IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Gerard i Maisie Ginsberg - Page 7

 

 Gerard i Maisie Ginsberg

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next
AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Gerard i Maisie Ginsberg   Pon Mar 17, 2014 1:10 pm

First topic message reminder :

salon:

kuchnia:

sypialnia:

łazienka:

oranżeria dla Maisie:

pokój Maisie:

biblioteka:


RESZTA W BUDOWIE.


Ostatnio zmieniony przez Gerard Ginsberg dnia Sob Maj 10, 2014 11:46 am, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Paź 16, 2014 9:49 pm



zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Paź 21, 2014 1:50 am

po przesłuchaniu Maisie

Powinien być bardziej przewidujący. Nie działo się jednak nic, co mogłoby sprawić, że nabrałby podejrzeń. Bywał wprawdzie człowiekiem rozsądnym i wykonującym zazwyczaj o dwa kroki przed wrogiem, ale tym razem nie miewał żadnych przeczuć, sny wróżebne na dobre opuściły jego ciało (zemsta jego matki?), a Ginsberg mógł czuć się tylko szalenie zmęczony po kolejnej orce w więzieniu. Bywały dni, kiedy ta praca stawała się gorszym jarzmem niż w Jedenastce i migrenowe bóle atakowały z wolna jego skronie, więc nic dziwnego, że powroty zdawały się przeciągać w nieskończoność. Zwłaszcza w ciągu ostatnich tygodni, kiedy został pozbawiony samochodu. Być może powinien zainwestować w nowy (szły zmiany?), ale chyba powziął zamiar życia w bardziej hedonistycznym wymiarze, nie będąc ograniczonym tak bardzo przez rzeczy materialne. Owszem, mógłby zatrudnić kierowcę, ale nie zamierzał wysuwać się zbyt rażąco wśród szarej społeczności Panem - naprawdę Rebelianci zaczęli go niesamowicie irytować swoją nijakością - która i tak miała o nim niezbyt dobre zdanie.
Niegdyś to jeszcze zaprzątało jego uwagę - próbował zaskoczyć ich innowacyjnymi scenariuszami przesłuchań i powitań nowych więźniów w swoich skromnych progach - ale obecnie  porzucił te zabawy na rzecz tych doroślejszych. Starzał się, zmieniał, jeszcze raz przekonywał się, że Heraklit z Efezu miał rację i że nie było rzeczy stałych na tej ziemi. Poza jego rozbuchanymi  fantazjami, oczywiście. Miał wrażenie, że to właśnie one  prowokują go do coraz bardziej destrukcyjnych zachowań, ale nigdy nie twierdził, że znajomość prawa (a znał je jak mało kto) sprzyja jego przestrzeganiu. Wręcz przeciwnie, Gerard upił się samymi konsekwencjami, które niosło za sobą popełnienie czynu zakazanego. Przypominało to bicie na oślep swoich zwierzchników – ludzkich bądź boskich. W gruncie rzeczy, nie różnił się przecież od tych szalonych buntowników, którzy wspierali Kolczatkę. Z tym, że jego działania - lekkomyślne, grzeszne, brutalne i szalenie prymitywne - nie niosły za sobą czegoś wielkiego. Cel nie uświęcał środków w tym przypadku, sama droga stanowiła dla niego istotny punkt i nigdy nie czuł się tak na swoim miejscu jak wtedy, gdy zapadał kapryśnie zmrok nad Panem, a światła wielkich telewizorów odbijały szklaną pogodę na Igrzyskach.
Dlatego wcale się nie śpieszył do córki. Miał już niezbitą pewność, że Maisie pozostaje w domu (związana czymś nieokreślonym, więc niemożliwym do zerwania) i że dziś nie wydarzy się już nic takiego, co wyrwie go z sideł Morfeusza (jedyny mężczyzna, który miewał nad nim władzę, co przyznawał z niechęcią), więc spacerował powoli, racząc się bardziej zapachem papierosa niż jego smakiem, choć wpychał metodycznie nikotynę do płuc, próbując odetchnąć tym zatrutym powietrzem. Bywały dni, kiedy Kapitol wydawał mu się znowu domem - przeklętym, ale bezpiecznym - ale dziś niósł za sobą tylko woń spalenizny po tamtej rewolucji. Nie rozumiał, czemu po roku do jego nozdrzy wbijał się mu ten znajomy i wcale nie do końca drażniący odór (sam chętnie pozbywał się wrogów), ale czuł się dziwnie zaniepokojony kradzieżą, którą zauważył przypadkowo, gdy przeglądał stare pamiątki.
Jakby czas cofał się i próbował wziąć się z nim w bary. Lubił wyzwania, lubił walczyć, lubił zgniatać wrogów jednym śmiałym posunięciem i patrzeć im w oczy, kiedy proszą o śmierć, ale to była akurat kwestia jego przeoczenia, jakaś drobna wpadka, która nigdy nie miała mieć miejsca. Dlatego był tak rozstrojony, kiedy gasił ostatniego papierosa na klatce i wpadał w chłodną przestrzeń swojego mieszkania. Całe szczęście, że klimatyzacja dziś zdawała egzamin i mógł tłumaczyć nagły chłód przyziemnymi rzeczami, nie brakiem obecności swojej córki, która już powinna witać go od progu dobrym jedzeniem i obciąganiem. Obyczaje się zacierały wszędzie, ale nie w tym (nie)gościnnym domu, który wionął pustką. To on oświetlał kolejne pomieszczenia, wchodząc miarowym krokiem w dzisiejszą rzeczywistość Maisie.
O której nie miał najmniejszego pojęcia. Mógłby powiedzieć, że spodziewał się jej przesłuchania, zwłaszcza od kiedy został tak jednoznacznie odsunięty od sprawy - przypuszczał, że chodzi o jego obecność na bankiecie - ale tak naprawdę nie miał czasu się tym zajmować. Nie, kiedy odkrywał braki w swojej kolekcji, szukał nowego samochodu, obserwował Igrzyska i żył równie zachłannie, co zawsze, poświęcając swojej rozbuchanej namiętności więcej czasu niż zazwyczaj. Nie sądził przecież, że rozbicie lustra przyniesie na nich nieszczęście, przecież wytarzali się w nim dotkliwie, aż do brunatnej krwi i śladów na ciele Maisie (już zatuszowanych). Teraz musiało być pięknie.
I poniekąd było, kiedy znajdował ją w samym środku oranżerii - nadal sprowadzał jej rośliny za bajońskie sumy - która przenosiła go w zupełnie inną, już nie kapitolińską  i doprowadzającą go do szału rzeczywistość. Pewnie dlatego był całkiem czuły, kiedy kładł jej rękę na ramieniu.
- Nie przesadza się ich o tej porze lata - wskazał na doniczkę z piwoniami. - Faza księżyca się także nie zgadza. Robisz to źle - wypowiedział całe trzy zdania (rekord Gerarda Ginsberga), siadając przy stoliku i wyciągając ramiona, w które powinna wpaść.
Po to, by się uśmiechnął, zapytał jak minął ten szalony dzień, a potem by tłukł jej skronią o kant tego stolika za to, że nie przyrządziła mu obiadu i wygląda jak siedem nieszczęść w majtkach (chyba już o tym rozmawiali). Tylko kojąca myśl o tym, że tu jeszcze nie doprowadzał jej gardło do spazmów…niekoniecznie rozkoszy  i ze najwyższa pora pokaleczyć jej na nowo kolana, sprawiała, że siedział spokojnie, czekając aż sama przyjdzie.
Był łowcą, uwielbiał osaczać ofiarę, ale w tak duszny i przyciężkawy dzień jak dziś, pragnął się nią udławić. Po prostu, bez żadnych wstępów bądź zahamowań, więc miała niewiele czasu, by naprawić swój błąd i wcale nie chodziło mu o roślinę, która i tak wyrośnie. Maisie miała rękę do kwiatów, przynajmniej w tym aspekcie pozostawała nieodrodną córką swojego spragnionego ojca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Paź 21, 2014 8:08 pm

Rozliczanie się z własnych decyzji nigdy nie było rzeczą prostą - nawet u osoby zdrowej psychicznie, rozpatrującej na trzeźwo rzeczywistość. Zawsze pozostawał margines błędu, ryzyko zakłamania i braku obiektywizmu; niebezpieczeństwa typowe i właściwie nieszkodliwe. Chyba, że chodziło o emocjonalny (i nie tylko) masochizm, zatruwający każdą sekundę nowego, wspaniałego życia.
Maisie początkowo gubiła się zawsze. Zawsze też - z uporem maniaka - zostawała nawracana na jedyną słuszną ścieżkę. Kilkanaście lat ostrego rygoru, krwawych zadośćuczynień i krzywo zrośniętych kości nauczyło ją doskonałej orientacji w trudnym terenie pragnień Gerarda, po którym teraz poruszała się bezszelestnie i bezbłędnie. Potrafiła uznać brutalny gwałt za oznakę czułości i niepokoju o jej bezpieczeństwo, a siarczyste policzki za wyraz najsilniejszego uczucia. Przynajmniej aż do teraz; teraz, kiedy ciągle czuła chłód więziennych pomieszczeń a głowę wypełniały jej niespokojne szepty.
Nasilające się z każdą minutą spędzoną samotnie. Odkąd wróciła do domu nie mogła normalnie egzystować, chociaż przecież próbowała z całych sił powrócić do spokojnej monotonii. Przygotowywała obiad, kroiła mięso i...chyba błysk noża w nienaturalnym świetle kuchennych jarzeniówek stał się kroplą przelewającą czarę. Ciąg skojarzeń, krew Gerarda wyglądała tak samo jak jej, cieknąca po udach, łaskocząca w łydki i obklejająca stopy. Znów fantomowa czerwona, ciepła maź sączyła się z jej dłoni (kiczowate stygmaty?), ale po raz pierwszy od długiego czasu nie należała ona do niej. Wtedy, w równie upalny i ciężki letni dzień postawiła wszystko na jedną kartę, zrzuciła z siebie dwuletnie otępienie i...czy nie powinna dzisiaj postąpić podobnie?
Ten nieznośny pytajnik ciążył jej nieznośnie. Nie potrafiła skupić się na obowiązkach; zostawiła tlącą się patelnię i ruszyła do oranżerii, nie przejmując się swądem spalenizny, roznoszącym się po mieszkaniu. Odcięła się od niego drzwiami swojej oazy spokoju, chociaż szklane szyby nie były w stanie całkowicie odgrodzić ją od siebie samej. Wątpliwości napływały gwałtownie, niczym torsje i naprawdę chciała się ich pozbyć. Bycie bezwolną i bezmyślną marionetką było przecież takie łatwe i przyjemne; nie musiała się zastanawiać, wybierać i bronić: ktoś robił to za nią. Ktoś, kto ją kochał, uwielbiał, gwałcił, oddawał Strażnikom, niszczył i...
Ten nieznośny dysonans naprawdę przyprawiał ją o ból głowy i pierwszą godzinę przesiedziała po prostu skulona w kącie oranżerii, próbując powstrzymać mdłości. Przesłuchanie otworzyło zatrzaśniętą furtkę z wspomnieniami i dawną Maisie. Utopioną w studni, podpaloną i zakopaną w lesie - tak przynajmniej chciała widzieć tamtą siebie, pojawiającą się teraz gdzieś w tyle głowy i szepczącą jej najgorsze słowa.
Mogły je zagłuszyć tylko kwiaty; dotykała ich ciężkich liści i nabrzmiałych łodyżek, obcinała delikatne płatki i..nawet nie zorientowała się, kiedy coraz bardziej poświęcała się pracy, siedząc na podłodze i przesadzając barwne piwonie. Wokół niej walały się puste doniczki, kijki i sekatory, a ona sama była pobrudzona ziemią. Rozsypującą się wokół niej brązowym proszkiem, osiadającym na jej beżowej koszuli, kiedy w końcu drzwi za jej plecami otworzyły się bezszelestnie.
Poczuła, że to on - zapach pożogi i spalenizny wybijał się poza wilgotną ziemię, nie drgnęła jednak wcale, nawet czując na swoim ramieniu jego ciężką dłoń. Nie odwróciła się także w jego stronę, wsadzając rozkorzeniony kwiat w nowe miejsce, troskliwie i delikatnie, chociaż tymczasowo ukojone myśli dalej boleśnie przeciskały się przez poszatkowany umysł. Teraz, kiedy Gerard był tuż obok niej wszystko wydawało się intensywniejsze i w pierwszym odruchu niby przypadkowo sięgnęła po sekator. Możesz wbić mu go w plecy, w oczodół, w usta, wybić wszystkie zęby, rozciąć tchawicę i... I nie, nie mogła tego zrobić, targana kolejnym spazmem fantomowego bólu odciętej kończyny. Albo odciętej świadomości, wszystko jedno, ważne, że bolało. Przycięła jeden z wystających korzeni i odłożyła ostrze z cichym trzaskiem na podłogę, dopiero teraz chwiejnie wstając z podłogi i idąc w stronę Gerarda. Powoli, obejmując się dłońmi - po raz pierwszy od dawna nie miała na sobie przykrótkiej sukienki a znoszone spodnie i brudną bluzkę. Pod paznokcie wbiła się jej ziemia, barwiąca także jeden policzek na zgniłozielony kolor, ale nie przejmowała się tym wcale. Podobnie przecież zachowywała się kiedyś, próbując mu siebie obrzydzić i zniechęcić. Bezskutecznie, kochał ją przecież cały czas.
Czekając na nią z otwartymi ramionami. A ona była przecież tylko córką marnotrawną, błądzącą i próbującą się nawrócić, kiedy - ciągle bez patrzenia mu w oczy; ani razu nie podniosła na niego wzroku- w końcu znajdowała się tuż przy nim, chowając twarz w zagłębieniu jego szyi. Tłumiąc mdłości, wyrzuty sumienia i chęć wrzasku, kiedy przesuwała ustami po jego słonej skórze, wyczuwając puls, rządzący ich ciałami.
- Zabrano mnie dziś na przesłuchanie. W związku z dziennikarką zamordowaną na bankiecie. - wyszeptała w końcu niezwykle słabo, ciągle wtulona w jego szyję i zasłonięta włosami. - Podobno przygotowała artykuł...między innymi o nas. - kontynuowała konkretnie, rzeczowo i prawie beznamiętnie, owiewając jego skórę ciepłym i wilgotnym oddechem, nie poruszając się poza tym wcale i czując się jak przy archaicznym konfesjonale. - O nas mnie też pytano - dokończyła po dłuższej chwili milczenia, kurczowo zaciskając ręce wokół swojego ciała: była tuż przy Gerardzie, ale odgrodzona od niego tak, jak nigdy. Grubą, brudną bluzką i własnymi dłońmi, chociaż przecież ustami dalej muskała jego szyję, jednocześnie spięta i zrozpaczona.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Paź 22, 2014 1:50 pm

Tak naprawdę Ginsberg miał w życiu niebywałe szczęście. Owszem, wiele zawdzięczał swoim genom zwycięzcy - Rufus przekazał mu w spadku niezwykłą pewność siebie i talent do traktowania wszystkich z przerażającą obojętnością, co było przydatną umiejętnością wśród epidemii znieczulicy, która opanowała Panem wraz z rządami Snowa i ich upadkiem - ale musiał przyznać przed samym sobą, że był też człowiekiem, który nie może narzekać na zły układ gwiazd.
Przez długi czas nie myślał o tym w ten sposób. Trudno było uwierzyć mu we własne powodzenie i zabójczą wręcz pewność swojego świetnego Losu, kiedy ktoś zsyłał na niego przekleństwo które skutkowało mokrymi snami o matce. Grzech opanowywał jego umysł jak trucizna i początkowo nawet próbował zwalczyć to pragnienie. Był wyjątkowym głupcem, któremu wydawało się, że narzucenie sobie obyczajowych kajdan pozwoli mu swobodnie wmieszać się w to szare społeczeństwo, do którego (za sprawą ojca, oczywiście) czuł jedynie obrzydzenie. Niemożliwym było uznanie jakichkolwiek zasad, które tworzyły jednostki głupsze od niego. Mógłby nagiąć kark, jeśli miałby do tego powód, w innym wypadku lekceważył ogół, uznając się po wielu próbach wpasowania się w istniejący świat za człowieka szczęśliwego.
Właśnie dlatego, że w swoim zniewoleniu przez zmysły, które popychały go do najbardziej ohydnych zbrodni - a na wspomnienie każdej czuł rozkosz, która promieniowała aż po czubki jego palców, jakby miał udzielać nimi właśnie błogosławieństwa - nie umiał odnaleźć ani grama skruchy. Przypuszczał, że kiedyś się pojawi (nikt nie jest doskonały?), ale mijały lata i nadal czuł się niesamowicie dumny z tego, co udało mu się osiągnąć poprzez czyny, które zapewne wielu jeżyły włos na głowie. Nie umiał patrzeć na świat miarą normalnych ludzi, nie było dla niego większej zniewagi niż uznawanie go za przedstawiciela tej zapyziałej cywilizacji. Z tego przekonania jego zawziętość i zachłanność w sięganiu po wszystko, co było niegodne, niehonorowe i zakazane; urosły do legendy.
Przestawiał, burzył świat i na gruzach całkowitego chaosu budował swoją własną rzeczywistość, którą strzegł jak oka w głowie. Jego szczęście polegało właśnie na głębokim przekonaniu, że postępuje słusznie. To dlatego ręka nigdy nie zadrżała mu, kiedy ją uderzał, podpalał i mieszał mikstury, fundując jej bachanalia ze Strażnikami Pokoju. Pokonywał swoje dziecko własną bronią, wskazując, że od jego rządów nie ma odwrotu. Nie z powodów praktycznych - choć i przejawy buntu dusił w zarodku - ale Maisie musiała wiedzieć, że łamie swoim postępowaniem prawa Boga, który ją wywiódł z domu niewoli.
Jej własny ojciec i kat, obserwujący teraz zmierzch nad betonowymi konstrukcjami, które napawały go spokojem. Pamiętał, że szukając mieszkania - wcześniej mieszkał ze Scarlett u Coin, ale to było dość ryzykowne przedsięwzięcie - zwracał uwagę na to, by było położone odpowiednio wysoko. Lubił myśleć, że ma całą stolicę pod stopami i że może górować nad tymi biednymi Rebeliantami, odcinając się od nich grubą kreską. To miejsce idealnie współgrało z jego potrzebami i nawet wyjątkowo nie skrzywił się na wieść, że nie stało się tutaj nic makabrycznego. Uwielbiał wnętrza, w którym rozgrywały się nieme dramaty, takie, które zmuszały lokatorów do pukania w ścianę, żeby odnaleźć antyczną Antygonę. Niestety, nie tutaj.
To było na wskroś nowoczesne i Gerard był zmuszony napisać jego historię złotymi zgłoskami, podpisując się zamaszyście. Sygnatura człowieka, którego znało całe miasto, o tym właśnie myślał, kiedy pozwalał na chwilowe rozrzewnienie.
Cisza przed burzą?
Pozwolił jej wspiąć się na jego kolana - pierwszy błąd, powinna być na podłodze i zdzierać te niedorzeczne spodnie - i dotykać z udawaną czułością. Maisie idealnie odgrywała rolę posłusznej suni, ale czasami zapominała, że przywykł do jej zdrad tak jak do nowej pary rękawiczek. Za pierwszym łamało mu to serce, naprawdę widział oczami wyobraźni ten wielki mięsisty organ, który nagle rozpadał się na milion kawałków i wypryskiwał z jego piersi fontanną krwi (i innych ekskrementów, bo jego miłość nigdy nie pozostawała czysta), opadając wreszcie po ścianach ich chatki. Potem zrozumiał, że raz nadszarpniętego zaufania nie uda się już poskładać nigdy i wszelkie operacje na otwartym sercu - związane choćby z pozostawianiem jej tutaj - są tylko mrzonką Ginsberga, który próbuje się przekonać, że jest pewny, że go nie zdradzi.
Nie był. Za każdym razem wychodził z mieszkania z tym samym przeświadczeniem, że oto znowu zaczyna się sezon polowań i przyjdzie mu ją znaleźć na Ziemiach Niczyich, kiedy będzie tulić do siebie kolejne zwierzątko, które będzie próbowała obdarzyć szczątkami ludzkich uczuć (jak Charlie). Być może dlatego, nadal, nieustannie odczuwał do niej tak nieodgadniony pociąg, który sprawiał, że każdy jej dotyk - wyuczony bądź spontaniczny - budził w nim hedonistę. Który nie był zdolny do rozmów, które właśnie zaczęły się toczyć swoim rytmem.
Rozumiał.
Maisie miała przesłuchanie, bo dziennikarka (nigdy nie pamiętał jej dokładnych danych osobowych, była ładnym trupem) pisała o nich artykuł. Całkiem rzeczowe informacje, które sprawiły, że zadrżał.
Nie, nie z przerażenia. Doprawdy chciałby poczuć w tej sytuacji zwierzęcy strach, który postawiłby mu włosy na głowie i sprawiłby, że zaczął odczuwać pokutny żal. Ten niedoskonały, tak właśnie nazywała się obawa przed piekłem, która rozpalała w grzeszniku chęć poprawy swojego nędznego żywota. Nie dla bożka, z którego kpił otwarcie, ale dla siebie samego, narażonego na wieczne męki. Przyjąłby nawet to uczucie, podzieliłby na pół razem z przerażoną Maisie (przeżywała lęk ze względu na to, że wyznała prawdę?) i znowu byliby jednym, wspólnikami zbrodni doskonałej, która faktycznie mogłaby zakończyć się ostrą wonią trupów i sprowadzeniem duchów  na to domostwo. Mogłaby, ale tak się nie działo, bo Ginsberg był wściekły.
Nikt nie miał prawa deptać butami jego rzeczywistości, czuł się dokładnie tak, jakby szklany klosz, którym otulił (gwałtami, torturami, groźbami) swoją córeczkę rozpadał się z potężnym hukiem. Uniósł jej podbródek do góry, musiała patrzeć w jego oczy. Mieli identyczny, nieodgadniony kolor tęczówek, nawet jeśli jej źrenice były nienaturalnie powiększone, jakby naćpała się tą wizją wolności. Utopijną, czyż nie wiedziała, że dla niej nie ma już ratunku, bo zawsze pozostanie nim związana pradawnymi więzami krwi (?), jedyną ucieczką dla Maisie była jego śmierć, a na tę nie zgadzał się i był przekonany, że żaden z obywateli tego przeklętego miasta nie ma prawa o tym decydować. Balansował na granicy.
- Powiedziałaś im, że jesteś najlepszą suką w mieście? Że szmacisz za odrobinę łaski z mojej strony? Że przez ciebie giną ludzie, bo masz problem z pozbyciem się sentymentalnych bzdur społeczeństwa, które nie ma pojęcia o bogactwie naszej relacji? A może opowiedziałaś im, że to moja wina, że robisz się cała wilgotna, kiedy mruczę ci do ucha, że jesteś moją małą córeczką? - dopytywał, nadal patrząc w jej twarz z odległości kilku milimetrów, każde ze słów wymalował jej na bladych wargach, które teraz gryzł, zabarwiając jej brodę na czerwono, tylko po to, by zlizywać koniuszkiem języka każdą kroplę z jej ciała. Naprawdę sądził, że nawet rozkład jej tkanek nie przeszkodziłby w intensywności relacji, która teraz była tkana ze zwierzęcej żądzy i nienawiści.  Przejawiał wobec każdego, kto ośmielał się wchodzić na ten grząski teren przyjemności. - To jeszcze nie powód, żebyś mnie nie witała. Zapłacisz mi za to - obiecał z ładnym uśmiechem, odgarniając włosy z jej twarzy. Nachylił  się i przejechał zębami po jej uchu, próbując  powstrzymać barbarzyński odruch odgryzienia jej małżowiny  i wyplucia. Tak się robiło z psami, które chciały  przejąć władzę w domu. - Urządzę ci własne przesłuchanie. Zakuję cię w kajdanki i powtórzysz mi wszystko słowo w słowo, a ja będę cię rżnął tak jak lubisz - obiecywał nadal szalenie cicho, jakby już  mieli funkcjonować na podsłuchiwanym terenie, najeżonym od szpicli. Zgodnie z tą myślą, puścił ją równie gwałtownie na stół, idąc energicznym krokiem do salonu.
Najpierw obowiązki, potem przyjemności?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Paź 23, 2014 9:58 pm

Ciepło bijące z jego ciała nie działało na nią uspokajająco, wręcz przeciwnie, skóra Gerarda parzyła ją w spierzchnięte usta. Nie odrywała jednak warg od jego szyi, czując pulsowanie krwi w jego żyłach: milimetry od jej zębów – mogła wgryźć się w jego tętnicę i udławić się parzącą cieczą, zalewającą jej gardło i barwiącą białe zęby na purpurowo. Mogła, ale dalej delikatnie dotykała jego skóry, jakby bojąc się w ogóle pokazać to, co powoli kiełkowało gdzieś w jej podbrzuszu. Nie w sercu, nie w głowie; te miejsca należały wyłącznie do Ginsberga i trucizna nasączyła je bezgranicznie, ale tam, gdzie rodził się zarówno płacz jak i bolesne podniecenie, zaczynało dziać się coś niepokojącego.
Nie, to nie chęć buntu i zamordowania go w afekcie pięła się po jej drabinie z żeber. Raczej coś w rodzaju chłodnej świadomości, powolnego zbliżania się do lustra, w którym echem odbijał się każdy wrzask bólu jaki wyrwał się z jej gardła przez ostatnie kilkanaście lat. Nieznośna kakofonia, na razie stłumiona i wyciszona, ale z każdym oddechem zaczerpniętym prosto z jego bliskości, przybierała nieznacznie na głośności. I czytelności; z pojedynczych krzyków mogła już ułożyć krótkie słowa.
Wyrzutu. Ekstremalnego rozżalenia. I nienawiści. Płonącej, pulsującej tak, jak jego rozgrzane ciało, ale to nie w stronę Gerarda wyrastały bolesne uczucia. Ostrze skierowane było w nią samą; w Maisie uległą, w Maisie zgodną i w Maisie gotową okłamywać, zaprzeczać i ryzykować, byleby ochronić Gerarda. Masochizm najwyższego sortu, ekskluzywny, niedostępny dla przeciętnych męczenników, wynoszonych kiedyś na ołtarze. Ona sama poświęcała się jeszcze mocniej, ale im czystsze były jej intencje tym mocniej popadała w początki schizofrenii, jakby jej zduszona świadomość nie wytrzymywała już kolejnego uderzenia, połączonego z histerycznym błaganiem o więcej.
A prosiła go o to niejednokrotnie, nawet teraz, kiedy bez słów chowała się w jego ramionach, uważając to miejsce za najbezpieczniejsze na świecie. Nigdy nie zrobił jej krzywdy (nigdy nie zrobił jej krzywdy t u t a j, w jej prywatnym azylu?), nigdy jej nie zawiódł – te wychwalające litanie powtarzały się w głowie Maisie bez końca i niemal odruchowo i bezgłośnie poruszała ustami do zapomnianych modlitw. Wierzyła w niego, miała nadzieję, że ta idylla potrwa nadal, kochała go najmocniej na świecie i…żałowała. Swojego nieposłuszeństwa i niepełnego poddania; najchętniej wyznałaby mu jeszcze raz wszystkie grzechy (zwątpiła?) i błagała o wyrwanie z jej psychiki tej nieznośnej, dawnej części, plującej mu w twarz. Coś powstrzymywało ją jednak od zsunięcia się z jego kolan na własne; instynkt samozachowawczy a może przeczucie, ziszczające się w chwili, w której zaczął mówić.
Milczała dalej, bez ruchu wtulona w jego koszulę, zewnętrznie kompletnie obojętna na jego słowa, nawet kiedy szarpnął jej twarz do góry, znacząc każdą głoskę krwią z jej rozerwanych warg. Wcale tego nie poczuła; nie paliła ją zraniona skóra a obrazy, jakie w jej umyśle wywoływały pytania Gerarda. Obrazy prowokujące kolejną falę nienawiści do samej siebie i jednocześnie uaktywnienia się tej najgorszej Maisie: naprawdę szmacącej się dla jakiegokolwiek uznania ze strony Ginsberga. Miał rację, jak zawsze, rozumiał ją kompletnie i nie odpowiedziała wcale, pewna, że widzi wszystko w jej oczach. O rozszerzonych źrenicach przerażonego zwierzątka; nie bała się jednak konsekwencji przesłuchania. Prawdziwym strachem reagowała wyłącznie na niepoczytalność widoczną w uśmiechu Gerarda, kiedy nagle odpychał ją od siebie i znikał za drzwiami oranżerii.
Bez trzasku; tym razem żadne lustro nie roztrzaskało się na kawałki pod jej stopami, ale i tak stąpała po rozżarzonych węglach, kiedy ruszała jego śladem. Od razu: gdyby pozostała na chłodnej i brudnej od ziemi podłodze, pewnie zwinęłaby się na dobre w pozycję embrionalną…albo rozbiła jedno z wielkich okien i po prostu uciekła. Kilkadziesiąt pięter w dół; tym razem na dobre uspokajając coraz głośniejsze echo swojego głosu.
Tak się jednak nie stało; musiała reagować w wyuczony sposób, nie pozostawiając sobie nawet chwili na głębsze przemyślenia. Odruchy i postępowanie zgodnie z tresurą - tylko to mogło ją uratować, dlatego po kilku sekundach stawała w drzwiach salonu, opuszczając bezpieczne miejsce. Tu znajdowała się znów na niebezpiecznym gruncie, dlatego nie ruszyła się nawet na centymetr spod drzwi, wykręcając sobie brudne ręce i wpatrując się w plecy Gerarda. Skołowana i roztrzęsiona – po raz pierwszy od bardzo dawna dosłownie, nie ukrywając drżącego niepokoju, jaki ogarniał ją coraz szybciej, czyniąc z niej autystyczne dziecko. Ciągle odtwarzające w głowie jego groźby. I obietnice.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Paź 23, 2014 11:39 pm

Gerard Ginsberg nie był człowiekiem sentymentalnym. Wszystko zaczęło się jeszcze w dzieciństwie. Dobrze pamiętał odrzucenie, które serwowali mu rówieśnicy - był zbyt rudy, bogaty i małomówny, by zdobywać sympatię w szkolnych szeregach - kiedy jako piętnastoletni chłopiec poszukiwał swoich pierwszych przyjaciół. Początkowo napawało go to obawą (naprawdę było z nim coś nie w porządku), ale prędko nauczył sobie radzić sam z tym odczuciem. Zdobywając po drodze nowych znajomych - trybutów, których używał jego ojciec do eksperymentów.
Pamiętał uczucie wstrętu z jakim dowiadywał się o ich śmierci. Początkowo przechowywał ich ubranka, próbował dociec przyczyny, zajmując się nieporadnie ich zwłokami z piwnicy - matka za to kąpała się w ich krwi jak niezrażona, zachęcając go do wejścia - ale z czasem nauczył się, że nawet tak niepokorny nastolatek jak on, szybko może się przyzwyczaić do tej sytuacji i że wszelka słabość uderza w niego konkretnie.
Właśnie wtedy odkrył, że nie powinien gromadzić jakichkolwiek pamiątek. Wszystko, co pozostawało po ludziach, którzy zahaczyli (dosłownie, nie było mowy o głębszym kontakcie) o jego życie, należało zniszczyć po ich odejściu. Zrozumiał, że nie bez przyczyny przedmioty codziennego użytku były chowane wraz ze zmarłymi i że ów zatracony zwyczaj tak naprawdę szybko obracał się przeciwko żywym, bo to oni przeżywali żałobę w zwielokrotnieniu. Nawet Gerard - nieczuły i złowrogi - był nieodporny na wpływ, jaki wywierała na nim szczotka matki, kiedy przyszło mu ją znaleźć na białej komódce rok po śmierci.
Dlatego przestał. Z dnia na dzień podjął radykalne kroki. Zaczął niszczyć po kolei każdy ślad obecności kogokolwiek w swoim życiu. Miewał epizody wartkie uwagi i pochylenia się nad nim - Beatrice znaczyła więcej niż kiedykolwiek mógł przypuszczać - a jednak zaraz po zakończeniu, pozbywał się bez bólu pamiątek, niezależnie od ich funkcji w swoim życiu. Jego syn stracił dla niego na wartości, bo był prezentem od kogoś, kto odszedł. Nie chodziło nawet o żal po stracie tej osoby - czasami nie odczuwał choćby namiastki bólu - ale reguły postępowania były jasne i oczywiste. Nie zamierzał naginać ich kiedykolwiek, dla kogokolwiek. Wszystko w świecie Ginsberga przedawniało się i zatracało zaskakująco szybko, a on nigdy nie odważył się spojrzeć wstecz, jakby przypuszczał, że uderzenie (jeśli nastąpi) w takim wypadku, trafi go w plecy. Nie mógł sobie pozwolić na zdradę tego rodzaju, więc zwyczajnie patrzył przed siebie, lekceważąc narastający czas, który domagał się osadzenia kurzu na starych annałach. Oprócz książek nie było niczego w jego życiu, co mógłby uznać za historię.
Oczywiście, jeśli nie myślał o tym. Po raz kolejny złamał zasady dla kobiety, która jeszcze przed kilkoma minutami tuliła się do niego w oranżerii. Nie wykonując polecenia. Zanotował to od razu, ale chwilowo nie miał w planach zemsty - tę już jej obiecał - a ponownie zderzenie się z czymś, co dla niego stanowiło pierwszą i jedyną pamiątkę. Nie lubił wspominać przeszłości, ale lata postępów Maisie (sycił się jej rozwojem jak każdy ojciec) zdawały się napawać go optymizmem. Zapewne dlatego, był tak poirytowany faktem, że musi zniszczyć to, co udało mu...im osiągnąć, jakby faktycznie, nie niszczył tylko rejestru owych osiągnięć, ale wyrzucał do kosza także zdolności panny Ginsberg. Nic dziwnego, że drżały mu ręce (uwielbiał je trzymać na jej szyi), kiedy dostawał się do niewidocznego sejfu, wyjmując coś, co miałoby świadczyć najbardziej dobitnie o jego winie.
Filmy. Nie, nie bawił się w domorosłego artystę-reżysera, który postrzega świat w ten jeden wyjątkowy sposób i musi to przekazać. To był zapis najbardziej wyuzdanych i grzesznych rzeczy, które kiedyś stawały się dla Maisie chlebem powszednim – (nie)daj nam dzisiaj, Panie - za jego udziałem. Nie była przecież na tych taśmach osamotniona, miała partnera, który niegdyś rozpalał ją do czerwoności, zapominając o pracy kamery i zwodniczym czerwonym światełku, które miało być dla nich ostrzeżeniem.
Nie było, kolekcja rosła i jak każdy ojciec z rozrzewnieniem patrzy na córkę, która uczy się gotować, szydełkować i wiosłować, tak Gerard obserwował Maisie podczas nauki masturbacji, głębokiego gardła czy jęczenia prosto w obiektyw kamery. Był z niej dumny jak nigdy dotąd i zapewne dlatego, tak mocno odczuwał stratę tych filmików, które nagle rozsypał na jasnej kanapie, czekając aż wejdzie do środka.
Chętnie urządziłby im mały wieczorek wspomnień, podczas którego w umyśle jego córki znowu narodziłby się obraz tych samych gwałcicieli, których zamordował gołymi rękami (nikt nie mógł żyć, jeśli ją tknął), ale zdecydowanie wolał skupiać się na teraźniejszości. Pachniała ona zdradą i zagrożeniem, więc Ginsberg czuł się zdecydowanie jak w domu, choć rozpalenie kominka było dla niego progiem bólu. Nie zamierzał żegnać przeszłości, bo w jego pamięci zachowała się jako idylliczny czas dorastania i ścierania charakteru Maisie. Na zero, nie powinna wątpić, że zadba o to, by stała się jego pokorną sunią.
- Pamiętasz? - zagadnął, lustrując ją z niesmakiem wzrokiem - ciąża jej służyła, ale nie w tym stroju i nie z tymi hormonalnymi huśtawkami - i otwierając pierwszą z płyt. - Mam wszystkie filmiki instruktażowe. Który wyślemy twojemu bratu? - dopytał, nadal był przerażająco niepodległy, nawet jeśli grunt palił się mu pod nogami i stał daleko od niej, przeszywając ją tylko łakomym spojrzeniem wilka, który już dawno spostrzegł, że owieczka ma więcej wspólnego z niego niż śmiała kiedykolwiek przypuszczać. Być może z tego też powodu znajdowała się tutaj, nie w kominku, gdzie powoli lądowały inne pamiątki po ich wspólnej przeszłości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Paź 24, 2014 4:37 pm

Nie chciała być z nim w tym pokoju, ale nie chciała też zostać samotnie w oranżerii, pewna, że zwariuje wśród kwiatów, światła i szkła. To nie było naturalne środowisko; ogród na dachu tylko udawał prawdziwy dom, tak samo jak ona udawała przed sobą samą paraliżujące wręcz szczęście. Musiała je sobie wmawiać, inaczej nie odgrywałaby wyznaczonej jej roli z takim zaangażowaniem i nie kreowałaby przed Malcolmem sielankowego życia, jakie przyszło jej toczyć w złotej klatce. Sporządzonej na jej własne życzenie, kiedy błagała go o więcej i kiedy oddawała się mu bez żadnego sprzeciwu. Chciałaby dokładnie pamiętać ten moment, w którym przestała się wyrywać, w którym wrzaski bólu zamieniły się w jęki przyjemności i  w którym po raz pierwszy patrzyła mu w oczy bez chęci splunięcia na jego twarz. To wszystko się rozmyło, poruszała się po chronologii pewnej niewiadomych - podobnie czuła się po wypiciu kolejnej ziołowej mikstury. Ta jednak nie sprowadzała na nią najgorszych koszmarów ani spięcia całego ciała a coś w rodzaju drżącego otumanienia. Niespokojna, wibrująca strachem a jednocześnie zbyt bierna, by w jakikolwiek rzeczowy sposób reagować na tak niezrozumiałe kryzysy. Nauczył ją błyskawicznej reakcji w sytuacji zagrożenia, podejmowania błyskawicznych decyzji i braku skrupułów, ale te złote rady sprawdzały się w lesie, w kontakcie ze złymi ludźmi - tutaj jej największym wrogiem wydawała się ona sama.
Stojąc przy drzwiach ledwie powstrzymywała się od odwrotu i masochistycznego uderzania skronią w framugę. Słodkie przeniesienie, tak traciła niewinność, tak też traciła wszelkie złudzenia i zmysły, wbijając paznokcie w przedramię, by nie zacząć krzyczeć. Bezsensownie, kiczowato; nie działo się przecież nic naprawdę przerażającego. Przeżyła zdecydowanie gorsze chwile, ale od dawna nie wydawała się sobie tak bardzo wybita z naturalnej monotonii i obojętności.
Zachowanie Gerarda także wydawało się jej znaczące. Dopiero po kolejnej kasecie lądującej z cichym sykiem w płomieniach zorientowała się, co własnie rozgrywa się na jej oczach. Tragedia w trzech, niezrozumiałych dla nikogo aktach, połamane pudełka i coraz silniejszy zapach topiącego się plastiku, uderzający w jej zmysły mocniej od słów sprzed chwili. Boleśnie; zrobiła jeden, odruchowy krok w przód, przestając rozdrapywać swoją skórę i po prostu chwiejąc się na czubkach palców, jakby przygotowywała się do skoku nad przepaścią. Jak w bajce, ale teraz nie zastanawiała się tak długo ani nie brała rozbiegu, zaciskając dłonie w pięści i wpatrując się w przytłumiony ciemnym dymem ogień, pełzający po ściankach szklanego paleniska, pożerającego ich...najpiękniejsze wspomnienia? Koronne dowody? Reżyserską smycz, na jakiej trzymał ją do tej pory, szepcząc jej do ucha o wysłaniu kaset Malcolmowi?
Gerard je wyrzucał, palił, niszczył i w pierwszej chwili poczuła obezwładniającą ulgę. Koniec szantaży, koniec tych gróźb, sprawiających, że ledwie oddychała z przerażenia. Fizyczne dowody jej psychicznego upodlenia zamieniały się w pogięte i trujące resztki plastiku; małe, pokraczne trumienki, z jakich ulatniały się jej wszelkie przewinienia. A przynajmniej tak to sobie wyobrażała, bez dowodów nie było zbrodni - jej zbrodni, jej upodlenia i jej błagalnych jęków. Zagłuszonych teraz (razem z nieznośnym echem w tyle głowy) przez skwierczenie kaset, topiących się na poczerniałych drewnach.
Nie mogła oderwać wzroku od tej prymitywnej destrukcji, od sztucznego materiału oblepiającego lepkim kokonem dotychczas czyste oszklenie kominka; obrzydliwa, klejąca się maź, kompletnie czarna i wzbudzająca w niej skrajne obrzydzenie. Które zaczęło przywoływać inne uczucia, ciąg skojarzeń, piegowata twarz osiemnastoletniej Maisie uśmiechającej się szeroko i...Nie, już nie mogła czuć dzikiej radości; drzwi klatki zostały własnie otwarte na oścież, ale odwracała się od nich plecami, podchodząc nagle do Gerarda i łapiąc go za rękę.
Mocno; jedna z kaset wysunęła się z jego dłoni i z cichym trzaskiem uderzyła o podłogę, ale nie patrzyła w dół, w końcu łapiąc jego spojrzenie. Dalej z paznokciami wbitymi w jego nadgarstek i wzrokiem utkwionym w jego żółtobrązowych oczach.
- Wyjedźmy - wyrzuciła  z siebie nagle, wręcz błagalnie, powtarzając po raz kolejny swoją prośbę, wystosowywaną od kilkunastu tygodni. Nienawidziła Kapitolu a Kapitol odwzajemniał to uczucie z zdwojoną siłą; wyczuwała to nawet w szansie poznania Malcolma. Los na siłę obdarzał ją najdoskonalszymi prezentami, ale nie mogła ich przyjąć; nie w takim stanie, w jakim się znajdowała, rozdarta pomiędzy najsilniejszymi uczuciami, okraszonymi postępującą chorobą psychiczną. Widoczną, po raz pierwszy od dawna, tak doskonale w jej oczach, kiedy wzmacniała uścisk szczupłych palców na jego skórze, obdarzając go intensywnym spojrzeniem. - Na pewno możesz to zrobić. Po prostu...zostawimy to miasto za sobą i będzie jak dawniej. Tylko my, razem. Możemy wyjechać nawet dzisiaj, nie potrzebuję żadnych rzeczy - kontynuowała chaotycznie, przysuwając się tylko bliżej niego, drżąca, rozpalona i kompletnie rozdarta między sprzecznymi uczuciami.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Paź 25, 2014 12:49 am

Każdy wielki mistrz pozostawiał po sobie Dobrą Nowinę. Nie nazywał tego dziełem zbawienia – choć Maisie stawała się święta przez wspomnienia, które zawierały te kasety – ale wiedział, że ta historia w obrazkach spisana, ma podobną konotację. Na tych taśmach (topiących się teraz w zaskakującym tempie) Gerard wyłuszczył całą swoją filozofię wraz z przemocą i gwałtami. Nieoczywistymi, w większości scenariuszy jego córka występowała już jako chętna modliszka, ale wystarczyło tylko głębiej spojrzeć w te puste oczy, a otwierają się szereg nowych interpretacji. Przerażających dla każdego postronnego widza – trzeba było być gorliwym wyznawcą religii Ginsberga, by docenić piękno sinych śladów od bandaży na nadgarstkach kobiety. Czasami zastanawiał się, jak wyglądałby jego świat, gdy udało jej się uciec od niego w przepaść śmierci i właśnie większość filmów pornograficznych, które nakręcił za jej udziałem, była projekcją takich chwil. Maisie pozostawała idealnie oddalona, podniecająca go tak bardzo, że drżała mu ręka, którą trzymał na kamerze (również zanotowane na poszczególnych epizodach) i rzadko umiał skończyć kręcenie, nie angażując się bardziej w to, co rozgrywało się na jego oczach.
Monodram jednej aktorki, która za każdym razem wyrzekała się moralności. Absolutny upadek duchowości na rzecz indoktrynacji tak silnej, że rodzina, wychowanie czy hamulce fizyczne pozostawały tylko wspomnieniem. A przecież tych nie tolerowano w domu Ginsbergów. Nic dziwnego, że Maisie czuła się tak roztrzęsiona, kiedy każda ze śladów jej grzesznej obecności niknęła w zachłannych płomieniach.
Obejmowały czarne taśmy prawdy – która przechadzała się pomiędzy ujęciami – jak niegdyś obejmował ją troskliwy ojciec, dbając o to, by światło uchwyciło w dobry sposób ślady po nożu, który wbijał w nią głęboko. Za karę, podniesienie ręki na ojca zdawało się być najgorszym przestępstwem, a jednak jego córka nadal je uskuteczniała. Bez końca, czasami czuł się już znużony grami, w których za normalne zachowanie (nie bił jej już tak często) odpowiadała mu buntem. Nie rozumiał, czemu nie umiał wytłuc go rękami z jej ciała – pozostawała nadal istotą zepsutą i wymagającą natychmiastowej poprawy, więc skupiał nad tym uwagę, zostawiając za drzwiami szklarni jej hiobowe wieści.
Węszyli. Należało pozbyć się dowodów, zdyskredytować dziennikarkę w oczach Almy Coin, podważyć plugawe doniesienia, które mogłyby sprowadzić na niego karę kastracji, a nade wszystko, zachować zimną krew, bo zazwyczaj przestępców nie gubił popełniony czyn, a panikę, w którą przyszło im wpadać, kiedy dowiadywali się o podejrzeniach.
Gerardowi to nie groziło. Nadal pozostawał obsesyjnie obojętny, jakby ktoś przed wiekami nakręcił go na działanie, nie analizowanie, nie snucie domysłów – był robotem, który zawsze wiedział, czyją ręką należy machać, by osiągnąć sukces – ale stanowcze ruchy, które właśnie sprowadzały go do niszczenia pamiątek i krytycznego osądzania jej niegodnego pomysłu.
Bała się. Jeszcze nie wiedział, czy przesłuchanie obudziło w niej dawno uśpione (wyprane z mózgu?) demony, które stawały na palcach, by szeptać jej do uszka szpetne opowieści o swoim dobroczyńcy ; czy też zwyczajnie: hormony ciążowe stawiały jej świat na głowie; ale nie mógł sobie na to pozwolić. Ona była kobietą, matką jego dziecka, osobą, którą nienawidził tak szalenie jak tylko mógł ją kochać, więc mogła przeżywać każdy rodzaj rozterek. Była głupia, ale nie jej rolą było pozostawanie rozważną i pewną siebie. Mógłby opowiedzieć jej o tym wszystkim, ale przecież Ginsberg nigdy się nie powtarzał, więc schylał się po zagubioną kasetę, czując jedynie metaliczny niesmak na ustach.
To na tej płycie po raz pierwszy przerżnął ją analnie i z zaskoczeniem (może dziecięcą radością?) odkrywał, że jeszcze ma łzy, którymi zalewała się bez końca, błagając go, by przestał. Zaśmiał się wówczas ochryple, podając ją Ralphowi. Tylko ten gówniarz, ta poczciwa psina mogłaby w tym zapisie terroru odnaleźć rodzinną Biblię, ale pozbył się go z łatwością.
Teraz musiał przekazać schedę komuś innemu, więc podnosił się do niej przodem, wtulając głowę w jej brzuch. Mało wydatny, ich dziecko jeszcze było fantazją, ale przynajmniej wiedział, że należy do niego i nie musi postąpić z nim tak jak z dzieckiem jej brata. Nigdy nie zadawał sobie pytania, czy przypadkiem nie wytłukł wówczas własnego syna bądź córki z jej zainfekowanego łona. Nigdy więcej później nie pozwalał Ralphowi zbliżać się do niej aż tak, potęgując między nimi falę nienawiści.
Która teraz została zażegnana. Stali naprzeciwko siebie, on nadal trzymał głowę nisko, czując życie, które pulsowało między jego palcami. Romantycznie, tkliwie, mogła uwierzyć w ten nagły zryw czułości, gdyby nie to, że brzęczały mu w palcach kajdanki, które zaciskał na jej szczupłych nadgarstkach.
- Jesteś głupia – wyprostował się, łapiąc za metalowe obręcze i ocierając jej ciało o sobie. Nadal nie spuszczał z niej wzroku, pozostając teraz łagodnie górującym olbrzymem, który upaja się bliskością z nieznajomą. – Ucieczka teraz sprowadzi na nas podejrzenia. Nie możemy podjąć tak żałosnych kroków, ale obiecuję… - a tych postanowień nie łamał – że Regis urodzi się z dala od Kapitolu – kolejne szarpnięcie, tym razem nią na kolana.
Pozostawała brudna, a on zabierał z szuflady latarkę, którą świecił jej w oczy.
- Gotowa na prawdziwe przesłuchanie? – zapytał, unosząc jej twarz za włosy do siebie i do niepokojącego światła, które odsłaniało powiększone źrenice.
Czas na zabawę w naczelnika. Zdecydowanie nie powinien przenosić pracy do domu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Paź 25, 2014 9:10 pm

Proszenie Gerarda o cokolwiek wydawało się okropnym świętokradztwem: nadużywała przecież i tak jego wielkiej dobroci, żyjąc na jego łasce. Utrzymywał ją pod każdym względem i zapewniał luksusowe warunki egzystencji, za co nawet nie potrafiła mu odpowiednio podziękować. Każde słowo wydawało się nieznaczące, a gest - i tak wykonywany w codziennej, uległej rutynie. Mogła więc tylko bezgłośnie go wielbić i zapewniać samą siebie o swoim nieziemskim szczęściu. Pozwolił jej wrócić do siebie i przyjął ją jak biblijną córkę marnotrawną, z otwartymi ramionami i milionem prezentów. Zasypał ją deszczem trudno dostępnych kwiatów, drogich sukienek i pozornej wolności, usypiając dziką czujność w zaledwie kilka tygodni. Przerażające, w jak krótkim czasie znów powracała do niego na kolanach, trzymając w zębach smycz; nawet nie zauważała swojego upodlenia, przekonana o własnej niezależności. Mogła przecież wyjść i już nie wrócić; mogła otworzyć szuflady biurka w jego gabinecie i zabrać ze sobą wszystkie dokumenty; mogła poderżnąć mu gardło w czasie snu albo po prostu zerwać soczyście czerwone liście trującej rośliny i ozdobić nimi jego skroń. Korona cierniowa w wersji pełnej miłości i oddania, aktualna nawet w drżących czasach zarazy i po trzech latach samotności na wygnaniu.
Które nie kończyło się z chwilą pocałunku w więziennej celi; nie odpłynęło w niepamięć nawet w chwili radosnej nowiny o dziecku, kiełkującym nieśmiało pod jej sercem - dopiero teraz, w tej chwili, w której wizualne rękopisy ich uczucia zamieniały się w trującą maź, i kiedy Gerard niemalże klękał przed nią, przyciskając policzek do jej ciała, mogła odetchnąć naprawdę spokojnie. Nawet schizofreniczne piski rozmyły się w trzaskach ognia, liżącego brudną już szybę paleniska i nie wpatrywała się w fluorescencyjne kolory rozpływające się w płynnym plastiku. Prosiła go, głupia, a on traktował ją w ten sposób, po raz pierwszy znajdując się przy niej w tej pozycji. W pierwszym odruchu poczuła się wręcz niekomfortowo, jednak przebłysk poddańczości przeminął i po prostu odruchowo wsunęła palce w jego gęste, miękkie włosy, kompletnie wybita z rytmu drżącego strachu. Stała teraz pewnie, fantomowo czując jego oddech przez cienki materiał bluzki i pretensjonalnie pragnąc, by zostali w tej pozycji jeszcze długo; aż do spalenia wszystkich kaset, aż do puszczenia z dymem przeszłości. Nieistniejącej, przecież nigdy jej nie skrzywdził, nigdy jej nie zranił, nigdy nie sprawił jej bólu, zawsze będąc tak czułym i...
Trzask kajdanek powinien przywrócić ją natychmiast do schizofrenicznej przytomności, ale stało się odwrotnie; uśmiechnęła się po raz pierwszy dzisiaj dość nieprzytomnie. Ten sam dźwięk zwiastował wybaczenie, kiedy po trzyletniej rozłące pieścił jej ciało w skórzanych rękawiczkach. Innych konotacji nie było, tylko przyjemność, rozlewająca się po ciele razem z upokorzeniem, szczęściem (obiecał!). I bólem;  znów lądowała w odpowiednim dla siebie miejscu, ciągle z tym nienormalnym uśmiechem na piegowatej twarzy, jeszcze minutę temu wykrzywionej w grymasie przerażenia. Znikającego jak za dotknięciem jego czarodziejskiej dłoni; ze skrępowanymi rękami znów czuła się bezpiecznie. Im mocniej ją tłamsił tym bardziej rozluźniona się stawała, nawet w tak kryzysowej sytuacji, z ostatnią kasetą leżącą tuż obok niej na ziemi. I brutalnym szarpnięciem za włosy; kilka kosmyków na pewno zostało pomiędzy jego palcami, ale nawet nie syknęła, po prostu podnosząc twarz do góry i starając się nie mrużyć oczu przed rażącym światłem. Nie odpowiadała; nie powinna, była tylko głupią zabawką, szczęśliwą, że znów wraca do łask pana. Który zajmie się wszystkim i zapewni jej bezpieczeństwo: święcie w to wierzyła, przekonana samym jego spojrzeniem i sadystycznym traktowaniem, działającym na nią lepiej niż jakakolwiek rozmowa, rzetelny plan czy czułe przytulenie. Poddawała się więc jego decyzjom w milczeniu, uśmiechnięta i w swojej nagłej radości naprawdę przerażająca. Nie postradała zmysłów; te miała wyostrzone jak nigdy, ale coś na dobre rozpadło się w jej wnętrzu i gdyby nie mocna dłoń Ginsberga trzymająca ją za włosy, pewnie rozsypałaby się na kawałki, zalewając się czarną, toksyczną krwią, błyszczącą metalicznie na palącym się drewnie.

zt


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pon Lis 17, 2014 1:37 pm

to lecimy z fabułą dalej

Dwa miesiące nie były szczególnie długim okresem czasu,  jeśli brało się pod uwagę ponad pięćdziesiąt jesieni, które witały go dotychczas tym samym. Ogromnym deszczem, który wprawdzie nie dzwonił po nowych oknach (rozwiązania architektoniczne jednocześnie go fascynowały i przerażały) ani nie osiadał kroplami na szybie przedniej nowego samochodu, ale całkiem słusznie podsumowywał nastrój Ginsberga. Nie, nie wpadał w żaden rodzaj chwiejnej depresji bądź przygnębienia. Takie uczucia zdawały się obrażać jego inteligencję. Obiecał sobie, że cokolwiek zdarzy się w tym jakże krótkim i mało wartościowym okresie czasu, będzie dla niego tylko kolejnym dniem. Codziennością. I tego się trzymał, kiedy latem wszyscy tracili głowy – niektórzy dosłownie – oczekując wywózki do dystryktów.
Zagranie nowego prezydenta wcale nie było czymś nowym. Wręcz przeciwnie, zbyt mocno tonął w annałach, by dać się zwieść tej propagandzie sukcesu, którą roztaczano nad jego głową. Nie umiał być ufnym młodzieńcem, który zmienia strony z łatwością kobiety, która zakłada rękawiczki. Być może z tego powodu… został doceniony. Nie chodziło przecież o wieszanie psów na poprzedniej prezydent, kiedy jeszcze do niedawna było się jej wiernym sługą. Ginsberg zawsze przeceniał swojego wroga, a Adler początkowo nim właśnie był. Z tego też powodu nie zginał przed nim kolan, dając się poznać jako nieugięty człowiek, którego mogła ocalić jedynie reputacja. Podczas gdy wszystkie ministerstwa osiągały milionowe straty i korupcja zdawała się przechadzać pod ramię z nepotyzmem, Gerard pozostawał przykładem człowieka, który nie dał sobą zawładnąć.  Nie mogli wypomnieć mu rozległych znajomości bądź folgowania komukolwiek. Wszak był najbardziej sprawiedliwym katem Kapitolu, który może i słynął z okrucieństwa i sięgania po drastyczne środki, ale nigdy nie robił tego w zgodzie z jakimikolwiek układami. Był zwyczajnie znany z tego, że ktokolwiek znalazłby się w więzieniu (jego ojciec, córka, znajomy bądź przyjaciel), to nie mógł liczyć na taryfę ulgową. Dzięki temu właśnie został doceniony i nie stracił swojej posady, choć nie był gotowy jeszcze na układanie peanów pochwalnych na cześć nowej władzy.
Przypuszczał, zresztą, że prezydent nie jest człowiekiem, któremu szczególnie na tym zależy. Liczyło się efektywne działanie, a to prezentował ze zwycięskim uśmiechem. Nie zapomniał uczucia triumfu, kiedy witał więźniów po chwilowej nieobecności. Byli przekonani, że wraz z nastaniem nowej władzy, zmieni się ich naczelnik. Nie musiał ich bić, nie musiał posuwać się do pierwszych gwałtów po wprowadzeniu nowego rządu. On tylko przechadzał się w swoich wojskowych butach, niemal do rytmu ich jęków, które zostały zduszone w gardłach. Był estetą, polował na takie chwile z równie dziką zawziętością, co niegdyś na zwierzynę. Wiedział, że Adler przynosi również wyzwolenie dystryktów i prędzej czy później zdecyduje się osiąść w Jedenastce, powtarzając historię, ale chwilowo… Odkładał tę chwilę w nieskończoność, wiedząc, że nie może się wycofać.
Nie teraz, kiedy dostał kredyt zaufania. Nie w tych niespokojnych czasach, kiedy patrzono mu na ręce, które niejednokrotnie wycierał z krwi. I nie kolejnej jesieni, kiedy nareszcie mógł nosić rękawiczki. Zawsze lubił tę porę roku. Zdawała się idealnie współgrać z jego charakterem –  burzliwym i przynoszącym zawsze przykre niespodzianki. Bo przecież gdzieś w ferworze politycznych zawiei, gdzie nagle przyjaciółka traciła pozycję – rozważałby porzucenie Scarlett, gdyby nie przekonanie, że jest jedną z niewielu osób, które dadzą sobie radę – a bliżej poznana przedstawicielka Dystryktu Dziewiątego przypominała mu matkę; toczyło się jeszcze jego życie rodzinne.  
Nie, Ginsberg nie myślał wyjątkowo o swojej siostrze, którą zdążył ją poznać całkiem głęboko i zaszantażować w trakcie żałoby po swojej narzeczonej ani o swoim ojcu, który również był w niepewnej sytuacji politycznej. Nie zważał także na swoją żonę, która (na całe szczęście) istniała i ochraniała go przed gorączką ślubną, która polegała na zapewnieniu sobie statusu w nowym Panem. Mógł korzystać z bycia żonatym w najbardziej podły sposób, obserwując jak jego niedawni przyjaciele bądź współpracownicy zostawali skazani na zasiedlanie odległych terenów wraz z ludźmi, którymi do niedawna gardzili. Niewielu z nich miało szansę na normalne życie, bo nikt nie umiał zejść z poziomu bogów olimpijskich do zwykłych prostaczków. Gerard dobrze pamiętał swój początkowy bunt w Jedenastce, który wprawdzie przerodził się w ciężką pracę, ale wiedział, że wśród ludzi jest wyjątkowym człowiekiem, który doskonale radzi sobie z przeciwieństwami Losu. Tylko dlatego, że uczucia traktował wybiórczo, dostosowując je do bieżących potrzeb emocjonalnych. Których nadal nie miał za wiele. Został naczelnikiem i zyskał miejsce w siedzibie Rządu. Rozważał wyższe stanowisko, ale tak naprawdę był już zmęczony powrotem do domu o godzinie drugiej nad ranem. Czekała go krótka drzemka, podczas której powinien jeszcze przejrzeć akta Kolczatki. Nadal chronił wiedzę, którą otrzymał od swojej córki, nie dzieląc się nią z nikim.
Informacje o terrorystach były na wagę złota, a Ginsberg wiedział, że musi się zabezpieczać. Nie był przecież nieśmiertelny i niejeden próbował go wygryźć, o czym przypominały mu wizyty pani kurator, która została przydzielona Maisie.
O niej właśnie myślał tego burzowego wiecz… nie, już nocy, kiedy otwierał drzwi od apartamentu. Nadal pozostawali więźniami Kapitolu i choć wiele się zmieniło od czasu lata, kiedy mógł ją dusić w najlepsze w tych murach, nadal czuł się absolutnie przekonany o słuszności swoich decyzji. Nawet jeśli jego córka była jedynym wyjątkiem w kwestii uczuciowości Ginsberga. Nie chodziło jednak o romantyczne gesty bądź ckliwe dramaty, ale o fizyczność, która teraz została mu brutalnie odebrana. Ta zuchwała kradzież – nie mógł jej bić, wiązać, zakładać obroży, maltretować – sprawiała, że poprzestawał na pracoholizmie, a milczenie stało się jeszcze bardziej dotkliwe. Żałował, że brak słów nie może przynosić jej potępienia, a dyscyplinowanie jej to tylko kwestia manipulacji, która nie przynosiła mu tyle satysfakcji co jej ból. Nienawidził faktu, że nie może jej znieważyć i pokryć jej nowego ciała – zadbał, by każda blizna zniknęła jeszcze przed porodem – nowymi śladami zakazanej miłości, która i teraz gnała go do jej pokoju, choć obiecywał sobie, że pozwoli jej przespać choćby jedną noc bez głębokiego obciągania i bez gaszenia cygar w jej podniebieniu. Palił znacznie więcej, ale rzadko w jej obecności. Szanował jej ciążę, choć tak naprawdę wiedział, że każde z nich odlicza miesiące do innego rozwiązania. Nie wahałby się zniszczyć tego dziecka, gdyby zagrażało im. Oni byli najważniejsi i o tym myślał, kiedy wślizgiwał się nago do jej łóżka, czując porażające ciepło i ruchy, które od dłuższego czasu zdawały się go uspokajać.
Coś działo się w jej ogromnym brzuchu, piersi napełniały się mlekiem i były drażliwe na jego dotyk – więc dotykał je ostro, czując jej okrutny ból – a on musiał przyznać przez samym sobą, że jest tym zaintrygowany. Nie, nie był zakochany w dziecku, nie wieszczył dla siebie roli kochającego ojca, ale to był jego następca i należał mu się szacunek, który okazywał bardzo subtelnie, zdzierając z jego matki przykrótką już koszulkę.
- Ile razy mówiłem, żebyś się nie ubierała do snu? – zapytał wprost do jej ucha, przywierając do gładkich pleców i hamując się ostatkiem woli przed wgryzieniem się w jej wilgotną skórę. Przesuwał palcami po jej krągłościach, ściskał sutek i chyba tak wyglądało niebo w tej pogańskiej wersji z kazirodztwem, choć tylko Gerard wiedział, że do pełni szczęścia brakuje mu jej jęku bólu, kiedy znowu będzie nad nią górował. Mogła być świętą boginią – matką, pradawnym cudem, przed którym lata temu zginał kolana, ale wciąż pozostawała jego małą córeczką, która powinna nosić na zgrabnej szyi symbol swojego zniewolenia, bo nadal podniecała go bez reszty. Na pewno to wyczuwała, kiedy jego palce wybijały rytm hymnu Panem na jej znacznym już brzuchu, a coś wewnątrz odpowiadało mu kopnięciem. Dziwne to było dziecko, reagowało ufnością na człowieka, który zaprzedałby każdemu, by poczuć jeszcze raz czyjś ból na swojej skórze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pon Lis 17, 2014 6:20 pm

Chciałaby znów usłyszeć krople deszczu, uderzające o dach i wiecznie brudne szyby maleńkiej chatki - uwielbiała ten dźwięk, uwielbiała wodę, spływającą z nieba hektolitrami i wsiąkającą w spragnioną ziemię. Wiosenne mżawki, letnie ulewy i jesienne burze wyznaczały nie tylko kolejne pory roku, ale stanowiły też najsłodszy zwiastun następnego etapu. Rozdziału, okresu, miesiąca i kolejnych zmian, jakie nadchodziły z zaskakującą pogodową precyzją. Po burzy nigdy nie wychodziło słońce, nie wyczekiwała więc radosnej tęczy i szczęśliwego, słodkiego życia, jakie miało nagle nadejść razem z cieplejszymi dniami. W swojej naiwności nie sięgała już tak daleko. Kapitol nie okazał się bajkową krainą i zamiast szklanego pantofelka czuła się jak w betonowych butach na sekundę przed wepchnięciem do głębokiego jeziora.
Perfekcyjny wstęp do paranoi, pogłębiającej się z każdym dniem spędzonym w przeklętym mieście. Od początku wiedziała, że nie powinni tutaj zostać (że nie powinnaś tutaj wracać, Maisie?) i gdyby była odrobinę bardziej buntownicza mogłaby wytykać to Gerardowi. Ostatnie miesiące stanowiły przecież pasmo niepokojących zdarzeń. Oskarżenia, artykuł dziennikarki, spotkanie z nieznajomym w parku, podziemne odnalezienie brata, częstsze wizyty kuratora…Wszystko to nawarstwiało się i kumulowało. Polityczne wydarzenia wydawały się przy tych osobistych tragediach niczym; Maisie nie śledziła bieżących wydań gazet ani programów telewizyjnych – kiedyś Gerard siłą odcinał ją od świata, teraz robiła to za niego, zamykając się w czterech ścianach apartamentu. Razem ze swoim dzieckiem i kwiatami. Przywykła do samotności, uwielbiała spokój i ciszę, jednak…tęskniła za Gerardem. Długie godziny jego nieobecności zaczynały przypominać duszne korytarze Trzynastki, a milczenie, jakie zapadało między nimi po powrocie Ginsberga nosiło znamiona przeszłej obojętności, z jaką traktował ją na początku ich wspólnej drogi. Te porównania wskrzeszały złe demony przeszłości i Maisie nie potrafiła (a może nie chciała?) z nimi walczyć. Wolała przyjąć je do swojej dość makabrycznej świty, częstować wyimaginowaną herbatą i opowiadać im bajki na dobranoc.
Snuła je także sobie, kiedy leżała na wąskim łóżku w swoim pokoju, zaciskając palce na chłodnej kołdrze i próbując uspokoić szybko bijące serce. Przywykła do późnych powrotów Gerarda, jednak nie mogła przezwyciężyć dość zwierzęcego uczucia odrzucenia. Była gotowa łasić mu się do nóg, ale wiedziała, że nawet ten stopień upodlenia nie spotkałby się z żadną reakcją Ginsberga. Oddalał się i nie mogła zrozumieć dlaczego – ignorowała wszystkie racjonalne przesłanki. Jego polityczny świat chwiał się mocno, ale…przecież nosiła jego dziecko. To powinno być ważniejsze, przynajmniej według jej rozregulowanego hormonami umysłu.
Zmożonego w końcu snem. Niespokojnym, płytkim – ciężko było znaleźć wygodną pozycję, a kiedy już wtulała twarz w poduszkę, Regis rozpoczynał festiwal kopania – z którego jednak ocknęła się dopiero w momencie, w jakim materac jej pojedynczego łóżka uginał się pod ciężarem Gerarda. Nagiego, gorącego, szorstkiego i bliskiego. W końcu; nie pisnęła nawet, kiedy niszczył jej ulubioną, znoszoną koszulkę i kiedy sprawiał jej ból zbyt intensywną pieszczotą. Drgnęła tylko nerwowo, wtulając się jednak plecami w jego klatkę piersiową, chcąc być jak najbliżej. Nawet jeśli wiązało się to z kolejną porcją pulsującego bólu i niepokoju. Mogłaby panikować i wyczuwać zapach obcych perfum, ale była chyba zbyt otumaniona i zdezorientowana, żeby dawać upust swojej brzemiennej płaczliwości. Teraz po prostu leżała bez ruchu, oddychając w końcu spokojniej i nie odpowiadając w żaden sposób na jego słowa. Wiedziała, że nie powinna się odzywać i że musi zwalczyć nagłą – ckliwą – chęć położenia dłoni na jego palcach. Wydawało się jej to pretensjonalne; nie musieli uciekać się do słodkich obrazków kochającej się rodziny, chociaż…chyba tego podskórnie pragnęła, przyciskając mocniej policzek do poduszki i wpatrując się w całkowicie ciemny pokój tuż przed sobą. Gorący oddech Gerarda owiewający jej kark zazwyczaj wywoływał natychmiastowe dreszcze, ale nienasycenie czwartego miesiąca już dawno zniknęło, zastąpione niepokojem, huśtawkami emocjonalnymi i odwiedzinami kuratora. Jutro znów będzie musiała siedzieć przy cynamonowym cieście, podwijając rękawy i pokazując nieskazitelnie jasną skórę. Bez fantomowego odbicia kajdanek, zębów albo paznokci. Kiedyś ją to frustrowało, potem smuciło, teraz wydawała się wręcz niedorzecznie emocjonalna, marząc tylko o tym, by objął ją ramionami i obiecał, że wszystko będzie dobrze. Nie tak ją wychował, wiedziała, że go zawodzi i nie poznawała swoich żałosnych, kobiecych myśli. Wyprostowanie ich i przywrócenie na ścieżkę chłodnego rozsądku wydawało się jej jednak w tej chwili niemożliwe.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pon Lis 17, 2014 10:05 pm

Przypuszczał racjonalnie, że czekają ich trudne miesiące. Nie chodziło już nawet o ustrój polityczny Panem, który zapewne wielu sprowokował do lekkomyślnych czynów i szukania ratunku za wszelką cenę, ale tylko i wyłącznie o stan hormonalny Maisie, który miał przysporzyć mu samych zmartwień. Wiedział jednak, że nie ma innej drogi do jego ojcostwa i postanowił to znosić z tym samym wyrozumiałym uśmiechem, z jakim przyszło mu wytrzymywać jej okres pokwitania, kiedy po raz pierwszy poczuł to palące pożądanie, które doprowadziło ich na kres.
Zdawał sobie przecież sprawę z tego, że być może nie wyjdą zwycięsko z tej próby sił, która rozpoczęła się od przesłuchań, ale nie zamierzał martwić się tym na zapas. Rozważył już wszelkie scenariusze, dopasował odpowiednie reakcje. Jednym bólem głowy Gerarda była psychika Maisie, która mogła znowu roztłuc się w najmniej pożądanym momencie. Nic dziwnego, że bywał tak zirytowany, bo nic nie zależało już od niego, a to był najgorszy stan, z jakim dotąd miał do czynienia.
Zapewne pani kurator sądziła, że przynosi dziewczynie ukojenie, kiedy pilnuje jej siniaków i innych fizycznych oznak pulsującej miłości (nawet seks analny odpadał ze względu na wyjątkową brutalność), ale to Ginsberg był jej rodzonym ojcem – o czym, oczywiście, nie wiedziała – i doskonale zdawał sobie sprawę, że każda taka rozłąka wpływa destrukcyjnie na Maisie. Nie ze względu na skalę przemocy, ale na wychowanie oparte na gwałtach. Bez nich jego mała córeczka stawała się bezwolną zabawką, która została źle nakręcona i obijała się od ściany do ściany, poszukując swojego właściciela. Wiedział, że nie może pozwolić sobie na podobne przeoczenie jak wówczas w Trzynastce, ale jednocześnie miał związane ręce. Dlatego odczuwał całą sobą niepokój, który najwyraźniej udzielił się temu śmiesznemu płodowi, który za kilka miesięcy miał szansę zostać jego synem.
Jeszcze nie zdecydował, a jego wola była święta, więc nie przywiązywał się wcale do tego dziwnego uczucia panowania nad światem, kiedy ktoś po drugiej stronie odpowiadał mu tym samym ruchem. Dzieci bywały żałośnie głupie, niezależnie od tego, czy miały dopiero kilka miesięcy czy ponad dwadzieścia lat. Przekładały uczuciowość ponad materialne kwestie. Może i nie był z nią związany tak bardzo blisko przez ostatnie dwa miesiące, ale to łożył na jej macierzyństwo – operacje fundował dla siebie – i wymagał stałego szacunku.
Przeliczył się, oczywiście. Jego córka nie była zdolna okazać mu krztyny lojalności i choć przyznawał to z bólem, była jedyną, która chwilowo mogła sobie na to pozwolić. Ciąża i nadzór władz chroniły ją jak immunitet, ale przysięgał sobie w ciszy tego pokoju, że kiedyś mu za to zapłaci. Nie wiedział jeszcze, czy będzie to kara wieczna, ale nie mógł pozwolić sobie na takie traktowanie. Nadal trzymał ręce na jej brzuchu, odczuwając całym ciałem to nieznośne kopanie, które zapewne poruszało jej niegdyś połamane żebra i oddychał z nią.
- Zapomniałaś jak masz mnie witać? – spytał znowu nagląco, przygryzając płatek jej ucha (nie mógł się opanować) i zahaczając paznokciami o skórę jej ud. Znowu wbijał jej palce w podbrzusze, ale i tak był zanadto delikatny. Powinna leżeć krzyżem i powinien uderzać ją skórzanym pasem, który zostawił w łazience, ale obiecał sobie, że z bliznami poczekają na ich nowy etap. Tym razem w tle z rodzicielstwem, które mogło zaprzątać jego uwagę.
Ale tak się nie działo. Nie o tym myślał, kiedy przyciągał ją za włosy do siebie, by poczuła dokładnie jego erekcję i ukoiła jego tęsknotę, a także groźbę w pociemniałych ze złości oczach. Wiedział, że nie widzi go wcale, ale przecież…Znała go perfekcyjnie. Potrafiła odczytać w każdym zawieszeniu jego głosu swoistego rodzaju rozkaz, którego nie musiał wypowiadać głośno. I obietnicę, którą naprawdę słyszała rzadko.
Bo przecież i on wiedział doskonale kim ona jest i jak reaguje na choćby złudzenie wolności. Należała do niego i to powinno trzymać ją w ryzach, nawet teraz, kiedy brnęli w zaparte w nowe czasy, choć już mogli uciekać. Nie był jednak tchórzem, by nie spróbować walki, choć i tak największe dramaty rozgrywały się w tych czterech ścianach i wyjątkowo, nie były one związane z polityką, ale z nimi – nagimi na tym wąskim łóżku.
Czas niedokonany, nadal nie mógł jej zabić za tak jawne pogwałcenie praw tego domowego ogniska, choć słyszał, że hormony kiepsko wpływają na inteligencję, więc Maisie była już tylko żałosną idiotką, której należało dać kolejną szansę. Nie z powodu noszenia w łonie jego dziecka, ale z powodu tego, że nadal to ona pozostawała jego ukochanym dzieckiem, które doprowadzało go do szału i jednoczesnego podniecenia. Niezależnie od tego, czy miała blizny czy obecnie przebywała w stanie dziewiczym. Kochał ją i nie mógł krzywdzić – powoli zaczynało się piekło, a on odpłacał za takie czyny krwią… i powinna o tym pamiętać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Lis 18, 2014 10:59 am

Od kiedy pamiętała, czuła się w jego rękach jak bezwolna marionetka. Albo jak ukochana lalka. Ubierał ją w podobające się mu sukienki, czesał jej długie włosy, uczył poruszać się w odpowiedni sposób, klękać w odpowiednim momencie i w odpowiedniej chwili odgadywać jego pragnienia. Została wytresowana na jego milczącą kompankę i sprawdzała się w tej roli perfekcyjnie, wykazując się dość nietypową ambicją. Chciała być jak najlepsza, spijać pochwały z jego ust i zachwycać go postępami w nauce - tak zachowywała się przecież każda córeczka tatusia, jednak w przypadku Maisie nie chodziło o przynoszenie do domu najlepszego świadectwa i wykazywanie się w jeździe na łyżwach.
Tych nigdy nie miała na nogach; nigdy też nie przekroczyła progu szkoły, pozostając niewykształconą, zabiedzoną i kompletnie aspołeczną jednostką, zepchniętą na margines wszelkich statystyk. Nie orientowała się w realiach świata, w jakim przyszło jej żyć - oglądała polityczne obrazki na wielkim ekranie telewizora beznamiętnie, nawet nie próbując zrozumieć, jaką rolę odgrywa w tym wszystkim jej opiekun. Zabawki nie powinny interesować się takimi rzeczami; ich jedynym zadaniem było grzeczne czekanie aż powróci właściciel. Na blacie szafki, na kanapie, na łóżku, na podłodze - najchętniej zostawałaby tam, gdzie ją porzucił, zatrzaskując za sobą drzwi i wychodząc do bardziej interesujących rozrywek.
Chyba się wypalała; czuła to nawet teraz, przy jego gorącym ciele, które nie przynosiło jej natychmiastowego podniecenia a raczej pewien rodzaj nieznanego wcześniej żalu. Coś zepsuło się w perfekcyjnie wykształconym systemie nerwowym, reagującym na bliskość Gerarda drżeniem i nieokiełznanym głodem. Erotycznym; teraz dreszcze pojawiały się raczej z nagłego chłodu a pragnęła jego ramion bardzo niemoralnie. Bo platonicznie; chciała wtulić się w niego,słuchać zapewnień o tym, że sobie poradzą, i po prostu tak zasnąć. Groteskowe i kompletnie idiotyczne marzenia ściętej wielokrotnie głowy, powracającej widocznie na swoje miejsce. Hormony rozsypywały na kawałki jej wyszkolenie a tęsknota za Gerardem tylko potęgowała marną autodestrukcję, prowadzącą do napadu szlochu i zapominania o najważniejszych zasadach. Powinna przecież z niecierpliwością klękać przed nim, oczekując oralnej bliskości, ale zarówno fizycznie jak i psychicznie nie czuła się na siłach.
Ani w nastroju. Normalne wytłumaczenia w normalnym związku, a w takim przecież się znajdowali...? Maisie była mistrzynią w okłamywaniu samej siebie; potrafiła wyrysować w swojej głowie obraz Gerarda jako męczennika i ofiarę jej głupoty (zostawiła go, uciekła, zdradziła, a on mimo wszystko ją przygarnął i pokochał), potrafiła w ciągu dwóch miesięcy zapomnieć o bliznach, jakie jej zadał (przecież nie został żaden ślad) i potrafiła przełamywać narzucone zasady, odsuwając się lekko od jego ciała i siadając na łóżku. Z zamiarem zsunięcia się na podłogę, na kolana, by pielęgnować tradycję i wmówić sobie intensywniejszą miłość, jaką przecież rozpoznawała w gorącej reakcji jego ciała.
Tak się jednak nie stało, dość gwałtowne podniesienie się z poduszek wywołało zawroty głowy i Maisie przystanęła niepewnie w pół kroku, zagryzając usta. Nie zakrywała się histerycznie, w pokoju było kompletnie ciemno i przez sekundę była pewna, że wymyśliła sobie powrót Gerarda. Dalej jednak czuła ból podrażnionych piersi i jego zęby na swojej szyi, ale....wmawiała sobie przecież poważniejsze anomalie. Ginsberg nie był jednak jedynie marą i koszmarem, przed jakim kiedyś chowała się pod łóżkiem i zastawiała drzwi drewnianym krzesłem. Teraz pragnęła go najmocniej na świecie. Nie opadała jednak na kolana, dalej stała tuż przy łóżku, wpatrzona w zasłonięte żaluzjami okno, z dłońmi ułożonymi na brzuchu. Regis rozkopał się na dobre, rozbudzony tak, jak jego matka, skołowana i rozedrgana zbyt wieloma myślami, przelatującymi przez jej głowę w niesamowitym tempie.
- Mówiłeś, że wyjedziemy - powiedziała cicho, jednak nie brzmiało to jak pretensjonalny wyrzut a raczej jak poważne przypomnienie. Słowo Gerarda zawsze stawało się ciałem i ufała mu kompletnie. Obydwoje znali wagę werbalnych obietnic - w kontraście z wieczną ciszą, jaka zapadała między nimi, jakiekolwiek wypowiedziane głoski nabierały niezwykłej mocy. Dlatego też jej nagły słowotok doskonale pokazywał stan całkowitego rozstroju psychicznego. - To miasto nie jest dla nas. Nie jestem tu szczęśliwa. Nasze dziecko nie będzie tutaj szczęśliwe - dodała z już wyczuwalnym żalem i nutką strachu. Nie przed gniewem Gerarda; teraz największym zagrożeniem stawała się jej własna słabość.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Lis 18, 2014 2:50 pm

Gerard od najmłodszych lat przejawiał nietypowe pasje, które polegały głównie na próbie manipulowania swoimi rówieśnikami. Niekoniecznie udanymi, dzieci były zawsze bardzo okrutne i nie patrzyły przychylnym okiem na fizycznego odmieńca – nadal pozostawał zbyt rudy, zbyt wysoki jak na swój wiek i zbyt milczący, by nawiązać z nim ciepłe relacje – który próbował ustawić sobie ich na własnej planszy, zupełnie jakby grał nimi w żywe szachy. Może i w innych czasach jego świetne pochodzenie ułatwiłoby mu zdobycie wielu przyjaciół, ale w Kapitolu nie brakowało ludzi bardziej majętnych od Ginsbergów. Nawet jeśli jego ojciec był zaufanym Snowa, to nadal pozostawali przede wszystkim dziwakami, o których mówiło się w kontekście uprawiania zabronionych zabobonów i niezwykłych, anatomicznych pasji. To nie sprzyjało kontaktom, które usiłował zawierać, będąc przekonanym, że społeczeństwo będzie dla niego sprzymierzeńcem.
Wszystko zmieniło się, kiedy wreszcie jego matka dała mu zielone światło. Ojciec mógł obwiniać jego, ale to jej niewypowiedziana zachęta stanowiła motor kolejnych działań, które prędko przeszły w nietypową rutynę, polegającą głównie na próbie uczynienia z niej swojej niewolnicy. Znowu musiał przyjąć porażkę z wysoko podniesioną głową. Mierzył w świętość nieosiągalną, usiłował skalać ją i sprowadzić do własnej sfery profanum, ale to było niemożliwe. Kochanka Gerarda pozostawała nadal jego rodzicielką, osobą, którą nie mogło zbezcześcić nawet jego palące pożądanie. Nic dziwnego więc, że tak długo przeżywał proces ognia, któremu się poddała. By się oczyścić i naprawić zło, którego dopuściła się ze swoim pierworodnym synem. Musiał zrozumieć jej decyzję, choć tak bardzo źle przyjmował już wówczas wszelkie niepowodzenia. Wychowano go idealnie, zapominając jednak o jednym szczególe. Był nieodporny na wszelkie przegrane, każda wywoływała w nim wstręt do samego siebie, a ten prędko zamieniał się w nienawiść skierowaną do bliźniego. Nie umiał do końca obwinić siebie, bo był przekonany o słuszności swoich działań, niezależnie od tego, czy były one przemyślane czy zwyczajnie zatracał się w swojej bajecznej rozpuście i potem płacił za to najwyższą cenę.
Z Maisie było podobnie, przynajmniej początkowo. Pojawiła się w jego życiu jako efekt gwałtu, więc trudno było orzec, że była dzieckiem chcianym i wyczekiwanym. Właściwie wtedy nie przypuszczał, że kiedykolwiek sobie zażyczy potomka, a już na pewno nie od kobiety, która wydawała mu się nieciekawym zlepkiem kilku cech fizycznych, które akurat wtedy podnieciły go do reszty. Nie wiedział nawet, czy to efekt jej urody – prostackiej i dystryktowej – czy faktu, że zawsze dostawał białej gorączki na widok kobiet, które prosiły go, żeby przestał. Ważne było tylko to, że na świecie pojawiła się jego córka i podobnie jak wcześniej, dołożył wszelkich starań, by stała się jego zabawką. Musiał mieć kontrolę nad tym, co przyszło mu stworzyć – z przypadku bądź z premedytacją, to nieistotne – i dlatego tak istotnym było, żeby manipulacja tym wiotkim umysłem przebiegała po jego myśli.
Dotychczas tak było. Nawet ucieczka dziewczyny, która mogła otworzyć mu oczy i wskazać na rażący błąd w wychowaniu była tylko lekkim pstryczkiem w urażoną męską dumę, która została wyleczona faktem, że Maisie teraz lądowała na kolanach znacznie częściej. Musiał hamować swoje odruchy, bo w innym wypadku mógłby już urządzać jej widowiskowy pogrzeb. Może i była jego ukochaną córeczką, ale nadal pozostawał Ginsbergiem i za nieposłuszeństwo karał jak za zdradę stanu.
W ich małym państwie nie kwitła przecież demokracja. Gerard był tu władcą absolutnym i domagał się posłuchu, niezależnie od takich drobnostek jak jakaś ciąża i dziecko, które postanowiło urządzić sobie nad ranem zapasy, będąc pewnie lekkomyślnie przekonanym, że ojciec jest jednym z tych idiotów, który wzruszy się na widok jego mocno bijającego serduszka na aparaturze medycznej. Tak nie było, pozostawał nadal sobą i irytował się, kiedy wyciągała go rozmowy. To była próba buntu i to najbardziej naiwna, bo Ginsberg nienawidził słów.
W żadnej postaci.
Uważał, że ludzie, którzy dużo mówią są najgorszym przykładem prostactwa i chamstwa, a od tego uciekał jak najdalej, znosząc jedynie długie wypowiedzi u tych, którzy naprawdę mieli coś do powiedzenia. Jego córka nie miała. Pogodził się z tym, że nie grzeszy ona zbytnią inteligencją i że każdy jej krok musi być nadzorowany z góry, bo inaczej wariuje, ale po raz pierwszy od dawna musiał posuwać się do werbalnych nakazów, bo wszelkie gesty, którymi obroniłby tę dyskusję w pięć minut, zostały mu odebrane.
To było naprawdę makabryczne dla kogoś tak milczącego jak Gerard, więc nic dziwnego, że wymierzył jej potężne uderzenie w udo, czując chęć skopania jej ruszającego się brzucha. Chciał tego dziecka – to był jego następca – ale nie zamierzał pozwalać sobie na tak jawną dyskryminację swojej osoby z jej strony.
- Zacznijmy od tego, idiotko – nie mógł się oprzeć – że są w życiu ważniejsze kwestie niż twoje szczęście. Regis się jeszcze nie urodził, nie masz pojęcia, czy Kapitol nie będzie mu domem. Mam nadzieję, że odziedziczy po mnie kilka cech charakteru i nie będzie tak żałośnie nieporadny jak każde z twojego rodzeństwa – westchnął, przypominając sobie, że musi spotkać się z prezydentem w sprawie Randallów. – Zapomniałem już, że dołożyli wszelkich starań – to była ironia – żeby ci pomóc. To oni łożą na twojego lekarza, to oni otoczyli cię opieką i sprowadzają dla ciebie rośliny. Jesteś najbardziej niewdzięczną osobą, jaką znam – przyznał niemalże ze smutkiem. – Każda chciałaby być na twoim miejscu i mieć MNIE na własność, a ty grymasisz. Wstydzę się, że kiedykolwiek uważałem cię za córkę – przyznał ostro, nie podnosząc się jednak z jej łóżka.
Nadal leżał i oczekiwał na przeprosiny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Lis 18, 2014 5:15 pm

Przez rozkoszną ochronę ciąży odwykła od jakiejkolwiek przemocy, kiedyś stanowiącą naturalną część każdego dnia. Od kilkunastu lat budził ją kopniakiem lub uderzeniem, pieścił wymierzeniem siarczystego policzka i okazywał największą czułość, łamiąc jej rękę. Pewnie dlatego była taka pokraczna; źle złożone kości nie zrastały się ładnie, bolały i deformowały: zwłaszcza łokcie i kolana. Mogła nabawić się kompleksów, jednak bardziej cierpiała teraz bez bezpośredniego dotyku i cienia blizn na swoim ciele. Gerard odcinał Maisie od przeszłości, co nie wróżyło niczego dobrego. Powoli zapominała każda złotą zasadę z Jedenastki, z taką samą łatwością, z jaką pozbywała się wtedy uczuć do prawdziwej rodziny.
Teraz także nie mogła wzbudzić w sobie tęsknoty za Charlesem i Luelle; wydawali się jej bardziej odlegli od zapomnianych, przeklętych bogów dawnego świata. Ich zapach, faktura dłoni i ton głosu zniknął bezpowrotnie; bezsensownym byłoby rozdrapywanie zszytej rany, po której nie został nawet ślad. Chirurdzy plastyczni Kapitolu potrafili czynić cuda, podobnie Gerard, czyszczący jej osobowość ze wszystkich moralnych naleciałości. Stała się dzięki niemu perfekcyjnym produktem, reagującym zachwytem na kolejne ciosy. Siódme niebo manipulacji: potrafiła z dawkowanego cierpienia wyciągać nitki przyjemności i zawieszać na nich same pozytywne emocje. Była Gerardowi wdzięczna, pokochała go i każda ewentualna zdrada raniła ją bardziej niż ostrze, rozcinające wielokrotnie jej skórę.
To jednak należało do przeszłości. Od dłuższego czasu poruszali się po osobnych orbitach, mijając się niezwykle rzadko i na krótko. Zdawkowe słowa, kilkuminutowa bliskość ekstremalna i...znów znikał za horyzontem. Zajmując się nowym światem, nowymi zadaniami i nowymi ludźmi, o których zaczynała być irracjonalnie zazdrosna.
Plątała się w swoich emocjach, nie potrafiła wyartykułować swoich potrzeb i dopiero kopniak Gerarda przywrócił ją do względnej przytomności. Zachwiała się dość mocno i złapała kurczowo ramy łóżka, próbując nie opaść na kolana. Zachowanie równowagi nie wyszło jej jednak najlepiej i i tak osunęła się powoli na podłogę. Odruchowo zaciskając oczy, jakby na jej ciało miały spaść kolejne uderzenia. Tak było przecież zawsze, preludium i rozkoszna kontynuacja...jaka nie nastąpiła.
Przynajmniej nie fizycznie; werbalnie Gerard siniaczył ją zgodnie z tradycją, każdym kolejnym zdaniem sprawiając, że czuła się coraz gorzej. Zwłaszcza, kiedy poruszył temat jej rodzeństwa. Najchętniej zatkałaby uszy dłońmi i skuliła się jeszcze mocniej, ale przeszkadzał jej w tym pokaźny brzuch. Siedziała więc dalej na chłodnym parkiecie, opierając się plecami o łóżko, całkowicie świadomie odsłaniając przed Gerardem kark i szyję. Mógł sięgnąć po nią z łatwością, nie broniłaby się, chociaż...odruchowo przesunęła palcami po napiętej skórze brzucha, rozluźniając się odrobinę, kiedy poczuła ruchy Regisa. Chciała myśleć o swoim synu a nie o tym, że jest niewdzięczną...córką? Nie chciała nią być, nie teraz. To ostatnie zdanie, mające sprawić jej ból, pozwoliło jej na nieco trzeźwiejszy osąd sytuacji, chociaż dalej zagryzała wargi w grymasie skrajnego zdenerwowania.
- Wiem, że zrobiłeś dla mnie wszystko - powiedziała tylko nieco łamiącym się tonem, podciągając się nagle na łóżko i przysiadając obok niego, w wzrokiem dalej utkwionym w podłodze. Naprawdę nie rozumiała swoich odczuć, jednocześnie chciała wtulić się w jego ramiona i uciec jak najdalej. - Ale ja...nie chcę być twoją córką - ciągnęła powoli, bardzo cicho, czując jak jej serce przyśpiesza do niesamowitego rytmu. Ze strachu; nie powinna mówić takich bezeceństw, ale chyba pękła w niej jakaś niewidzialna bariera. - Możemy wyjechać, być ze sobą. Razem. Bez ukrywania się, bez kłamstw. Chcę dla Regisa normalnej rodziny, nie chcę wmawiać mu, że jego ojciec był gwałcicielem i że kompletnie go nie znałam. - ciągnęła już pewniej, w końcu odwracając się w jego stronę. Oczy przywykły do ciemności, ale dalej był dla niej tylko szarym konturem nagiego ciała, jakie pieściła i wielbiła. Teraz trzymała się jednak na dystans, nie poruszając tematu Randallów. Nie była aż tak głupia; rozmowa o Malcolmie i o tym, ile dla niej znaczył, chyba przeważyłaby szalę. Nie mówiąc już o dzieleniu się niepokojem, związanym z przypadkowo zauważonym zdjęciem Lizbeth Randall w porannej gazecie. Tego było zbyt wiele; musiała skupiać się na jednym, największym problemie i to nim się teraz dzieliła, w końcu nieśmiało i wręcz żałośnie niewinnie sięgając dłonią do jego twarzy. Z zamiarem pogłaskania go, delikatnie i ostrożnie, ledwie powstrzymując drżenie palców. Czuła się wypełniona życiem, tkliwością i...niezrozumiałym kłębowiskiem negatywnych uczuć. Chciała, żeby Gerard rozwiązał wszystkie jej wątpliwości i zabrał ją z Kapitolu. Jak najszybciej; wiedziała, że prosi go o to po raz ostatni.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Lis 19, 2014 2:51 pm

Większość ludzi uważała przemoc za coś szalenie nieetycznego i niezgodnego z poszanowaniem strefy osobistej każdego człowieka. Społeczeństwo akceptowało agresję jedynie w kilku przypadkach, nawet ta łóżkowa, ze zgodą obojga partnerów budziła nieznaczny sprzeciw. Panem słynęło przecież z restrykcyjnych przepisów pod tym względem. Można było przyznać, że Ginsberg jest wyjątkiem, ale to chyba nie byłoby właściwe określenie. On zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że bicie jest upokarzające. Mógł przemawiać na wiecu w obronie godności człowieka i pokonać każdego oponenta logicznymi argumentami, które pokazywałyby jakie dokładnie spustoszenie w psychice tworzy przemoc domowa. Z tym, że tak naprawdę on świadomie się jej dopuszczał. Być może było to nawet gorsze, bo zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób tworzy z Maisie wrak człowieka, ale nie zamierzał się nikomu tłumaczyć ze swojego postępowania.
Które było wprawdzie niemoralne i niegodne, ale tak naprawdę nic nie zbliżyło ich tak bardzo do siebie jak ten pełen napięcia fizyczny kontakt, który był jednocześnie manifestacją nienawiści i miłości z jego strony. Również, nic nie bolało tak jak obojętność Gerarda, więc fakt, że pochylał się nad swoją córką (tylko metaforycznie, nigdy nie klęknąłby przed nią) był bardzo znaczący. Każdym uderzeniem pokazywał jej siebie, a to było cenniejsze niż jakkolwiek zbitka głosek, która miała paść między nimi. Może i kochał zaklęcia, modlitwy, wierzył w Ewangelię i wiedział, że i słowo staje się ciałem – dotykał żywego dowodu w łonie swojej ukochanej pierworodnej – ale sam był oszczędny w ich wyrażaniu. Wolał bardziej werbalne dowody miłości. Takie jak agresja, która została jemu…im odebrana, więc irytował się bardzo widowiskowo, czując, że niedługo zamieni się w zgryźliwego tetryka w wieku pięćdziesięciu lat.
Gdyby był mniej narcystyczny i gdyby lustro nie zwodziło go wizualnie, to zapewne doszedłby do niewygodnego wniosku, że już zaczyna się proces starzenia i jest zwyczajnie wycieńczony pracą w warunkach ekstremalnych, przy nadgodzinach, które nawet młodego obywatela Kapitolu przyprawiłyby o palpitację serca ; ale Gerard nadal pozostawał przekonany o swojej sile fizycznej i tej charakteru. Dlatego był w stanie ograniczyć wszystkie swoje nawyki, pozwalając sobie tylko na lekkie wykopanie jej z łóżka. Właściwie można było to nazwać lekkim przeniesieniem – Regis kopał ją w żebra, więc i ojciec (jej i dziecka) robił praktycznie to samo, uważając, by nie narobić jej widocznych śladów. Pani kurator dbała o to, by ich rozrywki pozostawały żałośnie niewinne, więc musiał także pozwolić jej na zajęcie miejsca przy sobie. Na łóżku. To było absurdalne, że dopuszczał do tego, że ta suka (której miejsce było pod jego wojskowymi butami) dzieliła miejsce wraz z Panem. Najwyraźniej Kapitol rzeczywiście zaliczał regres wszelkich wartości i nic dziwnego, że był tak tym zirytowany, że każde jej słowo przyjmował jako atak.
Dlatego, że tak naprawdę nie miała prawa się wypowiadać w jakiejkolwiek kwestii. Pozostawała jego niewolnicą, która powinna dbać o jego zaspokojenie, a nie szukać najlepszych opcji wśród gąszczu propozycji, które burzyły krew niejednego rządowego parobka Coin. Ginsberg był odporny na takie zrywy o władzę, właściwie nie potrzebował jej do szczęścia wcale, choć za kilka lat widział się na miejscu Adlera. Nie z powodu swoich aspiracji czy ambicji, po prostu chciał zapewnić godziwy i pozbawiony hipokryzji ład swojej rodzinie.
Inna sprawa, że tak jasne postawienie sytuacji – była jego córką (!) – budziło w nim naturę mordercy, którą musiał hamować z zawziętością dawnego Gerarda, który powstrzymuje się w trakcie jej pierwszego okresu przed przygwożdżeniem jej na materacu i pokazaniu co dokładnie oznacza fakt dojrzałości fizycznej. Wówczas powstrzymywała go obietnica, której teraz nie mógł sobie złożyć. Jedynie instynkt samozachowawczy sprawiał, że się opanował, choć jej rękę na swoim policzku odjął stanowczo, kładąc na brzuchu. Nie potrzebował tkliwych gestów nad ranem, domagał się dobrego obciągania, więc powinna się dostosować.
Miała jednak rację, co stwierdzał z ociąganiem. Kapitol przestał być dla nich bezpieczny już jakiś czas temu i to sprawiało, że coraz głośniej w myślach przyznawał się do zakusów na stanowisko wiceprezydenta. Musiał przecież zapewnić im dobry byt, w którym nie zostanie pojmany jako ojciec dziecka. Dlatego kiwnął głową na jej propozycję.
- Wyjedziemy – jedno słowo, jedna obietnica, a tyle znaczeń, nie ściskał jej dłoni, wolał plątać palce w długich włosach, które ściskał wcale nie z delikatnością przyszłego ojca.
Nie powiedział nic więcej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Lis 19, 2014 8:17 pm

Miała wrażenie, że już kiedyś odbywali podobną rozmowę; że kiedyś używała tych samych argumentów i teraz po prostu odtwarzała kopię filmu nowej generacji. Lepszej, kiedyś przecież nie traktował ją po partnersku, na archaicznej czarnej taśmie umieszczając wspomnienia czysto fizyczne. Teraz mogła być z nim na równym poziomie (kogo chcesz oszukać, Maisie?) i - o dziwo - odnajdywała w tej sytuacji spokój, zabrany jej przez ostatnie wydarzenia.
Bliskość Gerarda już nie parzyła a tonowała i mogła być przy nim kompletnie nago bez masochistycznych pragnień, artykułowanych drżącym szeptem. Z każdym kolejnym tygodniem ciąży czuła się coraz bardziej pewna siebie i wręcz...majestatyczna. Głupie, przebrzmiałe i kiczowate słowo, które jednak najdokładniej opisywało stan Mai w chwilach względnej stabilności. Bywała przecież płaczliwa, drażliwa i wściekła; mogła wyrzucać zeschnięte kwiatki na ziemię i szlochać z tęsknoty za swoim opiekunem, jednak podczas tych wszystkich mikrozałamań nie opuszczało jej poczucie triumfującej pewności. Brakowało jej w życiu kogoś stałego, kogoś, kogo mogłaby pokochać z całego serca. Dotychczas jedyne miejsce w jej świecie zajmował Gerard - teraz ulegało to powolnej acz znaczącej zmianie. Częściej myślała o Regisie, częściej z nim rozmawiała i tylko w niego inwestowała ten niespodziewany nadmiar uczuć. Niekoniecznie pozytywnych, nie była rozćwierkaną przyszłą mamą, szykującą ciuszki i marzącą o puchatym kocyku. Martwiła się o jego zdrowie, o przyszłość, o to, gdzie - i z kim - będzie dorastał. Rozwijające się pod jej sercem życie niesamowicie poszerzyło jej horyzonty. Oczywiście dalej obserwowała ten daleki świat zza prętów złotej klatki, ale wiedziała, że kiedyś ją opuści. Nie po to, żeby uciec - wiedziała, że jej miejsce jest przy Gerardzie - bardziej po to, by zadbać o swoją pozycję i niepodległość.
Głupie, niedorzeczne mrzonki przepełnionej hormonami zabawki. Ten podszept także dźwięczał jej w tyle głowy, jednak zagłuszała go zdecydowanie i efektywnie, nakręcona tylko zgodą Gerarda. To jedno słowo znaczyło dla niej naprawdę wiele; tym jednym słowem nakładał na jej głowę laur zwycięstwa i naznaczał jako swoją partnerkę. Chętnie rozpłakałaby się ze wzruszenia, ale była zbyt zmęczona, by tracić siły na ckliwy szloch w jego ramię. Zamiast tego po prostu znów położyła się obok niego - śmiesznie i niezgrabnie; ciężarne gabaryty przeszkadzały w poruszaniu się; nie dbała jednak już o zmysłowość - tak blisko, jak tylko pozwalało wąskie łóżko i pokaźny brzuszek, oplatając Gerarda ramionami. Samobójczo, odruchowo; chyba przytulała się do niego po raz pierwszy w życiu i był to uścisk niemalże dziecięcy. Niepewny, pokraczny i szalenie platoniczny. Wiedziała, że oczekuje czegoś innego, ale…chyba tym niewinnym gestem jasno tłumaczyła zasady, jakie właśnie ustanawiała. Och, naprawdę jesteś idiotką, Maisie.
- Kiedy? Chciałabym poznać dokładną datę, muszę pożegnać się z Malcolmem – wyszeptała, owiewając jego twarz ciepłym oddechem, na razie nie zagłębiając się w rozpaczliwe pragnienie zabrania brata ze sobą. To skomplikowałoby i tak trudną sytuację; chciała ochronić go za wszelką cenę – nawet jeśli miało oznaczać to ponowne zerwanie kontaktów. Na jakiś czas; pragnęła przecież dla Regisa dużej rodziny i…chyba właśnie te ckliwe marzenia odbierały jej zdrowy rozsądek i rozpuszczały lata tresury. Zachowywała się przecież niemalże dziko, z kompletną czułością przekraczając wszystkie święte bariery i depcząc najważniejsze zasady. Gdzieś w tyle głowy słyszała ostrzegawcze krzyki, ale zniknęły w momencie, w jakim ponownie dotknęła dłonią policzka Gerarda, posyłając mu w ciemnościach naiwny uśmiech, którego nie mógł przecież zobaczyć.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Lis 20, 2014 2:42 pm

Dobrze pamiętał podobne hasła z ich (jej?) młodości w Trzynastce, gdzie reagowała jeszcze bardziej histerycznie na próby przekazania jej smutnej prawdy o tym, że zamieszkają w Kapitolu. Dziwiło go, że tak bardzo nienawidzi tego miejsca. To przecież Jedenastka wyrżnęła (dosłownie) z niej do reszty człowieczeństwo i sprawiła, że stała się tylko uroczym popychadłem, które bez tresury było zupełnie nieprzydatne. Nie musiał upewniać się w tym, że bez jego opieki i wspaniałomyślności – a tej miał przecież pod dostatkiem – zamieniała się w nic nieznaczącą, chorą psychicznie dziewczynkę, bo przecież do kobiety było jej daleko. Nadal pozostawała dzieckiem, które niegdyś uczynił swoim i to sprawiało, że rościł sobie najwięcej praw do niej. Jej pozostawało tylko i wyłącznie przyznawanie jemu racji. Nie było przecież człowieka bardziej uwikłanego w jej osobowość niż jej własny Stwórca, który teraz podążał swobodnie za tokiem myślenia swojej nie tylko fizycznie nagiej córeczki. Ona naprawdę była szalenie naiwna, skoro była przekonana, że wystarczy zgasić światło, a już stanie się jego niezależną partnerką i będzie mogła snuć wizje rodzinnego domu, w którym oboje będą na równym poziomie.
Cudowne mrzonki jego nakręcanej zabaweczki, którą teraz przyciągał do siebie ze śmiechem szaleńca. Mogła pomyśleć, że to zwieńczenie jej żałosnych pomysłów, mogła nawet sądzić, że cieszy się z jej pieszczoty, którą przyjmował z tym samym stoickim spokojem, z którym (zapewne) przyjąłby jej śmierć; właściwie Ginsberga niewiele obchodziło, co sobie uroiła w swojej głowie. Liczyły się tylko efekty – musiała być w dobrym stanie jutro. Już nie chodziło o jej fizyczność, która i tak zadowalała go bardziej niż kiedykolwiek (nareszcie nie była chuda i zmizerniała), ale o nadszarpniętą psychikę. Słyszał, że w czasie ciąży kobiety tracą zmysły i oglądał to na własne oczy, traktując Maisie jako nowy eksponat do swojej kolekcji. Tylko dzięki racjonalnemu myśleniu nie tracił zimnej krwi i nie uderzał ją z premedytacją, by znowu poroniła i dała mu święty spokój.
Tego potrzebował przed batalią, którą miał stoczyć za jakiś czas i tego wymagał od swojej kobiety, nawet jeśli miała być chwilowo tylko jego żoną, nie córką.
- Nie powiesz ani słowa Malcolmowi – odezwał się twardo, znała ten ton i wiedziała, że nie ma żartów. – Jeśli ktoś cię zapyta, powiesz, że nic nie wiesz i będziesz siedzieć cicho, czekając na mnie. Nie masz prawa interesować się tym, jak – oczami wyobraźni widział przelewającą się krew przez jego palce i to podnieciło go do reszty – i kiedy to załatwię. Będziesz interesować się tylko dzieckiem w swoim brzuchu i jeśli dowiem się, że komukolwiek zdradziłaś nasze plany, to poderżnę ci gardło przy porodzie i będziesz odchodzić, trzymając Regisa na rękach – dodał spokojnie, ot, plany cudownego i wyrozumiałego ojca, który odwracał ją do siebie plecami, wędrując po jej brzuchu i decydując się na szybki i bolesny seks od tyłu.
Ani grama czułości, miłości, została mu ta nieujarzmiona namiętność, z jaką ją mechanicznie pieprzył. I tak powinna mu być wdzięczna, że nie wziął ją analnie, oszczędzając ją przed spotkaniem z panią kurator, która mieszała w ich sielskim (jakżeby inaczej) związku.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2541-henry-winston-ralph-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t2543-ginsberg-w-przebraniu#36440
http://panem.forumpl.net/t2544-henry-winston-ralph-ginsberg#36443
http://panem.forumpl.net/t2545-mary-z-przeszlosci#36444
http://panem.forumpl.net/t2546-henry-ego#36445
Wiek : 30 lat
Zawód : ścigany
Przy sobie : szkicownik, paczka papierosów
Obrażenia : rana na plecach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Gru 03, 2014 5:54 pm

Chciałby, żeby wreszcie przestał padać deszcz.
Ołowiane krople spadały z hukiem z równie ciężkich chmur, które widział już kiedyś, choć wówczas błądził w nich zawzięcie. Dobrze pamiętał czasy, w których i pogoda przestawała mieć znaczenie, nawet wiatr zmian z Kapitolu zdawał się być tylko marnym tłem dla romansu, który rozgrywał się za zamkniętymi drzwiami i okiennicami. Zawsze wydawało mu się, że wspomnienia odejdą, że rozmażą się w deszczu, że są z cukru, który stopi się i popłynie wprost do Moon River, gdzie osiądzie na dnie i nie waży się mu nigdy zawracać głowy. Nie zniósłby przecież kolejnej porcji przeżutego już życia, które zdawało się grać mu na nerwach tak dotkliwie, że każdy fizyczny ból był tylko Itaką, do której dążył. Wszystko, byle nie czuć tego palącego wstydu w lędźwiach. Nauczył go, że jest przeklęty. Przelał na jego głowę wraz z błogosławieństwem swoje najgorsze grzechy i czuł do siebie nieustanną pogardę, która dziś mieszała się z jego krwią jak najlepszy alkohol. Który otumaniał go do reszty. Pamiętał, że jeszcze poprzedniego dnia gryzł nadgarstki i próbował poradzić sobie z tęsknotą za nim…i, ale zrobił wszystko, by nie ruszyć się z miejsca. Zdrowy rozsądek wygrał odwieczną walkę z tresurą i mógł nawet bezkarnie świętować zwycięstwo w Kolczatce, choć tak naprawdę dla niego szklanka była do połowy pusta.
Znowu poświęcili ludzi. Nie uratowali wszystkich, mogli dopaść pozostałych, Gwen została zdekonspirowana i musiała się bronić po swojemu… A nade wszystko, co było jednocześnie smutne i zatrważające, absolutnie żadna z tych rzeczy nie była dla niego istotna i nie obeszła go wcale. Nie umiał walczyć w sprawie, dla której już raz stracił głowę, więc był jednym z niewielu, dla którego już nie liczyło się nic. Mogli ich wydać, mógł zawisnąć znowu. Niesamowite, że dopiero teraz uświadamiał sobie, że tego właśnie chciał, kiedy decydował się na straceńcze porwanie. Był przekonany, że jeśli ich złapią, to będzie mógł umrzeć jako bohater. Zdrajca, niech będzie, ale przynajmniej to nie za jego przyczyną znowu stanie na placu i spojrzy w oczy zebranym, by obserwować ich do czasu, w którym pętla zacznie zaciskać się mocno. Nie wiedział, czemu w Panem królują nadal takie archaiczne metody – właściwie wolałby szybki zastrzyk – ale to było tak czułe, że niemal przypominał sobie z nostalgią czasy swojego dzieciństwa, gdzie też zasypiał snem wiecznym (prawie), tulony z tyłu przez swojego przedwiecznego ojca. Nigdy nie sądził, że będzie tak irracjonalnie szukał marnej namiastki tamtego upokorzenia i że to doprowadzi go do bycia terrorystą. I mordowania imię swoich racji.
Wyruszał przecież na wędrówkę w nieznane. Schodził na samo dno piekła, ale tym razem nie szukał towarzysza w postaci Wergiliusza – a tata czytał im do snu straszne historie – ale próbował odnaleźć nadzieję w towarzystwie swojej jedynej kochanki, którą była jego siostra. Wiedział, że nie powinien w ten deszczowy wieczór zjawiać się w Dzielnicy Wolnych Obywateli – nowa nazwa, te same plugawe, dantejskie sceny – i odnajdywać to mieszkanie, które wypatrzył dla nich. Mieli żyć tu długo i szczęśliwie, ale nie przewidział, że Gerard nie ma w stosunku do niego podobnych planów.
Nie wiedział, czy przypadkiem go nie zastanie. Nie sprawdzał tego, nie próbował nawet odwieść się od pomysłu, który dla każdego wydał się absurdalny. Zrozumiał już dawno, że na próżno szuka pocieszenia, skoro nadal nie umiał mówić o tym, co stało się przed laty. Mógł zbliżać do siebie ludzi, wiązać ich przy swoich nadgarstkach (już bez blizn), ale i tak bronił się zawzięcie przed szczerością. Nie musiał dokonywać wielu prób, by wiedzieć, że nie zrozumieliby. Z całej masy ludzkiej, szarej, nijakiej, niedouczonej, tylko oni dwoje dryfowali w świecie, gdzie dyrygentem był ich rodzic, opiekun i największy kat. Dlatego wiedział, że jeśli chce to skończył – a niczego więcej nie pragnął na tym świecie – to musi zrobić to właśnie z nią i tego ponurego dnia, kiedy wreszcie był na to gotowy.
Zamek ustąpił sam. Nie mógł przywyknąć do myśli, że każdy sąsiad bądź przechodzień może go dostarczyć władzom (a wtedy zginie bezsensownie, a wtedy zginie bez niej i ich dziecko nie zazna opieki w otchłani) i że musi się pilnować na każdym kroku. Wiedział jedynie, że znalazł się tu w konkretnym celu, nikt nie powinien pytać go o środki, bo zdawał sobie sprawę, że już nie wróci do bunkra.
Wątpił, czy ktokolwiek będzie płakać za tym cichym mężczyzną, który potrafił rzucić nożem w osobę, która trzymała w ręku kabel. To nie kończyło się nigdy.
O ile ktoś nie zdecyduje się tego zakończyć.
Światło w kuchni było zapalone. Miała w sobie coś z bogini, kiedy pochylała się na blatem, przygotowując kolację. Może tak niegdyś wyglądałaby jego matka, gdyby dał jej szansę, ale nigdy do tego nie doszło i był sierotą, który potrafił obchodzić się z kobietami. Po cichu, nie odnotowała, że jest za nią i że zaciska palce na jej szyi, utrudniając jej oddychanie. Nachylił się do Maisie i musnął wargami jej policzek.
- Uciekniemy, pamiętasz? Zawsze chciałaś być szczęśliwa i ze mną, a teraz będziemy gdzieś daleko… – szepnął czule, przyciskając ją do blatu i próbując nie patrzeć na jej sylwetkę. Chyba nie zniósłby myśli, że zrobił z niej własnego manekina, który przygotowuje mu kolację przed kolejnym gwałtem. Który stał się… ciałem.
Coś poruszyło się w jej brzuchu, więc Henry zacisnął palce mocniej, próbując powstrzymać mdłości. Śmierć nadal była potwornie niesprawiedliwa.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Gru 03, 2014 8:41 pm

| dzień po spotkaniu z Rufusem
Nieobecność Gerarda sprawiała jej niemal fizyczny ból: nie widziała go od ponad doby i każda minuta bez dotyku jego dłoni wydawała się wiecznością. Bodźce jak z romantycznych książek, których nigdy nie doczytała do końca, nie rozumiejąc tej niedorzecznej więzi na odległość. Perypetie zapomnianych heroin niezmiernie ją nużyły; w ich nędznym wzdychaniu nie widziała nic poruszającego, a podobną obojętnością traktowała przystojnych królewiczów, pozwalających sobie jedynie na suchy pocałunek i poematy o wierności. Były to doskonałe opowieści dla biednych dziewczynek, nie znających prawdziwej, ojcowskiej miłości. Tak tłumaczył jej to Ginsberg i święcie wierzyła w jego objaśnienia. Co nie czyniło tęsknoty bardziej znośną, wręcz przeciwnie: od spotkania w parku w Rufusem chciała porozmawiać z Gerardem jak najszybciej, kierowana jednak bardziej tchórzostwem niż gorącą namiętnością. Wiedziała, że każda godzina kłamstwa rosnącego między nimi tylko zwiększy rozmiar kary. Mogła więc wyczekiwać i jego i jej z lepkim niepokojem, dławiącym ją w gardle. Nie stało się przecież nic wielkiego, nie dążyła do kontaktu ze swoim przyszywanym dziadkiem, ale w jej głowie rodziło się zbyt wiele pytań, na które pragnęła odpowiedzi. Jakby słowa Rufusa otworzyły w jej głowie jakąś zakurzoną szufladkę. Bardzo istotną w tym punkcie ich życia. Chciała wiedzieć, jak wyglądał dom Gerarda; jak traktował swoją matkę, jak dorastał i przed jakimi błędami mógłby ją przestrzec. Macierzyństwo wydawało się zarówno wspaniałe jak i przerażające i Maisie coraz częściej myślała o przyszłości. Wybiórczo planując poród i skupiając się wyłącznie na momencie, w którym będzie trzymała w ramionach swoje dziecko.
Regis zajmował w jej głowie coraz ważniejsze miejsce. Dotychczas główną oś jej życia stanowiła osoba Gerarda; teraz posiadał od konkurenta. Rosnącego coraz szybciej, ruszającego się coraz częściej i coraz mocniej oddziaływującego na samą Mai. Ciąża naprawdę stanowiła magiczny okres, pełen tajemnicy, strachu ale i odurzającej dawki miłości. Niezniszczalnej, nawet jeśli denerwowała się nieobecnością Ginsberga. Wiedziała, że spał w domu – wyczuwała zapach wody kolońskiej na jego poduszce – jednak nie odwiedził jej sypialni. Ciągle pozostawali zdystansowani, ciągle wisiała nad nimi, niczym groteskowe widmo, pani kurator i gdyby nie perspektywa ucieczki z Kapitolu, Maisie pewnie zwariowałaby doszczętnie, przegrywając ze swoimi słabościami.
Mogła ukoić je tylko w ramionach Gerarda albo w kobiecych obowiązkach. Wykonywała je więc od rana, najpierw zajmując się przycinaniem jesiennych kwiatów, później sprzątaniem domu, w końcu: samotnym przygotowaniem kolacji. Jeszcze kilka miesięcy temu zdążyłaby zrobić dużo więcej, ale teraz jej ruchy stały się znacznie wolniejsze i ostrożniejsze. Kręgosłup bolał, nogi puchły i często łapała ją upokarzająca zadyszka, wymuszająca odpoczynek. Leżąc na wygodnej kanapie czuła się jednak jak skazaniec, pewna, że Gerard zaraz stanie w drzwiach i za włosy ściągnie ją na podłogę. Tak przecież działo się w Jedenastce, która…powinna być teraz tylko wspomnieniem. Na jej ciele nie było teraz żadnej blizny a w głowie: żadnego czystego obrazu tamtych letnich dni. Odsuwała je od siebie z łatwością, czerpiąc jednak wyuczony spokój z ciężkiej pracy. I z przygotowywania prostego posiłku: wyjście do sklepu wydawało się jej dzisiaj nierozsądne a nie czuła się na tyle odważnie, by próbować bawić się nową technologią. Nawet korzystanie z telefonu przerastało jej siły i traktowała komórkę jako ładny przycisk do papieru, umożliwiający jej jednak sporadyczny kontakt z Malcolmem. Odzywała się do niego jednak coraz rzadziej, bardzo poważnie podchodząc do ostatnich rozkazów Gerarda. Dla dobra swojego dziecka była w stanie odsunąć od siebie ukochanego brata. Myśl o nim także zagłuszała wręcz pedantycznym odmierzaniem składników i w końcu krojeniem warzyw. Nóż w równomiernym tempie stukał o drewnianą deskę, ale nie przykładała większej wagi do tej czynności, myślami ciągle będąc przy Gerardzie i Regisie. Dwóch mężczyzn, jakich kochała najmocniej na świecie i…Powinna chyba zaufać instynktowi albo jakoś połączyć metaforyczne fakty. Powinna bardziej wsłuchać się w dźwięki dochodzące z mieszkania. Powinna się odwrócić. Powinna zrozumieć już dawno kim był mężczyzna przypadkowo spotykany w parku, mężczyzna, który właśnie stawał za jej plecami. Powinna go poznać.
Tak się jednak nie stało. Kiedyś to Gerard czyścił jej umysł i osobowość do zera, teraz już potrafiła robić to całkiem sama. Bezbolesna autodestrukcja wspomagana bezmyślnym letargiem, w jaki wpadała także w chwili, w jakiej stanął tuż za jej plecami. Wyczuła jego obecność w ostatniej sekundzie – zdradził go chyba ciepły oddech, owiewający jej odkrytą szyję – ale było już za późno na jakąkolwiek reakcję. Zostały tylko lodowato chłodne dłonie zaciśnięte na jej szyi. Najpierw tak pieszczotliwie, że jej organizm zareagował odruchowym podnieceniem. Miała być przecież gotowa zawsze na jego dłonie i reagowała jak pies Pawłowa, układając usta nie do przerażonego wrzasku a do zapowiedzi jęku. Ten jednak nie nadszedł, procesy myślowe postępowały szybciej od jego mocnych palców i wiedziała już, że to nie Gerard. W jej głowie nie pojawiło się jednak pytanie kto; nagle wszystkie wątpliwości rozwiały się, pozostawiając miejsce wyłącznie na rosnącą panikę. Odruchowo podniosła dłonie do jego palców, próbując je odgiąć i zaczerpnąć chociaż odrobiny powietrza. W tak krytycznym stanie jego słowa dotarły do niej niezwykle wyraźnie, odznaczając się bólem palącym na równi z tym, rozprzestrzeniającym się po jej płucach, pragnących tlenu. Nie wiedziała, co przerażało ją bardziej i kompletnie gubiła się w tym strachu, wbijając paznokcie w jego dłonie. Obce, mocne, to nie mogła być prawda. Kłamał, na pewno kłamał; rozpoznała barwę głosu mężczyzny z altanki, ale to nie był on, tylko Ralph, całujący ją w czoło, przenoszący przez lodowaty strumyk i pomagający rozhuśtać się jej aż do najwyższych gałęzi gruszy. Wspomnienia – żywe, do tej pory stłumione – niesamowicie zapiekły, miała wrażenie, że płonie żywym ogniem, rozchodzącym się od jego ciepłych palców, miażdżących jej gardło. Nie mogła nic powiedzieć, nie mogła się odsunąć, nie mogła nawet spojrzeć mu w oczy. Wbijała tylko paznokcie w jego cienką skórę, histerycznie próbując zaczerpnąć powietrza. I nie rozpaść się na kawałki przez świadomość, że po tylu latach znowu próbuje odebrać jej życie, tym razem dosłownie. Nie zastanawiała się nad jego motywacją, jej myśli w ogóle nie przypominały logicznego dowodu, raczej paniczny strumień świadomości. Zanikającej z każdą sekundą bezdechu.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2541-henry-winston-ralph-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t2543-ginsberg-w-przebraniu#36440
http://panem.forumpl.net/t2544-henry-winston-ralph-ginsberg#36443
http://panem.forumpl.net/t2545-mary-z-przeszlosci#36444
http://panem.forumpl.net/t2546-henry-ego#36445
Wiek : 30 lat
Zawód : ścigany
Przy sobie : szkicownik, paczka papierosów
Obrażenia : rana na plecach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Gru 04, 2014 8:26 pm

To mogła być klasyczna historia miłosna. Rozpoczęło się przecież od najbardziej prozaicznego uczucia zazdrości o nową zabawkę ojca. Młodsze dziecko wchodziło w dom, w którym role już dawno zostały rozdane, w układ, w którym nie było na nie miejsca. Nic dziwnego więc, że nie od razu przyszło mu darzyć to zjawisko z ciemnymi włosami sympatią. Mógł stwierdzić z czystym sercem, że początkowo był jeszcze bardziej obojętny niż ich ojciec, kiedy widział przeraźliwie chudą dziewczynkę z dwoma warkoczami. Nie umiała ich pleść. To było jego pierwsze, jakże dorosłe określenie Maisie, która prędko zyskała nową tożsamość. I nową potrzebę. Wtedy chyba zaczął ją nienawidzić, choć nie umiał określić precyzyjnie miesiąca. Wiedział jedynie, że to wróg, bo staje między nim i Gerardem. W tym czasie był zwykłym gówniarzem, który nie radzi sobie z faktem, że z kimś musi dzielić tatusia, nawet jeśli on sam nie wyglądał na szalenie zaintrygowanego dziewczynką o pustych oczach. Chyba tylko Ralph próbował ją początkowo rozgryźć, na równi z psem, który na początek wystartował do niej z kłami. Sam Ginsberg pozostawał oddalony i właśnie to sprawiło, że w miejsce czystej i nieokiełznanej zazdrości o tę nieznaną istotę, w sercu młodego chłopaka pojawiło się coś na wzór współczucia.
Za wszystko, a najbardziej za te pokraczne warkoczyki, które sterczały na jej głowie, niezależnie od pogody, czyniąc ją jeszcze brzydszą niż była.
Nie odkrył przecież nigdy, że jest piękna. Nie było gwałtownego zwrotu w ich relacji, w którym podpatrywałby kąpiącą się siostrę i potem kompulsywnie zaspokajałby się pod kołdrą. Nie rozgrywała się żadna scena przebudzenia czy ponownego dostrzeżenia jej w innym świetle. Tego nie mógł doświadczyć, nie przy widmie ojca, który stał nad jej łóżkiem jak figurka świętego, która broni przed nierządem. Całkiem absurdalne wizje, które weszły mu do głowy nieporadnie, tłumiąc jego uczucia i przeobrażając je w… przyjaźń.
Taką związaną z opatrywaniem jej kolana – Gerard zabiłby go, gdyby wiedział, że się przewróciła – i odpowiedzią na szeregi pytań, które wtedy bawiły go do reszty. O tym, co dzieje się z nim, kiedy ojciec go dotyka. O tym, dlaczego jej nie kocha – uważaj na życzenia, mała, bo jeszcze się spełnią – i co robi źle. Chyba ujęła go tą całkowitą nieświadomością swojego przyszłego życia, które przed nim rozwijało się niczym rubinowa wstęga, która związała całą trójkę. Dobrze wiedział, czemu zachował tę tasiemkę, którymi splatała swoje włosy, nawet jeśli ona już zaczęła go nienawidzić.
Bo nie uciekł z nią. Nigdy nie zadawał sobie pytania dlaczego. Nie umiałby odpowiedzieć racjonalnie na fakt, że nie bronił swojej ukochanej i że pozwolił ojcu na te gwałty. Nie uważał ich wówczas za cokolwiek rażącego. Postępował tak z nim i nie mógł stwierdzić, że był nieszczęśliwy, choć po latach umiał przyznać, że to uczucie palącego wstydu było symbolem jego żałoby. Nienawidził siebie wówczas bardziej niż ona jego i kiedy uderzał ręką o jej brzuch, doprowadzając do poronienia – mogli mieć dziecko, mogli mieć domek z ogródkiem, mogli mieć przyszłość – i odmawiając racji bytu ich historii miłosnej.
Nie mogli istnieć na tym świecie, nie za czasów swojego ojca, który zdawał się nadal ich prześladować. Nawet jeśli nie czuł jego obecności, kiedy opierał się o nią całym ciałem i odkrywał, że macierzyństwo było jej pisane. Tylko nie z tym człowiekiem. Miał ochotę ją uderzyć. Zapytać tonem zdradzonego kochanka, czy jeszcze pamięta o ich dziecku czy już do reszty pogodziła się z tą stratą, wypychając sobie trzewia nowym. Skalanym jego genami. Był pewien, że jeśli nie postradał zmysłów – a przecież właśnie zaciskał palce na jej tętnicy szyjnej, utrudniając jej oddychanie i próbując doprowadzić do ekspresowej śmierci – i faktycznie,  Maisie była brzemienna, to ojcem tego bachora był ich ojciec. Historia zatoczyła koło i po raz pierwszy od dawna musiał przyznać, że ten skurwysyn był całkiem przewidywalny, gdyby tylko wcześniej zwracał uwagę na znaki. Nie dopuściłby do tego nigdy.
Byłaby jego żoną i właśnie nosiłaby ich kolejne dziecko, przygotowując mu kolację, a on podchodziłby do niej z tyłu, by przytulić ją do siebie… Właściwie niewiele brakowałoby, a zacząłby właśnie w to wierzyć, kiedy tak stali objęci, a on składał ją w ofierze siłom nieczystym. Myślał, że będzie przeżywać bardziej to odejście, że gdzieś zacznie płakać, próbując wymusić na niej próbę poddania się mu całkowicie, ale nic takiego się nie działo. Pieścił ją palcami, powtarzając sobie, że oni nie zasługują na światłość, a na spokój. To właśnie w jego imieniu wyrywał ją życiu, nie myśląc o tym, że zabierze ze sobą i tak cząstkę Ginsberga.
Martwą w swoim łonie, które teraz poruszało się lekko.
- Odpuść. Będziemy szczęśliwi – poprosił. – Będę cię znowu huśtać, będziemy chodzić na spacery, nadamy jemu jakieś imię… - myślał nadal o przeszłości, próbując  zatrzeć teraźniejszość, która właśnie wymykała się mu z palców, kiedy na sekundę rozluźniał uścisk na jej szyi.
Tylko po to, by otrzeć się o nią i zdać sobie sprawę, że nadal pragnie ją jak wariat i nachyla się do jej ust nie po prośbę o ratunek, ale po pierwszy pocałunek spóźnionych o dekadę kochanków.[/i]


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Gru 05, 2014 5:51 pm

Miała po prostu zaczekać na Gerarda – nic innego nie zaprzątało jej głowy w chwili przygotowywania kolacji, żaden wielki problem nie pojawił się w jej umyśle i nawet nie przeczuwała, że za kilka chwil stanie się świadkiem jednego z najważniejszych wydarzeń ostatnich lat. Szósty zmysł nie podpowiadał Mai niczego; już dawno temu nauczyła się wyciszać podszepty instynktu i teraz kompletnie odsunęła się od swoich nielogicznych przeczuć, ignorując obecność kogoś obcego w jej domu do ostatniej sekundy. Nie chciała w to uwierzyć: w swoją naiwność, ale głównie w to, że w idealnym planie Gerarda mogą pojawić się luki. Miał przecież zapewnić jej bezpieczeństwo, chowając ją przed światem, na jaki ciągle jednak nieposłusznie wyglądała. Może to właśnie za swoją niesubordynację ponosiła teraz najcięższą z kar, zmagając się z przeszłością we własnym mieszkaniu.
Kompletnie się tego nie spodziewała i pewnie dlatego jeszcze nie osunęła się nieprzytomnie na podłogę. Szok, jaki opanował jej ciało, zamienił ją na długie sekundy w skamieniałość. Nie wyrywała się mu, nie kopała, próbując połączyć fakty i jednocześnie – zaraz po ich zrozumieniu – wyrzucić je z umysłu. Gerard nie mógł się przecież pomylić w takiej sprawie, nie mógł też jej okłamać i to nie mógł być Ralph. Powtarzała to w głowie jak naiwną mantrę, na siłę szukając argumentów i skupiając się raczej na pracy umysłowej niż na jakiejkolwiek próbie wyrwania się z jego uścisku. Trzymał ją blisko siebie, czuła ciepło buchające od jego ciała i jednocześnie chłód zmarzniętych palców, miażdżących jej szyję. Z każdą sekundą zwierzęce odruchy wygrywały jednak z logicznym wywodem, negującym istnienie przybranego brata. Miała wrażenie, że płuca płoną jej żywym ogniem, a Regis…tak, pomyślała o nim dopiero po długiej chwili, kiedy wbijała paznokcie w dłonie Ralpha i czuła jak jej dziecko nerwowo porusza się w jej ciele. Wyczuwał już strach matki, pewnie też brakowało mu tlenu i to właśnie ta myśl – pełna miłości i wojującej opieki nienarodzonego potomka – wyrwała ją w końcu z labiryntu znaków zapytania i zaprzeczeń.
Było już jednak za późno, przed oczami zawirowały jej czarne plamki i pewnie całkowicie osunęłaby się w jego ramionach, gdyby nie nagłe poluźnienie uścisku. Nie całkowite; dalej czuła własny puls, obijający się o opuszki jego palców, ale mogła wziąć urywany oddech. Ochrypły, spazmatyczny, prosto z ust Ralpha, ciągle stojącego tuż przy niej i ciągle kontrolującego napływ powietrza do jej płuc. Ograniczony; drugi, świszczący oddech został stłumiony pocałunkiem. Pierwszym od wielu, wielu lat; kto wie, czy nie pierwszym tak prawdziwym i doskonale wpisującym się w bezsensowność ich relacji. Skazanej na samozagładę jeszcze zanim byli świadomi łączących ich więzów, dosłownie pętających dłonie i kostki tak, by nie mogli ruszyć w życie bez jego zgody. Mogli uciekać, przegryzać sznury i próbować łapać resztki normalnych uczuć, ale i tak kończyli tutaj, razem, siłując się z własnymi słabościami.
Ciała i psychiki; Maisie nie wiedziała, co sprawiało jej większy ból i pompowało do krwi potężniejszą dawkę adrenaliny, w końcu kierującą jej odruchami, jakie powinny pojawić się już po pierwszej sekundzie. Jakby do życia budził ją właśnie ten niezdrowy pocałunek, duszący ją, tłamszący, przywołujący wspomnienia i mobilizujący do obrony. Nie siebie; gdyby nie jej dziecko, pewnie posłuchałaby jego słów. Podskórnie wiedziała, że ma rację, że są przeklęci i że nie znajdą ukojenia już nigdy. Przez sekundę, kiedy załzawionymi i szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w jego, mogła w końcu zrozumieć. Swoje zakłamanie, pogardę i obrzydzenie, jakie żywiła do samej siebie. S e k u n d a, mijająca zbyt szybko i pozostawiająca w jej umyśle zgliszcza. Nie różniące się niczym od tych, jakie zostawiał za sobą Gerard, łamiąc jej kręgosłup. To nie było już istotne; nie liczył się także gorzki smak jego warg i potworne uczucie duszenia się. Sięgała po leżący na blacie nóż resztkami sił, podnosząc drżącą dłoń do góry i wbijając ostrze w jego ramię. Po omacku; najchętniej sięgnęłaby wyżej, do jego twarzy, do jego szyi, wiedząc, że w amoku może nie czuć bólu, ale…po prostu nie dała rady, skurcze mięśni, wołających o tlen, czyniły z niej osobę kompletnie bezbronną. Dźgnięcie było ostatnim krzykiem rozpaczy, prośbą albo wyrzutem nadmiaru uczuć. Celnym, jak się okazało; nie widziała jednak ani miejsca, w które zraniła mężczyznę, ani krwi, zalewającej posadzkę. Liczyła się tylko nagła wolność i możliwość zaczerpnięcia nieskrępowanego oddechu. I kolejnej porcji cierpienia; ściśnięte drogi oddechowe najeżyły się setka igieł, tak samo całe ciało, nagle kompletnie bezwładne. Powoli i niezgrabnie osunęła się po jednej z kuchennych szafek, z cichym stukotem uderzając kolanami o chłodne płytki, zanosząc się jednocześnie spazmatycznym kaszlem. Przez kilka długich sekund znów nie mogła nabrać powietrza: dusiła się już bez jego rąk na sobie, autodestrukcyjnie, dławiąc się własnymi łzami, płynącymi niespotykanym strumieniem po jej policzkach i szyi, naznaczonej fioletowymi pasmami siniaków. Nie miała jednak czasu na uspokojenie się i zwinięcie w pozycję embrionalną; podniosła boleśnie przytomne spojrzenie na Ralpha. Bez słowa, świszczący oddech dalej się nie unormował i mogła tylko odruchowo odsuwać się pod ścianę. Jak kiedyś, kiedy kuliła się przed Gerardem, bezgłośnie błagając go o litość. Teraz już nie tylko dla siebie; była przecież w ciąży, musiał to widzieć, nawet zaślepiony uczuciami, jakie mogła zrozumieć wyłącznie ona.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2541-henry-winston-ralph-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t2543-ginsberg-w-przebraniu#36440
http://panem.forumpl.net/t2544-henry-winston-ralph-ginsberg#36443
http://panem.forumpl.net/t2545-mary-z-przeszlosci#36444
http://panem.forumpl.net/t2546-henry-ego#36445
Wiek : 30 lat
Zawód : ścigany
Przy sobie : szkicownik, paczka papierosów
Obrażenia : rana na plecach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Gru 06, 2014 12:15 am

Nie wiedział, czego się spodziewał, kiedy zjawiał się tutaj, skomląc o jej litość. Obiecywał sobie, że nigdy nie zdradzi swojej tajemnicy, a tu pchał się do jaskini lwa na oślep, trzęsąc się od swojego cudownego planu. Nieudanego, okazywało się, że może zorganizować zamach terrorystyczny i doprowadzić do przewrotu w Panem, a zabójstwo swojej siostry w ciąży przerastało go. Dla jej dobra, wypowiadał tę klauzulę sumienia bez końca, a mimo wszystko nie mógł doprowadzić do szczęśliwego finału, a palce na jej szyi zaczęły mu drżeć. Zwykle nie bywał tak niezdecydowany, więc doprowadzało go to do szału. Nigdy nie był podobny do niego, dlatego i Gerard nie mógł go pokochać. Zawsze pozostawał tylko kundlem, którego mógł kopać bez końca. To ona miała być królewną tej bajki.
Kiedyś uważał, że będzie damą jego serca i będzie chronić ją przed Bestią – baśnie mieszały mu się z Ewangelią, dla niego to było jedno i to samo – a potem w nagrodę otrzyma jej rękę. Pobłogosławi im ojciec i będzie mógł zabrać ją do cudownej krainy innego dystryktu, w którym wprawdzie będzie musiał pracować ciężko, ale będą szczęśliwi. Słowo – klucz, które pobudzało go do wszystkich działań i do jednoczesnego zaciskania zębów, kiedy dostrzegał jego wzrok na jej ciele. Tylko warkocze wiązał ciaśniej, odliczając dni do… Nieuniknionego. Które nadeszło bardzo prędko. Zjawiała się zapłakana i już tulił ją do swojej piersi, głaskając ją po włosach i składając kłamliwe obietnice. Właśnie w tym sztucznym świetle uświadamiał sobie, że był od początku do końca winny. Wszystkiego, co zdarzyło się potem. Każdego gwałtu, którego doświadczała, nie tylko przez swojego ojca, ale i brata. Nic dziwnego więc, że w Trzynastce uciekła przed nimi.
Nikomu nie przyznał się – nawet jej – że próbował wtedy ją bezskutecznie odnaleźć. Zawsze myślał, że mają szansę na nowy start, na reset wszystkich krzywd, które były wynikiem pociągania za sznurki ich ojca. To było fatum silniejsze od ich miłości, nie była ona potężna jak śmierć, Maisie musiała to wiedzieć. I dlatego nie mógł być bardziej zaskoczony faktem, że jednak wplątała się ponownie w to samo. Być może uważała, że ta relacja jest zdrowsza – nie widział przecież straży przy jej drzwiach, nie miała obroży na szyi – ale tylko Henry (już nie Ralph) znał mechanizmy manipulacji. Sama kręciła sobie pętlę, która powoli owijała się wokół tętnicy, utrudniając jej oddychanie bez obecności Stwórcy. Sądziła, że dziecko ją ochroni, ale to nie jej brat był katem, choć to on właśnie teraz dostawał potężny cios.
Który na moment wyrwał go z analitycznego myślenia, przywołując znowu echa zakazanej przeszłości. Zapach jej włosów, kiedy leżała przy nim na huśtawce i oznajmiała, że go lubi. Pocałunek, którego tak naprawdę nie powinno być. Rumieńce na jej buzi, kiedy odsuwał ją od siebie delikatnie, tylko po to, by przyciągnąć ją mocniej i skraść o jeden całus za dużo. Musiała być w nim wtedy zakochana, to musiała być pierwsza dziecięca miłość, którą wystawił na ulewny deszcz. Odnotował, że ten dziś nie przestaje padać, jakby znowu wracali do najgorszego kadru z przeszłości, w którym Maisie roniła dziecko pod wpływem jego ciosów.
Tak mogło stać się teraz, ale osuwał się po półkach w dół, obserwując wilgotną od krwi koszulę. Właściwie wszystko było czerwone, znowu był śmiertelny i to był chyba dobry moment na ucieczkę, ale siedział nieprzytomny na płytkach, oddychając ciężko.
- On cię zabije – stwierdził cicho, próbując zebrać w głowie coś więcej niż rażące wspomnienie łąki w makach, które wplatał w jej włosy, kiedy już przestała płakać z powodu poparzonej (przypadkiem, tatuś nie chciał, kocha cię… jak i mnie) dłoni. Patrzył na nią dłużej, nadal czując smak jej ust, choć może to już była metaliczna woń śmierci. Nie, Maisie nie zrobiłaby tego w tak kategoryczny i bezsensowny sposób.
- Myślisz, że jesteś nieśmiertelna? Pobawi się tobą jak MNĄ, a potem cię wyrzuci, mając kolejne dziecko. Sama dajesz mu je do zabawy – zadrwił, próbując podnieść głowę i spojrzeć na jej brzuch. Bezskutecznie, powieki były ciężkie jak ołów, czuł w kącikach oczu łzy, które zapewne ronił nad ich wspólną przeszłością. Tylko to mieli wspólne, cała reszta została wyparta przez ostrze, które leżało na płytkach i korciło go niesamowicie.
Mógłby znowu wbić je w jej brzuch, wyrżnąć do cna ślady jego obecności w jej ciele, ale… Wtedy byłby znowu tylko jego następcą, marnym zastępstwem realnego kata, więc podniósł się ostatkiem sił na kolana, oplatając dłonie wokół jej kolan i tonąc w jej udach. Nagich, lepkich, znowu nie założyła bielizny, znał wymogi domu Ginsbergów doskonale, choć nie o tym myślał, kiedy wtulał się w jej ciało.
- Ucieknijmy stąd, proszę. On nas nie znajdzie – powtórzył jej słowa jak echo, drżąc z powodu utraty krwi i pewności, że się zgodzi.
A przecież była tylko wszystkim, jedyną ostoją w świecie emocjonalnej pustki, w której nie wiedział, czy jest jeszcze Ralphem czy już Henrym.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Nie Gru 07, 2014 12:31 pm

Całe jej ciało drżało z wysiłku i niepokoju, spięte mięśnie kurczyły się regularnie i ciągle nie mogła odetchnąć swobodniej, całkowicie zakleszczona w bolesnym szoku. Uwolniła się już od jego rąk, pod sobą miała stabilną, chłodną podłogę, ale to wcale nie pomagało. Adrenalina dalej buzowała w jej żyłach, serce biło jak oszalałe i wyczuwała szybsze niż zwykle ruchy Regisa. Wolała jednak to niż kompletne milczenie z jego strony; umarłaby ze strachu, gdyby coś stało się jej dziecku i właśnie myśl o synu utrzymywała ją w względnym spokoju. A właściwie w paraliżu zaszczutego zwierzątka, wciśniętego w kąt kuchni. Powtórka  z historii; nie potrafiłaby zliczyć ile razy lądowała na kamiennej podłodze w ich dawnym domu, kuląc się przed kolejnymi uderzeniami, próbując się bronić albo błagając o wybaczenie. Zamknęła te wszystkie wspomnienia w szczelnym pudełku, ale to, co działo się teraz, przywołało każde z nich z zwielokrotnioną siłą.
Nawet jeśli obok niej znajdował się ktoś obcy. Wpatrywała się w niego rozszerzonymi źrenicami, nie rozpoznając w mężczyźnie Ralpha. Zniknęły blond kosmyki, wyraźne kości policzkowe, pełne usta i…w pierwszej chwili myślała, że naprawdę postradała zmysły. Że w końcu wypełniło się jej przeznaczenie, że jest niepoczytalna, że odbiorą jej dziecko i nawet Gerard nie będzie w stanie jej ochronić. Ta perspektywa zabolała mocniej niż zaciśnięte gardło, ale dalej nie mogła oderwać od bruneta oczu i otwierając usta w bezgłośnym pytaniu. To nie mógł być on, rozpoznałaby jego ciało wszędzie – przecież niemalże dzielili je ze sobą, nie mając wstydu ani ograniczeń – a teraz nie czuła tej bliskości. I nienawiści; tą przecież pulsowała przez te wszystkie lata. Zdradził ją, skrzywdził, odebrał możliwość ucieczki. Podsycała w sobie ten ogień, ugaszony dopiero przez słowa Gerarda o śmierci Ralpha. Mogła wtedy odetchnąć z ulgą i zapomnieć, nie zastanawiając się nad wybaczeniem. Z perspektywy kompletnie nowej Maisie nie było przecież czego. Historia została zatrzaśnięta już na zawsze. Taką miała nadzieję, złudną, bo relikt przeszłości stawał tuż przed nią, jak najbardziej żywy i broczący krwią.
Kiedyś pragnęła jego obecności najbardziej na świecie, teraz – sama nie wiedziała co czuła, przytłoczona chaosem myśli i doskwierającego bólu. Gdyby nie Regis na pewno rozsypałaby się w rękach (pewnie dosłownie?), po raz pierwszy od dekady pozwalając sobie na okazanie słabości i otworzenie pretensjonalnej puszki Pandory. Tak się jednak nie stało, musiała pogodzić się z kompletną pustką i milczącym bólem.
Chciała mu powiedzieć tak wiele. O swoim strachu, o wątpliwościach, o decyzjach, jakie musiała podjąć żeby uchronić siebie i dziecko. O masochistycznej miłości, pogardzie i kompletnym uwięzieniu w labiryncie własnych odczuć i słabości. Wiedziała, że tylko on mógł zrozumieć jej cierpienie; tylko on mógłby jej pomóc.
Ale na to było już za późno; przekreślił szczęśliwe zakończenie, zaciągając ją za włosy do głębokiego grobu, jaki kopali sobie wzajemnie od lat, pod czujnym spojrzeniem Gerarda. Zasypał jej usta ziemią i trzymał mocno w ramionach, czekając aż się udusi. Historia zataczała koło, znów czuła gorzki posmak w ustach, znów z trudem łapała powietrze i znów poczuła się oszukana. Tym, że jednak nie umarł, że znów chciał pociągnąć ją za sobą, tym, że próbował otworzyć jej oczy na to, co naprawdę działo się z jej życiem.
Gdyby spotkali się trzy lata wcześniej, mieliby szansę. Maisie była tego świadoma, teraz jednak w jej krwi toczyła się trucizna i nie mogła myśleć sensownie. Wszystkie reakcje przekserowane zostały zgodnie z wychowaniem Gerarda. Do tej pory przychodziło jej to z łatwością i stawało się wręcz przyjemne, ale teraz każdy centymetr ciała bolał ją jak przypalany żywym ogniem. Zwłaszcza, kiedy znalazł się tuż przy niej. Dotyk Ralpha nie przynosił ukojenia, wręcz przeciwnie, dławiła się wręcz wymuszoną pogardą i obrzydzeniem. Do tego obcego ciała, chłodnego, wilgotnego od deszczu i…jej łez? Nie pamiętała, w której chwili zaczęła bezgłośnie płakać, próbując się od niego nieporadnie odsunąć. Musiała się zdystansować, musiała znów pozwolić zasklepić się rozerwanej na nowo ranie. Rozjątrzanie jej i próby oczyszczenia nie wchodziły w grę; zakażenie wdało się zbyt głęboko, by mogła uratować. Ich oboje; kto wie, może Ralph był tylko duchem, może tak intensywnie łamała się od środka i może teraz szlochała na podłodze drogiej kuchni w samotności, zatykając uszy przed swoimi własnymi myślami a nie słowami mężczyzny. Na które było za późno, stracili swoją szansę i Maisie mogła tylko chwiejnie wstawać z podłogi, opierając się w końcu plecami o ścianę i zaciskając histerycznie dłonie na materiale pokrwawionej sukienki.
- Nie masz pojęcia o naszym życiu - wychrypiała tylko, cicho, w końcu powstrzymując histeryczny szloch, chociaż łzy dalej spływały po jej piegowatych policzkach, nadając jej wygląd dawnej Mai, rozczochranej dziewczynki, próbującej zmierzyć się ze swoimi koszmarami. – Zawsze mi tego zazdrościłeś, on mnie kocha, zobacz, co dla mnie zrobił, ile poświęcił i jak się zmienił. Dla mnie – kontynuowała bez żadnego zawahania, chociaż bardzo drżącym głosem. Święcie w to wierzyła, chciała w to wierzyć. Inaczej musiałaby zwariować jeszcze mocniej, wyobrażając sobie jak mogłoby potoczyć się jej życie, gdyby Ralph naprawdę ją kochał. Pomógłby jej uciec…i chyba to też chciał zrobić teraz, naprawiając błędy z przeszłości i robiąc to, na co Maisie nie miała odwagi. Ciągle czuła palące palce na swojej szyi, jaką mimowolnie dotykała, chcąc powiedzieć coś jeszcze, przekonać siebie, że wszystko jest w porządku, że po prostu zwariowała i że krew brudząca jej sukienkę nie jest prawdziwa. Tak samo jak Ralph w ciele obcego mężczyzny, próbujący ratować ją o dekadę za późno.[/b][/b]


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t2541-henry-winston-ralph-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t2543-ginsberg-w-przebraniu#36440
http://panem.forumpl.net/t2544-henry-winston-ralph-ginsberg#36443
http://panem.forumpl.net/t2545-mary-z-przeszlosci#36444
http://panem.forumpl.net/t2546-henry-ego#36445
Wiek : 30 lat
Zawód : ścigany
Przy sobie : szkicownik, paczka papierosów
Obrażenia : rana na plecach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Nie Gru 07, 2014 5:48 pm


Uważał, że to złe, ale traktował Maisie jako kochankę i siostrę. Na równi, nie mógł pozbyć się tego uczucia opiekuńczości, które sprawiało, że tak naprawdę była całkiem bezpieczna w jego ramionach. Mógł czuć do niej zapalczywą nienawiść – nosiła przecież w łonie przeklęty owoc mężczyzny, który zdruzgotał im życie – ale nawet w tym gniewie była nietykalna. Może z powodu jej ciąży (nie mógł powtarzać starego grzechu), a może właśnie dlatego, że zanim pokochał ją miłością dojrzałą i wieczną, była dla niego małą siostrzyczką, którą należało otaczać opieką. Tą najtrudniejszą, bo dorosły Henry – bez blizn cielesnych i psychicznych – zdawał sobie sprawę, że Maisie będzie odrzucać jego pomoc.
Była uwikłana w toksyczny koszmar, który powoli wsączał w jej żyły czystą truciznę. Nie dało się powstrzymać siły oddziaływania Gerarda Ginsberga na jej życie. Był jak grawitacja, która nie pozwalała im błądzić zbyt długo w obłokach. Mógł starać się zaprzeczyć, mógł oddalać się od chatki w Jedenastce, ale ona wracała. Nie było już dla nich ratunku, wypoczynku. Właśnie igrał z jej największą świętością, kiedy łapał ją za kolana i składał jej cichy pokłon, wiedząc, że go odrzuci.
Nie musiał być szalenie przewidujący. Jeszcze do niedawna taki właśnie był. Przypominało mu to trochę ludzi z zawiązanymi opaskami na czole, który uderzali głowę o kolumny świątyni, szukając jej po omacku. Nie dało się samemu odnaleźć świadomości, którą ktoś odebrał brutalnie jeszcze za czasów dzieciństwa. Nie mógł nie wstydzić się tego, że jeszcze przed rokiem łasiłby się do jego stóp, będąc dumnym, że to właśnie jego wybrał. Nieistotnym było to, że w procesie rekrutacji wytoczył z niego każdą kroplę człowieczeństwa, posuwając się do połamania im kręgosłupa moralnego. Ważne było, że w efekcie zostali przez niego naznaczeni i jego łaska znaczyła więcej niż cokolwiek. Tylko dlatego, że nie mieli innych wartości niż jego uznanie. Każdy ułamek uczuć, tych najprostszych i ludzkich, nie imał się do ich świata, w którym dorosłość oznaczała tylko tyle, co ciągłe podporządkowanie się silniejszemu od siebie.
Posłuszeństwo ojcu, który może i nie był obecny przy tej rozmowie, ale nadal zajmował najważniejsze miejsce. Ze słowami Maisie uświadamiał sobie, że ta rywalizacja o jego względy nigdy się nie skończy. Zawsze byli uwikłani w tę samą walkę na śmierć i na życie o jego uznanie. Wątły uśmiech na jego twarzy był wart spalania się, tego właśnie doświadczał, słysząc te same wytarte frazesy, które mógłby jeszcze dziś powtórzyć – tym razem z ironią – z pamięci. Szalony taniec ćmy, która z pewnością siebie próbowała nie zauważać skruszonych skrzydeł w ogniu, do którego zbliżała się bezwiednie.
Próbując się odsunąć od człowieka, który próbował pośpiesznie ją wyrwać z tego zaklętego koła, w którym szamotała się bez końca. Nie pozwolił jej, wyczuwał jej mocny płacz – katharsis (?) – i jeszcze mocniej przypierał do jej kolan, czując, że niedługo zacznie ją prosić o łaskę. O opamiętanie, którego miała nie doświadczyć do śmierci. Chciałby, żeby to był jej wybór, ale nie dała mu na to szansy.
Wstał dopiero wówczas, gdy skończyła wydawać oświadczenie drżącymi od bólu – tak wygląda szczęśliwa miłość (?) – wargami, które miały już wkrótce na dobre zsinieć. Nigdy nie rozumiał, czemu Szekspir jest bliski ich ojcu, ale chyba to właśnie jego wzywał na świadka, kiedy łapał ją za rękę w nadgarstku, ciągnąc w stronę sypialni Ginsberga.
To on odpowiadał za to mieszkanie. To w jego kwestii było znalezienie domu, z którego od początku Gerard chciał go wypchnąć. Nie łudził się, że plany się zmieniły i że ojciec przemyślał na nowo starą decyzję. Wręcz przeciwnie, był przekonany, że od samego początku nie chciał go w tych czterech ścianach. Po raz kolejny został wykorzystany, przeżuty na każdy z możliwych i upodlających go sposobów, a potem zwrócony jako wadliwy towar. Wiedział, że z Maisie jest inaczej. Coś nie grało w poczucie sprawiedliwości ojca, ale dla jej dobra teraz nie uświadamiał jej tego. Mogłaby jeszcze uwierzyć, że człowiek, który nigdy nikogo nie kochał, czuje coś do niej.
A to zakończyłoby się popisowym fiaskiem planu, który mógł stanowić dla niej tajemnicę do chwili, w której otwierał pokój zlokalizowany za garderobą.
Duży, przestronny, ze świeżymi plamami krwi, których żaden z nich nie zamierzał zamalować. Wiedział, że przejmują to mieszkanie po rodzinie jego znajomych. Wydanych na śmierć tylko z jego kaprysu, ale przecież Maisie nie powinna przestraszyć się rozmiaru donosicielstwa ojca. Nie po to przyprowadzał ją do tych czterech ścian, na których roiło się od narzędzi tortur, a półki wypełniały nie tylko książki (jak w bibliotece) czy ryciny, ale także buteleczki z ich biletami do wieczności. Zamknął ciężkie drzwi za nimi z hukiem, obraz rudowłosej, nagiej kobiety roztrzaskał się niemal pod ich stopami, a on ciągnął ją w stronę trucizn, które miały raz na zawsze przynieść im ukojenie.
- Ucieknij ze mną – powtórzył – albo zabiję twoje dziecko – dodał pewnie, ściskając w dłoni zardzewiały scyzoryk.
Nadal trzymał ją za nadgarstek, nie pozwalając jej uciec.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   

Powrót do góry Go down
 

Gerard i Maisie Ginsberg

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 7 z 9Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

 Similar topics

-
» Maisie Ginsberg
» Elsa Dimgast

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje-