IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Gerard i Maisie Ginsberg - Page 2

 

 Gerard i Maisie Ginsberg

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next
AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Gerard i Maisie Ginsberg   Pon Mar 17, 2014 1:10 pm

First topic message reminder :

salon:

kuchnia:

sypialnia:

łazienka:

oranżeria dla Maisie:

pokój Maisie:

biblioteka:


RESZTA W BUDOWIE.


Ostatnio zmieniony przez Gerard Ginsberg dnia Sob Maj 10, 2014 11:46 am, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Kwi 25, 2014 2:07 pm

Maisie nigdy nie przywiązywała wagi do czasu. Jego upływu, odmierzonej zmiany i złośliwych psikusów, rysujących na twarzy zmarszczki: od dziecka żyła poza zasięgiem wszelkich kalendarzy i zegarów, bez czerwonej daty wiszącej nad głową. Całkowita wolność od terminu i narzuconego harmonogramu, przybliżającego się z cichym lecz nieustannym cykaniem wielkich wskazówek. Oszczędzono jej chociaż tego bólu przemijania, wrzucając w realia rządzące się raczej prawami natury a nie Snowa.
W Jedenastce cykle życia wyznaczały tylko pory roku i zachody słońca. Nawet Dożynki wpisywały się w ten zamknięty krąg dość ściśle, nie łamiąc naturalnych zasad. Wszystko miało swój początek i koniec jednocześnie daleko za horyzontem i zupełnie blisko, w ciemniejącym niebie nad bezkresnymi polami pszenicy, wyglądającymi jak złote dywany. Czasem poplamione czerwienią - maków, przecież nie krwią osób, które umierały z wycieńczenia gdzieś pomiędzy maszynami rolniczymi i strażnikami. To też były kaprysy przyrody, odsyłającej najsłabszych gdzieś do lepszej rzeczywistości, w którą Maisie święcie wierzyła. Jako jedna z niewielu - świadomość istnienia czegoś poza tym rzeczywistym wyniosła z nowego domu, z książek, które Gerard nauczył ją czytać. Większość ludzi traktowała to jako zamierzchłe bajki, nieprzydatny relikt przeszłości. Faktycznie, skromną biblioteczką nie można było się najeść ani obronić przed niesprawiedliwymi sądami, ale Mai szanowała zniszczone woluminy bardziej niż nowe ubrania. Pozwalały jej zignorować czas jeszcze bardziej - czytanie zabierało ją w zupełnie inny świat, odgradzając nie tylko od pracy ale i od złych humorów ojca. Rozkoszne chwile, które teraz powracały ze zdwojoną siłą, wywracając zegar i kalendarz do góry nogami.
Miała wrażenie, że jej życie zapętliło się zupełnie i że ciągle wchodzi do tej samej rzeki, krztusząc się tą samą porcją wody. Znów miała nowy dom, znów miała ojca, znów wszystko wydawało się być perfekcyjne i znów została odepchnięta przez własnego opiekuna. Ktoś postronny mógłby nie zauważyć zmiany - obydwoje byli raczej milczący - ale Maisie doskonale wyczuwała zmianę temperatury i stopnia dystansu, odsuwającego ją jak najdalej. I dosłownie i w przenośni, chociaż przecież nie powinna narzekać: Gerard łaskawie dał jej nowe życie, otworzył na oścież drzwi mieszkania i wręcz wypchnął w betonowy świat Kapitolu, jakby licząc na to, że zniknie po kilku godzinach i już nigdy jej nie zobaczy.
Szczerze: sama tak myślała, kiedy pierwszy raz opuszczała mieszkanie sama i to nie uciekając jakimiś podejrzanymi korytarzami ale wychodząc w pełni chwały, słysząc trzask drzwi za swoimi plecami. Powinna umierać ze szczęścia, ale przez kilka długich sekund była po prostu przerażona, jakby Ger wypchnął ją z bezpiecznego gniazda na brutalny, niechętny świat tylko po to, żeby obserwować jej cierpienia. Znośne, oprócz normalnego przerażenia klaustrofobicznym Kapitolem i nowymi obowiązkami Maisie czuła, że odżywa. Niezwykle powoli, ale jednak zauważalnie. Przestała już podpierać drzwi sypialni krzesłem i wyszukiwać słabszych punktów systemu zabezpieczającego apartament, odsunęła od siebie myśli o ucieczce. Wsiąknęła w nową rzeczywistość biernie i wręcz natychmiastowo: połamany kręgosłup moralny uczynił z niej mistrzynię elastyczności. Masochistycznej, samobójczej; uwiązywała się sama na krótkiej smyczy, wracając z pracy do mieszkania, dbając o kwiaty i nie planując ucieczki. Prawie wcale; pierwsze dni po pracy spędzała na Ziemiach Niczyich, odszukując dawny plecak i zostawiając w kilku miejscach porcje żywności. Nawyk albo przebłysk dawnej Maisie, obiecującej sobie, że przy następnym spotkaniu poderżnie ojcu gardło.
Czcze marzenia (wyobrażenia?), znikające przy zderzeniu z rzeczywistością i bliskością Gerarda. Najwspanialszego ojca, dającego jej pracę, dach nad głową i szansę na wyprostowanie swojego życia. Odkąd pojawiła się w jego mieszkaniu nie popełnił najmniejszego błędu, dystansując się coraz bardziej i wpędzając przybraną córkę w chaotyczny korkociąg myśli. O tym, że nie tylko ona zacznie nowe życie ale i on też, że będzie miał żonę, że niedługo wyrzuci jej kwiaty do kosza i przekaże klucze do własnego domu. Maisie jednocześnie pragnęła tego najbardziej na świecie i przerażała ją wizja samodzielności, odsunięcia od kogoś, kto był przez ponad połowę jej życia najważniejszy i jedyny. Nie potrafiła się z tym pogodzić i szarpała się wewnętrznie coraz bardziej, wpędzając się w nerwową karuzelę. Im więcej wolności dostawała, im bardziej powinna być (teoretycznie) szczęśliwa, tym mocniej wracała myślami do Gerarda. Właściwie nie tylko myślami, znów czuła się jak dziesięcioletnia dziewczynka, próbująca zwrócić na siebie uwagę. Teraz była jednak szesnaście lat starsza, dojrzalsza, obdarzona nie tylko uwagą ale i bliznami, hamującymi na szczęście ekstremalne zachowania.
Przykrywała je więc łagodniejszą formą, tak jak teraz, wchodząc do sypialni przez otwarte drzwi bez pukania (kiedyś złamałby jej rękę za taką bezczelność) i przystając w progu, łapiąc jego spojrzenie w stojącym lustrze. - Wychodzisz? Przygotowałam dla ciebie kolację - powiedziała łagodnie, nie zmniejszając odległości nawet o milimetr i nie zastanawiając się nad tym, czy nie brzmi jak pretensjonalna żona. Albo córka, już nie rzucająca się na jedzenie jak wygłodzona wariatka. Dużo się zmieniło, szkoda, że to idiotyczne napięcie i patologiczne przywiązanie tylko się utrwaliło, całkowicie niszcząc jej psychikę.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Kwi 25, 2014 2:39 pm

Zawsze myślał, że po czterdziestce wpadnie w histeryczny ciąg i będzie próbował wszelkimi możliwymi sposobami zatrzymać wskazówki zegara, które odmierzały czas już nie w minutach i godzinach, a dniach. Pędziły one jak szalone, nie pozostawiając cienia złudzeń, że być może Goethe miał rację i wystarczy tylko podpisany własną krwią cyrograf, by zatrzymać upływ czasu. Ten wydawał się jedynym bogiem, ocalonym w Kapitolu (byli i tacy, którzy z nim walczyli) ; bogiem, którego nie można było zniszczyć za pomocą nowoczesnych technologii, panem wszelkiego stworzenia, pozwalającym mu na wzięcie przysłowiowego drugiego oddechu przed jesienią życia, która nadciągała milowymi krokami. To było coś w rodzaju babiego lata - ostatnie muśnięcie promieni słońca przed zapadnięciem w marazm. Może dlatego nie wpadał w niepotrzebną histerię i przerażenie, czując podskórnie, że właśnie przed nim otwierają się wrota, które do tej pory były odgrodzone wysokim murem.
Doświadczenie, mądrość, a nade wszystko cierpliwość - te przymioty stały się dominującą sferą jego nowego życia i nic dziwnego, że Maisie czuła się zagubiona wśród zmian, których nie doświadczyła nigdy wcześniej. Była jeszcze za młoda, zbyt piękna (obiektywnie za chuda) i zbyt skora do zachłyśnięcia się stolicą, by dostrzec, że jej ojciec wcale nie przeszedł zaskakującej metamorfozy charakteru i nie zamienił się w kogoś cichego i pokornego serca, wręcz przeciwnie to o nim pisano jak o bestii, która nęka uciśniony lud. Nie bez powodu, tam gdzie jego chora żądza (bo cóż innego?) przegrywała z cierpliwością (będzie ją miał prędzej czy później), mógł rzeczywiście uchodzić za dobrego i troskliwego ojca, ale nadrabiał to w dwójnasób, odwiedzając za często Kwartał i zastanawiając się, czy ludność tam jest naprawdę tak głupia czy może udaje, planując kolejną rebelię. Te zdawały się być chlebem powszechnym Panem (co za ironia losu!) i skutecznie uczyła Ginsberga o tym, że na wszystko przychodzi swoja pora.
Mógłby czerpać inspiracje z natury, która właśnie budziła się do życia, obdarzając ich słońcem, która dzisiejszego dnia zachodziło wyjątkowo długo (czyżby nie mógł się doczekać?) i jakoś krwisto; ale unikał oranżerii od dłuższego czasu, tłumacząc się tym, że Mai potrzebuje spokoju i równowagi psychicznej.
Ralph kiedyś tłumaczył mu zależności psychiki ludzkiej i możliwości manipulacji, Gabriel pogłębił tę wiedzę, więc Gerard był skrajnie ostrożny w swoim postępowaniu, przypominając raczej rodzica, który wzrokiem obserwuje dziecko i nie przestrzega go przed uderzeniem w kant - przetrwają najmądrzejsi - ale jej w stanie ukręcić szyjkę każdemu napastnikowi, który pojawia się na jego podwórku.
Tak też ją traktował - zadbał o każdy szczegół jej pracy i wędrówki do niej, pozbawiając jej możliwości ucieczki - i dał jej złudne poczucie wolności, podczas gdy nadal pociągał za sznurki. Kajdany nie zostały zerwane, smycz napinała się jak szalona i był z niej autentycznie dumny, kiedy sama szukała kontaktu, próbując znowu nawiązać między nimi relację.
Genetycznie sprzeczną, mógł tylko uśmiechać się wyrozumiale i próbować nie zauważać jej wahań nastroju, który wręczyła mu jak na dłoni razem z pysznymi obiadami (opanowała obsługę kuchenki) i słowami. Zdawkowymi, uczył ją wytrwale milczenia w każdej sytuacji, powinna wiedzieć, że znosił tylko wrzaski w sypialni i pobożne życzenia o więcej, tatusiu; cała reszta wydawała mu się niepotrzebnym marnowaniem strun głosowych. Pewnie dlatego zmarszczył brwi, słysząc jej zdecydowany głos.
Nie powinna wpadać bez zapowiedzi. Jeśli już, powinna okazać mu więcej szacunku i uklęknąć, ale to pozostawiał tylko dla siebie, odwracając się do niej przodem i obserwując ją z góry na dół. Ciekawe, czy nadal nie nosiła bielizny od niego? Chętnie sprawdziłby to własnoręcznie, ale byłoby to już przekraczanie granic, które sam sobie wyznaczył.
To nie był jakiś plan doskonały, ot, stara mądrość ludowa- im bardziej był dla niej oschły, tym częściej próbowała zwrócić na siebie uwagę - która sprawdzała się doskonale i której efekty już były widoczne. Niewystarczające, Ginsberg nie cenił półśrodków, więc nadal pozostawał cudownie obojętny, słuchając jej słów bez zainteresowania. Faktycznie, czekał aż pewnego dnia ucieknie, zapominając o pobycie w więzieniu i będzie mógł wtedy bez cienia skrupułów robić jej nowe blizny z uśmiechem na twarzy.
Jak na razie, pozostawał cierpliwy, miał wrażenie, że gdyby była bardziej pojętna, to odgadłaby jego grę, ale czasami podejrzewał z przerażeniem, że pod względem inteligencji wdała się w matkę i powielała jej schematy idealnie, wcielając się w żonę idealna, która strofuje męża. Rozbierającego ją wzrokiem tak zachłannie, że całe oświetlenie Panem mogłoby paść.
Na całe szczęście, nie bywał aż tak żałośnie nieskuteczny. Wrócił do szafy, przebierając w idealnie poskładanych koszulach (poza seksem bywał okrutnym pedantem) i próbując dopasować krawat.
- Mam wywiad. Zjesz sama - odrzekł po dłuższej chwili, milczenie było dominantą w ich relacjach, ale to było przesycone duszną atmosferą. To może wpływ zabójczej pogody, a może jego kosmatych myśli, które mimowolnie wdzierały się do jej umysłu jakby poza dobranym DNA opanowali jeszcze zdolność telepatii.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Kwi 25, 2014 3:31 pm

Polityka zawsze była poza zasięgiem zainteresowań Maisie. Nie rozumiała idei Igrzysk, prezydent Panem kojarzył się jej z poczciwym staruszkiem i chętnie kolorowała jego siwą brodę swoimi kredkami (ach, te czasy propagandowych ulotek, zrzucanych na pola). Nie zmieniło się to po pierwszej wizycie w Kapitolu i bezpośrednim kontakcie z jego mieszkańcami; dalej sprawy wyższej wagi państwowej wydawały się jej nudne i odległe a powiązania z jej rzeczywistością mało wyraźne. Wolała żyć w małym świecie bez czasu, pracując solidnie i okazując posłuszeństwo. Idealna obywatelka i idealna córka, nie sprawiająca żadnych kłopotów i unikająca jakichkolwiek nieostrożnych dysput o sprawiedliwości. Wyobraźnią sięgała daleko, ale horyzonty poszerzała tylko książkowo, twardo stąpając po najbliższej ziemi. Liczył się dla niej ojciec, brat, zagubiona rodzina, ogródek, dom, pies i wszystko to, czego kiedykolwiek doświadczyła na własnej skórze. Cała reszta z wyraźnym widmem ciemiężyciela na plecach nie spędzała jej snu z powiek. Donosy o buncie przyjmowała wzruszeniem ramion (miała większe problemy, niszczące jej ciało i psychikę) i dopiero kiedy Gerard zaciągnął ją do legendarnego Trzynastego Dystryktu musiała wykazać się umiejętnościami socjologiczno-politologicznymi. Została do tego zmuszona, nikt nie pytał jej o zdanie (zdążyła się do tego przyzwyczaić) i wepchnięto ją w trybiki rebelianckiej maszyny, dla której miała oddychać, pracować i żyć. To samo, co nakazał jej inny reżim w rolniczej Jedenastce, ale dla Maisie były to zupełnie inne realia. Zamiast ciepłego wiatru gryzące powietrze z wentylatorów, zamiast kolorowego nieba niskie sufity, zamiast pracy w polu męczące składanie broni i - w końcu - zamiast samotności tłum ludzi, spiętrzonych na niewielkiej podziemnej powierzchni. Nie znalazła w sobie wystarczająco wiele odwagi po latach znęcania się, gwałtów i brutalności; zmiana warunków życiowych była chyba czarą goryczy, którą musiała przelać razem z krwią pięciorga niewinnych osób. Nie śnili się jej po oczach, byli tylko stopniem do celu. Zaprzepaszczonego, nie odnalazła przecież prawdziwej rodziny i została na nowo spętana i wepchnięta w poprzednią rzeczywistość.
Na którą reagowała - tak jak zawsze - posłusznie, bez buntu, nie wnikając za bardzo w obecną pozycję ojca. Nie sięgała wzrokiem wyżej niż powinna, dobrze jej było w zamkniętym świecie z miejscem tylko dla niej i dla niego. Przywykła do takiego ograniczenia, przy innych ludziach zachowywała się niedorzecznie i dziko, co nie pomagało w pracy.
Ale przecież nie powinna się skarżyć, Gerard otworzył jej drzwi do lepszej przyszłości i teraz wszystko zależało od niej a zamiast uciec jak najdalej (tyle razy to planowała), ciągle chwiała się w progu, próbując zwyciężyć własne słabości. Fizyczne, wygłodniałe, zaszczepione jej niezwykle mocno, tak, że przezwyciężały podstawowe ludzkie odruchy. Obrony, ucieczki od bólu i kogoś, kto krzywdzi: wszystko to Gerard zepchnął na dalszy plan, zostawiając ją w chaosie. I w nowym świecie; nic dziwnego, że łaknęła jego towarzystwa i wsparcia wręcz masochistycznie, przyglądając się teraz jego umięśnionym, nagim plecom. Do których chciałaby się przytulić, platonicznie, na sekundę i... aż wykręciła sobie palce z obrzydzenia i pragnienia jednocześnie, robiąc jeden krok do przodu, na miękki dywan.
- Wywiad? Nie wiedziałam, że jesteś gwiazdą - spytała nieco powątpiewająco, czując się przy nim zupełnie swobodnie. Dalej była związana, ale tylko wspomnieniami; kiedyś za podobny ton dostałaby w twarz a teraz stała przed nim wyprostowana, patrząc mu prosto w oczy - nie kuliła się już jak krzywdzone dziecko. Nawet jeśli chciała zarzucić go naiwnymi pytaniami o to, co robi i jak żyje w tym przerażającym mieście. Potrafiła jednak ugryźć się w język. Przynajmniej odrobinę. - Gdzie będę mogła go przeczytać? Na pewno będzie wyczerpujący - dodała, siląc się na powagę i nieakcentowanie jego małomówności, po czym powoli ruszyła w stronę szafy, czując swoje szybko bijące serce. Wiedziała, że przekracza wiele granic, że jest o krok popadnięcia w chorobę psychiczną, ale nie cofała się wcale, kiedy wybierała jedną z koszul. Perfekcyjnie wyprasowaną, ułożoną tak, by nikt nie mógł zorientować się, że wykradła ją przed tygodniem i zwróciła dopiero wczoraj. Starała się wyczyścić umysł z wspomnień i obrzydzenia do samej siebie, co wychodziło jej całkiem nieźle - nie spuściła wzroku, podając mu ją razem z krawatem. - Powinno pasować - zaproponowała usłużnie, chociaż i tak czuła się jak w czasie skoku na bungee. Bez liny; przez jego obojętność przesuwała dawne granice do niemożliwości i każdy swobodniejszy gest przy tym nowym, zdystansowanym ojcu dostarczał jej miliona wrażeń. Ambiwalentnych, z jednej strony mogła umierać ze szczęścia, że w końcu wkroczyli na poziom relacji zdrowej, z drugiej jednak skręcała się z bólu i pragnienia.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Kwi 25, 2014 4:11 pm

Gdyby był głupcem, to pewnie nauczyłby ją znacznie więcej o polityce. Kto jak kto, ale były profesor antropologii, który nie wykładał z czystego kaprysu (bał się, że wymorduje grono studentów po pierwszym egzaminie?), znał się na zachowaniach ludzkich i ich pędzie ku zdobywaniu władzy. Nie liczyły się umiejętności, w ostatecznym rachunku na kartach historii pozostawały te jednostki, które potrafiły zasłynąć okrucieństwem. Nie zawsze sprawiedliwym, ale przecież to nie on odpowiadał za to państwo - był tylko rozbieganą marionetką, która wprawdzie wypełniała ślepo rozkazy swojej wielkodusznej władczyni, ale czasami wymykała się spod rąk, próbując uchronić się przed zbytnim konformizmem. Przynajmniej tak sobie tłumaczył to pięknie, organizując po raz kolejny swoją przyszłość w Kapitolu i okraszając ją jasnymi wydarzeniami jak ślub z Melanie... i dziecko, które miałoby {i]jego[/i] geny. Cel pozostawał dość jasny, więc nie zamierzał skupiać się na przeszłości, która już raz ich podzieliła na dobre. Zamiast wybaczyć Córce Marnotrawnej i przygarnąć ją do swoich opiekuńczych ramion - a potem wykręcić jej ręce do tyłu, żeby opierała się przed wbiciem w nią bardziej - on
traktował ją jak brudne powietrze, ot, mgła, która od czasów Rebelii spowijała Panem za często. Przesądni byli przekonani, że to zapowiedź okrutnych zmian, sam Ginsberg uznawał to zjawisko pogodowe za symbol nadchodzącego szczęścia na nowej, małżeńskiej drodze życia, która rozpościerała się mu przed oczami. Pewnie dlatego traktował ją tak idealnie chłodno, nie mogąc zaprzepaścić tego, co śniło mu się po nocach jeszcze w Jedenastce, kiedy Maisie kuliła się i uciekała przed jego dotykiem. Cudowne czasy, do dziś pamiętał smak krwisto czerwonego wina, które zawładnęło jego zmysłami na równi z obrazem jej, złączonej w akcie seksualnym z własnym bratem. Przyszywanym, aż takim potworem nie bywał, żeby nakazać jej uprawiać seks z członkiem swojej prawdziwej rodziny. Miał zasady, jedną z nich była samodzielność i niezależność - nie lubił zbędnych plagiatów, więc bezczeszczeniem świętości i skalaniem ofiary na ołtarzu rodziny Marqueza zajmował się sam, wzbogacając ją o nowy odcień nienawiści.
Który mogła dostrzec w jego oczach - zwykle był przy niej rozstrojony, miał wrażenie, że jako jedyna potrafi wzbudzić w nim najbardziej skrajne emocje i zwykle skutkowało to seksem - który był przecież formą najdoskonalszej miłości - i rytmicznymi uderzeniami - które oznaczały przemoc. Być może, uwielbiał mieć nad nią kontrolę i teraz czuł się zagubiony, wykopując ją z gniazda jak niesfornego ptaszka, ale nie zamierzał zwracać uwagi na kroki, którymi zbliżała się do źródła.
Mało romantyczne, stał odwrócony plecami, w pozycji broniącego się, nieatakującego. Mogła spróbować wbić mu nóż w kręgosłup, pewnie unieruchomiłby ją w mig, ale zamiast tego usłyszał jej kpinę, którą nie postanowił skomentować. Była przerażonym zwierzątkiem, który miota się bez opieki pana. Powinna przewidzieć, że niedługo ta opieka osiągnie poziom czystej patologii, kiedy będzie błagał go o dojście po kilku godzinach seksu.
Uśmiechnął się, kontakt wzrokowy został nawiązany i nie musiał szukać jej wzroku w półobrocie.
- Redaktor naczelny Capitol's Voice ma do mnie kilka pytań - odpowiedział sucho, nie mogąc pozwolić sobie na żadne wzruszenie ramionami, kiedy rzecz dotyczyła Charlesa, o którym już nie myślał. Ginsberg rzadko rozpamiętywał, jeśli już to po to, by pamiętać i kiedyś to wykorzystać; w innym wypadku pozostawało czyste działanie.
Nie skupił się na reszcie jej pytań, zresztą na nie odpowiedział, uprzedzając jej kroki z łatwością. Tak, wiedział, że zacznie wybierać mu koszulę i na minutę przytrzymał jej dłoń, oglądając bardzo dokładnie materiał, który wybrała. Dobrej jakości, powinna wiedzieć, że odznacza się klasą, której nie doświadczy, będąc przez nią braną na chwilę przed tym wywiadem.
Chyba jego cierpliwość po raz pierwszy od czasów Jedenastki została wystawiona na ciężką próbę i zakładając koszulę na nagie, wilgotne ciało czuł, że to działanie zbędne - zaraz i tak będzie mu zrywać - i nie jednorazowe - ktoś już na sobie ją miał, czuł jej perfumy bardzo wyraźnie, w końcu używała jego ulubionych. Mógłby zapytać, co będzie robić, ale każdy pytajnik świadczyłby o zainteresowaniu jej osobą, które było znikome; pewnie dlatego nie oderwał od niego wzroku, bawiąc się prowokująco guzikami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Kwi 25, 2014 9:40 pm

Miotała się w pytaniach i odpowiedziach a zarazem nigdy wcześniej nie była tak spokojna i pewna, że wszystko się ułoży. Gerard na złotym talerzu podał jej rozwiązania wszystkich problemów, serwując mimochodem, jako przystawkę, szansę na prawdziwą wolność. Mogła z tego skorzystać od razu, mogła zniknąć już pierwszego dnia pracy, uciekając jak najdalej, ale...nawet nie przeszło jej to przez myśl. Może naiwnie sądziła, że ta propozycja będzie wiecznie aktualna, że nawet za tydzień czy też miesiąc drzwi pozostaną otwarte a ona nabierze odwagi. Zbędnej; ucieczka od kata i planowanie jego zabójstwa we śnie pasowało do wcześniejszych, zapomnianych czasów. Teraz Gerard w pełni zasługiwał na miano opiekuna idealnego. W przypływie dziwnie niedorzecznego wzruszenia widziała w nim niemalże herosa, który podniósł się z popiołów Trzynastki i ciężko pracował, by zagwarantować adoptowanej córce dobre życie. Na szczęście ten umysłowy patos szybko znikał; Maisie nie była skończoną idiotką (ojciec nienawidził takich osób), doskonale wyczuwała, że tatuś odnalazł się w brutalnej rzeczywistości doskonale i że jest szczęśliwy. W pełni, nawet jeśli odtrąca ją i ignoruje, w niczym nie przypominając samego siebie sprzed lat - albo miesiąca, kiedy witał ją pocałunkiem i uderzeniem pręta. Siniaki zniknęły, obrzydliwy smak jego ust - za dużo skojarzeń z przeszłością - zmył się zupełnie i mogła patrzeć na niego teraz ze zdrowej perspektywy. Dorosłej, pewnej siebie kobiety, pracującej na własny sukces i...chyba za dużo naczytała się propagandowych gazetek, skoro takie głupie określenia wpadały do jej głowy.
I tak skołowanej, za dużo się zmieniło, za dużo działo się wokół niej, żeby mogła naprawdę odetchnąć z ulgą i racjonalnie przygotować kolejne kroki. Wolała swoją wrodzoną bierność, gwarantującą jej zawsze bezpieczeństwo. Od nieznanego zła; to bliskie już oswoiła, opuszczając je w momencie największej słabości. I siły; dawne czasy, które pamiętała dokładnie. Też prasowała jego koszule w mikroskopijnym pokoju gdzieś pod ziemią, ale zazwyczaj kończyło się to zupełnie inaczej.
Nie mogła teraz o tym myśleć, zacisnęła więc usta, kiedy dotknął jej dłoni swoją dużą, ciepłą, wilgotną od wody. Kiedyś wariowała na punkcie jego rąk, mogła klękać do okazywania szacunku ojcu, ale teraz ledwie powstrzymała mdłości. I chęć wbicia paznokci w jego przedramię; dosłownie cała była przeciwieństwami i dziwne, że jeszcze stała pewnie na nogach a nie trzęsła się jak w gorączce z nadmiaru bodźców, wspomnień i wszystkich psychicznych śmieci, zalewających ją w każdej sekundzie.
Może powinna się odsunąć, ale dalej stała przy dużej szafie, wpatrując się w jego odsłoniętą szyję i wyobrażając ją sobie przeciętą kuchennym tasakiem, którym przed chwilą posługiwała się w kuchni. Nic prostszego, ufał jej na tyle, że odsłaniał się zupełnie i wystarczyłaby chwila. Chwila, w której odcięłaby się od najbardziej toksycznej osoby w jej życiu, ale jednocześnie odcięłaby też siebie. Transakcja wiązana przy pracy na wysokościach, mogła poświęcić tylko ich razem, nie istniało jednostkowe wyjście. Kiwnęła tylko powoli głową na jego cichą odpowiedź, po czym - niewiele myśląc - zaczęła zapinać mu koszulę, skupiając się tylko na tej cnotliwej robótce ręcznej. Szybkiej i sprawnej, dłonie przestały być zdrętwiałe od zimna i niewygody, palce miała zwinne i właściwie mogłaby się odwrócić i zniknąć za drzwiami, ale zamiast tego sięgnęła po wybrany krawat i zarzuciła go Gerardowi na szyję, wiążąc go bardzo powoli. Prawie drżącymi dłońmi - z chęci zaciśnięcia materiału mocniej, z całej siły; obserwowania jak ojciec się dusi, jak sinieje, jak na jego skórze pojawiają się wybroczyny, jak szarpie go na ziemię i...przesunęła wzrokiem na jego twarz, pewna, że przez sekundę mógł odczytać wszystko. Jak zawsze, miała wrażenie, że są połączeni (nie wiedziała, jak bardzo) i czasami się tego bała tak bardzo, jak siebie samej. Jednak zdyscyplinowanej, wygładziła krawat i odsunęła się od jego ciała, czując, że serce wyrywa się jej z piersi.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Kwi 26, 2014 12:01 pm

Jego postępowanie nigdy wcześniej nie było tak niedorzeczne, więc Maisie miała pełne prawo, by czuć się zagubioną wśród tej lawy ojcowskiej czułości, która dotychczas przypominała raczej twarde wychowanie. Żołnierskie, być może po raz kolejny minął się z powołaniem i powinien nadzorować obronę Panem, skoro potrafił z córki, z istoty żeńskiej (a więc nieskorej do dyrygowania) uczynił bezwolną marionetkę. Nie było to działanie przypadkowe, każdy jej ruch zostawał natychmiast odsądzany od czci i wiary oraz karany srogo. Nie było szans na przebłaganie słusznego gniewu ojca, który był może bardzo spokojnym człowiekiem (nie krzyczał na nią wcale!), ale wpadał w zabójczą furię z częstotliwością, która mogła wydawać się obsesją. Nic bardziej mylnego, zmierzał według utartych schematów, wychowując swoje dzieci z równą zaciętością i uczuciem - nie do końca, Maisie zawsze była jego ulubienicą z wiadomych względów - i przekonaniem, że kiedyś mu za to podziękują. Na kolanach, jego syn prędzej wyciągnął wnioski, córka pozostawała nadal niezależnym zwierzątkiem. Które planuje ugryźć rękę pana, niezależnie od tego, czy ją bije, głaszcze czy może podaje jedzenie. Jak to dobrze, że przed rodzicielstwem sprawił sobie psa, który nauczył go bardzo dobrze radzenia sobie z takimi zachowaniami. Zero zaufania, wiedział, że zwierzę dobrze pamięta, kto go skrzywdził i czeka na odpowiednia porę, by zadać kolejny cios.
Dlatego starał się pokazać jej jak mógł, że jest idealnym wcieleniem Ojca z nieba, choć przypominał raczej bożka wojny i to nie tego z Grecji (zniewieściałego), a nordyckiego - Odyna, kiedy stał tak przed szafą i szukał wzrokiem perfekcyjnej koszuli, odgarniając za długie już na ten cywilizowany świat włosy i szukając kostiumu dobrze wychowanego mężczyzny, który nie morduje córki za zdradę. Czasami żałował, że podły Zachód wyprał wszystko, co było pierwotne - mógłby obdzierać ją ze skóry powoli, pozostawiając na pastwę swojego przyjaciela - kanibala. Wielka szkoda, że współczesność zatarła takie słuszne kary za srogie przewinienia - nic tak nie rozwścieczało bogów jak nieposłuszeństwo wobec swoich rodziców. Był jej stwórcą, należał mu się szacunek, powinna paść przed nim na kolana, a nie stać wyprostowana, mierząc go niechętnym spojrzeniem.
To nie była walka, to była (już) czysta prowokacja z jej strony, której nie zamierzał ulec, nawet wówczas, gdy jej szczupłe palce (musiał nauczyć ją grać na fortepianie) zacisnęły się na guzikach jego koszuli. Idealny wizerunek rządowego, który wcale nie myśli o bestialsko rytualnym seksie ze swoją córką na stole ofiarnym, który zwykle spływał krwią. Czasami myślał, że na takie właśnie cuda mógłby zaprzepaścić swój majątek, ale nie były mu potrzebne rekwizyty, liczyła się tylko ona, dziewczyna, którą kochał i jednocześnie nienawidził najmocniej na świecie - nigdy dla żadnej z kobiet nie stoczyłby bezsensownej walki, każda mogła słaniać mu się do nóg, ale Maisie należała do niego - krwią, spermą, każdym oddechem, który wydzierał się z jej płuc, gdy ją dusił. Pewnie dlatego dotarło do niego, że prędzej czy później musi zerwać tę więź, przeciąć ją na pół tym samym sposobem, jaką ją nawiązał.
Wziął do ręki krawat, który tak mistycznie wiązała (myślała o tym samym?) i zdjął go, wkładając do kieszeni i rozpinając kołnierzyk dobrego Gerarda Ginsberga, który idzie przerżnąć redaktora naczelnego najbardziej poczytnego czasopisma w kraju.
- Przestań zachowywać się jak moja żona. Już jedną mam - pouczył ją chłodno, nie patrząc na nią wcale. Nie zasłużyła? Nie, nie chciał (jeszcze) przygwoździć ją do ściany i odbierać jej tchu. Wiedział, że zaboli dużo bardziej, kiedy już nasyci się świeżym powietrzem i wolnością, którą zabierze jej powoli, z premedytacją, teraz kompletnie niewidoczną w jego zmęczonych oczach.
Miał nadzieję, że wyciągnie z tego odpowiednie wnioski. Błędne, to była również domena kobiet, niezależnie od wieku i idealnych (w tym przypadku) genów, które odnajdywał w rysach jej twarzy. Wyminął ją, szukając dokumentów, które powinny leżeć w szufladzie. Zostawiał wszystko, mogła spenetrować mu wnętrze pokoju (wiedział, że tu bywała), a i tak nie wiedziała niczego. Był nią rozczarowany, liczył na szybsze postępy, a czuł się jak na karuzeli, która rozpędzała się bardzo powoli.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Kwi 26, 2014 2:59 pm

Obojętność serwowana jej przez ojca bolała. Tak po prostu, prawie fizycznie, kiedy miała go na wyciągnięcie dłoni i nie mogła go dotknąć. Platonicznie, erotycznie, morderczo - niezależnie od intencji kontakt z jego ciałem był dla niej codziennością, nagrodą, karą i kartą przetargową; czymś niezwykle istotnym, wokół czego (kogo?) kręciła się jej egzystencja w dwóch odległych od siebie dystryktach.
Z których nieposłusznie uciekła, skazując siebie na cierpiętnicze wygnanie i męki piekielne. Nie, nie płakała przez brak środków do życia, wody mineralnej i wygodnego łóżka, bardziej niszczyła ją tęsknota. I nienawiść, kierowana coraz częściej w swoją stronę, całkowicie odsuwając złe konotacje od opiekuńczego ojca. Pogardzała i brzydziła się wyłącznie sobą, swoimi słabościami i wartościami, które podporządkowała tak, by pasowały do kanonu pana i władcy Ginsberga, wychowującego ją twardą ręką. I nie szczędzącego przy tym nagród (nielicznych) za dobre zachowanie, które jednak nigdy nie było wystarczająco doskonałe. Przywykła do tego, ustawiła swoje ciało i psychikę w odpowiednich miejscach - już na stałe. Dlatego nie mogła żyć normalnie, nie mogła uciec; wszystko pchało ją w jego stronę, nakręcało na jego bliskość i mogłaby go zamordować wyłącznie z nadmiaru tęsknoty i pożądania a nie nienawiści. Sam był sobie winny, to on ją wychował i stworzył, nakręcając na jedną jedyną formę bliskości. O której śniła niemalże na jawie, wdychając słaby zapach jego perfum.
Pachniał zupełnie inaczej, mniej dziko, bardziej jak wysoki urzędnik państwowy, który udaje się...na randkę? Dopiero po chwili wyłapała te wszystkie przygotowawcze gesty. Ciągle miała z tym kłopot, Gerard odciął ją od społeczeństwa i często nie pojmowała najprostszych zakazów, nakazów i aluzji. Przywykła do innego dekalogu, którego złamanie skutkowało bliznami na ciele. Zasklepionymi, jednak ciągle wyrazistymi na jej bladej skórze. To też ją brzydziło, prawie tak samo jak uczucie pulsującej zazdrości, jakie nagle rozwinęło się gdzieś na wysokości szyi, podduszając ją. Poczuła się tak, jakby kopnął ją w brzuch i odtrącił - wystarczył jeden gest zerwania krawatu. I odwrócenia się.
Ciągle opuszkami palców czuła ciepło jego brzucha i gładki materiał koszuli, ale były to tylko fantomy i mary, nawiedzające ją w nocy razem z kompulsywną autoerotyką marnej jakości. Powinna się szykować do powtórki, lecz zamiast tego wpatrywała się w jego plecy, pochylone nad biurkiem i ostatkiem sił powstrzymywała się od podejścia do Gerarda i wulgarnego wsunięcia języka pomiędzy jego wargi. Przy akompaniamencie trzasku łamanych kości jego palców, przygwożdżonych szufladą.
Tatuś powinien być z niej dumny, poruszała się tylko po wysokich dźwiękach i dwóch nakręcających się wzajemnie wartościach. Przemoc i zupełne zatracenie moralności; to wyniosła z rodzinnego domu i tylko to mogła oddawać niechętnemu, chłodnemu światu za wysokimi oknami apartamentu. Przesunęła powoli palcem po niewiarygodnie czystej szybie (ach, ta technika Kapitolu), marząc o tym, by chłód szkła przepłynął przez całe jej ciało i zapewnił spokojną noc. Bez ucieczek w swoją własną niegodność. Jako córki, nie żony, najchętniej uderzyłaby go za te słowa - to też jakaś forma bliskości - ale zamiast tego po prostu wyminęła go i...Nie, taki tylko miała plan, bo zamiast od razu wyjść z pomieszczenia przytuliła się na sekundę do jego pleców. Ufnie, wdychając ich zmieszane zapachy i zaciskając dłonie w pięści na jego koszuli. Mgnienie oka, chwila słabości, ale wiedziała, że ten platoniczny dotyk był gorszy niż policzek: dla niej samej także, zamiast się uspokoić rozedrgała się wewnętrznie jeszcze bardziej i odsunęła na kilka kroków, odwracając się na pięcie z zamiarem wyjścia z sypialni. I dokończenia samotnej kolacji.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Kwi 26, 2014 4:04 pm

Obojętność wychodziła mu z dziecinną łatwością, tak bardzo płazem uchodziło mu bycie bezuczuciowcem, że zastanawiał się czasami, czy faktycznie nie ma czegoś z psychopaty, który nie reaguje nawet na najbardziej poruszające elementy życia codziennego. Przecież nie wzruszał go widok torturowanych, przechodził nad porządkiem dziennym nad egzekucjami w Panem i nie miał problemu z głupcami, którzy nie mają pożywienia, pracując w Jedenastce.
Był idealnie obojętny? Nie do końca, przecież posiadał całą gamę uczuć, które w takich sytuacjach dochodziły do głosu i żadne z nich nie było wyrazem nijakości - jego cieszył widok torturowanych, radowało się serce jego, gdy na kolana przed nim padali skazańcy i miał ochotę śpiewać pieśń pochwalną na widok głodujących, których ciała potrącał butami, grając z nimi w osobliwą wersję zośki. Dlatego teraz czuł się dziwnie nieswojo, nie pozwalając zawładnąć instynktami i obsesjami, które były wszak silniejsze od śmierci (jak mawiał ich ukochany Marquez). Z całego świata była tylko jedna osoba, która mogła powstrzymać go od spełniania swoich najdzikszych fantazji, które kotłowały mu się w głowie równie łatwo jak innym wyrazy sympatii czy współczucia; ta jedyna osoba stała przed nim w lustrze, poprawiając śnieżnobiałą koszulę z perłowymi guzikami. Nie zwracał zbytniej uwagi na wygląd zewnętrzny, raczej traktował go jak przebranie; najswobodniej czuł się nago i w doborowym towarzystwie, ale czuł się dobrze z tym powrotem do przeszłości i Maisie, która prasowała mu ubrania. Kobieca ręka była bardzo przydatna, zwłaszcza w takich okolicznościach, kiedy zależało mu, by wyglądał poprawnie i grzecznie. Nie zamierzał przecież straszyć najdroższego przyjaciela, z tego też powodu umówił się z nim na mieście, a nie przyprowadził do domu, do córki, która pewnie obciągnęłaby mu chętnie pod stołem. Tatuś udawałby, że niczego nie widzi i już zostałyby nawiązane więzi przyjaźni, tak potrzebne w świecie, w którym przyszło liczyć im tylko na siebie.
Pewnie dlatego nie spodziewał się jej kroków i dotyku, który poczuł od razu. Jeden impuls, miękkie ramiona, które oplatały jego plecy i błyskawiczna wiadomość, z prędkością błyskawicy przesyłana do tyłu jego głowy: ATAKUJ. Poczuł się zaszczuty, sprowadzony do pozycji tego zdominowanego i zrobiło mu się niedobrze. Złapał ją za nadgarstki i niewiele myśląc o skutkach, popchnął w stronę ściany z lustrem.
Obserwował jak jej chuda sylwetka wpada na tynk, jak uderza głową o mur, ale nie krwawi (dzielna dziewczynka) i zamiast wyjść na randkę w świeżo wyprasowanej koszuli, z dobrym zapachem, przepalającym jego nozdrza; przyparł do niej, kładąc dłonie przy jej głowie. Nie było chyba kogoś bardziej przerażającego w Panem w tej chwili, powinna pamiętać, że drażnienie ojca nigdy nie uchodziło na sucho i faktycznie tak było, położył dłoń na jej włosach - ta kleista maź to była krew, ale nie skupiał się na niej wcale, babrząc swoją koszulę i jej bluzkę. Liczyło się coś zupełnie innego, złapał ją w pasie, unosząc i przesuwając jej ciałem po chropowatej powierzchni. Rytuał, tak przesuwał nią po ścianie, kiedy uprawiali seks w tej chorobliwie dusznej Trzynastce. Miał wtedy wrażenie, że wystarczy ja upuścić, a roztrzaska się z hukiem, ale nigdy tego nie zrobił.
Teraz też nie miał takiego zamiaru, trzymał ją mocno, wariat, który za chwilę obróci miasto w gruzy, bo tylko go dotknęła; zawsze wiedział, że ma problem z samokontrolą, ta teraz odeszła w niepamięć, kiedy opuszczał ją po ścianie powoli, całując z całej siły w usta. Żadna delikatna gra wstępów, raczej ukojenie (chwilowe) instynktu i znowu ta krew na jej wargach, kiedy puszczał ją i obcierał się z jej smaku ręką, nie bacząc na to, że lustro obok spada i rozbija się.
Siedem lat nieszczęścia, nie wiedział jak przetrwa kolejny tydzień bez wzięcia jej na dobre, zaciągnięcia za włosy do piwnicy, gdzie mogła być tylko jego i gdzie nie musiał znosić bez cały tydzień spojrzeń mężczyzn, rzucanych w jej stronę.
Spojrzał na nią raz jeszcze, ostrzeżenie nadane, ale czy przyjęte (?) i wyszedł na miasto, w kolejne nieznane, ale już z jedną wiadomą w tym układzie.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Maj 10, 2014 11:41 am

    | po spotkaniu z Sabi w Spiricie

Taksówka. Trzask drzwiczek. Rozsypujące się pieniądze. Ulica. Pięć schodków prowadzących do głównego wejścia, chłodna klamka i magnetyczna karta, która nie chciała zadziałać. Dwanaście przesunięć, dźwięk otwieranych drzwi i daleki sygnał karetki, wzmagający się w umyśle Maisie zwielokrotnionym echem, dzwoniącym ciągle podczas podróży windą. Od której zakręciło się jej w głowie: nie przywykła jeszcze do tej całej nowoczesnej techniki, przyśpieszającej wszystkie czynności stukrotnie. Zamknęła więc dokładnie oczy, nie przeglądając się w lustrze, stanowiącym całą jedną ścianę windy. Może i dobrze; mogłaby przestraszyć się swojego wyglądu. Wychodziła przecież z domu w stroju nudnej sekretarki. Dokładnie wyprasowana bluzka zapięta pod szyję, równa spódnica za kolano, czyste balerinki i gładko spięte włosy, ujarzmione gumką w miarę szykownego koka. Brakowało tylko ciężkiej teczki z dokumentami, ale zostawiła na biurku Mervina, nawet nie przeglądając wszystkich papierów. Nie lubiła tej powtarzalnej pracy, źle czuła się w zamkniętym pomieszczeniu otoczona Rebeliantami, których nienawidziła tak samo jak ludzi zamkniętych w Kwartale. O którym niewiele wiedziała; w ogóle mało interesowała się polityką, skupiając myśli wyłącznie na Charliem, pozostawionym na Ziemiach Niczyich i Gerardzie, obojętnym jak nigdy.
Cóż, widocznie należał się jej psychiczny odpoczynek, bo wracając z klubu po raz pierwszy nie miała w głowie żadnych problemów i niepokoi. Alkohol wyczyścił jej pamięć najdoskonalej, lepiej niż ona sama i teraz mogła tylko żałować, że nie wpadła na ten pomysł wcześniej. Oczywiście nie była abstynentką doskonałą, Gerard poił ją procentami, ale robił to bardzo subtelnie i delikatnie, pozwalając jej na jeden kieliszek wina do kolacji. Romantycznie, z klasą: to nic, że później kończyła na kolanach, pod tym suto zastawionym stołem, próbując nie zadławić się jego spermą, zalewającą jej gardło i powodującą odruch wymiotny. Rozkoszne, dawne chwile; może jednak powinna je zapamiętać i połączyć z karą za jawne przewinienia.
Bo przecież łamała święty dekalog, zdradzając swojego opiekuna. Niedosłownie – o tym nigdy by nawet nie pomyślała – ale dobrze znała jego pogląd na przekraczanie granic. Ustanowionych przez Gerarda Wszechmocnego, projektującego jej życie nawet wtedy, kiedy ignorował ją zupełnie, wpędzając w spiralę dzikiego szczęścia (wyczekiwana i wybłagana wolność zbliżała się coraz szybciej z terminem ślubu?) i przerażenia, że jest już nieprzydana. Wadliwa?
Upijanie się w barze przez takie smutki było dość żałosne, ale sama nie pamiętała dokładnie przebiegu całego wieczoru, otwierając w końcu drzwi mieszkania i cicho zatrzaskując je za swoimi plecami. Którymi oparła się o chłodne drewno, oddychając ciężko i upuszczając na ziemię podręczną torebkę. Nie sprawdzała, która jest godzina; pewnie bliżej było do poranka niż wieczora, ale nie przejmowała się w tej chwili tym zupełnie, zsuwając powoli ze stóp podeptane baleriny (na obcasach pewnie połamałaby sobie nogi nawet bez pomocy alkoholu) i przesuwając bosymi stopami po przyjemnym materiale dywanu, wsłuchując się w błogosławioną ciszę mieszkania.
Bez wrzasków, jęków, krzyków, śpiewów; bez oślepiającego światła lamp, przypadkowych osób dotykających ją po ramionach (po piątym drinku przestało jej to przeszkadzać i zniknęły napady paniki); czuła się niezwykle spokojnie, prawie nieświadoma tego, że za ścianą śpi jej obojętny ojciec, szykując się na kolejny obojętny dzień, tydzień, miesiąc? Nie wiedziała nic o świątecznej dacie i nie miała zamiaru pytać. Ani – na razie – oddalać się od bezpiecznego podparcia, jakim były drzwi. Nie poprawiła rozczochranych włosów (gumkę zgubiła już dawno temu) ani nie zsunęła z ramion marynarki jakiegoś obcego mężczyzny, który zaproponował jej okrycie przy postoju taksówek. Przyjęła je odruchowo, ale teraz nie pamiętała nawet jego twarzy, tonu, ani tego jak długo wpatrywał się w jej rozpiętą guzik za daleko bluzkę odsłaniającą koronkowy stanik. Kupiony przez troskliwego opiekuna.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Maj 10, 2014 12:17 pm

Ginsberg nigdy nie zachowywał się jak wzorcowy tatuś, opiewany w poradnikach o dobrym rodzicielstwie czy utworach literackich, które gloryfikowały opiekuna młodej dziewczyny tak bardzo, że robiło mu się niedobrze i ukochane stronnice przerzucał tak niecierpliwie jakby właśnie przeżywał swoje pierwsze spotkanie z literaturą i uczył się dopiero składać litery.
Nie chodziło o to, że nie wierzył w bezgraniczną miłość, którą można czuć jedynie do istoty, zrodzonej z krwi i kości (wątpił, czy jego rodzice również postrzegali to w ten sposób); ale w żadnych pismach, nawet w ukochanym Marquezie nie znajdował tego, co w dokładny sposób opisywałoby jego relacje z Maisie – niegdyś dziesięciolatką, do której nie mógł przywyknąć i która wzbudzała u niego irracjonalne przerażenie; potem starszej już, zaznajomionej ze strzelaniem i jego niepokornym synem i wreszcie dorosłej kobiety, którą pieprzył każdego dnia w myślach, słowie i uczynku, nie mogąc pogodzić się z tym, że tak łatwo obraca w perzynę wszystkie jego nauki.
To nie była przecież tylko rodzicielska czułość czy troskliwość, która po sprawie w muzeum (tak, wiedział i wcale nie czuł się winny, w końcu miał prawo ją monitorować po zastrzeleniu tylu osób) przybrała jeszcze na ostrości; to była bardziej zachłanna próba zamknięcia jej za szkłem i zatrzymania tam na zawsze – dla jej dobra i dla dobra jej tatusia, który nawet teraz, siedząc przy kolejnych papierach, niecierpliwie spoglądał na zegarek. Jak to dobrze, że duży, ścienny zegar w bibliotece przestał działać, bo zwariowałby, słysząc ciężkie wahadło, wieszczące północ. Bajkowo, z nutką grozy i z próbą zadźgania wracającej z balu księżniczki w niegodnych myślach Gerarda, który powinien jeszcze siedzieć w biurze.
Wyrwał się wcześniej, pewnie w zamyśle chciał ją zignorować jeszcze bardziej dotkliwie, dając jej jasno do zrozumienia, że jest i będzie dla niego niczym, ale po raz pierwszy od dawna nie minęli się w antycznej ciszy i musiał obejść się ze smakiem, czując jednak ją dokładnie w każdym skrawku tego dusznego powietrza. Podejrzewał, że niedługo zacznie mieć omamy wzrokowe i Maisie – dziewczynka będzie hasać przed jego biurkiem, goniąc starszą swoją kopię, która zastygła nad nutami.
Zawsze chciał nauczyć ją gry na fortepianie, miała zręczne palce (dobrze pamiętał JAK bardzo) i pewnie niezły słuch muzyczny po ojcu, ale wolała chyba inne brzmienia. O tym myślał, słysząc jak wchodzi do jego domu z hukiem, próbując poradzić sobie z samą sobą…. Pijaną? Przekraczała granice, z impetem złamała już każde z jego przykazań i mogła przypuszczać, że prędzej czy później doprowadzi swojego świętego i cierpliwego ojca na skraj wytrzymania.
Nie sądziła pewnie, że nastąpi to teraz, gdy Gerard wstawał od biurka, chowając wszystkie dokumenty bardzo dokładnie (sprawy państwowe) i wreszcie wychodząc ze swojej świątyni, nie kłopocząc się oświetleniem. Rozbłyskało samo, wyczuwając jego kroki i oświetlając wielkie mieszkanie, o którym niegdyś prozaicznie marzył. Do chwili, kiedy nie dowiedział się, że jest ojcem i cały swój świat poświęcił dziecku, które czekało na niego przy ścianie, w obcej marynarce.
Myślał, że to będzie bolało; że jego serce zostanie wyrwane kleszczami z klatki oddechowej i rzucone u jego stóp, ale nie działo się nic takiego; być może, dlatego, że nie miał serca. Był śmiertelnie przytomny, zdystansowany i chłodny, a jednak coś w jego krokach mogło sugerować, że nastąpił przełom. Gdyby nie znała go w ogóle, to pewnie dałaby się nabrać na ten żołnierski krok mężczyzny, ale była jego córką i wiedziała, że tak po nią chodził, gdy musiał wymierzyć jej najcięższą z kar, która napawała go nieskończoną przyjemnością.
Pewnie, dlatego wyglądał tak triumfująco, choć bitwę przegrał już dawno, otrzymując raport o jej nieposłuszeństwie.
- Zdejmij to – powiedział tylko, wskazując na marynarkę i dając jej jasny wybór: albo rozbierze się z tego kogoś albo sam to z niej zedrze, razem ze skórą. Nie podchodził bliżej, uderzał go odór alkoholu i zdrady, który przytłumił nawet zapach konwalii, tak bardzo duszący, że miał wrażenie, że to przeklęte kwiaty będą odpowiadać za jego szaleństwo, skutkujące powieszeniem Maisie na żyrandolu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Maj 10, 2014 12:38 pm

Ciemność mieszkania działała na jej zmysły uspokajająco po chaosie wieczornego wypadku do baru. Jej oczy w końcu odpoczęły od zbyt jasnych lamp, w których świetle wyglądała pewnie niezbyt dobrze. Chuda, blada, bez makijażu. Nigdy nie pojęła sztuki umalowania się, szczytem finezji było pokrycie ust czerwoną szminką z okazji czterdziestych urodzin Gerarda. W Jedenastce nie mieli takich luksusów, w Trzynastce nie było nawet czasu ani możliwości na zabawę w pełnoprawną kobietę i nawet wepchnięta nagle w świat dobrze zaopatrzonych sklepów Kapitolu nie odnajdywała w sobie tej części dziewczęcości, odpowiedzialnej za drogie stroje i przesadne dbanie o siebie. Właściwie była niezwykle prostą dziewczyną, niemalże chłopką, potrafiącą myć włosy mieszanką ziół. Tyle, jeśli chodzi o zabiegi pielęgnacyjne, SPA i wszystko co, co zachwycało każdą przedstawicielkę płci pięknej.
Maisie nie zależało na zbytku; ubierała się w to, co kupił jej Gerard i jedyne strojenie się przeżywała przy jego zachciankach, wciskając się w obcisłe sukienki bądź przeźroczyste bluzki grzecznej uczennicy. Albo sekretarki; teraz jednak było jej daleko do seksownej pracownicy biurowej. Przypominała bardziej zużytą nastolatkę, która wracając z imprezy budzi zatroskanego ojca i otrzymuje szlaban na kolejny rok.
Groteskowe, miała przecież dwadzieścia sześć lat, od ośmiu legitymowała się dowodem osobistym a ciągle pozostawała wręcz nieporadnie dziecięca, jakby Ger zatrzymał niektóre aspekty jej rozwoju na wczesnym stadium. Niektóre, bo przecież – spuszczając na syndrom sztokholmski zasłonę miłosierdzia – obiektywnie była niezwykle dojrzała, odpowiedzialna i odważna; kobieta sukcesu, osiąganego nie w wysokich wieżowcach a w dziczy. Dlatego nie odnajdywała się w głośnym klubie, ignorując mężczyzn kręcących się wokół niej i próbując uspokoić nieco histeryczne podejście do tak zatłoczonych miejsc. Alkohol pomógł, wyciszył ją i rozkołysał, tak mocno, że nie oderwała się od stabilnych drzwi nawet w chwili, w której usłyszała głośne kroki dobiegające gdzieś od gabinetu.
Przecież dobrze wiedziała do kogo należą, rozpoznałaby dźwięk wojskowych butów uderzających o podłogę wszędzie i może powinna zacząć się niepokoić, ale procenty wibrujące w jej krwi całkowicie rozpuściły negatywne odczucia. Stała więc dalej oparta o drzwi, zaciskając mocno powieki przed rażącym, nagłym światłem, zalewającym do tej pory ciemny i cichy przedpokój. Nie otwierała ich przez dłuższą chwilę, czując wyraźnie Gerarda tuż obok. Nie musiała otwierać oczu; jego woda kolońska i ten typowy, samczy zapach docierał do jej nosa wyraźnie, ale bardziej intensywne bodźce łaskotały jej system nerwowy przez samo napięcie, materializujące się między nimi automatycznie. Odchyliła głowę lekko do tyłu, jak do pieszczoty albo w wyniku zmęczenia, odsłaniając szyję i czując gęsią skórkę. Zapewne z zimna, które zaatakowało jej ciało, kiedy posłusznie zsunęła z ramion marynarkę. Nie było jej szkoda, teraz nawet nie pamiętała jak się na niej znalazła, w tej chwili zaplątana na jej bosych stopach. Odsunęła ciepły materiał gdzieś obok, chwiejąc się lekko na jednej nodze i w końcu otwierając zmrużone oczy.
- Niesamowite, jednak się do mnie odzywasz? – przywitała go, lekko przeciągając głoski, brzmiąc jak zbyt pewna siebie pijana nastolatka. Może powinna się kajać, przepraszać i oferować poprawienie ocen, ale wyjątkowo czuła się niezwykle dorosła. I wolna, paradoksalnie, bo myślała przecież o nim gorączkowo non stop od kilku tygodni, dopiero w bezpośredniej bliskości decydując się na umysłowy dystans. – Możesz wracać do łóżka, ale nie licz na to, że zrobię ci jutro śniadanie, nie jestem twoją służącą. – dodała wręcz łaskawie i odrobinę pogardliwie, nieświadomie brzmiąc prowokująco jak nigdy. Widocznie zbyt długi okres bez właściwego wychowania i systemu kar czyniło z niej istotę całkowicie lekkomyślną, odsuwającą się w końcu od bezpiecznych drzwi i chwiejnie chcącą wyminąć Gerarda. Którego nieznośna bliskość sprawiała, że robiło się jej gorąco. I wilgotno.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Maj 10, 2014 1:04 pm

Nie było chyba bardziej czułego ojca od Gerarda, który skanował każdy fragment odsłoniętej skóry swojej córeczki, zupełnie jakby był zafiksowanym na punkcie zdrowia strażnikiem czystości (tej moralnej również?) i mógł samym wzrokiem zabić wszystkie bakterie, hasające wesoło po materiale, który do niedawna spowijał kościotrupa. Nie był zaślepionym w miłości młodzieńcem, dostrzegał jej wady (i wykorzystywał je perfekcyjnie), ale teraz skupiał na niej uwagę dość natrętnie jakby widział ją po raz pierwszy i postanowił na dobre zapamiętać ten obraz. Właściwie tak było, Maisie była jak nastoletnia, pijana ciekawostka przyrodnicza, którą podziwiał bez mrugnięcia okiem i bez uczuć, które powinny rozrywać jego wnętrzności. Po raz kolejny pogwałciła święte prawo, obowiązujące w tym domu i czuł się prawie tak samo jak wówczas, gdy uciekła do Ralpha i musiał za pomocą brutalnych pchnięć przenieść ją do świata, gdzie wszystko działało jak w zegarku, nawet popsutym, nawet z nieruchomym wahadłem, w które wpatrywał się zbyt długo.
Mógłby nauczyć ją dobrych manier za pomocą tego przyrządu, rozwalić ją od środka i obserwować, jak zwija się z bólu w pozycję embrionalną. To zaskakujące, ale często myślał o tym, co czułby, gdyby Maisie wychowywała się u jego boku. Był ciekaw, czy nadal pożądałby ją tak, że czuł niewidzialne nitki, które przyciągają ich do siebie (a może to grawitacja?), nawet teraz, gdy nienawidził ją za wszystko tak dotkliwie, że śmierć mogła być tylko nagrodą.
Nie tylko dla niej; wszak mieszała w jego głowie całkiem konkretnie, zdejmując z siebie marynarkę i paradując w koronkowej bieliźnie, w której nareszcie wyglądała jak jego ukochana mała; niewiele brakowało, a po widowiskowym złamaniu jej ręki w nadgarstku, przyciągnąłby ją do siebie czule i rzucił o ścianę, by wymierzać jej karę za pomocą pistoletu w udach. Odbezpieczonego, to po nim odziedziczyła to ryzyko, które pozwalało jej poczynać sobie z ojcem coraz swobodniej, odchylając twarz do tyłu.
Już zaczynała się przygotowywać do roli idealne, małej córeczki?
- To niesamowite – powtórzył, nadal anielsko (czyżby?) jak spokojny, nakręcony psychopata, który podchodzi do niej wolno i bez żadnego wytłumaczenia zaciska palce na jej szyi, ignorując słowa o śniadaniu – że masz czelność stać tu przede mną kompletnie pijana po tym, co stało się w muzeum. Pewnie interesuje cię Charlie? – zwiększył ucisk, przyciskając jej do ściany i przybliżając się do niej tak, że tylko milimetry dzieliły ich od siebie i czuł jak z ich ciał paruje czysta żądza, która już gotowała mu krew.
Nie zamierzał się jej poddać (nie tym razem), więc otarł się o jej uda tylko bardzo sugestywnie i prymitywnie jakby był samcem, pragnącym zaznaczyć swój teren przed ostatecznym pojedynkiem, ale role Maisie w tym świecie mu się mieszały, może to przez jej odległość, a może przez żałosne tętnice, które napinały się pod jego palcami.
To było tak cudowne uczucie, że nie wahał się ani chwili dłużej, kopiąc ją w kolana i zmuszając do klęczenia przed sobą.
W końcu tym ateistycznym światku, brudnym polityką i układami, mała Ginsberg miała tylko jednego boga, któremu miała służyć bez zająknięcia i on stał przed nią wyprostowany, po raz kolejny darując jej życie i kradnąc godność, kiedy kopnął ją znowu i zbliżył jej twarz do wojskowych butów. Musiała ukazać uszanowanie, nadszarpnięte poprzez swoje niedorzeczne zachowanie.


Ostatnio zmieniony przez Gerard Ginsberg dnia Sob Maj 10, 2014 1:23 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Maj 10, 2014 1:22 pm

Nie zapomniała o wydarzeniach z muzeum, wręcz przeciwnie, pielęgnowała swoje potknięcie w głowie jako ważne ostrzeżenie. Przed uleganiem emocjom, zwłaszcza tym związanym z Gerardem. Nie mogła reagować tak histerycznie na jego bliskość; musiała wypracować jakiś system, który zabezpieczałby ją przed swoim własnym wariatkowem, które tworzyła w głowie od kilkunastu lat, próbując dostosować się do świata, zaprojektowanego dokładnie przez Gerarda Ginsberga.
Odznaczającego się wielką wyobraźnią. Nie wyglądał na myśliciela, raczej na zwykłego człowieka z jakiegoś zapomnianego dystryktu, trochę mruka i…najwidoczniej taka łatka nie przeszkadzała mu w brylowaniu na salonach i zdobywaniu ręki córki Coin. Tak, o tym też dowiedziała się od przypadkowych ludzi, wzbogacając arsenał informacji o opiekunie o kolejną, ważną informację. Tak na dobrą sprawę nie wiedziała o jego obecnym życiu prawie nic; dystansował się od niej zupełnie, zamykając ją w nawiasie niewiedzy i niepewności. Chyba wolała uwięzienie fizyczne. Związana czy spięta kajdankami mogła czuć się w głębi duszy wolna i w pewien, pokręcony, chory i niegodny sposób chciana. Pożądana, kochana; słowa zamienne, chociaż nie wiedziała, czy posądzanie Gera o posiadanie uczuć nie jest przypadkiem skrajną naiwnością, żeby nie powiedzieć wręcz: świętokradztwem.
Był przecież dla niej centrum wszechświata; wychował ją, wykreował i wymodelował na swój obraz i podobieństwo, dodając jednocześnie mnóstwo cech, mających spełnić jego zachcianki. Produkt idealny, bardzo bezpieczny: przynajmniej taka była w dalekim dystrykcie; dziecko z głuszy bez horyzontów, zupełnie zależne od swojego opiekuna. To zmieniło się w Kapitolu, zachłysnęła się darowaną wolnością, ale pomimo tej szansy coś ciągnęło ją z powrotem w ramiona kata. Którego przecież chciała zabić, jak najboleśniej. Oderwać paznokcie, wrzucić do celi jego ofiar i zamknąć drzwi, udusić, odciąć powoli wszystkie kończyny; marzyła o tym wiele razy podczas pierwszych gwałtów. Później mordercze instynkty nieco przycichły, ewoluując. Już nie była wrzeszczącą i wyrywającą się dziewczyną a kobietą, ulegającą tylko dla własnego bezpieczeństwa. I przyjemności, rzadkiej a przez to obezwładniającej. Miała być przez to zwyciężczynią, cudowną manipulatorską, ale to Gerard i tak miał ostatnie słowo, subtelnie sprawiając, że sama uzależniała się od niego coraz bardziej. Powinna przyklasnąć jego zdolnościom, lecz nie dostrzegała jeszcze całości misternego planu, którego centrum stanowiła. Może i dobrze, nic nie łechtało jej niewrażliwego ego, mogła więc – po raz pierwszy od bardzo dawna – postępować przy opiekunie w pełni swobodnie, prowokująco i z słodkim smakiem triumfu na języku.
W końcu się od niej odezwał, mówił, nie ignorował i..i sekundę później nie cieszyła się już wcale, czując jego mocną dłoń na swojej szyi. Jak za dawnych czasów, pięć palców; czuła wyraźnie każdy opuszek blokujący dopływ powietrza do jej płuc i dopiero wtedy otworzyła oczy w pełni, przyglądając mu się z bliska. Tak jak wtedy przy stłuczonym lustrze, może to ono przyniosło wtedy nieszczęście, spadające głównie na Charliego. O którym Gerard wspomniał i w normalnej sytuacji zmroziłoby to Maisie zupełnie, ale teraz alkohol całkowicie zburzył poukładaną hierarchię. Mogła więc tylko odruchowo wbijać paznokcie w jego dłoń. Co przyniosło skutek (o święta naiwności), mogła w końcu histerycznie złapać powietrze. Prosto z podłogi, z dywanu, którego miękkością tak się rozkoszowała jeszcze niedawno, pewna swojego triumfu i powrotu do wolności.
Niezwykle kruchej. Znów przecież była na kolanach, przyciśnięta do ziemi; szybkie sprowadzenie do dawnych, słodkich czasów, kiedy wręcz pogańsko oddawała mu cześć, biorąc przykład z ciężkich książek, jakie jej czytał, wyszczególniając dawne rytuały. Nienawidziła ich z całego serca, nie mogła jednak przestać w nich uczestniczyć, rozkoszując się czasami swoim poniżeniem. To najgorsze uczucie przybierało na sile z każdym miesiącem obok Gerarda, ale teraz była po silnym odwyku. Ponad trzyletnim, wspomaganym alkoholem. Nie przybliżyła się więc nawet o milimetr do jego stóp, podnosząc tylko wzrok do góry. Roziskrzony, wściekły i nakręcony jednocześnie.
- Chcesz się na mnie wyżyć? Proszę bardzo, korzystaj z okazji, jutro może mnie już tutaj nie być – odpowiedziała ochryple, oddychając ciężko i starając się stłumić poczucie niepokoju o Charliego. Nie pasował do sytuacji, jego imię nie powinno paść w tej rozmowie i wewnętrznie aż się zjeżyła. Ignorowała jednak odruchy, czując się na wygranej pozycji (dalej, naiwna dziewczynka) nawet na kolanach przed nim, patrząc mu prosto w oczy. – Ignorujesz mnie, ale każesz mnie śledzić? Pomyliłeś mnie ze swoją narzeczoną? – kontynuowała dalej, wręcz żenująco pogardliwie, nieświadoma zupełnie powagi sytuacji. Alkohol otumanił ją na tyle, że zapomniała o tym, jak kończyły się zazwyczaj bunty niewinnej córki. – Martw się o nią a mnie w końcu zostaw – dodała odrobinę ostrzej, zagryzając spierzchnięte wargi. Podniosła się tylko na tyle, żeby móc patrzeć w górę, poza tym nie ruszała się z kolan. Tak było stabilniej. I bezpieczniej. O ile mogła w ogóle liczyć na taryfę ulgową w takiej sytuacji i po takich słowach.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Maj 10, 2014 1:50 pm

Niektórzy pewnie w podobnych okolicznościach mogliby rozpatrywać tę fascynację w kategorii grzechu, który spadał na Gerarda Ginsberga po wielu latach od popełnienia straszliwej zbrodni – pamiętał wyraz twarzy matki, która się wyrywała z jego ramion – i który odbijał się rykoszetem w Maisie, niewinną istotę, obarczoną winą ojców. Dość biblijne myślenie, powinno być mu bliskie, ale nie dał sobie wmówić, że oboje na ślepo ulegają jakiemuś choremu fatum, które przyciąga ich do siebie, niezależnie od tego, co sobie nawzajem obiecują. Wolał skupiać się nad tym, że to on ma władzę, to on stoi nad klęczącą córką i to on wymierzy jej ostateczną karę, kiedy już nadejdzie odpowiednia pora. Palce świerzbiły go coraz bardziej, czuł prąd, który przepływał z wolna przez jego zakończenia nerwów i nie wątpił, że każdy dotyk jej skóry będzie oparzeniem trzeciego stopnia, śmiertelnym dla spokojnego naczelnika więźnia, który nie przywykł do podobnej beznamiętnej rozmowy na kolanach. Przecież porozumiewali się na zupełnie innych rejestrach – najbardziej lubił ocierać te milczące usta ze spermy, która osiadała jej w kącikach warg jakby właśnie skończyła pic mleko i kładła się spać. Czekając na bajkę, którą opowiadał jej tatuś, trzymając ją mocno na kolanach i wbijając się w nią, życząc jej słodkich słów i obiecując, że jeśli będzie niegrzeczna, to nad ranem udusi ją poduszką i będzie pieprzył ją dalej bez krzyków, które irytowały go w łóżku.
O tym właśnie myślał. Nie o swojej pozycji, która była pewna i ugruntowana – Maisie nie chciała znać całkowitej reputacji swojego ojca – ani tym bardziej o przyszłej towarzyszce życia, która z pewnością nie da mu tyle szczęścia, co niepokorna córka, próbująca bezskutecznie podnieść się z klęczek.
Nie rozumiała chyba, że powracali kołem do starych zwyczajów i za brak szacunku do ojca, groziły jej już nie czcze groźby, których i tak nie składał za, wiele; ale poważne konsekwencje, których nie mogła się doczekać.
Tak, znał ją najlepiej; był jej ojcem i każde włókno nerwowe, reagujące na niego strachem czy podnieceniem wprawiało w ruch jego ciało, tworząc efekt motyla, byli jak rodzeństwo bliźniacze, odbijające w lustrzanym odbiciu gesty i słowa. Podobieństwo niewidoczne gołym okiem, pewnie, dlatego nikt nie śmiał przypuścić, że są biologicznie spokrewnieni; to była raczej jakaś więź między nimi, która nakazywała tak Gerardowi działać szybko i zdecydowanie, póki Maisie była pijana, rozszalała i nieskłonna do kompromisów. Chciał tylko jej dobra, chciał ją nim udławić, chciał, by poczuła się bezpiecznie, by mógł spijać ustami z niej to poczucie za każdym pchnięciem na oślep. Nie sądził, że kiedykolwiek będzie kimś tak zafascynowany, ale był przecież narcyzem i kochał się najmocniej w sobie – w istocie stworzonej na swój obraz i podobieństwo, w dziecięciu szatana, które teraz rozchylało instynktownie uda, czując jego wielką dłoń, wędrującą po jej przeraźliwie mokrej bieliźnie.
Nie odezwał się ani słowem, dalej dotykając ją tak jak zrobiły to każdy lekarz, nie kochanek, nie spuszczając z niej wzroku, roziskrzonego, wściekłego, znowu czuł jedność z tym wątłym ciałem, które zdradziło go wielokrotnie i które wreszcie miało za tą zdradę odpowiedzieć. Pewnie dlatego wyjmował śpiesznie palce (korciło go, że włożył rękę aż go łokcia czekać, aż zacznie jęczeć z bólu) i wkładał jej rękę do ust, zatykając ją jej własnym pożądaniem, od którego aż parowała.
Znała go za dobrze, chyba nie liczyła, że wda się w pyskówki z nastolatką, w którą się zamieniła po wypiciu kilku drinków. Mała dziewczynka, klęcząca w koronkowej bieliźnie z sadystą, który poruszał konwulsyjnie ręką w jej gardle, patrząc na nią z litością.
- Złamałaś wszystkie zasady – powtórzył, nadal uniemożliwiając ją słowa, oddychanie przez usta czy jakiekolwiek wstawanie. – Dobrze wiesz, że ja PAMIĘTAM i zapłacisz za to. Znowu kolejny chłopiec przez ciebie zginie? Biedna Maisie, która nie umie poradzić sobie z dorosłością – zakpił, puszczając ją. Nie liczyła się przecież akcja bez reakcji i popychając ją już siłą na swoje wojskowe buty, w które zaryła nosem. Nie chciała całować ich po prośbie, więc będzie po groźbie, tym razem przytrzymał jej kark zdecydowanie tymi samymi wilgotnymi palcami. Chętnie wziąłby ją nawet w tej pozycji, by mogła wyginać się do połamania wszystkich kości.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Maj 10, 2014 2:22 pm

Wbrew pozorom nie przywykła do poniżenia. Przy fantazji Gerarda nie sposób było się nudzić czy przewidywać kolejnego posunięcia. Zawsze fundował jej niespodzianki z najwyższej półki podłości i nie pozwalał przyzwyczaić się do jednego rodzaju cierpienia. Tak przecież byłoby łatwiej, mogłaby przewidywać co będzie robił z nią kolejnego wieczora i jakoś się psychicznie przygotować. Nic z tego, kiedy poczuła się odrobinę bezpiecznie Ger wprowadzał karkołomne (dosłownie?) zmiany, ciesząc się z jej niepokoju, zaskoczenia i porcji zupełnie innego bólu, przecierającego powoli niedotknięcie wcześniej ścieżki na jej ciele.
Naiwnie sądziła, że to już za nimi; że teraz poruszają się po zupełnie innej, platonicznej płaszczyźnie, dokładnie przyszykowanej przez Gerarda, naczelnika więzienia i przyjaciela Almy Coin. Stąd to mieszkanie, narzeczeństwo i wystudiowana obojętność, którą obdarzał ją hojniej niż czymkolwiek wcześniej. Potrafiła zrozumieć jego intencje, chociaż gubiła się zupełnie, po omacku próbując poradzić sobie ze samą sobą.
Bo w niej tkwił problem; ona prowokowała wszystko, co spadało na nią kolejnymi nieszczęściami. Bezwolna marionetka, wracająca do swojego oprawcy na swoje własne życzenie. Mogła uciec już dawno, mogła poderżnąć mu gardło we śnie, ale nawet o tym nie myślała. Też została wykreowana jako istotny element wszechświata Gerarda Ginsberga. Obojętnego dalej, nie odpowiedział na żadną z jej prowokacji, utrzymując tylko intensywny kontakt wzrokowy, przez który czuła się zupełnie naga, niezakryta rozpiętą już całkiem koszulą i spódnicą, obkręconą wokół jej bioder i sięgającą teraz bioder a nie przyzwoitych kolan. Nieobdartych, dywan był właściwie przyjemny i mogła swobodnie przesuwać jego włókna między palcami, chyba słusznie i przewidująco rozkoszując się chwilą względnej swobody i przewagi.
Mocno wyimaginowanej, bo wystarczył jeden ruch jego dłoni i znów była zupełnie zależna, wystawiona na jego dotyk. Bezwstydny, mocny, wywołujący kolejną falę dreszczy na całym ciele. Gęsia skórka pokrywała jej nagie ramiona i odsłonięte nogi, rozchylające się odruchowo, wręcz poddańczo i niegodnie. Mała, posłuszna suka; już się nie wyrywała, zdrętwiała tylko w jednej pozycji, pochylając głowę i zagryzając usta. Żeby nie jęknąć, nie poprosić o więcej, nie przekląć go i nie zacząć wrzeszczeć histerycznie, żeby zostawił ją już na zawsze.
Co zrobił sekundę później, odsuwając dłoń…niedaleko, poczuła jego palce na ustach, ale zanim zdążyła go ugryźć wsunęły się znacznie głębiej. Najpierw opuszki palców muskały końce zębów, potem podniebienie; kilka lat temu mogłaby uznać to za subtelną pieszczotę (w porównaniu do normalnych, oralnych zabaw), ale nie przywykła jeszcze do jego obecności w tym aspekcie. Odruchowo odsunęła głowę, bezskutecznie, dłoń przesuwała się głębiej i z całych sił musiała powstrzymać odruch wymiotny. Samokontroli nie wystarczyło na wszystkie funkcje ciała; po niecałej sekundzie zalała się łzami, próbując z całych sił wyrwać się z jego rąk. I z zasięgu jego słów, ledwie jednak przebijających się przez otumaniającą watę alkoholu.
I histeryczne złapanie powietrza, kiedy znów leżała z twarzą przy jego butach, z mocnym uściskiem jego wilgotnych rąk na karku. Ból w gardle wzmagał się z każdym przełknięciem śliny i przez kilka długich sekund po prostu spazmatycznie oddychała, co utrudniała niewygodna pozycja. Usta przy jego butach, włosy zakrywające twarz, wygięty kręgosłup i wypięte, ledwie osłonięte spódnicą pośladki. Mogłaby stanowić idealny materiał do filmów niegodnych, ale nie myślała teraz o tym, czując zalewającą ją wściekłość. Nie mogła uwierzyć w to, że Charliemu stała się krzywda; było to w tej chwili zupełnie nierealne i aż przymknęła na chwilę oczy, próbując bezskutecznie się wyprostować.
- Możesz wybić mi zęby, pociąć i udusić, nie dbam już o formę zapłaty – wychrypiała niewyraźnie, oddychając coraz szybciej i faktycznie tracąc zdrowy rozsądek. – Znajdziesz sobie inną zabawkę. Mam nadzieję, że twoja narzeczona jest naprawdę doskonale wyszkoloną kurwą – prawie wypluła te słowa, dalej szarpiąc się jak nieposłuszny zwierzak, łaszący się do stóp pana, zainteresowanego kimś innym. Upadlające, mogła mówić najgorsze słowa ale i tak wszystkie przytłumiła paląca, irracjonalna zazdrość o ewentualną następczynię.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Maj 10, 2014 3:00 pm

Zadawanie bólu osobie, którą się kochało, mogło wydawać się największym okrucieństwem i następstwem gwałtu, dokonanego na matce. Nie bez przyczyny zaczytywał się we wszystkich teoriach cyklicznych; miał wrażenie, że to co stało się przed laty, musi wrócić do niego i do Maisie, która nareszcie zajęła należytą jej pozycję jako pierworodna córka i pierwszorzędna niewolnica znudzonego pana. Nikogo wcześniej nie obdarzał tak silnymi uczuciami, więc logicznym było, że karał ją za zdradę najmocniej jak się dało, nie przejmując się jej ewentualną śmiercią po drodze.
Wręcz na odwrót, Gerard pragnął przejść przez tę bramę, przekroczyć granicę, za którą nie byłoby odwrotu i z całą pewnością nie chodziło mu o nieważny w tej chwili ślub (to był tylko poważny krok w jego marzeniach o władzy totalnej), ale o destrukcję samego siebie. Ktoś kiedyś powiedział, że w dzieciach odbija się własna nieśmiertelność; bzdura - Ginsberg widział dokładnie śmierć w Maisie, upajał się jej przyszłym widokiem na marach, przełykał łzy żalu, które zapewne popłyną z jego oczu (pozory należało utrzymywać) i drżały mu ręce, zaciśnięte na jej karku, który mógłby skręcić bez mrugnięcia okiem.
To nie była prosta miłość; to nie była rodzicielska troska, która kazała giąć jej kręgosłup do najbardziej upokarzającej pozycji - to była czysta nienawiść, która promieniowała przez jego żyły wprost do układu nerwowego, drażnionego tak bardzo, że czuł pulsowanie wewnątrz czaszki, rozpalonej samym widokiem jego prywatnej dziwki, wreszcie w odpowiedniej konfiguracji, w bieliźnie jego wyboru; nie musiał dodawać, że była jego w każdym atomie swojego grzesznego ciała. Miał na własność perfekcyjną zabawkę, którą nie potrafił jednak się znudzić. Ciągle była ponętnym źródłem rozrywek wszelakich dla pięćdziesięcioletniego pederasty, stojącego na progu własnej, zawrotnej kariery i niepotrzebującym zbytniego balastu w pozycji niewychowanej córeczki tatusia.
Którą należało uderzyć - kochał ją tak bardzo, że użył to tego swoich palców, zaciskających się czule przez sekundę na jej pośladku. Ten nieplatoniczny dotyk doprowadzał go do szału i mało brakowałoby, a podciągnąłby ją do góry, by w akcie łaski mogła się nim zadławić raz jeszcze. Wtedy wszystkie winy zostałaby natychmiast wybaczone; córka marnotrawna powróciłaby do domu ojca i mógłby razem z nim świętować wesele; ale Maisie (jak zawsze) zapędzała się na oślep, plując na wszystkie świętości Gerarda Ginsberga.
Który nagle zamienił się w czułego ojca (którym był do tej pory) w kata, podnoszącego ją z klęczek do siebie i trzymając mocno za nadgarstki, które postanowił jej złamać już dawno - zrosłyby się prościej i wiedziałaby, że nie wolno pyskować swojemu rodzicowi. Stała teraz na chwiejnych nogach, nie mogła się wyrwać z kleszczy czystej wściekłości, która omotała jej żyły i mogła patrzeć i doświadczać na własnej skórze (piekła ją?), że słowa mają moc i mogą ciąć głębiej od noża, który ciągle jeszcze miał. W kufrze, z innymi zabawkami, które wkładał jej tak głęboko, że nie mogła usiąść. Wszystko dla jej dobra; wychował na własnym łonie potwora i teraz splunął jej prosto w twarz z pogardą, która była tylko najlżejszym z uczuć, które napędzały teraz jego ręce. Pewne, już nie trząsł się, kiedy przyszła pora na metodyczne wymierzanie ciosu między żebra. Wiedział, że nie może kopać ją w brzuch, więc łamał jej kości bez słowa, podziwiając jej hart ducha i obsesyjną zazdrość, kiedy faktycznie znalazł sobie lepszą.
Melanie nie obdarzy niesłabnącą miłością, którą fundował Maisie, skulonej pod ścianą od kolejnych pewnych uderzeń. Powinna się cieszyć, oszczędził jej twarzyczkę i mogła nadal pierdolić się ze swoimi rówieśnikami. Póki ich wszystkich nie wymorduje, przynosząc na tacy ich głowy i wręczając jej w prezencie na trzydzieste urodziny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Maj 10, 2014 3:37 pm

Przewidywała zupełnie inny scenariusz końca tego wieczora. Spokojny powrót do domu po pracy, samotna kolacja – Gerard ignorował ją w każdej dziedzinie życia – chłodny prysznic, zmywający z niej zapach rebelianckiego, rządoweg biura, przejrzenie książki podkradzionej z biblioteki, krótki seans autoerotyzmu i w końcu sen. Na wygodnym łóżku, bezpiecznym; nie gdzieś na brudnym materacu, gnijącym przy poddaszu opuszczonego szpitala. Miała szczęście, nie musiała martwić się dosłownie o nic. Zero problemów, nawet tych najbardziej błahych: w co się ubrać, gdzie znaleźć pracę i jak związać koniec z końcem. Na każdy problem miała gotową odpowiedź; ojciec dbał o nią idealnie i wręcz nadopiekuńczo, osłaniając wszystkie ostre kanty przed jej nieostrożnością. Oczywiście nie widział wszystkiego – tak naiwnie myślała – i pozwalał jej rozwinąć w pełni skrzydła i przekonać się o brutalności świata na własnej – Charliego? – skórze, ale zawsze mogła wrócić do bezpiecznej przystani. Ciepłej, spokojnej, ciemnej: jeszcze przed sekundą.
Teraz było jej potwornie zimno, ostre, jarzeniowe światło oślepiało ją w dalszym ciągu a wszystkie mięśnie napięły się do granic bólu, kiedy Gerard naciskał na jej kark jeszcze mocniej, niemalże wybijając jej zęby o swoje wojskowe buty.
Była dość spostrzegawcza, nawet pomimo chaosu w głowie i nadmiaru alkoholu potrafiła rozpoznać całkiem nowe obuwie; widocznie Gerard nie zachował po niej żadnych pamiątek, które oblizywała z własnej woli, witając go od progu na kolanach. Imponujące, jak mała, niepozorna chatka oddalona od zabudowań Jedenastki mogła zmienić się z urokliwego mieszania dwóch wioskowych odludków w krainę najbardziej wyuzdanej rozpusty i upodlenia w jednym. W Trzynastce nie mieli już takiej swobody; wszędzie ludzie, kamery, alarmy. Powinna się więc wtedy rozkoszować powrotem do względnej normalności, ale wariowała. Z klaustrofobii, z tęsknoty za obrożą i mocną ochroną Gerarda. Może szalę przeważyło właśnie przesunięcie władzy na kogoś poza ojcem? Przywykła do rozkazów wydawanych ukochanymi i znienawidzonymi ustami a nie suchych komunikatów mundurowych, przesuwających ją z miejsca na miejsce jak potrzebny trybik w dobrze działającej maszynie. Czuła się dziwnie zepchnięta na dalszy plan i ignorowana.
Błędne koło, przecież do głupich wybryków znów popychała ją obojętność ojca, tym razem serwowana z premedytacją. Wcześniej jej nie zauważała, ale kiedy szarpnął ją do góry i spojrzała z bliska w jego oczy w końcu zrozumiała. Sekunda, nieco pijackie uświadomienie sobie, że mu zależało i dlatego odpycha ją od siebie, jednocześnie krzywdząc i plując jej w twarz. Jeszcze chwilę temu byłaby gotowa odgryźć mu za to dłoń, ale teraz nawet nie drgnęła i nie syknęła z bólu, kiedy wykręcał jej nadgarstki i oznaczał siniakami jej jasną skórę. Nie odrywała wzroku od jego oczu o rozszerzonych źrenicach i po prostu na niego patrzyła, prowokująco i dalej idiotycznie zwycięsko. Nawet pomimo jego śliny spływającej jej po policzku i ustach.
- Wolałbyś żeby była to twoja sperma, prawda? – wychrypiała jeszcze kpiąco prosto w jego twarz, zanim poczuła pierwsze uderzenie w żebra. Mocne; straciła dech na długie sekundy i nawet nie zorientowała się kiedy została popchnięta na ścianę i w dalszym ciągu pieszczona jego mocnymi dłońmi o twardych kościach. Niszczących jej żebra, nie była pewna, czy pękają czy po prostu są obijane z precyzją sadystycznego ortopedy, ale to nie było ważne. Liczył się otrzeźwiający ból, potwierdzenie jej zrozumienia sprzed krótkiej chwili. Dlatego nie broniła się wcale, w głębi duszy patologicznie wdzięczna za przerwanie maratonu milczenia i obojętności. Teraz wiedziała, że się liczy i ta świadomość nakręcała ją tak samo jak masochistyczne fale bólu, nie wyrywające jednak z jej zaciśniętych ust jęków bólu. Była wytrzymała, wzięła tylko histeryczny, głęboki oddech kiedy przestał i wyprostowała się chwiejnie, zdolna tylko do odgarnięcia włosów z twarzy…i zamachnięcia się z całej siły. Coś pomiędzy spoliczkowaniem a złamaniem jego nosa wątłą piąstką; do którego oczywiście nie doszło, znów poczuła stalowy chwyt na nadgarstku, ale zanim zdążył złamać jej rękę albo wręcz wyrwać ją z jej ciała przysunęła się do niego gwałtownie, ignorując ból żeber.
I instynkt ucieczki; powinna nienawidzić go mocniej niż pożądać, ale te dwa uczucia pod wpływem jego uderzeniem nieznośnie się zapętliły i nie potrafiła ich już rozdzielić, całując go od razu w usta, mocno, namiętnie, łapczywie, wręcz wgryzając się pomiędzy jego wargi i przesuwając językiem po ostrych zębach, wielokrotnie raniących jej skórę. Wyraźne wspomnienia, wypalające jej blizny na plecach i w psychice, nakręcające zupełnie i sprawiające, że cała drżała z najwyższych emocji, próbując ustać na chwiejnych nogach, cały czas pogłębiając gwałtowne i zmysłowe pocałunki, z jedną ręką niewygodnie wygiętą w jego uścisku i promieniującym bólem żeber.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Maj 10, 2014 3:51 pm

ekhm +18

Wypełnianie planów przychodziło Gerardowi z dziecięcą łatwością, zupełnie jakby był zaprogramowanym robotem, który doskonale zdawał sobie sprawę z obowiązków, które spoczywały na jego silnych barkach. Czasami, kiedy jego własne ego wyolbrzymiało obraz świata przedstawionego w Panem; czuł się tak jak gigant, który dźwiga całą kulę ziemską i tylko od niego zależy, czy wszystko, co go otacza, stanie na głowie. W innym wypadku, ograniczał swój horyzont do rodziny, którą budował z trudem, by potem malowniczo ją niszczyć, – kawałek po kawałeczku – wyplątując z niej elementy, które przestały go intrygować. Misterne budowanie zamków na piasku dla ukochanej księżniczki było przedsięwzięciem, które zaprzątało mu głowę od jej powrotu z brudnej celi, gdzie postanowił zabawić się o raz za dużo, niszcząc jej zaufanie i roztrzaskując w drobny mak tęsknotę, która pulsowała między jej udami. Gerard był przecież świadomy tego, że to wielkie, chemiczne uczucie i fizyczne spięcie neuronów, które niemal siłą grawitacji przyciągało ich do siebie było pragnieniem i głodem dwóch ciał, idealnie współgrających ze sobą. Zupełnie jakby pasowali do siebie na przekór naturze i coś, co zwykle w biologii było nastawione na idealną obojętność; w tym wypadku spajało ich doskonale – cud w wydaniu genetyczno-socjologicznym, zagadka, która frapowała umysł Ginsberga od chwili, kiedy Maisie stała się wolną kobietą.
Pozornie przecież odrzucił ją z łatwością i nie raziło to nikomu w oczy; intryga została uszyta tak grubymi nićmi, że nawet sama zainteresowana wpadła w jej sidła, nie zachowując podstawowych zasad ostrożności. Mogła przypuszczać, że nie umiałby zostawić ją tak bez słowa, łamiąc wcześniej jej kręgosłup moralny i tworząc ją na nowo. Nie wiedziała jednak o jednym szczególe, który wwiercał się w umysł Gerarda także w tej chwili – to on tchnął w nią swoje życie, była jego nieskończonym dziełem już wtedy, gdy pojawiła się na progu jego domu, wystraszona. Wtedy nie wzbudziła jego sympatii; nigdy wcześniej nie był tak rozczarowany tym, co wyszło spod jego palców, rozrywających bluzkę świętej pamięci dziwki, która oddała mu się z łatwością. Oswojenie przyszło z czasem, potrafił podać dokładną datę narodzin Maisie na nowo według jego świętej Ewangelii i Dekalogu, który złamała bez mrugnięcia okiem. Nieistotne, wciąż była jego małą dziewczynką i tak, nawet teraz, kiedy czuł promieniujące między nimi pożądanie, czuł się w stu procentach jej ojcem, który poznaje ją całkowicie i wodzi na pokuszenie, obserwując z satysfakcją, jak nieświadomie (a może już wiedziała?) przegrywa według jego zasad w tej najstarszej grze świata.
Mógłby przyklasnąć jej, bo udało się go zaskoczyć, co było dość niemożliwe po pięciu niemal dekadach kupczenia wartościami, ale najwyraźniej jednak coś w Maisie było z tego lepszego rodzica, trzymającego ją w uścisku i niezezwalającego na wytarcie śliny, która spływała po niej powoli.
Uniósł brwi, kiedy wspomniała o jego marzeniu i cudzie na miarę pierwszego przemienienia wody w wino, – gdyby piekło istniało, to rozwarło pod nim swoje bramy właśnie w tej chwili – Maisie powinna wiedzieć, że Gerard nie miewał pragnień, bo te kojarzyły mu się ze słabością, która była dostępna tylko dla ludzi, którzy przejawiali tylko jakieś uczucia. Jedyną słabą stroną Ginsberga była ona sama, znajdująca się pod jego władzą i batem, więc mógł roześmiać się jej w twarz.
- To BĘDZIE moja sperma – dodał między perfekcyjnymi ciosami. Zawsze starał się niszczyć ją metodycznie, tak, by była przytomna na kolejne spazmy bólu i na możliwość odpowiedzenia mu. Był pragmatykiem; nikomu nie podobały się bezwolne ofiary, które nadstawiały policzek, nie tego zresztą ją uczył i był szalenie jej wdzięczny za próbę zamachu, która jednak otwierała kolejne czeluście piekielne przed nią. Zabójstwo krewnego było odznaczone przekleństwem, ojcobójstwo było najgorszą zbrodnią, więc podniesienie ręki mogło zakończyć się… cóż, wyrwaniem jej z ramienia i choć nie szczędził nakładów na nią, przypuszczał, że tym razem okazałby się na tyle skąpy, że zostałaby kaleką do końca życia.
Zanim jednak zdołał wypełnić swój diabelski plan, poczuł jej usta na swoich i to nie była z całą pewnością najbardziej romantyczna scena w ich głębokim pożyciu, ale przycisnął ją do siebie tak jakby robili to po raz pierwszy, przesuwając palcami po jej obolałych żebrach i zbierając każdy jęk bólu razem z jej przyśpieszonym oddechem. Nawet całowanie się z nią przypominało walkę, zagryzał jej wargi i wysysał z nich krew, czując jak metalicznie smakuje i jak bardzo nienawidzą się nawzajem w tym pojedynku języków, rozmawiając ze sobą nareszcie szczerze i nie używając do tego słów.
Było mu mało, nigdy nie był zwolennikiem czułości, nawet tak namiętnej i zwycięskiej, więc popchnął ją przed sobą na kolana, rozpinając rozporek i nie wypuszczając z opiekuńczych rąk, które nakazywały jej zająć się nim natychmiast, wyssać cały niepokój i nienawiść, skierowaną w jej stronę, zupełnie tak jak robił to przed chwilą, kiedy wbijał się w jej usta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Maj 10, 2014 4:32 pm

Ktoś postronny mógłby uznać ją za skończoną wariatkę, za osobę, która postradała zmysły i stała się całkowicie niepoczytalna. Tak się przecież zachowywała; mając przed sobą otwartą drogę do szczęśliwego, samodzielnego i w końcu wolnego życia wybierała ścieżkę powrotną, prosto w ramiona kochającego opiekuna. Który faktycznie ubezwłasnowolnił ją w każdym możliwym aspekcie, począwszy od psychicznego, przez cielesny, na prawnym skończywszy. Nie zdawała sobie sprawy wyłącznie z tego ostatniego, naiwnie przekonana o łasce swojego przybranego ojca, dającego jej szansę.
Odrzuconą przez Maisie od razu; na pewno o tym wiedział, ofiarując jej wolność i tylko czekając na jej przebłagalny powrót na kolanach. Dość długi, trzymała się przecież moralnego pionu ponad dwa miesiące, dystansując się, pracując i próbując wyczyścić niegodne myśli i instynkty ciała. Wyposzczonego, czekającego tylko na jego ręce, niezależnie od tego, czy doprowadzały ją do orgazmu czy sprawiały, że zwijała się z bólu. Te dwa bodźce zlewały się jej w jedno, doskonale odmalowując barwy ich relacji. Chorej, wyklętej przez każdą religię, chociaż przecież z punktu widzenia racjonalnej Mai nie robili nic złego.
Gerard nie był jej ojcem; podskórnie to wiedziała, w najgorszych chwilach fakt, że jest zupełnie obcym mężczyzną przynosił jej niewiarygodną ulgę. Tym łatwiej było jej wcielać się w rolę usłużnej córki. Gra aktorska; w tym była naprawdę dobra, nakładając na nogi białe podkolanówki i zaplatając włosy w warkocze, koniecznie związane czerwoną wstążką. Diabeł tkwił w szczegółach i w tym całym pożądaniu jednocześnie. Szamotała się więc pomiędzy detalami i chorym pragnieniem, nie mogą znaleźć spokoju nigdzie poza jego ramionami. Kiedyś nienawidziła tego uczucia aż do myśli, później została subtelnie zmuszona do pokochania go i teraz cierpiała na głodzie jego bliskości, odwzajemniając wygłodniałe pocałunki z całej siły, nie odrywając swoich spierzchniętych ust od ust Gerarda, rozgryzającego jej skórę. Czuła krew, spływającą jej po wargach i osiadającą smakiem żelaza na języku, ale nie przeszkadzało jej to zupełnie. Była nakręcona, w końcu na swoim miejscu; chciała jednocześnie wrzeszczeć ze szczęścia i z upodlenia, ale ta zdrowa, racjonalna Maisie nie miała żadnej siły głosu. Zaszczuta i zamknięta gdzieś głęboko znów została zepchnięta do podświadomości. Razem z wszystkimi dobrymi uczuciami, z niepokojem o Charliego, którego zupełnie wyczyściła ze swojego umysłu, wślizgując się w rolę wyuczoną latami kar i nagród.
Nie myślała już o niczym, czuła tylko ból dotykanych żeber i jego język w swoich ustach; nie poddawała się mu jak niewinna dziewczynka, tamte czasy już minęły i dotrzymywała mu kroku w tej namiętnej przepychance, marząc o tym, by przesuwał swoimi wilgotnymi ustami pod jej bielizną, całkowicie w tej chwili przemoczoną i wrzynająca się czarnymi koronkami w jej rozpalone ciało. Kolejny silny bodziec, przez który w końcu jęknęła głucho w jego usta, wyswobadzając jedną dłoń z jego uścisku i wsuwając palce w jego długie, miękkie włosy. Chciała go za nie przyciągać pomiędzy swoje uda i…i cudowna bańka jakże żywych wyobrażeń pękła w chwili, w której popchnął ją na kolana. Gwałtownie, brutalnie, sekundę temu sugestywnie ssała jego język a teraz tłukła kolana (dywan jednak nie amortyzował takich upadków), próbując wziąć głęboki oddech bez bólu żeber. Nie sprawdzała jednak czy są złamane, na to nie miała ani chęci ani czasu, bo została wręcz oczarowana dźwiękiem rozpinanego rozporka.
Odruch, instynkt, wyuczone zachowanie; zesztywniała całkowicie przed nim na kolanach, wpatrując się w jego erekcję jak zahipnotyzowana, na razie walcząc z naciskiem dłoni na swoim karku. Nie buntowniczo, po prostu przez kilka sekund czuła się wręcz rozkochana w jego ciele, w bliskości, jaką miał jej zaserwować. Nienawidziła tego rodzaju zbliżenia, potem je pokochała, niecierpliwie oczekując kolejnego razu. Pierwszego, po ponad trzech latach, nic dziwnego, że czuła się nieprzytomnie nakręcona i dosłownie drżała z podniecenia, ocierając się o jego penisa policzkiem. Powoli, zmysłowo, nie rzucając żadnych spojrzeń w górę, jakby liczyła się wyłącznie czysta fizyczność, za którą tęskniła do bólu wszystkich mięśni, nieznośnie napiętych i gorących.
Słabiej jednak niż jej usta, które w końcu przesunęły się po jego pulsującej erekcji nieznośnie delikatnie, znacząc na jego skórze wilgotną ścieżkę. Którą zaraz oblizała, pieszcząc go na razie samym językiem w niezwykle powolnym tempie; wiedziała, że doprowadza go to do szału; sama chciałaby wsunąć go sobie już w usta i smakować – tęskniła za każdym bodźcem płynącym z tego typu kontaktu – ale resztkami przytomności dawkowała sobie mu całą drżącą przyjemność. Nie szczędząc jednak jej sobie; wyswobodzoną dłoń wsunęła za materiał podwiniętej spódnicy i całkowicie przekręconej bielizny, po czym zaczęła się powoli dotykać, nie przestając oblizywać go nieznośnie powoli i dokładnie, z półprzymkniętymi oczami zadowolonej kotki.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Maj 10, 2014 4:46 pm

Wiedział, że jest mu przeznaczona i nie miał na myśli już chorej tęsknoty ciała, którego potrzeby mógł zaspokajać z każdą (każdym?) ani racjonalnego związku z odpowiednio ustawioną panienką z dobrego domu, buntującą się przeciw władzy matki i mogącą pewnego dnia zawojować z nim świat, jeśli wcześniej jedno z nich nie wykończy drugiego. Tu chodziło o coś innego; o przyciąganie, które nie było już zależne od lat (minęły już naprawdę trzy?), religii (nie dlatego pożegnali te relikty przeszłości w Panem?), tradycji czy opinii kogokolwiek postronnego, jeśli oczywiście ktoś miał szansę się dowiedzieć. Nie mógł jej nie mieć i chyba powinien właśnie sobie gratulować, skoro przyszła do niego sama; całując go, kiedy ledwo stała na nogach z bólu i przerażenia, ale Ginsberg nie był osobą, która wieszczyła przedwczesne zwycięstwo. Wolał upajać się bardziej namacalnymi bodźcami niż uzależnienie, które wyczuwał nawet wtedy, gdy łamał jej wiotkie kości i przegryzał delikatną skórę jej ust. I znowu te śmieszne pragnienia – by wyssać z niej krew do reszty, by tak zasuszona nie odeszła nigdy; by znowu przywiązać ją za ręce do drzewa i pokazywać w ten prymitywny sposób metody rozprawienia się z poganami na ziemiach podbijanych przez konkwistadorów. Przecież była jego małą córeczką – robił jej fryzury, ścierał pierwszą, miesięczną krew, która płynęła po jej udach, pieprzył ją w każdej pozycji, nie przejmując się jej obtarciami, wreszcie zabijał bez mrugnięcia okiem człowieka, który ją tknął, zabierając ją na grzebanie zwłok tak jak inni tatusiowie szli ze swoimi dziewczynkami na piknik – chciał jej dobra i chciał tego dobra histerycznie, zachowując w każdej sprawie ostatnie zdanie.
Teraz też była cała jego, kiedy niemal sterował jej oddechem poprzez naciskanie na obolałe żebra i obiecując sobie, że jutro owinie ją dokładnie bandażem (musiała wydobrzeć, jeśli mieli bawić się dalej). Całował ją przecież dalej obiecująco, traktując to zdarzenie jako urokliwy prolog, nie epilog, po którym wskażę jej drzwi i każe raz na zawsze opuścić jego mieszkanie. Była na niego skazana, była jego uzależnieniem, więc zachowywał się jak każdy narkoman, który chowa głęboko do szuflady swoją porcję i nie dzieli się nią z nikim. To było dość kiczowate porównanie, zwłaszcza jak na człowieka w jego wieku, ale Gerard wiedział, że to dzięki niej oddycha i choć nie myślał o niej w ciągu tych trzech lat wcale – Maisie była przeklęta – to była na koniuszku jego języka każdego dnia, kiedy wpychał go do innego gardła, zdzierając je równie boleśnie jak jej kolana, kiedy wreszcie się rozłączyli i upadła, by wreszcie zająć należne jej miejsce.
To było może podłe i do reszty szowinistyczne, ale Mai wiedziała, że jest jedyną kobietą, którą szanuje jej ojciec i dlatego pozwala jej na zabawę nim zamiast udławić ją całym sobą od razu. Nie musiał, oparł się o ścianę, skupiając tylko na ruchach języka, który do niedawna był jeszcze w jego ustach, a teraz pieścił go tak, że był w stanie uznać, że w tej jedynej dziedzinie kobiety są lepsze od mężczyzn. Przynajmniej jedna kobieta – jego córka stworzona do roli dziwki idealnej, z której korzystał trochę niecierpliwie, zaplątując się palcami w jej długich włosach (wolał te z Jedenastki) i ciągnąc ją do siebie. Kaprys wiecznego chłopca, który zagryzał wargi, żeby nie krzyczeć i unosił jej ręce do góry wolną dłonią. Wolał ją niezaspokojoną, skupioną na nim, dostającą szału z czysto oślepiającego pożądania, które zawsze było tak rozkoszne dla ich seksu. Nie myślała chyba, że tylko w ten sposób odkupi swoje winy; Ginsberg miał w swoim arsenale jeszcze wiele kar, o których pewnie nie chciałaby słyszeć, skupiona na ulubionej czynności (zauważył radość jej w oczach), którą pogłębił, wsuwając się jej głęboko do gardła i szarpiąc jej włosy, by nie dać się zawładnąć tej ekstremalnej przyjemności, która właśnie stała się nie do zniesienia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Maj 10, 2014 5:16 pm

Sprowadzenie na kolana nie było już uwłaczające. Przywykła do takiego a nawet gorszego traktowania; pamiętała ich zabawy, w których czuła się jak centrum wszechświata, pożądana i kochana coraz bardziej z każdym mocniejszym uderzeniem czy bardziej wyrafinowaną torturą, nakręcającą ją do głośnych reakcji. W ciągu kilkunastu lat udało się jej przejść przez wszystkie fazy płci pięknej; od nienawiści do seksu, przez zupełną obojętność (z tym, że w głowie miała nie przepis na ciasto a plan morderstwa na swoim gwałcicielu), na całkowitym uzależnieniu kończąc. Wszystko sprowokowane rękami jednego mężczyzny, obecnego przy każdym ważnym etapie jej życia. Nie uczył jej co prawda chodzić i mówić, ale stworzył ważną część jej osobowości. Zależną wyłącznie od niego; nie potrafiła patrzeć na żadnego innego mężczyznę w ten sposób. Byli dla niej głupi, nieciekawi albo po prostu obrzydliwi w swojej tępej agresji. Sądziła – pewnie słusznie – że nikt nie sprawiałby jej takiej przyjemności i nie zagarniał jej do siebie w ten ukochany i znienawidzony sposób.
Przez który zapominała o wszystkim; jego bliskość działała lepiej niż alkohol i narkotyki. Była w stanie oddać za tą krótką chwilę wszystkie swoje żebra i jedynego najdroższego przyjaciela; Charlie mógł teraz wisieć w więzieniu albo nie żyć; nie wzruszyłoby to jej wcale. Cała opętana drżącym podnieceniem podkręcała wszystkie zmysły do maksymalnego poziomu, wyciszając problemy zbędne. I nieistotne z punktu widzenia nadchodzącego orgazmu.
Wystarczyło kilka ruchów palców przy jednoczesnym oblizywaniu jego erekcji, żeby zadrżała z niecierpliwości i…i zanim zdążyła przekroczyć histerycznie wyczekiwaną granicę poczuła szarpnięcie. Zdecydowane, unieruchamiające jej dłonie nad głową. Mocne palce zaciskały się na jej nadgarstkach i jęknęła głośno, z wyraźnym zawodem, odsuwając się całkowicie od jego penisa i w końcu patrząc w górę. Gniewnie, wściekle i jednocześnie poddańczo, wyczuwając jeszcze intensywniejsze napięcie.
Osiągające apogeum kiedy szarpnął ją za włosy – znów prawie jęknęła, ten gest budził tak wiele rozkosznych wspomnień – przyciągając do swojego ciała gwałtownie. Poczuła go w końcu dokładnie, wypełniał cale jej usta, ocierając się o spuchnięte wargi i w końcu wsuwając się zdecydowanie do gardła.
Gdyby nie klęczała, ugięłyby się pod nią nogi; gdyby nie miała zajętych ust pewnie jęknęłaby jak typowa aktorka filmów pornograficznych, którymi częstował ją jeszcze przed osiągnięciem pełnoletniości. Chyba te trzy lata abstynencji nie miały znaczenia, przynajmniej pod względem wyuczonego doskonale dziwkarstwa Maisie, bo byłaby w stanie dojść przez samo pieszczenie jedynego mężczyzny jej życia. Nie myślała o nim jak o ojcu, był po prostu jej kochankiem i właścicielem, przysuwającym ją za włosy jeszcze bliżej i torującym sobie drogę do jej gardła. Okropne, upadlające i mdlące uczucie; jej ciało odzwyczaiło się od tego typu aktywności i buntowało się od razu, ale nie mogła zwiększyć dystansu rękami. Szarpnęła się więc odruchowo, sprawiając mu pewnie jeszcze większą przyjemność i próbując zapanować nad paniką. Dobrze pamiętała pierwsze razy (kilka? Kilkaset?), kiedy wymiotowała i miała wrażenie, że umiera. Teraz przez pierwsze sekundy czuła się podobnie, ale zamiast wpaść w histerię…przysunęła się po prostu jeszcze bardziej, dotykając wręcz ustami jego podbrzusza. Masochizm idealny, czuła coraz mocniejsze dreszcze wzdłuż kręgosłupa, pulsującą erekcję głęboko w gardle i każdą żyłkę na jego wzwiedzionym penisie. Łzy nabiegły jej od razu do oczu, ślina – tym razem własna – ściekała po brodzie, ale nie przerywała pieszczot. Umiejętnych pomimo upływu czasu, który nagle nic nie znaczył. Równie dobrze mogłaby znowu mieć osiemnaście lat i zaspokajać go klęcząc na kamiennej podłodze ich małego domu, patrząc mu poddańczo w oczy.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Maj 10, 2014 5:42 pm

Myślał wielokrotnie o niebie. Jako antropolog z zamiłowania musiał w pewnym momencie swojej kariery naukowej skupić się nad tym zagadnieniem, choć bardziej przyciągało go to co mroczne i bardziej nieodkryte. Mimo tego uwielbiał szukać w różnych kulturach tego miejsca wiecznej szczęśliwości (nudy?), na którą i tak nie miał szans zasłużyć, łamiąc z premedytacją każde z przykazań dekalogu. Robił, więc usilnie wszystko, by zbudować sobie niebo na ziemi, dbając o to, by przebić wszystkie religie świata i w ten śmieszny sposób wykazać ich irracjonalność, która niejednokrotnie doprowadzała go do szału. 
Tak też się stało, kiedy poczuł język Maisie na sobie i przez sekundy czuł się wrzucony w zupełnie inną przestrzeń, wolną od jakichkolwiek myśli, które zazwyczaj rozsadzały mu czaszkę. Po raz pierwszy od dawna nie pragnął do szaleństwa jej śmierci; samo puszczenie go mogłaby doprowadzić do tego, że uderzy jej skronią o próg ich jakże gościnnego mieszkania, które zamykali przed intruzami, mogącymi nie zrozumieć ich relacji – przeniesionej na wyższy, irracjonalny poziom, w którym do szaleństwa doprowadzała go myśl, że jest z nią związany każdą tkanką swojego ciała i za chwilę wypełni ją sobą, będąc już jej stwórcą i kreatorem. 
Był przekonany, że jej matka nie wzbudzała u niego takich emocji; to było zarezerwowane tylko dla tej jednej przeklętej więzi, która osłabiała go na tyle, że dał się jej wyrwać i spojrzeć na niego z wyrzutem – nie zamierzał pozwalać jej na samogwałt, to było niezgodne z jego przekonaniami – zanim była dla niego wszystkim i na te kilka magicznych minut mogła zrobić z nim wszystko, kiedy pustoszył jej gardło, wsuwając się głęboko, ale i z dużą wprawą – nie chciał przecież pozbawić tchu kogoś, kto zaprowadzał go za rękę do krainy pełnej szczęśliwości. 
W której Ginsberg był jednym wielkim pożądaniem, pragnieniem i wreszcie spełnieniem, kończąc obficie w jej gardle i nie dając się odsunąć nawet o milimetr. Mogła teraz udusić się w jego opiekuńczych, ojcowskich ramionach – obecnie nie liczyło się nic, tylko to, że wreszcie znowu byli razem i ocierał kpiąco łzy, które płynęły jej po policzku razem z upokorzeniem, które przecież uwielbiała. 
Był jej ojcem, znał ją najlepiej i dawał jej wszystko, co najlepsze, czyli samego siebie, nie dbając teraz o podnoszenie jej z kolan, kiedy przesuwał palcami po jej twarzy z wyrazem największego, świętego spokoju. Zawsze taki przychodził po burzy; ta kosztowała ją dwa żebra, siniaki, obtarcia i zdarte gardło, które po raz kolejny przynosiło mu przewagę. Uśmiechał się wyrozumiale, całując ją w czoło, był przecież jej ojcem, nieważne, że właśnie wymienili kolejny pakiet materiału genetycznego. 
 - Idź spać, Mai – zwrócił się do niej prawie czule, gdyby nie ten błysk w oku, kiedy złapał ją za zsiniałe nadgarstki i palcami badał zsiniałe, chude ciało, po którym wreszcie przejechał językiem, wyznaczając nową ścieżkę… rozkoszy, cierpienia? Wszystko naraz, podniósł wzrok na nią, obiecując jej za pomocą tego jednego spojrzenia wszystko, czego się obawiała w najgorszych snach i o co jednocześnie prosiła bogów, których przecież nie miała poza jednym, wyganiającym ją do snu ze swoim smakiem na ustach bez pożegnalnego pocałunku. 
Dobrze wiedziała, że to dopiero początek i miał nadzieję, że okaże się godna takiego traktowania.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Maj 30, 2014 12:07 pm

zaginamy czasoprzestrzeń, po jakimś ślubie w Panem

+18

Celebrowanie nakładania na siebie złotych kajdanek kojarzyło się Gerardowi z największym barbarzyństwem i to nie w tym ukochanym przez niego znaczeniu. Nie widział niczego, co mogłoby zaintrygować go w samej ceremonii. Był święcie przekonany, że gdyby jeszcze takie imprezy odbywały się z tradycyjnymi pokładzinami i zdzieraniem szat z panny młodej, to jeszcze mógłby chadzać na nie z prawdziwą przyjemnością. Również krwawe rytuały godowe to byłoby coś, co zaspokoiłoby jego nienasycony apetyt, ale śluby w Panem były śmiertelnie nudną szopką, w której Ginsberg czuł się jak wyskakujący z pudełka klaun, diabeł, który grozi widłami; ewentualnie (to określenie najbardziej przypadło mu do gustu) deus-ex-machina, który kończy przyjęciem dobitnym tupnięciem wojskowych butów .
Ślub jego byłego już najlepszego przyjaciela (nie szanował głupców) napawał go obrzydzeniem, najwyraźniej Jacob dołączył do grona wielkich przegranych, a Ginsberg mógł tylko szastać obietnicami szybkiej i bolesnej zemsty na pannie młodej.
Tymczasem pożegnał wszystkich po angielsku, udając się na spacer w świetle księżyca i zakładając rękawiczki w drodze do domu.
Romantycznie, nawet jeśli układał własne plany oblężnicze, pozostawiając za złoconymi drzwiami Sali weselnej wszystko to, co pewnie niejednemu gościu spędzało sen z powiek. Cóż, był senny, rozkojarzony i jak zawsze zwrócony ku przyszłości; nie szanował pamiątek, jeśli nie miały paręset lat, wcześniejsze napawały go obrzydzeniem. Pewnie dlatego nie umiał zareagować odpowiednio na przyjaciół z rządu i ich(swoje) kochanki, plączące się pod nogami. Nijak się to miało do kapitolińskich przyjęć, gdzie krew płynęła jak szampan, a o świcie zaczynali się bawić w prawdziwe zabijanie, ale nie mógł winić za to organizatorów. Czytał niejednokrotnie, że zakochani tracą część mózgu (tu nie tylko ten narząd ucierpiał) i musiał się z tym zgodzić, będąc jednak osobą, która ową wiedzę czerpie z teorii. Samobójstwo dla wartkiego umysłu Ginsberga, który musiał wypróbować wszystko na…cudzej skórze, koniecznie z nieodwracalnymi urazami i bliznami, które będą znaczyć nadgarstki jak bransoletki. Nie myślał o Maisie, powracając do domu po długiej nieobecności. Wiedział, że na niego czeka, że przyglądała się mu – odbicie lustra, które odnajdywał w jej dzikich oczach – ale nie zamierzał jej przepraszać czy tym bardziej się usprawiedliwiać. Skanował kartę magnetyczną od jego (jeszcze nie ich) mieszkania i był przekonany, że pewnego dnia przyjdzie na kolanach błagać go o litość, niosąc w zębach własną smycz. Była posłuszna, nie pamiętał, czy z Azazelem doszedł niegdyś do takiego stopnia zażyłości jak z własną córką, gotową wić się przed nim na kolanach i całować podeszwy butów, które dudniły, kiedy własnym ruchem włączał oświetlenie. Nienawidził współczesnej techniki, zdawała się mu lekko przesadzona i paranoiczna, a przecież jeśli ktoś nie spał tej nocy w Panem (i nie wracał z wesela), to robił to z powodu tego człowieka, nadal w garniturze i ze związanymi włosami, tak bardzo elegancki, że nikomu nie przyszłoby do głowy, że ma krew na rękach.
A na pewno nie jej, natknął się przypadkiem na jej ciało, złożone w ofierze na wielkim, wygodnym łóżku. Pewnie inni uśmiechnęliby się tkliwie na ten widok – słodka dziewczynka, która zasypia w łożu ojca z tęsknoty, ale Gerard już miał dość wzruszeń na dzisiejszy wieczór i na całą wieczność, więc przystanął w progu, zastanawiając się, czy to już wystarczająco upokarzające. Nie do końca, wolałaby zobaczyć ją nago pod sobą z własnej woli, ale nie był aż tak okrutny – bardziej kochającego rodzica ze świecą szukać, – więc zamiast zanieść ją do siebie i skazać na wieczne wygnanie z Domu Ojca (i w jeszcze większym bólu będziesz rodzić mu dzieci, pamiętał dokładnie) zdjął marynarkę i poluzował krawat (jeszcze się im przyda), sięgając bezszelestnie do szuflady biurka.
Prezent na specjalne okazje. Pamiętał, że szukał ich długo. Dopiero na targu, gdzieś w KOLC-u odkrył, że jego dawne skarby (a przynajmniej część) została oddana biedocie, zarabiającej na chleb. Marnie na tym wychodziła – żaden Rebeliant czy dawniej wyuzdany Kapitolińczyk nie miał czasu na takie zabawy, nie ze śmiercionośnie wbijającymi się kolcami, które przypominały raczej narzędzie tortur, a nie kajdanki, którymi można było zdominować każdego. Boleśnie, pamiętał szybkość, z jaką osiadała rosa krwi na nadgarstkach i pamiętał te wijące się ciała, które potem posiadał w najbardziej prymitywny i rozkoszny sposób.
To dziwne, ale właśnie teraz czuł rozczulenie, trzymając w ręku ten skarb i przesuwając po nim palcami jakby jeszcze mógł zardzewieć i stracić na terminie ważności. Niedoczekanie, nadal zaciskał się z łatwością i przewrócenie jego Śpiącej Królewny było prologiem doskonałego wydarzenia. Złapał jej ręce, obdarzył kolejnymi siniakami (tym razem do kości) i przewrócił znowu na plecy, wyginając ją w ramach pobudki idealnej. Przecież rozbierał ją już całkiem delikatnie, nie przejmując się, że niszczy drogocenny materiał i sam nadal jest w koszuli i krawacie, który i tak prędzej czy później zawiśnie na jej szyi. Dla niego zabawa właśnie się rozpoczynała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Maj 30, 2014 4:35 pm

Maisie szybko przyzwyczaiła się do kapitolińskiej rutyny. Zmiana otoczenia przychodziła jej z łatwością: nie dlatego, że była osobą o szerokich horyzontach i ciekawą nowości; raczej przez wrodzoną bierność i obojętność wobec rzeczy, na które nie miała wpływu. Odkąd pamiętała była przestawiana z miejsca na miejsce. Najpierw przeprowadzka z zapomnianego, brudnego dystryktu do Kapitolu, potem ucieczka w nieznane, granica Jedenastki, dom na odludziu i…kolejna wędrówka do Ziemi Obiecanej, którą znów opuściła. Niby na własną rękę, niby samotnie, ale gnał ją produktywny strach, nakręcany przez kogoś, kto znowu stawał na jej drodze, wprowadzając ją do złotej klatki.
Już nie za włosy, nie zaciskając obrożę na szyi. Manipulacja doskonała, na wyższym poziomie: przecież sama wczołgała się w jego ramiona, pozwalając mu zatrzasnąć za sobą drzwi. Doskonale o tym wiedziała, ale przeraźliwy, wręcz zwierzęcy strach, z którym próbowała się pogodzić jeszcze w murach więzienia, kiedy perspektywa ponownego uwięzienia dławiła ją podczas każdej godziny oczekiwania, gdzieś znikł. Najpierw subtelnie wybarwiony przez jego wręcz czułe zachowanie, potem chirurgicznie odseparowany przez obojętność, dająca złudne poczucie bezpieczeństwa. Finałem było pomachanie przed oczami perspektywą wolności zupełnej i…chyba to ostatnie połamało ją wewnętrznie zupełnie, popychając ją w stronę rzeczy, których normalnie nie robiła.
Nie miała kiedy, nie miała gdzie i…została wychowana w zupełnie innej rzeczywistości. Praca wydawała się jej bezsensowna i niezrozumiała. Wykonywała ją nieudolnie i mechanicznie, sprowadzając na siebie posępny gniew Mervina, ale nie przejmowała się tym w ogóle, bunkrując się za swoim wielkim biurkiem sekretarki i czytając całymi dniami książki wykradzione z domowej biblioteki. Myślami będąc – jak zawsze – daleko w wyobraźni albo dość uwłaczająco blisko, przy Charliem, zamkniętym w więzieniu. Mogłaby uważać się za dziwkę, za kogoś zupełnie chorego, kto klęka przed oprawcą i błaga go o więcej – mogłaby, ale to wszystko wydawało się jej w końcu normalne. Oralny przebłysk dawnych czasów, upadlających, potwornych i niezrozumiałych dla kogoś zdrowego. Maisie jednak nie znała innych wzorców, innej czułości, innych zachowań. Gubiła się w wielkim mieście, w przepełnionych barach, których znów unikała, w kontaktach z ludźmi, od których uciekała, zamiast prosić o pomoc. Nie myślała nawet o ewentualnej skardze, o powiadomieniu kogoś o tym, co robił jej przybrany ojciec. Panicznie bała się teraz świata zewnętrznego, zbyt głośnego, przeludnionego. Ten chaos jednocześnie ją fascynował, jednak wolała obserwować go zza szyb wielkiego, pustego apartamentu, po którym snuła się w kółko jak po więziennej celi, odmierzając krokami szerokość kolejnych, przestronnych pokoi.
Kilkadziesiąt w salonie, kilkanaście w łazience; miękki dywan, ciepły parkiet, przyjemnie chłodne marmurowe płyty. Powinna nienawidzić każdego metra kwadratowego swojej klatki, ale…przecież była otwarta, w każdej chwili mogła zniknąć za drzwiami i już nie wrócić. Była dość naiwnie przekonana o swoim stanie wolnym, o tym, że Gerard już by jej nie szukał. Nie wiedziała, czy ta pewność bardziej ją uszczęśliwia czy przeraża; nigdy nie bała się samotności, wychowano ją na osobę odciętą od świata, ale mocno uzależnioną od kogoś, kto o nią dbał. Nawet milcząca, obojętna obecność Gerarda gdzieś za ścianą pozwalała na uspokojenie. To nic, że po krótkim, intensywnym przebłysku dawnych czasów znów odsunęli się od siebie, jakby przestraszeni nagłym wyładowaniem. Obiecującym, przekreślonym przez jej prośbę o uwolnienie Charliego. Nie wspominała już o nim wcale, starając się wyciągnąć kolejną, starą już naukę: nie powinna nawiązywać żadnych zbędnych więzi. Wszyscy, z którymi łączyło ją coś więcej od zdawkowych przywitań, zawiśli na jabłoni albo szubienicach Kapitolu.
Gdy Gerard poinformował ją na samym początku ich nowej relacji , że Ralph nie żyje, nie poczuła nic. Nawet histeryczna nienawiść, którą pielęgnowała w sobie przez lata zdążyła się uspokoić. Teraz jednak, w jasnym od promieni zachodzącego słońca mieszkaniu, zaczęła o nim myśleć ponownie. Za dużo wolnego czasu; odkąd zawiązała Gerardowi krawat – jedyny bunt, na jaki mogła sobie pozwolić, patrząc mu nieco wyzywająco w oczy – nie mogła znaleźć sobie miejsca. Trochę czytała, przejrzała wszystkie szafki w kuchni, podlała kwiaty w oranżerii i…i dalej czuła się dziwnie pusta i samotna, samotnością przeszkadzającą i jednocześnie frustrującą. Względny spokój znalazła dopiero w jego sypialni; cichej, minimalistycznej, przesyconej jego zapachem świeżej ziemi, jakby wykopał gdzieś w szafie prywatny grób. Czytał jej o wampirach i innych stworzeniach; słodkie bajki na dobranoc, które mogła powtarzać sobie bez końca w głowie, kładąc się na równo zaścielonym prześcieradle i przymykając oczy.
Tylko na sekundę, która przeciągnęła się do minut, kwadransów, może nawet godzin? Czas znów przestawał mieć znaczenie i potrzebowała naprawdę dłuższej chwili, żeby zostać dobudzoną. Przez zły sen? Wszystko wokół było zamazane, tonąca w czerwonym świetle zachodzącego słońca sypialnia została zalana intensywnym światłem jarzeniówek – deja vu z przedpokoju, ponad tydzień temu? - i Maisie ledwie zdołała złapać pierwszy świadomy oddech, kiedy została przekręcona na poduszki. Miękkie, pachnące nim tak mocno, że prawie fizycznie czuła na sobie jego ręce. Czułe, pieszczotliwe, chyba pomyliły się jej koszmary, bo do rzeczywistości przywrócił ją dopiero trzask kajdanek.
Znajomy, wywołujący w nieprzytomnym mózgu ciąg skojarzeń, nakręcający ciało do obrony i nieskutecznej ucieczki. Której nawet nie próbowała, przekręcana znów jak bezwładna lalka. Taka przecież była, usta spuchnięte od snu, napuszone włosy, opadające jej na twarz i ciepłe, rozgrzane ciało z odciśniętym śladem zapięcia kołdry na odsłoniętym udzie. Małe szczegóły, niezauważalne dla niej samej: koncentrowała się wyłącznie na skórzanych rękawiczkach, przesuwających się po jej ciele. Dopiero później jej nieprzytomny wzrok zogniskował się na jego jasnej koszuli. Nigdy wcześniej nie widziała go w garniturze; pewnie dlatego po jego wyjściu czuła się tak rozedrgana; dopiero sen uspokoił i rozkojarzył ją na tyle, że nie odezwała się ani słowem, jeszcze zbyt rozespana, żeby czuć ból i żeby o cokolwiek pytać. Mogła tylko patrzeć prosto w jego oczy i powoli odczuwać rosnący dyskomfort. Psychiczny, fizyczny; Morfeusz zafundował jej znieczulenie chwilowe.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Maj 30, 2014 6:31 pm

Nie poświęcał jej za wiele czasu. Za wszelką cenę chciał pokazać jej, że minęły dni, kiedy stanowiła centrum jego świata, poświęcał się w Jedenastce jak tylko mógł, by uczynić z niej osobę, która radzi sobie z wyzwaniami na takim samym poziomie jak jej ukochany, brutalny ojciec i łudził się, że udało mu się zaszczepić w niej to znieczulenie i zaciśnięcie zębów na wszystko, co Kapitol miał jej do zaoferowania. Bezskutecznie, uciekła, kiedy tylko nadarzyła się okazja i to wydarzenie było kamieniem milowym ich relacji. O krok za daleko i o kilka słów, wypowiedzianych przez zaciśnięte zęby za dużo. Teraz trzeba było tylko szacować straty i właśnie to robił, ignorując ją popisowo po tej modlitwie na kolanach, kiedy znowu była cała jego. Wykorzystał ją, skalał, chciał myśleć, że znudziła mu się na dobre, a i tak śledził jej kroki, które czyniła na arenie Kapitolu tak nieporadnie, że miał ochotę (dosłownie) połamać jej nogi i nauczyć ją chodzić na nowo.
Jak na razie jednak, wielkodusznie okazywał jej zaufanie na kredyt, pozwalając jej przewrócić się samej i przybiec z płaczem do tatusia jak wtedy, kiedy z Ralphem kaleczyła swoje dziecięce kolanka. Pamiętał, że starszy brat zawsze stawał w jej obronie, a potem sam się za to biczował ku radości swojego ojca, spragnionego chleba i igrzysk, a nade wszystko efebów, którzy podawaliby mu siebie nago. Nowy Kapitol nie wyleczył go ani trochę z tej perwersji i bywały chwile, kiedy żałował, że nie ma mocy wskrzeszenia ze zmarłych i nie może obserwować swoich dzieci, ale wszystko się zmieniło i uświadamiał to sobie niemal z nostalgią, wypuszczając swój największy skarb do ludzi i pozwalając na pozorne decydowanie o sobie. Tylko on sam wiedział jak bardzo papierowa jest wolność, którą Maisie się upajała, nie bacząc na to w jak lepkie ręce wpada.
Była jeszcze bardziej jego, podległa, powracająca do domu o wyznaczonych porach, szykująca mu posiłki i zagarniająca z kobiecą satysfakcją to, co do niedawna należało do więźniów. Powinni być jej wdzięczni, wszak nie pieprzył już ich metodycznie przez siedem dni w tygodniu, wyprobowując tylko na nich kajdanki nowego kalibru, które potem zaciskał na ręce poszkodowanych z równą gracją, z jaką przyszło mu wcześniej wpychać je na chama do tych słodkich chłopców, którzy powinni być mu bliżsi niż ten śpiący szkielet na łóżku. Znał jednak siebie doskonale (czasem wydawało mu się, że jest skłonny się za to znienawidzić) i wiedział, że Maisie jako genetyczna spadkobierczyni jego osoby jest przedmiotem pożądania tak bardzo kolosalnego, że nic i nikt nie może się z nią równać. Pewnie dlatego był jeszcze bardziej brutalny i złowrogi w swoich rządach, pozostawiając czułość na rejony domowe.
Był przecież namiętnym kochankiem, który szarpnął ją tak, by przebudzona poczuła krew na swoich nadgarstkach i przestała wpatrywać się obojętnie w jego oczy. Pragnął poczuć jej złość, irytację i pragnął, by błagała go o to, co i tak zamierzał uczynić. Za jej zgodą albo niekoniecznie – mogło zmienić się wszystko, ale nadal był mężczyzną, który bierze to, co prawnie, biologicznie i fizycznie mu się należy.
Przejechał językiem po jej spierzchniętych wargach, odsuwając się tylko po to, by spojrzeć na jej chude nagie ciałko. Perwersja, która przyprawiła go o ostry zawrót głowy, sam był ubranym smakoszem, który właśnie unosił jej ręce obok talii, smakując pierwsze krople krwi.
- Chcę, żebyś powiedziała mi, co mam ci zrobić – wygłosił spokojnie, znała go na tyle, żeby wiedzieć, że kwestią czasu jest, kiedy posunie się za daleko, wkładając jej między uda stojak od wieszaka i obserwując jak cała zalewa się czerwoną cieczą, która sprawia, że nareszcie jest wilgotna. Nie był przecież narcyzem totalnym, chętnie nawilżał ją po swojemu, czekając i tak na to kardynalne tatusiu w jej ustach, które było wyrazem największej ekscytacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   

Powrót do góry Go down
 

Gerard i Maisie Ginsberg

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 9Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

 Similar topics

-
» Maisie Ginsberg
» Elsa Dimgast

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje-