IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Gerard i Maisie Ginsberg - Page 4

 

 Gerard i Maisie Ginsberg

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next
AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Gerard i Maisie Ginsberg   Pon Mar 17, 2014 1:10 pm

First topic message reminder :

salon:

kuchnia:

sypialnia:

łazienka:

oranżeria dla Maisie:

pokój Maisie:

biblioteka:


RESZTA W BUDOWIE.


Ostatnio zmieniony przez Gerard Ginsberg dnia Sob Maj 10, 2014 11:46 am, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1654-sabriel-angelica-terodi#21227
http://panem.forumpl.net/t1664-sabiskowe#21333
http://panem.forumpl.net/t1665-sabriel-terodi#21368
http://panem.forumpl.net/t1733-zawilosc-dziejow
Wiek : 25
Zawód : Lekarz pierwszego kontaktu|Profesjonalny złodziej
Przy sobie : fałszywy dowód tożsamości, stała przepustka do Dzielnicy Rebeliantów

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Lip 02, 2014 4:24 pm

I zdziwienie wyczuwalne w powietrzu. O ironio, życiowy teatrze, zakpiłeś z nas wszystkich, tak wyraźnie to było widać. Żadne z nas nie mogło spodziewać się takiego spotkania. Żadne z nas też nie potrafiło przewidzieć jego konsekwencji. Tylko scenarzysta znał zakończenie, ale on wolał milczeć, jedynie od czasu do czasu chichocząc kpiąc z naszych reakcji.
Przy nim nawet zaskakujący muzycy byli przyjaźni i pobłażliwi.
Uśmiechnęłam się, trochę szerzej, starając się jakoś przekonać dziewczynę do słowa, jej zdezorientowania, jednak nie zdążyłam powiedzieć niczego sensownego, czy też wykonać jakiegoś pokrzepiającego gestu, gdy w progu pojawił się Gerard. Jedno spojrzenie na niego pozwoliło mi wrócić do sfer znanego mi szyderstwa, wypuściłam więc powoli powietrze przez usta i przekrzywiłam nieznacznie głowę, patrząc na gospodarza z niewielką dozą ironi w oczach.
- Czyżbym przyszła za wcześnie, Geradzie? – spytałam, podając Maisie wino i przeciskając się obok Ginsbergów, by wsunąć się do przedpokoju, dość niepewnie czułam się stojąc na korytarzu, który w każdej chwili mógł rozbrzmieć od obcych kroków.
Ściągnęłam buty i odstawiłam je pod ścianę, a cienką marynarkę położyłam na pierwszym lepszym stoliku (bądź też szafce, właściwie nie spojrzałam na miejsce w którym ląduje ubranie).
- Świat jest mały – powiedziałam lekkim tonem, prostując się i uśmiechając w stronę gospodarzy, wszelkie obawy spychając na granice umysłu. Ale, nie poza niego, w końcu to one pozwalały na zachowanie czujności. Mały i ironiczny, sądząc po tym jak łatwo sprawił, że mój sekret znajdował tak blisko osoby, która zdecydowanie nie powinna go poznać. – Nie miałam pojęcia, że masz córkę. Nigdy nie wspominałeś o Maisie, podczas odwiedzin u Ojca.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu, po czym skierowałam kroki w stronę jakiegoś pokoju nawet nie przejmując się brakiem zaproszenia
- Ładnie się tu urządziliście – przyznałam, zatrzymując się na środku salonu, kiwając głową z uznaniem.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Lip 02, 2014 6:10 pm


Nie, Ginsberg nie był zaskoczony czy też postawiony przed faktem dokonanym. Nauczył się, że na wszelkie sytuacje życiowe należy reagować ze spokojem i z ostrożnością, niezależnie od tego, czy chodziło o polowanie (zwierzęta potrafiły okazać się nagle sprytniejsze od łowców), politykę (ostatnia sytuacja z przejęciem więźnia nie należała do najłatwiejszych) czy o wizytę, która wypadła mu z głowy. Najwyraźniej nie była taka istotna.
Nie traktował przecież tej młodej dziewczyny wyjątkowo. Był pragmatyczny - jeśli kobieta nie rozkładała przed nim nóg albo nie miała znaczenia politycznego, to równie dobrze mogłaby przestać istnieć. Właściwie inaczej, jeśli jakaś samica nie zachowywała się zgodnie ze swoją biologicznym przeznaczeniem lub jak mężczyzna, to była jak pies, którego kopał tak długo, dopóki nie zrozumiał, że nie zamierza poświęcać mu ani grama uwagi.
Również Sabriel nie mogła liczyć na lepsze traktowanie, choć pamięć o jej opiekunie sprawiła, że gościł ją w swoich progach.
Nie umiała jednak zachować się według jego reguł i zmarszczył natychmiast brwi, widząc tę rażącą niegrzeczność, kiedy wpadała do domu nieproszona, zupełnie jakby była wampirem lub innym potworem, przed którym zamykało się z hukiem wejściowe drzwi.
Tak też zrobił Gerard, puszczając Maisie z żalem i zabierając wino ze stolika bez słowa. Obie panie powinny wiedzieć, że nie był człowiekiem towarzyskim bądź rozmowy, choć tylko jego ukochana córka wiedziała, w jaki dokładnie sposób zastępuje sobie relacje międzyludzkie. Całe szczęście, że z dziewczyną, która szturmowała jego prywatne mieszkanie nie zamierzał nawiązywać żadnych bliższych więzi.
Mógł tylko pokiwać głową na jej słowa bez treści - nie przedstawił, bo wówczas nie był świadomy jej istnienia - i jeszcze raz skrzywił się na ten jawny napad, wyobrażając sobie, że ciągnie ją za włosy po tej dębowej podłodze i zrzuca z piętnastego piętra. Kultura jednak wymagała zaciśnięcia zębów i pozostawienia tych śmiałych planów (już nie fantazji) w myślach. Przynajmniej na razie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Nie Lip 13, 2014 6:21 pm

obsuwa, ale już ogarniam!

Maisie czuła się dość...skołowana. Spraszanie do domu obcych było nowością w jej świecie, a jeśli już ktoś przekraczał próg ich świątyni to nie kończyło się to zbyt sielankowo. Nic więc dziwnego, że zachowywała dalej senny dystans, wpatrując się w Angelicę z już mniejszym zdziwieniem (przecież przypadkowo nie wpadłaby na kolację do wybranego na ślepo mieszkania), dalej jednak będąc nieco napiętą.
I niechętną przyjacielskim rozmowom przy kolacji, jaką przygotowywała dla dwóch osób. Żyła w Kapitolu już dość długo (jak na swoje dziewczęce standardy wiecznej tułaczki), ale nie przywykła jeszcze do hojnego dzielenia się jedzeniem, o które musiała walczyć przez ostatnie kilkanaście lat swojego życia. Nawet z Charliem - na jego wspomnienie poczuła krótki ból gdzieś pod sercem, fantomowy i mijający równie szybko - etap obdarowywania się pożywieniem nadszedł stosunkowo późno. Życie było brutalne i każdy stawał się morderczym egoistą, niezależnie od płci, wieku, pozycji społecznej czy wręcz stopnia aspołeczności.
Utrudniającego normalne życie; chyba nigdy nie gościli kogoś na kolacji i Maisie postawiona w całkiem nowej rzeczywistości, gdzie takie niepatologiczne rzeczy mają miejsce, czuła się...dość nie na miejscu. Zwłaszcza w bezpośredniej bliskości roznegliżowanego Gerarda, wyraźnie spiętego. Potrafiła zaobserwować, kiedy milczenie zmieniało się z tego słodkiego i lekkiego w mordercze. Zazwyczaj wtedy próbowała uciekać, ale to chyba nie był jej dzień. Bez słowa ruszyła więc do salonu, przystając przy blacie kuchennym, wpatrzona w Gerarda, jakby oczekiwała konkretnych rozwiązań dla niecodziennej sytuacji.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : Troublemaker
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Nie Lip 13, 2014 10:59 pm

Wątek przeniesiony do retrospekcji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Lip 22, 2014 5:42 pm

po evencie/ przed przesłuchaniem Nicole

Kapitol parował znowu śmiercią, jej niespodziewana woń unosiła się w powietrzu i mało brakowałoby, a Gerard Ginsberg zacząłby znowu odprawiać swoje rytuały, zabierając się za porządne palenie zwłok w obawie przed zarazą. Nigdy nie rozumiał rytuałów pogrzebowych. Większość ludzi uważała, że przynoszą one ukojenie i faktycznie mogła być jakaś magia w tym, że zabierało się umiłowane ciało i doprowadzało do porządku przez zgniciem, zaprawiając go na drogę donikąd, ale na dłuższą metę miał wrażenie, że to tylko zaognia rany. Coś na wzór polewania ich kwasem.
Nie praktykował więc cierpienia pośmiertnego wcale, traktując wszelkie zwłoki z należytą im uwag - jak zbitkę atomów, które ulegały rozpadowi, włączając się z powrotem w obieg przyrody. Nihil novi sub sole, chyba dlatego wytrwał pięć dekad, nie zauważając sensu śmierci, przygotowany na każdą ewentualność, którą niósł za sobą kapryśny Los. Chyba wolał personifikować go w postaci bogów - wówczas łatwiej było pertraktować nieznośne umowy o kolejną dekadę życia lub przeklinać ich, zapominając o odprawieniu im mszy. Chyba naprawdę starzał się wyjątkowo prędko, skoro już przestał bawić się rytuałami, nie obawiając się wcale, że jest za słaby na dalsze, szczęśliwe życie.
A przecież musiał być śmiertelny. Nie bolało go nic, serce pompowało krew w swoim tempie, a ulice były wyludnione, jakby z nim za rękę przechadzał się sam Szatan (tak było?); ale podskórnie czuł, że właśnie zbliża się wielkimi krokami starość, śmierć i podstępne rozkładanie się tkanka po tkance. Może dlatego rozhulał się zupełnie, śmiejąc się tam, gdzie inni zalewali się rzewnymi łzami i rezygnując z obowiązku narodowego na rzecz własnej rodziny, która już objawiła mu się w dwóch, świętych osobach.
Doskonale wiedział, że powinien być z Nicole i wypytywać ją o każdy szczegół dnia (spędzonego z nim) przy rytmie łamania jej kości, ale musiał ją... je zobaczyć, dlaczego wchodził cicho do domu, zastanawiając się, czy Maisie śpi, skuta dalej jak niesforny psiak, którego trzeba było znowu wychować. Do życia w harmonii - nie bez przyczyny trójka ją symbolizowała wraz z połączeniem mężczyzny i kobiety oraz boskim ładem. Ten został osiągnięty, kiedy wracał cały i zdrowy, przykucając przy jej łonie i rozpinając kajdanki.
Jeszcze nie zdecydował, czy powinien ją uwolnić (zasłużyła?), ale zamiast zapytać ją powoli o zdanie, przycisnął głowę do jej łona (jeszcze wklęsłego, musiał sobie wyobrazić ruchy dziecka), całując je z wolna. Blizna po bliźnie, chętnie dorobiłby jej kolejną, ale zamiast tego szarpnął ją za włosy, obdarzając wreszcie jej usta pocałunkiem. Krwiożerczym, nagłym, wysysającym z niej całą energię.
Wciąż był tym samym Gerardem, który ostrzy sztylet, by wbić go w serce, nawet jeśli miał nieco mniej brutalne metody, polegające na subtelnym powitaniu i obudzeniu matki nowego życia. Perfekcyjne zakończenie dnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Lip 22, 2014 6:38 pm

Budzona pocałunkiem swojego księcia – nie mogło być lepiej; Maisie idealnie wpisywała się w każdy najmniejszy rysunek, barwiony na stronach zapomnianej bajki o Śpiącej Królewnie. Z małymi, praktycznie niezauważalnymi modyfikacjami. Nie posiadała przecież błękitnej krwi (Gerard sprawdził to wielokrotnie), jej ojciec nie nosił na głowie korony (właściwie zapomniała jak wyglądali jej prawdziwi rodzice) i brakowało jej dość sporo do stereotypowej piękności o burzy blond loków i zmysłowych kształtach, ale poza tym...Ginsbergówna spokojnie mogłaby grać w jakimkolwiek przedstawieniu, związanym z przeszłymi niemoralnościami, którymi karmiono małe dzieci. Ku przestrodze.
Sama jednak doskonale poznała smak każdego przekleństwa, wypowiedzianego ustami Bestii, i uważała, że praktyka pomaga wyrobić stalowy charakter. Nie uginający się przed niczym – w innym wypadku byłaby przecież od wielu lat trupem, popełniając samobójstwo przy pierwszej nadarzającej się okazji. Zamkniętej w pudełku przeszłości, zakopanym gdzieś pod walącą się chatką w Jedenastce, zapomnianą przez wszystkich.
Teraz zaczynała nowe życie, podwójne, wzbogacone o dziecięce marzenia, które nagle okazały się prawdą w dość niecodziennych okolicznościach. Nie zastanawiała się jednak nad kolejami losu, dalej zbyt nieprzytomna i wyczerpana. Zarówno fizycznie jak i psychicznie; zamknięcie w domu nie pomagało w uleczeniu ran w umyśle, chociaż poranione udo zasklepiło się doskonale, dodając do licznej kolekcji blizn tą najnowszą. Znak ostrzegawczy; kolejna lekcja dosłownie wyryta w jej psychice. Może powinna mieć przez to wszystko problemy z zaśnięciem, ale wpadała w objęcia dawnych bóstewek z łatwością, pogrążona w swoim królewskim śnie na tyle mocno, że dopiero gwałtowny pocałunek otworzył jej oczy.
Wygłodniały, tęskny; przez tyle lat nauczyła się już rozróżniać wszystkie nastroje Gerarda nawet po samym dotyku warg i szarpnięciach dłonią. Dziś nie wydawał się brutalny i agresywny, raczej…ponuro zadowolony i wręcz czuły, kiedy pieścił jej usta swoim językiem. Rozbudzająco; wzięła pierwszy w miarę przytomny oddech prosto spomiędzy jego warg, zderzając się lekko zębami, dalej z zamkniętymi oczami. Ze snu, z szacunku, z odruchów nastolatki, którą już dawno przestała być.
Mogła przywitać go pretensjonalnymi słowami albo znów rozszlochać się z przerażenia; problem w tym, że porzuciła już zdecydowanie dawną siebie, poruszając się po wyższych rejestrach kobiecości, jakkolwiek obrazoburczo by to nie brzmiało. Obudził ją po raz kolejny – pierwszym razem było to brutalne odebranie jej wolności; teraz: traktowała uwiązanie jako swoisty romantyczny gest powrotu do szczęśliwego czasu. Co nie oznaczało, że nie westchnęła z ulgi, kiedy mogła wyprostować dłonie i spleść palce na jego karku. Może zbyt odważnie, ale robiła to odruchowo, w końcu otwierając oczy.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Lip 22, 2014 7:25 pm

Czytał jej wielokrotnie baśnie, próbując zidentyfikować odpowiednio problem, jaki ją trapi. Po to, by wybić go jej z głowy wraz z iluzją wolności, która miała zostać jej wręczona dopiero na osiemnaste urodziny. Naprawdę był czas, kiedy wydawało mu się, że gdy wychowanie Maisie przestanie być obowiązkowe ze względów prawnych, to po prostu... upuści ją gdzieś w lesie, dając jej nie tylko swobodę działania, ale i siłę przetrwania. Dopiero potem, pewnego słonecznego dnia zdał sobie sprawę, do czego zmierza. I znowu nie było jakiejś olśniewającej próby przed premierą - po prostu zdarł z niej ubrania, wkraczając z nią w nowy etap.
Tak było także i teraz. Nie tłumaczył jej swojego stosunku do posiadania potomstwa, nie okazywał, ile to dla niego znaczy, otwierając się tylko raz i powierzchownie przed Scarlett, która potrafiła przeanalizować to, przetrawić i nie powoływać się na szumną etykę, która zabraniała im praktyk, które odbywały się w tym mieszkaniu, w małej służbówce w Trzynastce i w chatce w Jedenastym Dystrykcie. Wszystko z powodu jego zamiłowania do tradycji, która ożywała za każdym razem w jego rękach, które badały Maisie.
Nie miewał niczego z artysty, wręcz przeciwnie: był tylko i wyłącznie myśliwym, który potrafił ocenić zwierzynę wzrokiem i tak właśnie patrzył na swoją córkę, kiedy muskał palcami jej kości (jeszcze bez zaokrągleń) i całował ją ostro, próbując nie zauważać, że jest naga i tak bardzo chętna. Obiecywał sobie, że zachowa wobec niej konieczny dystans: musiał wytresować to zwierzątko zanim znowu mu zaufa; ale świadomość czyjejś śmierci podniecała go niemożliwie, więc już leżał na łóżku, nie przestając jej zachłannie dotykać. Zupełnie jakby jednym ruchem dłoni mógł znowu sprawić, że przestanie oddychać. Jednak nie tym razem, czuł, że jest ograniczony przez jej ciążę i wcale mu się to nie podobało, choć cel (samobójczy i ryzykowny) uświęcał środki, więc nie wiązał ją z powrotem, odpinając wszystkie kroplówki i wreszcie odrywając się od niej. Nienasycony, miał wrażenie, że zaraz rozpadnie się na samą myśl o tym, że może jej coś się stać. Odbicie lustrzane: chora sytuacja z matką osiadała potężnymi krukami w jego głowie, przywodząc mu na myśl całkiem czarne scenariusze. Dlatego zachowywał się trochę nieracjonalnie, biorąc jej twarz w dłonie i patrząc jej prosto w oczy.
Długo, intensywnie, mieli identyczny kolor tęczówek, naprawdę był zaskoczony, że przez tyle lat tego nie dostrzegła albo brała to za kaprys Losu, który łączył ich ze sobą nierozerwalnie. Nie potrzebował już żadnych smyczy czy obroży, tę najgorszą Maisie nosiła w sobie i powiększała się w tempie ekspresowym. Przynajmniej taką miał nadzieję.
- Zrezygnujesz z pracy. Nie będziesz narażać mojego dziecka. Zaczniesz odżywiać się normalnie, sypiać po dwanaście godzin, koniec z roślinami, niektóre są toksyczne. Nie będziesz spotykać się z żadnymi zawszonymi obywatelami z Kwartału czy Ziem Niczyich - pouczył ją spokojnym tonem, nadal trzymając ją blisko siebie. - Wiem, że go widziałaś i jestem z ciebie dumny - pocałował ją w czoło, jak przystało na swoją córkę. - Strzelali do nas - dodał od niechcenia, próbując nawiązać z nią rozmowę po bardzo burzliwym milczeniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Lip 22, 2014 8:28 pm

Mając uwolnione ręce powinna próbować go udusić. Albo spoliczkować. Cokolwiek agresywnego, obronnego i normalnego w stosunku do kata, stojącego nad nią od ponad piętnastu lat. Nie zrobiła tego jednak, zaplatając nieco bezwładne dłonie na jego karku. Wręcz czule, jak wyczekująca Penelopa (z bajek do mitów?) w końcu rzucająca w kąt tkane ubranka dla dziecka. W jej przypadku, chociaż była zbyt otumaniona, by skoncentrować się w pełni na dobrej nowinie, pozostającej na razie w jej bezpiecznej podświadomości.
Witała go więc bez szlochu i kolejnych, paranoicznych pytań, poddając się jego chłodnym dłoniom, dotykającym ją wręcz nie do zniesienia tkliwie. Przywykła do ostrego traktowania i te pieszczoty wydawały się jej teraz wręcz nienaturalne (maska naiwności spadła z jej oczu bardzo szybko, tuż po wbiciu noża w udo i wbiciu strzykawki w jej szyję – cudowne ozdrowienie relacji), ale przecież nie narzekała, odwzajemniając pocałunki. Jeszcze nieco sennie, wsuwając palce między jego gęste włosy i bawiąc się wręcz obrazoburczo gładkimi kosmykami. Lekceważąc ból poranionych nadgarstków, znaczących najbardziej ginsbergowską biżuterią jej bladą skórę.
Właściwie nie wiedziała skąd wracał Gerard; pomimo poprzedniej pobudki dalej była zamknięta w swojej sypialnianej wieży z zasłoniętymi oknami, ukryta przed światem i odsłonięta przed samą sobą. Najgorsze z możliwych więzień dla osoby normalnej, Maisie więc mogła czuć się prawie komfortowo, odruchowo przeciągając się pod ciałem Gerarda i znów wzdychając z tłumionej ulgi rozprostowania kości.
Zupełną trzeźwość otrzymując dopiero w chwili, w której Ginsberg ścisnął jej kości policzkowe, unieruchamiając władczo jej twarz i obdarzając ciągłym spojrzeniem nieokreślonych w kolorze oczu. Palącym, nie znoszącym sprzeciwu. Doskonale pasującym do słów, które zaczął wypowiadać żołnierskim tonem.
Słuchała bez słowa, czując jego ciepły oddech na swojej twarzy, skupiona na podtrzymaniu kontaktu wzrokowego. I zapisaniu sobie wytycznych w głowie. Złotymi głoskami; nie zaprzeczała paranoicznym stwierdzeniom, słusznie twierdząc, że Gerard jest od niej o wiele mądrzejszy. Kiwnęła tylko powoli głową na tyle, na ile pozwalały na to jego dłonie.
- To nasze dziecko – sprostowała tylko cicho, szukając w jego oczach aprobaty a nie zapowiedzi policzka. Który nie nadszedł a pocałunek w czoło tylko sprawił, że znów rozchyliła wilgotne usta, podnosząc głowę, by poczuć jego wargi na swoich. Prawie po małżeńsku – nie zareagowała jednak jak strachliwa żona słysząc o strzałach. Może przez względnie stałe otumanienie a może przez bogatą historię. Razem znajdowali się w trudnych sytuacjach i zawsze Gerard wychodził z nich z tarczą. Zakrwawiony, ciągnący ją za włosy, ale w stu procentach żywy, jakby kolejne przeciwności tylko dodawały mu siły.
- Dużo krwi…? – spytała tylko, powracając do dawnej, idealnie wykreowanej siebie. Nie zadawała durnych pytań, widziała, że jest cały i wyczuwała jego lekki triumf; interesowała ją teraz wyłącznie intensywnie czerwona ciecz, o której ostatnio śniła w zastraszających ilościach.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Lip 22, 2014 10:04 pm

Był już na tyle pewny siebie, by wiedzieć, że nie musi unieruchamiać jej dłoni i że nie sięgnie po scyzoryk z jego kieszeni, by się uwolnić. Wyczuwał bardzo dokładnie tę cieniutką nić powiązań między nimi, która sprawiała, że leżeli obok siebie, rozmawiając o rzeczach ostatecznych. Przynajmniej w rozumieniu Ginsberga – zdał sobie sprawę, że musi ją zabezpieczyć i zachować w tajemnicy kolejne pokolenie w ich rodzinie.
Szczęśliwej, już ukrył za ścianą płaczu w swoim umyśle każde jej najdrobniejsze przewinienie, które sprawiło, że spadał na nią niegdyś gniew Boży. Nie, nie zapomniał i nie wymazał ze swojej pamięci tych upokarzających incydentów, jej histerycznej ucieczki czy chęci odwetu na ojcu, który ją chronił. On dawał jej życie na kredyt, wiedząc, że jest inkubatorem, w którym rozwija się coś znacznie bardziej doskonalszego. Coś, co sprawiało, że Gerard czuł się niemal ukontentowany równie mocno, jak wówczas, kiedy szeptała czułe tatusiu w jego usta, kiedy rżnął ją na granicy jawy i snu. Wiedział, że powracają do tej słodko-pikantnej sielanki i niemal już czuł to spięcie mięśni, które sprawiło, że potrzebował jej właśnie teraz.
Obiecał sobie jednak wypoczynek, więc wygłaszał swoje ostateczne oświadczenie, nie zapowiadając kary wiecznej za złamanie przyrzeczeń. Znała zasady, wrył je do umysłu Maisie jeszcze raz, dbając o to, by wreszcie zaczęła działać jak zaprogramowana lalka i teraz mógł już zapominać się w jej towarzystwie, układając się wygodniej i całując ją z łaską, kiedy padły słowa, za które niegdyś mogła paść trupem.
Nie zmienił się. Cóż, znał smutną prawdę w każdym aspekcie i wiedział, że na próżno mogła wyczekiwać od niego metamorfozy, ale zamiast uciekać przerażona (czyżby był rozczarowany?) poddawała się jego pocałunkom i dłoniom.
- Nasze – powtórzył więc za nią, niezbyt otumaniony wizją szczęśliwej rodziny, żyjącej gdzieś z daleka od wielkiej polityki. Raczej chodziło o dziedzica, o osobę, którą wychowa od dziecka i nie popełni przy tym już żadnego błędu. Marzenia niemal były na wyciągnięcie ręki, więc głupstwem byłoby zdradzanie jakichkolwiek (nie)godnych pobudek przed szczęśliwą matką, która leżała swobodnie i nago w jego ramionach.
Odetchnął głęboko w jej włosy, czując się niemal absurdalnie jako zwykły mąż i ojciec (podwójny), gładzący swoją wybrankę po ramionach.
- Niezbyt. Wynudziłem się – przyznał cicho, przesuwając dłoń na jej brzuch. Ostatnio miał wrażenie, że tam znajduje się jakieś tajemne sanktuarium i dlatego dotyka go tak często, nie zastanawiając się nawet, czy powinien czy może na dobre przeklnie to łono i zostaną rodzicami małego potworka, którego trzeba będzie topić w studni.
Zupełnie w klimatach Marqueza, uśmiechnął się niemal błogo do tej myśli, kładąc głowę na poduszce i starając się nie przekazać Maisie ponurej nowiny o tym, że zostanie na długo sama, bo jego czekają obowiązki służbowe.
Jeszcze nie zdecydował, czy będzie uwiązana
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Lip 23, 2014 3:00 pm

Kogoś postronnego mogłaby wzruszyć ta swoista scenka rodzajowa. Romantyczna, czuła, ckliwa aż do przesady: dwoje kochających się ludzi, idealny apartament, wielkie łóżko, intensywne pocałunki i opiekuńczy dotyk. Nic, tylko się wzruszać, ewentualnie dopasowywać soundtrack z szczęśliwego zakończenia jakiegoś potwornego dramatu. Napisy końcowe, podniosła muzyka, zbliżenie na palce głaszczące jeszcze płaski brzuch.
Maisie jako dziecko często kręciła w swojej głowie podobne filmy, z tym, że rolę perfekcyjnego męża i ojca przejmował zawsze wysoki, barczysty brunet. Freddy piętnaście lat do przodu, Freddy opiekujący się nią podczas ciąży i pomagający jej w utrzymaniu małej chatki. Urocze wizje małej dziewczynki, pewnej, że ciąża to bezbolesny i rozkoszny stan, po którym w magiczny sposób pojawia się na świecie piękne dziecko. O ciemnej karnacji, odziedziczonej po wyimaginowanym ojcu.
Bańka wyobrażeń pękła jednak dość szybko, obklejając zniekształconymi obrazami jej sny. Zwłaszcza w ciągu ostatniego tygodnia, kiedy podświadomość podrzucała jej setki obrazów. Zakrwawiona ona, zakrwawione, nienaturalnie blade dziecko, czerwone źrenice i ból powoli wspinający się po kolejnych kręgach, łamiący jej niewidzialnymi dłońmi kark. Same koszmary, z których nie budziła się z wrzaskiem, odpływając po prostu w kolejne wizje. Albo wspomnienia krwi, spływającej z jej ud, kiedy miała siedemnaście lat. Uroczy czas, kiedy czerwień zalewała ją praktycznie non stop.
Dopiero teraz mogła zastanawiać się, czy nie była wtedy w ciąży. Niejednej; czy nie poroniła po kolejnych uderzeniach i torturach; czy nie nosi teraz kolejnego, przeklętego dziecka, które rozsypie się w proch przy zwykłym dotknięciu. Dlatego drgnęła odruchowo, kiedy poczuła na sobie zimne palce Gerarda, kuląc się wręcz u jego boku, nagle strawiona potężnym strachem. Wyciągniętym prosto z snów, które zaczynała sobie po kolei przypominać, wtulając twarz w jego szyję, jakby największy kat był jej największą ochroną.
Bo przecież tak było, czołgała się do niego wstrząsana bólem, mdłościami i wręcz psim przywiązaniem, przekształconym szybko w uzależnienie i potem mocne uczucie, wiążące jej dłonie lepiej niż wszystkie wymyślne kajdanki. Całe jej ciało poruszało się sterowane jego naukami, nie jej umysłem, stępionym tak doskonale, że nawet nie myślała o ucieczce, przepełniona powolnym strachem i wdzięcznością za roztoczenie parasola bezpieczeństwa.
- Nic mu nie będzie? - spytała cicho, zaczynając gorączkowo zastanawiać się nad swoją przeszłością. Dziecięcą, nieświadomą swojego ciała i procesów, jakie zachodziły po wielokrotnych...nie, nie mogła sobie przypomnieć gwałtów, zacisnęła więc tylko mocno powieki, odsuwając się odrobinę i kładąc głowę na poduszce. Po chwili otwierając oczy i obserwując jego profil, zupełnie nie zastanawiając się nad tym, że dziesięć lat temu była gotowa wbić w jego brzuch nóż i zrobić mu najgorsze rzeczy, byleby tylko nie zwariować i uciec. Teraz nie zamierzała, przeciągnęła się jednak ponownie, zerkając na drzwi do łazienki. - Mogę wziąć prysznic? - kolejny znak zapytania, normalne uniesienie głosu na końcu, do którego przywykła. Nie miała przecież żadnych prawd, wrócili do punktu wyjścia, gdzie za nieposłuszeństwo jej głowa lądowała w napełnionej umywalce, a przecież...nie mogła sobie pozwolić na żadne urazy. Nie, kiedy jej zmodyfikowane marzenie stawało się powoli przerażającą rzeczywistością.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Lip 23, 2014 4:02 pm

Czuły Ginsberg oznaczałby paradoksalnie człowieka słabego i całkowicie narażonego na ataki ze strony wrogów, których zdołał już nazbierać sporo przez okres ostatniego roku. Nie z powodu swojego stanowiska - nie on jednak ustanawiał nowe państwo - ale z powodu okrucieństwa, które sprawiało, że przestawał być człowiekiem. Według ludzi, którzy go otaczali, oczywiście. Sam Gerard uważał, że nie ma nic złego i mało człowieczego w egzekwowaniu praw, które ustanowił, nawet jeśli towarzyszyły temu drobne porywy jego nieograniczonej wyobraźni, która sprawiała, że mógł oszaleć z powodu jednego bodźca.
Kiedy jednak inni ludzie zmieniali swoje postępowanie bądź łagodnieli na skutek odnalezienia szczęścia, Ginsberg był jeszcze bardziej przerażający w swoim postępowaniu. Zupełnie jakby musiał potęgować uczucie orgazmu duchowego jakąś fizyczną siłą, sprawiającą, że miał władzę nad swoimi ofiarami. Czasami wydawało mu się, że blisko mu do faszystów, którzy przysięgali wierność jednemu człowiekowi, prowadząc na kaźń miliony ludzi i jednocześnie mając normalną rodzinę w domu (często nosili przecież w portfelach zdjęcia dzieci); ale w przeciwieństwie do nich, Gerard rozpamiętywał każdą ze swoich zbrodni czy tortur. Dawno nic nie sprawiło mu tyle satysfakcji, co widok Vivian, która spoglądała na niego z niesmakiem, nawet wówczas, gdy pozwalał jej przyjacielowi odejść w stronę światła.
Każde wspomnienie bólu zadanego ofierze, jej jęk czy pisk przerażenia rozpalały go do czerwoności, więc naturalnym było, że poszukiwał towarzystwa Maisie jako tej, która doświadczyła apogeum cierpienia z jego strony. Nie tylko z powodu brzemienia, które zostało sprowadzone na każdą kobietę, począwszy od Ewy, a skończywszy...na ich córce (?), ale też z grzechu zawinionego - nie karał jej przecież przed występkiem, dbał o to, by doskonale wiedziała, że nie cierpi bez przyczyny. Nie mogła uważać się za niewinną, więc nadal nie rozumiał jej ucieczki z Trzynastki. Podejrzewał wcześniej ciążę, ale sądząc po przerażeniu Maisie, właśnie odkryła po raz pierwszy możliwość posiadania potomstwa i dlatego otaczał ją nimbem opieki.
Teoretycznie, jeden głupi ruch, jedne niewłaściwe słowo, a już lądowałaby na ziemi, gwałcona tak dotkliwie, że ich dziecko mogłoby być tylko przeszłością. Powstrzymał się jednak perfekcyjnie, fundując sobie obraz matki przed oczami. Posągowe, zimne ciało, brzuch, który mógłby być schronieniem dla dziecka, a stał się śmiertelną pułapkę i wypisane wokół czerwoną farbą (nie krwią, próbował ją zlizać z niej) słowo, które sprawiło, że wiedział, że odeszła z rytuałem na ustach. Który dopełnił bardzo skwapliwie. Nic nie stało na przeszkodzie, by zrobił to raz jeszcze.
Z zamyślenia wyrwał ją jej głos. Ależ oczywiście, że to dziecko mogło okazać się potworkiem z trzema rączkami, ale nie zamierzał jej tego tłumaczyć. Nie teraz, kiedy zasypiał z wycieńczenia.
- Zbadamy je, ale będzie zdrowe - a słowa Ginsberga zawsze stawały się rozkazem. Nawet jeśli były wyrażone tylko krótkim przyzwoleniem na jej kąpiel, znakowanym skinięciem głową. Zanim jednak zdążyła wyjść, spojrzał na nią przytomnie, chłodno i bardzo po swojemu.
- Jeśli spróbujesz uciec, to nie doczekasz jego roczku. Zadbam o to, nawet jeśli to będzie ostatnia rzecz, jaką uczynię - obiecał patetycznie, kończąc ten wieczór romantyczną przysięgą miłości aż do śmierci.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Lip 30, 2014 10:13 pm

| wieczór po randce z Rory


Maisie nie wierzyła w pecha. Nigdy nie dane jej było zrzucenie winy na jakieś nieistniejące siły: przynajmniej nie odkąd zamieszkała razem z Gerardem, strofowana i karana za wszystkie, nawet najmniejsze, przewinienia. Rozlanie soku, porwanie sukienki, spóźnienie na wyznaczony czas, trzaśnięcie drzwiami - wszelkie jednostkowe potknięcia powodowała wyłącznie ona sama i tylko ona ponosiła konsekwencje. Sprawiedliwe: policzek za zbyt wolną reakcję, kopniak na podłogę za brudny stół i cała masa wyrafinowanych tortur za występki przeciw czwartemu przykazaniu. Zapomnianemu; nie istniały żadne religie, ale pomimo tego ich mała chatka w Jedenastce nosiła wszelkie znamiona świątyni i sanktuarium. Z wielokrotnie poświęcanym i krzyżowanym ciałem; śmieszna opowiastka z starej, grubej książki, powracająca kołem do życia. Mai pozostała jednak niewierna, przeklęta, racjonalnie widząc w sobie przyczynę całego zła, niegodną dostąpienia zaszczytów objawienia jakiejś wyższej prawdy. Jakkolwiek nienormalna by ona nie była - Gerard wychował ją w szacunku do dawnych bóstw i tylko dlatego nie wyśmiewała wszystkich mrzonek, powoli zaczynając je akceptować. Przynajmniej w postaci Losu, w którego zaczęła wierzyć dopiero w ciągu ostatnich miesięcy, kiedy to znów popchnął ją w kochające ramiona wybaczającego ojca, przyjmującego córkę marnotrawną z honorami.
Oddawał jej przecież całe bogactwo i luksusy, o jakich nie śniło się jej w zapadłej chatce. Nieprzeciekający dach, miliony technicznych nowinek, bieżąca woda, oranżeria i przestrzeń. A przynajmniej namiastka tej ostatniej; w czterech ścianach - nawet oddalonych od siebie o dziesiątki metrów - czuła się zamknięta, tęsknie wspominając zielone sklepienie drzew nad sobą i grząski grunt pod stopami. Dlatego uciekła z Trzynastki, przerażona niskimi sufitami, ciasnymi korytarzami i świadomością, że jest uwięziona. To właśnie fizyczne zniewolenie - i to nie z ręki Gerarda - dało siłę jej psychice. Udźwignęła decyzję o ucieczce, którą podjęła w ciągu dosłownie tygodnia, zostawiając później za sobą całe dotychczasowe życie. I całą siebie. Do której powracała - znów i znów i znów; przeklęte koło - ponownie, siedząc w wielkiej wannie w równie przestronnej łazience, przelewając przez palce gorącą wodę, prawie oparta plecami o klatkę piersiową Gerarda. Miała go tuż za sobą; tafla wody falowała jeszcze po tym, jak wsunął się do środka, siadając tuż za nią.
Odruchowo powinna się skulić, ale przecież wydarzenia z Jedenastki znajdowały się za grubą warstwą zapomnienia. Tak samo jak jezioro, w którym ją topił. I zardzewiała wanna, wypełniona jej krwią. Nie spięła się więc wcale ani nie drgnęła. Myślami i tak była jednak w przeszłości. Wszystko przez rudowłosą, pozostającą w jej głowie uporczywie długo. Nawet nie przez niezwykłą urodę, którą Maisie podziwiała jak dziecko zamknięte przez lata w piwnicy i zachwycone pierwszym napotkanym drzewem. Przez ostatnie kilkanaście lat kontaktowała się wyłącznie z mężczyznami, przez nich kochana i krzywdzona. Nigdy nie posiadała przyjaciółki; nawet podczas trzyletniej tułaczki Los popychał ją w kierunku mężczyzn. Żaden jednak nie stał się powiernikiem sekretu, niewypowiedzianego na głos nigdy, istniejącego wyłącznie w zaciszu domu.
Dla Maisie zawsze była nim chatka w Jedenastce; chatka ogołocona - przez wybijający wszelkie złe korelacje syndrom sztokholmski – z wstępu do horroru; chatka ginąca w zieleni lasu, oddalona od siedlisk ludzi, cicha i spokojna. Ckliwy obrazek lat dziecinnych, tak potwornie zakłamanych, że pomimo wszystko na jej wspomnienie Mai czuła dreszcze – uznając, że to po prostu nostalgia. I idealizacja; przecież ani obecny apartament ani Trzynastka nie zostały jej domem. Pierwszy dopiero poznawała; z drugiego uciekła w panice. Morderczej, dosłownie, chociaż dopiero dzisiaj zaczęła przypominać sobie tamte długie, letnie godziny, prowadzące prosto do wolności. Wcześniej wolała o tym nie wspominać; milczała przez całe cztery miesiące nowego życia, naiwnie sądząc, że ten temat został zapomniany. Nie chciała prowokować Gerarda; wciąż nie wierzyła w swoje szczęście i w to, że nie została w żaden sposób ukarana. Chciała, żeby tak było dalej, żeby wybaczył jej największą życiową niesubordynację i wymazał ją całkowicie.
Widocznie jednak nie było to możliwe; Los postawił na jej drodze Aurorę a wraz z nią mnóstwo pytań, na które musiała znać odpowiedź. Teraz musiała dbać o bezpieczeństwo dwóch osób; rodziny, która zaczynała wiązać się naprawdę krwawo i ściśle. Nieświadomie nie wiedziała nawet jak bardzo. Co było błogosławieństwem; mogła egzystować z Gerardem, nie ze swoim ojcem, w którym zawierzała wszystkie swoje nadzieje i gwarancje bezpieczeństwa. Dlatego odkąd wróciła ze swojej – pierwszej od…dobrej nowiny – wolnej przechadzki, myślała wyłącznie o tym, co powie Ginsbergowi.
Teraz jednak wahała się dalej, w milczeniu bawiąc się wodą, czując jednak uspokajające ciepło, bijące nie z gorącej wody a z ciała Gerarda za swoimi plecami.
- Byłam dziś poza mieszkaniem – zaczęła po chwili ciszy, podnosząc głowę i zerkając na niebieski materiał, wystający z kosza w rogu pomieszczenia. – Zniszczyłam buty. I sukienkę, którą mi podarowałeś – kontynuowała, od razu przyznając się do swoich win i nieco odruchowo kuląc szczupłe i blade ramiona. Nie zamierzała wspominać o nieznaczącej rozmowie z brunetem, którego twarzy praktycznie teraz nie pamiętała. Zrzucenie winy na nieporadność kogoś innego także zostało wyeliminowane z jej życiowego słownika. – Chciałam zrobić ci kolację i kupić twoje ulubione rzeczy, ale… - ciągnęła z niespotykaną wylewnością, urywając jednak w połowie i zaciskając usta ze świadomością, że zaczyna się tłumaczyć. Głupia, to przecież twoja wina, nie powinnaś wychodzić. Zagryzła wargi jeszcze mocniej, po czym przesunęła powoli palcami po brzegu wanny, natrafiając na jego dłoń i dotykając ją lekko, raczej badawczo niż pieszczotliwie.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Lip 30, 2014 11:00 pm

przed wszystkim

Ciężkie krople obmyły dziś jego twarz bardzo dokładnie, na tyle, że miał wrażenie, że krew popłynie studzienkami kanalizacyjnymi i chodnikami, wieszcząc w sposób godny rozpoczęcie święta zabijania. Zamiast tego jednak przecierał palcami ślady po całkiem nietypowym spotkaniu w więzieniu, przypuszczając, że ten chłopaczek z Kwartału nie będzie miał tyle szczęścia i zamiast uspokajającej kąpieli w towarzystwie swojej ukochanej córki (a raczej już dwóch) spędzi noc w znacznie zimniejszym miejscu. Nie rozumiał nagłego buntu, który przypłacił dość... krwawo, ale więźniowie zaczynali zachowywać się irracjonalnie, wyczuwając to, co w atmosferze Kapitol tliła się od dawna, zarażając groźną infekcją mieszkańców Dzielnicy Rebeliantów. Podejrzewał, że na dniach Coin wyda kolejny nakaz aresztowań i wcielania do Kwartału tych, którzy nie potrafili okazywać w należy sposób lojalności.Wyczekiwał tego dnia z równym namaszczeniem jak tego, w którym jego córka wreszcie trafi w opiekuńcze ręce, kiedy zaginęła w czasoprzestrzeni, wybierając na zawsze potępienie i odrzucając dłoń kochającego, wybaczającego i miłosiernego Ojca. Którego nie zdążyła poznać.
Często myślał o tych zdradzieckich godzinach, które wlokły się za wolno, by mógł docenić upływ czasu i o sekundach, które wprawiały wielkie wahadło zegara Trzynastki w ruch, przypominając mu, że szanse na przeżycie jego córki drastycznie spadają. Doskonale pamiętał, że czuł wściekłość i potrafił ją zdefiniować już dziś, kiedy stawał przed tym epizodem w perspektywie długich lat. Zdawał sobie sprawę, że był zirytowany i niebezpieczny z powodów najbardziej oczywistych - Maisie nie mogła zginąć z czyjejkolwiek ręki, bo on był jej Stwórcą, Kreatorem, Panem, więc i to on powinien dokonać aktu jej zniszczenia w odpowiedniej dla siebie chwili. Ktoś pokrzyżował mu plany i ten ktoś miał zapłacić słoną karę za wchodzenie w zaminowany teren ich chatki i życia. Ale nie zdążył dokonać zemsty, kiedy zamiast meldunku o ciele jego córki - tak, wtedy usilnie wracał pamięcią do ciała swojej matki - otrzymał całkiem wyraźny sygnał o morderstwie doskonałym. Popełnionym ręką, którą karmił. Nie zdawała sobie sprawy, w jakiej sytuacji go postawiła i dlaczego zamilkł absolutnie, nie wspominając tego przeklętego okresu.
Zdawał sobie sprawę, że Maisie była nieświadoma wielu spraw. Nie umiała przewidzieć tego, że jej rodzony ojciec o nazwisko Randall to mrzonka dziewczynki, która usiłuje poradzić sobie z otaczającą ją rzeczywistością, w której nie wszystko jest po kolei według ignorantów, którymi się otaczali. Mógłby tłumaczyć jej wielokrotnie, że faraonowie żenili się z siostrami i zachowują się jak w rodzie królewskim, ale chyba po raz pierwszy nie miał odwagi, pozwalając jej wierzyć w baśnie. W których ojcem jej jest mężczyzna, przypominający mu Malcolma z rysów twarzy. Łagodnych, miłych, klasyczna uroda, której jego córka nie odziedziczyła za grosz (bo jak mogłaby?), więc pozostawała ślepa, niema i głucha, próbując przyzwyczaić swoją psychikę do prawdy, która sprawiała, że Gerardowi serce biło szybciej. Coś jak miłość w wydaniu podręcznika do perwersji, gdzie kazirodztwo zapisano złotymi zgłoskami.
Podobnie ciąża nadal pozostawała poza zasięgiem dziewczyny. Wiedział, że spogląda na swoje ciało dość lękliwie, poszukując symptomów i sprawdzając, czy ojciec na pewno nie będzie chciał sięgnąć po nóż, by wyrżnąć jej hormonalną huśtawkę wprost z brzucha. Nie tym razem, siadł za nią, odgarniając długie włosy wprost z jej policzków i oddychając głęboko w kark. Męczący dzień, pochmurna aura, która sprawiała, że już i tak był wilgotny i jej ciało, po które sięgnął bez pytania. Nauczyła się, żeby nie zamykać drzwi do łazienki - cudownie mądra dziewczynka, którą teraz obmywał miękką myjką.
Zupełnie tak jak wtedy, gdy dostała pierwszy okres i była przerażonym dzieciakiem, a on otwierał najdroższe wino, świętując, że już niedługo splami jej ten biały kwiat niewinności. Uwielbiał tę cechę dziewcząt, mógłby rozwodzić się obecnie nad tym, że wolałaby znowu uczynić z niej chirurgicznie dziewicę, ale zamiast tego wodził palcami po jej płaskim brzuchu, zahaczając o śnieżnobiałe uda, które sprawiły, że mógł skupić się tylko na wydarzeniach z domu, nie z odległego więzienia czy z psychiki Maisie. Tak bardzo chwiejnej, bo przecież proces akomodacji jeszcze się nie zakończył.
Przynajmniej taką miał nadzieję, którą rozwiała Maisie jednym prostym stwierdzeniem.
Wyszła, przepadła dla niego, rozpoczęła się znowu dla świata i w pierwszym odruchu chwycił ją za kark, próbując opanować niezwykle spokojne dłonie, nastawione tylko na jeden cel. Mógł przecież zrobić krzywdę dziecku, o którym wyjątkowo nie myślał, siedząc nago w wannie z jej matką i modląc się do wszystkich bogów kolejny raz o jej zmiłowanie. Nie był przecież Nowotestamentowym wybaczającym Bogiem, chętnie zesłałby na nią potop, plagi egipskie albo przynajmniej zamienił w słup soli, kiedy przyciskał jej palce do krawędzi wanny, oddychając śpiesznie w jej plecy.
- Ale zniszczyłaś sukienkę i buty. Jak? - dopytał, po raz pierwszy od dawna czując się w niezgodzie z samym sobą, więc zamiast czekać na wyjaśnienia albo prosić ją o to, by zrozumiała, że nienawidzi ją na tyle, że bycie nieposłuszną sunią skończy się źle, po prostu jej to zademonstrował, zniżając ją i popychając do wody tak, by zanurzyła włosy. O to tylko mu chodziło, nie uśmiechał się przecież jak szaleniec, obserwując żyły na jej ręce i marząc o tym, by popieścić ją jeszcze prądem.
Westchnął, wyciągając ją na powierzchnię i zabierając szampon, który ponownie nie był (niestety) wyszukaną trucizną i wstępem do perwersyjnych tortur. - Opowiadaj - nakłonił ją, mając nadzieję, że przestanie kaszleć i się trząść, żeby mógł pieczołowicie spłukać włosy. Nie lubił braku perfekcji, irytowało go to niesamowicie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Lip 31, 2014 9:17 am

Kiedy poczuła jego gorący oddech na swoim karku uspokoiła się już zupełnie, chociaż dalej w dole brzucha pulsowały resztki niepokoju. Ktoś, badający rytm jej serca i aktywność kory mózgowej, mógłby stwierdzić, że Maisie jest w tym momencie mocno przestraszona…i miałby rację, jednak przez ponad dziesięć lat związku z Gerardem przywykła do wszystkich odcieni przerażenia. A zwłaszcza do normalnego egzystowania z wieczną świadomością tego, że w każdej sekundzie mogła zostać ukarana. Wydawało się jej to teraz codziennością, ot, patologiczna rutyna, wręcz obojętna dla organizmu, wypracowana w pocie czoła Gerarda i w krwi samej Maisie.
Widocznie z czerwonym płynem wypływały z niej resztki dziecięcej siebie, jeszcze niezmodyfikowanej (genetycznie?), bo przecież powinna wyrywać się do wolności histerycznie, odgryzając sobie związaną rękę. Lepiej oddychać jako kaleka na wolności niż królowa w klatce – tak kiedyś myślała, ryzykując swoim życiem. Pewnie kontynuowałaby bunty dalej, ale na nieposłuszeństwie nie cierpiała wyłącznie ona sama. Freddie, Ralph, przypadkowi pomocni ludzie; w końcu – piątka anonimowych osób z Trzynastki. Choć tylko w tym ostatnim przypadku pociągnęła za spust, to i tak czuła się winna. Przez swoją naiwność i głupotę, cechy typowe dla kobiecego gatunku (pilne wysłuchiwanie lekcji Gerarda uśpiło wewnętrzną feministkę już na dobre), krzywdziła innych, największe szkody wyrządzając samemu opiekunowi. To piekło najbardziej, nawet teraz, podskórnie, kiedy znajdowała się znów – dosłownie – w jego zasięgu, patrząc na mocne, silne ręce, przesuwające się po jej bladym ciele. Nie czule i pieszczotliwie, raczej sprawdzając jej wartość rynkową, chociaż kiedy muskał palcami napiętą skórę brzucha ogarniało ją coś na wzór wzruszenia. Zmieszanego z czystą paniką, tłumioną latami nauk i przyzwyczajeń.
Trochę rozpuszczających się zarówno w gorącej wodzie jak i w tej wręcz niedorzecznej bliskości, kiedy obmywał delikatnie jej ciało, jakby faktycznie się dla niego liczyła i jakby znów miała czternaście lat. Wyrzuty sumienia, wykreowane przez konkretne przesłanki twardych zasad moralnych, uderzyły z podwojoną siłą, kiedy przestał ją dotykać, łapiąc ją jednak zdecydowanie za kark. Jak nieposłusznego psiaka, którego zaraz wrzuci się do worka i utopi, przedtem rozbijając czaszkę kamieniem.
Jego słowa jeszcze nie przebrzmiały a już wizualizowała sobie swoją głowę roztłuczoną na pół o krawędź wanny, w którą wbijała palce. Wzięła odruchowy spazmatyczny wdech i zamknęła oczy, czując wzmocnienie uchwytu, popchnięcie i…I zamiast lodowatej powierzchni, rozbijającej jej kości żuchwy, zalała ją ciepła woda. Nagle i krótko; gdyby nie zaskoczenie pewnie nawet by się nie zakrztusiła, ale instynktownie rozchyliła usta. Dławiąc się już na powierzchni, spięta jak struna. Pomimo wielkiej łaski; to podtopienie nawet nie zasługiwało na tę nazwę, zwłaszcza w perspektywie przyjemnego zapachu szamponu, spływającego z jej całkiem mokrych włosów, oblepiających jej kark i szyję jak ciemnobrązowe blizny. I tak przecież miała je na ciele – to dlatego zasłaniała wielkie lustro ręcznikiem – chociaż skupiała się w tej chwili bardziej na uspokojeniu oddechu niż na zastanawianiu się nad motywacją Gerarda. Śmiało twierdziła, że znała go najlepiej na świecie, ale i tak pozostawał dla niej wielką zagadką, jednocześnie obdarowując i katując. Starała się pojąć te dzikie zasady i żyć według nich, dlatego nie wydała z siebie żadnego przerażonego jęku, zaciskając jednak histerycznie dłonie na krawędzi wanny. Naiwnie; doskonale wiedziała przecież, że gdyby chciał, połamałby jej przedramiona i nie uniknęłaby Losu. Pachnącego deszczem, ziemią, korzennym szamponem i po prostu Gerardem.
Ufała mu przecież, pewna, że ochroni ją przed każdym niebezpieczeństwem - dlatego poruszała ten zakazany temat, nie odwracając się w dalszym ciągu w jego stronę. Tak było łatwiej; nie chciała widzieć zawodu w jego oczach. Albo czegoś znacznie gorszego.
- Ktoś strącił w sklepie butelkę z sokiem. Stłukła się tuż obok mnie.  Ale…to właściwie nic, chciałam spytać o coś innego– odparła powoli, w końcu opuszczając napięte ręce do wody. Wpadły do niej bezwładnie, z głośnym pluskiem, na dźwięk którego drgnęła niespokojnie, karcąc się w myślach. Zachowywała się nieracjonalnie, ale poruszanie tego tematu wydawało się w tej chwili krokiem samobójczyni. Mimo wszystko. – Co działo się po mojej…po tym, kiedy opuściłam Trzynastkę? Wiem, że mnie szukano, ale...jak to zostało rozwiązane? – wydusiła z siebie, siląc się na obojętny ton i jednocześnie nastrajając się ekstremalnie na odpowiedź. Werbalną lub niewerbalną, znów wbiła wzrok w parującą wodę przed sobą, odruchowo zastanawiając się nad tym, czy nie jest znów pionkiem w grze mądrzejszych od siebie. Może Gerard okłamał ją i tylko czeka aż dziecko podrośnie i wtedy…Albo już wepchnie jej głowę pod wodę i będzie obserwował jak rodzi chore niemowlę? Dopiero na te myśli skuliła się zupełnie, prawie zapominając o dopiero co zadanym pytaniu, formułując kolejne, zanim z ust Gerarda jakiekolwiek słowo. – Myślisz, że będzie zdrowe? Brałam tabletki, to mogło bardzo wpłynąć na niego i… - zaczęła dość nerwowo, nagle doskonale widząc cały ogrom nieszczęść, mogących spaść na coś, co nie przekraczało w tej chwili trzech centymetrów. A co nagle stało się niezwykle ważne, łączące ich i żywe. Pierwsze takie trzeźwe spojrzenie w przyszłość, nagle przerażające ją bardziej niż ewentualna zemsta Gerarda. Odwróciła się do niego chwiejnie, rozchlapując nieco wody i łapiąc jego spojrzenie. Kolejny szczebel samobójczyni, ale w tej chwili nie dbała o to zupełnie.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Lip 31, 2014 12:09 pm

Skłamałby, gdyby stwierdził, że ostatnie trzy lata bez Maisie zostały okupione łzami tęsknoty i żalu do samego siebie, który łączył się z posypaniem głowy popiołem, założeniem zgrzebnej szaty i medytacją, która nieodmiennie kojarzyła mu się z perfekcyjną modlitwą. Dziwne, że wśród wielu praktyk religijnych i obrzędów, oddanie się w ręce oddechowi i kojący spokój były mu zupełnie obce. Dlatego rozpacz (a raczej wściekłość) przeżywał po swojemu, zatracając się w codzienności i nie pozwalając sobie na ewentualną słabość.
Nie spalił jej zdjęć ani nie zniszczył taśm, które posiadał jak każdy kochający ojciec. Szkoda tylko, że w przeciwieństwie do tatusiów, którzy zachwycali się jazdą na rowerku czy pierwszym słowem koślawo wyartykułowanym, Gerard kręcił jej orgazmy, zabawy ze sobą samą i brata, który wpadał po szybkie pieszczoty nad ranem, rozbijając chwilowo ich patologiczną sielankę. Wówczas starał się bić ją równo, by odpowiednio puchła i rozcinał jej bladą skórę, starając się dać im jasny sygnał, że każde kolejne wystąpienie będzie potraktowane jako zdrada narodowa i zakończone strzałem w tył głowy. Całe szczęście, że jego dzieciaki - a raczej dziewczynka i jej kundel - były całkiem pojętnymi ludźmi i już nie próbowali żadnych sztuczek. Uśpił w sobie czujność i Los zemścił się na nim okrutnie, zabierając mu Maisie z Trzynastki, z dystryktu, który niegdyś wykreował jej z marzeń.
Niewiele pamiętał z tego okresu czasu, zdawał sobie sprawę, że i dziś powtarzają starą tradycję trzymania się blisko i obdzierania jego córki z resztek prywatności i intymności - zapoczątkowali ją w tym przeklętym, podziemnym dystrykcie, który wymagał od Gerarda medytacji i cierpliwości. Tak naprawdę nie dziwił się jej wcale, uciekała przed ostracyzmem i przed wojskowym rygorem, który nijak miał się do ich chatki na końcu świata.
Przeklętej tak bardzo, że żadne dziecko nie rozbijało im okien i nie mieli żadnych niespodziewanych wizyt. Ludzie podskórnie (a wiec nie byli tacy głupi) wyczuwali tam tragedię, która działa się na ich oczach i zgodnie z tym, nie robili niczego, by ją powstrzymać. Ginsberg zdawał sobie sprawę, że obojętność wygrywa każdą wojnę, historia pokazała mu, że na wiele można sobie pozwolić, będąc bezczelnym i pewnym swego; idioci jak owce pójdą za kimś, kto zapewni im więcej korzyści. Gerard mógł być bezkarny w swoim postępowaniu i nawet kręcenie filmików i próby morderstwa na swojej ukochanej córce odbijały się w nicości. Grawitacja nie ciążyła im wcale, może to kwestia nowych czasów, gdzie tylko formalnie karano za zło, a nagradzano za dobro; ale żaden z jego haniebnych występków nie popychał go w dół. Inna sprawa, że ojciec nauczył go nie klękania przed nikim i niczym;na tę przypadłość chorowała jego córka. W końcu była samicą, którą trzeba było prowadzić na niewidzialnej smyczy. Dlatego Trzynastka ją zawiodła całkowicie - musieli się ukrywać, bo wszelkie chore fantazje w oczach Almy Coin zostałyby skojarzone z Kapitolem i z porządkiem świata, przeciwko któremu walczyli. Gerard znikał, przepadał w mieście jako szpieg, Maisie żyła po swojemu, trąc zdrowy rozsądek.
Tylko tak tłumaczył sobie jej śmiałe i beznadziejne posunięcie - ślepy Los zawsze popychał ją w jego ramiona, gdyż była jego własnością i próba odwrócenia tego fatum kończyła się tragicznie. Hybris nigdy nie zostało nagrodzone i teraz też szarpał ją za włosy, zdając sobie sprawę z własnej ułomności.
Która miała ją tak naprawdę ocalić, choć przerażające było to, że każdy człowiek wybrałby śmierć niż taki życie. Ginsberg wiedział, że nie może jej zabić, że nie jest Abrahamem, który zawierza w Bogu i oddaje mu swoje dziecię. Jego podły charakter nakazywał mu traktować ją jak własność, która nie mogła zostać oddana żadnej Sile Wyższej, nawet śmierci. Dlatego teraz spoglądał na nią znudzony, oczekując narodzin dziecka jak błogosławieństwa. Będzie mógł pokazać matce, co robi z osobami, które pytają za bardzo.
- Dlaczego o to pytasz? - zapytał powoli, nadal nie udzielając odpowiedzi. Przynajmniej werbalnie, bo spojrzał uspokajająco w jej oczy, przyciągając ją do siebie, kiedy się odwracała do niego.
Nie pokusił się o jakiekolwiek wytłumaczenie, szastał jej ciałem tak lekko, że przywodziło to na myśl czułość. Dobre sobie, myśli miał zdecydowanie mordercze, ale zogniskowane na jej brzuchu, który teraz objął obiema rękami.
- Tabletki antykoncepcyjne nie wpływają na dziecko. Będzie zdrowe, powiedziałem ci to raz i nie zamierzam tego powtarzać. Pójdziemy do lekarza jutro - zastanowił się, tak, chyba był wolny. - Zrobimy mu badania, chcesz? - pytał dalej bardzo spokojnie, wpuszczając ją w meandry manipulacji z wyższej półki. Nie mogła przecież pojąć, dlaczego tak bardzo zależało mu na sprawdzeniu tego płodu. Nikt nie chciał mieć dzieciaka z trzema rączkami, prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Lip 31, 2014 4:24 pm

Romantyczna scena rodzajowa, część pierwsza. Luksusowo choć minimalistycznie wykończona łazienka na szczytach nowego świata, zaparowane lustra zarzucone białymi ręcznikami i dwójka nieszczęsnych kochanków, wyciętych ze starej i dość naciąganej historii miłosnej z tragicznym zakończeniem. Niezły materiał na film propagandowy o szaleństwach byłego Kapitolu – nigdy nie wypytywała go o Dawne Lata. Jedyne, co zachowała z okresu wczesnego dzieciństwa to paraliżujący strach związany z nowym domem Malcolma. Nic tak nie utkwiło w jej pamięci – nawet transmisje z samych Igrzysk, które wygrywał jej ukochany brat – jak właśnie przygnębiający przepych Kapitolu za rządów Snowa. Oczywiście wtedy nie pojmowała politycznych zależności, nie rozumiała funkcji urzędu Prezydenta, ale ta szokująca zmiana roli – z biednego domku na salony – na dobre uczyniła stolicę jej najgorszym koszmarem. Do którego powracała – nawiązania do Koła Losu zdawały się przy tym kolejnym przypomnieniu żenująco nudne, nawet jeśli nie była teraz wystraszoną, pulchną czterolatką.
Tamta Maisie umarła bezpowrotnie: teraz świat miał do czynienia z chudą dwudziestopięciolatką, o zupełnie innym spojrzeniu na otaczający świat, innych koligacjach rodzinnych i zdecydowanie innym poziomie akceptowalnego strachu. Potrafiła perfekcyjnie zachowywać się nawet w stopniu paniki, paraliżującej jej ciało. Tak jak w tej chwili; wyłącznie boleśnie spięte mięśnie i rozszerzone źrenice świadczyły o tym, że organizm dziewczyny nastawia się na tryb walki i ucieczki. Poza tym mogła wyglądać na zupełnie rozluźnioną kochankę jakiegoś wpływowego, dużo starszego mężczyzny, fundującego jej relaksującą kąpiel. Z podtapianiem włącznie, chociaż kiedy już odwróciła się i złapała jego wzrok – nie nienawistny i pogardliwy; w ciągu sekundy poczuła obezwładniającą ulgę – powróciła pewność, że nawet zahaczając o temat tabu, nie zostanie stracona.
Było to bardziej zaskakujące i otrzeźwiające niż ostry policzek – bez wątpienia nieznajoma dziewczyna potraktowała jej twarz wręcz pieszczotliwie w porównaniu z możliwościami Gerarda – ale w tym otrzeźwiającym sensie, sprawiającym, że dawne rozhisteryzowane damulki w końcu zachowywały się normalnie. Przestała jednak drżeć dopiero w chwili, w której zagarnął ją do siebie dłońmi, władczo i zarazem niesamowicie delikatnie, przyciskając palce do jej brzucha. Dalej trwała w lekkim półobrocie, orientując się, że pierwszy raz od dawna był z nią całkiem nago, rezygnując ze swojej samczej przewagi i dotykania jej przez rękawiczki. Sama faktura jego skóry łagodziła ją przyjemnie po doświadczeniach jego szorstkich spodni i koszul, dlatego wytrzymała do końca jego spojrzenie i odwróciła się ponownie, tym razem opierając się już całkiem plecami o jego klatkę piersiową, odchylając nieco głowę i kładąc ją w zagłębieniu jego szyi i ramienia – dopełniając jednocześnie rozkoszny obrazek zaspokojonych kochanków.
Może nie powinna tracić czujności, ale jego słowa i propozycja badań uśmierzyły ten króciutki – na dłuższe nie mogła sobie pozwolić, pewna, że cierpliwość Gerarda i tak została nadszarpnięta – atak kobiecej paniki, razem z dłońmi, głaszczącymi ją pod wodą. Rozczulenie wypełniło jej całe ciało, wypychając nerwowość. Ot, nadmuchana manipulacjami i sztucznym spokojem marionetka, szczęśliwa i nieświadoma tego, że w głębi serca zapewne wyje z poniżenia i przerażenia. To jednak działo się za zamkniętymi drzwiami; z tamtą, dawną Maisie, która potrafiła wbić w brzuch swojego opiekuna nieco zardzewiały nóż. Dwukrotnie.
Słodkie czasy, także zasnute mgłą niepamięci, chociaż nie tak dokładnie jak ostatni grzech pierworodny, przepisany jej razem z krwią pięciu ofiar jej ucieczki. Ułożyła się wygodniej, czując dokładnie jego ciało za sobą i już letnią wodę, obmywającą jej nogi. Teraz wydawała się sobie kompletnie bezpieczna i wręcz poruszenie tematu oskarżeń rudowłosej mogło wydawać się żenującym i zawstydzającym zniszczeniem sielanki, ale musiała się upewnić. Dla dobra dziecka, głównie.
- Pytam, bo…kiedy wracałam, zaczepiła mnie pewna dziewczyna – zaczęła powoli, ważąc ostrożnie słowa i w końcu decydując się na powiedzenie całej prawdy. Dość beznamiętnie, jakby relacjonowała jakieś nudne wydarzenie, nie dotykające ich sfery sacrum w żaden sposób. – Młoda. Rude włosy. Bardzo ładna. Szarpnęła mnie, spoliczkowała i zaczęła opowiadać o sprawie…mojej ucieczki. Jest córką jednej z ofiar. Kobiety – kontynuowała, nie przypominając sobie, kiedy ostatnio wypowiedziała tyle słów. Chyba jeszcze za czasów obojętności Gerarda i traktowania jej jak zbędnego, psiego balastu. – Powiedziała, że tak tego nie zostawi, że zapłacę za to, co zrobiłam. I że dziwi ją, że chodzę żywa po Kapitolu – zakończyła, znów poruszając się odrobinę niepewnie w wannie przepełnionej wodą. Nie spoglądała jednak w górę na Gerarda, ogniskując wzrok na swoich niepomalowanych (nigdy) paznokciach i stopach, wystających z wody. – Rozsypała zakupy dla ciebie. Uderzyłam ją – dodała bardziej do siebie, chyba podskórnie nie mogąc jednak opanować potrzeby podzielenia się z Gerardem wszystkim i uchronienia się od kary za wyrzucenie pieniędzy w błoto. Albo w idealnie przyciętą kostkę brukową Skweru Marzycieli.
Nie dopytywała, co Gerard zrobił po jej ucieczce i jakimi sposobami faktycznie uchronił ją od więzienia. Nie zaprzątała sobie tym swojej suczej główki; nie pragnęła nawet szczegółów tylko potwierdzenia bezpieczeństwa. Jeszcze przed wieścią o ciąży pewnie wzruszałaby ramionami na taki…atak, ale teraz robiła się – jak na swoje standardy – wręcz przewrażliwiona.
Ufając jednak jego słowom o bezpiecznej antykoncepcji. Była przecież po prostu głupia, nie orientowała się w medycynie czy nowinkach technicznych i polegała zupełnie na przewodnictwie Gerarda. Nie przypuszczając nawet jak mocno owinął ją w sieć kłamstw, przemilczeń i manipulacji. Właściwie – sama przecież wepchnęła się w ten kokon, uznając, że samo pozwolenie na oddychanie i noszenie ich dziecka jest największym szczęściem, jakie mogło ją spotkać.
A może faktycznie tak było? Nie zastanawiała się nad tym, kiwając tylko głową na jego propozycję przeprowadzenia badań. Wszystko dla tej małej istotki, będącej krwawą gwarancją jej posłuszeństwa. Dziwne, jak pojawienie się w jej organizmie kilku niewidocznych dla oka, złączonych komórek, mogło całkowicie wyciszyć jakiekolwiek wrzaski podświadomości o buncie i nienawiści.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Lip 31, 2014 7:39 pm

Powracanie do Kapitolu było ożywcze dla Ginsberga. Pamiętał, że znudził i przesycił się nim bardzo szybko. Być może dlatego, że kojarzył mu się z rodzicami, którzy stawali się wyblakłą przeszłością, zaraz po odkryciu prawdy przez ojca - do dziś nie rozumiał, czemu go nie spoliczkował i nie wyrzucił z domu (czyżby mu się to spodobało?) - i po śmierci matki, która nie chciała być rodzicielką Złego. Nic dziwnego, że tak prędko poczuł się zblazowany tym, co naprawdę działo się za czasów Snowa, choć był bliższy prawdy od tej tłuszczy, z którąpotem identyfikował się w Jedenastce, będąc robotnikiem, który ogląda opiewane w propagitach miasto i stolicę czynów niegodnych. Otwarte dla każdego i gotowe pochłonąć nawet najbardziej poprawne jednostki. Obserwował to, rok za rok, trybut za trybutem, czując się w obowiązku do porzucenia tego miejsca zaraz po zdradzie swojej ukochanej Beatrice.
Nie fizycznej, tej dokonywali na zmianę i niejednokrotnie, to miasto nauczyło go, że żaden organizm ludzki nie może być zależny od tego drugiego i że swoboda erotyczna jest jedyną polityką, w którą mógłby się zaangażować, swoista anarchia za czasów twardej ręki, która posiadała swoich doradców i przyjaciół tak wysoko postawionych, że nawet Gerard odczuwał powagę sytuacji, kiedy zamiast zostawić sprawę ojca i siostry, rozgrzebywał ją w najlepsze, zupełnie tak jakby dostał na tym punkcie obsesji. Tak przecież nie było - nie interesowało go zupełnie, co działo się z seniorem jego skromnego rodu, był mu niemalże wdzięczny za porzucenie go i oddanie całego (nie)skromnego majątku w swoje ręce. Musiał jednak znaleźć jakieś szczątki jego pamięci, miał wrażenie, że dopiero wówczas, gdy podniesie na niego rękę i popełni ten świętokradczy czyn, będzie mógł uciekać z Kapitolu i szukać szczęścia (nie, aż takim głupcem nie był) w nowym świecie, który rozpościerał się za ogrodzeniami z drutem kolczastym. Nowa definicja wolności, którą strzegli Strażnicy Pokoju i w którą oddawał się bez zawahania.
Być może dlatego, że nie zdawał sobie sprawy, na co tak naprawdę naraża się, będąc rozpieszczonym paniczykiem z Kapitolu, który lokuje swój majątek w niezawodnych kapitałach i przebiera się za żebraka, by poznać życie od podszewki. Nie zdawał sobie sprawy, że taka wyprawa może faktycznie kosztować go jego skórę i że nie jest taki nieuchwytny w swoich dążeniach do anonimowości. Chyba dopiero wówczas wykształcił w sobie instynkt drapieżcy, któremu daleko było do dandysa z Kapitolu, który urządza wzorem markiza de Sade rauty i spotkania bogatych przyjaciół żony. Dobrze potrafił jeszcze dziś z pamięci wyrecytować wymiary idealnego kochanka Beatrice - tego, którego później chowali razem pod dywanem, zamiatając jego krew wraz ze spermą Gerarda. Chyba tęsknił za tymi czasami w pierwszym zderzeniu ze słońcem i trudnymi warunkami Jedenastki.
A przecież przystosowywał się niezwykle łatwo. Prędko porzucił swoje skórzane rękawiczki, powracając do nich dopiero rok temu i zakasał rękawy do straceńczej harówki, która miała na celu obrzydzenie mu do reszty grabieżczej polityki wprost ze stolicy. Szkoda tylko, że kompletnie nie mógł utożsamiać się z tymi wieśniakami, którzy prędko przypięli mu łatkę okropnego dziwaka, który na końcu wsi zajmuje się czynami lubieżnymi wraz z maleńkim synem.
Nie prostował nigdy tych plotek, nie czuł się w obowiązku tłumaczyć im, że to nie syn, a zabawka nakręcana jego spermą i że nie mają pojęcia o żadnej perwersji, będąc jedynie ludźmi, którzy upewniali go w przekonaniu, że Kapitol miał sporo racji, pozbywając się tych jednostek ze swojego przepysznego otoczenia. Zdania tego nie zmieniła nawet Trzynastka, w której mógłby zakochać się w opiniach Coin od nowego wejrzenia, gdyby tylko nie misje szpiegowskie, kiedy wymykał się wprost do...domu.
I teraz też zdawał sobie sprawę, trzymając w wannie swoją ukochaną córeczkę, że właśnie budują na krwi, kłamstwie i podejrzanym genotypie nową rodzinę. Zastanawiał się jednak nadal, czy Maisie zasłuży na miejsce w niej czy może... Nie formułował myśli do końca, będąc skupionym tylko i wyłącznie na relacji z zakazanego wydarzenia. Wiedział po czyjej stronie stoi wina i kogo powinien ukarać, ale subtelne ruchy wielkich dłoni na płaskim brzuchu uświadamiały mu, że znowu musi być cierpliwy. Tego nie nauczył go Kapitol, ale Jedenastka, w której również niejednokrotnie odkładał zemstę na później. Dlatego wysłuchał jej słów w spokoju, próbując rozpoznać młodą kobietę z opisu. Już martwą, cel uświęcał i pomagał wynaleźć odpowiednie środki.
- Carter. Pamiętam tę rodzinę - przerwał jej już w połowie, kiedy zaczęła wynurzenia o jej urodzie. Nie interesowało go to wcale, równie dobrze mogłaby mieć dwa garby jak wielbłąd, ale uśmiechnął się nagle jak szaleniec, kiedy wspomniała o uderzeniu. Najwyraźniej miała jeszcze coś z niego, choć czasami zastanawiał się, czy to na pewno jego córka.
- Chcesz, żebym ją zgwałcił czy tylko poderżnął jej gardło? - kontynuował spokojnie, idealnie morderczym tonem, patrząc jednoznacznie na jej brzuch. Dla dobra tego dziecka przelewał krew, był niemalże przekonany, że przyniesie rudowłosą na tacy, by zanurzyć palce Maisie w jej pustych oczodołach. Przynajmniej zapewnią swojemu dziecku starodawną i magiczną opiekę, skoro medycyna nie była po ich stronie.
Złapał ją z powrotem mocniej, spłukując prysznicem pozostałości z szamponu i opierając swoje ręce na jej piersiach, które niebawem zaczną się powiększać. - Dokończymy kąpiel, zamówię nam - już nie sobie, postęp - kolację, a potem będę cię rżnąć od tyłu, jak lubisz - szepnął jej wprost do ucha, zakręcając wodę i i wsuwając jej rękę między uda. Władczo, w końcu była jego idealną i posłuszną kurewką, która nie powinna gubić już nigdy jego zakupów i rozmawiać z nieznajomymi w parku. Nawet jeśli chcieli ją zabić i mieli za to zapłacić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Sie 01, 2014 7:51 pm

Woda stawała się coraz chłodniejsza, ale Maisie wcale to nie przeszkadzało. Nie trzęsła się przecież z zimna ani (już nie) z niepokoju. Wszystko zostało powiedziane, wyspowiadała się w tej niezwykle komfortowym konfesjonale z najdroższą armaturą w roli klęcznika dla niewiernych i została obmyta z przewinień. Bardzo fizycznie; woda spływała po jej twarzy a piana – z włosów, łaskoczącą falą zsuwając się z jej chudych obojczyków aż na pełną blizn klatkę piersiową. Teraz jednak nie została potraktowana nożem; wręcz niedowierzała swojemu szczęściu, bo za takie potknięcie przewidywała najgorsze kary. Albo bluźnierczy policzek, zdecydowanie mocniejszy od tego, jakim obdarzyła ją rudowłosa przed kilkoma godzinami.
Nie była jednak aż tak dobrze wychowana, bo nie prosiła się o razy i uderzenia, bardziej kładąc uszy po sobie i naiwnie cieszą się z chwilowej niedyspozycji pana, przymykającego oko na zbyt zuchwałe czyny swojej własności. Wdzięczność przepełniła ją tak szybko, jak poczucie bezpieczeństwa. To nic, że Gerard nie wypowiedział żadnego zapewnienia o tym, że wszystkim się zajął i że nie powinna się obawiać. Po prostu wyczuwała to w tej zaparowanej atmosferze, w rytmie jego serca, o które była oparta, przyglądając się z bliska linii jego podbródka, ucha i wodzie, skapującej z wilgotnych włosów. Mniej niż jej; chyba złapał go deszcz, bo pachniał cudownie naturalnie, nawet pomimo aromatu jej szamponu. Nie lubiła tych wszystkich kosmetyków, nie rozumiała ich etykiet i zapewnień o niesamowitym upiększeniu. Ideał nie istniał w jej oczach; była odcięta od propagandy sukcesu, wielkich piersi, kolorowej skóry i operacji plastycznych. Nawet jak na dystryktowe standardy nie przywiązywała wielkiej wagi do swojego wyglądu ani – już później, po kompletnym praniu mózgu – do ewentualnych konkurentek o uwagę Gerarda. Teraz po omacku uczyła się nowego świata i o ile jej logiczny umysł mógł dość łatwo załapać jak włączyć lodówkę i specjalne oświetlenie w oranżerii to opanowanie umiejętności chodzenia na obcasach (mogła tylko podpatrywać u innych; sama nie miała ich nigdy na nogach) czy włóczenie się po drogeriach pozostawało poza zasięgiem jej możliwości. Nie wpadała jednak w panikę; dopiero przed czterema miesiącami została skonfrontowana z zupełnie inną rzeczywistością i normalnymi ludźmi, których zdaniem nie przejmowała się w ogóle, przyzwyczajona do tylko jednej osoby, o której opinię dbała.
Wszechwiedzącej; nie zdziwiła się, że znał nazwisko pięknej rudowłosej, kiwnęła tylko dość bezsensownie głową, opierając się mocniej o jego ciepłe ciało, zanurzając nogi z cichym pluskiem. Piana przykryła tafle wody, sięgającej jej sutków i w końcu mogła wpatrywać się w dół, nie licząc blizn, znaczących jej uda i brzuch. Całe setki jasnych cięć, przypaleń i innych tatuaży patologicznej miłości. Relikty przeszłości; odkąd powróciła nie zranił jej ani razu – nie licząc noża wbitego w nogę, ale wybaczyła mu to od razu – doskonale wpisując się w wizję Maisie o nowym, lepszym życiu. Nie tylko pod względem materialnym; tym nigdy nie zaprzątała sobie głowy. Chodziło raczej o ich relację. Znała swoje miejsce u stóp Gerarda, ale przeczuwała (jakże naiwnie), że nie zrobi jej już nigdy fizycznej krzywdy.
Może zacznie krzywdzić kogoś innego…na przykład grożącego jej rudzielca. Kiedy zapytał ją o jej predyspozycję w kwestii przyszłego kontaktu Gerarda z panną Carter, Mai drgnęła nieco, unosząc się nieco w wodzie i spoglądając na niego z ukosa. W pierwszym odruchu chciała pokręcić nerwowo głową i powiedzieć, że nie chce, by krzywdził kogokolwiek – zbyt wielu ludzi ucierpiało już przez jej głupotę – ale zreflektowała się szalenie szybko i tylko zacisnęła usta, znów osuwając się głębiej do wody. Odruchy serca nie były tutaj mile widziane; zresztą, nie mogła pozwolić na to, by ktoś zaszkodził jej dziecku. Nadal abstrakcyjnemu – miesiączka od zawsze nawiedzała ją nieregularnie – ale i tak oddziałującemu na Maisie w znacznym stopniu. Jeszcze nie kulminacyjnym i wariackim, ale i tak patrzyła na niektóre sprawy pod zupełnie innym kątem. Dlatego też milczała przez chwilę, walcząc z nieco absurdalnym pomysłem sprowadzenia Aurory jako jej drogiej przyjaciółki, która nauczyłaby być ją piękną. Udało się, głównie przez kolejne dziwne uczucie zazdrości, lekko spinające jej ciało. Obserwowała swoje reakcje z niedowierzaniem, odgarniając dłońmi pianę i zerkając na swoje blizny. Czyż nie wolałby kogoś bez nich? Czy dlatego wspomniał o gwałcie?
Zacisnęła nieco usta, ale praktycznie niewidocznie, po czym znów wysunęła stopy z wody, robiąc przy tym dużo niepotrzebnego chlupotu i zalewania łazienki.
- Zrobisz to, co uważasz za słuszne – odparła tylko cicho, posłusznie. Nie od niej zależały decyzje wielkich tego świata i całkowicie jej to odpowiadało. Kto wie, jakich szkód mogłaby narobić, wyrażając własne zdanie a dziś i tak czuła się zmęczona przekraczaniem swoich kolejnych granic. Dopiero po wszystkim zorientowała się, jak bardzo zestresowana była, poruszając temat swojej ucieczki. O której nie dowiedziała się nic więcej. Może i dobrze; rozdmuchanie wspomnień z pewnością byłoby bolesne. Głównie dla niej. Wolała więc ciepłą wodę, spłukującą z niej pianę i zdenerwowanie, oraz ciepłe ręce Gerarda, dotykające ją coraz śmielej i drażniące jej nabrzmiałe piersi. Zbliżający się okres, skrajne podniecenie…albo ciąża. Tkwiąca gdzieś cały czas w tyle jej głowy, nawet kiedy mówił o kolacji... i o seksie. Na to pierwsze miała dziką ochotę, na drugie: niezbyt. Po całym dniu marzyła tylko o kąpieli (zrobione), poczuciu bezpieczeństwa (którym promieniała na zmianę z wdzięcznością), posiłku i śnie.
Oddech Gerarda na karku i szyi był jednak przyjemny, wywołujący dreszcze i…minimalny poziom sprzeciwu. Nie chciała się jednak buntować; pragnęła jego ciała i bliskości ale po raz pierwszy w sposób całkowicie platoniczny i opiekuńczy. Ciążowe hormony na razie napędzały ją do znalezienia schronienia; za miesiąc miała stać się ponownie wiecznie napaloną Maisie z Jedenastki, ale teraz była tylko sobą. – Dziękuję – zaczęła powoli, odruchowo zaciskając uda i mając na myśli…praktycznie wszystko. Zaoferowaną kolację, niewerbalne potwierdzenie, że zajmie się nią i dzieckiem, że jutro zabierze ją do lekarza i – trochę na wyrost – że zaakceptuje jej łagodny sprzeciw. – To może…zaszkodzić dziecku – dodała po chwili, oblizując odrobinę nerwowo usta, drżąc pod jego dłońmi z wymuszanego na niej podniecenia. Powoli przesączającego się przez jej zmęczone ciało.

zt


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Sie 05, 2014 1:30 pm

Noc po ciężkim dniu, poranek po nieprzespanych godzinach, który wlekły się mu niesamowicie i nareszcie własne mieszkanie, które wydawało mu się przybytkiem świątyni - miejscem świętym, do którego wpuszczano tylko obrzezanych Żydów na jeden dzień w roku. Magia zetknięcia się ze sferą sacrum, która zwykle jest niedostępna dla grzeszników. Tak właśnie się czuł Gerard o świcie, który został naznaczony właśnie przez ogromny kapitoliński zegar. Pamiętał, że jako dziecko był zachwycony jego kolosalnym rozmiarem i potęgą, która kryła się w pradawnych murach. Obecnie sam znajdował się na szczycie, ale nie mógł przegapić tego zjawiska, nie, kiedy powracał na tarczy, próbując bezskutecznie poradzić sobie z kierownicą własnego samochodu.
Chwilowo był inwalidą, który musiał zdawać się na łaskę taksówki (a raczej niełaskę), która podjechała dopiero po kilkunastu minutach. Nie dziwił się wcale, wbrew protestom Rose założył tę samą koszulę, którą wykąpał wczoraj we krwi i wyglądał, jakby wracał prosto z zarzynania świni. Właściwie tak było, Noah nie zasłużył na bardziej zaszczytne określenie (podejrzewał, że nawet obraża te zwierzęta) i naprawdę żałował, że puścił go wolno, znacząc swoje zwycięstwo tylko za pomocą noża Ashe. Czuł się wręcz przyjemnie rozbawiony romantyzmem tej sytuacji - dwoje kochanków, którzy cierpią srodze przez wspólny scyzoryk i jednego kata. Mógłby zostać świadkiem na ich ślubie, ale wątpił, czy ktokolwiek poza nim doceni ten subtelny żart. Nawet Rose wydawała się dziwnie zaniepokojona jego stanem (a raczej plamą krwi, którą po sobie zostawił na korytarzu), ale nie dał jej długo rozwodzić się nad jego nieuwagą, która skutkowała brakiem przytomności na długie minuty. Stało się, prawdziwie mężczyźni bili się żarliwie i na strzały, których odłamki należało wyjmować prosto z
rozgrzanego ciała. Na żywca, nie bronił się przed brutalnym postępowaniem, czując się znowu, jak za dawnych cudownych czasów, kiedy wędrowali z Maisie do Trzynastki i przybijał do drzewa mężczyzn, którzy chcieli ją skrzywdzić. Całe szczęście, że połknęli wówczas język, miał na tyle taktu (może wynikało to z troski?), że pierwszy raz wówczas oszczędził swojej córce jęków ofiar.
Teraz również poradził sobie z tym sam, nie zastanawiając się ani chwilę nad wezwaniem swojej brzemiennej kochanki. Była bezpieczna (ważne dla Ginsberga) i powinna pamiętać, że zdarzało mu się za czasów podziemnego Dystryktu przepadać w poszukiwaniu wrażeń. Określenie w sam raz na wielki opatrunek, który wybrzuszył mu poplamioną koszulę i kilka szwów na ramieniu, tam, gdzie świsnęła kula. Był nieco zmęczony, blady i mniej gerardowy niż zazwyczaj, ale podchodził do śpiącej córki z tym samym tupetem, co zazwyczaj, wystając jej rękę z sygnetem do pocałowania w ramach szacunku.
Naprawdę powroty do domu bywały żałośnie święte, kiedy tylko niemoc fizyczna przeszkadzała mu w rozpoczęciu całodziennej orgii. Na pewno nie śpiąca i wycieńczona Maisie, którą budził zawzięcie. Wrócił żywy, nie stało się nic wartego odnotowania, więc nie powinna zjadać paznokcie ze stresu (zauważył od razu) i upadlać się w postawie klęczącej. Nie na stole z chromu, który prowokował go do czynów niegodnych i zabronionych przez szlachetny stan swojej wybranki, w imieniu której zrobiłby to samo co Noah. Powiedzmy, zapewne nikt, kto by ją tknął, nie mógł liczyć na pogodną i dobrą śmierć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Sie 05, 2014 2:00 pm

| z czasoprzestrzeni zmartwionej nieobecnością Gerarda Maisie

Nie wrócił.
Kolację przygotowywała przez godzinę, zerkając raz po raz na elektroniczny wyświetlacz piekarnika. Miała jeszcze sporo czasu, ale i tak kuchenne rewolucje wychodziły jej raczej ślamazarnie. Krojenie mięsa z królika - obrzydliwie bez smaku; wolała to upolowane własnoręcznie - przygotowywanie warzyw, doprawianie i wahanie się nad wyborem wina: wszystko to stanowiło pewien rytuał. Przyrządzanie posiłku dla mężczyzny było psim obowiązkiem kobiet, jednak Maisie traktowała to bardziej jako rytuał wyznawania uczuć. Tego też nauczył ją Gerard - nie potrzebowali słów prawie wcale i przekazywali najważniejsze informacje dość przedmiotowo i cieleśnie. Przecież prawie na nią nie krzyczał - uderzenia niosły ze sobą więcej znaczeń - i nie obiecywał szczęśliwego zakończenia - wystarczyło obdarować ją oranżerią. Gdyby ktoś postanowił podłożyć Ginsbergowi podsłuch, musiałby przygotować się na niezwykle nudny materiał i przyznać do porażki. Rozmawiali przecież rzadko, wyczytując odpowiedzi w spojrzeniach czy splocie ciał. Albo w małych gestach urastających do rozmiarów świątyni. Z jego strony było to obdarowanie jej luksusowym mieszkaniem i pozwolenie na spanie z nim w jednym łóżku; z jej: cała reszta. W tym przyrządzanie kolacji i dbanie o ognisko domowe.
Przygasające z każdą minutą jego spóźnienia. Zjawiał się zawsze punktualnie, czasem nawet wcześniej, jakby chciał ją na czymś przyłapać albo po prostu się za nią stęsknił. Obie opcje były równie prawdopodobne i Maisie nie koncentrowała się na tylko jednej z nich - zawsze przecież wybierała głupio i źle. Taka też była; niezbyt mądra i skażona, nosząca na swoich barkach grzech pierworodny, skazujący ją na rodzenie w bólach (o czym zaczęła myśleć dopiero po wizycie u lekarza) i na czekanie.
Wieczne; jako dziecko - na wolność, jako szesnastolatka - na koniec męki, teraz - na rozwiązanie. Wyniki były dobre, wszystko było w porządku, ale dopiero w tym jasnym świetle gabinetu (pierwsza taka wizyta) zrozumiała, że to naprawdę się dzieje; że w jej ciele coś rośnie i żyje. Przerażające uczucie, do którego nie przyznała się Gerardowi. Teraz tego żałowała, bo musiała czekać na niego. Cierpliwie, z coraz większym niepokojem, przy całkiem zimnej kolacji. Była głodna, ale nie tknęła potrawki z królika, przyglądając się w środku nocy nieapetycznym i oklapłym warzywom. Talerze wyrzuciła dopiero o trzeciej w nocy (ulubiona godzina diabłów?), powracając do pustego stołu, przy którym spędziła dłużące się chwile. Aż do świtu.
Panika nie zagarnęła jej ciała; próbowała racjonalnie wytłumaczyć jego nieobecność pracą. Tylko tym; nie wyobrażała sobie żadnych krwawych wypadków ani Gerarda z jakąś kobietą - swoją narzeczoną? To mogłoby ją zabić; zamykała więc wszystkie złe odczucia daleko w sobie, przyrządzając z podkrążonymi oczami śniadanie. Z równie silnym uczuciem i oddaniem, wypełniając pustkę mieszkania aromatycznymi zapachami. Już nie spoglądała na zegarek, kładąc równo talerze i siadając na swoim miejscu. Przyłożyła głowę do chłodnego blatu stołu tylko na sekundkę i...
O sekundkę za długo; najpierw usłyszała jego wojskowe buty, potem poczuła jego zapach i podniosła się z blatu jak oparzona, wpatrując się w stojącego nad nią Gerarda całkowicie nieprzytomnie. Trzeźwiejąc jednak niezmiernie szybko; nie, nie ze szczęścia, raczej z pulsującego niepokoju, wywołanego jego wyglądem. Zakrwawiona koszula, podkrążone oczy i ten wyraz twarzy. Obojętny, nieco pogardliwy, ale Maisie potrafiła wyłapać w nim coś bolesnego. Albo tak się jej zdawało, kiedy pobladła, nie zwracając przez chwilę uwagi na jego wyciągniętą dłoń. Kolejny grzech do kolekcji; zreflektowała się natychmiastowo, całując jego palce po kolej, pokornie patrząc w dół i podnosząc głowę - i siebie samą - dopiero po dokończeniu przywitania. I opanowaniu strachu.
- Co się stało, tato? - spytała całkowicie spokojnie, zapominając nawet o tym, że nie odzywała się do niego w ten sposób już od dawna, traktując go jak męża. Nie ojca. To jednak było wtórne i wykreowane zachowanie, rozpływające się w dziecięcym niepokoju. Nie ściągała z niego zakrwawionej koszuli i nie panikowała, stojąc przed nim - wymięta i zmęczona - bez ruchu i bez kolejnych durnych pytań cisnących się na usta.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Sie 05, 2014 2:24 pm

Powinien paść od razu na łóżko. Nie zmrużył oka przez całą noc, czując się niezbyt bezpiecznie w murach szpitala. Być może zbyt wiele zostało mu z myśliwego, który pamięta, że zwierzynę atakuje się wówczas, gdy jest chora i najsłabsza; ale nie ufał nikomu, nawet gdy znalazł się w ciszy jarzeniówek, które odmierzały kolejne minuty miganiem do rytmu. Poezja, na którą trzeźwy i względnie normalny Ginsberg nie zwróciłby uwagi, ale najwyraźniej próba noża i wymiana braterskiej krwi wyprała go na trochę z racjonalnego osądu sytuacji. Polegającego na przyznaniu się do bólu i skorzystania z leczniczych kroplówek, które wlewały drogę dożylną minerały i witaminy, które przyszło mu utracić w odmętach Moon Rover. Chwilowo, przecież Gerard nie czuł gorzkiego smaku porażki w swoich ustach, raczej orzeźwiał go chłodny triumf, który może i był zanadto megalomański (musiał uważać na przychylnych mu bogów), ale nie mógł go powstrzymać.
Nawet wówczas, gdy padał twarzą na mokrą i zimną posadzkę, oddając ducha swego i nie myśląc wyjątkowo o córce, która zapewne się zamartwiała na śmierć. Chyba nie do końca wierzył w takie uczucia Maisie - ich słodki romans nie zamydlił mu oczu wcale - i dlatego nie czuł się winny, kiedy zbierała go inna kobieta, czyszcząc mu ranę i dając schronienie na tę noc. Żadna przyjacielska przysługa, tylko medyczny obowiązek, którego musiałby dopuścić każdy lekarz, niezależnie od swoich sympatii bądź antypatii. Przecież to samo widział w oczach ginekologa, któremu szeptał do ucha wielkie tajemnice.
Nie przeżywał jednak tej wizyty jak jego córka, która kiepsko ukrywała przerażenie, które opanowało jej ciało tak widowiskowo, że Ginsberg zaczął mimowolnie wyobrażać sobie wielki ginekologiczny fotel i rodzącą w bólach Maisie, która tym sposobem płaci słono za każdy grzech, który przyszło jej popełnić w tym życiu. Od narodzenia do śmierci, wielka pielgrzymka potępionej duszy, która była jeszcze nieświadoma, co tak naprawdę kryje się za hasłem badań prenatalnych, podczas których Gerard dowiadywał się, że ich dziecko jest genetycznym szczęściarzem i że może liczyć na przychylność Losu. Pewnie dlatego tak zakończył się jego niewinny spacer.
Krwią, która już nie spływała z jasnej koszuli mocnym strumieniem, brudząc jego spodnie i wyznaczając krwawy szlak od rzeki, którą chętnie przepłynąłby, byle pokazać, że nie dzieje się nic strasznego. Cóż, był mężczyzną i nie zamierzał rozczulać się nad sobą, docierając przecież do mieszkania o własnych siłach i czując tylko szarpnięcie w miejscu, gdzie goiła się niezasklepiona jaszcze rana.
Mógłby wysmarować ją spirytusem i patrzeć, jak zaognia się i czernieje, ale zamiast tego oddał się tchórzliwie w ręce przyjaciółki i czuł się niemal sobą zdegustowany, kiedy siadał przy stole i odnotowywał fakt, że Maisie musi być wystraszona, skoro mówi do niego w sposób rodzinny, nie miłosny. Właściwie jemu to było wszystko, obie te strefy przenikały się wzajemnie, więc nie skomentował tego wcale, przyciskając sygnet do jej policzka. Poklepał ją jak dobrego pieska (którym przecież była) i pozwolił jej usiąść obok siebie, próbując powstrzymać grymas wściekłości.
Znowu go bolało, więc stawał się nieobliczalnym.
- Nic. Niektórzy ludzie bywają żałośnie staroświeccy i traktują seks jako coś wiążącego - wspomniał przelotnie Ashe, odgarniając włosy z czoła. - Potem zmienisz mi opatrunek. Myślę, że do mojego wesela się zagoi - zadrwił, zdając sobie sprawę, że ślub z Melanie to relikt odpływającej epoki, w której jego córka była tylko zaginioną marionetką, a nie kobietą z krwi i kości, która stała przed nim, przypominając mu, że to ciosy i postrzał były czymś, co się wydawało - rzeczywistość mieszała mu się z mitologią. Jak nigdy dotąd.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Sie 05, 2014 2:56 pm

Wpatrywała się w jasną koszulę poznaczoną krwią jak w jakąś cenną relikwię. To mogła być krew jakiejś ofiary, ale wtedy Gerard nie zachowywałby się w ten sposób i nie poruszałby się tak ostrożnie. Dalej władczo, męsko, ale i tak wyczuwała jakieś wahanie i ostrożność. Może przez aurę, może przez spędzenie prawie całego życia razem - potrafiła postawić się w jego sytuacji i w jego niewidocznym cierpieniu. Rysującym się na jej twarzy. Przeniesienie; Gerard nie krzywił się z bólu: robiła to Maisie, blada jak ściana, z ustami w dziecięcą wręcz podkówkę, jakby miała się zaraz rozpłakać.
Nie pomogło poklepanie po policzku - sygnet błysnął w wschodzącym za ich plecami słońcu, barwiącym szkło i talerze na złoto. Stłumienie niepokoju, rosnącego w brzuchu zaraz obok dziecka, nie udawało się i Maisie raczej osunęła się na krzesło na przeciwko Gerarda, zaciskając histerycznie palce na brzegu stołu.
Dalej jak zahipnotyzowana obserwując zaschniętą krew. Gdzieś resztkami przytomności zastanawiała się, czy lepiej będzie ją sprać czy kupić nową, ale przyziemne rzeczy nagle traciły na znaczeniu wobec perspektywy zranienia Gerarda. Nie mogła sobie wyobrazić kto chciałby zrobić mu krzywdę - oprócz niej samej, rzecz jasna - i kto byłby na tyle głupi, żeby faktycznie to zrobić. Niewiele wiedziała o pracy i pozycji społecznej swojego opiekuna; została odseparowana od Kapitolińskiego świata i mogła być za to tylko wdzięczna. Nienawidziła tego miasta i - w tej jednej sekundzie - także wszystkich ludzi, chodzących po ulicach. Którymś z nich mógł być ten, krzywdzący Gerarda. Na samą myśl jej ciało zalała potworna, gorąca wściekłość; wściekłość i nienawiść, którą czuła tak intensywnie tylko raz w życiu. W chwili, w której to ona wbijała nóż w ciało gwałcącego ją Ginsberga.
To wspomnienie było jak cios w policzek; w jednej chwili opuściła zaciśnięte ręce na podołek i otworzyła jeszcze szerzej oczy. Bolesna sekunda przytomności i świadomości wszystkiego, co działo się w Jedenastce, kończącą się równie nagle. Zamrugała gwałtownie, zastanawiając się skąd ta dzika pewność, że znów narzędziem nieudanej zbrodni było ostrze noża. Nie zamierzała dopytywać; wściekłość zniknęła i pozostał tylko trzepoczący niepokój. Liczyła na jego łagodne słowa, na wytłumaczenie - cokolwiek by znów mogła czuć się bezpieczna, ale zamiast tego obdarzył ją kolejnym policzkiem. I bonusem; niepokój pozostał na swoim miejscu, ale dodatkowo wzdłuż jej żył zaczęła kiełkować dzika, podła zazdrość.
Nowe odczucie; nigdy nie zachowywała się wobec Gerarda zaborczo, doskonale znając jego preferencje i otwartość erotyczną. Te czasy jednak - przynajmniej dla głupiutkiej Maisie - minęły bezpowrotnie. Odkąd znalazła się znów w jego życiu, domu i ramionach żyła w świętym przekonaniu o wyłączności. O jego ustach i dłoniach przeznaczonych tylko dla niej. Oczywiście wiedziała o narzeczonej, ale wydawała się jej równie nierealna co dziecko...jednak istniejące.
Znów pobladła, przenosząc wzrok z zakrwawionej koszuli na jego twarz, przez sekundę obdarzając go spojrzeniem skopanego psa. Pamiętała, że tego nie lubił; zmusiła się więc do drżącego uśmiechu, dławiąc w sobie palące płomienie zazdrości. Może to krew jego kochanki, może też nie jesteś w i ą ż ą c a ,może spędził z nią noc, może jest ważniejsza od ciebie, może zlizujesz z jego palców smak jej ciała, może... Zagryzła wargi prawie do krwi, zaciskając dłonie na swoich nagich kolanach - miała na sobie tylko krótką, beżową sukienkę - jak uczennica przyłapana na złej odpowiedzi.
Albo jej braku; nie ufała swoim ustom, gotowym wypluć z siebie palące pytania. O narzeczoną (to ona...?), o krew; o wszystko, co nie powinno zawracać głowy głupiej suni. Dlatego milczała, tocząc zaciętą walkę z samą sobą, naiwnie przekonana o tym, że nie da się wyczytać z jej twarzy niepokoju i zazdrości.
- To coś poważnego...? - spytała w końcu nieco drżąco, w głowie mając zupełnie inne głoski (nie chcę, żebyś brał ślub; bardzo cię boli?; kto ci to zrobił? bałam się być tutaj sama), wstając z krzesła i chwiejnie podchodząc do blatu, by nalać soku granatowego. Idealny do wystawnego posiłku, parującego powoli z talerza, stojącego przed Gerardem. - Zrobiłam ci śniadanie - dodała ciszej, stawiając przed nim szklankę i znów siadając obok niego, z wzrokiem wlepionym w koszulę.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Sie 05, 2014 3:52 pm

W swoim długim i jakże rozrywkowym (to dobre słowo?) życiu zdarzały mu się podobne wypadki. Nie był nieśmiertelny - nawet nie chciałby być - i nie był również z hartowanego szkła, które sprawiałoby, że stałby się odporny na ciosy obecnych kochanków, którym zdarzało się być zazdrosnym o przeszłość. Doskonale pamiętał, że był czas, kiedy podobne afery rozgrzewały go do nieprzytomności i sprawiały, że szalał po swojemu, szukając zemsty; ale obecnie przestawił się raczej na tryb obojętnego arystokraty (te sygnety i dumne spojrzenie), który dokłada zespół urazów do ryzyka zawodowego.
Nie zamierzał przecież przestać się bawić na całego, nawet jeśli bandaż krępował jego ruchy i mógł zapomnieć o nęcącym go od wizyty od lekarza (który uspokoił przyszłą mamę) seksie, na który wyjątkowo nie miał ochoty. Nie, kiedy każdy gwałtowniejszy ruch kończył się bólem. Miał wrażenie, że fantomowo nadal wyczuwa ostrze w swoim ciele, zupełnie jakby kawałeczki metalu zastygły tam, tworząc coś w rodzaju bursztynu.
Pewnie dlatego nie spoglądał wcale na jedzenie, próbując opamiętać się na tyle, by nie występować przed Maisie jako osoba pokrzywdzona. Nie zamierzał dać się jej zaskoczyć w takiej sytuacji, zawsze starał się okazywać jej swoją siłę i niezależność, a ta obecnie topniała w natychmiastowym tempie, kiedy siedział przy stole i nie szarpał ją za włosy na podłogę, by pokazać jej, że się stęsknił i bardzo ją kocha. Pomijając oczywiście literackie aluzje do noża w swoim ciele i podłużnej blizny, która wykonała własnoręcznie pewnego słonecznego dnia, kiedy odpoczywał po seksie. Dobrze zapamiętał ten chłód stali i przeszywający ból, który pozbawił go tchu na długie sekundy. Był przekonany, że wieczność otwiera przed nim swoje wrota, właśnie tak, jak na tych wszystkich szalonych filmach, gdzie brama skrzypi i słychać wyraźnie przekręcenie klucza w zamku. Przeżycie niemal mistyczne, ukarane surowo i bardzo w jego stylu - nagle nabrał ochoty, by przejechać palcami po jej bliźnie, która odróżniała się od setek innych, tych zdobiących jej ciało od czasu widowiskowych gwałtów. To nie było instynktowne cięcie, przypalenie papierosem czy uderzenie w plecy kablem, a świadomy dotyk czułego kochanka, który uświadamia wybrance, że jest dla niego wszystkim.
Tak też było. Wielu mogło przypinać mu łatkę socjopaty, który spogląda obojętnie na wszystko, co pełza po powierzchni tej ziemi, ale Gerard dobrze zdawał sobie sprawę, że to tylko mrzonki na jawie. Kochał ją, kochał szaleńczo i do utraty tchu (jej), każdą tkankę i każdy mięsień, który był gotów nadwyrężać tak długo, by wreszcie zboczyła z drogi rozpusty i podnoszenia ręki na ojca. To była miłość bezwarunkowa, przy Maisie dopiero to zrozumiał i rozkochał się w tej żądzy bez reszty, nie pozwalając sobie na to, by ktokolwiek (kobieta czy mężczyzna) stałby na ich drodze. Zaborczo, musiała znać ogrom jego uczuć, kiedy był gotów całować jej zbielałe kości, gdyby jej silna wola omsknęła się na tyle, żeby musiał dokonać jej żywota. Darował jej życie wielokrotnie, nie z powodu obowiązku, ale tej niewygasającej namiętności, która nakazywała mu myśleć tylko o niej w sposób może perwersyjny i niedorzecznie krzywdzący, ale z gamą uczuć, o których nikt nie mógł mieć pojęcia.
Dlatego też teraz odwzajemniał jej spojrzenie niedowierzająco, wyczuwając w nim od razu jakąś kobiecą słabość, która pewnie w innym wypadku doprowadziłaby go do niesmaku i próby zdzielenia ją wahadłem od zegara, który wybijał nareszcie ósmą rano. Zamiast tego jednak obecnie rozpiął koszulę, pozbywając się krwawego ceremoniału i czując się swobodnie w bandażach, które zsuwały mu się z umięśnionych ramion.
Poszkodowany ojciec rodziny, próbujący zachować kamienną twarz w nietypowej dla siebie samego sytuacji. Jak śmiała wątpić, że jest najważniejsza, skoro krzywdził ją najmocniej? Podparł się na rękach, obserwując jej drżące ruchy i kiedy przysiadła się z powrotem, zagarnął ją do siebie od tyłu, oddychając ciężko. Żebra jednak były przekleństwem.
- A teraz powiedz mi NORMALNIE, o co ci chodzi, bo inaczej wbiję ci ten sam nóż, który właśnie ze mnie wyjęto - dodał ekstremalnie męskim, zachrypniętym głosem, nadal trzymając ją w swoich objęciach i obserwując szklankę po soku. Już pustą, ciecz płynęła po stole, przywodząc mu na myśl krew, która sączyła się w ekspresowym tempie, uświadamiając mu, że nie będzie żył wiecznie. A może na przekór, będzie, mając dwójkę swoich ukochanych dzieci w jednej osobie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Sie 05, 2014 5:42 pm

Martwiła się o niego bardzo po ludzku a przecież sądziła, że już nie dane jej będzie odczuwanie tak normalnych emocji. Wyciosał ją z najgorszego rodzaju stali, obdzierając ją z dziecięcych zachowań. Już nigdy nie było jej dane tulić się do kogoś, płakać ze szczęścia, opiekować się kimś i przywiązywać do kogoś - zupełna aspołeczność. Przez ostatnie kilkanaście lat towarzyszyły jej jedynie kwiaty, równie milczące, tajemnicze i pozbawione uczuć. Jej korzenie także znajdywały się w jednym i tym samym miejscu i nie chodziło tutaj o zapomniany Dystrykt, rodzeństwo i rodziców. Ziemią Maisie - a więc dlatego tak pachniał - był Gerard i przyroda. Dwa bóstwa, w oczach Mai równie silne, bezwzględne i piękne, darzone przez nią niewyobrażalnym szacunkiem. Buntowała się, oczywiście, że się buntowała. Dźgała nożem, pluła w twarz, wyklinała deszcz zalewający jej ogródek i suszę, niszczącą ukochane kwiaty. Głupie reakcje; wiedziała przecież, że nie miała na nic wpływu. Pogodziła się więc z wszystkimi karami z niebios, znajdując w końcu ukojenie tam, gdzie kiedyś płynęła krew, sperma i łzy. Śliczny, nostalgiczny obrazek, pokazujący, jak bardzo się zmieniła. Gerard był jej całym światem w każdym tego słowa znaczeniu; kimś niezłomnym, kto jednak krwawił tak jak zwykły człowiek. Wtedy mocno nią to wstrząsnęło i dało ekstatyczną nadzieję, teraz jednak po prostu przeraziło. Śmiertelność nie wchodziła w grę; razem podnieśli zbyt wysoką stawkę a Maisie była przekonana, że rytualne samospalenie nie byłoby kwestią zmuszenia a jej świadomym wyborem.
Ciemne myśli ciągle buzowały w jej głowie, rysując przerażające obrazki, ale przecież strach przed śmiercią pachniał nowością - kiedyś błagała o nią każdego poranka - i nie mógł na długo zająć miejsca w jej wyobraźni. Pozostał więc tylko niepokój, zmieszany z zazdrością i nie była w stanie już ich rozdzielić. Paliły ją równym ogniem, tak, że prawie nie zauważyła nagłego roznegliżowania Gerarda. Prawie; kiedy przystanęła, nalewając sok, dokładnie przyjrzała się jego nagim plecom, ramieniu i opatrunkom, przeciekającym powoli krwią. Pomyślała o nożu jeszcze zanim złapał ją mocno i przyciągnął do siebie tak, że prawie poślizgnęła się bosymi stopami na zimnych kafelkach.
Śniadaniowe czułości; jego ramiona objęły ściśle jej brzuch i nawet przez cienki materiał sukienki czuła na biodrze jego oddech, kiedy stała tak wyprostowana i bezwolna, wpatrując się w kolejny zmarnowany posiłek - na sekundę poczuła skurcz głodu w brzuchu, typowy dla okresu Jedenastki - i słysząc jego groźbę. Wiedziała, że mówi prawdę, milczała jednak przez dłuższą chwilę, po czym odwróciła się do niego przodem i od razu uklęknęła na podłodze tuż między jego udami, ciągle mając wokół siebie jego ręce, tym razem leżące na jej ramionach.
Lubiła być niżej; znała swoje miejsce (na podłodze?) i swoje możliwości, dlatego niemal zawstydzona przyłożyła policzek do boku jego zakrwawionych spodni dresowych, jakby chowając twarz przed jego spojrzeniem. Jednocześnie prawie po omacku przesunęła dłonią po jego nagim torsie i boku, upewniając się, że wszystko będzie dobrze. Wolała słyszeć to z jego ust (i z ust lekarza, przepisującego jej dziwne tabletki), ale teraz tą mantrą zagłuszała wszystkie ogniste podszepty. Sama.
- Bałam się o ciebie. To na pewno nic takiego? - spytała cicho, dalej nie patrząc mu w oczy. - I nie lubię, kiedy zostawiasz mnie tutaj samą i...nie chcę, żebyś się z nią żenił - dodała już prawie niedosłyszalnym szeptem, prawie odruchowo spinając ramiona, świadoma tego, że zaczyna czegoś żądać a to kończyło się zazwyczaj tragicznie. Chciała być z nim szczera,ale ryzykowała naprawdę wiele, dlatego kuliła się na kolanach, na zimnej podłodze, opierając twarz o jego udo. Walcząc z własnymi odruchami i kobiecą, zaborczą słabością.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Sie 05, 2014 7:09 pm

Wprawdzie nie przyzwyczaił ją do tego, że krzywi się z bólu - naprawdę rzadko narzekał, nawet gdy Jedenastka stała się piekłem na ziemi - i słabnie z braku krwi (tego jej oszczędził), ale podejrzewał racjonalnie, że Maisie okaże się na tyle silna, by nie przeżywać jego trzech ran. Być może ją przeceniał, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że podczas tego nieszczęsnego orzeźwienia nożem dostrzegł triumf w jej oczach. Nie był więc głupcem, który stara się zapomnieć o dawnych urazach i żyć długo i szczęśliwie z porwaną księżniczką. Mieszały się im baśnie, mitologie, mógł powracać wspomnieniami do chwil, kiedy siadała mu na kolanach i objaśniał jej świat na nowo - wydanie poprawione drugie, w którym ich relacja była czymś akceptowalnym i społecznie nienagannym. Był zwykle zaintrygowany tym, czy wówczas nadal czułby do niej to samo - te krwiożercze nitki, które splatały ich ciała, zmysły i spojrzenia gdziekolwiek się znajdowali (tak, nawet gdy odeszła, odczuwał ją całą sobą, zupełnie jakby złączyło ich pradawne zaklęcie) - i czy równie niedorzecznie potoczyłaby się ich historia.
To był wyjątek. Zwykle Gerard nie skupiał się na hipotetycznych scenariuszach, nie brnął przecież w jakieś osnute czułymi wyznaniami i subtelnymi gestami uczucie, wręcz przeciwnie: każdą emocją, którą przyszło skierować mu do Maisie, odczuwał ostro i zdecydowanie, mógłby bez problemu wyznaczyć kontury tej relacji, począwszy od palącej go w gardle nienawiści (odeszła od niego, pogwałciła święte prawa) po obojętność (niech poradzi sobie bez niego) po nieskończoną miłość (zabiłby każdego, kto ośmieliłby się ją tknąć, bo należała tylko do niego i dotyk obcego był jak bluźnierstwo). Nie walczył też z uporządkowaniem ich, przepływały wobec niego i dlatego był taki zaangażowany w ten związek - każdy inny znudziłby mu się i przejadł, a ten wydawał się niewyczerpaną studnią rozkołysanych nerwów, które wędrowały po jego poranionych plecach również teraz, kiedy płacił za jej bliskość ostrym bólem żeber.
Ale dalej ją miał przy sobie, niebezpieczny i groźny, jeśli spróbowałaby mu się wyrwać i uciec, nawet jeśli trzymał ją słabiej niż zazwyczaj, czując uporczywy ból głowy. Nasilił się, kiedy go opuściła. Spojrzał na nią dziko i zamiast jednak szarpnąć ją z powrotem do siebie, przykuł ją do podłogi, czując przyjemny dreszcz podniecenia, który likwidował nieokreślone uczucie zimna i duszności. Jednocześnie, najwyraźniej nawet z oddychaniem będzie mieć problemy.
- Byłem w szpitalu - zapewnił ją, słysząc jej głos, ale skupiając się raczej na jej policzku, który właśnie ocierał się o nogawkę jego spodni. Wolałby to doznanie niż patrzenie słodko w jego oczy i wyznawanie uczuć. Mógłby na palcach jednej ręki policzyć momenty, w których dał się ponieść nieuzasadnionej czułości (tej charakterystycznej dla niego) i wyznał jej, że jest ważna. Od pewnego czasu uważał te słowo za przekleństwo, które zawsze zwiastowało śmierć za jego przyczyną, więc nie nadużywał go, próbując zdać sobie sprawę z tego, co właśnie się stało.
Być może to przez utratę krwi i ogólną niedyspozycję, ale wydawało mu się, że Maisie czegoś od niego żąda. Zagryzł apetyczne usta do krwi, obserwując strużkę tej cieszy, która nikła w jego brodzie i podniósł jej podbródek do góry, uderzając ją z impetem w twarz. Za karę, nie mógł pozwolić sobie na tak jawne nieposłuszeństwo, nawet jeśli po chwili łapał ją za łokcie, przyciągając do siebie i całując w opuchnięte (już?) usta, które zdawały się wykrzykiwać mu w twarz bluźnierstwa.
Była zazdrosna, odnotował to i mile to połechtało jego rozbujane do granic możliwości samcze ego, które kazało mu zachować się wobec niej nieco brutalnie i przyciskać do swoich obolałych żeber, które po ludzku piekły go niesamowicie.
- Zerwę zaręczyny - dwa słowa, które podkreślił roztarciem jej skóry na policzku. Sygnety rodowe, własność Maisie i małego dziecka, które właśnie zawłaszczał dla siebie razem z matką, trzymaną w stalowym uścisku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   

Powrót do góry Go down
 

Gerard i Maisie Ginsberg

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 9Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

 Similar topics

-
» Maisie Ginsberg
» Elsa Dimgast

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje-