IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Gerard i Maisie Ginsberg - Page 8

 

 Gerard i Maisie Ginsberg

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next
AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Gerard i Maisie Ginsberg   Pon Mar 17, 2014 1:10 pm

First topic message reminder :

salon:

kuchnia:

sypialnia:

łazienka:

oranżeria dla Maisie:

pokój Maisie:

biblioteka:


RESZTA W BUDOWIE.


Ostatnio zmieniony przez Gerard Ginsberg dnia Sob Maj 10, 2014 11:46 am, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pon Gru 08, 2014 9:32 pm

To wszystko było potworną projekcją jej chorego umysłu albo wyjątkowo nieprzyjemnym snem. Na pewno; nie istniała inna możliwość, Ralph nie mógł żyć – Gerard zostawiał za sobą tylko zgliszcza i popioły osób mu niepotrzebnych – nie mógł więc odwiedzać jej w mieszkaniu, nie mógł zaciskać dłoni na jej szyi i nie mógł jej dotykać. Po prostu nie; Maisie mogła wmówić sobie wiele rzeczy, mogła przekonać samą siebie do wmuszonego szczęścia, mogła nawet pokochać kogoś, kogo nienawidziła najbardziej na świecie, ale obecna sytuacja wymykała się wszelkim punktom kontrolnym, pozostawiając Ginsberg w stanie kompletnego niedowierzania.
I przesycenia emocjami, z jakimi nie mogła poradzić sobie na trzeźwo, a co dopiero w stanie naćpania strachem i hormonami zagrożonego organizmu. Do tej pory żyła pod kloszem, z trudem zmagając się z własnymi problemami, wykreowanymi przez podświadomość. Nie przywykła do bezpośredniego ataku, gdzieś zanikła jej perfekcyjna czujność z okresu nastoletniego i później- z Ziem Niczyich. Wtedy mogła uważać się za wojowniczkę, doskonale strzelającą z kuszy, wytrzymującą najtrudniejsze warunki i odnajdującą się w środku lasu bez wody i dachu nad głową. To jednak minęło, chyba Gerard zrozumiał swój błąd – dał jej do ręki narzędzie, wymierzone w końcu przeciwko niemu? – i teraz odseparowywał ją od niebezpieczeństw świata, pozwalając jej osiąść na laurach. I zapaść się w sobie. Teraz jej jedynym zadaniem było noszenie ciąży i spijała z ust Ginsberga całe krople kłamstw o tym, że robi to dla jej dobra. Miał rację, gdyby narzekała, okazałaby się niewdzięczna i podła. Zapewniał jej luksusowe warunki, spełniał zachcianki i wybaczał wiele, utrzymując ją w stanie letargu. I bezbronności: przed jego gniewem, ale też przed atakiem innych osób. Tego nie przewidziało żadne z nich i gdyby wierzyła w faktyczne, materialne istnienie Ralpha tuż przed sobą, pewnie czułaby coś w rodzaju zwierzęcego podziwu dla przedstawiciela tego samego gatunku. Oszukał strażnika, wymknął się z krat i oddychał pełną piersią na wolności. Maisie nie zamieniłaby jednak swojej wygodnej klatki na niepewność dzikiego świata – teraz była o tym przekonana. Gerard obdarzył ją dzieckiem i zarazem przywiązał nim ją do siebie już na zawsze. Nigdy nie rozpatrywała Regisa w kategorii sznura, ale – w przebłysku świadomości – zrozumiała przez chwilę motywację Ginsberga. Przez krótką, złudną chwilę, kiedy jej źrenice rozszerzały się i w końcu przestawała histerycznie szlochać, dając się mu pociągnąć za sobą. Brutalnie, prawie poślizgnęła się na płytkach i potknęła o próg garderoby, bezskutecznie próbując zdławić w sobie potworny ból. Zarówno fizyczny jak i psychiczny; nienawidziła świadomości, wolała wydrapać sobie oczy, niż próbować zrozumieć skalę cierpienia, jakie zadawał jej przez te wszystkie lata Gerard. Pewnie dlatego początkowo nie protestowała, przyciskając wolną dłoń do twarzy, jakby naprawdę odganiała od siebie prawdziwy obraz. Topiony we łzach, znów napływających do jej oczu. Czerwonych; wcale nie wyglądała pięknie, raczej jak ktoś idący na ścięcie i świadomy rychłego końca.
Poddałaby się od razu, ale nie mogła, nie była tutaj sama. Nie zwracała uwagi na to, że znajdują się w pomieszczeniu zamkniętym dotychczas na klucz, brudnym i ciemnym; nie rozglądała się też dookoła, odejmując palce od twarzy dopiero w momencie, w którym szarpnął ją mocniej i ponownie jej zagroził. Wpatrywała się w niego w półmroku, doskonale rozpoznając szaleństwo wypisane na jego obcej twarzy. Sztucznej, tylko oczy pozostawały te same, intensywnie niebieskie, wręcz nienaturalne.
Łzy dalej kapały po jej twarzy, tworząc swędzące, zaschnięte ścieżki, ale nie zakrywała się już przed jego wzrokiem, oddychając coraz płycej. To musiał być sen, tylko dlaczego nie budziła się przy coraz silniejszym nacisku jego palców na swojej skórze? Fantomowo znów czuła je na swojej szyi, ale nie szarpnęła się, zagryzając spierzchnięte wargi niemalże do krwi. Jakby zastanawiała się nad jego słowami albo jakby próbowała ukryć kompletny rozpad na części pierwsze.
Musiała tak zareagować; działanie wyprzedziło myśl i po prostu nachylała się do niego, przysuwając zakrwawione usta do jego. Blisko, czuła mdłości, ale wiedziała, że nie skłamałaby. Wyparcie Gerarda oznaczało coś gorszego od śmierci, była tego świadoma. Tak samo jak swojego palącego pragnienia ochronienia Regisa. Robiła dla niego wszystko także teraz, całując powoli Ralpha. Mógł czuć na języku jej krew i słone łzy; płakała cały czas, całując go i powoli dotykając jego dłoni ze scyzorykiem. Uspokajająco, przyjmowała przecież jego ofertę, wysuwając z już ciepłych palców ostrze i po omacku odrzucając je za siebie. Razem ze zdrowym rozsądkiem; wyuczony pocałunek miał być tylko ostatnią deską ratunku, a przerodził się on nagle w coś spazmatyczne i niewerbalne błaganie o pomoc. Nie mogła dłużej czuć jego warg na swoich; rozszlochała się na dobre, przenosząc twarz w zagłębienie jego szyi i…popychając go mocno do tyłu. Nie patrzyła gdzie, chciała uwolnić się od tego ciągnącego się koszmaru, od zapachu krwi i od świadomości. Czuła za dużo i pragnęła wyrwać sobie serce; pragnęła znów oddać się Gerardowi, który bólem wypalał jej przeszłość. Niszczył ją i była mu za to niesamowicie wdzięczna; bez kompletnego spalenia za sobą przeszłości nie potrafiłaby teraz się bronić i szeptać nienawidzę cię w ciągłej litanii, kiedy obserwowała krew broczącą z jego boku.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2541-henry-winston-ralph-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t2543-ginsberg-w-przebraniu#36440
http://panem.forumpl.net/t2544-henry-winston-ralph-ginsberg#36443
http://panem.forumpl.net/t2545-mary-z-przeszlosci#36444
http://panem.forumpl.net/t2546-henry-ego#36445
Wiek : 30 lat
Zawód : ścigany
Przy sobie : szkicownik, paczka papierosów
Obrażenia : rana na plecach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Gru 11, 2014 3:40 pm

Nie wiedział, czy opamiętanie przyszło razem z rozpogodzeniem – już nie padał deszcz i nie było szans na zmycie swoich grzechów – czy może zrozumiał je wraz ze świadomością, że Maisie nie już jest dzieckiem, które usiłuje się bronić za wszelką cenę. Wyrywając się z krat, które już dawno otaczały jej ciało, tworząc klatkę, w którą zamykała się sama. Nie chciał dopuścić do siebie myśli, że jest szczęśliwa, ale rozumiał, że tak właśnie jest. W ten najbardziej chory i odrażający sposób żyła szczęściem ludzi, którym przetrącono kręgosłup moralny, tworząc z nich nowe jednostki. Dla których nawet podstawowe wartości nie znaczyły nic. Mógłby szeptać jej do ucha baśnie o śpiącej księżniczce, którą była, ale nie przewidywał szczęśliwego – dla siebie – zakończenia. Była zamienioną w kamień istotą, którą próbował pobudzić, choć sam do niedawna jeszcze nie był chłopcem. Zabrakło wróżki? Raczej nadziei. Wiedział przecież, że nie nadaje się na nauczyciela życia, skoro to było dla niego nieznośną zagadką. Nie był człowiekiem, z którym mogłaby na nowo uczyć się chodzić po ścieżkach, gdzie ból nie był wyznacznikiem miłości.
On był tylko mężczyzną, który nadal kochał ją beznadziejnie, nie wymagając nawet wzajemności. Nie mógł się równać jemu, świetnemu jemu, którego przecież sam niegdyś podziwiał. To nie była ich historia, ktoś wywłaszczył od nich nawet te najprawdziwsze emocje i teraz szukając dla niej śmierci – a zawsze wydawało mu się, że zostawili ją w dusznej Jedenastce – tak naprawdę uciekał raz jeszcze, wiedząc, że nie stać ich na inny finał. Nie z ciężarną Maisie, która zrobiłaby wszystko, by chronić dziecko. Nie siebie, ta egoistyczna część jej osobowości, która trzymała ją solidnie w ryzach – zanim zapadła się w otchłań szaleństwa – teraz już przestała mieć znaczenie. Najwyraźniej wiedział, co robi…. Głupcy, powinni zdawać sobie sprawę, że on zawsze będzie o krok przed nimi, nie dając im wyboru. Mógł minąć ciężki rok, bolesne wyrywanie sobie serca z piersi z każdym oddechem – to naprawdę bolało w taki najprostszy i najbardziej kiczowaty sposób – dawało efekty, a i tak koniec końców był zdany tylko na niego. Siedząc w jego sekretnym pokoju z córką, która zdawała się nabierać na jego obietnice.
Niesamowite, nie było jednak pieśni na ustach, zanim Henry wzniósł jakiekolwiek peany na część ich Stwórcy i Dekonstruktora, już dotykał ją spierzchniętymi wargami, próbując uchwycić moment tej nieznośnej radości, która przypominała mu niedawną rewolucję, lot motyla i chwilową (tę dobrą) utratę zmysłów, kiedy znowu był tylko chłopcem i objawiała mu się rodzina – to i tak było chore – kiedy nastoletnia Maisie prosiła, by nauczył ją robić to z językiem. Nie wiedziała wówczas, że im nie będzie dane mieć normalnego życia. Tamto zostawiła wraz z martwymi rodzicami gdzieś daleko, we wczesnym okresie dzieciństwa, gdzie nie dostawała kablem od żelazka za kiepską recytację Goethego. W oryginale, Gerard zawsze wymagał więcej. Pamiętał, że i wtedy była mu siostrą, jakby tamto całowanie nie nauczyło ich miłości. Teraz też czuł się bardziej jej bratem niż kochankiem. Była przecież wspólniczką doskonałej zbrodni, którą mieli uwolnić się od świata doczesnego. Świata, który skaleczył ich tak bardzo, że w pierwszym odruchu na dźwięk scyzoryka – on spadł na podłogę, ona mu nie zaufała – zaniósł się histerycznym płaczem. Kilkusekundowym, bo czuł, że coś wbija mu się w bok i że wszędzie widzi brunatne plamy, które powiększają się, zacierając obraz Maisie.
Szepczącej coś o nienawiści.
Wtedy pojął, że tego chciał. Odchodząc – a wiedział, że te światła zwiastują same złe nowiny – pragnął jedynie, by była jego zapalczywym wrogiem, który nie będzie myśleć o nim, kołysząc swoje dziecko.
- To będzie chłopiec – szepnął bez ładu i składu, próbując zlokalizować źródło krwotoku. Wewnętrznego, tak się zaczynały szczęśliwe zakończenia w ich bajkach, w których on najwyraźniej występował w roli złego wilka. Odchodzącego w niepamięć wraz z potężnym wysiłkiem, jaki wykonał, by powstać na nogi.
Wiedział, że nie może tutaj zostać, skoro jest zbyt słaby, by przynieść jej śmierć. Najwyraźniej limit krzywd został wyczerpany, a on zjawiał się tu tylko po to, by doznać ukojenia. I przebaczenia, złapał jej rękę w ciemności, która powoli zaczynała zwiastować odchodzenie w niepamięć.
- Przepraszam. Ja zawsze będę… - ale nie dokończył, oszczędzał jej patetycznych scen, bo jeszcze okazałoby się, że jej emocje schowane pod płaszczykiem obojętności i troski o dziecko, sprowadzą na nią śmierć. A tego nie chciał, pozostawiał ją na wieczną tułaczkę, więc musiał uciec. Choćby po to, by paść nieprzytomnie na placu zabaw, który kiedyś pokaże swojemu pierworodnemu dziecku.
Musiał ją chronić przed samą sobą, tą, która zabiła go brakiem miłości.

zt


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Gru 18, 2014 1:23 pm

|późna noc po wizycie Henry'ego
Kiedy Ralph zniknął za drzwiami mieszkania, Maisie dalej stała w bezruchu pośrodku pokoju Gerarda, wrośnięta bosymi stopami w zimną podłogę. Już bez tłumienia szlochu, ten zawładnął nią kompletnie, sprowokowany nie tyle ostatnimi niewyraźnymi słowami mężczyzny a jej własnymi myślami, ciążącymi jeszcze mocniej niż przed pięcioma minutami, kiedy próbowała złapać urywany oddech. Pozbawienie tlenu wydawało się jej z tej perspektywy niemalże błogosławieństwem: nie musiałaby uginać się pod własnym cierpieniem, spływającym po jej twarzy ciepłymi łzami. Lepkimi jak krew, zaschnięta na jej dłoniach i pod paznokciami. Jego krew, dawno już zapomniana i pogrzebana razem ze świętymi słowami Gerarda. Nigdy się nie mylił i to jawne uderzenie w reputację bóstwa bolało na równi z posiniaczonym nadgarstkiem i rozerwanymi ranami w psychice, jątrzącymi się obrzydliwymi nieczystościami. Czuła się wręcz nimi wypełniona, nabrzmiała nie nowym życiem, ale pewnym końcem i ledwie powstrzymała mdłości, zginając się w pół i opierając czoło o chłodny blat jednej z półek. Wypełnionych książkami; całe życie Gerarda zamknięte w czterech, pobrudzonych ścianach; w kilkunastu fiolkach z truciznami; w złamanym w pół obrazie rudowłosej wiedźmy, leżącym teraz pod drzwiami i…w samej Maisie, poddającej się stłumionej histerii i osuwającej się na brudną podłogę.
Brat nie mógł być widmem; zostawił po sobie wyraźne, namacalne ślady i nawet zaślepiona poddaństwem musiała mu uwierzyć. To nie mogła być kolejna podła sztuczka przypadkowego znajomego, chcącego zniszczyć ich życie. Ralph niszczył wyłącznie jej życie, wybierając broń obosieczną, raniącą ich oboje niemalże śmiertelnie. Od zawsze fantomowo odczuwała jego ból, dzieliła jego cierpienie; podobnie działo się z przyjemnością, kiedy związani (często dosłownie), poruszali się jak marionetki w rękach Gerarda, próbując dać mu najsilniejsze spełnienie. W tamtych chwilach czuła się z nim jednością, wiedziała, że nikt na świecie nie zrozumie jej tak jak on. Tęskniła za nim, kochała go i nienawidziła. Zdradził ich przyszłość dla swojego własnego uzależnienia, które toczyło teraz także Maisie. Nieświadomą, zapłakaną, kompletnie zagubioną w labiryncie własnych wspomnień, odbijających w krzywym zwierciadle prawdziwą historię. Tą bez bólu, z wielką, bajkową miłością, jaką przecież teraz odczuwała w przyśpieszonych ruchach Regisa pod swoim sercem.
Gdyby nie on pewnie rozsypałaby się na dobre; sięgnęłaby po którąś z opisanych wyrafinowanym pismem Gerarda fiolek i po prostu…uciekła. Sama; teraz nie mogła ciągnąć za sobą niewinnego dziecka, najsilniejszej więzi, jaka łączyła ją z Ginsbergiem. I z nią samą; ciąża utrzymywała ją przy względnie zdrowych zmysłach, chociaż w tej chwili przypominała raczej kogoś na skraju załamania nerwowego i próby samobójczej. Oddychała jednak coraz spokojniej i po kwadransie – albo kilku godzinach? – mogła w końcu wyprostować i zacząć myśleć logicznie. Zdroworozsądkowe podejście do każdej tragedii także zawdzięczała Gerardowi. Przyzwyczaił ją do oglądania cierpienia innych ludzi, do akceptowania nieuniknionego i składania rozsypanych elementów w całość. Zwłaszcza – jeśli bardzo bolało. Potrafiła więc wstać z podłogi i chłodno ocenić sytuację, jak w transie przemierzając kolejne pomieszczenia, omijając sporadyczne ślady krwi. Ścieżka do drzwi wyjściowych, jakie zamknęła na cztery spusty, odgradzając się od powrotu widm przeszłości, chcących zabrać ją ze sobą. Nie mogła na to pozwolić, nie teraz. Oparła czoło o chłodną framugę, odwracając się dopiero po chwili do środka mieszkania. Rozświetlonego intensywnym światłem, jaskrawo podkreślającym plamy krwi i ślady szarpaniny, ciągnące się od kuchni poprzez korytarz aż do sypialni. Mogła znów poddać się nadmiarowi emocji, mogła osunąć się po ścianie i rozszlochać. Mogła. Musiała jednak zadbać o swoje bezpieczeństwo.
Zabrała się więc za sprzątanie, za czynność wręcz religijną w swojej kobiecości. Za zmywanie podłóg i blatów (dobrze, że nigdzie nie mieli dywanów; spranie krwi wymagało wielkiego wysiłku, wiedziała o tym doskonale), za podnoszenie przewróconego krzesła i zacieranie wszelkich śladów wizyty przeszłości w jej nowym domu. Bezpośredni kontakt z krwią powinien doprowadzić ją do kolejnego ataku rozpaczy, ale mozolna praca działała na nią uspokajająco. Zapominała o czasie, metodycznie pozbywając się krwi z każdego zakamarka ich mieszkania i życia, pozostawiając za sobą błyszczącą kuchnię, czysty przedpokój i sypialnię.
Pozostał tylko azyl Gerarda, do którego nie chciała wchodzić; wiedziała, że to, co się dzisiaj stało wpłynie na ich relację i bała się tego bardziej niż zdrowia Regisa. Poruszającego się normalnie; wydawał się już spokojny i była pewna, że wszystko jest z nim porządku (instynkt matki?) – przynajmniej na razie, dopóki nie spadnie na nich gniew Gerarda. Błyskawiczny; wiedziała, że musi wyjaśnić mu to od razu, zanim sam wyciągnie wnioski i przepowiednia Ralpha okaże się prawdą. Nie o tym chciała teraz myśleć; znów zajęła się pracą, na razie odkładając złamany w pół obraz pod jedną ze ścian, po czym uklęknęła nieporadnie na podłodze, ścierając z niej krew Ralpha. Ostatnie ślady dzisiejszych wydarzeń; chciała pozbyć się ich jak najdokładniej, także ze swojego umysłu, zaprzątniętego pracą.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Gru 18, 2014 9:48 pm

Dni zdawały się być spokojniejsze, co wcale nie przypadło mu do gustu. Podczas gdy inni mieszkańcy Panem na nowo odkrywali potęgę stolicy i wdrążali się w reformy Adlera – dbając przy tym o własne interesy – Gerard czuł się nieco rozczarowany. Spodziewał się chyba czegoś bardziej gwałtownego, przesłuchanie, na którym przyszło mu lakonicznie odpowiadać, nie rozwiązało kwestii śmierci tej nieznanej dziennikarki i wydawało mu się, że nie tylko stolica popadła w zimowy marazm, ale także i on. Nie lubił czuć monotonii, ale rutyna zaskakiwała go na każdym kroku, przynosząc rozdrażnienie tak silne, że przestał szukać pomocy w literaturze (zwykle niezastąpionej) i sięgnął po bardziej drastyczne środki, czując, że musi pozostawiać ślady obecności na czyjejś skórze.
Doskonale wiedział, że wolałby wciągać Maisie w ten klincz wzajemnej miłości i ekstazy z powodu cierpienia, ale kurator nadal im nie odpuszczał. Był więc zdany tylko i wyłącznie na marne substytuty, które porzucał nie do końca elegancko, nie trudząc się nawet ze znalezieniem kogoś legalnego i opłacalnego z ramienia Fransa. Violator, zresztą, stał mu się obcy, bo system przepustek okazał się zaostrzony nawet dla kogoś takiego jak naczelnik więzienia. Pozostawały mu zatem metody tradycyjne, w których poznawało się ofiary (przecież nie miłości) w barze, fundując sobie drinka, a im obietnicę niezapomnianych  minut.
Niewerbalnie i wcale nie do końca kłamliwie, bo przecież taka dziewczynka – zwykle osiemnastoletnia, brzydził się dziećmi – zapewne nie zapominała nigdy brutalnego traktowania, w którym krew ściekała po udach w akcie czegoś w rodzaju przyśpieszonej aborcji. To nie było medyczne wytłumaczenie, oczywiście. Ginsberg wiedział, że nawet najbardziej prymitywny gwałt – który stał się już ciałem dwukrotnie – nie kończy się przerwaniem ledwo poczętej ciąży, ale lubił myśleć, że jego kochanka staje się niewinna zawsze wtedy, gdy jej ciała obmywa posoka. Uważał kobiety za niegodne i grzeszne, więc tak naprawdę przynosił im ukojenie, fundując coś w rodzaju oczyszczenia. Żałował okrutnie, że nie może wykonać kolejnego kroku i spalić je na stosie ofiarnym, ale byłoby wielce nierozsądnym pozostawiać za sobą trupy, nawet w postaci zgliszczy. Dlatego ograniczał się jedynie do zaspokajania pragnienia, zjawiając się w swoim domu wyjątkowo późno.
Już nie pracował tak wiele, złapał pierwszy oddech po przewrocie i teraz pozostawało już tylko dalej grać w otwarte karty. Co nie znaczyło jednak, że zjawiał się w tym mieszkaniu często. Wręcz przeciwnie, nadal Maisie pozostawała dla niego lalką za szybką, którą wprawdzie mógł rozebrać, ubrać, nawet pobawić się nią troszeczkę, ale i tak nie mógł jej roztrzaskać. Wolał więc nie ryzykować, unikając przezornie jej teraz, kiedy rutyna uderzała go w oczy, utrudniając szukanie dalszych horyzontów.
Czekał na swoje dziecko. Nie mógł pozwolić sobie na jakiekolwiek wypaczenie czy przeoczenie tego poprzez nieracjonalny ruch. To jednak wymagało mniej więcej tyle pokładów cierpliwości jak wówczas, gdy czekał na wzięcie jej do mitycznych szesnastu urodzin. Udanych, za jednym zamachem pokazał jej, czym jest wejście w dorosłość – bólem, cierpieniem, krwią, potem i spermą – i że jedyną osobą, którą określa ją samą jest jej właściciel. Teraz wchodzący do domu późno w nocy jak gospodarz, który sprawdza znienacka swoich domowników. Chętnie wywęszyłby jakiekolwiek pogwałcenie świętych zasad, które wydarł jej na skórze przed laty.
Nic dziwnego, że w pierwszej chwili zareagował uśmiechem na gęsto oświetlony dom, który zazwyczaj był synonimem zbrodni doskonałej. Gdyby był bardziej naiwny, to stwierdziłby, że Maisie ponownie przygotowała niespodziankę i ukradła skądś mundurek uczennicy, ale to nie były – co przyznawał z wyraźną nostalgią starca – te czasy. Obecnie mieściła już się tylko w luźne worki, a na jego delikatne (jak na razie) sugestie o niewolnictwie i byciu suką, reagowała dość histerycznie. Miała jeszcze do tego prawo, z chwilą wyciągnięcia (i zagarnięcia) dziecka z łona miała zostać znowu popsutą zabawką, która tylko dzięki jego łasce jest jeszcze żywa i wykorzystywana. Wiedział, że brak kontaktu fizycznego zabija ją, jego uzależnienie od jej ciała odbijało się rykoszetem na Maisie i kiedy wchodził do pokoju tortur (tamci właściciela byli bardzo pomysłowi), w pierwszym odruchu był przekonany, że zrobiła sobie krzywdę z powodu jego nieobecności.
Notorycznej, już teraz czuł obrzydliwie zakazaną chęć pieprzenia córki na szkle, które rozsypało się z portretu jego nagiej matki. Nie powinna tu przebywać, sam fakt, że wiedziała o tym pokoju był niepokojący i mało brakowało, a już zacząłby zachowywać się jak wariat, wpychając jej do gardła okruchy, które zapomniała pozbierać.
Tylko głęboki oddech uratował go przed więzieniem – przeklęta kurator – i utratą spadkobiercy.
- Zwariowałaś – stwierdził cicho, podchodząc tylko po to, by zabrać relikwię (obraz) z podłogi i spojrzeć na nią z niesmakiem. – Dlaczego tu jesteś? – dodał tylko pro forma, oczekiwał wyjaśnień, choć tak naprawdę cokolwiek by nie usłyszał, Maisie pozostawała winna. Całe szczęście, że już zdzierała sobie kolana. Nie omieszkał podejść bliżej i zdzielić ją ciężką ramą o plecy, by upadła na podłogę.
Jeszcze jej nie bił w brzuch, jeszcze umiał się powstrzymać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Gru 20, 2014 9:57 pm

Biała chustka zamieniała się powoli w przemoczoną, brudno brązową szmatę; z każdym przesunięciem po zakrwawionej podłodze coraz mniej przypominała jej dawną, niewinną sukienkę. Nie miała jednak wyjścia, niszczenie mienia Gerard, nawet tak niedorzecznego, nie wchodziło w rachubę. W kwestii podporządkowania się rozkazom Ginsberga stawała się aż nazbyt drobiazgowa, przestrzegając nieopisanych zasad z oddaniem pokręconej dewotki, śpiewającej od tyłu każdy psalm, jednocześnie łamiąc wszelakie najważniejsze przykazania. Tak przecież było, skupiała się wyłącznie na cielesności – chociaż i ta szwankowała; ostatnio bezpośrednia bliskość Gerarda nie sprawiała jej rozkoszy a raczej powodowała spory dyskomfort, nieporównywalny jednak do prawdziwego bólu, jaki potrafił jej zadać – i na chyleniu głowy przed jego dumą i chwałą, jednocześnie przez palce spoglądając na rzeczy, jakie nie były jej dane.
Na swoją rodzinę, na przykład, przeklętą w każdym pokoleniu i każdej więzi. Brat, dziadek, kochanek; wszyscy mężczyźni jej genealogicznego (ach, gdyby wiedziała jak bardzo!) sztucznego pokrewieństwa, pojawiali się wokół niej niespodziewanie, próbując uczynić jej życie lepszym. Bogatszym. Szczęśliwszym. Powinna przyjąć ich pomoc, powinna uciec z Ralphem, schować się w ramionach Malcolma i pragnąć bliskości z Rufusem, ale pomimo podświadomych pragnień pozostawała przecież wierna Gerardowi do szaleństwa. Nawet mając przed sobą prostą i przyjemną drogę do…względnej wolności? Normalnego życia, to na pewno; normalnego życia, jakiego nie chciała i jakie wydawało się jej bardziej przerażające od śmierci.
A tej przecież nigdy się nie bała; towarzyszyła jej od dziecka, zabierając jej rodziców, przyjaciół, w końcu: przypadkowe zabawki, jakimi bawił się na jej oczach Gerard, próbując wzbudzić w jej pustym ciele jakieś wyższe uczucia. Udało się, zazdrość i miłość zagarnęły ją całkowicie, pasożytniczo żerując na najbardziej prymitywnych odczuciach. Stawała się tylko naczyniem, w jakim rozwijały się wszczepione odruchy – dosłownie i w przenośni, jakaś część Gerard wypełniała ją teraz życiem. Kochała Regisa, ale ciągle czuła palce Ralpha na swojej szyi i jego palące słowa gdzieś pod sercem, zatruwające ją całkiem nową trucizną. Ciągle uderzały w nią krótkie, ale intensywne przebłyski mdłości i obrzydzenia. Na szczęście już bez obrazów z Jedenastki, bez wyrytych na skórze obelg i bez trzasku skórzanego pasa- tylko fizyczna dolegliwość, wzmagana tylko przez zapach wody zmieszanej z krwią.
Wypełniała wiadro niemalże po brzegi, jak kiedyś – dawno, dawno temu – studnię przy ich domu. Maisie wpatrywała się w taflę chyba zbyt długo, rozkojarzona, obolała i rozstrojona, kompletnie nie słysząc ciężkich kroków w przedpokoju i lekceważąc mętne odbicie wysokiej sylwetki Gerarda. Znów był za nią, kolejny duch przeszłości…jak najbardziej rzeczywisty, pachnący wilgotną ziemią i chłodem. Jej ramiona znów pokryły się gęsią skórką – ciało reagowało szybciej niż umysł; znów pozostawała daleko w tyle za wyuczonymi reakcjami, nie odpowiadając mu ani słowem.
A przecież nie tak miało być; nie mogła dopuścić do tego, by wyciągnął wnioski zanim przedstawi mu jedyną słuszną wersję wydarzeń i…to już się nie liczyło, spóźniła się i mogła tylko bezgłośnie dziękować za jego łaskę. Nie popchnął ją na rozbite szkło, nie szarpnął ją za włosy i nie kopnął wojskowym butem; uderzenie w plecy wydawało się pieszczotą przy możliwościach Gerarda i w pierwszej chwili poczuła wręcz rozczulenie. Niedorzeczne, groteskowe; potworna wdzięczność na dłuższą chwilę wyparła wszystkie inne uczucia i prawie zapomniała o tym, co wydarzyło się przed kilkoma godzinami. Najchętniej błagałaby go o to, by znów sprowadził na nią zapomnienie i wypalił jątrzącą się ranę. Na to jednak nie mogła się zdobyć, posiniaczona i drżąca ze strachu jak zaszczute zwierzę, nie potrafiące nawet samodzielnie wstać z podłogi. Nieporadnie znów podniosła się na kolana, nawet nie czując bólu łopatki – za dużo adrenaliny buzowało w jej żyłach i zbyt gwałtownie chwiała się na granicy zdrowia psychicznego, klęcząc przed nim i chwytając jego wolną dłoń w bardzo dziecięcym geście prośby o pomoc. Patrzyła na niego spuchniętymi, zapłakanymi oczami; włosy posklejały się jej do wilgotnej od łez twarzy, brudna sukienka obwinęła się wokół niej prawie dwukrotnie i chyba nigdy nie wyglądała gorzej. Próbowała coś powiedzieć, ale usta raz po raz ją zawodziły i tylko wydawała z siebie urywane oddechy, dopiero po chwili ubierając na nowo rozdygotane myśli w słowa. – Ralph…Ralph żyje, był tutaj, chciał…chciał zrobić mi krzywdę – wydusiła z siebie szalenie cicho i piskliwie; stuprocentowy obraz wariatki; puściła w końcu jego rękę, sięgając odruchowo do swojej szyi, na której coraz mocniej widać było sine ślady pieszczoty dawnej miłości.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pon Gru 22, 2014 8:57 pm

Gerard jako doskonały ojciec – którym przecież był i zabiłby każdego gołymi rękami, gdyby przyszło mu negować tę prawdę – zapamiętał dwa fragmenty z życia swojego pierworodnego syna. Początkowo tak miał go właśnie traktować. Los – albo kapryśna Beatrice – nie dał mu zaznać biologicznego cudu poczęcia i choć nie wątpił, że gdzieś na świecie znajdują się jego potomkowie (przy tak wybujałym życiu erotycznym był to fakt niezaprzeczalny), postanowił obdarzyć Ralpha cierpieniem. To właśnie ono przecież sprawiało, że rodzina trzymała się razem. Nigdy nie wierzył w durne frazesy o miłości bezgranicznej, więc nic dziwnego, że swoje dziecko (adoptowane) traktował w sposób odwrotny, obdarzając go bólem każdego kalibru.
Początkowo sądził, że już samo posiadanie na własność niewolnika sprawi mu niemałą satysfakcję i doprowadzi do kresu jego hedonistyczne potrzeby. Jak się okazało – na zaczerwionej skórze dziesięciolatka – apetyt rósł w miarę jedzenia i to, co niegdyś było nowością, stawało się już tylko uciemiężeniem i obowiązkiem dla Pana. Sięgał więc o krok dalej, nie zastanawiając się, gdzie zatracił chęć uczynienia z Ralpha swojego następcy. Może i był kluczowy moment – płakał podczas rżnięcia za głośno (?) – ale Gerard przeoczył go i zapamiętał jedynie chwilę, w której jego syn wydawał na śmierć własną siostrę.
Być może miało to podłoże biblijne, starło się w jego głowie z Judaszem, którego zawsze nieustającą pogardą. Nie za zdradę, ta była naturalna dla Ginsberga i nie budziła najmniejszego sprzeciwu. Jedyne, co mogło go zniesmaczyć było zawarte w trujących wyrzutach sumienia, które doprowadziły zdrajcę (według apokryfów) do powieszenia. Wówczas, gdy Maisie słaniała się na nogach, a jego syn triumfował, miał wrażenie, że Ralph osobiście podpisuje na siebie wyrok śmierci. Nigdy nie doceniał tchórzy, a jego syn z łatwością ćmy, która wpada do ognia, wybierał dla siebie tę drogę. Był przekonany, że miłosierny ojciec go nawróci? To nie była ta historia.
I nie ta dziewczyna, która teraz znowu znajdowała się u jego stóp, przywołując na myśl tamten słoneczny dzień, kiedy wiatr dalej roznosił te same cuchnące opium dla mas w postaci rewolucji, a Gerard stał naprzeciwko plutonu egzekucyjnego i modlił się do nieznanych sobie bogów o jakiekolwiek uczucie. O zwykły triumf, za którym kryłby się szczery uśmiech. Pokonał sacrum, zniósł z powierzchni ziemi własnego syna i nie rozstąpiły się morza ani żaden kataklizm nie nawiedził Panem. Było przeraźliwie cicho i obojętnie, a jego ekstaza przypominała raczej zagniewanego bożka, któremu nadal w ofiarach przynosi się plony, a pragnie on krwi.
Bez niej nie było oczyszczenia i bez niej najwyraźniej i Maisie odbijało, bo zanim zdążył się zorientować, już poruszała się w rejestrach jakiejś niespotykanej podświadomości, wywołując z popiołów ducha przeszłości. Materializującego się podobno w tym mieszkaniu i sprawiającego jej ból. Niemożliwe, głupie, niedorzeczne. Miał tysiąc określeń, którymi zatrułby jej duszę, pozostawiając na koniec sztylet zanurzony w truciźnie z tego pokoju, ale ciąża i kurator blokowali mu dostęp do najbardziej prymitywnych odruchów, więc pozostawał tylko solidny sprzeciw, który objawiał się uderzeniami podeszwy o podłogę, która trzeszczała, zupełnie jak wtedy.
- On nie może żyć. Widziałem jego śmierć, zawiśnięcie. Musiałaś się pomylić – odrzekł wielkodusznie, zastanawiając się przez ułamek sekundy, czy Regis jest wart takiego poświęcenia i nie lepiej byłoby znaleźć kobietę o pełni władz umysłowych. Maisie jednak nadal pozostawała jego córką, nawet jeśli urządzała sobie jesienne dziady, pokazując mu na szyję.
Z odbitym śladem. Którego nie mogła zrobić sobie sama, sina pręga naznaczała ją jako siostrę powieszonego, ale to było chyba celowe zagranie sprawcy. Gerard wiedział, że niemożliwym był powrót zza grobu Ralpha Ginsberga i tej myśli trzymał się przez cały czas, patrząc na nią tylko przelotnie i zabierając się za układanie swoich trucizn.
- Kto tu wszedł? Skąd się tu wzięłaś? – dodał ostro, czując, że przez skronie pulsuje mu czysta wściekłość i żądza, która zawsze powinna znajdować ujście. Nigdy nie czuł się tak sfrustrowany i wycieńczony jak teraz, gdy musiał raz jeszcze przyznać przed sobą, że nie jest Bogiem. Ten nie mógł się mylić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pon Gru 22, 2014 10:03 pm

Przesuwała palcami po swojej szyi bezwiednie, odruchowo odmalowując fioletem ostatnią bliskość swojej pierwszej miłości. Ironia losu o wielkim ciężarze psychicznym, przygniatającym ją do podłogi mocniej niż strach przed Gerardem. Jego zdążyła już poznać, zdążyła oswoić się z jego obecnością i zadawanym jej bólem; potrafiła przemieniać niepokój w oddanie i czystą miłość, jaką oferowała mu każdego dnia. Z Ralphem było zupełnie inaczej; pogrzebała go zaraz obok dawnej siebie i teraz musiała stanąć twarzą w twarz z duchami przeszłości. Jak z kiczowatej bajki o gnijącej parze młodej, wstającej z grobu w brudnych od ziemi odświętnych strojach. Obydwoje byli przecież martwi, zginęli z rąk Gerarda i teraz po prostu błąkali się po swoim własnym czyśćcu, próbując odpokutować grzechy. Nigdy nie popełnione, ciągle mieli po kilkanaście lat i zero doświadczeń na koncie, próbując po omacku uciec ze złotej klatki. Ta jednak nie miała wyjścia; teraz Maisie doskonale wiedziała, że niepotrzebnie się szamotała; że zmarnowała wiele lat na próbach bezsensownego wyrywania się z wnyk. Gdyby od razu się poddała, oszczędziłaby sobie wielu cierpień - może nawet teraz znajdowałaby się już w lepszym świecie. Gerard szybko się nudził; często zastanawiała się nad tym, dlaczego jej nie wyrzucił i nie dał jej ostatecznego wytchnienia, o jakie często błagała. Nigdy nie znalazła odpowiedzi, poruszając się tylko po domysłach, jakich jednak nie zgłębiała do końca. Głupia, naiwna, lekkomyślna; nie powinna marnować czasu na czcze umysłowe rozmyślania. Skupiała się na tu i teraz, mocno zachwianym przez niespodziewaną wizytę.
Bliskość Gerarda działała na nią jednak uspokajająco; początkowa fala histerii stawała się coraz słabsza i z każdym dzielonym oddechem coraz łatwiej zbierała myśli, zagryzając jednak wargi do krwi, kiedy się od niej odsuwał. Wyczuwała jego frustrację i zawód; nie wierzył jej, sama też nie wierzyła i przez sekundę miała ochotę gorąco potwierdzić swoją głupotę – na pewno się pomyliła, była przecież durnym zlepkiem hormonów i kobiecych problemów – i przeprosić za nią na kolanach. To jednak nie wchodziło w grę; nie mogła pozwolić, by taka sytuacja się powtórzyła. Bezpieczeństwo Regisa stawało się najważniejsze i to dlatego jeszcze powstrzymywała się przed wrzaskiem strachu i kompletnym rozpadem.
- To…to on, na pewno, wiedział…wiedział o przeszłości. O tym, o czym rozmawialiśmy, o…- zaczęła szybko i pewnie, chwiejnie wstając z podłogi i mnąc w rękach zakrwawiony materiał. To ją uspokajało; to nic, że brudna woda ściekała jej po łokciu i jeszcze bardziej wsiąkała w za szeroką sukienkę. W ogóle nie zwracała na to uwagi, próbując znaleźć się jak najbliżej Gerarda. Zawsze chronił ją przed światem i teraz potrzebowała go najbardziej, nawet jeśli najpierw miał ją skrzywdzić. Zasłużyła na to, zdradziła go z własnymi wspomnieniami i marzyła o tym, by znów wybił jej z głowy durne, kobiece fanaberie. Masochizm najwyższej klasy; pewnie dlatego popełniała największe przestępstwo, łapiąc go za rękę i przerywając układanie szklanych fiolek na półkach. – Chciał mnie udusić i…odepchnęłam go, zraniłam…to naprawdę był on, mówił nawet o - kontynuowała coraz bardziej żałośnie, chociaż przez gardło nie przeszło jej wspomnienie ich dziecka. Albo dzieci; blokowała samej sobie dostęp do świadomości wielokrotnych poronień, jakie przeżyła. Nie mogła powracać tam myślami, nie teraz, kiedy była pełna ich wspólnego życia.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Gru 25, 2014 5:24 pm

Racjonalny umysł Ginsberga był zazwyczaj zaletą. Podczas gdy inni rozszarpywali szaty boleści nad stratą swojej wielkiej miłości i dziecka jednocześnie, on przyjmował spalenie własnej matki bez mrugnięcia okiem. Dokonało, bilans zysków chwilowo sięgnął zeru, jego uczucia zostały zatracone i oddane śmierci, ale to (jeszcze) nie był powód, by skazywać się na przygnębienie czy wszechobecny smutek. To należało się zmarłym, oni zostawali rozsypani w proch, zaś żyjący musieli iść dalej. Nieco heroiczne i przestarzałe myślenie, które zapewne budziłoby w nim egzystencjalistę, gdyby… był dobrym człowiekiem. Gerard jednak nie postrzegał życia bez gwarancji wieczności jako misji, to była absolutnie wykwintna uczta, która miała rozgrywać się zgodnie z zasadami gospodarza. Ten nie poddawał się zaś chwilowym kaprysom przedwiecznej natury, która skazywała na śmierć ludzi z jego otoczenia. Być może nie byli mu oni wystarczająco bliscy lub nie uważał żałoby za naturalny stan człowieka. Dążącego przecież do życia za wszelką cenę, niejednokrotnie przyszło mu toczyć walkę o ten fizyczny stan, gdzie regularny oddech staje się najwyższą wartością. Wątpił, czy istnieje ktoś, kto w pierwszym odruchu nie będzie bronić siebie. Nawet jego matka nauczyła go, że w chwili zagrożenia – wszak groził jej z lekkomyślnym uśmiechem szalonego i zakochanego w jej rozpuście młodzieńca – wybierze siebie, lekceważąc życie, które rozwija się w jej łonie. Dlatego teraz czuł się tak zirytowany faktem, że Ralph najwyraźniej wymknął się jego odwiecznym regułom i przetrwał (jak?) jego wyrok, stając się zagrożeniem dla jego dzieci.
Nie, nie myślał, że Maisie mogła zginąć. Nie miał żadnego odruchu bliskości, który nakazywałby mu przytulać ją do łona i dziękować bogom, że została ocalona. Wszystko, co go otaczało było jego rozsądną percepcją, która zawsze skupiała się na tu i teraz. Ona stała obok niego (leżała skopana), więc nie groziło jej nic nadzwyczajnego. Nie było powodu do paniki i histerycznego roztrząsania przeszłości. W kontekście teraźniejszości była ona już tylko wyblakłym dokumentem, który należało zedrzeć i spalić w kominku. Nie powracać do niego. Nie dać się omamić wizją życia wspomnieniami, które już i tak znaczyły szyję jego córki krwawą pręgą. Siniaki nie były dobrą oznaką i już wiedział, że będzie musiał znowu poszukać czegoś, co przyniesie jej nie tyle ukojenie – należało jej się raczej potępienie – ale co stworzy pozory. Nie mogli pozwalać sobie na takie przeoczenia w chwilach kontroli przez panią kurator. To niesamowite, że po raz pierwszy nie był winny i mógł przypłacić za to swoją wolnością. Dlatego zapewne czuł się tak zirytowany, kiedy poczuł jej dłoń.
Nie wiedział, jakim cudem powstrzymywał przed wyszarpnięciem jej ręki z ramienia. To było złamanie świętego prawa, nie powinna mu przeszkadzać, nie, kiedy wędrował palcami po szklanych fiolkach, szukając wyjątkowo leku, a nie trucizny. Dlatego odepchnął ją stanowczo.
- Co ty wyprawiasz?! – wrzasnął po raz pierwszy w ich wspólnym życiu, nie próbując się nawet uspokajać. – Sądzisz, że się pojawił i możesz mnie lekceważyć?! Może zmieniać nasze reguły? Nie masz prawa mnie dotykać, o ile nie jesteś na kolanach, więc weź się w garść i powiedz mi dokładnie, co się stało i gdzie mam go szukać! – dodał, dalej tkwiąc po kolana w świętym i niezachwianym, zdrowym rozsądku, który właśnie tłukł się mu w rękach jak kolejna próbka jego trucizny na marnotrawnego syna. Może też i córkę?


Ostatnio zmieniony przez Gerard Ginsberg dnia Nie Gru 28, 2014 1:46 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Nie Gru 28, 2014 1:43 pm

Nigdy wcześniej nie podniósł na nią głosu. N i g d y. Przez te wszystkie wspólne lata, przez wszystkie mniejsze i większe tragedie, nigdy nie słyszała, by krzyczał. Porozumiewali się przecież bez słów, a jeśli musieli zwerbalizować swoje myśli to robili to tonem suchym, rzeczowym i obojętnym. Największym wyrafinowaniem był szept – tyle, tylko tyle; nawet kiedy wbijała nóż w ciało Gerarda i ciepła krew spływała po jej dłoni, zareagował wyłącznie uderzeniem. I złowieszczym wysyczeniem obietnicy zemsty. Bardziej obawiała się jego spokojnego i cichego głosu, jaki zawsze zwiastował najgorsze wydarzenia.
Pewnie dlatego nie mogła się teraz przestraszyć; przynamniej nie w pierwszym odruchu, kiedy odpychał ją od siebie z obrzydzeniem i niechęcią wypisanymi na twarzy. To potrafiła zrozumieć; często traktował ją jak obrzydliwą przedstawicielkę gorszej kategorii, niegodną jego uwagi. Takie zachowanie wpisywało się w ich dawno ustaloną normę, złamaną jednak przez krzyk.
Bezradności? Utraty gruntu pod nogami? Niepokoju? Kiedyś oddałaby wszystko, by móc chociaż podejrzewać Gerarda o takie uczucia, teraz jednak jego słabość przestraszyła ją mocniej niż niespodziewana wizyta powstającego z grobu brata. Doskonale radziła sobie z bólem, z cierpiącym ciałem i wiecznym, fizycznym zagrożeniem – została wyszkolona do przekraczania wrażliwości systemu nerwowego i odpowiadania radością na najbrutalniejsze bodźce – będąc jednocześnie kompletnie bezbronną, kiedy musiała skonfrontować się z czymś niematerialnym. Ger często opowiadał jej bajki o dawnych wierzeniach, o zapomnianych religiach; udawała, że potrafi to zrozumieć, ale tak naprawdę wyobraźnia nie nadążała za inteligencją opiekuna. Wymuszona głupota zdawała się w takich chwilach zbawieniem – jakiekolwiek zapędy do rozumienia wyższych spraw zostały ukrócone i Maisie wcale nie czuła się okradziona z wiedzy. Gerard uciął jej kark dużo niżej, zostawiając ją na poziomie prymitywnego człowieka, bojącego się ognia a nie błyskawic. Te pozostawały przecież poza jego zasięgiem, gdzieś w krainie bogów, do jakiej nie miała dostępu. Mogła jedynie śledzić fizyczne oznaki rozpadu jej własnego panteonu, kiedy Ginsberg okazywał się zwykłym śmiertelnikiem.
Prawie zadławiła się tą prawdą i pewnie jeszcze niedawno byłoby to kroplą przepełniającą czarę świadomości. Do jakiej jednak nie powróciła; niewidoczny sznur napiął się wokół jej szyi mocniej niż palce Ralpha i przytrzymał ją w miejscu, paraliżując nagłym strachem. Doskonale widocznym na jej twarzy; musiał to zauważyć nawet przez kurtynę ciemnych włosów, opadających jej na piegowatą twarz. Jego krzyk odbił się ledwie słyszalnym echem po pustych, brudnych ścianach i Maisie nie mogła oderwać żółtobrązowych oczu od tych Gerarda, o identycznym kolorze i potwornej intensywności. Wiedziała, że coś się nagle zmieniło; że z jego przyznaniem się do niedopatrzenia – czyli jednak jej uwierzył? – grunt osunął się także spod jej stóp. Instynkt samozachowawczy krzyczał coś o ucieczce, o spuszczeniu wzroku, nie mogła jednak przerwać tego niewerbalnego kontaktu. Jednostronnego, była po prostu przerażona, dłonie wilgotne od brudnej wody drżały jej wręcz niedorzecznie; nie poruszyła się jednak nawet o centymetr, całkowicie skamieniała.
Nie potrafiła odpowiedzieć na jego pytanie, nie potrafiła mu pomóc i nie potrafiła pomóc sobie. W głowie ciągle miała jego słowa; słowa Ralpha, w które nie wierzyła kilka godzin temu a które wydawały się nagle taką samą przepowiednią, jak ta, która dotyczyła ich dziecka. Zostali przeklęci, powinna pozwolić mu to skończyć, urwać złotą nitkę fatum, oplatającą ją coraz ciaśniej i niepozwalającą oddychać. Była jednak zbyt słaba, zbyt przerażona i spetryfikowania natłokiem zdarzeń, uczuć i wskazówek, popychających ją w dwie różne strony. Nie potrafiła przecież wybierać, zdana tylko na jego decyzje i spętana tak potężnym oddaniem, że dusiła się własnym strachem, po prostu patrząc mu w oczy.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Sty 01, 2015 9:48 pm

Żył. Jego maleńkie serce, które niegdyś biło zbyt mocno za każdym razem, kiedy ojciec zbliżał się do niego milowymi krokami – z podniecenia czy ze strachu (?) – dokonało czegoś niemożliwego. Nie brał tego pod uwagę, bo to było gorsze od świętokradztwa. Nie chodziło przecież o naruszenie wizerunku bóstwa, ale o dokładne podeptanie jego woli. Właśnie tak czuł się Gerard – jak naruszony i gniewny demon, który już w myślach układa dokładną vendettę, do której zaprzęgnie każdą znaną sobie siłę. Wszystko po to, by dokończyć coś, co miało być tylko procesem likwidacji niechcianego niewolnika, który aspirował do roli syna i kochanka; a stało się wyzwaniem.
Nie zamierzał już go zabić. Nie zasłużył w najmniejszym stopniu na skręcanie karku czy nawet publiczną i upokarzającą go egzekucję. Dla innych wystarczającą karą po latach gwałtów, wyzysku i zniewalania byłoby finalne cierpienie, które miało przerodzić się w nieznośną agonię. Dla Gerarda obecnie to było za mało i to uczucie nienasycenia zaczęło go prześladować. Już nie myślał o zaskoczeniu, o niepewności, o bluźnierstwie, które Ralph miał wyryte na ustach – niedługo postara się, by zostało mu to dane na wieczność i w najbardziej bolesny z możliwych sposób – ale o zemście. Dokonującej się już teraz w osobie jego ukochanej córeczki, która nagle zaczęła panikować. Może i kiedyś mogłaby nabierać go na te swoje psychiczne zagrywki pokrzywdzonej przez wstrętnego tatusia dziewczynki, ale teraz traktował ją jeszcze bardziej szorstko, domagając się posłuchu nawet w tak absurdalnej sytuacji, jaką było spotkanie ze starszym bratem. Nie trzeba było przenikliwej inteligencji czy wyobraźni – a ta była dla Ginsberga niemal talentem – żeby zobrazować sobie to widzenie po latach i słowa, które musiały paść krwawą smugą między dwójką jego dzieci. Według ich mniemania, tak naprawdę Gerard nigdy nie traktował Ralpha jako swojego syna i jego obsesyjna zaborczość była dla niego równie przykra jak trąd.
Którego pozbywał się raz i na dobre, piłując martwą gałąź ich genealogicznego drzewa, jeszcze przed tymi pewnymi czasami, które teraz rozciągały się przed ich oczami. Nic dziwnego, że był tak rozedrgany próbami uzurpacji jego własnej rodziny, którą wyrył sobie wieloma narzędziami. Wszystko schowane w tym pokoju. Każdy skurcz na ciele bądź twarzy nastoletniej i dorosłej Maisie, która teraz usiłowała za wszelką cenę zachować dziecko. Skazując je na gonitwę, w której nie dane będzie mu (jej?) zaznać nawet chwili wytchnienia. Jak te laboratoryjne zwierzątka, które pędziły coraz szybciej, byle tylko udowodnić hipotezę. Był zachwycony w tej chwili sobą tak bardzo, bo za jego przyczyną ci ludzie – ta dziewczyna, którą kochał w sposób kompulsywny – zamieniały się w najbardziej prymitywne formy życia. Przeklęte na samym starcie. Z tą właśnie czułością kładł jej rękę na brzuchu, uspokajając ją spojrzeniem.
Pewnym, szalenie mściwym, tym zwiastującym, że dla Ralpha śmierć będzie jedyną niemą i niespełnioną prośbą. Mógłby jej obiecać, że przyniesie go do tego pokoju i jak za starych czasów (przypomniał sobie o ich psie), będzie wisiał tu aż krew przestanie schnąć na jego skórze i zlecą się karaluchy, a Gerard będzie utrzymywał go przy życiu tak długo, żeby zobaczył swojego bratanka; ale wiedział, że nie musi wypowiadać tej przysięgi w jakikolwiek werbalny sposób. Trzymał dalej rękę, wyczuwając ich dziecko.
- Sprzątnij tu, zaraz zjawią się Strażnicy Pokoju. Nie rozkładaj przed nimi nóg, nie lubią brzydkich i grubych dziewcząt – pouczył ją bardzo poważnie, przekazując jej uśmiechem, że pamięta również o ich świecie krwi, kiedy naszprycował dla niej jej rzekomych obrońców. Tych, na których doniosła, będąc pewną, że nic gorszego ją nie może spotkać.
Głupia, powinna zawsze pamiętać, że za ojca i boga miała kogoś, kto nie wyznaczał sobie żadnych granic i teraz też ruszał przed siebie w rękawiczkach, by przynieść jej kogoś, kto niegdyś był jej bratem, kochankiem i największym wrogiem. Tylko po to, by go rozszarpać na jej oczach i by wiedziała, że z nią postąpi jednakowo w razie jakiegokolwiek buntu.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Lut 11, 2015 12:33 pm

z fabularnej otchłani

Deszcze przyniosły pierwszą od wielu lat powódź. Większość mieszkańców – a przynajmniej tych, którzy mieli nieszczęście go spotkać w zadymionym barze, gdzie obserwował kilku wysoko postawionych urzędników państwowych w stanie rozkładu – wspominała z nostalgią, że po raz pierwszy widzą taką klęskę żywiołową i że Kapitol nie pamięta takich opadów deszczu. Nie powstrzymywał drwiącego uśmiechu nad szklanką alkoholu. Cóż, w Trzynastce i w innych zatęchłych dystryktach nie było deszczy tak niespokojnych, więc nic dziwnego, że nie pamiętali. Adler, Coin i cała reszta tak naprawdę nie miała niczego wspólnego ze stolicą, a ostatnich jej rodowitych mieszkańców wywozili pociągami na roboty.
Nie żałował ich wcale. Z lubością zaglądał na peron, by odkrywać wśród twarzy skazańców własnych przyjaciół za czasów młodości. To była jego prywatna podróż sentymentalna, kiedy dostrzegał usta błagające o ratunek i mógł tylko wzruszyć ramionami w geście zupełnego lekceważenia. Miał nadzieję, że kiedyś dostrzeże jeszcze wśród tych niewolników In spe, swoją byłą żonę. Chętnie wyciągnąłby z tej gromady ludzi bez przeszłości i zabrał do domu, by pokazać jej swoje osiągnięcie. Był pewien, że Beatrice zrozumiałaby istotę geniuszu, który objawiał się zapłodnieniem swojej córki. Wszyscy inni mogliby uważać go za niepoczytalnego – gdyby tylko wiedzieli – ale ona zrozumiałaby, że to był ten jeden krok w stronę przepaści, po którym nie ma odwrotu. Dlatego czuł już mrowienie wzdłuż kręgosłupa na myśl o rychłym rozwiązaniu tej zagadki. Wszak był tylko mężczyzną, sama ciąża była dla niego nieistotnym i szalenie nudnym etapem, w którym musiał hamować swoje naturalne instynkty na rzecz bezpieczeństwa.
Ta rutyna próbowała go wykończyć i z zaskoczeniem odkrywał, że nadchodzą i takie dni, w których zaczyna coraz poważniej roić sobie prawa do kolejnej, tym razem w pełni świadomej aborcji. Miał dość czekania, czasy wydawały się mu już zbyt niespokojne, by powoływać na świat kolejne istnienie. Maisie powinna mu wystarczyć, ale zawsze czerpał pełnymi garściami z życia i to mogło być przyczyną jego zguby.
Albo ocalenia. Nie był osobą, która lęka się czegokolwiek, więc zyskiwał przewagę nad współpracownikami, którzy już zaczynali wylewać ukradkiem gorzkie łzy w obawie przed zakuciem w łańcuchy, dyby albo pętlę na szyi. Wszystkie trzy alternatywy według jego racjonalnego osądu były możliwe, jeśli chodzi o jego osobę, ale wiedział również, że w przeciwieństwie do tych kretynów, dla których władza i zdrowie fizyczne są najważniejsze, on pozostaje nadal spokojny.  Już raz zrzekł się Kapitolu bez bólu i podejrzewał, że i niebawem zrobi to raz jeszcze, oddając się Naturze. Na całe szczęście, był pod tym względem bardziej podobny do ojca, który już zdążył powrócić na dobre, fundując sobie spotkanie z wnuczką.
Dziwne, że Gerard nie wyciągnął z tego żadnych konsekwencji. Przynajmniej tak mogło się wydawać Maisie, której tylko oświadczył spokojnie, że następna taka rozmowa z dziadkiem – choćby miała dotyczyć pytania o godziny – zostanie okupiona krwią Regisa. Jej synek miał być Mesjaszem, który ocali Ginsbergów – niesamowite, że nadal nosili to żydowskie nazwisko – od zagłady. Tym razem dołożyłby wszelkich starań, by ona jako matka, uwierzyła i nie wahałby się rozciągnąć jego ciałka na ramie sufitu szklarni, do której wchodził zdecydowanym krokiem, mając nadzieję, że tu znajdzie ukojenie.
Na próżno, ostra woń kwiatów drażniła jego zmysły, był dziś szalenie energiczny, jakby naprawdę wyssał z kolcowych ludzi cały ich zapał i radość. Uwielbiał obserwować cierpienie, sycić się nim i przekonywać się, że ludzkość nadal nie przywykła do niego. To była jego nadzieja na kolejne lata, ciągle mógł czuć się zaskoczony rozmiarem tragedii, z której wyciągał dla siebie nie tylko nauki, ale i oślepiającą przyjemność. Może i nawet substytut, zbyt dawno nie położył Maisie na szali bólu i rozkoszy, popychając ją w stronę tego pierwszego i obserwując, jak zamienia się w czułe zwierzątko, które może kopać, niezależnie od stanu jej ciąży.
Przywykł do kuratora, do braku palenia w jej obecności, ale nadal pozostawał jej ojcem i czuł to nieznośne pragnienie zadania jej największego z możliwych cierpień i obserwowania, jak pod jego nadmiarem pada na posadzkę. Dlatego uśmiechał się całkiem nieprzytomnie, nie z powodu alkoholu, który krążył w jego żyłach i na koniuszku języka, który wsadzał do jej ust, czując się, że między nimi porusza się to dziecko. Jego spadkobierca, syn, którego wychowa tak, by Maisie zawsze była na kolanach.
Rozkoszne, nie odklejał długo od niej warg, wodząc językiem nadal po jej podniebieniu i dziwiąc, że nie wita go właśnie w tej pozycji.
- Będą przeszukiwać mieszkania. Masz coś do ukrycia? – zapytał, kiedy oderwał się od niej i wymierzył jej potężny cios w udo, nauczył się ją bić bez widocznych śladów. Nie tłumaczył jej nigdy, czemu dostaje. Była tak wytresowana, że doskonale wiedziała, że powinna go witać w innej pozycji, nawet jeśli byli ostatnio żałośnie pruderyjni i ograniczali się tylko do gróźb słownych. Niemal postradał zmysły z powodu tej rutyny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Lut 11, 2015 6:46 pm

| przed spotkaniem z Arielle

Deszcz bębnił o szyby w nużącym, jednostajnym crescendo; mogła odliczać czas na podstawie równiutkich odstępów między kolejnymi kroplami, spływającymi po szkle prostymi strużkami. Żadnych zakrętów, żadnego zlewania się w większe kałuże, łzawo opadające aż do framugi. Niewidoczna, nowoczesna technologia obdarła ulewę z poetyckiej dramatyczności: Maisie nie mogła już wpatrywać się w kapryśne wędrówki zatrutej spalinami cieczy: spływała szybko, jakby ktoś od zewnątrz polewał luksusowe apartamentowce wielkim szlauchem, zmywając brud, osiadający na marmurach zawsze po kolejnej ewakuacji getta. Ciężkie ciężarówki przejeżdżały kilkadziesiąt metrów poniżej, wzbudzając tumany kurzu, unoszące się aż na ostatnie piętro przeszklonego wieżowca. Oczyszczanego teraz deszczem: trującym, co do tego Maisie nie miała wątpliwości, nawet stojąc po drugiej stronie grubej tafli, obserwując...właściwie samą siebie. Ostre światło oranżerii wyciągało z przeźroczystych okien lustrzane odbicie jej sylwetki. Niewyraźnej, dziwnie rozmytej, ale jednak  j e  j. Mogła połączyć kropki i odrysować swoją sylwetkę. Dużo szerszą, pełniejszą; w niczym nie przypominała już wychudzonej dziewczynki z nastroszonymi włosami, obciętymi zardzewiałymi nożyczkami. Tamta Maisie została uratowana, odświeżona, dokarmiona i obdarzona największym błogosławieństwem. Utrzymującym się pomimo wszystkich niepokojów: nie mogła widzieć tego w swoim odbiciu, tło rozświetlonego wieczornymi światłami miasta czyniło z niej ducha o pustej twarzy, doskonale jednak wyczuwała, że jej złote oczy błyszczą a policzki różowią się zdrowiem. Tak, dziś czuła się jak pani tego miasta i tego świata. Przecież zawsze wolała działać niż modlić się o deszcz.
Pamiętała jeszcze zapach wilgotnej ziemi i widok ciężkich liści, uginających się pod ciężarem zatrzymanych kropel. Osiadały na ukochanych konwaliach, spływały zygzakiem po wielkich liściach dębu i moczyły jej bose stopy, kiedy wracała z pracy. Oddychała wtedy głęboko, pełna życia, pełna nadziei i zniecierpliwienia. Tak samo czuła się właśnie teraz, czekając na wiosnę, na pierwsze porywy słodkiego w zapachu wiatru, zwiastującego nowy początek. Nowe życie już formowało się w jej ciele, oplatało ją zielonym kokonem; w swoich fioletowych żyłach, prześwitujących przez bladą skórę, widziała odbicie tamtej radości. To nic, że podobno nadchodziła zima, że Los postanowił zesłać na Kapitol   powódź stulecia, że wokół niej działo się coś  z ł e g o. Ufała Gerardowi całkowicie, poświęciła mu swoje życie, oddając się w jego opiekę. Nigdy jej nie zawiódł, mogła więc sypiać spokojnie - sama - po prostu czekając na ich czas. Cała była cierpliwością; potrafiła trwać w cierpieniu przez całe lata, potrafiła trwać przy nim całe swoje życie. Nie zamierzała tego zmieniać; była gotowa obserwować tysiące kropel deszczu i czekać na to, co miała przynieść jej przyszłość.
Bezwiednie przesunęła palcami po suchej szybie, próbując przypomnieć sobie jak zachowywały się krople deszczu na oknie ich domu w Jedenastce. Uwielbiała patrzeć na poplątane ścieżki, przewidywać łączenie się strumieni w rwące rzeki - ckliwe opowieści siły silniejszej od nakazów rządu. Cieszyła się, woda zwiastowała urodzaj, urodzaj zwiastował większe normy pracy, którą przecież kochała. Tak jak zapach wilgotnej ziemi; znów go poczuła, tym razem już nie w wyobraźni. Zawsze zwiastował nadejście Gerarda, tak było i tym razem, kiedy stanął za jej plecami, odwracając ją mocno do siebie. I witając pocałunkiem.
Namiętnym, głodnym; dotknął jej ust jeszcze zanim zdążyła go przywitać i oddawała się ruchom jego języka z wyraźną przyjemnością, wyczuwając gorycz alkoholu. Spijała ją z jego mokrych od deszczu warg, przysuwając się bliżej: na tyle, na ile mogła. Jej ciążowy brzuch rósł z każdym tygodniem, oddzielając ją teraz od ciała mężczyzny. I tak dotykała Gerarda palcami, nieśpiesznie wsuwając je w jego włosy, wzmacniając pocałunek i wręcz stając na palcach. By wpić się w usta jeszcze głębiej, by móc go całować dłużej - rzadko kiedy jej na to pozwalał. Romantyczne, filmowe sceny nie były w ich stylu, Maisie doskonale o tym wiedziała, ale i tak kradła każdą możliwą sekundę pretensjonalnego romansu, budując w swojej głowie wizję miłości idealnej. Z padającym deszczem, intensywnym zapachem kwiatów i mocnymi dłońmi mężczyzny jej życia...szybko wyrywającego ją z mrzonek małej dziewczynki. Mocne uderzenie zabolało, zachwiała się gwałtownie, ratując się od upadku odruchowym wbiciem palców w jego ramiona. Wiedziała, że nie powinna - już po sekundzie odsunęła się o krok do tyłu, starając się nie pokazać, jak bardzo ją zabolało. Epatowanie słabością zazwyczaj prowokowało Gerarda jeszcze bardziej; starała się więc zapobiegać ewentualnym obrażeniom. Rzadko kiedy się to udawało; musiała jednak próbować: nie dla siebie; dla dziecka, dla rodziny, jaką tworzyli. Pochyliła przepraszająco głowę, instynktownie przesuwając nieco pobrudzone ziemią dłonie na swój brzuch, opięty zwykłą, czarną sukienką, pasującą raczej do wdowy niż do kobiety w stanie błogosławionym.
- Nie. Nie mam nic do ukrycia- odpowiedziała po chwili całkowicie szczerze, podnosząc w końcu spojrzenie roziskrzonych złotem oczu na te jego, identyczne, groźne. Wiedziała, że potrafi przejrzeć ją na wylot, wykraść wszystkie kłamstwa i podświadome pragnienia. Nie ukrywała więc ich wcale; pozwalała mu dotrzeć do każdego zakamarka jej ciała i umysłu. Kompletna nagość, jakiej w końcu się nie wstydziła, śmiało wytrzymując jego wzrok. I uśmiechając się lekko - po raz pierwszy, odkąd powróciła jako córka marnotrawna? - kiedy sięgała po jego dłoń w skórzanej rękawiczce, przesuwając ją na swój brzuch, okryty ciemnym materiałem. - Myślisz, że odziedziczy po tobie kolor włosów? - zapytała powoli, w zadumie, lekceważąc pulsujący ból w prawym udzie. Jutro pewnie obudzi się z fioletową plamą, ale to nie było istotne; nie teraz, kiedy miała do przekazania kolejną dobrą nowinę. Jaśniejącą w morzu niepewności, jakie sięgało im już do szyi. Wiedziała o tym, wyczuwała niebezpieczeństwo, ale nie zamierzała panikować. - Odwołano kuratora. Dokumenty o potwierdzeniu mojej...niepoczytalności leżą na twoim biurku. Nic więcej mi nie powiedziano - poinformowała z dziwną, groteskową lekkością, jakby informowała go o niezwykle udanym przyjęciu albo rozkwicie ulubionej rośliny, oplatającej jej ciało jak trujący bluszcz.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Lut 12, 2015 1:49 pm

Wyczuwał zmiany Kapitolu. Nie tylko ze względu na pogodę, która dla wielu zdawała się być plagą, zupełnie porównywalną do tej, którymi Bóg straszył Egipcjan, ale głównie przez politykę Panem, która chybotała się coraz bardziej niebezpiecznie na kruchych podstawach demokracji. Przypominało mu to huśtanie się na trójnożnym krześle, w którym jeden ze statywów jest upiłowany. Nie było najmniejszych szans, by zachować równowagę, nawet jeśli próbowano się podpierać nowymi ustawami. Adler wieszczył otwarcie się na dystrykty, ale kompletnie lekceważył sprawy getta, zapominając, że ludzie stamtąd niekoniecznie pragną bliższego kontaktu z dawnymi niewolnikami. Mógł uważać się za jaśnie oświeconego i światowego, ale dla Kapitolińczyków nadal pozostawał żałosną karykaturą, którą ktoś wyciągnął z plebsu tylko po to, by przyniósł reformy. Ginsberg nie wątpił, że nie jest ostatnim prezydentem, który pojawi się na mapie politycznej. Panem nadal było mrzonką dla wielbicieli demokracji i jako człowiek świadomy historii, a także obyczajowości – na coś przydały się mu wreszcie dogłębne studia antropologiczne – dostrzegał, że powódź to najmniejszy problem dla rządzących. Znacznie poważniejsze czaiły się gdzieś w podziemiu, Kolczatka rosła w siłę i podejmując decyzję o wydaniu Randalla na przesłuchaniu, wiedział, że i tak to nie wystarczy. Był jednym zbyt wielkim hedonistą, by dać się zastraszyć ruchom niepodległościowym. Wręcz ich oczekiwał, był jak małe dziecko, które raz przeżyło pokaz sztucznych ogni – a ciała płonęły na stosie, nago, obdarte ze złota przez Rebeliantów – i teraz nie mogło doznać zaspokojenia przez te wszystkie bezmyślne rozrywki, które dostarczano mu. Potrzebował bodźców, więc najchętniej podjudzałby ruchy antyterrorystyczne do działania, ale wydawały mu się one – na razie – żałosną partyzantką, której brakowało zorganizowania.
Mogli zachowywać się jak dzieci we mgle, gdyby jeszcze przynosili konkretne zgony i zatrzymania, ale chwilowo kojarzyli mu się tylko z harcerzami, którzy w każdej wojnie raczej pomagali niż szkodzili, zachowując reguły moralne jak swoisty pancerz przed śmiercią. Nieskutecznie, historia ich rozliczała po swojemu i Gerard również irytował się nieziemsko, obserwując ruchy propagandowe, które na nic się nie zdały. Wagony pociągu pędziły w nieznanym kierunku, białe chusteczki spadały do brudnych kałuż, w których odbijało się to samo uroczo nowoczesne miasto, nowi przedstawiciele wpadali do stolicy, toczyło się życie w jednostajnym tempie dźwięku, który wrył się wszystkim do umysłu i niektórzy próbowali nazywać to piekłem, ale Ginsberg chyba był już na to zbyt zblazowany. A może przejmowałby się bardziej, gdyby to dotyczyło jego osoby. Wówczas mógłby nawet umiejętnie ucieszyć się dolą ludzi, których zesłał na potępienie – ojciec Maeve (?) – ale chwilowo odłożył wszystkie te polityczne informacje do świata, który znajdował się zewnątrz.
Bez żalu, deszcz zaczynał słabnąć, choć przewidywana fala powodzi nie dotarła do miasta, dochodziła północ i duchy poczynały spływać krystalicznie czystym powietrzem. Jak to po burzy. Nie sądził, że ta dotknie ich w jakikolwiek sposób, ale wiedział, że Maisie może być przerażona. Był naprawdę szczerze zaintrygowany tym, jak pracuje jej mózg. Nie z powodu niedostatku inteligencji – jej matka przekazała jej swoje najgorsze geny – ale z powodu zmian psychicznych, które w niej zachodziły. Nie sądził, że jest chora w ten medyczny sposób, ten, który sprowadził jej na akta etykietkę osoby ubezwłasnowolnionej. Chodziło raczej o coś innego.
Gerard podejrzewał, a raczej nabierał już niezachwianej niczym pewności, że Maisie jest opętana. Nie zachowywała się jak przystało na osobę zdrową, choć dobrze pamiętał, że nią była, gdy pojawiła się w jego chatce, ciągnąc ze sobą jedynie maskotkę, którą szybko utopił jej w rzece. Musiała pogodzić się ze stratą. Tak samo robiłby z jej płodami, gdyby któryś zdążył dorosnąć do czasu rozwinięcia się człowieka. Na całe szczęście dla niej i pechowo dla niego, nigdy mieli nie uczestniczyć w takim niemym pogrzebie, który dostarczyłby mu jeszcze więcej rozkoszy – już on dopilnowałby, żeby patrzyła i zapamiętywała twarz każdego dziecka, które traci. Ku przestrodze i jego nieskończonej radości. Wówczas mógłby uznać, że duszyczka któregoś z nich zamieszkała w tym wątłym ciałku i dlatego dziewczyna zachowuje się tak irracjonalnie, ale powód chyba był bardziej błahy. To on posiadł jej duszę i wykruszył ją co do ostatniego włókna nerwu wolnej woli i cieniutkiej granicy między tym, co dobre i słuszne. Była już tylko jego wierną kalką, odbiciem lustrzanym i nic dziwnego, że w jej oczach gościła pustka, która była dla postronnych wyrazem obłędu, a dla Gerarda najwyższą mistyczną tajemnicą.
Z której wyrwała go całkiem przypadkowo. Spojrzał na nią karcąco, zabierając rękę. Może i za pierwszym razem bawiła go ta zabawa, ale nienawidził się powtarzać. Może gdyby rozszarpał jej skórę, to osiągnąłby wyższy poziom ukojenia, ale musiał powstrzymać instynkty i udzielić jej wyczerpującej odpowiedzi.
- Nie – odrzekł, kiwając głową na kuratora. Spodziewał się, że skierowanie podejrzeń na Randalla przyniesie upragniony skutek i nareszcie dadzą im spokój, choć byłby głupcem, gdyby przypuszczał, że to koniec. Zbyt wiele oczu kierowało się na ich rodzinę, a zawiść zawsze szła w parze z vendettą, która mogła mieć dość niepokojący finał.
Ruszył do gabinetu, mając nadzieję, że odczyta niemy komunikat i ruszy za nim. Nie zamierzał jej powtarzać tego bezpośrednio, uderzając jej głową o framugę drzwi. Teraz już mógł to uczynić niemal bezkarnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Lut 12, 2015 2:47 pm

Spodziewała się takiej odpowiedzi. I reakcji, a właściwie jej braku. Gerard nigdy nie był przy niej rozmownym towarzyszem, nie wtajemniczał w swoje plany i nie nauczył trudnej sztuki dyskusji. Przekazywał wiedzę tylko techniczną, wyposażając Maisie w cały arsenał sztuczek, które pomogły jej przetrwać. Podczas samotnej tułaczki wielokrotnie zastanawiała się, dlaczego dał jej do ręki broń obosieczną; dlaczego przez tyle lat pomagał przygotować się do ucieczki w pojedynkę. Często ulegała bolesnemu wrażeniu, że nawet ostateczne postradanie zmysłów, jakie zapanowało nad jej umysłem w dusznej Trzynastce, było przez niego dokładnie zaplanowane. Jakby pozwolił jej spaść na samo dno, przeczołgać się przez błoto poniżenia, poznać prawdziwą naturę ludzi. Wszystko, by wróciła do niego, błagając o przebaczenie i wzdrygając się na każde wspomnienie wolności.
Tak przecież było. Zaledwie rok temu ukrywała się na przedmieściach Kapitolu, prawie całkowicie wyleczona: teraz nie potrafiła przywołać żadnego wspomnienia z tamtego okresu. Twarze napotkanych po drodze ludzi rozmazywały się; opierała się wyłącznie na porównaniach. Niebezpieczeństwa, chłodu, wiecznego pragnienia skontrastowanych z słodką rutyną pod ochronnym sklepieniem z jego dłoni. Karzących ją sprawiedliwie. Kiedyś jeszcze próbowała się bronić, argumentować, z czasem jednak te niedorzeczne odruchy zostały całkowicie wytępione. Nikt nie mógł uciec od sądu ostatecznego, dla Maisie będącego normalną częścią każdego dnia. Niebo na ziemi; niebo pełne egzotycznych kwiatów, drogich przypraw i miękkich materiałów.
Wszystko dzięki Gerardowi. Przeszła z nim przez każdy krąg piekielny, czuła na swojej skórze zarówno piekący ból chłosty jak i rozkosz jego ust. Znała go na pamięć, jednocześnie nawet nie łudząc się, że zdołała go oswoić i że przewidzenie następnego działania Ginsberga przyjdzie jej z łatwością. Wieczna niewiadoma, wieczny niepokój, wieczne niebezpieczeństwo - tylko to gwarantowało jej spokój. W otumanieniu odnajdowała jakąś kojącą przyjemność, bodźce dochodziły do niej z opóźnieniem, nie tracąc na intensywności. Mogła spędzić wiele lat w takim rozstrojeniu - jeśli tylko miałoby to zapewnić dobre życie poruszającemu się w jej ciele dziecku.
Chcianemu i wyczekiwanemu. Musiała w to wierzyć, nawet po konfrontacji z obojętnością Gerarda. Sama nie wiedziała, na co w swojej głupocie liczyła. Na kołysanki? Na głaskanie jej napiętej skóry? Na całowanie stóp i noszenie na rękach? Nie miała do czego porównywać swojej ciąży, nigdy nie otaczała się kobietami i obecnie czuła się najbardziej samotną osobą na świecie. Potrzebowała wsparcia i rady, chłodne lekarskie wytyczne nie wystarczały. Starała się jednak odnaleźć odrobinę pocieszenia w Ginsbergu. Urojenia przybierały na sile; w jej oczach stawał się czułym bohaterem, zajętym Ważniejszymi Sprawami, o jakich nie miała pojęcia. Nawet nie chciała mieć. Żyli w dwóch różnych światach i była histerycznie wdzięczna za to, że pozwala jej przebywać obok siebie. Że wybrał ją na matkę swojego dziecka. W najśmielszych marzeniach nie mogła prosić o coś więcej.
Choroba psychiczna, stadium ostateczne. Śmiertelne. Zero świadomości, pogruchotana wolna wola i smycz powoli, ale nieubłaganie, zaciskająca się wokół szyi. Powinna instynktownie uciekać, ale nawet objawienia z zaświatów (wyrzucała Ralpha ze swojego umysłu z wyuczoną łatwością) nie były w stanie przywrócić ją światu. Ten czas minął, przeznaczenie wypełniało się w jej ciele i mogła tylko poruszać się posłusznie po wyznaczonej przez Gerarda ścieżce. Nawet jeśli prowadziła na skraj przepaści.
Takie myśli nie groziły jej, nie teraz, kiedy wręcz ogrzewała się w cieple jego ciała. Zdystansowanego, odciętego, ale...jednak był obok niej. Przeszła powoli za nim do gabinetu, światła kolejnych pomieszczeń jaśniały i gasły, wydobywając z półmroków nieskazitelnie czyste wnętrze. Dalej obce; nie chciała wychowywać tu syna i była pewna, że tak się nie stanie. Przecież obiecał.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Lut 13, 2015 7:52 pm

Deszcz zawsze był błogosławieństwem i tak odczuwał go również teraz, gdy wszystko zaczęło układać się po jego myśli. Powoli, powiedziałby nawet, że bardzo ślamazarnie, ale już dawno zaczął wątpić w zdolności śledczych do szybkiego rozwiązania problemów, więc nie spodziewał się prędkich efektów ich pracy. Bezcelowej, szukanie mordercy nadal wyglądało jak pościg za igłą ukrytą w stogu siana. Może gdyby miał w sobie więcej empatii, to zacząłby im współczuć tej bezsensownej pracy, która raz jeszcze miała pokazać społeczeństwu, że Panem to państwo, w którym prawa człowieka mają jakiekolwiek znaczenie. Brzmiało to tak znajomo i jednocześnie groteskowo, że mógł jedynie się z tego zaśmiać, idąc prosto do gabinetu i oświetlając sobie drogę, z której zdążył już wymazać ślady pobytu krwi Ralpha.
Nie myślał o swoim synu wcale i przykazał Maisie, by nie robiła tego również. Mógłby powołać się na absurdalną uwagę, że podczas ciąży nie wolno się jej denerwować, ale takie unikanie odpowiedzialności przypomniało mu raczej tchórzostwo. Dlatego także nie oszukiwał jej wcale, rozkazując jej bardzo jasno porzucenie tego tematu. Nie obawiał się groźby ze strony człowieka, który nie był w stanie dokończyć porwania w tym mieszkaniu i odchodził w blasku porażki, roztrzaskując ostatni relikt przeszłości, jakim był portret jego matki. Gerard sądził, że to właśnie Ralph był najbliższy uzyskania odpowiedzi na frapujące wszystkich pytania (te związane z siostrą również), ale zatrzymał się w połowie drogi, okazując w ten sposób, że naprawdę nigdy nie był jego synem. Gdyby był jego potomkiem, to nie bałby się tego, co mógł odkryć. Odpuścił i wycofał się z podkulonym ogonem, zdychając gdzieś pod płotem jak zwykły kundel. Tym właśnie był i otrzymał odpowiedni finał. Mógł jedynie żałował, że to nie on zadał mu ostateczny cios, ale skoro czasy były niespokojne, to lepiej było nie brudzić się krwią.
I wysprzątać mieszkanie przed wizytą niezapowiedzianych gości. Całe szczęście, że nie przyszło im na myśl, by pukać do niego najpierw, przez co zyskiwał nieco czasu na uporządkowanie swojego archiwum i lepsze przechowywanie swoich receptur. Koniecznych dla Maisie, już widział, że zaczyna głupieć od hormonów, miał jedynie nadzieję, że zdąży z jej kuracją przed kolejnym dzieckiem, bo inaczej Regis będzie skazany na życie jako półsierota, zapewne z dala od Kapitolu, który już wyciągał do niego zaborczo ręce.
Problemy nawarstwiały się, rosły karmione przez wrogów w ekspresowym tempie, a sam Gerard zdawał się uspokajać, gdy siadł za dębowym biurkiem, pogrążając się w krótkiej lekturze. Bez słowa, słusznie przypuszczał, że jego córka zechce znowu opowiadać mu o dziecku, a ten temat pozostawał dla niego na razie zamknięty. Najlepiej do porodu, który miał nastąpić za trzy miesiące. Wówczas mógł nawet zjawić się w szpitalu, ale do tego czasu nie personifikował sobie tego monstrum, które dzięki krzyżówce genów będzie zapewne bardziej podobne do niego.
Całe szczęście, myślał o tym, kiedy podnosił wzrok na córkę. Wyglądała bardziej zdrowo, ale nadal pozostawała nieco wytłoczona ze świata, w którym przyszło jej egzystować. Po raz pierwszy pogratulował sobie odpowiednio przeprowadzonej manipulacji, która miała osiągnąć właśnie wyższy poziom.
- Wiesz czyja to wina? – zagadnął. – Twojego brata. Doniósł na nas. Tak się odwdzięczył za twoją szczerość – wyjaśnił jej cicho, nie spuszczając wzroku z jej piegowatej twarzyczki.
Chętnie dodałby do tego jeszcze swoją opinię, ale kłamstwo należało sprzedawać jak najbardziej ogołocone z ozdobników, wtedy wpadało łatwiej w umysł, nie dając mu wytchnienia. Manipulacja w białych (czarnych) rękawiczkach, którymi przejechał pieszczotliwie po jej policzku, zbierając ewentualne łzy, które musiały popłynąć.
Biedna, zdradzona przez własną rodzinę dziewczyna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Nie Lut 15, 2015 12:10 pm

Mimo wszystko, nie była w stanie polubić tego miejsca. Od pierwszej nocy, spędzonej w swoim pokoju, z przerażonym wzrokiem wbitym w sufit, przeczuwała, że spotka ją tutaj coś strasznego. Że znowu trafiła w sidła, tym razem tak wzmocnione, by nie mogła uwolnić się z nich o własnych siłach. Gerard nie stał w miejscu, manipulacja rosła razem z nią, więc dopasowywał sztuczki do subtelniejszego wieku, korzystając z kompletnej pustki Maisie. Nie posiadała nawet grama dobrej woli, jakiegoś mocnego, pozytywnego bodźca, jaki pozwoliłoby jej na zrzucenie z siebie lepkiego ciężaru przeszłości. Pozostawała całkowicie bezbronna, bezwolnie stąpając po z góry wytyczonej ścieżce. Kiedyś jeszcze potrafiła zerwać się z łańcucha i biec przed siebie, w nadziei, że uda się jej przekroczyć zbawczą linię horyzontu. Nigdy tam nie docierała: teraz już wiedziała, że nie istniało życie dalej, że z każdym krokiem przybliżającym ją do wolności tak naprawdę stopniowo powracała do Gerarda. Droga ucieczki po prostu nie istniała.
Potrzebowała wielu lat, żeby to w końcu pojąć. Tysiące siniaków, blizn, połamanych kości i zniszczonej psychiki. Ból, nie do wytrzymania, towarzyszący jej każdego dnia. Wieczne cierpienie, jakie musiała przeobrazić w przyjemność, żeby nie zwariować do reszty. Wszystko to miała już za sobą; mogła tylko żałować, że nie pogodziła się ze swoim przeznaczeniem znacznie wcześniej. Może dotarłaby do tego punktu już dawno temu? Może nosiłaby pod sercem ich drugie dziecko? Może żyliby teraz w jakimś dalekim Dystrykcie?
Rozmyślanie o alternatywnej teraźniejszości nie przynosiło niczego dobrego. Skarciła siebie w myślach, wchodząc do przestronnego gabinetu. Znów gwałtownie oświetlonego przez lampy; zmrużyła oczy, wsuwając bose stopy w puszystą miękkość dywanu. Najchętniej położyłaby się spać; z każdym miesiącem rozwijającej się ciąży, odczuwała coraz silniejsze zmęczenie. Częste drzemki stawały się słodkim wehikułem czasu. Do powrotu Gerarda z pracy; do oddychania tym samym powietrzem. Odsuwał ją od siebie przez cały miesiąc. Niemalże fizycznie widziała między nimi uśmiechniętą twarz pucułowatej kuratorki. Należącej już do przeszłości. Maisie nie ukrywała ulgi, kiedy bezszelestnie podchodziła do biurka, przystając tuż obok oparcia fotela. W bezpiecznej odległości; wiedziała, że nie powinna się narzucać. Zawsze na tyle blisko, by mógł szarpnąć ją za włosy do swojego ciała, ale zarazem na tyle daleko, by nie przeszkadzała mu w pracy. Ustawiała się już instynktownie, odgarniając włosy z twarzy i nawet nie próbując zerkać na dokumenty, ułożone równo na biurku. Wiedziała, że Gerard wszystkim się zajmie; że odgrodzi ją od całych niebezpieczeństw świata. Dla jej dobra.
Poczuła nagły napływ wzruszenia i zagryzła wargi, robiąc niezgrabny krok do przodu, po czym dotknęła przelotnie jego ramienia. Podziwiając z ukosa profil jego twarzy; bezgłośnie i w niemym oddaniu. W pierwszej chwili nawet nie zrozumiała słów Gerarda, dopiero po dłuższej chwili układając ciche głoski w odpowiednie sylaby, trafiające prosto w jeden z jej wrażliwych punktów. Niewielu; większość została wycięta albo utwardzona, ale ten rodzinny aspekt ciągle pulsował żywą tkanką, oszczędzony - albo przeoczony? - przez machinę autodestrukcji. Malcolm ciągle był kimś...niezdrowym, wywołującym niepokój i naruszającym szczęśliwą rutynę, jaką gwarantował jej najwspanialszy mężczyzna na świecie. Mimo to nie była w stanie wyrzucić go; nie po tym nagłym odzyskaniu, nie, kiedy stanowił urealnione marzenie. Mijające się z rzeczywistością: naiwnie sądziła, że dwadzieścia lat rozłąki będzie niczym wobec siły braterskiego uczucia. Była tak głupia - znów dopiero po fakcie orientowała się w swoich durniutkich marzeniach i wizjach sielankowej przyszłości.
Dlatego nie popełniała więcej tego błędu, tłamsząc odruchowe zapewnienie, że nie, to niemożliwe, Malcolm mnie kocha, nigdy nie zrobiłby czegoś, co mogłoby mi zaszkodzić, cisnące się jej na usta. Zagryzła je ponownie, puszczając jego ramię i wpatrując się prosto w złote oczy Gerarda, emanujące jakąś...niezrozumiałą czułością? Albo ukrytym gniewem; nie potrafiła rozpoznać co stanowi wymysł opętanego hormonami organizmu a co niebezpieczną prawdę, jaka mogła oznaczać niebezpieczeństwo. Milczała więc tylko krótką chwilę, przymykając oczy, kiedy przesuwał palcem delikatnie po jej twarzy. Kolejny, rzadki gest, pod którego wpływem reagowała jeszcze posłuszniej.
- Przepraszam - powiedziała tylko niezwykle cicho, podnosząc dłoń, by dotknąć jego palców, głaszczących jej policzek, i przytrzymać chociaż na sekundę dłużej. Wewnątrz kotłowało się mnóstwo pytań, bolesnych znaków zapytania, ale...Gerard nie mógł jej okłamać. Każde słowo, które padało z jego ust, zawsze było prawdziwe i chociaż akceptacja zdrady Malcolma wywołała u niej nagłe ukłucie bólu, nie okazała go wcale. Przywykła do cierpienia w milczeniu; tak było i tym razem. Liczyła się tylko bliskość Ginsberga i pewność, że jej rodzina będzie bezpieczna. Nawet jeśli musiała przy tym rezygnować z własnych marzeń o odnowionym kontakcie z bratem. Już zapomniała, że to myśl o nim pozwoliła jej przeżyć samotną wędrówkę; że to on stanowił motor jej wszystkich słusznych działań, prowadzących ją jednak z powrotem w ramiona Gerarda.[/i]


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Lut 21, 2015 4:10 pm

Może i deszcz zacinał rytmicznie obraz za oknem, powodując zakłócenia w odbiorze i półmrok w tym gabinecie, ale Ginsberg wiedział, że największą tragedią, plagą egipską i klęską jest brak rodziny. Nie był tradycjonalistą, ba, jako jeden z niewielu potrafił oddzielić emocje – na których niedobór czasami cierpiał dotkliwie – od racjonalnego myślenia; ale ta wartość zawsze wydawała mu się niezmienna. Musiał dziękować za to matce, która zaszczepiła w nim potrzebę najwyższej wagi, którą było przekazanie swoich genów przez wszystkie kolejne pokolenia. W takich właśnie chwilach, w spojrzeniu kierowanym na brzuch Maisie, w którym zdążyło już się rozwinąć życie – przeżyłoby bez jej opieki – czuł się nieśmiertelny i niepokonany, a jego pycha osiągała kolosalne rozmiary. Rodzina była powetowaniem tamtych uczuć (wyblakłych z biegiem czasu) i stanowiła dla niego zabezpieczenie, które teraz nauczył się traktować z lekkim szacunkiem. Wyłącznym dla człowieka, który od pewnego czasu obmyślał synobójstwo, powtarzając historię Edypa, nie przewidując jednak dla siebie żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu. Dobrze wiedział, że jedyną osobą, która mogłaby go powstrzymać była jego matka, ale ta wolałaby odwrócić wzrok. Już zdążył oswoić się z myślą, że przekazując mu święte prawo szanowania swoich rodziców – zwłaszcza jej, zwłaszcza przy okazji nierządu, który sprowadzała na ich dom – tak naprawdę sama pozostawała kobietą, nie kapłanką domowego ogniska.
Nie przestawał jednak jej pożądać i teraz, gdy patrzył na swoją córkę, wszystko powracało jak rykoszetem, przywołując u niego nieznośne uczucie powtarzania historii, którą przecież przeznaczył na stracenie. Słowo – już zamazane i koślawe – stawało się ciałem, które nie nęciło go samo przez siebie. Maisie nie była przecież jego partnerką, żoną, kimkolwiek wybranym świadomie przez niego – pozostawała tak jak matka, wyborem koniecznym, fatum, które mogło przynieść tylko zgubę, bo przy całej swojej niezależności i obojętności nie mógł wyprzeć się rodziny. Nie umiał i nie chciał sprawić, by jego córka stała się kimś w rodzaju wspomnienia, które nawiedza go podczas tak deszczowych nocy jak ta. Dlatego dołożył wszelkich starań, by odnaleźć ją i przyprowadzić za smycz do domu ojca, odczuwając jednocześnie nienawiść do niej – jak mogła uciec, łamiąc mu serce (?) – i miłość, która zaślepiała go tak bardzo, że musiał obawiać się jutra. Dobrze wiedział, że w jej obronie zrobiłby wszystko, że dla Maisie gotów był przezwyciężyć swój rozsądek i pokazać się z najgorszej, bo kierowanej emocjami stronie. Był zaborczy, szykował dla każdego jej znajomego wyrok śmierci, słusznie uważając, że jej przebudzenie ze snu królewny w zamku Ginsbergów mogłoby kosztować ją życie. Chciał dla niej najwyższego dobra i karmił ją zachłannie sobą, wiedząc, że jest szczęśliwa tylko wówczas, gdy może doświadczać takich sytuacji jak ta. Pełnej upodlenia i manipulacji, kiedy wręcz fantomowo czuła sznurek, za który przyciągał ją do siebie, sprzedając jej nieprawdy między kilkoma słowami, które powinny łamać jej serce. Na to jednak było za późno – miał wrażenie, że i ten organ wziął w swoje posiadanie, był jak kanibal, który sycił się jej uczuciami, pokazując jej bardzo dobitnie, że jest osobą nierozumną, skoro się nimi kieruje. Był hipokrytą, bo w jej przypadku – tym jednym i najbardziej prawdziwym – mógł powiedzieć o sobie to samo, uderzając się w pierś.
Dlatego z taką lekkością pozbawiał ją rodziny. Być może gdyby Randall był kimś więcej niż tylko jej przyrodnim bratem, odczuwałby z tego powodu drobną…niedogodność, ale tylko on był świadomy tego, że tak naprawdę ten dowódca Kolczatki nie jest jej najbliższą rodziną. Gerard Ginsberg był – od poczęcia, poprzez życie w Jedenastce, kiedy uczył ją pływać, polować i przyjmować kobiecy ból z pokorą godną mnicha – i on przyjmował jej łzy z wielkoduszną, wycierając je rękawiczką, jakby naprawdę przebaczał jej wszystko. Nie była świadoma prawdy i to docierało do niego tej ulewnej nocy, która mogła być już jego ostatnią w Kapitolu.
Maisie nigdy miała nie doświadczyć bycia jego krwią. Wydawało się jej, że jest tylko jego opiekunką i że dzięki temu jest istotą samodzielną. Nie mogła być bardziej w błędzie. Nadal pozostawała jego córką, co odnajdywał w spojrzeniu, w rysach twarzy i w milczeniu, które wykorzystywał na dokładne skanowane jej osoby, jakby samym wzrokiem mógłby przekazać jej tę świętą prawdą. Malcolm. Rufus, Ralph czy ktokolwiek inny nie był jej rodziną i musiała mieć świadomość, że przez to jest przeklętą. Zdejmował rękawiczkę przy jej ustach z zamiarem rzucenia jej nią w twarz w ramach wyzwania. Był zaintrygowany, jak po latach przyjęłaby fakt, że nosiła dziecko własnego ojca i że przy odrobinie szczęścia, zdąży wychować je na prawego obywatela, który pewnie zwariuje na punkcie matki. Fortuna toczyła się nieśpiesznie kołem, przeszłość zdawała się przechodzić w przyszłość, a on chował tę tajemnicę zbyt długo, czując się głupcem. To była jedyna granica w jego życiu, którą obawiał się przekroczyć. Nie lękał się poniżania jej, bicia, sprowadzania na drogą zbrodni, bycia dumnym z niej, kiedy zabijała jego kochankę; ale sama myśl, że dziewczyna mogłaby zorientować się, że popełniała kazirodztwo, błagając go wielokrotnie w najbardziej upokarzających sytuacjach o bycie jego córką, była dla niego nie do zniesienia.
Wydawało się, że i Gerard znalazł mur, którego nie mógł przebić, choć bardzo chciał. Zadbał o to, by tajemnica była bezpieczna i już czuł egipski ciężar tajemnicy, którą będzie ważył u Ozyrysa, kiedy już dopełni się jego czas. Ale nie teraz, na razie patrzył w jej oczy z lekkim uśmiechem człowieka, który skrywał jeszcze niejedną tajemnicę i przygotował szereg niespodzianek, wodząc opuszkami palców po jej skórze i obserwując z lubością sine ślady.
- Kupiłem dom w Dwójce – oznajmił i wówczas zrozumiał, że jest nadal człowiekiem przesądnym, który w wielkiej ramie okna dostrzega ducha matki. Z którym żegnał się na dobre, wybierając najbliższą rodzinę i żegnając Kapitol bez cienia żalu czy niepotrzebnej egzaltacji. Ginsberg wiedział, że to kolejna historia, którą przyjdzie mu zapisać w taki sam gwałtowny sposób, tym razem włączając do przedstawienia swoich kukiełek Regisa. Poruszającego się pod jego dłonią, musiał go nauczyć, że kobiety cechuje głupota i uleganie emocjom, a na jego barkach spoczywa obowiązek opieki nad rodziną. Przeklętą, obciążoną niewybaczalnym dla bogów grzechem, ale nadal rodziną, którą właśnie tworzył w tym cichym gabinecie, popychając Maisie na dębowe biurko i odbierając to, co należało mu się od chwili stworzenia tego ciała, które teraz wyginał w łuk. Bo była jego własnością, co znaczyło więcej niż jakkolwiek miłość życia.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t3197-conrad-gustav-dillinger
http://panem.forumpl.net/t3227-kondzio
http://panem.forumpl.net/t3224-conrad-gustav-dillinger
http://panem.forumpl.net/t3312-cierpienia-mlodego-conrada
http://panem.forumpl.net/t3233-kondzio
http://panem.forumpl.net/t3298-melina-conrada
Wiek : 32
Zawód : Oficer
Przy sobie : dwa noże ceramiczne, broń palna, magazynek, mundur, telefon komórkowy, scyzoryk wielofunkcyjny, paczka papierosów, zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Nie Kwi 12, 2015 11:39 am

Ludzie to idioci. Stwierdzenie wcale nie tak odkrywcze - ilu filozofów miało równie niskie mniemanie o człowieku, rzekomo stworzonym na obraz i podobieństwo (nieistniejącego?) boga? Ludzie sami robili sobie krzywdę i przede wszystkim, nie potrafili uczyć się na własnych błędach. Conrad dostrzegał to upośledzenie bardzo wyraźnie: powielający się schemat na kartach historii, powtarzający się motyw w ówczesnym Panem. Mężczyznę najbardziej rozsierdzała jednak jego własna ułomność i fakt, że pomimo głębokiej pogardy postępuje identycznie, samemu kopiąc pod sobą dół. Istna tragikomedia, właściwa jedynie gatunkowi ludzkiemu. Gustav szczerze nienawidził analogii łączących go z bezosobowym tłumem i pocieszał się swoją świadomością , odróżniającą go od tępej masy. Biedne owieczki; nie wietrząc podstepu potulnie podążały za pasterzem, prowadzącym je do rzeźni z wejściem dla niepoznaki okrytym kwiatową girlandą. Oczywiście trafiały się indywidua, niemniej jednak, kretyni. Zerwawszy się z politycznej smyczy, zachłystywali się wolnością, po czym na powrót lądowali w mamrze, w czułym uścisku stęsknionego Gerarda Ginsberga. Jak ten cały Jarmusch, przed kilkoma godzinami szczęsliwiec, któremu udało się zbiec z więzienia, obecnie wrak po dwóch próbach samobójczych - perspektywa randki z naczelnikiem aż tak go przerażała?

Natknęli się na niego w Violatarze przez zupełny przypadek - czyżby zrzędzenie Losu? Dillinger pod koniec patrolu w getcie często wstępował tam na kieliszek czy dwa, lecz po raz pierwszy miał okazję ujrzeć, jak imprezuje człowiek, który od blisko tygodnia jest poszukiwany w całym Panem. Conrad był pod wrażeniem głupoty Jarmuscha, który przecież doskonale zdawał sobie sprawę, że Ginsberg zażyczył sobie, dostarczyć go mu do rąk własnych . Czyż taka groźba nie stanowiła najlepszej wymówki do siedzenia na tyłku w bezpiecznej kryjówce? Po widowiskowyn aresztowaniu zaprowadzili go na posterunek, o tej porze świecący pustkami. Starsi oficerowie radzili co zrobić z więźniem, który w tym czasie nie próżnował (mimo że napruty, nadal myślał całkiem trzeźwo) i gdyby nie błyskawiczna interwencja Imago, Jarmusch skutecznie udusiłby się sznurówką. Conrad niemal pożałował, że nie pozwolił mężczyznie pożegnać się z tym światem; po tym, jak Ginsberg obedrze go (ze skóry?) z resztek godności i tak czeka go kara śmierci...

Zadzwonił do drzwi, które niemal natychmiast się uchyliły, jakby ktoś już na niego oczekiwał. Ku swemu zaskoczeniu w progu spostrzegł nie Ginsberga, a młodą dziewczynę. Conrad zmieszał się lekko, patrząc na jej bose stopy i kusą koszulkę osłaniającą wydatny brzuszek. Czyżby pomylił adres? Już chciał przepraszać kobietę za najście, lecz wtem przypomniał sobie, że Gerard ma przecież córkę. Obiły mu się o uszy jakieś plotki, w koszarach najżywszym tematem rozmów były przecież wszelkie skandale, zwłaszcza jeśli dotyczyły ludzi z Góry. Lub ich rodzin. Ponoć dziewczynę zgwałcono...Gustav przestał dziwić się jej nerwowym gestom i wylęknionym spojrzeniom rzucanym w jego kierunku. Trauma musiała wciąż pozostać żywa. Było zresztą dość późno, obcy mężczyzna pakował się do jej domu pod nieobecność opiekuna - dziewczyna posiadała pełne prawo do obaw. Dillinger chętnie zwinąłby manatki (kobiet w ciąży przecież nie wolno denerwować), lecz miałby zwyczajnie przesrane, gdyby zlekceważył polecenie służbowe, a nie uśmiechało mu się zastąpić Jarmuscha na sali przesłuchań.
- Mogę? spytał, po okazaniu dokumentów i nie czekając na odpowiedź, wsunął się do środka. Wnętrze pewnie zrobiłoby na nim wrażenie, gdyby nie troska o dziewczynę (nie wyglądała najlepiej) i pragnienie jak najszybszego załatwienia sprawy. Cholerny Ginsberg; jaki normalny człowiek szlaja się po mieście o pierwszej nad ranem z wyłączonym telefonem komórkowym?
- Przepraszam, ale może orientuje się pani, o której wróci pan Ginsberg? - zwrócił się do kobiety, walcząc z ochotą sięgnięcia po fajkę. Na pewno czekała na ojca, sądząc po zmartwionej minie i posiłku stygnącym na kuchennym stole, przy którym Conrad zasiadł bez zaproszenia. Był na nogach dwie doby, a teraz musiał czekać, aż szanowny naczelnik raczy pojawić się w domu. Ciekawe, kto trzymał Gerarda w dupie co takiego ważnego Gerard miał na głowie, że włóczył się po mieście, przysparzając zmartwień córce, a jemu wydłużając godziny służby.


Przestańmy własną pieścić się boleścią,
Przestańmy ciągłym lamentem się poić:
Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią,
Mężom przystoi w milczeniu się zbroić....
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pon Kwi 13, 2015 8:30 pm

| dziwna czasoprzestrzeń po spotkaniu z Malcolmem

Krople wody spadały w regularnych, matematycznie wyliczonych przez Kosmos odstępach, raz po raz uderzając o stalowe dno zlewu. Cztery długie sekundy przerwy, przerwane cichym odgłosem, wzmacnianym przez echo pustego mieszkania. Kolejne cztery sekundy ciszy i znów, i tak w kółko; bolesna systematyczność kiczowatej nieuchronności, spowodowanej zepsutą uszczelką.
Albo po prostu nie potrafiła dokładnie dokręcić kranu...? Możliwe; pomimo miesięcy spędzonych w tym mieszkaniu, dalej czuła się tutaj obco, w tym przeklętym miejscu przepełnionym elektroniką, jaka wcale nie ułatwiała jej życia, przynosząc więcej szkód niż pożytku. Gubiła się wśród przycisków, automatycznych włączników i ostrego światła, zapalającego się w każdym pokoju, kiedy tylko postawiła tam bosą stopę. Miała wrażenie, że jest pod ciągłą obserwacją, że każdy jej krok nagrywają kamery i że nigdy nie jest tak naprawdę samotna. Inna sprawa, że taka nawet faktycznie - bez schizofrenicznych złudzeń - nie była. Królewska liczba mnoga rosła w jej ciele, przeciągała się i dawała znać ciągłymi kopniakami, że jest już gotowa do przyjścia na świat. Wiedziała, że gdyby Regis urodził się w tej chwili, przeżyłby bez jej opieki. Ta myśl, wbrew wszystkiemu, przerażała ją z każdym dniem coraz bardziej. Ciążowe dolegliwości doskwierały jej coraz bardziej, ale była w stanie znosić przemęczenie i ból, byleby tylko mieć dziecko w sobie. Świat wokół wydawał się obcy, zdradziecki; wiedziała, że po porodzie nie będzie mogła go chronić w ten sam sposób. Popadała w lekką histerię, wzmaganą tylko spotkaniem z Malcolmem.
Ale o nim nie chciała myśleć; kiedy wróciła do mieszkania wzięła lodowaty prysznic, zmywając z siebie lepkie łzy i blokując rozhulane emocje. Nie było to łatwe, ale nie pierwszy raz nakładała kaganiec swoim myślom, uciekając w apatię. Coraz częściej skręcała właśnie w tę stronę, izolując się od świata nie tylko fizycznie ale i psychicznie. Przebywanie w swoim własnym świecie, w stanie emocjonalnej hibernacji, bliskiej śmierci, nadawało jej wygląd katatoniczki - właściwie stawała się nią prawie stuprocentowo? - ale tylko tak mogła egzystować. Wykonywała więc wszystkie domowe czynności jakby spała, przygotowując kolację dla Gerarda i czekając na niego w nieskończoność. Mijały minuty i godziny, a ona dalej siedziała na kuchennym krześle, przy zastawionym stole, wpatrując się tępo w krople, spadające z kranu. Co cztery sekundy. Cztery, długie sekundy; całkiem nowa miara samotności, w jakiej jednak znajdowała pewne pocieszenie. Czuła się dziś wyżęta ze wszystkich emocji - te najmocniejsze mógł wzbudzić tylko Ginsberg. Pojawiający się w końcu u drzwi. A przynajmniej tak się jej wydawało. Była w bardzo kiepskim stanie, nawet jak na swoje życiowe standardy, i pewnie dlatego zachowywała się mało racjonalnie, od razu otwierając drzwi. Zauważenie, że nie stoi za nimi Gerard tylko obcy mężczyzna w mundurze zajęło jej dużo czasu. Gdzieś w tle pojawiły się słowa, krótki obraz strażniczej legitymacji. Wszystko jakby za mgłą niezrozumienia, niepokoju, który nakazywał jej odruchowe cofnięcie się trzech kroków do tyłu. Co zapewne wyglądało z perspektywy mężczyzny jak zaproszenie do wejścia, chociaż kulturalnego pytania Maisie nie usłyszała, zaplątana w wewnętrznych próbach wyjścia z katatonii. W czym pomogła jej nagła inwazja nieznajomego, rozsiadającego się za stołem w kuchni. Nagłe podniesienie się adrenaliny - obcy w mieszkaniu, obcy tuż za nią, Ralph też tak się tutaj zjawił i... - zadziałało jak siarczysty policzek i Mai obudziła się z psychicznego snu, odnajdując siebie zmarznięta, w kusej koszulce, stojącą w przedpokoju przed otwartymi drzwiami. Z echem głosu obcego mężczyzny w kuchni.
Cztery sekundy na czysty strach. I kolejne cztery na próbę racjonalnego osądzenia sytuacji. Ochrona na dole wieżowca nie wpuściłaby nikogo niebezpiecznego, brunet pokazał jej legitymację i...I tak nie przekonywało jej to w stu procentach, ale w stanie świeżego obudzenia mózg Maisie działał jeszcze oporniej niż zwykle.
Zamknęła więc drzwi, powoli powracając do pokoju i przystając pomiędzy wysepką kuchenną a stołem, za którym usiadł brunet. Patrzyła na niego spokojnie, wręcz obojętnie, w ogóle nie przejmując się swoim połowicznym negliżem ani uprzejmością, nakazującą pewnie zaproponowanie czegoś do picia. Nikt nie wychował ją na miłą gospodynię, witającą swoich gości; nigdy właściwie takowych nie przyjmowała, pojawienie się nieznajomego traktowała więc jako brutalne wtargnięcie. Pewnie gdyby miała do czynienia z kobietą, zachowywałaby się zupełnie inaczej, ale Gerard wbił jej do głowy - dosłownie - suczą uległość przed mężczyznami, dlatego zachowywała się, jak na swoje standardy, wzorowo, po prostu stojąc i patrząc. Jak autystyczne, niechętne dziecko. Z własnym dzieckiem pod sercem, przeciągającym się coraz gwałtowniej i uderzającym w jej żebra. Położyła na brzuchu obie dłonie, uspokajająco, nie ruszając się z miejsca, z spojrzeniem brudnozłotych tęczówek dalej wbitym w bladą twarz mężczyzny. Pokręciła tylko powoli głową na jego pytanie, odzywając się dopiero po kolejnych czterech sekundach.
- Nie chcę, żeby pan tu czekał - zaryzykowała niemożliwą do zaakceptowania przez Gerarda arogancję, chociaż w jej głosie nie przebrzmiała żadna nuta niechęci czy wrogości. Pusty, cichy ton, beznamiętny i w swojej głuchej obojętności bardzo niepokojący.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t3197-conrad-gustav-dillinger
http://panem.forumpl.net/t3227-kondzio
http://panem.forumpl.net/t3224-conrad-gustav-dillinger
http://panem.forumpl.net/t3312-cierpienia-mlodego-conrada
http://panem.forumpl.net/t3233-kondzio
http://panem.forumpl.net/t3298-melina-conrada
Wiek : 32
Zawód : Oficer
Przy sobie : dwa noże ceramiczne, broń palna, magazynek, mundur, telefon komórkowy, scyzoryk wielofunkcyjny, paczka papierosów, zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Kwi 15, 2015 9:10 am

Wyczuwał niechęć dziewczyny, buchającą żywym płomieniem, jednakże nie skierowaną bezpośrednio w jego osobę. Antypatia została zaadresowana do kogoś, kto wtargnął do jej domu, zakłócił spokój, zagrażał zarówno jej, jak i dziecku. Żadnych osobistych przesłanek, normalna reakcja na naruszenie prywatności, pogwałcenie starej zasady, według której żaden mężczyzna nie powinien przebywać sam na sam z kobietą, która nie jest jego rodzicielką, siostrą lub żoną. Zachowanie podminowane strachem oraz zdenerwowaniem; uwadze Conrada nie umknął obronny gest, jaki wykonała, poddając się silnemu, pierwotnemu instynktowi, nakazującemu matce za wszelką cenę chronić swoje dziecko. Jeszcze nienarodzone, tym bardziej kruche i całkowicie zależne od dziewczyny. Nie wiedział, jak powinien postąpić w takiej sytuacji. Patowej, gdyż nie mógł wykonać ruchu naprzód, zaś cofnięcie się, byłoby oznaką...braku stanowczości? Współczucia? Przecież nie uległości, o tej stronie swojego charakteru Gustav już dawno zapomniał, jakby niegdysiejsze upokorzenia były wytworem sennych koszmarów, okrutnych mar, do których nigdy nie zamierzał powracać. Nie znosił podejmować trudnych decyzji, brzydził się niezdecydowaniem, paradoksalnie wahając się, czy nie wysłuchać prośby kobiety. Ukrytej w tym jednym zdaniu, które wcale nie było subtelną aluzją, a prostym, jasnym komunikatem. Co zaciekawiło Imago - dziewczyna nie krzyczała, nie płakała, nie podniosła tonu. Swoje życzenie wygłosiła beznamiętnie, jakby było jej obojętne, czy zastosuje się do niego, czy też nie. Jedynie jej oczy zdawały się przeczyć pasywności postawy, wręcz gorąco domagając się, aby usunął się z mieszkania i nigdy więcej nie postawił tu swej stopy. Dillinegrem wstrząsnęło to do głębi, chyba pierwszy raz spotkał się z takim przypadkiem.. Czuł, że tak naprawdę nie chodzi o niego, że dziewczyna lęka się czegoś trudnego do zdefiniowania, czegoś, co on sam, zupełnie nieświadomie na nią nasłał. Jakby obecność obcego obudziła uśpione demony, wyzwolone z kokonu świadomości i pustoszące kobietę od wewnątrz - szkodząc również dziecku, które nosiła pod sercem. Poczucie winy delikatnie uszczypnęło Conrada, który usiłował odgonić od siebie natrętne myśli. Pieprzona wrażliwość, tak skrzętnie ukrywana przed ludźmi, pieprzony weltschmerz, jaki teraz dotykał go wręcz w dwójnasób. Z powodu wypełniania obowiązków?

Odwzajemnił badawcze spojrzenie dziewczyny, zastanawiając się, czy wygląda jak rasowy agresor, czy po prostu w jej oczach wszyscy mężczyźni zakwalifikowali się do tej kategorii. Dobrze znał samców, sam był jednym z nich i nie śmiał przeczyć naturze; Kapitol stworzył z nich eleganckich (ale jednak) prymitywów, hołdujących kultowi ciała. Może stanowił (nie?)chlubny wyjątek, rezygnując z ulubionych rozrywek stolicy, w jakich nie odnajdywał żadnych uciech? Szufladkowanie ludzi nie leżało w jego zwyczaju, ale gryzł się tym podziałem; choć stratyfikacja niewątpliwie była (?)potrzebna i właściwa. Pośród niekoimpotentów i szowinistów znalazł się dziwak, mimo wszystko idący, a przynajmniej zmierzający w tym samym celu. Dlatego Gustav nie uważał siebie za lepszego; nonkonformizm niósł za sobą nieprzyjemne konsekwencje, więc wszystko, co mógł zrobić, to egzystować tak, jak dotąd, truć się życiem, tak jak dotąd, udawać że na nikim mu nie zależy i przeżywać po swojemu każdą strzelaninę, każdy gwałt i każde spojrzenie, patrzące na niego z wyrzutem. Czuł się więc teraz bardziej niż nieswojo i bardziej niż źle. Choć nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji, pamiętał podobną mieszankę emocji. Był wtedy młody i jeszcze nie tak bardzo zrażony do życia. Każda strata zbliżała go do stanu, w jakim się znalazł, lecz najbardziej ubodła go ta pierwsza. Nieruchome ciało, puste oczy i niewielka rana na piersi jego towarzysza nie wydobyły z Imago nawet westchnienia. Wzrok matki chłopaka, owszem. Porażająca rozpacz i błagalne prośby, by potwierdził, że jej ukochany syn nie odszedł, dzwoniły mu w uszach zawsze, gdy patrzył na konających towarzyszy. Jemu Los zawsze sprzyjał , widocznie znużony zabawami z dzieciństwa, Fatum jednak powracało, bo On nie dawał tak po prostu o sobie zapomnieć. Czego obrazem były bezimienne zwłoki jego kompanów i wilgotne oczy ich bliskich. Identyczny moralny dylemat: wówczas nie mógł dać kobiecie nadziei (najgorszej plagi, jaka wypełzła z puszki Pandory), teraz nie mógł opuścić mieszkania Ginsbergów. Wypełnionego specyficzną ciszą (pomijając rytmicznie kapiącą wodę) i subtelnym napięciem.
- Też tego nie chcę - odparł cicho, najzupełniej szczerze, pocierając dłonią nieogoloną szczekę. Był zmęczony i czuł, jak omdlenie powoli poraża jego członki; dosłownie zdrewniał za stołem, choć w tym micie bliżej mu było do Apollina niż do Dafne, której rolę z powodzeniem mogła odegrać córka Ginsberga. Równie przerażona wizytą Dillingera, jak nimfa zalotami boga - niesłusznie?
- Zostawiłem broń na dole. Nie skrzywdzę was - powiedział Conrad, wyraźnie podkreślając liczbę mnogą, by choć trochę uspokoić obawy dziewczyny. Prośba o zaufanie wydawała mu się głupotą równoznaczną z uruchomieniem alarmu, więc poprzestał na tej obietnicy. Położył obie dłonie na blacie stołu; celowo, by kobieta dokładnie widziała wszystkie jego ruchy. Tylko tyle mógł zrobić?


Przestańmy własną pieścić się boleścią,
Przestańmy ciągłym lamentem się poić:
Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią,
Mężom przystoi w milczeniu się zbroić....
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Kwi 23, 2015 6:42 pm

Gdyby posiadała szósty zmysł, pewnie poczułaby pewną więź z przemęczonym i doświadczonym przez życie Conradem. Pewną, niepełną, odrobinę poszarpaną, ale jednak istniała jakaś płaszczyzna porozumienia, mogąca doprowadzić tę dwójkę do rozpoczęcia jakiegoś towarzyskiego tańca w rytmie niezobowiązującej pogawędki o pogodzie. Albo filozofii egzystencjalizmu. Gdyby tylko. Ale alternatywna rzeczywistość, w której Maisie zdołałaby wykrzesać z siebie energię na podobne rozmowne ekstrawagancje, należała już do przeszłości, zamkniętej na wieki za manipulacjami Gerarda.
Tylko w jego towarzystwie potrafiła czuć się swobodnie. Tak naprawdę dalej poruszała się po wyznaczonym elektrowstrząsami kojcu, szarpana raz po raz za niewidzialną smycz, ale w swojej głowie ta niewola wydawała się jej miejscem doskonałym. Gdzie nikt jej nie zagrażał, gdzie nikt jej nie niepokoił, gdzie mogła odsunąć od siebie ból związany z utratą brata-zdrajcy i strach przed porodem.
Wszystko to jednak wpełzło do jej szklanej wieży, jakby razem z Conradem do środka mieszkania dostało się nie tylko lodowate, wieczorne powietrze ale i frustrujące poczucie zagrożenia. Irracjonalnego; widziała przecież jego odznakę, nikt nie powinien zrobić jej krzywdy, ale przecież Ralph też wydawał się martwy, martwy jak jej ukochany psiak przybity do ściany, a jednak...
Nie, nie powinna myśleć o przeszłości. Zasada oddzielania grubą kreską bolesnej historii sprawdzała się jak do tej pory doskonale i tej myśli się trzymała, odruchowo gładząc brzuch i próbując oddychać trochę głębiej. Co prawda teoretycznie wiedziała, co dzieje się z jej ciałem, lekarz prowadzący wprowadził ją w niezrozumiałe tajniki anatomii, ale dalej czuła się w swoim ciele nieporadnie. Nie, nie narzekała, więź, łącząca ją z nienarodzonym dzieckiem wynagradzała wszelkie trudności, jednak w takich sytuacjach wolałaby być sprawniejsza.
I tak, irracjonalnie, pomimo zagrożenia, wizualizowała siebie na wygranej pozycji. Nie miał broni, wyglądał na zmęczonego i z pewnością nie widział w niej wroga. Ile razy odgrywała podobną scenę? Ile razy ktoś traktował ją jak bezbronną dziewczynkę i ile razy musiała mozolnie zmywać krew z paznokci? Tamte historie znów odbijały się echem w jej głowie, nieznośnie podrażniając roztrzęsiony po spotkaniu z Malcolmem organizm.
Lekko zakręciło się jej w głowie - brak snu? przemęczenie? - i zachwiała się odrobinę, łapiąc się wysokiego blatu, oddzielającego kuchnię od jadalni. Białe palce ześlizgnęły się po kamiennej, chłodnej powierzchni, a Maisie nagle zatęskniła za wygodnym i ciepłym łóżkiem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę ze swojego połowicznego negliżu i skóry, pokrytej już gęsia skórką. Roztarła ramiona, oblizując spierzchnięte usta. Ciągle czuła mdłości i zawroty głowy, ale nie mogła zostawić obcej osoby samej w mieszkaniu.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t3197-conrad-gustav-dillinger
http://panem.forumpl.net/t3227-kondzio
http://panem.forumpl.net/t3224-conrad-gustav-dillinger
http://panem.forumpl.net/t3312-cierpienia-mlodego-conrada
http://panem.forumpl.net/t3233-kondzio
http://panem.forumpl.net/t3298-melina-conrada
Wiek : 32
Zawód : Oficer
Przy sobie : dwa noże ceramiczne, broń palna, magazynek, mundur, telefon komórkowy, scyzoryk wielofunkcyjny, paczka papierosów, zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Kwi 24, 2015 8:01 am

Nie należał do grona wybitnych mówców, co pewnie było skutkiem jego izolacji od ludzi. Dobrowolnej, sam podjął decyzję o nieintegrowaniu się ze społeczeństwem, choć czasem miewał wrażenie, że wpycha się ono do jego prywatności; brutalnie, rozpychając łokciami i taranując wszystko, co napotka na drodze. Starał się walczyć, ograniczając kontakty ze światem do koniecznego minimum. Grono znajomych Conrada (tych zaufanych?) skupiało się zaledwie na kilku osobach i tam ogniskowała jego tajona charyzma. Która znikała w takich sytuacjach jak ta - rozmowa z obcymi sprawiała, że czuł się dość nieswojo. Jak mały chłopiec chowający się za matczyną spódnicą, desperacko unikający wzroku nieznajomego. Dyskomfort Imago pogłębiała również dziewczyna . Nie tylko swoim zachowaniem, jakie w pewnym stopniu rozumiał, lecz głupim uwarunkowaniem genetycznym nazywanym płcią. Gustav rzadko wychodził ze swojej skorupy ponurego milczka, a w towarzystwie kobiet zazwyczaj wyciszał się jeszcze bardziej. Nie potrafił z nimi rozmawiać, oprócz tych, które bez problemu wyliczyłby na palcach jednej ręki, dlatego ciszę powitał w kontekście swoistego rodzaju błogosławieństwa. Była przeciez bezpieczna, neutralna i uspokajająca. Niewymagająca, kołysząca ich na falach przyjemnej stagnacji. Dużo lepszej od wymuszonej konwersacji, jaka wprawiałaby w zakłopotanie ich oboje. Może powinien próbować wykrzesać z niej odpowiedź, czy choć krótką reakcję, skinięcie głową, słaby uśmiech, lecz było to absolutnie zbędne. Zrozumiała, choć najwyraźniej nadal mu nie ufała, pozostała spięta i ostrożna. Czym mógłby się nie przejmować, robił tylko to, co do niego należało. Czyli przyprawiał kobietę w ciąży o palpitację serca .

Dosłownie? Nieomal złapał się za głowę, kiedy zarejestrował, że dziewczyna lekko osuwa się na chwiejnych nogach. Była już w zaawansowanej ciąży, lecz Dillinger nie miał zielonego pojęcia, czy to coś związanego z jej błogosławionym stanem, czy też zwykłe przemęczenie. Po jego głowie pędził galopek myśli, a mężczyzna nadal patrzył na kobietę, jakby go zamurowało. Żeby tylko nie zaczęła rodzić - modlił się bezgłośnie, zastanawiając się, co powinien uczynić. Gdy szok minął, Conrad powoli wstał od stołu i otworzył pierwszą lepszą szafkę nad zlewem. Talerze i miski. Druga próba okazała się trafiona, Conrad wyjął z półki wysoką szklankę i nalał do niej chłodnej wody, kompletnie nie przejmując się konwenansami i dobrym wychowaniem, które raczej nie sugerowało grzebania w rzeczach obcych ludzi.
- Napij się - zasugerował łagodnie, podając dziewczynie szklankę i podtrzymując ją swoją dłonią przed niechybnym rozbiciem i upstrzeniem podłogi odłamkami ostrego szkła - dobrze się czujesz? - spytał, cofając się, by przypadkiem nie wywołać w niej ataku paniki. Zbędnego, ale tłumaczenie nie miało sensu, nie w obecnej sytuacji.


Przestańmy własną pieścić się boleścią,
Przestańmy ciągłym lamentem się poić:
Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią,
Mężom przystoi w milczeniu się zbroić....
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Maj 07, 2015 8:06 pm


Dokumenty, wyroki śmierci – ostatnio rzadkie, jakby Adler uwierzył w demokrację – i masowe deportacje z Kwartału, którym przypatrywał się za często, rozpoznając w twarzach swoich dawnych towarzyszy rozpusty, którzy teraz znaczyli dla niego mniej niż zwierzęta; to wszystko nadal było rzeczywistością Gerarda Ginsberga. Codziennością, którą usiłować traktować z namaszczeniem, dbając o jak najbardziej rzetelne wykonanie zadań, które narzuciła mu nowa władza. Niesprzyjająca, nie był idiotą, by wiedzieć, że jest jedną z osób, które mogą w każdej chwili spodziewać się ciosu nożem w plecy. Może dlatego nie posiadał przyjaciół, bo tylko oni mogli takowy zadać. Wobec wrogów pozostawał nadal tak samo przewidujący i pełny wrodzonej ostrożności. Ta jednak nigdy nie czyniła go człowiekiem płochliwym, nadal fundował w więzieniach sobie samemu teatr jednego (w niesprzyjających okolicznościach) aktora i wielu mogłoby pomyśleć, że jest pracoholikiem. Nonsens, nadal odnajdywał się w hedonizmie i jego spóźniony powrót do domu był niczym innym jak okazaniem, że może i świat stanął na głowie – hołota z dystryktów w Kapitolu (!) – ale sam Gerard nie zamierza ulegać tym chwilowym kaprysom. Mylił się ktokolwiek, kto sądził, że jest w stanie ulec czemukolwiek, nawet Maisie nie mogła powstrzymać jego głodu młodych i wilgotnych ciał, które były skażone dziewiczą krwią. Ostatnią, czuł się jak zachwycony myśliwy, kiedy przekraczał próg swojego domostwa.
Bez nostalgii, która był symptomem zbliżającej się przeprowadzki. Zaczynał się dusić w Kapitolu, w tym na wskroś nowoczesnym mieście, które zbyt mocno zaufało nowej władzy. Po raz kolejny poczuł, że robi się ono za ciasne dla jego horyzontów, które rozpościerały się już na wychowanie syna. Kochanka, osoby poddanej mu całkowicie, po raz pierwszy śmiałe marzenia przybierały postać krągłego brzucha jego córki i mógł tylko oczekiwać porodu. By przyznać się do zwycięstwa, choć jego pieśń już dawno brzmiała w jego żyłach. Pozostawał przesądny i nie wypowiadał niczego na głos, zdając się jedynie na swój nieomylny instynkt, który nakazywał mu jeszcze dziś spakowanie dziewczyny i wysłanie ją do ich nowego domu. Gdzie zamknie jej niezależność i samodzielność na cztery spusty własnej manipulacji. Nie zmienił zamiarów, kiedy zjawiał się wreszcie w swoim mieszkaniu i obserwował przelotnie Conrada, który ośmielił się ją dotknąć.
Błąd, który popełnił, można było porównać do tego, co zrobiła żona Lota, co uczynił Poncjusz Piłat, wyrzekając się zabójstwa boga (wówczas byłby wszechmocny). Nie poruszył się wcale, patrzył, świdrował wzrokiem tę grę między ich dwojgiem i nie reagował na widoczne przerażenie Maisie, która chyba wiedziała, co jej grozi za przyjmowanie mężczyzn.
- Strażnik Pokoju cię dotknął. Umyj się – rozkazał jej z widoczną pogardą w głosie, nigdy nie owijał w bawełnę tego, co cisnęło mu się na usta, a teraz było to wiele – rzecz niespotykana (!) – więc musiał skupić się na najważniejszym, zdejmując powoli rękawiczki i płaszcz. – Rozumiem, że w dystryktach nie uczą, że przełożeni przyjmują podwładnych tylko w godzinach urzędowania? Jest kilka godzin po moim dyżurze w więzieniu, więc pańska wizyta tutaj jest zbędna – stwierdził ogólnie, czekając aż jego córka łaskawie wyjdzie, bo nie miał ochoty rżnąć jej przy Conradzie, który zakłócił ich domową sielankę i naraził się na niebezpieczeństwo. Zupełnie, jakby wepchnął się Temidzie na wagę, każąc ważyć swoje losy.
Kości zostały rzucone?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Maj 07, 2015 8:53 pm

Czas, kiedy potrzebowała opieki, już dawno minął, znikając za grubą mgłą, która otulała szczelnie dzieciństwo. Nie potrafiła już przypomnieć sobie przeszłości, a nawet jeśli, to instynktownie łączyła swoją historię z Gerardem. Odruchowe skojarzenia wypełniały luki w pamięci, z zadziwiającym dopasowaniem, bez ani chwili wahania. Dom - stara chata w Jedenastce, z dachem pokrytym gontem poprzetykanym ciemnozielonym mchem. Rodzina - Gerard, nieco młodszy niż teraz, z dłuższymi włosami i twardą skórą na dłoniach, a gdzieś w tle roześmiany Ralph, z blond lokami opadającymi na niebieskie oczy. Miłość...miłość była trudna do zkategoryzowania, obca i frustrująca, chociaż i tak łączyła ją zawsze z ojcem. Jak praktycznie wszystkie doznania; radość, żal, zazdrość, tęsknota; wszystko to oscylowało wokół jednej osoby, centrum prywatnego wszechświata, w jakim dusiła się od prawie dwóch dekad. Z trzyletnią przerwą na nabranie histerycznego oddechu, z którym pożegnała się po raz ostatni ubiegłej wiosny.
Nie chciała już wracać do tamtych ciężkich, żelaznych drzwi, oddzielających ją od dawnej Maisie. Zniknęła za wrotami podziemnego bunkra, za wysokim progiem sypialni Gerarda w Jedenastce, w końcu: dzisiaj, za szklaną taflą okna kawiarni, z ledwie odbitym echem twarzy Malcolma. Zawsze podejmowała te decyzje sama, a przynajmniej w takiej iluzji żyła, w pięknej bajce, w której nie było blizn na jej ciele, w którym Ginsberg kochał ją do szaleństwa i w którym niedługo miała zostać matką.
Histerycznie chciała trzymać się tej różowej mrzonki, nabierającej w umęczonym umyśle znamion świętej prawdy, wręcz doktryny, jaka utrzymywała ją przy życiu. Słowa Malcolma nie zasiały w niej nawet odrobiny niepokoju, chociaż zraniły ją do niezrozumiałych łez. Teraz odcinała się od tragedii sprzed kilku godzin spięta, sfrustrowana, zmęczona, w stanie wiecznej czujności i skrajnego zmęczenia.
Wpływającego na jej odruchy. Jeszcze niedawno na bezpośrednią bliskość obcego mężczyzny zareagowałaby gwałtownie. Pewnie korzystając z śmiercionośnych przyrządów kuchennych. Kiedy jednak Conrad podał jej szklankę wody, po prostu zdrętwiała, nie tłukąc szkła na jego mocnych dłoniach. Po prostu dalej stała, tak samo obojętna i zarazem spięta...Reagując dopiero w chwili, w której w korytarzu rozległy się znajome kroki a w poświacie automatycznego światła pojawił się Gerard.
Przywykła już do nagłego wyrzutu emocji, kiedy po długiej - kilkunastogodzinnej; dawna Maisie tylko wyginała pogardliwie wąskie usta - nieobecności znowu mogła śledzić wzrokiem linię jego szczęki, brwi, zmarszczek, kości policzkowych. Obdarzała Ginsbega spojrzeniem dosłownie psim, poddanym, stęsknionym, pełnym z trudem hamowanego szczęścia, ale i doskonale wyczuwalnego strachu. Wiedziała, że zrobiła źle, że w ich mieszkańcu znajdował się ktoś obcy, że nie powinna go wpuścić, że powinna czekać na niego przy drzwiach i...
Znów zakręciło się jej w głowie, ale przytrzymała się chłodnego blatu, zaciskając prawie białe usta w wąską linię, z wzrokiem złotobrązowych oczu utkwionym w Gerardzie. Conrad mógł teraz całować ją po stopach albo próbować ją udusić; w ogóle przestała go zauważać, idąc posłusznie w stronę drzwi do prywatnej części mieszkania. Nieznośnie powoli, chwiejnie, zarówno przez ciążę jak i tłumioną potrzebę pocałowania jego dłoni. I opowiedzenia o Malcolmie, o przerażeniu, o bólu, o porodzie, o chęci ucieczki - tym razem z nimi, z ojcem i ich dzieckiem.
Mógł to wszystko wyczytać w jej suczo wilgotnych oczach i - być może - z drżących kącików warg, spomiędzy których nie wydarło się jednak żadne słowo. Ominęła go w końcu na odległość metra, obejmując się zmarzniętymi ramionami, i zniknęła za drzwiami, próbując odetchnąć odrobinę głębiej. I wytrzymać kolejne minuty bez Gerarda obok siebie.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t3197-conrad-gustav-dillinger
http://panem.forumpl.net/t3227-kondzio
http://panem.forumpl.net/t3224-conrad-gustav-dillinger
http://panem.forumpl.net/t3312-cierpienia-mlodego-conrada
http://panem.forumpl.net/t3233-kondzio
http://panem.forumpl.net/t3298-melina-conrada
Wiek : 32
Zawód : Oficer
Przy sobie : dwa noże ceramiczne, broń palna, magazynek, mundur, telefon komórkowy, scyzoryk wielofunkcyjny, paczka papierosów, zapalniczka
Znaki szczególne : blizny na plecach, tatuaże

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Maj 08, 2015 12:12 am

Od chwili, w której przekroczył próg tego mieszkania, marzył o wycofaniu się stamtąd, załatwieniu sprawy i błyskawicznym zniknięciu. Rozpłynięciu się w nocnej mgle, spokojnym powrocie o domu i zaznaniu upragnionego odpoczynku. Nie tego fizycznego, ciało choć wymęczone zniosłoby jeszcze odrobinę wysiłku. Conrada bolała dusza (albo tylko to sobie wmawiał) i musiał (kwestia woli) poszukać ukojenia z nieustannie napierającego na niego żalu. Najlepiej na półkach i w kuchennych szafkach, gdzie remedium czekało zawsze. Na wszelki wypadek, zdarzający się w porywach ostatnich kilku tygodni – codziennie. Dlatego odgłos otwierających się drzwi (w zalegającej martwej ciszy równie intensywny jak wrzaski grzeszników z dantejskiego piekła) powinien witać z ulgą. Ginsberg nareszcie pojawił się w domu. Przekaże mu wiadomość. Nastąpi kulturalna wymiana grzeczności (krwi?), po czym życie potoczy się dawnym rytmem. Ustalonym, utrwalonym, schematycznym, znanym. Na dźwięk głosu naczelnika, Dillinger mimo woli wzdrygnął się lekko i wiedziony instynktem, natychmiast odsunął się od jego córki. Bardziej podziałał wzgarda i niechęć; zanim zimne słowa dotarły do Conrada, zdążył już zrozumieć ich przekaz za pośrednictwem tonu Gerarda. Mocno niepokojącego i wywołującego dziwną niepewność, kiedy cofał się jeszcze o krok, nieco bezmyślnie, jakby sądził, iż to cokolwiek zmieni. Może przekona mężczyznę o dobrych intencjach Imaga? Może właśnie wtedy popełnił największy błąd, przejmując się specyficzną ojcowską troską, zamiast degradacją własnej osoby? Wróciły brudne wspomnienia dzieciństwa, kiedy podobne określenia nie wywoływały w nim żadnej reakcji prócz wewnętrznego ognia. Podobnie jak teraz. Z zewnątrz pozostał prawie nienaruszony – prawie. Przez twarz Gustava przebiegł króciutki, ledwie dostrzegalny grymas. Mrugnięcie okiem; znowu był obojętny i zdystansowany, niczym niewzruszona skała. Nie zareagował na obelżywy komentarz, milczał dopóki Maise nie zniknęła w jednym z pomieszczeń - najwyraźniej Ginsberg nie chciał, by była obecna przy rozmowie. Podczas której prawdopodobnie zapadnie wyrok. Na Jarmuscha, Conrad nawet nie przypuszczał, że skazał się na śmierć (coś gorszego?) z ręki Gerarda.
- Widocznie opuściłem kilka lekcji. A czy w Kapitolu nie uczyli, że należy nosić przy sobie włączony telefon? - odparował spokojnie Dillinger, głuchy na podszepty rozumu, sugerującego, iż mógłby przeprosić i nie kręcić sobie pętli na szyję. Nie zwykł strzelać sobie w kolano, choć tajony gen samobójcy najwidoczniej rozpaczliwie pragnął się ujawnić, podsuwając mu podobne słowa.
Których nie żałował i nie miał zamiaru odwoływać. Minęły czasy, kiedy dawał sobą bezkarnie pomiatać. Ginsberg nawet nie zdawał sobie sprawy z tego epizodu w jego życiu i nie mógł wiedzieć, jak niewiele trzeba, by złamać Imago i nagiąć go według swojej woli.
- Złapali Jarmuscha. Ma już za sobą jedną próbę samobójczą, niewykluczone, że i dwie kolejne - zakomunikował chłodnym, profesjonalnym tonem - ponoć chciał go pan przesłuchać osobiście - dodał brunet, całkowicie opanowany i spokojny. Wywiązał się ze swojego zadania i mógł bez przeszkód wrócić do domu. Skinął głową Gerardowi (Ginsberg raczej nie dotknąłby jego brudnej dłoni) i ruszył w stronę drzwi, by zostawić za sobą osobę naczelnika i ostry stres.


Przestańmy własną pieścić się boleścią,
Przestańmy ciągłym lamentem się poić:
Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią,
Mężom przystoi w milczeniu się zbroić....
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   

Powrót do góry Go down
 

Gerard i Maisie Ginsberg

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 8 z 9Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

 Similar topics

-
» Maisie Ginsberg
» Elsa Dimgast

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje-