptaskiem! Cudownie, ale mógłby jej kiedyś towarzyszyć chociaż jeden królik. Taki biały z różową muszką. Poszedłby z nią szukać Alviego. Nie chciała być już sama. I co z ręką Alviego? Czemu niebo tak szybko pojaśniało?
Zachichotała. Przecież wiedziała, że to ogień! Zrobiło się cieplej. Gorąco. Wszystko płonęło. Ich dom płonął. Musiała mu pomóc, bo spłonie! Alvi gdzieś tam był. Słyszała skrzypienie podłogi.
- Alvi... - Szepnęła, otwierając oczy. Otworzyła je, mimo że tak naprawdę miała je otwarte. Od razu przekręciła głowę i spojrzała szeroko otwartymi oczkami na mężczyznę, który rzucał zapałki z okna. To nie był jej mąż. Ten mężczyzna był podpalaczem. Zabił jej męża. Podłożył ogień, bo pragnął jego pieniędzy. Zły człowiek. Alvi... zginął. Przez niego. Był winny!
Wyskoczyła zgrabnie z łóżka, łapiąc w biegu widelczyk ze stolika. Przebiegła ten kawałek dzielący ją od okna, na którym siedział mężczyzna, delikatnie na paluszkach niczym baletnica. Luźna koszula nocna nie krępowała jej ruchów, a za to robiła z niej, wraz z bladą cerą, upiorną primę balerinę. W jej, normalnie niebieskich, a teraz czarnych, oczkach zatańczyły piekielne czerwone ogniki, gdy jej wzrok na chwilkę padł na ogień. Szalony był. Płomyki tak pięknie tańczyły, ale nie mogła ich dotknąć. Musiała uważać. Uciekać. Musiała zabić.
Ścisnęła widelczyk, jak żądna deseru dziewczynka, i rzuciła się na tego pana. Zaczęła dźgać na ślepo, gdy tylko ogarnęła się orientacyjnie po upadku. Uwierzycie? Leciała chwilę! Jak ptak! Wolna na ciemnym niebie! A teraz chciała zobaczyć kolor nocnych maków. Chciała zaprowadzić podpalacza do krwawego morza. By utonął. We krwi. Był zły. Z pewnością płomyki go nie lubiły, mimo że je wezwał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : studia nad uprzykrzaniem życia postaciom
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Wto Lip 29, 2014 6:32 pm

Grubasek siedział na wewnętrznym parapecie, powoli jednak zaczynając wycofywać się na ten z drugiej strony okna. Nie był zupełnym idiotą i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo ogień, zwłaszcza w miejscach takich jak ten budynek, no i jak sam KOLeC, jest niebezpieczny. W żadnym razie nie chciał dać z siebie zrobić smażonego pączka czy czegoś w tym rodzaju, co później zostałoby wytargane ze zgliszczy mieszkania przez głodne zwierzęta lub, co gorsza!, głodujących żebraków i zjedzone w jakimś kącie.
Nie widziała mu się śmierć w ten sposób, więc naturalnie nie miał najmniejszego zamiaru pozwolić sobie na przebywanie w pobliżu płomieni zdecydowanie za długo. Jego mózg podpowiadał mu, że miejsca zalewane czymś łatwopalnym, podpalane i mające w pobliżu okna z resztkami, niewątpliwie ostrego, bo przecież to było szkło! ta jego trzeźwa logika!, szkła w ramach lub cokolwiek innego, co mogło po wybuchu wbić się w ciała najbliżej przebywających osób...
To nie były zbyt dobre miejsca do obserwacji. Może i jarał się widokiem pięknie płonącej norki podejrzanych, ba! konspiracyjnych pewników!, ale zdecydowanie nie chciał jarać się tam dosłownie. Lubił ciepło, ale nie aż do takiego stopnia.
Zagapiony na ten cudowny obrazek, w dosłownie ostatniej chwili zdołał zauważyć ruch, dotąd siedzącej jak sztuczna laleczka, dziewczyny. I nie tyle brak refleksu, co jego gabaryty nie pozwoliły mu odskoczyć w odpowiednim momencie. Uzbrojona w widelczyk Amanda uderzyła w niego z zadziwiającą siłą, za co odpowiadał jej rozpęd, wylatując razem z nim z okna. Umieszczonego niezbyt wysoko, ale jednak na tyle, by pozbawić obie osoby tchu podczas upadku przez nie.
Budowa ciała Grubaska, jak i sterta resztek kartonów, które wcześniej ustawił, zamortyzowały upadek na tyle, by nikomu nic wielkiego się nie stało. Poza szokiem, oczywiście, w którym przez moment był mężczyzna. Na tyle długi moment, warto dodać, by Amanda zdołała pokaleczyć mu widelczykiem twarz i odsłonięty kawałek szyi, nie robiąc jednak nic poza zadrapaniem go i, w zaledwie kilku miejscach, zostawieniem paru dziurek po sztućcu.
Bo bardzo krótkiej chwili, podpalacz jednak ogarnął się na tyle, by zacząć osłaniać się przed wściekłymi ruchami panienki Gautier, a nawet zacząć siłą zdzierać ją z siebie. Wreszcie, z braku zbyt wielu możliwości, ugryzł ją w gołą skórę ręki, która akurat znajdowała się przed jego twarzą, zostawiając na niej głęboki, krwawiący ślad zębów. Wypluł ślinę z jej krwią, wiercąc się pod nią z wściekłością, przeklinając i wyzywając napastniczkę oraz osiemdziesiąt pokoleń jej rodziny wstecz...
Aż wreszcie przeturlał się z nią z resztek kartonów na brudny chodnik, przygważdżając ją całym swoim ciężarem do podłoża i jakimś cudem wykręcając jej rękę z widelczykiem, by ją też docisnąć jak najmocniej.
- I co teraz, mała kurwo? - Syknął, ścierając jedną ręką ze swojej twarzy krew, jaka ciągle wypływała z zadrapań, a następnie spluwając Amandzie na dekolt.
Tymczasem pomieszczenie, w którym wcześniej przebywała blondynka, płonęło coraz mocniej i wyraźniej. Żar, jaki buchnął Tabithcie i Valeriusowi z wnętrza pokoju, gdy drzwi wreszcie dały się otworzyć, był wręcz niewyobrażalny i aż zmuszał do cofnięcia się o kilka kroków. Czy była więc szansa cokolwiek ratować?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Sro Lip 30, 2014 2:18 pm


Mąż Amandy... Heh, może gdyby wspomniana dziewczyna nie zniknęła tak szybko mu z oczu, przestając chodzić na te wszystkie imprezy elity i do szkoły, to może cieszyłbym się z takiego pomysłu.
Jednakże tak się nie stało, a on dzięki jej zniknięciu miał okazję poznać Tabithę. Myśląc strasznie egoistycznie, nie cofnąłby czasu, gdyby miał stracić te wszystkie wspólnie spędzone chwile z Tabby. Nie zrobiłby tego. Wbrew ich aktualnym relacjom, bardzo cenił jej dawną przyjaźń. Bardzo pomogła mu po tym, co go spotkało...
Łby, łby i łby... Czemu non stop rozpamiętywał przeszłość? Czemu myślał o błędach, których przecież nie mógł cofnąć? W przeszłości już nic nie mógł zmienić. Jedynie w nią patrzeć i się użalać, bo stracił to, co okazało się dla niego najważniejsze.
Stracił, a mimo to była tu z nim, a właściwie on z nią. Mimo wszystko, co raczył jej zrobić, a co wcale nie należało do przyjemnych rzeczy, nawet mu pomogła. A przecież ją wtedy wystawił, by zostawić, wysyłając posłańca, a kilka lat później wkroczył do jej domu z rebeliantami, wyciągając ją i jej rodzinę z domu. Starał się udawać nienawiść i chyba mu wyszło... I za dużo myślał.
Nie mógł też powiedzieć, że dziewczyna mu pomagała. Raczej pogarszała jego samopoczucie, jakby mogło być jeszcze gorzej, każdymi kolejnymi słowami. Robiła to specjalnie, czy po prostu był to czysty przypadek...?
Padły pytania, które wykluczały jego aktualne uczucia do niej, które wątpiły w cokolwiek, co między nimi było i na które tak bardzo pragnął jej odpowiedzieć. Nie mógł. Świat mu nie pozwalał.
Gdy drzwi raczyły się otworzyć, zaraz złapał Tabby w pasie i odciągnął od nich. Zdecydowanie nie zamierzał pozwolić jej tam wpaść i zginąć. W płomieniach.
- Cholera, dziewczyno! Zależało mi i zależy. Nie pozwolę ci tam wejść. Nie pomożesz jej tak. Tabby! Ogarnij się! Woda! Gdzie jest woda? - Powiedział szybko, starając się jakoś do niej dotrzeć. Zapewne myślała teraz jedynie o Mandy i by ją stamtąd wynieść. - Chodźmy! Szybko! - Warknął, ciągnąc Tabby po wodę. Starał się nie zerwać szwów ani nie myśleć o bólu. Mogłoby to się źle skończyć a chciał pomóc.
Co to był za dzień? Wpierw chciano go zabić, a teraz pożar...


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Sro Lip 30, 2014 3:48 pm


Dźgała widelczykiem jak opętana, powtarzając wkoło "nie" i pragnąc. Och, tak! Pragnęła tańczyć wśród maków i śmiać się beztrosko. Wolna. Niczym zawodowa tancerka. I spełniona, bo usilna potrzeba zabicia mordercy swojego męża męczyła ją tak bardzo, że czuła się z tym niezbyt dobrze. Puszysty króliczek nie były zadowolony, gdyby istniał i wiedział, że coś tak bardzo ją męczy. Puszysty biały króliczek nakłoniłby ją do tego, by jak najszybciej pozbyła się problemu. Musiała to zrobić. Chciałaby tańczyć wśród maków, by potem zmęczona paść wśród nich i patrzeć na niebo. Otulona ich magią.
Puszysty biały króliczek musiał być zawiedziony, bo nie udało jej się. Powinna była celować w szyję, w jego gardło... Albo wbić mu go do ust i jeszcze dalej, zanim te jego podłe ząbki zraniły jej rączkę. Zabolało tak bardzo, że popłynęły jej łezki. Alvi pogłaskałby ją po policzku, by następnie zetrzeć je i powiedzieć, że będzie dobrze, bo jest jego kochaną małą kurewką. Musi tylko być dla niego miła, a Alviego już nie było. Zabiło go te bydle, podkładając ogień w ich pięknym domu. Pamiętała, jak wszystko płonęło i się waliło.
Co miała zrobić, gdy maki były daleko, a on wytrącił jej widelczyk z dłoni i przycisnął swoim ciałem do siebie. Jedynie Alvi zbliżał się do niej tak blisko. Nie powinien był tego robić, bo teraz jeszcze bardziej chciała go zabić. Za wszelką cenę. I sam podsunął jej rozwiązanie tekstem, który wypłynął z jego ust. Jego głos przywodził jej na myśl zgniłozielony szlam, który zaczynał się wokół niej gromadzić, dotykając jej rąk, nóg, włosów. Musiała go utopić w morzu. Całego.
- A teraz będziemy się pieprzyć - syknęła, cytując Alviego. Uśmiechnęła się wyzywająco, wyginając się i wijąc pod nim. Nie siłą, próbując się wyrwać, ale by poczuł jej kobiece ciało, które mógł przecież wykorzystać. Był mężczyzną. Mężczyźni tego potrzebowali. Alvi jej potrzebował.
- Będziemy tu tak leżeć, czy ruszysz tę swoją dupę? Jeszcze się rrrooozmyślę... Chciałeś mnie spalić - pragnęła mu przypomnieć. Jej głos był jak pomruk dzikiego i niegtzecznego kotka. Chciała mieć kocie uszka i chciała też go uwieść, co było teraz ważniejsze. Zemsta i maki. -Nie uważasz, że to ubranie... cuchnie? Powinniśmy się go pozbyć - ciągnęła, zagryzając wargę i robiąc niewinne oczka. Alvi mówił, że wygląda uroczo, gdy robi z siebie taką sierotkę.
Nagle poderwała głowę, by go pocałować. Musiała przejąć dowodzenie, a potem wbić widelec w jego spaśniętą szyję. Raz, a porządnie. Jeśli udało jej się go pocałować, to całowała delikatnie, by zaraz chwycić delikatnie jego dolna wargę między swoje ząbki.
Zaufasz, skurwysynu? Króliczek byłby wtedy dumny.



Time goes on and on, I told you the moment all day long
Time goes on and on, you're so strong so wrong
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Sro Lip 30, 2014 4:26 pm

Miała bardzo, ale to bardzo nieprzyjemne uczucie jakiegoś rodzaju wewnętrznego szamotania się. I to ze samą sobą! To dosyć mocno mieszało jej w głowie i, musiała niestety sobie to szczerze przyznać, gubiło ją całkowicie. Na dodatek odnosiła wrażenie, że ta walka między starą a nową nią nie skończy się zbyt dobrze, a nawet najprawdopodobniej zrobi z niej jakąś całkowitą wariatkę, która nie będzie w stanie nawet próbować myśleć logicznie.
Cholera! Mało miała jasnych powodów do nienawidzenia tego faceta? Potrzebowała jeszcze kolejnych i to mających zakończyć się namiętnym zbieractwem kocich ogonków czy jeszcze innym cholerstwem?! Bo na pokój bez klamek to ona tutaj nawet nie miała co liczyć, a terapia... Marzenie normalnie, bo jedyna, jaką można było jej zafundować w KOLCu i to ku pewnej przyjemności paru osób, należała do typu wstrząsowego.
Już raz zaatakowano ją, najwyraźniej w swej skrytości uznawanym za piekielnie zabójcze, starym narzędziem ogrodowym, co nie skończyło się zbyt dobrze, więc od tej pory wolała jednak unikać takich pięknych zabaw. Doskonale pamiętała tamto męczenie się z krwawieniem, bólem i gorączką, gdy w ranę niechybnie wdało się zakażenie. Cudem było to, że jakoś wyszła z choroby, zaleczyła ranę na tyle, by pozostała jej już po niej tylko nieciekawa blizna i dotrwała do tej chwili.
Choć z tego ostatniego w tym wypadku raczej nie powinna się cieszyć ze względu na towarzystwo Valeriusa. Wcześniej, praktycznie przez cały czas, gdy tylko mogła, powtarzała sobie jak mantrę to, że go szczerze nienawidzi. Teraz, gdy przyszło co do czego i wreszcie stanęła przed nim twarzą w twarz... Zachowywała się jak jakaś zupełna idiotka! Debilka nawet, która tak nagle przestawała wiedzieć, co o tym wszystkim ma myśleć. Jakby nie było to dostateczne, na dodatek jeszcze chwilę wcześniej całowała się z nim jak oszalała, wtedy zupełnie nie myśląc o tym, że powinna prędzej strzelić mu z pięści w szczękę. Aż by zagruchotało...
Zdecydowanie musiała się z tego wszystkiego pozbierać i to najlepiej jak najszybciej, bowiem zaczynała już nawet zachowywać się na tyle zidiociale, by zacząć zadawać mu wybitnie debilne pytania, które na dodatek nie miały dla niej zupełnie nic znaczyć. Tymczasem coś w niej mówiło jej, że wyczekuje szczerej odpowiedzi na nie. A, po zirytowanym pogodzeniu się, ta jej nowa wersja wmawiała sobie usilnie, że poszukuje właśnie takiej, by mogła raz na zawsze odrzucić od siebie przeszłość wraz z dawnymi uczuciami, jakie niegdyś żywiła do Angeliniego.
Raz po raz i raz po jeszcze kolejny raz... Nieustannie powtarzała sobie, jak bardzo ucieszy się z odpowiedzi, że jej dawne przeświadczenia były tylko najzwyklejszą w świecie bujdą. Wtedy nareszcie będzie miała dostateczny powód, by utwierdzić się w swym pragnieniu zemsty na Valeriusie, jeśli najwidoczniej dotychczasowe rany przez niego zadawane jej nie wystarczały.
On jednak milczał. Zupełnie tak jak niegdyś przy większości towarzystwa. Niby wiedziała, że nigdy nie był jakoś specjalnie rozgadany, jednak przy niej... Kiedyś się przy niej otwierał, teraz zaś czuła się tylko jak kolejna z tych osób, które obdarzał praktycznie wiecznym milczeniem, bo najwyraźniej niegodne były jego odpowiedzi. I to ją zabolało. Może i nie chciała przyznać przed sobą szczerze, że tak właśnie było, ale to ją piekielnie wręcz zabolało.
I dobrze! Bardzo poprawnie! Krzyknęła w niej obecna Tabitha, uśmiechając się z zadowoleniem, bowiem wiedziała, że jest to automatyczne odcinanie jej od przeszłości z nim spędzonej, a on sam trzyma nóż. Jej stara wersja zaś tylko ponownie szepnęła ze smutkiem, że wszyscy odchodzą.
Obie miały w pewnym sensie po kawałku racji i wiedziała o tym. Mimo że chcące czegoś zupełnie różnego, obie zgadzały się w tym jednym fakcie. Czasy się zmieniały, a z nimi też i ludzie. Choć w przeszłości obiecał jej być przy niej już zawsze, wszystko miało się prawo zmienić. Okoliczności były już przecież tak zupełnie inne od tych, które były ich udziałem wtedy, gdy obiecywał jej opiekę.
Nigdy nie powinna była wymagać od niego pozostania mimo wszystkich i wszystko. Każdy kiedyś odchodził, a odcięcie się było w życiu jak najbardziej normalną rzeczą. I może kiedyś jakoś by mu to wybaczyła, zrozumiała to jak w tej chwili, ale wtedy nie wystarczyło mu zwykłe opuszczenie jej.
O nie! On musiał zrobić to przez pośrednika, bez własnych słów pożegnania, by po kilku latach, przy ich kolejnym spotkaniu, tym razem już jak najbardziej nieprzyjacielskim, uderzyć w nią z całej swojej siły. Zapewnił jej koszmarne życie, w którym praktycznie non stop musiała choć próbować bronić się zupełnie sama. Na dodatek jeszcze z chorą siostrą u boku. Ani raz, przez ten cały czas!, nie dał jej żadnego znaku, że chce pojednania lub czegokolwiek od niej. Pozostawał milczący i z dala od niej. Był jak duch, by wtargnął nagle ponownie w jej życie, by znowu w nim namieszać i by sprawić jej jeszcze więcej bólu. A ona gubiła się w swoich własnych reakcjach i odczuciach. Nie wiedząc już nawet, co ma robić.
I nim miała okazję się zastanowić... Kolejny koszmar...
- Mandy! - Szarpnęła za drzwi, odskakując kawałek, gdy gorąco buchnęło jej prosto w twarz. W początkowym szoku, dała się odciągnąć Valeriusowi, by jednak już chwilę później zacząć mu się wyrywać jak oszalała. - Mandy! MandyMandyMandyMandy... Zostaw mnie, pieprzony skurwysynu! Mandy, cholera! Puszczaj, debilu! Może twoja rodzina dla ciebie nic nie znaczyła, ale Mandy jest dla mnie wszystkim! Łapy precz, chamie jeden! Mandy! - Wydzierała się, jednocześnie szarpiąc i próbując wyrwać z uścisku Angeliniego. Nie zwracając przy tym najmniejszej nawet uwagi na jego obrażenia i swoje, wciąż piekące, przedramię. - Nie wierzę ci! Puszczaj mnie! Jak mam ci po tym wszystkim kiedykolwiek zaufać?! Mandy! Bydlaku, chamie ty jeden, skurwysynie powalony! Nienawidzę cię! Łapy precz! To moja siostra! To moja...
Słowa na chwilę przestały wypływać z jej ust, a ona sama jakby opadła z sił, nie rzucając się już, a tylko opierając o niego całym ciężarem ciała, by wybuchnąć wreszcie niepohamowanym płaczem. I wtedy właśnie dotarło do niej to, co starał się jej przekazać. Machnęła bezwładnie ręką w stronę kąta pokoju, jaki zasłaniała zasłonka. Lewa imitacja instalacji, która pozwalała deszczówce spływać wprost do starej wanny na balkonie, po raz kolejny miała się przydać. Na normalną wodę z kranu nie można było raczej w tej chwili liczyć.
- To moja siostrzyczka... Ona nie może... Nie... Proszę... Nie może... - Wyszeptała łamiącym się głosem, cała aż drżąc. Gdy w grę wchodziła Amanda, stawała się wręcz trupioblada ze strachu.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : studia nad uprzykrzaniem życia postaciom
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Sro Lip 30, 2014 4:57 pm

Plan Grubaska w żadnym razie nie obejmował sobą walki o życie lub, co gorsza!, śmierci od zadźgania starym widelczykiem do ciasta, który z pewnością zawierał więcej bakterii niż samego materiału, z którego był zrobiony. To było takie obrzydliwe, że aż powodowało u niego odruch wymiotny.
Tak samo zresztą jak i ta mała wariatka, którą teraz przyciskał do podłoża całym swoim ciężarem. I o ile musiał przyznać, że zazwyczaj jakakolwiek obecność kobiety działała na niego wręcz natychmiastowo, to o tyle tym razem tak się nie działo, co wskazywało tylko na to, jaką wariatką była ta mała gąska. Sam nie wiedział czy powinno go to nakręcać, czy też może powodować u niego przeraźliwą wręcz chęć odsunięcia od siebie tej wariatki i dostarczenia jej odpowiednim ludziom jako osoby solidnie chorej psychicznie.
Chociaż patrząc na to, jak się zaczęła zachowywać i jakie słowa wypływały teraz z jej ust... Zastanawiał się poważnie nad tym czy aby nie pomylił miejsc, w które zamierzał ją oddać i nie powinien przypadkiem sprzedać jej do burdelu. Nie tego nieoficjalnego, ale jednak przez wszystkich znanego, więc uważanego przez niego za oficjalny. O nie! Nie sądził bowiem, by tam ją wzięli, dodatkowo płacąc mu za nią.
Jeśli już cokolwiek... Znał idealne miejsce dla takich gąsek jak ona. Wpierw jednak z pewnością zamierzał osobiście przetestować jej usługi, choć z pewnością nie na środku jakiejś parszywej ulicy, gdzie z pewnością mieliby publikę już po kilku sekundach. Nie to, że panienka na to nie zasługiwała, bo zasługiwała jak najbardziej, ale on sam nie miał najmniejszego zamiaru zniżać się do takiego poziomu, gdy w Kwartale było tyle lepszych dla niego miejsc. No i dom wciąż płonął, grożąc wybuchem.
- Oj, z pewnością, moja gołębico, lecz nie sądzisz chyba, że jestem aż tak... Pierwotny. - Uśmiechnął się szeroko, przejeżdżając językiem po swoich wargach i patrząc na nią z żądzą widoczną w tych małych oczkach. - O rozmyślenie nie dbam. Nie dam ci się rozmyślić. - Dodał jeszcze, zerkając pożądliwie i chichocząc nieprzyjemnie. - Nie bądź taka niecierpliwa, gołębico, jeszcze się doczekasz. - Zakończył swe słowa i zawładnął jej ustami w tym pocałunku, którym z początku to ona go obdarzyła.
A pokój płonął i płonął, i płonął. Ogień czynił coraz większe szkody, rozprzestrzeniając się do tego stopnia, że już za chwilę miał objąć i drugie pomieszczenie. Nikt nie zjawił się na pomoc, ale z okien pobliskich domów wychylało się coraz więcej ciekawskich sąsiadów. Zaś szwy Valeriusa zaczęły puszczać, wywołując nadzwyczaj nieprzyjemne wrażenie i ostry ból w zranionym miejscu.

3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Sro Lip 30, 2014 9:09 pm

Chyba powinien sobie kupić poradnik, jak przeprosić kobietę w pięć minut, bo mu to schodziło już... Cóż, Ktoś zabrał mu telefon, a na ścianie pomieszczenia, w którym się znajdowali, żadnego zegarka nie dostrzegł, więc ciężko było to stwierdzić. Nie minęło raczej kilka minut. O, nie! Kwalifikowały się już one w dziesiątki minut, których niestety precyzyjnie nie mógł podać, zważywszy na problem, który miał okazję przedstawić nie tak dawno... A właściwie przed chwilą.
On tu się rozwodził nad zegarkami, a czas płynął sobie szybko, jak gdyby ktoś podsmażał mu tyłek rozżarzonym metalem. Może nawet metalem tym był zabytkowy miecz, który miał dodać zaistniałej scenie dramatyzmu i wskazać na to, że czas mijał. MIJAŁ. Tak jak okazje, w których miał szanse przeprosić i przekazać Tabithcie, że...
Właśnie, co tak właściwie pragnął jej przekazać? Idąc wraz z pytaniami, które padły z jej ust, zanim wydarzyło się to wszystko, to...
Czy kiedykolwiek się dla niego liczyła? Pewnie, że się liczył. Wtedy, gdy byli przyjaciółmi, i teraz również, gdy ich domy były po dwóch stronach muru. To nie minęło. Między innymi dlatego miał wyrzuty sumienia i pragnął za wszelką cenę dostać pracę w KOLCu, by ją odszukać i jej pomóc na tyle, na ile mógł. Przy dobrych wiatrach nawet wydostać z tego miejsca, bo, owszem, prawdą było to, że Tabitha Gautier była dla niego bardzo ważna. Potwierdzał to dodatkowo fakt, że bywała w jego myślach każdego wieczoru, gdy tylko kładł się do pustego łóżka w swoim pustym domu.
Czy mieliby jakiekolwiek szanse, gdyby to wszystko potoczyło się inaczej? Ta, potoczyłoby się inaczej, gdyby jej ojciec nie był przeciwny znajomości córki z synem dystryktowej dziwki, gdyby nie pozwolił sobie grozić i nie zerwał znajomości, gdyby wkręcił ją do rebelii i razem walczyli o wolność. Tak, wierzył, że to wszystko mogłoby się inaczej skończyć, gdyby podejmował w przeszłości inne decyzje... I w sumie nadal mogło potoczyć się inaczej, choć teraz bardziej zależało to od niej niż od niego. Zrozumiał swój błąd i chciał być z nią, ale ona... Czy ona nadal mogłaby go kochać po tym wszystkim? Czy potrafiła mu to wybaczyć?
Pytanie o to, czy byłby kiedykolwiek w stanie ją pokochać, było zbędne. Każdego dnia pragnął jej powiedzieć o swoich uczuciach, jednakże się bał. Byli przyjaciółmi. Od samego początku. Bał się, że ją straci, gdy ta dowie się o jego, zdecydowanie nie przyjacielskiej, miłości do niej. Gdy w końcu stwierdził, że to zrobi i umówił się z nią w ustronnym miejscu, by nikt im nie przeszkodził... Pojawili się oni, a potem historia była znajoma. Zrezygnował dla rzekomego dobra bliskich, a czy było im z tym lepiej... Nie było. Raczej nie. Tabby była samotna, a rodzice i tak go oszukiwali, mama i tak popadała w szaleństwo, a ojciec był od zawsze zimnym sukinsynem i to nie miało się akurat zmienić. Nigdy. Czy byłby kiedykolwiek w stanie ją pokochać? Odpowiedź brzmiała, że tak, bo ją pokochał.
W dodatku Tabitha nie była mu wstrętnym robalem, którego wstydził się dotykać. Nie miał pojęcia, skąd to jej się wzięło i ubzdurało w tej główce, ale on wręcz pragnął jej dotykać. Nawet teraz, gdy szarpała się w jego ramionach, próbując pomóc Amandzie. Nawet teraz nie brzydził się jej, a nawet nie chciał się od niej odsunąć, mimo że chyba właśnie puściły mu szwy, bo w boku go tak strasznie zabolało. Wstrzymał jednak z trudem okrzyk bólu, bo musiał jej pomóc. Potrzebowała tego. On tego potrzebował. Amanda tego potrzebowała. Nie mógł patrzeć, jak znika za drzwiami, by zniknąć za nimi już na wieczność.  Nawet starał się nie zwracać uwagi na słowa, które rzucała pod jego adresem, a które... Rodzina dla ciebie nic nie znaczyła... Była rozgniewana.
Trzymał ją w uścisku, z którego nie mogła się wyrwać. Był trenowany od małego i nie zaniechał treningów, więc nie stracił też masy mięśniowej, a nawet wiele zyskał. Komu miał poświęcać czas, skoro nikogo nie miał? Nie wiedział nawet wtedy, czy Tabby nadal żyje. Trzymał i słuchał, starając się do niej dotrzeć poprzez krzyk, bo łagodne słowa nic nie dawały. Nie dziwił jej się. Gdyby Julka tam była, sam by się wyrywał, by ją uratować, wynieść z dala od płomieni.
Krzyki jednak nie zmobilizowały jej do działania, a za to zrobiły z niej płaczliwą małą dziewczynkę, która nic nie mogła poradzić na to, że świat się jej walił. Potrzebował jej, Amanda jej potrzebowała. Musiała być w tej chwili silna.
- Tabby... - Szepnął delikatnie, przytulając ją do siebie. Prawą ręką zaczął głaskać ją po plecach. - Wiem, że od samego początku tu musiałaś być silna i masz już dość tego wszystkiego, ale... Jeszcze raz. Musisz znów być silna. Przecież ty zawsze jesteś silna! Amanda cię potrzebuje i ja też cię potrzebuję... Rana... Tabby, dasz radę, słyszysz? Dasz radę, tylko przestań płakać i rusz swoje zacne litery do roboty. Jesteś silna. Szybciutko, musimy ugasić pożar i jej pomóc. Bez ciebie sam nie dam rady - mówił, chcąc ją pozbierać i nakłonić do działania. Sam faktycznie mógł sobie nie poradzić. Czuł cholerny ból w boku, a nie miał pojęcia, jak rozległy jest ten pożar... I pomieszczenie, w którym bezwzględny rezydował wraz z Amandą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Sro Lip 30, 2014 11:02 pm

Ludzie bywali bardzo... pożądliwi. Gdy nie mogli liczyć na to, co zazwyczaj zaspokajało ich niespokojne serduszka, usilnie łapali się czegoś innego, co mogło przynieść ukojenie. To było proste. Substytutów na świecie było bardzo dużo i niektóre nawet lepsze od pierwszego materiału, który był w danej chwili nieobecny. Świetnie to wiedziała, jednakże nie podzieliła się swoimi doświadczeniami z tamtego dnia z Alvim. Byłby niezadowolony, że robiła coś za jego plecami, bez jego pozwolenia.
Cóż, mimo to dzień ten pamiętała bardzo dobrze i nawet mile wspominała. Wtedy nerwowo i z tęsknotą przygryzała wargę, bo w pewien sposób za tym tęskniła. Kompletnie coś innego od tego, co doświadczała w obecności męża. Delikatniejsze i bardziej zmysłowe... Myślała o tym oczywiście tylko wtedy, gdy wiedziała, że mały puszysty króliczek jej nie podsłucha, bo mogłyby mu opaść uszka od tego, co by usłyszał. Taaak, Amanda była bardzo niegrzeczna, robiąc pewne rzeczy z jedną z dziewczyn męża. I chyba się nie dowiedział, więc chwała tej... To było takie... Miłe. Jak chłodna trawa w upalny dzień, który czasem w jej myślach przypiekał jej ramiona. Nie lubiła być spalona od słoneczka, ale lubiła, jak było ciepło, więc nie miała wyboru. Marznięcie i brak słońca, albo ciepełko i słonczeko. Wolała ciepełko.
Miała okazję poznać, że każdy człowiek pożądał i w sumie to pożądanie też zawsze można było w nim obudzić. Normalnie jak niegrzecznego kocurka, który potem zaczynał szaleć, skacząc po meblach i przewracając stojące na nich przedmioty. Psocił... I stawiał swoje łapki tam, gdzie nie powinien, a może tam, gdzie powinien? To zależało od sytuacji, a ona zamierzała zrobić bardzo zacną temu mężczyźnie, który łapał haczyk. Nie, że lubiła łowić ryby. Nieee! Były paskudne nawet na talerzu, a co tu dopiero mówić o łowieniu ich. Powiedzmy, że to był haczyk na niedźwiadka, bo duży to on był. Widziała niedźwiadki na ekranie.
- Pierwotny, niepierwotny... Warto czasem okazać nieco swojej wewnętrznej dzikiej natury, proszę pana. Bywają chwile, w których instynkty przejmują nad tobą kontrolę, a ty jedynie krzyczysz w kolejnych spazmach nieograniczonej rozkoszy. Dzika gołębiczka pragnie ujarzmienia. Nie mogę czekać dłużej... Pragnął, pan, kiedyś tak bardzo... Tak bardzo, że po prostu musiał? - Szepnęła mu słodko, niczym malutka podlotka, którą w sumie była, do uszka po tym długim, obrzydliwym i pełnym udawanej rozkoszy pocałunku. - Pragnę. Tu i teraz... - Dodała, próbując delikatnie uwolnić prawą rękę, by podrażnić nią jego krocze, jeśli się nie udało, to próbowała otrzeć się tam swoim ciałem.
Jeszcze nie uległ, a chciała to zrobić szybko. Już teraz. Musiała jednak czekać. Jak przyczajona puma, który czeka na odpowiedni moment, by wyskoczyć z ukrycia na swą bezbronną ofiarę. I przynieść swym postępkiem dzień chwały dla krwawego morza maków. Krew... Tak bardzo chciała ją ujrzeć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Sro Lip 30, 2014 11:03 pm

Była przerażona... Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Z całą swoją siłą i natręctwem dochodziło do niej bowiem to, jak bardzo mogła być w niektórych sytuacjach bezsilna, mimo że tego nie chciała. Obiecała sobie, że mimo wszystko zajmie się swoją ukochaną siostrzyczką, zapewniając jej to, czego potrzebowała. Może nie do pełni szczęścia, bo do tego, choćby najmocniej na świecie tego chciała, a przecież tak właśnie było!, najzwyczajniej w świecie nie miała warunków, ale do godnego życia już tak.
Ten cel przyświecał jej praktycznie od samego początku, gdy to dopuszczono ją do, już chorej, Mandy. Przysięgła wtedy zapewnić jej wszystko, co tylko była w stanie i tego się trzymała. Robiąc czasem okropnie głupie rzeczy tylko po to, by osiągnąć coś, co w danej chwili było rzeczą niezmiernie potrzebną.
Olała nawet własny wstręt do koszul nocnych, jaki powstał po tamtej paskudnej nocy, gdy jej ojca zamordowano, a Valerius wydał jej rodzinę w ręce swych kamratów, zauważając jakby, że siostra wyglądała w nich na trochę spokojniejszą.
Taki słodki i drobny, teraz już jeszcze bardziej przez, mimo wszystkiego, co robiła!, niedojadanie, aniołek. Amanda mimo wszystko była dla niej naprawdę śliczną osóbką, chociaż teraz w żadnym stopniu, nawet minimalnym, nie przypominała jej tamtej radosnej dziewczynki, którą ich matka odstawiała w sukienki godne wielkich panien. A Mandy niegdyś tak uroczo odstawiała zachowanie właśnie jednej z takich osób.
Teraz tylko milczała, pozwalając co wieczór rozplątać i uczesać sobie włosy, a serce Tabby krwawiło już na sam widok tego wszystkiego. Usiłowała jednak być silna. Wciąż jeszcze miała nadzieję, że siostrzyczka do niej powróci, że odezwie się nagle tym swoim śpiewnym głosem, rzucając jakąś uwagę o zbyt mocnym ciągnięciu włosów szczotką, jak to zwykła kiedyś robić. Mimo że Tabitha zawsze starała się przeciągać szczotką jak najłagodniej, co ułatwiały gładkie i śliskie włosy bliźniaczki. Za to jej samej... Starczy chyba powiedzieć, że nie pozwalała nigdy nikomu się czesać, przez co zbierała dowcipno-uszczypliwe komentarze siostry. Teraz oddała by dosłownie wszystko za wzajemne czesanie.
Bowiem to oznaczałoby obecność Amandy. Prawdziwą obecność, nie taką godną porcelanowej lalki, którą można było przestawiać z kąta w kąt wedle własnej woli. Kiedyś Mandy była zła za samo dyskretne sugerowanie, by coś zrobiła chociaż trochę inaczej lub wedle woli innych. Czasem strzelała malowniczego focha, wykonując jednak proponowaną czynność, a czasem zapierała się w sobie zupełnie, robiąc na dodatek zupełnie na przekór mówiącemu lub piszącemu.
Teraz zaś dawała się prowadzić w miejsca, w które tylko opiekunka chciała. Grzecznie i w swoim wiecznym milczeniu, nie odwracając wzroku od jednego punktu i wbijając go dalej w coś, co było na wprost. Nawet po zmianie ułożenia jej głowy. To było tak bardzo okropne i przeraźliwie smutne, że wywoływało nawet czasem wściekłość Tabithy. Wychodziła wtedy z domu, zostawiając siostrę pod opieką kogoś innego, bo przecież wciąż miała resztki nadziei na jej powrót z tej paskudnej krainy, która najwyraźniej zupełnie ją pochłonęła.
Wybierała się wtedy w jak najbardziej odludne miejsce. Zdążyła bowiem już dobrze się przekonać o tym, że chodzenie w te pełne ludzi, gdy było się pełną gniewu... Cóż, oznaczało w najlepszym przypadku niewielkie kłopoty, w najgorszym zaś lepiej nawet nie pytać. Rzucała kamieniami w zniszczone już i tak przedmioty, tworzyła czubkiem buta dołki w ziemi, wyrywała wściekle zioła do swojej kolekcji... I psioczyła. Dużo psioczyła.
Na KOLeC, na życie w nim, na samą siebie, na Angeliniego, oj... na niego nadzwyczaj dużo!, na własnych rodziców, Amandę, to wszystko, co musiało wydarzyć się podczas ich rozłąki, a co sprawiło, że miała teraz warzywko zamiast żywej i radosnej siostrzyczki. Była zła dosłownie na cały świat, który jakby zbierał się w sobie raz na jakiś czas, by ponownie im dowalić. I wychodziło mu to co najmniej świetnie! Cholera!
Dzisiejszy dzień i teraz noc musiały być kolejnym tego dowodem. Jeszcze jednym zasranym skupiskiem nieszczęść, za które winę przynajmniej miała i mogła na kogoś zwalić. I tym kimś był bez dwóch zdań Angelini! Oj tak!
To był całkiem logiczny ciąg. Jeśli by go wtedy nie zauważyła, nigdy by go nie ograbiła. Jeśli by go nie ograbiła, nie miałaby powodów do tego, by się zatrzymywać. Jeśli by się nie zatrzymała, z pewnością nie próbowałaby go przeciągnąć z dala od środka jezdni. Jeśli by go nie przeciągnęła z dala od środka jezdni, nie nawiązałaby z nim rozmowy. Jeśli nie nawiązałaby z nim rozmowy, nigdy by się nie dowiedziała, kim on jest. Jeśli by się nie dowiedziała, kim on jest, zapewne nie weszłaby z nim w jakąś durną umowę i nie zabrała go do siebie do mieszkania, przy okazji nie zostając zranioną kulą od jego broni.
A dalej byłoby już całkiem prosto. Nigdy by się nie pocałowali, ich rozmowa nie miałaby miejsca, zapewne odwiedziłaby Amandę w pokoju, sprawdzając czy czegoś nie potrzebuje, a wtedy mogłaby zapobiec ewentualnemu pożarowi, który miał przecież swój początek właśnie w tamtym pokoju. Jej mała Mandy była w niebezpieczeństwie właśnie przez to, że debilna część Tabby postanowiła pomóc Valeriusowi! Jak bardzo się teraz przez to nienawidziła!
- To wszystko twoja wina... To twoja pieprzona wina! Pomogłam ci, a mogłam być z siostrą. Zapobiegłabym pożarowi. Mandy jest w niebezpieczeństwie przez ciebie, sukinsynie! - Warknęła wreszcie, zbierając się w sobie i walcząc ze łzami, które usilnie napływały do jej oczu.
Ale nie mogła... Nie potrafiła jakoś teraz robić tego wszystkiego... Nawet nie wierzyła w ten swój wielce logiczny ciąg zdarzeń, wyborów i ich konsekwencji. Czuła się jak dziecko we mgle. Jak mała dziewczynka, która nagle postawiono w obliczu zagrożenia, które mogło zniszczyć dosłownie wszystko, na czym jej tak mocno zależało. Przylgnęła do Valeriusa na kilka krótkich sekund, przytulając się jak ktoś, kto tonie i łapie się każdej możliwej deski ratunku. Tyle... Że on nigdy nie był dla niej każdą możliwą. Nawet teraz był jedyną. Tego nie mogła w żaden sposób podważyć. Nie.
- Wiem. To była tylko cholerna chwila słabości, która więcej się nie powtórzy. Nie obawiaj się, mi też nie podoba się fakt, że byłeś tego świadkiem. - Przełknęła ślinę, powracając do swojego zwyczajowego tonu, jakim obdarowywała osoby, z którymi niechętnie musiała współpracować. Czysta suchość, zero uczuć.
Później, już bez słowa, wyplątała się pospiesznie z jego uścisku, zaczynając działać. Odsłaniając zasłonkę mocnym szarpnięciem, które sprawiło, że materiał zleciał na ziemię i praktycznie kopniakiem otwierając drzwi na zabudowany w większości balkonik, na którym całe wolne miejsce zajmowała obszerna wanna.
Mimo starości jeszcze jakoś nadawała się do działania i przyjmowała w siebie całą deszczówkę, jaka wypływała z rynny podczas deszczowych dni. Chwyciła wiadro, wyrzucając z niego całą ziemię wraz z kwiatem doniczkowym i napełniając je wodą, po czym odwróciła się do towarzysza, by podać mu wodę.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : studia nad uprzykrzaniem życia postaciom
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Sro Lip 30, 2014 11:38 pm

Możliwość małego pobaraszkowania sobie z tą drobną gołębicą, która tak się pod nim rozkosznie wierciła, coraz bardziej wchodziła mu pod jego czuprynę, zagnieżdżając się w mózgu. I o ile z początku wszystko w nim jakoś się temu sprzeciwiało, o tyle teraz wszystko wołało, by zdarł z niej ubrania i rozkoszował się widokiem. Tu i teraz.
Choć była to przecież marna mieszkanka Kwartału i diabli wiedzieli, co mógł dostać od niej w bonusie. Pchły, wszy i parchy były w tym wypadku chyba najmniej nieprzyjemnymi rzeczami, bowiem słyszał co nieco o ludziach z tego miejsca i w żadnym razie nie podobały mu się te wieści.
Przychodząc tutaj, był praktycznie stuprocentowo pewny, że nie będzie aż tak źle jak mu to zwykli opowiadać bardziej doświadczeni od niego, ale też i znacznie bardziej marni!, koledzy, którzy mieli okazję przez dłuższy czas zapoznawać się z tym wszystkim, co czekało na rebeliantów w Kwartale Ochrony Ludności Cywilnej. Dlatego też, pomny ich nieprzyjemnych doświadczeń, udawał jednego z mieszkańców, ale w żadnym razie mu to nie schlebiało.
Za to zachowanie i słowa dziewczyny już tak. Może i była jakąś solidnie zdziczałą wariatką, ale znać na prawdziwych mężczyznach to się ona znała! Wiedział, najnormalniej w świecie wiedział, że ktoś jeszcze się kiedyś na nim pozna. Jakaż szkoda, że później miał i tak sprzedać gołąbeczkę do taniego burdelu. Zachować sobie jednak marnej KOLCowiczki nie miał zamiaru. Nie była go mimo wszystko godna.
Co nie zmieniało faktu, że mógł sprawić jej tę radość i mieć ją na jedną noc... Lub dwie... W ostateczności trzy, o ile miałaby się okazać tak wspaniała, jak mu się w tej chwili jawiła. Uśmiechnął się z zadowoleniem, gdy poczuł jej łapkę na swym kroczu i ponownie zakosztował jej ust w pocałunku, odrobinę poluźniając swe chwyty. Była pyszniutka.
- Oj, gołąbeczko, gołąbeczko. - Westchnął, przymykając oczy i już znacznie bardziej się rozluźniając. - Znam to doskonale...
Ogień zaś wydostał się już z pomieszczenia, co ułatwiły mu po części otwarte drzwi między pokojami, a powietrze z otwartych okien tylko go podsycało. Zasłony przy drzwiach zaczęły płonąć, a byle jakiej jakości karnisz bardzo szybko runął na ziemię. Pobliskie meble momentalnie zajęły się ogniem.

3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Czw Lip 31, 2014 1:09 pm

- Spokojnie, Tabby. Dasz radę - powtarzał, tuląc ją do siebie. Tak bardzo pragnął jej zapewnić bezpieczeństwo, ale niestety nie mógł. Nie w tych okolicznościach, zwłaszcza, że nadal miała do niego żal. Starała się go odtrącić na każdym kroku. Głównie słowami, które rzucała jak sztyletami. Czasem się uchylał, ale większość przyjmował na siebie i nie miało z tego w przyszłości wyniknąć niczego dobrego.
Milczał w tej sprawie. W żaden sposób nie komentował oskarżycielskich słów, które kierowała w jego kierunku. Starał się teraz o nich nie myśleć. W przyszłości i tak miały urozmaicić mu wieczorne rozmyślania, których, szczerze powiedziawszy, nie cierpiał. Chyba że nie dotyczyły bolączek, a samych dobrych chwil. Teraz nie miał czasu na rozmyślanie, i chwała!, bowiem trzeba było działać.
Żałował też, że nie mógł jej tulić do siebie w innych okolicznościach. Wydawała się taka drobna i bezbronna w jego ramionach, ufała mu i nie wstydziła się łez, które spływały po jej policzkach. W tej chwili była Tabby, której pragnął powiedzieć to wszystko, co leżało mu na sercu, że ją kocha, że żałuje, że przeprasza i że chce pomóc, dlatego tu jest. Niestety, okoliczności nie sprzyjały takim wyznaniom, a on okazałby się jeszcze gorszym człowiekiem w jej oczach, gdyby zamiast ratowania Amandy, zaczął wyznawać jej miłość. Warto też dodać, że nie wierzyła jego słowom, udając, że ich nie słyszała lub myśląc, że się z nią bawi.
Ku jeszcze większej desperacji, bała się o siostrę. Powoli ją traciła bezpowrotnie i to od ich działania zależało jej życie, o ile już nie była płonącą zapałką, która wkrótce miała zgasnąć. Nie mógł jednak teraz pozwalać sobie na takie czarne myśli. To mogło paskudnie zadziałać na motywację do działania. Kolejna rzecz, na którą nie mógł sobie pozwolić. Ktoś go potrzebował, ktoś ważny.
Ktoś, kto ponownie dzisiejszego dnia go odtrącił po chwili czułości. Miał tego tak bardzo dość, ale musiał próbować. Kim by był, gdyby nie próbował? Gdyby się poddał? Z pewnością nie byłby Valeriusem.
Raniło go paskudnie to, jak zachowywała się wobec niego Tabby. Starał się teraz tego nie okazywać. Niszczyło go jednak od środka  to złe zrozumienie jego działań i stwierdzenie, że nie podobało mu się ta cała słabość Tabithy. Jakby to go drażniło... Nie drażniło, martwiło i rozczulało. Miała przecież prawo okazać chwilę słabości. Nie była jakimś bezuczuciowym słupem, by nie płakać i się nie bać. Mógł się założyć, że nawet prezydent Coin też okazywała strach.
Nie miał, znów!, czasu, by cokolwiek jej powiedzieć, zaprzeczyć i przeciwdziałać tej jej suchości. W żaden sposób naprostować swoje stanowisko w tej sprawie. Panna Gautier szybko wyplątała się z jego objęć i przystąpiła do działania, więc sam też musiał odpuścić.
Chwycił pierwsze wiaderko wody i zaczął gasić pożar, starając się też nie nadwyrężać zranionego boku. Ogień niestety go wyprzedzał. Był zbyt wolny, więc dawał z siebie jeszcze więcej, póki szwy kompletnie nie puściły. Padł na kolana, tracąc nagle kontrolę nad nogami. Na szczęście zdążył uratować kubeł wody przed zbędnym rozlaniem.
Jęknął, mimowolnie łapiąc się za rwący bok. Już wilgotny od krwi. Nienawidził siebie za to, że wtedy nie strzelił z broni do tej podejrzanej grupki... Nie miałby tej paskudnej rany, ale też nie znalazłby Tabby, więc... Dzięki sile woli wstał, by wylać na ogień niesiony kubeł... Bez pomocy nie mieli szans.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Czw Lip 31, 2014 1:47 pm

Siedziała ukryta pośród gałęzi. Nie wychylała się. Przemieszczała się po nich tak, byś nic nie usłyszał, nie zauważył. Niezwykle uważna, delikatna i subtelna. Skradała się. Polowała, a gdy polowała, pozostawała niezauważona, póki nie nadchodziła ta chwila. Wiedziała świetnie, instynkt mordercy podpowiadał jej, kiedy i wtedy... Teraz jednak siedziała, obserwując swą ofiarę i pewnie też się z niej naśmiewając, jakąż to bardzo spostrzegawczą i niewinną była istotką. Doprawdy, mały biały puszysty króliczek, którego od zawsze pragnęła. Mógł zginąć w każdej chwili, jeśli na czas nie wyczułby śmierci w powietrzu.
Cóż, ale jej ofiara nie była małym białym puszystym króliczkiem, którego zawsze pragnęła. Należała do osób, z którymi normalnie kochałaby się ze wstrętem, czekając na koniec i pewnie nie wyciągając z igraszek żadnych radości. W sumie brzydziłaby się nawet patrzeć na tego mężczyznę, gdyby nie drobny kruczek. Pragnęła go utopić w krwawym morzu maków. Pragnęła go zabić.
No, właśnie. Pragnęła go zabić, przez co zaistniała sytuacja z nim i wodzenie za ten tłusty nosek, sprawiało, że świetnie się bawiła. Ciągnęła z tego nieskrywaną i chorą satysfakcję. Osiągała swój cel cierpliwie i Z nutką zabawy, jak ta puma, która siedziała na drzewie i z uwagą obserwowała swą ofiarę, którą nawet mogła nazwać w tej chwili atrakcyjną. Gdy tak zaczynał inaczej na nią patrzeć, rozluźniać się i dotykać w inny sposób...
- Znasz to doskonale? To mi pomóż! Potrzebuję pomocy... Twojej pomocy. Jesteś mi tak bardzo potrzebny - mruknęła kokieteryjnie, nadal wijąc się pod nim niecierpliwie. Pożądanie zrobienia z tego głupca jeszcze większego idiotę nie dawało jej spokoju. Była niespokojna. W dodatku pragnęła, by faktycznie ją posiadł w tej ciemnej uliczce. Potrzebowała seksu, by wyładować te wszystkie zbierające się w niej liczne uczucia. Stawała się nerwowa.
Leniwie wysunęła drugą łapkę z jego uścisku, by objąć go za szyję i ponownie pocałować. Dłuuugo i o wiele odważniej. Nie rozumiała, czemu zwlekał, czemu jeszcze nie zerwał z niej tego kawałka materiału, który był koszulą nocną.
- Nie czekaj ani chwili dłużej... Prrroooszę - jęknęła, całując dalej tego obrzydliwego grubasa. Puma chciała zabawy. Potem śmierci. I krwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Czw Lip 31, 2014 2:30 pm

Nie mogła jej stracić... Siostra była dosłownie wszystkim, co jeszcze jakoś trzymało ją i nie pozwalało jej tak zupełnie się poddać. Lub co gorsza... Oszaleć do tego stopnia, że niedługo już faktycznie byłaby jak jedna z tych osób, którymi wcześniej tak bardzo pogardzała.
Nie była nią jeszcze tylko ze względu na Amandę i w tej właśnie chwili dochodziło to do niej z całą swoją mocą. Dokładnie to, że bez swojej Mandy byłaby nikim. To dla niej przecież tak bardzo starała się być na tyle twarda, by móc zapewnić im wszystko, co akurat było potrzebne.
Była uparta i właśnie uparcie dążyła do postawionego sobie celu, a nagrodą samą w sobie była możliwość patrzenia na wciąż żywą bliźniaczkę, którą niektórzy nadal brali za jej zupełnie starszą siostrzyczkę. A to była przecież kwestia tylko kilku minut różnicy.
Jednak jakoś tak, praktycznie od zawsze, przyjęło się nazywanie Mandy jej starszą siostrą i blondynka niegdyś właśnie w rolę takiej opiekuńczej starszaczki się wcielała. Może nie jakoś specjalnie, jeśli teraz Tabitha miałaby spojrzeć na to przez pryzmat czasu, ale i tak wystarczająco, by automatycznie czuła się odpowiedzialna za sprawowanie pieczy nad kimś, kto kiedyś na swój sposób usiłował robić to w stosunku do niej samej.
Mimo że sytuacje ich wzajemnej opieki były praktycznie skrajnie różne, to i tak zwyczajnie nie mogła odpuścić. Przysięgła sobie coś, a ona, w przeciwieństwie do większości osób składających jej obietnice, dotrzymywała danego słowa. Zarówno tego innym, jak i sobie samej. I nie mogła... Nie mogła! Pozwolić na to, by zawieść w taki sposób. W chwili, której specyfika i tak już była w całości jej własną winą.
Bowiem właśnie tak. Powinna być mimo wszystko bardziej czujna. Jej cholernym przewinieniem było to, że w odpowiednim czasie nie zwróciła uwagi na to, co z pewnością musiało wcześniej dawać jakieś znaki swojej obecności. Olbrzymi, buchający w górę jak z paszczy jakiegoś smoka, ogień nie mógł przecież zrobić się tak wielki w zaledwie kilka sekund, po których zauważyli, że coś jest jak najbardziej nie tak.
To musiało zacząć się wcześniej. O wiele wcześniej nawet, a ona tego nie widziała. I jeśli teraz przez to wszystko Mandy... Ale ona nie mogła, nie mogła! A co, jeśli jednak...? Wtedy Tabitha miała sobie tego nie wybaczyć. Bo to była jej cholerna wina! Nawet nie Valeriusa, choć przecież tak właśnie usiłowała sobie wmawiać. Jej samej, bo pozwoliła się rozproszyć i nie zauważyła! Jak ona mogła tego nie zauważyć?!
Najwyraźniej ten cały powalony wszechświat znowu zebrał się w sobie na tyle, by po raz kolejny im dowalić, ale był to jej błąd. Nie Amandy. To ona powinna tam być, a tymczasem zamiast niej w niebezpieczeństwie znalazła się aktualnie najniewinniejsza osoba, jaką znała. Zdecydowanie nie zasługująca na tak paskudną śmierć. I nie mogła... Nie mogła umrzeć!
- Jest jedyną osobą, której kiedykolwiek zależało na mnie bez większego powodu. To ostatnia mi bliska... Nie może... Nie daruję sobie tego, jeśli ona... Nie... - Wyszeptała przez te kilka sekund, podczas których dobrowolnie tuliła się do Angeliniego, raz w życiu naprawdę pragnąc zrzucić całą odpowiedzialność na kogoś innego, a samej skulić się w kącie i ryczeć jak dziecko.
To jednak był tylko moment skrajnej słabości, po którym ponownie wstąpiło w nią pragnienie zapewnienia siostrze pełnego bezpieczeństwa. Niezależnie od kosztów tego, jakie ona sama niewątpliwie miała ponieść. To była Amanda - najlepsza osoba pod słońcem. Ona sama w tej chwili się nawet nie liczyła. W przeciwieństwie do siostry... Już dawno uświadomiła sobie, że jej całe życie opiera się tylko na ciągnięciu za sobą kolejnych nieszczęść. Była jak jakich diabelny magnes na zło. I sama też nie była dobra.
Cóż... Ale przynajmniej była silna. Na tyle, by po tym rzucić się w wir działania. Z myśleniem, oczywiście, lecz bez zbędnego. Próbowała zagasić ogień, nie zwracając nawet swej, z pewnością wtedy wielce zszokowanej, uwagi na to, kto był osobą, z którą współpracowała. Dosyć zgranie, prawdę mówiąc.
Przynajmniej aż do chwili, w której do jej uszu doszedł jęk bólu. Rozejrzała się dookoła, jakby nieprzytomnym wzrokiem, zupełnie wybijając z tego swoistego transu, jaki ją ogarnął. Doskoczyła do Angeliniego bez większego zastanowienia, chcąc... Nawet nie miała pojęcia, co chciała przez to zrobić. Za to... Coś głęboko w sercu nakłuło ją na sam widok kolejnej porcji krwi, jaka wylewała się z rany zapewne w wyniku pęknięcia szwów. A on mimo wszystko dalej się starał...
Chlusnęła wodą na ogień, lecąc po następną porcję. A gdy zrównała się z towarzyszem...
- Jesteś pewien, że dasz radę? - Spytała. Bez większego zastanowienia... Całując go w przelocie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : studia nad uprzykrzaniem życia postaciom
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Czw Lip 31, 2014 3:00 pm

Grubasek szczerze nie miał pojęcia, dlaczego wciąż jeszcze zachowuje te resztki logicznego myślenia, które mówiły mu, że obmacywanie jakiejś tam panienki na środku uliczki jest nie do pomyślenia i poniżej jego poziomu. A mimo to jednak miał na to jak najszczerszą ochotę. Te dwie rzeczy wzajemnie się wykluczały, a on osobiście... Nie miał bladego pojęcia, na co ma większą ochotę.
Na nią czy zachowanie godności osobistej i zabranie jej w jakieś godniejsze go miejsce. Był to zaiste trudny wybór, chociaż wizja publiki nie przypadła mu do gustu, a ta mogła pojawić się dosłownie w każdej chwili. Już słyszał głosy ludzi i to, wbrew pozorom, nie w swojej własnej głowie, a gdzieś w okolicy przodu budynku.
Najwyraźniej ktoś wreszcie zainteresował się pożarem, który niepowstrzymywany mógł objąć sobą całą najbliższą okolicę i spowodować nadzwyczaj wiele strat, na które mieszkańcy nie mogli sobie pozwolić. Już po chwili rozpoczęła się więc zbiorowa akcja gaszenia ognia wszystkim, co tylko było możliwe. Aż wreszcie ostatni płomyk został zduszony.
Ktoś podsunął Valeriusowi lekko nadpalone krzesło, ktoś inny podał butelkę wątpliwej jakości wody do picia, ale przynajmniej podał!, a ktoś jeszcze inny posłał po okoliczną mądrą babkę, która rzekomo znała się na leczeniu.
Stan mieszkania pozostawiał wiele do życzenia jeszcze przed pożarem, zaś po nim... Cóż, wszystko dało się jakoś ogarnąć. Straty w większym pokoju nie były aż tak znaczne, lecz w mniejszym do wymiany były praktycznie wszystkie meble. Do wymiany i wymiecenia starych...
A Grubasek puścił wreszcie Amandę zupełnie, ciągnąc ją na siebie i całując gorąco. Przynajmniej według niego...

3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Czw Lip 31, 2014 11:01 pm

Zdobył siły, by wylać ten jeden kubeł wody na płomienie. Drugiego już nie mógł. Odszedł od ognia na tyle, by go nie złapał i nie postanowił utulić do snu, i oparł się, prawie że bezwładnie, o swoje byłe łóżko. Chwycił się go jak kotwicy. Miał wrażenie, że traci kontakt z rzeczywistością i "kotwica" ta miała być jego dowodem, że nadal tu jest, że nie umarł. Nadal ściskał biurko i wcale nie miał umierać.
Owszem, nie czuł się zbyt dobrze, delikatnie mówiąc. Ból był wszędzie, umiejętnie tłumiąc jego myśli i cokolwiek, co chciało się przedrzeć pod tę jego główkę. Szczególnie wielki trawił jego pierść. Oddychał ciężko, próbując się w sobie zebrać i wykrzesać siły na gaszenie. Musiał to zrobić. Tabby na niego liczyła. Ból był niczym, w porównaniu z inną rzeczą, która miała zaistnieć, jeśliby się nie ruszył.
Ostatnią rzeczą, jaką chciał teraz zrobić, to zawieść ją. Obiecał sobie, że już nigdy więcej tego nie zrobi i zamierzał się tego trzymać. Nawet, jeśli w grę wchodziło jego życie, choć nie sądził, by głupi nóż był w stanie go wykończyć. O, nie! Nie zamierzał mu na to pozwolić. Za nic.
Może wychodził teraz na idiotę, który chciał się zabić dla panienki, ale Tabby nie była jakąś tam panienką, a on nie był byle jakim idiotą czy też nie-idiotą. Co kto woli. To była Tabitha Gautier, która go nienawidziła, która go kochała i którą on kochał. Tak prawdziwie, bo nie kłamstwem było, że próbował się jej pozbyć ze swoich myśli i nie potrafił. Taki pech, albo szczęście, o ile ta w końcu by mu choć w setnej części wybaczyła. Ten ułamek dałby mu nadzieję, której potrzebował, by dalej jakoś żyć. By uzyskać ten ułamek, nie mógł jej zawodzić.
Starł pot z czoła i puścił stolik, stając o własnych siłach. Właśnie, był silny, a to całe pęknięcie i ból, to nic. Drobna ranka, która się nie liczyła, bo był przecież kimś. Nie jakimś słabiutkim chłopaczkiem, a Valeriusem Ianem Angelini, synem jakże odważnej Valerie. Nie mógł zawieść kochanych przez siebie ludzi. Matka nie byłaby zadowolona, że się poddawał.
- Dam - odparł i zaraz zamarł zszokowany, gdy na moment poczuł jej wargi na swoich. Dla takich momentów zdecydowanie warto narażać własne życie. Chwycił swoje wiadro i nabrał w nie wody...
A potem przyszli inni, pomagając gasić pożar. Przyszli, wychodząc tak późno ze swych bezpiecznych domów, zapewne po godzinie policyjnej i gasili pożar. W tej chwili zdał sobie sprawę, że nie tylko Tabitha była wyjątkiem w KOLCu, a mieszkało tu więcej dobrych ludzi... Rewolucja nie spełniła swego zadania. Niewinni musieli nadal żyć w ciężkich warunkach, a on przybył tu, by ich nękać...
Nic nie mówił, gdy ktoś mu podsunął krzesło, gdy zaczęto ponownie go zszywać. Starał się wytrzymywać ten ból. Pomagało mu zaskoczenie i myślenie o tym, że wziął udział w czymś, co było... złe. Ta starsza pani, która zajęła się jego raną, wcale nie zasługiwała na życie w KOLCu, który bardziej zasługiwał na nazwę Rzeźni Kapitolończyków niż Kwartał Ochrony.
Rozglądał się wokół, próbując znaleźć wśród tłumku Tabithę, a w międzyczasie w jego głowie o odpowiedź zaczęły domagać się dwa pytania. Jakim był człowiekiem, skoro brał udział w rewolucji? I gdzie była Amanda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Czw Lip 31, 2014 11:24 pm

- Daj się ponieść instynktowi, swojej dzikiej naturze - mruknęła, kąsając delikatnie, acz zadziornie, jego wargi. Nie dawała mu w żaden sposób okazać swojego zniecierpliwienia i rezygnacji. Nie chciała rezygnować.  Nie w tej chwili. Zaszła za daleko, by się cofać, by rezygnować z tego kąsku. Paskudnego, ale kąsku. - Musisz to zrobić, bo Amanda tego bardzo chce. Pamiętasz o mojej potrzebie? O mnie? Zaopiekuj się mną. Tu i teraz - szeptała, przerywając co chwila całusy i kąsania, by zaraz do nic wracać.
To trwało za długo. Pragnęła tego mocno i robiła się aż nazbyt niecierpliwa. Chciała większej uwagi ze strony mężczyzny i tak bardzo chciała poczuć go w końcu w sobie. Chciała, by ją posiadł. Jak powiedziała, tu i teraz. Bez jakichkolwiek rozmyślań, wahania się czy przedłużania. Chciała teraz, a nie za minutę, dwie, dziesięć, czy nie daj Wschodząca Jutrzenko, za kilka dni. Czy on nie mógł tego zrozumieć? Potrzebowała tego. Była głodna, a to miało ją nasycić, zadowolić, a potem, na koniec, miała oddać swojemu mężowi największą z czci, jakie mogła mu dać po jego śmierci. Miała zabić jego mordercę.
- Posiądź mnie, najmilszy. Teraz. Zedrzyj ze mnie te szmaty. Chcę się pieprzyć pod gołym niebem. Jak leśna nimfa! Chcesz, bym była naga jak leśna nimfa? Bym dała ci to, czego nie potrafisz nawet przywołać w swych myślach? Działaj, mój drogi... Działaj... - Mówiła.
Nie myślała już o małym białym puszystym króliczku. Gwiazd na razie też się nie doszukiwała na ciemnogranatowym niebie. Białe piórka, które tuliły ją do snu, nie nadchodziły. Puma zaś czekała przyczajona, czekając, aż Amanda ugasi pragnienie, by dopiero wtedy zadać ostateczny cios. Jej męża Alverusa tu nie było, jej kochanki również.
- Przecież jestem twoją małą kurwą - szepnęła. - Chcesz tego - dodała, obejmując go swoimi nóżkami.
Czemu nie chciał jej dać tego, czego tak bardzo pragnęła? Miała coraz bardziej dość, a widelczyk był tuż obok. Mogła go złapać w każdej chwili i wbić mu w szyję, by natychmiastowo utopił się we własnej krwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pią Sie 01, 2014 12:07 am

Normalnie z pewnością zainteresowałyby ją okoliczności pożaru, jak i same jego przyczyny. Ogień nie brał się bowiem od tak. Nie było przy tym żadnych magicznych sztuczek, niespodziewanych błysków i bam!, ogromnych rozmiarów ściany ognia nie powstawały bez powodu. No, o ile nie była to powalona Arena podczas Igrzysk i ich organizatorzy jakoś beznadziejnie się nie nudzili, bo wtedy faktycznie - pożary potrafiły pojawiać się i znikać równie niespodziewanie, co i łasice przebiegające nocą przez drogę. No dobrze, to może i było dosyć kiepskie porównanie, bo łasicy w ogniu, która koniecznie przebiegała w nocy przez jezdnię!, to ona jeszcze w ciągu całego swojego życia nie widziała i raczej zobaczyć nie miała, ale chyba było to wystarczająco obrazowe przedstawienie toku myślenia.
By pokazać, że nie trzeba było się nawet głębiej nad tym zastanawiać, a już coś śmierdziało. I to solidnie! Coś, co zdecydowanie nie było smrodem spalenizny, jaki unosił się i tak w powietrzu. Przez głowę śmignęła jej nawet myśl o tym, ile czasu będzie musiała najprawdopodobniej poświęcić na wietrzenie mieszkania, bo była prawie stuprocentowo pewna, że część rzeczy już zupełnie przesiąkła tym okropnym zapachem.
A że nie mogła pozwolić sobie na jakiekolwiek środki chemiczne do pozbywania się nieciekawych zapachów... Pozostawało jej tylko poszukiwanie wybitnie pachnących ziół oraz wietrzenie. Cud, że było to lato, a nie zima. I chyba jedyna dobra rzecz w tym wszystkim, bowiem cała reszta... Jak najbardziej straszna, upiorna i paskudna.
Mimochodem zerknęła na Angeliniego, który najwyraźniej już nie potrzebował jej obecności. I znakomicie! Przynajmniej wreszcie zniknie jej z oczu i to pozwoli jej się jakoś, a przynajmniej w pewnym stopniu, ogarnąć. Choćby nawet tylko na tyle, by mogła znowu w spokoju wrócić do tego swojego pławienia się w nienawiści do tego człowieka.
Może i miała chwilę załamania, ha!, nawet kilka takich wyjątkowo nieciekawych momentów, w których raczyła się jego wsparciem i obecnością, ale wiedziała, że to samo byłoby też przy jakimkolwiek innym człowieku. No, może bez wygłodniałego całowania się wzajemnie, lecz i tak nie mogła powiedzieć, że to kim był czyniło go kimś wyjątkowym. Nawet wręcz przeciwnie.
Był jej chwilowym pocieszeniem i dosyć słabą podporą przez marnie krótki czas. Teraz tego nie potrzebowała, więc z ulgą na sercu oddawała go innym, by męczył i irytował ich zamiast niej. Nie potrzebowała go i już nigdy nie miała. Ich bajki rozeszły się już na tyle dawno temu, by teraz odczuwała już tylko niesmak, jaki powodowała w niej nawet sama myśl o tym, że kiedyś uważała ich za bliskie sobie osoby.
Teraz wiedziała już, że nigdy nie byli nawet na tyle zbliżeni do siebie, by można było mówić o dobrej znajomości, co dopiero już o prawdziwej przyjaźni. Bardzo dawno temu zwykła myśleć, że byli dla siebie tak wspaniałymi kompanami, że aż mogło wyniknąć z tego coś więcej. W chwili obecnej była już pewna, że wtedy tylko mydlił jej oczy, a ona jeszcze na dodatek mu w tym pomagała. Nie chciała widzieć? Nie chciała wiedzieć? A może była tylko zwykłą, tak bardzo zapatrzoną w niego idiotką?
Najprawdopodobniej było to wszystko na raz, ale minęło. Nie zamierzała już zadawać się z nim na tyle, by znowu wpaść w sieci, które na nią nastawiał. Może i przez pobyt w KOLCu stała się dzika, jednak zdecydowanie nie była jakimś dzikim zwierzątkiem, jakie mógł sobie złapać, zranić, wypuścić, by ponownie bawić się w łapanki.
W grze w kotka i myszkę nie była myszką, jak to chyba sądził. O nie! Nie była też zwyczajnym kotkiem. Była wściekłym leopardem, gotowym na to, by dołożyć kotkowi raz a porządnie. Musiała tylko zebrać się w sobie na tyle, by poczekać na odrobinę lepsze okoliczności. Teraz bowiem z całą siłą uświadomiła sobie to, dlaczego nie kopało się leżącego. Leżący najwyraźniej bowiem wyzwalał w atakującym więcej współczucia niźli porządnego gniewu, który nagle prawie zupełnie gdzieś ginął, przez co powodował całym sobą litowanie się i pomoc. Jak to dokładnie było w tym przypadku...
Spojrzała więc na niego przelotnie, wzdychając z politowaniem dla samej siebie nabierającej się na te sztuczki, by wreszcie zniknąć w tłumie osób, które pomagały gasić pożar, a teraz wciąż jeszcze krzątały się po mieszkaniu. Jak znała życie - z pewnością miało jej ubyć kilka dóbr, lecz większość z tych ludzi była jak najbardziej dobra. Taka okolica. Z pewnością Valerius miał też mieć zapewnioną opiekę, a jeśli jej się poszczęści... Jej nieproszony gość zniknie jej z oczu. Nawet bez pożegnania, za co akurat nawet nie będzie na niego zła. Byleby tylko sobie polazł.
Ona zaś również polazła. Szukać Amandy, bo jak się okazało, nie było jej w pokoju.
Z początku może i Tabby panikowała, rozglądając się w przerażeniu po pomieszczeniu, również wypełnionym ludźmi, oraz nawołując siostrę, jednak odetchnęła z odrobiną ulgi na wieść, że nikt nie został ranny lub zabity w pożarze. To dawało nadzieję na szybkie znalezienie siostry. Tylko... Gdzie ona była i dlaczego nikt jej nie widział?! Przecież nie wychodziła sama i na noc była w tej jej prowizorycznej sypialni. No dobrze... Tabitha na powrót zaczynała świrować, pospiesznie przemieszczając się z miejsca na miejsce i szukając siostry, nawołując głośno.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : studia nad uprzykrzaniem życia postaciom
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pią Sie 01, 2014 12:48 am

Był prawdziwym drapieżcą. Przynajmniej we własnym mniemaniu... W swych wyobrażeniach był kimś wspaniałym. Samotnym wilkiem na straży pokoju w tym przeklętym i marnym miejscu. Co z tego, że wilki z natury były zwierzętami stadnymi? On był wyjątkowy, godny upamiętnienia, wiecznego życia i blasku chwały!
Był też niczym królewski lew, choć jego grzywa raczej pozostawiała sobą wiele do życzenia i już bliżej było jej do wyliniałych kępek, które jeszcze pozostawały tu i ówdzie na jego głowie. Tropikalne, bo faktycznie z końcówkami zabarwionymi na soczystą zieleń!, wyspy na gładkim i błyszczącym morzu łysiny. Ale któż by się przejmował takimi szczegółami, gdy wprost tchnęło od niego prawdziwą męskością.
I ta kobieta to wyczuwała, co było takie... Całował ją coraz bardziej zachłannie, nie chcąc czekać już dłużej. Miał gdzieś publikę! Sama się o to tak bardzo prosiła, a on miał się przecież również i za rasowego dżentelmena, który pomagał pannom w potrzebie. Ta sama zaś informowała go tak stanowczo o swych pragnieniach. Nie mógł, no! nie mógł!, zranić jej uczuć.
- Pamiętam, gołąbeczko. Ależ oczywiście, że pamiętam, moja mała. No chodź do mnie... - Wymruczał, oblizując się obleśnie i przyciągając ją do siebie mocniej, by zacząć powoli rozrywać jej koszulę nocną. Wedle życzenia. - Ależ oczywiście, że nią jesteś, moja kurewko... Ależ oczywiście... Jak bardzo tego chcesz, no, jak? - Roześmiał się gardłowo, całując ją i wsuwając dłoń pod jej koszulę, a jednocześnie nie przestając poszerzać rozdarcia drugą ręką.
Tymczasem w mieszkaniu wszystko zaczynało powoli wracać do względnej normy, jeśli nie liczyć swądu spalenizny i zniszczonych lub nadpalonych sprzętów. Starsza kobieta skończyła swoją pracę, prostując się i klepiąc Valeriusa po głowie niczym jakiegoś dużego chłopca.
- Dzielny młodzieniec. - Uśmiechnęła się szczerze, a w jej wychudzonych policzkach pojawiły się oznaki dawnych dołeczków. Poprawiła chustę na ramionach i mocniej związała rzemieniem swe śnieżnobiałe włosy, spoglądając po, powoli już zbierających się do domów, ludziach dookoła. - A gdzież to się podziała twoja towarzyszka? - Spytała, nie przestając uśmiechać się słodko.
Tymczasem poszukiwania Amandy nie przynosiły jakichkolwiek owoców. A przynajmniej do czasu, gdy to do uszu Tabithy nie doleciał cichy dźwięk rozmowy, której treści nie była w stanie wyłapać. Czyż nie warte było to sprawdzenia...

3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t2317-valerius-ian-angelini#32768
http://panem.forumpl.net/t2324-valowowowowowe-znajomosci#32881
http://panem.forumpl.net/t2321-valerius-ian-angelini#32835
http://panem.forumpl.net/t2328-valbomb-valbomb#32888
http://panem.forumpl.net/t3045-valerius-ian-angelini#46834
Wiek : 24
Zawód : Szeregowy
Przy sobie : bron palna z magazynkiem, przepustki, latarka, prawo jazdy, telefon, scyzoryk i zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże: jeden nad lewym nadgarstkiem i jeden na plecach
Obrażenia : ogólne osłabienie

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pią Sie 01, 2014 10:30 am

Bacznie szukał Tabithy wśród tego tłumku, który nie ułatwiał mu poszukiwań. Ludzie zaczęli się już zbierać do własnych domów i ciągle zmieniali swe położenie, kręcąc się pod jego nosem. I tak dobrze, że znikali stąd całkowicie. Miał wrażenie, że już ją stracił i to koniec, więcej się nie zobaczą, i co za głupie myślenie!, póki nie usłyszał tego głosu nawołującego Amandę. Zaraz też odnalazł ją wzrokiem, uśmiechając się szeroko, choć zaraz mina mu zrzedła.
- Dziękuję, bardzo dziękuję - powiedział, odwracając głowę na chwilę w kierunku starszej kobiety, która zajęła się jego raną. Obdarował staruszkę miłym uśmiechem, choć w głębi serca pełen był żalu. To jego wina, że ta kobieta musiała żyć w takich warunkach. Jego i ludzi, którym zaufał, którzy mamili go wizją lepszego jutra. Nie chciał teraz o tym myśleć.
Wzrokiem wrócił zaraz do Tabby. Wyglądała strasznie. Zmęczona dniem, targała go potem do swego domu, użerała się z nim, a teraz, na koniec, musiała szukać Amandy, która jakby wyparowała z pokoju. Zmartwiona rozglądała się wokół, nie mając pojęcia, gdzie jej może jeszcze szukać. Choć musiał pocieszać ją fakt, że nikt nie zginął w pożarze. Pocieszać... Najbardziej pocieszona byłaby, gdyby miała siostrę u swego boku.
Gdzie mogła być Amanda? Czemu nie było jej w swoim pokoju? Może wyszła ze współlokatorką? Przecież nie mogły wyjść, bo jedyne drzwi prowadziły do pokoju, w którym non stop siedział. Z Tabby.
Tak bardzo chciał jej pomóc ją znaleźć, ale pokój, który prawie całkowicie spłonął, miał jedno wyjście i to okno, które teraz wyglądało strasznie z tymi okopconymi framugami i do połowy spalonymi zasłonkami. Miał na nie świetny widok z krzesła, na którym siedział. Perfekcyjna sceneria dla horroru... Może wyskoczyły, widząc pożar? Było to mało prawdopodobne, bo bliżej miałyby chyba z łóżka do drzwi, które były bezpieczniejszą drogą ucieczki, ale w stresie się nie myśli nad ewentualnymi wyborami. Wybiera się pierwszy lepszy, który mógł być skokiem z okna. Znajdowało się trochę wysoko jak dla drobnej dziewczyny. Tam biegła chyba jakaś mniejsza uliczka... Może leżała tam nieprzytomna.
Przeprosił grzecznie kobietę, która obok niego siedziała. Podziękował jej raz jeszcze, całując w dłoń, po czym wstał powoli z krzesła. Opuścił dom, po drodze zgarniając na wszelki wypadek swą broń, którą zauważył kątem oka. Mimo że byli tu dobrzy ludzie, to nie ufał im. Zwłaszcza, że wśród nich mogli być ci bezwzględnie źli. Odkąd oberwał nożem w bok, wolał być ostrożniejszy, ale dzieki starszej pani nie taki pochopny.
Zamierzał odnaleźć Amandę i przyprowadzić ją do domu, czy ta znajdowała się w tej uliczce, czy na drugim końcu KOLCa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2388-amanda-gautier
http://panem.forumpl.net/t2407-kroliczki-amandy#34290
http://panem.forumpl.net/t2406-amanda-gautier#34284
http://panem.forumpl.net/t2807-dee-di#43183
Wiek : 20
Zawód : słodki nożownik
Przy sobie : plecak, jodyna, noże do rzucania, latarka, paczka z jedzeniem
Obrażenia : poszerzony uśmiech, epicki nóż między żebrami

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pią Sie 01, 2014 11:03 am

Raz, dwa, trzy... Cztery! Chyba powinna już dawno spać, przytulając się do swojej poduszki w gniazdku zbudowanym z delikatnych białych piórek, ale nie mogła teraz. Oj, nie! Nie mogła i miała nadzieję, że jej wybaczą to zaniedbanie. Powinni wybaczyć, bo była przecież tam najważniejsza, a Alvertus nie musiał się o niczym dowiedzieć, prawda? Nie musiał, poza tym zamierzała zrobić coś, dzięki czemu miał być z niej dumny. Przynajmniej powinien. Cóż, teraz jego zdanie nie należało do istotnych, bowiem zamienił się w stertę popiołu, zostawiając ją samą. Teraz to ona podejmowała decyzje, więc nawet jeśli by to doszło do jego spalonych uszu, to złość była tu niewskazana. Sam ją zostawił, wpadając do tej dziury w podłodze!
No, mogła od czasu do czasu postąpić inaczej i nie iść grzecznie spać. W sumie w tej chwili nie była nawet grzeczną dziewczynką, bo miała bardzo niecne pragnienia. I wciąż w niej tkwiła przyczajona puma! Nie powinna o tym zapominać. Daleko więc odpłynęła od bycia normalną Amandą, a nienormalna Amanda nie szła w tej chwili spać, bo musiała dopełnić kilka rzeczy. Miała aby nadzieję, że nikt się nie zjawi z jej znajomych. Ani dziwki, ani rodzice, ani Tabitha. Nie chciała, by widzieli ją pieprzącą się z jakimś paskudnym i obleśnym grubasem, a potem na dodatek w roli morderczyni. Mogliby się jej bać, zwłaszcza jej kochanka. Ciekawe, gdzie była. Nigdzie jej nie widziała.
Uśmiechnęła się i nawet zachichotała z satysfakcji, gdy zaczął rozrywać jej koszulę. O to chodziło! Miał z niej zedrzeć koszulę i wziąć w tej ciemnej uliczce. Jednakże nadal zwlekał. Nadal wszystko robił  powoli, dając sobie czas. Amanda chciała to załatwić szybko. Chciała poczuć orgazm, by zaraz złapać za widelec i wbić mu w przełyk. Gdziekolwiek, byleby padł martwy, a ona mogła wrócić tam, gdzie było jej miejsce. Do swojej pierzastej jaskini, w której spała, w której czasem nucono jej spokojną kołysankę na dobranoc.
- Nie pytaj. Działaj. Chcę tego bardzo - stwierdziła niecierpliwie, łapiąc go za dłoń, która spoczywała na jego piersi i przesuwając ją niżej, przez brzuch, ku jej kobiecemu kącikowi rozkoszy. Pragnęła, by się w nią wsunął, by się z nią kochał... Jednakże niecierpliwość coraz bardziej wchodziła jej pod skórę, sprawiając, że robiła się coraz bardziej niespokojna i wkurzona. Na niego. Na tego, który zabił jej męża, a teraz się opieprzał, mając w tyłku ślimaki. W sumie sam był jak ślimak. Powolny, ślizgi od potu i ohydny.
- Nie wiem, jesteś gejem, czy co? Inna na moim miejscu już dawno by zasnęła - stwierdziła, próbując go podpuścić, obudzić, bo jak na razie jedynie przyśpieszał swoją śmierć. Puma robiła się bardziej głodna od niegrzecznej Amandy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t2318-tabitha-gautier
http://panem.forumpl.net/t2322-tabbstytutkowe-biznesy
http://panem.forumpl.net/t2319-tabitha-gautier
Wiek : 20
Zawód : pracownica kawiarni 'Vanillove'
Przy sobie : dowód tożsamości [Helen Favley], breloczek z kluczami, gotówka, okulary przeciwsłoneczne -> wszystko w przepastnej torbie
Znaki szczególne : potrójna blizna (jak po szponach) w kolorze malinowym na lewym boku szyi
Obrażenia : amnezja (bardzo ciekawe "obrażenie" xD)

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pią Sie 01, 2014 2:28 pm

Czuła się tak bardzo paskudnie z myślą, że zawiodła na całej linii i nie dopilnowała swojej malutkiej siostrzyczki. Malutkiej w sensie nie wiekowym, a czysto postrzeganiowym. Mandy była dla niej bowiem kimś, kim jakoś tak automatycznie przysięgła się opiekować. A teraz właśnie pozwoliła jej zniknąć. Jej siostra dosłownie rozpłynęła się w powietrzu i najlepsze, oczywiście - w sensie czysto negatywnym, było to, że nikt jakoś jej nie widział. Nawet tak kątem oka czy coś.
Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, nikt nic nie wiedział. A ona zaczynała coraz bardziej świrować z niepokoju o osobę, którą, z podkreśleniem raz jeszcze!, miała się opiekować. Czyżby naprawdę była aż tak złym człowiekiem i nawet mimowolnie doprowadzała całym swoim zachowaniem do koszmarów oraz tragedii innych ludzi? Nie chciała tego. Naprawdę tego nie chciała, lecz i tak było tylko coraz gorzej.
Dosłownie czuła, jak zapada się w tym bagnie i nie może nic z tym zrobić, bo każdy jej ruch tylko przyspiesza jej utonięcie. Ale ona mimo wszystko próbowała. Usiłowała wyrwać się z tego wszystkiego, jednocześnie zapobiegając też nieszczęściu Amandy, a w skrajnych przypadkach nawet jej śmierci. Może i wiedziała, że to wszystko jest jak najbardziej bezcelowe, jednak zwyczajnie nie chciała odpuszczać. Bez względu na cenę, jaką musiała zapłacić za usilne próby trzymania tego wszystkiego w jednej kupie.
Humpty Dumpty na murze siadł. Humpty Dumpty z wysoka spadł. I wszyscy konni i wszyscy dworzanie. Złożyć do kupy nie byli go w stanie.
Czuła się dokładnie tak, jakby nagle cały jej świat zaczął dosłownie się walić. Pieprzyć pożar, jej sprawa z Valeriusem też nie była w tej chwili istotna, bowiem było coś, co zdecydowanie znacznie przewyższało inne sprawy. Coś, a właściwie ktoś. I nietrudno się chyba domyślić, o kogo chodziło.
Obwiniała się i słusznie, bo była to w całości jej wina. Wiedziała bowiem, że jej siostrzyczka jest jeszcze bardziej nieporadna od maleńkiego dziecka. A mimo to zajęła się własnymi sprawami z kimś, kogo przecież szczerze nie mogła znieść. Przez to wszystko... Zawiodła Mandy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie tylko ze względu na to, że pozwoliła jej zapaść się pod ziemię, ale też choćby i przez samą przyczynę tego zawodu. Dała się bowiem rozproszyć komuś zupełnie się dla niej już nieliczącemu.
Była straszną osobą, ale myślenie o tym powinna zostawić sobie na inny czas. Teraz się nie liczyło. W obliczu utraty na zawsze jedynej bliskiej osoby... Nic innego się nie liczyło. Tylko znalezienie i odzyskanie jej małej siostrzyczki. Całej i zdrowej najlepiej, bo chociaż w jakiejkolwiek sprawie świat mógł być przecież dla niej łaskawy. A jak nie dla niej samej, to dla Mandy. Była przecież tak dobrą i niewinną osóbką. Nie mogła z tego powodu ciągle cierpieć. Nie ponownie!
Kątem oka zauważyła, że Angelini opuszcza zajmowane przez siebie miejsce i najwyraźniej żegna się ze starowinką, zabierając swoją broń i najwyraźniej udając się w stronę drzwi w celu odejścia. I o ile wcześniej twierdziła uparcie, że nawet się z tego powodu ucieszy, o tyle teraz poczuła wzbierający w niej gniew. Czy aż takim wielkim problemem było zwykłe podziękowanie za parszywą pomoc, jaką na niej wymusił?! Nie no, oczywiście. Lepiej było wymknąć się cichaczem z pomieszczenia i zniknąć w mroku nocy, bo przecież pożegnanie mogłoby okazać się jakąś powaloną ujmą na honorze!
Nie zastanawiając się zbyt wiele i nie zważając na ludzi pozostałych w mieszkaniu, wyleciała za nim pędem na ulicę. Wściekła jak mało kiedy. Był jakimś pośrednim powodem tego wszystkiego i zwiewał jak tchórz.
- Nie uważasz, że pożegnanie nie byłoby jakąś tam wielką ujmą na twoim rebelianckim honorku?! - Wydarła się za nim, zrównując po chwili. - Moja siostra zaginęła, jeśli cię to raczy cokolwiek obchodzić. Ale nie! Lepiej zwiewać bez słowa! - Zatrzymała się w końcu, po kilku sekundach odwracając i rzucając przez ramię. - Pieprzony nosiciel dobra. - Po tym zaczęła oddalać się w kierunku drugiej strony budynku. Przyspieszyła kroku, słysząc niezrozumiałą dla jej uszu rozmowę, a właściwie tylko cichy bełkot. Może jakimś cudem rozmawiający coś zauważyli?




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : studia nad uprzykrzaniem życia postaciom
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   Pią Sie 01, 2014 3:34 pm

Starowinka tylko uśmiechnęła się jeszcze szerzej, kiwając głową pociesznie, by po chwili przesunąć swe spojrzenie na Tabithę i zmarszczyć odrobinę brwi, jak gdyby usiłowała coś zrozumieć. Bardzo szybko powróciła jednak do uśmiechania się. I tylko jej szybkie pożegnanie się oraz żwawy krok, jeśli nie szło nazwać go nawet pospiesznym, mogły wskazywać na to, że coś wyraźnie siedziało w jej głowie.
Przed samym opuszczeniem mieszkania, a te już praktycznie opustoszało... zarówno w sensie dosłownym, jak i w przenośni, stwierdziła jeszcze tylko, by Angelini na siebie uważał. Po tym odeszła. Chwilę później z budynku wyszli ostatni pomocnicy i pomińmy może fakt, że wraz z nimi wyszedł też kredens... Wazon na kwiaty... Szal Tabithy... Lampka nocna... Trochę ziół... Ze trzy buteleczki alkoholu... No i dwie szafki...
Grubasek zaś zdecydowanie nie spieszył się z wykonywaniem swoich ruchów. Należał bowiem do tego rodzaju osób, którym czystą przyjemność sprawiało patrzenie na zniecierpliwienie ludzi, którzy jednak nie byli w stanie zrobić dosłownie nic, by go pospieszyć. To było dla niego wybitnie satysfakcjonujące. Zwłaszcza już przy takim typie czynności jak te aktualne i niecierpliwości tak narwanej gołębicy.
Choć w pewnym sensie zaczynała już trochę przerażać go swoim zachowaniem. Nie nawykł bowiem do tego, by jakakolwiek panienka go pospieszała lub też usiłowała przejąć inicjatywę. To było dla niego do tego stopnia nadzwyczajne, że aż jeszcze bardziej mąciło mu w głowie. Nie na tyle jednak, by nie kontynuował swych kroczków. Może nawet można było powiedzieć, że z trochę większą dawką energii...
Poruszył swą dłonią, uśmiechając się przy tym nadzwyczaj zbereźnie i zaczynając działać. Rozdarł jej koszulę do końca, zrzucając ją gdzieś za siebie i zabierając się do rzeczy. Jednak słowa panienki rozwścieczyły go na tyle mocno, by wymierzył jej siarczysty policzek, jednocześnie zatykając jej usta dłonią.
- Stul dzióbek, gołębico, bo przeginasz. Chyba nie chcesz zasnąć snem wiecznym, nie? - Warknął, dając jej to, czego tak bardzo chciała.

3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield   

Powrót do góry Go down
 

Tabitha i Amanda Gautier oraz Margaritka Butterfield

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Amanda Gautier
» Amanda Levis
» Stanowisko strzeleckie i rzucania nożami oraz oszczepem
» Urodzinowe konkursy oraz zabawy
» Wymiana bannerami oraz buttonami

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje :: Getto :: Mieszkania-