IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Gerard i Maisie Ginsberg - Page 6

 

 Gerard i Maisie Ginsberg

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next
AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Gerard i Maisie Ginsberg   Pon Mar 17, 2014 1:10 pm

First topic message reminder :

salon:

kuchnia:

sypialnia:

łazienka:

oranżeria dla Maisie:

pokój Maisie:

biblioteka:


RESZTA W BUDOWIE.


Ostatnio zmieniony przez Gerard Ginsberg dnia Sob Maj 10, 2014 11:46 am, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Wrz 03, 2014 7:58 pm



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Wrz 03, 2014 8:30 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Wrz 03, 2014 9:33 pm



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Wrz 03, 2014 10:02 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Wrz 03, 2014 10:27 pm



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Wrz 04, 2014 10:44 am

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Wrz 04, 2014 11:34 am



zt


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Paź 03, 2014 9:59 pm

|czasoprzestrzeń igrzyskowa
Luksusowe mieszkanie na ostatnim piętrze dobrze strzeżonego apartamentowca nie było dla Maisie domem - przestawało jednak być klaustrofobicznym więzieniem z początków jej kapitolińskiego życia. A raczej powstania z martwych; przed kilkoma miesiącami była przecież tylko zjawą, łamiącą wszystkie prawa Losu i ludzi, powracając na łono marnotrawnego ojca i przyznając się do wszystkich grzechów. Opłacało się, zostały jej wybaczone i puszczone w niepamięć. Tak samo postępowała i ona, zamykając szuflady pełne bolesnych wspomnień. Nie otwierała ich, nie wracała do nich, zatrzaskując za sobą piwnice wypełnione rozlatującymi się komodami. Uginającymi się od ciężaru obrazów sprzed dziesięciu lat, nieważnych w perspektywie Nowego Wspaniałego Życia jakie przyszło jej wieść.
I jakie gwarantował jej Gerard. Gerard opiekuńczy, czuły, kochający…idealny? Taki, jakiego sobie naiwnie wymarzyła, przelewając na niego wszystkie swoje dziecięce marzenia? Plątała się w odpowiedziach, wybierając po prostu milczenie. I duszenie wątpliwości w zarodku: była w tym mistrzynią, okłamując samą siebie. Chociaż…granica kłamstwa stanowiła płynną fatamorganę i Maisie nie do końca orientowała się w rzeczywistości. Czas albo pędził nieznośnie szybko albo wlókł się godzinami, kiedy leżała na wygodnej kanapie, zapadając się w miękkie poduszki i wpatrując się bez mrugania w elektroniczny zegar, odliczający minuty do powrotu Gerarda. Nie czuła się jednak jak w Trzynastce; nie było już chłodu podziemnego schronu i setek ludzi, mijających ją ciągle każdego dnia. Żyła w swojej samotni, w elegancko urządzonej wieży i nie zamierzała uciekać ze złotej klatki. Już nie; nie walczyła więc bezsensownie tylko starała się uczynić to miejsce bardziej ich.
Powoli, niezauważalnie; nie wypuszczała się już na długie zakupy, spacerując wyłącznie po pobliskim parku albo wielkim centrum handlowym. Opustoszałym w godzinach, w jakich tam przebywała, snując się między półkami i wracając do mieszkania z miękką poduszką, glinianą doniczką albo materiałem na zasłony. Typowe dla każdej przyszłej matki wicie gniazdka – mozolne, nierzucające się w oczy, ale dające Maisie sporo spokoju i satysfakcji. Nie umywającej się jednak do prawdziwego szczęścia, kiedy mogła całować Gerarda bez końca i bez strachu o kolejną porcję bólu.
Dzisiejszego dnia jednak czuła się dość…rozedrgana. Już dawno nie poddawała się tak eklektycznym emocjom, i kiedy ostrożnie wyciągała z piekarnika ciasto śliwkowe, zagryzała usta z mieszaniny dziwnej, zapomnianej już radości i niepokoju.
Malcolm. Jej brat, żyjący, odwiedzający ją…to nie mieściło się jej w głowie i kłóciło się z dawnymi pragnieniami i marzeniami. Stłumionymi doskonale; jeszcze trzy miesiące temu snułaby raczej plany błagania o pomoc; teraz zastanawiała się tylko nad tym, czy własnoręcznie upieczony placek będzie mu smakował i czy wytrzyma nawał pytań. Tych miała wiele; od rana wydawała się niespokojna i nawet rutynowa dawka porannych czułości z Gerardem nie była w stanie ukoić jej drżącego nastroju. Podekscytowanie wysuwało się na pierwszy plan; tamto podziemne spotkanie wydawało się jakimś śmiesznym żartem, niewartym uwagi. Teraz mieli się spotkać naprawdę po raz pierwszy, porozmawiać i…złączyć rodzinę na nowo?
Miała w głowie zbyt wiele pytań i niejasności; pewnie dlatego w pierwszej chwili nie usłyszała dzwonka do drzwi, dekorując ciasto cukrem pudrem i przy okazji wysypując połowę opakowania na nieskazitelnie czyste płytki. W powietrzu uniosła się chmurka białej słodkości, jej ciemnogranatowa, luźna sukienka także pokryła się lukrowym nalotem, ale nie przejmowała się tym zupełnie, biegnąc boso do drzwi. I przystając na dłuższą chwilę przed klamką. Nie, nie wpatrywała się w zaawansowany domofon, wiedziała, że to Malcolm i…chyba przez sekundę poczuła ten paniczny, wręcz zwierzęcy strach. Przerażenie możliwością – bliskości, powrotu do normalnego życia i dawnej Maisie. Milczącej; odeszła chyba już na dobre (?) i dlatego nowa Maisie mogła w końcu otwierać drzwi z szerokim, wzruszonym uśmiechem. Nieco rozczochrana, bez butów, umorusana cukrem pudrem, wspinająca się na palce, kiedy przekroczył próg jej (ich?) mieszkania i kiedy mogła zarzucić ręce na jego ramiona, przytulając się do niego jak małe dziecko. Po raz pierwszy od kilkunastu lat nie myśląc o Gerardzie; wręcz bolesne katharsis, przepalające w jej głowie jeden z ważniejszych bezpieczników. Powoli; bez dramatyzowania, szlochu i rozpadania się na kawałki. Przetrącony kręgosłup moralny nie mógł wrócić do pionu ot tak; ziemia nie zadrżała, z nieba nie posypały się gromy a Maisie dalej karmiła się swoim toksycznym szczęściem, wdychając całkowicie obcy zapach Malcolma. Chwila słabości, kolejny przebłysk jej jedynej relacji z mężczyzną i drgnęła niespokojnie, mimowolnie wyczuwając jego twarde mięśnie i mocne dłonie. To przeszkadzało; odsunęła się więc dość nieporadnie, dalej jednak uśmiechając się bardzo ciepło. I szczerze, prawdziwie; nic nie wskazywało na to, że Malcolm ma przed sobą przetrącone, zaszczute zwierzątko uginające się pod ciężarem złotych kajdan nałożonych przez naczelnika więzienia. Kochanego przez wszystkich.
- Dalej lubisz śliwki…? – zagadnęła wręcz wesoło, po czym złapała Malcolma za rękę i pociągnęła go w głąb mieszkania, zatrzymując się na sekundę w kuchni. Wręczyła mu dwa talerze i sztućce, samej łapiąc jeszcze ciepłą blachę z plackiem, po czym ruszyła w kierunku drzwi do oranżerii, otwierając je ramieniem i przepuszczając Malcolma do środka jej świątyni. Gerard miał bibliotekę; ona swój prywatny, całkiem rozrośnięty ogród, skąpany w blasku popołudniowego słońca, niezasłanianego przez wieżowce. Mogłoby się wydawać, że wcale nie znajdują się w centrum miasta, kilkadziesiąt metrów nad betonowymi ulicami; że po prostu siedzą w ciepłej, jasnej szklarni pełnej kwiatów, tuż za ich domkiem w zapomnianym Dystrykcie. Słodkie i odurzające, jak zapach roślin, unoszący się w lekko wilgotnym powietrzu, osiadającym na włosach Maisie lekką mgiełką


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t1898-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1374-malcolm
http://panem.forumpl.net/t1373-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1796-malcolm
Wiek : 39 lat
Zawód : bezrobotny, dowódca Kolczatki
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, scyzoryk wielofunkcyjny, dowód tożsamości, broń palna, pozwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Paź 04, 2014 4:52 pm

Przepraszam, że nie wczoraj, wypadło mi coś bardzo nagle. :c

Minęła dłuższa chwila, zanim zdecydował się nacisnąć guzik dzwonka.
Nie dlatego, że zjawił się za wcześnie. Nie, był przekonany, że pojawił się idealnie na czas, nawet pomimo faktu, że kilka minut spędził za kierownicą samochodu, oddychając ciężko w podziemnym parkingu eleganckiego apartamentowca. Zbyt eleganckiego. Odwrócił głowę od drzwi, natrafiając wzrokiem na własne spojrzenie, spoglądające na niego z oprawionego w zdobioną ramę lustra. Wyglądał na zmęczonego; chociaż ubrany w jedne ze swoich lepszych dżinsów oraz gładką, ciemną marynarkę, wydawał się dziwnie wymięty, jakby ostatnie dni go przeżuły, częściowo przetrawiły i wypluły, prosto na wyścielony drogim dywanem hol. Wrażenie dodatkowo potęgował kolorowy siniak i kilka szwów, zdobiących lewą część jego twarzy - pamiątka z imprezy dla sponsorów, która nadal odbijała mu się czkawką, kiedy natrafiał na przewijające się we wszystkich gazetach i internecie zdjęcie nabitej na metalowe żebra, młodej kobiety. Zawsze to samo; wykonane telefonem komórkowym, nieco zamazane, o zasłoniętych jasnymi włosami, niemożliwych do rozróżnienia rysach, niepotrzebnych już jednak do identyfikacji, skoro nazwisko zamordowanej i tak przewijało się przez usta co najmniej połowy mieszkańców Kapitolu. Nie żeby specjalnie po niej rozpaczał; nie znał jej, nigdy nie zamienił z nią ani jednego słowa i był prawie pewien, że żaden z jej artykułów do tej pory nie rzucił mu się w oczy. A jednak - na wspomnienie jej pustego spojrzenia i zasznurowanych ust wciąż przechodziły go ciarki. Bo przecież to nie musiała być ona. To mógł być Ktoś Inny.
Pokręcił głową. Alternatywa była zbyt przerażająca, by odważył się wypowiedzieć ją chociażby we własnych myślach.
Upominając się milcząco, oderwał wzrok od własnego odbicia i nacisnął przycisk przy drzwiach, tym razem już bez wahania. Melodyjny dźwięk rozbrzmiał po drugiej stronie ściany, stłumiony nieco grubą warstwą cegieł i tynku. Nie wypaczonych desek, przez które nieustannie przedostawał się chłodny wiatr, niosący ze sobą zapach płaskiego chleba bez smaku i moczonej w gorącej wodzie mięty, która czasami udawała herbatę. Cofnął się o krok, obejmując wzrokiem większą część holu. Po co w ogóle się nad tym zastanawiał? Żadnej z tych rzeczy tak naprawdę już nie pamiętał; zdawał sobie jedynie sprawę z ich istnienia, ale za każdym razem, gdy próbował sięgnąć pamięcią wstecz, natrafiał na pozbawione kolorów obrazy, wyblakłe, wytarte, nic nie warte.
- Jak my się tu znaleźliśmy? - mruknął niewyraźnie, zanim jeszcze drzwi się otworzyły, a w wejściu stanęła Maisie.
Zamrugał powiekami, zamierając w miejscu na ułamek sekundy, bo przez chwilę chyba znów spodziewał się zobaczyć chudą kilkulatkę, z potarganymi włosami, bosymi stopami i ubrudzoną mąką sukienką. Ale nie, ją już dawno zastąpiła młoda kobieta, choć cała reszta się zgadzała; uśmiechnął się szeroko, przekraczając próg i odwzajemniając uścisk, obejmując ją może nieco zbyt długo, bo gdzieś na krawędzi świadomości zamigotała mu niedawna rozmowa z Gerardem. Zerknął ponad jej ramieniem, jakby spodziewając się zobaczyć spoglądającego na nich naczelnika więzienia, ale jedynym ich towarzyszem zdawał się być zapach ciasta.
- Dobrze cię widzieć - powiedział zamiast powitania, bo były to pierwsze szczere słowa, jakie przyszły mu do głowy. Martwił się, oczywiście, że tak; nie tylko ze względu na czasy, w jakich przyszło jej żyć. Ba, przepychanki z władzą wydawały mu się w tamtej chwili ich najmniejszym problemem; całkowicie nieistotną błahostką, w porównaniu z całą resztą - zbyt pogmatwaną i skomplikowaną, żeby objąć ją jednym prostym zdaniem.
Wyprostował się, bez słowa pozwalając jej zaprowadzić się w głąb mieszkania i biorąc od niej talerze, a jednocześnie od czasu do czasu przypatrując jej się dosyć uważnie... i podejrzliwie? Na pierwszy rzut oka wyglądała normalnie i to chyba właśnie ta normalność uderzyła go najbardziej, podpowiadając mu, że całe to krzątanie się z ciastem i beztroskie pytania stanowiły jedynie przemyślany teatrzyk pozorów. Nie wiedział jedynie, dla kogo Maisie wystawiała owo przedstawienie; próbowała zamydlić oczy jemu, czy może sama desperacko potrzebowała jakieś pokręconej iluzji, że wszystko było w porządku?
- Jasne - odpowiedział jej, rozglądając się dookoła imponującego ogrodu i nieco nieprzytomnie odstawiając talerzyki na blat najbliższego stolika. W Kapitolu rzadko widywało się rośliny; w szklano - betonowo - metalowym sanktuarium nie było na nie miejsca. Zostały wyparte, razem zresztą ze zwierzętami i kiedy pierwszy raz postawił stopy w stolicy, brakowało mu tego wszystkiego; z czasem nauczył się jednak ignorować dziwne poczucie pustki. Wyglądało na to, że jego siostra nie odpuściła tak łatwo, urządzając sobie namiastkę domu kilkadziesiąt metrów ponad zakurzonymi ulicami. A może tylko tak mu się wydawało? - Jak się czujesz? - zapytał, mając nadzieję, że troska nie przesłoniła całkowicie życzliwego uśmiechu, który starał się za wszelką cenę utrzymać na twarzy. Mimo że tym razem spotykali się na znacznie przyjaźniejszym (i normalniejszym?) gruncie niż ostatnio, nadal odnosił wrażenie stąpania po cienkim lodzie, a atmosfera dookoła, tak skutecznie ukrywana za zapachem ciasta i beztroskimi uwagami, w rzeczywistości wypełniona była niedopowiedzeniami.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sob Paź 04, 2014 7:23 pm

Spotkanie z Malcolmem wywoływało u niej zbyt sprzeczne uczucia, niezgodne z kanonem emocji, jakie mogła odczuwać. Te złote zasady wyznaczył Gerard, dając jej łaskawe przyzwolenie na jasno określoną gamę zachowań, teraz mocno szwankujących. Jakby pojawienie się w jej uporządkowanym życiu zaginionego brata coś poprzestawiało w spiętym na nowo systemie nerwowym. Dotychczas: bez szans na wzruszenia, czułość i rodzinne ciepło, w zdrowym tych słów znaczeniu. To wszystko jednak przepełniało ją teraz, nie dając szansy na uspokojenie, nawet pod groźbą kary, jaka z pewnością spotkałaby ją, gdyby zachowywała się źle. Nie musiała jednak grać ani bawić się w słabe odbicia rzeczywistego świata - a przynajmniej czuła się zupełnie szczerze, nieświadoma kotłowaniny paniki, rozgrywającej się gdzieś w głębi duszy. Ustanowiła w sobie samej małe więzienie i teraz naprawdę nie wiedziała, czy złote kajdanki pobrzękujące na jej szczupłych nadgarstkach założył Gerard, czy może zatrzasnęła je sobie sama. Pomieszanie z poplątaniem, za dużo myśli i zbyt głośne bicie serca, kiedy w końcu mogła usiąść na przeciwko Malcolma, łapiąc dość histerycznie dłońmi krawędź okrągłego stolika. Drewnianego, bardzo niepasującego do poprzednich, luksusowych wnętrz; oranżeria jednak w niczym nie przypominała rozwiniętego technicznie Kapitolu. Dalej polegała na zwykłej konewce i odpowiednim nasłonecznieniu, chociaż nie wnikała w jak najbardziej sztuczne powołanie do życia tej swoistej szklarni. Gerard musiał się napracować i...tak, znów mogła o nim myśleć i przez sekundę na jej radosnej buzi pojawił się króciutki grymas bólu (albo bolesnej tęsknoty?), szybko jednak zastąpiony szczerym uśmiechem.
Była przecież szczęśliwa, wszystko układało się po jej myśli, spełniły się jej marzenia i nie potrafiła wyrazić słowami jak szalenie się cieszy. Szalenie, dosłownie; schizofrenia znów wspinała się szybko po jej kręgosłupie, podszeptując w czasie dłużących się dni nieprawdopodobne historie, o jakich wolała nie myśleć. Zwłaszcza teraz; zajmowała się wyłącznie obserwowaniem twarzy Malcolma. Nieco poobijanej, nie skomentowała jednak w żaden sposób jego szwów i zadrapań, w niemym zachwycie starając się odnaleźć dawnego chłopca w tej starszej, dojrzałej twarzy. Potrafiła wyszukać wiele punktów stycznych i każdy (pieprzyk, drgnięcie kącika ust, gest, jakim poprawiał włosy) wywoływał w niej mocne wzruszenie. Dlatego długo milczała, po prostu się w niego wpatrując jak jakieś spetryfikowane zwierzątko. Bez mrugania, bez jakichkolwiek gestów, czysta, rozczulona obserwacja ewentualnego przeciwnika albo...albo to hormony, na pewno. Zaśmiała się więc nieco ze swojego milczenia, wstając szybko z krzesła i zabierając się za krojenie ciasta.
- To takie...dziwne. Że siedzisz tutaj i pytasz o moje samopoczucie i...nie mogę się do tego przyzwyczaić. Tyle lat.. - zaczęła nostalgicznie, umiejętnie dzieląc śliwkowe pyszności nożem.Czy nie tym samym dźgnęła Gerarda i...Zatrzymała się na chwilę, zagryzając wargi: w zamyśleniu albo w mocnej niechęci do swojego zachowania. Nie potrafiła radzić sobie z emocjami i ich nadmiar zamieniał zazwyczaj milczącą i zdystansowaną Maisie w nieco rozedrganą panią domu. Radosną, mimo wszystko; nie było widać po niej ani zdenerwowania ani strachu, nawet o ewentualne nieprzyjemności związane z niedopieczonym ciastem. Podsunęła talerzyk Malcolmowi, po czym znów usiadła na przeciwko niego, odgarniając z twarzy włosy.
- Chciałabym się o tobie dowiedzieć jak najwięcej. - zaczęła z dobrze wyczuwalnym podekscytowaniem, samej w ogóle nie próbując ciasta. Nie byłaby w stanie przełknąć nawet kawałka; widmo Gerarda znów zniknęło, jakby nie miał dostępu do rozsłonecznionej oranżerii, pełnej odurzającego zapachu kwiatów i świeżego ciasta. Słodka, trująca atmosfera niedomówień i kłamstw, z których Maisie nie zdawała sobie nawet sprawy, wspaniale odnajdując się w spalonym teatrze jednej aktorki. Przekonanej, że wcale nie znajduje się na scenie i że tak właśnie wygląda jej życie, pełne słońca, ciepła, piękna i spokoju. - Nie wiem, czym się zajmujesz, co lubisz robić i czy...masz może rodzinę? Żonę? - kontynuowała, w ogóle nie wspominając o ich podziemnym spotkaniu. Tamten temat zamknęła razem z ostatnimi zdradliwymi słowami do Gerarda. To się nie liczyło i mocno wierzyła w swoją niewinność, wiedząc, że Ger nigdy nie skrzywdziłby jej brata. Z którym dzieliła łuk brwiowy, sposób uniesienia kącików ust w czasie uśmiechu i…milion innych rzeczy, jakie chciała odkrywać też w swoim dziecku. O którym też chciała mu powiedzieć, wyjaśnić, wyrzucić z siebie całą prawdę – za chwilę, teraz była zbyt spragniona informacji, dlatego też usiadła wygodniej, poprawiając materiał luźnej, niebieskiej sukienki, skrywający już lekko widoczny brzuszek. – Opowiedz mi o sobie. Jakkolwiek to banalnie nie brzmi - poprosiła, kładąc dość niekulturalnie łokcie na stole i podpierając brodę dłońmi, jednocześnie zachęcająco kiwając głową. Uwielbiała opowieści.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t1898-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1374-malcolm
http://panem.forumpl.net/t1373-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1796-malcolm
Wiek : 39 lat
Zawód : bezrobotny, dowódca Kolczatki
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, scyzoryk wielofunkcyjny, dowód tożsamości, broń palna, pozwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Nie Paź 05, 2014 3:44 pm

Kiedyś wydawało mu się - i tej myśli trzymał się przez wiele, stanowczo zbyt wiele złudnych lat - że jeśli wreszcie odnajdzie Hugh, Libby i Maisie (nigdy nie pozwolił sobie zamienić jeśli na kiedy, jego naiwność nie sięgała tak wysoko), wszystko magicznie wróci do normalności. Cała ich trójka zatrzymała się w jego pamięci w miejscu; uwieczniona na mentalnej fotografii, starzejącej się, blaknącej, strzępiącej na rogach, ale przez cały czas takiej samej. Oglądał ją w myślach wielokrotnie, przewracał, przekręcał; postacie na niej zawsze pozostawały jednak uparcie nieruchome, aż w końcu uwierzył, że ich prawdziwe odpowiedniki również czekają w zawieszeniu. Nie przyszło mu do głowy (jak trudno było teraz w to uwierzyć!), że każde z nich już dawno ruszyło z własnym życiem i zmieniło się; w takim samym (jeśli nie większym) stopniu co on sam.
Widział to teraz, siedząc naprzeciwko Maisie i mimo najszczerszych starań widząc w niej jedynie ładną i nawet jeśli nieco mniej obojętną od reszty, to wciąż obcą kobietę. Uświadamiał sobie, milcząco i boleśnie, że czas, podczas którego jej nie znał był znacznie dłuższy od tego, w którym dane im było przebywać razem, i że tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia, kim była ta uśmiechnięta szatynka, według słów Ginsberga nosząca w sobie jego przyszłego... siostrzeńca? Nie mieściło mu się to w głowie; nie miał zamiaru jednak dzielić się tymi przemyśleniami z Maisie, z wdzięcznością przywitał więc okazję do zajęcia czymś rąk (i oczu), biorąc do ust kawałek ciasta. Całkiem smacznego; ciekawe, od kogo nauczyła się piec.
- Nie odpowiedziałaś - zauważył gładko, posyłając jej nieznaczny uśmiech i zastanawiając się, czy unik przed pytaniem o samopoczucie był celowy, czy przypadkowy. A naprawdę chciał wiedzieć. Cały ten bajzel, porwanie, Kolczatka, odnalezienie rodzeństwa, ciąża, Gerard (którego roli w życiu córki Malcolm jeszcze nie rozszyfrował, ale dałby sobie uciąć obie ręce i nogę, że za rodzicielską troską kryło się coś więcej), dla niego samego wydawało się niemożliwe do poukładania i ogarnięcia; jak więc musiała się czuć tkwiąca w samym środku dziewczyna?
Odłożył talerzyk na blat stolika, odchylając się do tyłu i myśląc przez chwilę nad jej słowami. Pytania o jego prywatne życie zawsze wytrącały go z równowagi, głównie dlatego, że nie lubił wymyślać kolejnych i kolejnych kłamstw. Był nimi zmęczony, ukrywanie się na dłuższą metę nie było ani ekscytujące, ani ciekawe, a po prostu uciążliwe i czyniło tak neutralne pytania jak 'gdzie pracujesz?', śmiertelnie niebezpiecznymi. Czy z Maisie nie było jednak inaczej? W końcu przez przypadek już i tak dostała wgląd do jego podziemnego życia - być może więc dalsza gra nie miała najmniejszego sensu? Z drugiej strony był jeszcze Ginsberg i jego zawoalowane groźby, od kilku dni spędzające mu sen z powiek.
Potarł łuk brwiowy w zamyśleniu, jakby próbował dobrać odpowiednie w słowa, podczas gdy w rzeczywistości dokładnie je filtrował. Nie dlatego, że nie ufał rozmówczyni; uważanie na każde wypowiadane zdanie weszło mu w nawyk już tak mocno, że zazwyczaj nawet nie zauważał, że nawet nad błahostkami zastanawia się niepokojąco długo.
- Żony? Nie, nie mam - powiedział, śmiejąc się cicho, pozornie beztrosko, choć i on sam był w stanie wyczuć w tym dźwięku fałszywe nuty. Nie miał ochoty opowiadać Maisie, co Kapitol z Coin na czele zrobili z ostatnią kobietą, którą odważył się pokochać, ani co zrobiliby z Nicole, gdyby tylko wiedzieli o nich nieco więcej. Kwitnące rośliny i śliwkowy placek nie wydawały mu się odpowiednią oprawą do takich opowieści; zresztą, żadna oprawa nie byłaby do nich odpowiednia. - Ale chyba przez przypadek poznałaś moją dziewczynę - dorzucił bez przemyślenia, zanim zdążył ugryźć się w język. Wcześniej tego dnia obiecał sobie udawać, że incydent w kwaterze głównej nigdy nie miał miejsca. Wzruszył ramionami, starając się szybko sprowadzić rozmowę na inne tory. - Co do historii mojego życia - a przynajmniej tej jej części, której nie znasz - to nie jest specjalnie fascynująca. - Opuścił spojrzenie na swoje dłonie, zastanawiając się, czy faktycznie była to prawda. A nawet jeśli - czy było w tym coś złego? Wypuścił z płuc powietrze. Być może tym, co potrzebowała usłyszeć jego siostra, była właśnie ta normalność, której im brakowało? - Co chcesz wiedzieć? - zapytał, podnosząc na nią wzrok. - Mieszkam sam, w raczej niedużym mieszkaniu, trochę na uboczu i opłacam czynsz z wysyłania niczemu winnych dzieciaków na pewną śmierć. - Uśmiechnął się krzywo. - Nie mam współlokatorów ani zwierząt. Miałem złotą rybkę, ale zdechła, i kilka kaktusów, które jakoś udało mi się zasuszyć. - A, i mam nielegalną organizację, którą rząd okrzyknął terrorystyczną, ale to już wiesz. - To twoje dzieło? - zapytał, rozglądając się dookoła i wskazując na otaczające ich rośliny.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Nie Paź 05, 2014 5:48 pm

Gubiła się trochę w swoich odczuciach, których nie potrafiła do końca opanować. Miało być prościej, bardziej sterylnie: naprawdę widziała siebie jako ostrożną i rzeczową osobę, potrafiącą bez problemu nawiązać od nowa więź z ukochanym bratem. To miało stać się w ciągu sekundy - rodzinna miłość od pierwszego wejrzenia, ciepły uścisk ręki i wesołe pogaduszki nad świeżo upieczonym ciastem. Scenografia pasowała idealnie, ciemnoniebieska sukienka także (łagodność, subtelność i stabilizacja?), wszystko więc powinno pójść zgodnie z planem. Ale nie do końca tak się działo; wpatrywała się w Malcolma z drżącym wzruszeniem i tęsknotą, zamiast epatować łagodnym zrozumieniem i umiarkowaną radością.
Naprawdę nie dowierzała temu, co działo się w tej cichej oranżerii. Spełnianie marzeń nie powinno boleć - a chyba właśnie ten emocjonalny dyskomfort odczuwała, wpatrując się uważnie w jego twarz i próbując uciszyć wewnętrzne wrzaski. Miała wrażenie, że może je usłyszeć, że zaraz przerwie w pół zdania swoją opowieść, rozkojarzony piskami cierpiącego zwierzątka, ukrytego pod maską spragnionego słuchacza. Prawdziwego; znów kreowanie mieszało się z rzeczywistością tak umiejętnie, że nawet nie mrugała, powoli odcinając łyżeczką kawał ciasta i podnosząc je do ust. Musiała zająć czymś ręce , żeby zrzucić na coś swoje rozkojarzenie. I brak odpowiedzi na rzeczowe pytanie; uśmiechnęła się po prostu lekko, rozsmakowując się w śliwkowym miąższu i chłonąc męską odpowiedź. Konkretną, krótką, chociaż kiedy wspomniał o poznaniu dziewczyny, jej dłoń zadrżała mocno, stukając srebrną łyżeczką o zęby.
Wolała nie wspominać o tym, co działo się w podziemiach i kogo tam spotkała, ale kiedy Malcolm tak jasno zasygnalizował poruszenie tego tematu tabu, przestała się uśmiechać. Na chwilkę; kolejne mikrogrymasy, niedostrzegalne dla kogoś, kto nie znał jej od dziecka. - Dziewczynę? Tę...rudowłosą? - spytała spokojnie, ponownie zabierając się do jedzenia, chociaż w dołku ściskał ją całkiem nowy rodzaj niepokoju. Carter i jej brat? Skazała na śmierć swoją przyszłą...bratową? Najchętniej parsknęłaby śmiechem; to wszystko wydawało się tak niedorzeczne, że nawet jej zniszczona psychika broniła się przed przyjęciem pewnych faktów za prawdziwe. Nie mogła jednak tego okazać, czekając na odpowiedź i mając nadzieję, że jednak chodziło o tą drugą, brunetkę. Może i brzydszą, ale jej personaliów nie znała i nie mogła opowiedzieć o niej Gerardowi. Słodka naiwność, pomagająca jej teraz dalej rozpływać się w uśmiechach i powstrzymywać chęć złapania Malcolma za rękę. Wydawał się taki nierealny, nawet, jeśli dzielił ich tylko niewielki blat stolika. Tak naprawdę fizyczna odległość była niczym wobec tej drżącej niepewności i nieznajomości, jaką chciała jak najszybciej ukrócić. Dlatego odłożyła w końcu łyżeczkę na talerz, oblizując pobrudzone lukrem usta.
- Jesteś szczęśliwy? - spytała od razu, nawet nie dając mu dokończyć pierwszego pytania. To liczyło się najbardziej, nawet jeśli miała zostać uznana za ckliwą i pretensjonalną. Naprawdę chciała jego radości i szczerego uśmiechu, odwzajemniającego ten widniejący na jej twarzy. - Nigdy nie potrafiłeś dbać o rośliny - westchnęła po chwili, nieco rozbawiona i uspokojona, że rozmowa nie zeszła na temat rodziny albo podziemnej...sytuacji. O tym nie chciała myśleć; wolała nawet wibrującą ciszę od niewygodnych słów, przypominających jej o werbalnej zdradzie, jakiej się dopuściła. Nie, to nie powinno zaprzątać jej głowy; nie, kiedy była tak radosna i pełna spokoju jak teraz, rozglądając się automatycznie po wysokim pomieszczeniu.
- Jeśli pytasz o kwiaty...tak, ja je zasadziłam, podlewam i dbam o nie. Uwielbiam to miejsce - odparła powoli, odgarniając niesforny kosmyk ciemnych włosów, opadających jej na brew z widoczną blizną po oparzeniu. Jedyna widoczna pamiątka na jej ciele; omal nie straciła wtedy oka i mogła teraz odczuwać tylko wdzięczność za tamtą łaskę. I za wszystkie, jakimi obdarzył ją Ginsberg przez tych kilkanaście lat. - Ale to Gerard je dla mnie zbudował. Doprowadził tutaj wodę, zadbał o nasłonecznienie i specjalną wentylację, sprowadza mi nasiona, o jakich kiedyś mogłam tylko pomarzyć... Naprawdę włożył w oranżerię sporo pracy- kontynuowała lekko, opierając się wygodniej o oparcie krzesełka, wolną ręką przesuwając po łodydze jednego z egzotycznych kwiatów, wiszącego tuż nad stołem jak roślinna, czerwona lampa. Powinna zapalić się teraz ostrzegawczo - nie takie florystyczne cuda działy się pewnie w tym zmechanizowanym mieście - ale nic takiego się nie działo. Nawet Maisie wydawała się sobie samej w końcu spokojniejsza, jakby przekonana koronnym argumentem o dobroci swojego opiekuna. - Malcolm, wiesz, ja...nie chcę cię okłamywać. Mogę to robić wobec każdego, ale nie wobec ciebie - zaczęła nagle, powracając wzrokiem do jego twarzy. - Gerard i...ja... - kontynuowała, jednak zdanie, które miało być wypowiedziane pewnym i stanowczym tonem nagle urwało się w powietrzu, jakby Maisie zabrakło tlenu (odwagi?) do wypowiedzenia go do końca. Znów stalowa obręcz bólu rozpłomieniła się ogniem, jednak zawahanie trwało - znów - ułamek sekundy. Typowa niepewność siostry, opowiadającej bratu o swoim wybranku. Tak, tak powinno zostać to odebrane; uśmiechała się przecież znowu, szczerze i radośnie, jakby zamierzała zdradzić mu najwspanialszą tajemnicę swojego życia. Tak przecież było? - Nie jesteśmy prawdziwą rodziną, wiesz o tym. Gerard zaadoptował mnie, ale to więzy wyłącznie prawne...i takie też pozostawały. Długo. Bardzo długo. Dbał o mnie, chronił przed tymi wszystkimi okropnościami, których wtedy nawet nie rozumiałam - ciągnęła już spokojnie, nie przerywając kontaktu wzrokowego, chociaż zaczęła bawić się srebrną łyżeczką, stukając nią raz po raz o brzeg talerza. - I dalej to robi. Tylko...to takie skomplikowane - westchnęła znów, odkładając z trzaskiem sztućce i w końcu skupiając się już w pełni na przekazaniu dobrej nowiny. - Zrobiłam coś złego. Bardzo złego. Uciekłam, ale Gerard pozwolił mi wrócić, dał mi dom i poczucie bezpieczeństwa. I...coś więcej. To trwa od pół roku - powiedziała w końcu, wpatrując się w Malcolma tak uporczywie, jak na początku ich spotkania, mając nadzieję, że zobaczy na jego twarzy zrozumienie albo chociaż wystudiowaną obojętność. Chciała to przekazać inaczej, rzeczowo, z polotem, nakreślając moralność ich relacji, ale była przecież tylko głupią...córką. I nie powinna wymagać od siebie zbyt wiele. Dopiero teraz zorientowała się, że jednak mocno ściska srebrną łyżeczkę. Puściła ją znowu, kręcąc głową nad swoją nieporadnością, po czym odetchnęła głęboko, nabierając powietrza przed kolejnym ogłoszeniem. - Jestem z nim w ciąży. - dodała, autentycznie szczęśliwa i promieniująca jakąś tajemniczą dumą. Nieświadoma jednocześnie tego, że ktoś już przekazał Malcolmowi dobrą nowinę, razem z innymi, mniej pozytywnymi wiadomościami.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t1898-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1374-malcolm
http://panem.forumpl.net/t1373-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1796-malcolm
Wiek : 39 lat
Zawód : bezrobotny, dowódca Kolczatki
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, scyzoryk wielofunkcyjny, dowód tożsamości, broń palna, pozwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Paź 07, 2014 1:05 pm

Zanim pojawił się w mieszkaniu Maisie, obiecał sobie, że zrobi wszystko, by okazać jej wsparcie. Ścigany zwietrzałymi już wyrzutami sumienia i niedawną rozmową z Ginsbergiem, która odkryła przed nim szczątkowe fragmenty jej pokręconego życia, chciał otoczyć ją opieką, być prawdziwym starszym bratem, realnym i obecnym, a nie jedynie fantomowym i zaginionym. Teraz, siedząc przed nią i czując się po prostu źle, wiedział już, że próbował zaoferować coś, czego nie miał w posiadaniu. Mimo że siedzieli na - teoretycznie - jej terenie, wszędzie czuł niewidzialną obecność wroga; miał wrażenie, że zagląda mu przez ramię, grozi, podsłuchuje. Może to wszystko było sprytnie zaplanowaną przez niego pułapką? Potrząsnął głową. Nie, na pewno nie; ale i tak nie mógł nic poradzić na fakt, że nawiedzały go myśli tego typu.
Spojrzał na siostrę, wyrwany z zamyślenia jej pytaniem i w pierwszej chwili nie udało mu się połączyć jej słów ani z jego wypowiedzią, ani z ledwie zauważalnym, jakby niechętnym drgnięciem jej głosu, choć w rzeczywistości to właśnie owo drgnięcie przywołało z jego pamięci obraz Maisie, szarpiącej się z Rory w podziemiach kwatery głównej. Nadal nie wiedział, o co chodziło, ale znów - nie zapytał. Nie chciał niszczyć tej ledwie co odbudowanej, wątłej wciąż nici pomiędzy nimi, a miał wrażenie, że byłby w stanie zerwać ją nawet najlżejszy podmuch wiatru.
- Rud... co? Nie - zaprzeczył, kręcąc głową i uśmiechając się pod nosem. Ponownie wziął do ręki talerzyk, bo dłonie znów zaczęły mu jakby zawadzać. - Chodziło mi o tę drugą - dodał, żałując, że odniósł się w ogóle do tego spotkania i wbijając wzrok w kawałek ciasta. Liczył na to, że temat się urwie, że Maisie sama nie będzie chciała wracać do sprawy swojego niefortunnego porwania, które nadal wisiało nieprzyjemnie nad organizacją. Do tej pory nie złapał winnych całemu zamieszaniu, zapadli się pod ziemię, czy może raczej - zaszyli się gdzieś nad nią.
I faktycznie, kolejne pytanie kobiety wyciągnięte zostało z całkowicie innej puli, chociaż - wbrew pozorom - nie należało do łatwych. Tym razem to on zamilkł na dłuższą chwilę, odchrząkując w końcu nieco nerwowo. Czy był szczęśliwy? Odpowiedź wydawała się oczywista; jak mógłby być, żyjąc w ciągłym zagrożeniu, zmuszony do nieustannego oglądania się za siebie? A jednak zdarzały się chwile, ulotne i krótkie, w których przypominał sobie definicję tego słowa. - Czasami - odpowiedział w końcu krótko i zdawkowo, ale na tyle szczerze, na ile był w stanie. Zaraz potem uciekł jednak wzrokiem gdzieś w bok, zawieszając go na nieokreślonym punkcie za oknem i jedynie wsłuchując się w głos Maisie.
Opowiadającej o Ginsbergu; krzywił się wewnętrznie na dźwięk widocznego podziwu i przywiązania, kierowanych prosto do naczelnika więzienia i cudem powstrzymywał się od zatkania sobie uszu. Nie chciał słuchać o nim, i chociaż nie usłyszał od siostry słowa skargi, to jej ciepłe słowa sprawiały - paradoksalnie? - że jego niechęć względem Gerarda gwałtownie rosła. Czy czuł się zazdrosny? W jakimś stopniu na pewno, nawet jeśli było to głupie; gdzieś w środku, za mostkiem, kiełkowało w nim jednak poczucie niesprawiedliwości. Maisie była jego rodziną, nawet jeśli nie zasługiwał na posiadanie takowej, i nawet jeśli to właśnie jego błędy pchnęły ją pod opiekę Ginsberga. I tak, zdawał sobie sprawę ze swojej hipokryzji, ale nie miał zamiaru oszukiwać samego siebie i po prostu cieszyć się jej... szczęściem? Zabawne, mimo tego, co mówiła, wcale nie wyglądała na kogoś, kto właśnie wygrał los na loterii i patrzył z zachwytem w jasną przyszłość.
Zwłaszcza, kiedy z jej ust padły ostatnie zdania, zmuszając go do gwałtownego przekręcenia głowy, owocującego rozlewającym się po szyi bólem i gorącem. Które całkowicie zignorował.
Zamrugał nieprzytomnie, uśmiechając się głupio, uśmiechem, który czasami pojawia się na ustach zażenowanych uczestników pogrzebu. Niewłaściwym i biorącym się znikąd, szaleńczym? Wbił w nią wyczekujące spojrzenie, jakby mentalnie błagając ją, żeby krzyknęła żartowałam! i roześmiała się wesoło na widok jego zdziwionej twarzy. Ale nic takiego nie nastąpiło; w oranżerii zapadła cisza, która Malcolmowi osobiście przypominała bardziej zgrzyty piły mechanicznej, niż cokolwiek innego.
Otworzył usta, ale zamknął je po chwili, gdy mimo starań nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Podniósł się z miejsca, nogi krzesła zgrzytnęły nieprzyjemnie o posadzkę, przyprawiając go o dreszcze. Odwrócił się do Maisie plecami, robiąc kilka kroków przed siebie i przystając przy oknie. Chyba chwilowo nie mógł na nią patrzeć, mózg i tak zaczął mu już serwować serię niechcianych obrazów, jak lawina podążających za nowiną, którą przekazała mu siostra.
- Ale mówił, że... - zaczął w końcu, urywając w pół zdania i po prostu kręcąc głową. Nie było sensu przywoływać ich rozmowy, Gerard go okłamał; wiedział to zresztą przecież już wtedy, tyle że początkowo źle zinterpretował kłamstwo, dopowiadając sobie niewłaściwą prawdę. Potarł dłonią powieki, powstrzymując się od złapania dziewczyny za ramię i siłą wyciągnięcia z mieszkania, zamknięcia gdzieś bezpiecznie, odizolowania od naczelnika więzienia. Który był jej... ojcem, kochankiem? Zrobiło mu się niedobrze, ale nie przecież i tak nie miał tu nic do powiedzenia.
Minęła chwila, zanim zdał sobie sprawę z faktu, że najprawdopodobniej jego reakcja nie była dokładnie tym, czego mogłaby oczekiwać spodziewająca się dziecka kobieta, nie wyobrażał sobie jednak, by był w stanie wydobyć z siebie jakiekolwiek gratulacje. I tak z trudem gryzł się w język, żeby nie wytknąć jej różnicy wieku, czy wątpliwego podłoża moralnego jej... związku? Te wszystkie słowa brzmiały tak abstrakcyjnie, gdy wyobrażał sobie tę dwójkę.
Westchnął cicho, odwracając się w końcu od okna i patrząc na nią pustym wzrokiem, bo brak emocji był najbardziej neutralnymi emocjami, na jakie był w stanie się zdobyć.
- Jesteś szczęśliwa? - zapytał głucho, powtarzając dokładnie te same słowa, które ona skierowała do niego. Jak spóźnione echo, odbijające się od ścian oranżerii, którego wszechobecne rośliny nie były w stanie stłumić.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Paź 07, 2014 10:44 pm

Wyczuwała jego zdenerwowanie (dystans?) doskonale, ale nie potrafiła odczarować tej nieco sztucznej atmosfery. Próbowała, z całych sił; stąd pachnące ciasto (z mąki sprowadzonej z ich dawnego domu?), odświętna sukienka i słoneczny ogród. Faktycznie mogło przypominać to starannie wyreżyserowany spektakl jednej aktorki, jednak nikt nie dał jej gotowego scenariusza i nie włączył kamery. Zaangażowała się w to sama, starając się zbudować coś, o czym już dawno zapomniała. Ta namiastka rodzinnego spotkania wydawała się ostatnią deską ratunku dla zdrowej psychiki; święcie wierzyła w to, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki staną się sobie bliscy. Przez te wszystkie lata szukała go, utrzymywała się na powierzchni tylko dzięki myśli o nim i teraz, kiedy miała go już w zasięgu rąk, nie potrafiła przekazać wszystkiego, co miała mu do powiedzenia. Zawodziły ją myśli, zawodziły ją słowa; najlepiej odnajdywała się w milczeniu, ale przekazy telepatyczne docierały tylko do jednego mężczyzny jej życia.
Nie, Gerard nie zastępował jej brata ani ojca. Rozumiała to dopiero teraz, czując się (w końcu?) na odpowiednim miejscu tej pokręconej hierarchii. Chore, jak szybko potrafiła zapomnieć o przeszłości, całkowicie wymazując z niej lata brutalnej miłości, skupiając się wyłącznie na gloryfikacji teraźniejszości. W jakiej budował dla niej oranżerię, przynosił nasiona trudno dostępnych kwiatów, nie zmuszał do pracy ani nie wypychał na siłę w relacje z obcymi ludźmi. W oczach Maisie Ger urastał do roli łaskawego i opiekuńczego herosa, zapewniającego jej bezpieczeństwo. Dla kogoś tak rozdygotanego i poszatkowanego emocjonalnie było to największą łaską – to nic, że potworny stan psychiczny zawdzięczała także jemu. To już się nie liczyło, dała się omamić…sobie samej. Gerard pozostawał przecież prawie taki sam, jak przedtem; to ona histerycznie uświęcała go w swoich oczach, mogąc teraz rozmawiać z Malcolmem bez poczucia kłamstwa.
Bo przecież mówiła prawdę. Nie potrafiłaby okłamać brata, za którym tęskniła przez tyle lat i który mocno nadwyrężał jej spokój samą obecnością. Powodował wręcz – dość technicznie szum na łączach, jakby zindoktrynowany umysł Maisie próbował powrócić do stanu samodzielnego myślenia. Bezskutecznie, przed tym też się broniła, skupiając się na konkretach. I na uldze, jaką poczuła, kiedy sprostował informację o rudowłosej i podzielił się swoim czasowym szczęściem. Chętnie pociągnęłaby go za język, ale miała ważniejsze sprawy do przekazania. Także z ulgą[/url], na pewno widoczną na jej twarzy także wtedy, kiedy w końcu udało się jej wysłowić i wyrzucić z siebie nadmiar radosnych informacji. Chciała, żeby wiedział; był jedyną osobą, z którą naprawdę [i]chciała podzielić się tą informacją i chyba naiwnie sądziła, że Malcolm także wpisze się w tą scenografię radosnego spotkania nowo odnalezionego rodzeństwa. Zgodnie z didaskaliami: zachwyt, łza wzruszenia, gorące gratulacje. Tego się głupiutko spodziewała, mentalnie ciągle będąc tamtą szesnastolatką (żeby nie powiedzieć wręcz dziesięciolatką), próbującą nauczyć się świata na własną rękę. I przez własne doświadczenia, które zmiotły z powierzchni ziemi i świadomości dawną siebie, teraz powoli budzącą się do życia przy Malcolmie. Na razie bardzo cicho, niezauważalnie dla niej samej, chociaż powinna mieć się na baczności, skoro bardzo przejmowała się jego reakcją, wpatrując się w niego bez mrugnięcia.
I…oczekując chyba czegoś innego oprócz wyraźnego szoku (i obrzydzenia?), wypisanego na jego twarzy. Potrafiła rozpoznać te emocje, zwłaszcza podkręcone nieprzyjemną ciszą. Drażniącą, niespokojną, tak odmienną od tego milczenia, jakie zapadało między nią a Gerardem. Zabolało, dość mocno – nikt cię tak nie zrozumie jak o n ; on się tobą opiekował i sprawił, że do dziś jesteś bezpieczna; gdzie był Malcolm kiedy potrzebowałaś pomocy? on nigdy cię nie zostawił - ale udało się jej opanować usta wyginające się w podkówkę i nieznośne podszepty, sprawiające, że cukierkowa atmosfera całkowicie znikała. Pozostawiając Maisie bez przyklejonego do twarzy uśmiechu, samotnie siedzącą przy stoliku z okruszkami ciasta jako jedynymi pozostałościami po siedzącym przed nią przed chwilą Malcolmie.
Wstał, zniknął i w pierwszej chwili pomyślała, że od nowa odgrywają tamtą historię – z Malcolmem znikającym za drzwiami na kolejne dwadzieścia lat - z starszą wersją samych siebie. Nie mogła już opanować ukłucia strachu, silniejszego od żalu; pewnie dlatego reagowała bardzo szybko, przerywając nienaturalną ciszę. – Nie wychodź – wydusiła z siebie niemalże płaczliwie, jakby znów miała niecałe pięć lat i obawiała się, że kolejnego wieczoru Malcolm nie przyjdzie już do luksusowego apartamentu i że rodzice znowu będą zmartwieni. Bardzo żałosne i ckliwe; zdziwiła się swojemu odruchowi, dopiero po chwili orientując się, że Malcolm nawet nie kierował się w stronę drzwi. Jej policzki pokryły się rumieńcem – pierwszym naturalnym i moralnym od lat – i zastygła na krześle, rada, że stoi odwrócony do niej plecami. Zagryzła wargi i pewnie milczałaby dalej, gdyby nie jego urwane zdanie, powodujące nagły wzrost jej uwagi. I ogarnięcia; od zbolałego szczeniaczka do wytrzeszczającej oczy surykatki; słodkie zoo w oranżerii, trochę łamiące patetyczną atmosferę spotkania.
- …mówił, że? Rozmawiał z tobą? O mnie? – podchwyciła prawie natychmiast, gorączkowo zastanawiając się, kiedy do takiej konwersacji mogło dojść i o czym Gerard mógł opowiedzieć Malcolmowi. To chyba przestraszyło ją ponownie; pierwsza myśl jak iskra przeskoczyła po jej kręgosłupie, sprawiając, że zrobiło się jej potwornie zimno. Czy pokazał mu…nie, nie, wtedy nie zachowywałby się w ten sposób, jednak perspektywa ujawnienia tego, czym subtelnie groził jej Gerard, zmroziła ją doszczętnie. Musiała jednak przezwyciężyć ten kryzys i – po raz pierwszy od dawna – postąpiła całkowicie tak, jak postąpiłaby prawdziwa Maisie. Żadnego stwarzania sztucznego dystansu, podtrzymywania ciszy i zamykania się w swoim świecie. Wstała gwałtownie z krzesła i podeszła do Malcolma, obejmując go rękami i przytulając się do jego pleców. Tak było wygodniej, nie musiała patrzeć w jego oczy; wdychała tylko całkiem obcy zapach i jednocześnie bawiła się palcami z przodu guzikami jego koszuli. Jego bliskość podziałała nagle…dziwnie uspokajająco; już nie myślała o Gerardzie i tym, że ma przy sobie obco ciepłe ciało. Teraz obecność Malcolma raczej koiła poprzednie skoki nastroju (już zaczynały się ciążowe humory?) i nawet brak gratulacyjnej reakcji nie wydawał się aż tak bolesny. Nie po jego pytaniu.
Mogła odpowiedzieć od razu i znów roześmiać się jak wariatka, ale zamiast tego zacisnęła wokół niego ręce wręcz boleśnie. Dawno do nikogo się tak nie przytulała; minęły chyba całe wieki odkąd to robiła i westchnęła głośno w plecy Malcolma, wzmacniając uścisk. I zapewne miażdżąc mu swoją niebagatelną siłą żebra, ale potrzebowała tego potwierdzenia, że faktycznie tu jest. Mógł czuć się dziwnie, mógł nie uważać jej za swoją rodzinę, ale Maisie zaadaptowała go do swojego świata już bez żadnego dystansu, wręcz nienaturalnie szybko. Myśląc jednak o jego pytaniu na spokojnie.
- Ciężko być szczęśliwym w tym mieście – odpowiedziała w końcu rozluźniając uścisk i zerkając zza jego ramienia na widok betonowego labiryntu, rozciągającego się tuż za oknem, przesłoniętym nieco wiszącymi kwiatami. – Nienawidzę Kapitolu – dodała szeptem, bojąc się głośno przywoływać dawne koszmary z dzieciństwa, kiedy została brutalnie wydarta ze spokoju rodzinnego Dystryktu i wepchnięta w przeklęty, poigrzyskowy chaos Lepszego Świata. – Ale to teraz mój dom. Nasz dom. Gerard robi wszystko, żebym czuła się tutaj jak najlepiej i…nie mogłabym prosić Losu o więcej. Nie chcę cię okłamywać, boję się o dziecko, nie rozumiem tego miejsca, tych politycznych zasad, ale przy Gerardzie czuję się bezpiecznie. I na swoim miejscu – mówiła spokojnie i cicho, już bez sztucznego, cukrowego optymizmu, zgrzytającego w zębach. Przekonująco i szczerze; mówiła przecież prawdę; taką prawdę, która została w jej umyśle i która naprawdę wypełniała jej całe ciało miłosną - toksyczną? - wdzięcznością.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t1898-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1374-malcolm
http://panem.forumpl.net/t1373-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1796-malcolm
Wiek : 39 lat
Zawód : bezrobotny, dowódca Kolczatki
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, scyzoryk wielofunkcyjny, dowód tożsamości, broń palna, pozwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Paź 08, 2014 3:09 pm

Nigdy by nie przypuszczał, że w wieku lat niemal czterdziestu, wciąż będzie mu się zdarzało zachowywać tak dziecinnie. Bo jak inaczej można było to nazwać? Chciało mu się śmiać z samego siebie; dorosłego mężczyzny, który przez dwadzieścia lat pielęgnował w umyśle swoje własne wyobrażenie zaginionego rodzeństwa, a gdy nie wszystkie jego elementy (łagodnie mówiąc) zgrały się z rzeczywistością, poczuł się oszukany. Tylko przez kogo? Przez Los, w który nie wierzył, czy Maisie, którą sam - dobrowolnie - skazał na niemal pewną śmierć?
A powinien przecież czuć jedynie ulgę. Że była cała, zdrowa, żywa; że w ogóle chciała go widzieć, że pozwalała mu ponownie istnieć w swoim życiu. Powinien jej dziękować, a nie uciekać do kąta jak obrażone dziecko. Którym gdzieś tam w głębi ducha wciąż był? Przypomniał sobie niedawne spotkanie z Hugh, podniósł rękę do nosa, podrapał się odruchowo; wciąż bolało, a nowy garb, który się na nim pojawił, chyba już nigdy nie miał zniknąć. Odetchnął cicho, zatrzymując wzrok gdzieś na wysokich budynkach w oddali. Tony szkła i stali, nieco mniej kolorowe niż wcześniej, ale wciąż w jakiś sposób wspaniałe, budziły w nim jedynie niechęć i obrzydzenie. Nie miał pojęcia, jakim cudem tym wątpliwym dziełom architektury i zepsucia udało się oczarować go kilkadziesiąt lat temu, do tego stopnia, że postanowił ściągnąć do betonowego piekła również swoją rodzinę. Co było takiego niezwykłego w migających, wywołujących klaustrofobiczne wrażenie światłach i sztucznym zachwycie na twarzach groteskowo ubranych i zmodyfikowanych genetycznie ludzi - spośród których nieliczni wciąż zasługiwali na to miano? A jednak nie był jedyny, inni Zwycięzcy również szybko dawali się wciągnąć w tę spiralę sławy i fałszywych substytutów uczuć, które miały tę zaletę, że można było kupić je za pieniądze.
Drgnął nerwowo na dźwięk pytania Maisie. Na wcześniejszą prośbę nie zwrócił uwagi, przecież nigdzie się nie wybierał; to jednak trudno było mu zignorować. Ostatnia rozmowa z Gerardem wciąż do niego wracała. Miał ochotę zapytać siostry, jak dużo zdradziła Ginsbergowi, ale bał się zarówno jej reakcji, jak i możliwych odpowiedzi, dlatego milczał. Tchórzliwie, trochę nieodpowiedzialnie, ale na pewno wygodnie.
- Nazwałbym to raczej przesłuchaniem, ale tak, ucięliśmy sobie pogawędkę - odpowiedział, bo nie widział sensu, żeby ją okłamywać. Sytuacja, w której się znaleźli, była już i tak wystarczająco zagmatwana. - Zabronił mi się z tobą widywać pod jego nieobecność. Podobno jesteś ubezwłasnowolniona - bo zabiłaś kilkoro ludzi, dopowiedział sobie w myślach, ale sama wypowiedź urwała się jakby w połowie, z dziwnie zaakcentowanym, ostatnim słowem. Zerknął na nią przez ramię, krótko, mając nadzieję, że zaprzeczy; wyjaśni, że Gerard kłamał nie tylko w kwestii swojego ojcostwa, ale również w każdej innej.
Czuł, że powinien wrócić do stolika, jednak z jakiegoś powodu nie był w stanie ruszyć się z miejsca. Wciąż było mu wstyd za pierwszą reakcję, a nie miał pojęcia, czy powinien przeprosić, czy może udawać, że nic się nie stało. I spróbować zrozumieć? Westchnął bezgłośnie, kiedy ramiona Maisie oplotły go od tyłu. Czy tego chciał, czy nie, to było jej życie, i to ona miała prawo decydować, z kim je spędzi, a on musiał zwyczajnie przestać widzieć w niej swoją kilkuletnią, nieporadną siostrzyczkę, którą trzeba było chronić przed każdym (istniejącym, lub nie) niebezpieczeństwem. Nie potrafił jednak nie buntować się wewnętrznie na myśl o Ginsbergu zostającym jego... szwagrem? Zdusił parsknięcie gorzkim śmiechem, nie chcąc wpędzić kobiety w jeszcze większą dezorientację.
Rozluźnił się nieco, opuszczając ramiona z widoczną kapitulacją i znów wysłuchując słów Maisie, które w jakiś niewytłumaczalny sposób kojarzyły mu się z tą samą, zagubioną kilkulatką, która lata temu trafiła do Kapitolu, i która nie miała szans poradzić sobie w stolicy na własną rękę. Czyżby faktycznie zawdzięczał Gerardowi więcej, niż mu się wydawało (i niż był w stanie przyznać sam przed sobą)? Skrzywił się z niesmakiem i niezadowoleniem na myśl, że mógłby mieć względem tego człowieka jakikolwiek dług wdzięczności, ale kiedy dojrzał niewyraźny zarys własnego grymasu, odbity w okiennej szybie, natychmiast się zreflektował, przywdziewając w miarę naturalny wyraz twarzy. Nie chciał emanować swoją niechęcią, nawet jeśli była niemożliwa do całkowitego ukrycia.
- Też go nienawidzę - odpowiedział szczerze, zawieszając wzrok gdzieś na wysokości majaczącej w oddali siedziby Coin. Wiele by dał, żeby po prostu stąd wyjechać, gdziekolwiek; do Dziewiątki, Jedenastki, odbudowującej się Czwórki. Wiedział jednak zbyt dobrze - i przypominały mu o tym takie chwile, jak dzisiaj - że nie byłby zdolny do ponownego odnalezienia się w jakimkolwiek innym miejscu niż Kapitol. Czy tego chciał, czy nie, to był teraz jego dom, nawet jeśli ani bezosobowe mieszkanie, w którym sypiał, ani cuchnące wilgocią, podziemne korytarze, tak naprawdę nie zasługiwały na to miano. To tutaj tak naprawdę się wychował, tym miastem przesiąkł na wylot; mógł wrócić, ale dokąd? Nigdzie poza obrębem stolicy, nic na niego nie czekało.
Złapał ją lekko za nadgarstki, odciągając je od siebie, żeby mógł się odwrócić. Nie odpychał jej, po prostu nie mógł dłużej stać ze skierowanymi w jej stronę plecami; ani metaforycznie, ani realnie. Zaraz potem również ją objął, jedną rękę kładąc na jej plecach, drugą głaszcząc delikatnie po głowie. - Chodź tu - mruknął gdzieś nad jej włosami, opierając o nie podbródek. - To twoje życie, zrobisz cokolwiek będziesz uważała za słuszne - powiedział, chociaż te słowa sporo go kosztowały, bo oznaczały również: a ja zaakceptuję wszystkie twoje wybory. Ale jakie miał wyjście? Był jej bratem, nie ojcem; powinien więc dokładnie tak się zachowywać, nawet jeśli zdążył już częściowo zapomnieć, co to oznacza.
Odsunął ją od siebie po chwili, uśmiechając się lekko i patrząc na nią z góry. - Wybraliście już imię dla mojego siostrzeńca? - zapytał, mając nadzieję, że w trakcie wymawiania ostatniego słowa, nie drgnął mu głos.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Paź 08, 2014 10:03 pm

Potrzebowała dłuższej chwili, żeby przetrawić jego słowa o przesłuchaniu z Gerardem. Nie chodziło już nawet o niepokój związany z tym, co Ginsberg mógł przekazać albo opowiedzieć Malcolmowi; nie, ten strach przybrał bardziej osobistą formę, kiedy do uszu Maisie dotarło słowo ubezwłasnowolnienie. Może była tylko głupią dziewczyną, może i nie skończyła żadnej szkoły, ale znała negatywną konotację i wiedziała, co to oznacza w praktyce. W Jedenastce słyszała o jednej starej wariatce, mieszkającej jeszcze dalej od ich chaty, i nie chciała tak skończyć. I kimś takim być; bezwolnym, poddanym czyjejś całkowitej kurateli, niemogącym decydować o sobie.
Niedorzeczne i śmieszne; za to przecież dziękowała Gerardowi, spokojna, że nie musi martwić się o nic, po prostu egzystując jak sztuczna lalka, gotowa do spełniania każdej zachcianki, pielęgnująca ogród, gotująca i – w gruncie rzeczy – bezmyślna. Przedmiot, eksploatowany za bardzo, teraz czujący dziwną gorycz. Zapowiedź buntu? To byłoby zbyt piękne, wyciosał ją przecież zgodnie ze swoim szkicem i nie potrafiła teraz wylać potoku słów, dzieląc się z Malcolmem całą swoją historią. Nawet jeśli byłaby zdolna do takiej zdrady, to…nie zrobiłaby tego. Nie swojemu bratu, którego kochała mimo dwudziestoletniej rozłąki, i z którego czerpała dziwny spokój, dalej wtulając się w jego plecy jak jakieś dzikie zwierzątko, bojące się spaść z dużej wysokości. Balansowała przecież na granicy jeszcze większego bólu. Zacisnęła tylko na chwilę oczy, starając się odpędzić natłok myśli. I zignorować spojrzenie Malcolma. Nie mogła pokazać mu, że ją to zaskoczyło i nagle nadwyrężyło świętą pewność w ten perfekcyjny domek dla lalek, jaki został dla niej zbudowany.
- Ja…miałam problemy – odpowiedziała tylko wieloznacznie, wciskając twarz w ciepły materiał jego koszuli. – Ale nie chcę o tym mówić, nie teraz – bardziej poprosiła niż zdecydowała, podnosząc w końcu wzrok na Randalla, jakby oczekując jego pozwolenia. Przywykła do tego, że ktoś jej rozkazywał i nawet w relacjach z bratem nie mogła pozbyć się tej damskiej uległości. I zmartwień; czy placek mu smakował, czy będzie w stanie ją pokochać, czy ma kto wyprasować mu tą szorstka koszulę, czy tęsknił za nią przez tych dwadzieścia lat…Wszystko mieszało się mocno w jej głowie, dlatego wolała to lekkie milczenie. I porozumienie w nienawiści do miasta, na które uśmiechnęła się słabo, zupełnie rozluźniając się dopiero w chwili, w której zagarnął ją do siebie, przytulając i gładząc po głowie. – A co do niewidywania się…jak widzisz, jesteśmy tutaj bez niego. Po prostu…Gerard bywa nadopiekuńczy. Chce mnie chronić. I...chyba go rozumiem – dodała ciszej, bardzo refleksyjnie, właściwie do samej siebie, poddając się jego braterskiemu uściskowi z ledwie słyszalnym westchnieniem ulgi. Mogłaby stać w tym miejscu, w słonecznej oranżerii, otulona jego ramionami przez całą wieczność. Przerażające i niepokojące podszepty dalej krążyły po jej organizmie, zatruwając jej i tak toksyczną krew, ale obecność Malcolma wyciszała je na tyle skutecznie, że była w stanie na razie odsunąć je na bok. I po prostu cieszyć się jego słowami i zapewnieniami. Może i była naiwna, ale naprawdę wiele dla niej znaczyły i pozwalały budować w jej głowie chwiejną wizję przyszłości. Swojej i swojego dziecka, wychowującego się w…pełnej rodznie? Nowo odnaleziony wujek i dziadek; nie mogli znaleźć lepszego czasu na powrót do jej życia.
- Wolę nie zapeszać, ale…Regis. Prawdopodobnie – odparła, opierając czoło o jego koszulę i odruchowo przesuwając dłonie na brzuch, ukryty pod obszerną sukienką. Niepotrzebnie; kończyła dopiero trzeci miesiąc i jej syn miał może kilkadziesiąt milimetrów, czyniąc jej ciało zaokrąglonym, ale jeszcze niejednoznacznie. Czuła się jednak swobodniej w tym luźniejszym ubraniu. Jakby znów była za szczupła, młodziutka i drobna, bezpiecznie wtulając się w Malcolma. – Możemy utrzymywać kontakt? Ja…chciałabym cię widywać częściej. Poznawać cię. I żebyś ty mógł poznać mnie…a właściwie nas– zaśmiała się cicho i trochę niedorzecznie, w końcu odklejając się nieco od jego koszuli, by przesunąć ręką po swoim brzuchu. Troskliwie, instynktownie, co znów wywołało na jej twarzy szczery uśmiech.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
http://panem.forumpl.net/t1898-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1374-malcolm
http://panem.forumpl.net/t1373-malcolm-randall
http://panem.forumpl.net/t1796-malcolm
Wiek : 39 lat
Zawód : bezrobotny, dowódca Kolczatki
Przy sobie : paczka papierosów, zapalniczka, scyzoryk wielofunkcyjny, dowód tożsamości, broń palna, pozwolenie na posiadanie broni

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Paź 09, 2014 12:10 am

Pierwsze emocje, które zawładnęły Malcolmem i kazały mu wstać od stolika, powoli opadały, a on uświadamiał sobie, gdzie leżał jego problem. Nie chodziło wcale o świat walący się na głowę, sypiącą się organizację, ani dyszące mu w kark widmo Ginsberga; te wymówki były dobre na chwilę. Przecież zmagał się z tym nie od dzisiaj, poza tym - sam wybrał sobie taką ścieżkę. Mógł siedzieć cicho, wykorzystując szansę, jaką dało mu fantomowe poparcie udzielone Coin i dobrze wymierzone w czasie usunięcie się w cień, w którym notabene powinien był pozostać, zamiast wyciągać zestaw żołnierzyków i bawić się w osobistą wojenkę. Nie, nie mógł wnosić w życie Maisie własnego, klejącego się do butów bagna i udawać, że to ono jest źródłem nieporozumień. Bo przecież prawda leżała głębiej i była znacznie mniej skomplikowana; on po prostu nie wiedział, jak być częścią rodziny. Pozbawiony jej od najmłodszych lat, zdany jedynie na siebie, zapomniał jak to jest troszczyć się o kogoś. Był pod tym względem wybrakowany, w pewien sposób ułomny; dziwił się, że Nicole znosiła cierpliwie wszystkie problemy, jakie przynosił ze sobą do jej mieszkania... i życia. Przecież już teraz dostawała pogróżki okraszone jego nazwiskiem, a jedna z ich pierwszych randek skończyła się napaścią i domowym wyciąganiem kuli z rany postrzałowej.
- Nie musisz. Przepraszam - powiedział cicho, niemal od razu żałując, że poruszył kwestię jego rozmowy z Gerardem. Coś mu mówiło, że słowa, które wtedy padły, miały w domyśle pozostać w obrębie ścian palarni, a nie zakradać się (jak unoszący się tam dym?) do tej pozornej oazy spokoju. Nie chciał też ciągnąć Maisie za język; sam nie powiedział jej wszystkiego i nie przypuszczał, by kiedykolwiek miał to zrobić. W jego szafie było zbyt wiele trupów, niektóre zaczynały już nieładnie pachnieć, a ruszenie jednego z nich, groziło uwolnieniem lawiny zwłok. Nie dosłownie oczywiście, ale... no właśnie.
Wciąż jednak nie potrafił nie skrzywić się, gdy z ust siostry padały usprawiedliwiające jej opiekuna słowa, bo za każdym razem miał wrażenie, jakby myśleli o dwóch całkowicie różnych osobach. Czy to było możliwe, że naczelnik więzienia zmieniał się w towarzystwie dziewczyny nie do poznania, czy może to ona przeszła pod jego opieką swoiste pranie mózgu? Wolał nie rozważać tej drugiej opcji, bo nie potrafił tego robić, bez wywoływania w sobie żądzy mordu. A ta nie była raczej pożądana, biorąc pod uwagę, że już wkrótce mieli zostać rodziną.
Prawie się zaśmiał; ostatnio był stanowczo zbyt często zmuszany do redefiniowania tego słowa.
- Najważniejsze, żebyś była bezpieczna - odpowiedział po chwili, gdyż był to najbardziej neutralny komentarz, na jaki był w stanie się zdobyć. Teraz, kiedy emocje już opadły, docierały go niego te wszystkie oczywistości, które w swoim egoizmie pominął. Miał przed sobą kobietę spodziewającą się dziecka; kobietę, która z definicji powinna mieć zapewniony spokój i poczucie bezpieczeństwa, a te były jej ostatnio nieustannie odbierane, i to często z jego udziałem. Uśmiechnął się do niej pokrzepiająco, wewnętrznie obiecując sobie poprawę, bo palące wyrzuty sumienia - tym razem znacznie świeższe niż te dwudziestoletnie - zaczynały na nowo mościć sobie miejsce w jego klatce piersiowej.
- Regis. Ładnie - powiedział automatycznie, chociaż nigdy w życiu nie słyszał jeszcze tego imienia i szczerze powiedziawszy nie był pewien, jakie odczucia w nim budziło. Wydawało mu się jednak, że było to coś, co po prostu w tamtej chwili należało powiedzieć.
Na jej następne słowa niemal drgnął lekko.
- Oczywiście - zapewnił, wciąż głaszcząc ją delikatnie po miękkich włosach - jednej z niewielu rzeczy, które pozostały takie same jak dawniej. W duchu cieszył się, że udzielała mu pozwolenia na istnienie w swoim życiu, a jednocześnie odczuwał jakiś dziwny niepokój na myśl, że w ogóle go o to pytała. - Masz mój telefon, możesz dzwonić, kiedy tylko będziesz czegoś potrzebowała. U mnie też jesteś zawsze mile widziana. - Zawahał się, zastanawiając się przez chwilę, czy powiedzieć jej o jego przypadkowym spotkaniu z Hugh, ale uznał, że zachowa tę rewelację na następne ich spotkanie - może kiedy samym uda im się poukładać swoje relacje przynajmniej do tego stopnia, żeby nie rzucali się sobie do gardeł. - Chodź, opowiesz mi coś jeszcze - powiedział zamiast tego, łapiąc ją za nadgarstek i ciągnąc z powrotem w stronę stolika.

| zt, chyba że Martynka jeszcze pisze <3


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Pią Paź 10, 2014 11:16 pm

Igrzyska rozpoczęły się na dobre, będąc po raz kolejny niczym innym jak rzezią niewiniątek, a sam Gerard musiał przyznać ze smutkiem, że flaki i posoka, która wylewała się z nowoczesnych ekranów, które ustawił także w swoim biurze (nie mógł przegapić wykorzystania Areny, która wreszcie stawała się dostępna dla ignorantów, którym nie zostały przywileje jak Ginsbergowi), nie stanowi dla niego żadnej rozrywki. Być może rację mieli przeciwnicy tego święta, bo formuła wydała mu się przestarzała. Zapewne z powodu braku możliwości wtargnięcia tam osobiście i zajęcia się po kolei każdym z dzielnych trybutów, którzy teraz zachowywali się jak zwycięzcy. Był ciekaw, dlaczego nie przyszło im nigdy wyciągać niewygodnych wniosków z przeszłości, która uczyła bardzo cierpliwe, że nawet po wyrżnięciu wszystkich w pień, nie będzie szczęśliwego zakończenia. Większość ludzi pozostawała jednak bezbrzeżnie głupia, kierując się emocjami, które nigdy nie pozwalały im na spokojny sen po morderstwie. Niezależnie od tego, czy było słuszne czy też nie, czy wymagało tego zagrożenie życia czy było kaprysem - niezmiernie bawiło go to, że zawsze mord pociągał za sobą kolejne osoby reakcją łańcuchową. Chętnie zatem sięgnąłby do duszy tych biednych dzieci, wyciągając z nich dowolnymi metodami - każdy kto znał Gerarda wiedział, że zna ich sporo - odczucia, jakie towarzyszyły im po śmierci kolejnego trybuta. Nie w celach uleczenia ich biednych duszyczek, które uniosą sie do nieba (bez grzechu starości poczęci); ale by móc pastwić się nad nimi samotnie. Nie rozumiał idei dzielenia się losami młodzieży z wszystkimi mieszkańcami Panem i obiecywał sobie lojalnie, że zwycięzcą zajmie się osobiście, dbając o to, by Kapitol przywitał go tym, co ma najlepsze (czyli nim) i by przeklinał za każdym razem, kiedy postanowił przetrwać za wszelką cenę. Głupiec (choć stawiał osobiście na Pandorę) jeszcze nie wiedział, że tak naprawdę najgorsze czeka go po zejściu z tego miejsca kaźni, które zdążyło pochłonąć już Evena.
Byłby hipokrytą, gdyby udawał, że przejął się szczególnie losem chłopaka, któremu obiecywał sponsoring i o którego przyszło mu zatroszczyć się tak dobitnie, że padł podczas rzezi na Rogu. Nie lubił popsutych zabawek, usuwał je ze swojej drogi ze stoickim spokojem człowieka, dla którego dyscyplina i porządek miały znaczenie. Dzięki temu utrzymywał się właśnie na powierzchni. Potrafił przewidzieć ruch ofiary i nie miał najmniejszych oporów, by się jej pozbyć ze swojej drogi. Większość przeżywała konieczność sięgnięcia po ostateczne środki, a Ginsberg lawirował między nimi bez końca, próbując całkiem bezskutecznie wzbudzić w sobie samym jakieś zainteresowanie, które mogłoby sprawić, że otworzyłyby się nim przed nim raz jeszcze drzwi, które uchylił podczas gwałtu na matce i córce, ale najwyraźniej nie mógł już pójść o krok dalej. Irytowało go, burzyło jego krew, doprowadzało do tego, że znowu więzienie spływało krwią, a on pochylał się nad ukochaną lekturą przez cały dzień, przyjmując każde przerwę w czytaniu jako osobistą zniewagę. Która kosztowała bardzo wiele. Nie rozumiał, czemu trzęśli się jak w febrze, kiedy zdejmował rękawiczki z nieprzytomnym uśmiechem wiecznego chłopca, który właśnie dostaje do swoich rąk zabawkę i nie zawaha sie jej rzucić (tak bardzo dosłownie) o ścianę, by patrzeć jak się rozlatuje, jakby każdy z jego więziennych przyjaciół był zbudowany z tektury, a nie tkanek i nerwów, które reagowały tak cudownie na każdy najmniejszy ból. A przecież nie było człowieka bardziej wyczulonego na takie zmiany jak Gerard, który sycił się jak wampir albo inny mityczny stwór wszystkim, co ludzkie, bolesne, wstydliwe i wprawiające jego ciało w przyjemne drżenie.
O tym musiał myśleć. Nie o Maisie, która właśnie przyjmowała swojego gościa w domu pod jego nieobecność. Gdyby to od niego zależało, to dopilnowałby tego, by Malcolm odwiedzał swoją siostrą w stanie wegetatywnym bądź martwym, zachowując się pewnie równie sztywnie jak wówczas, kiedy oddychał pełną piersią, wspierany tak bardzo przez swoją dziewczynę, która już mogła odliczać godziny do podążania za nią ścieżką umarłych. Być może miał coś w sobie z romantyka, skoro nie zamierzał ich rozdzielić, choć widok Randalla, który słania sie z bólu po stracie ukochanej i przypomina Orfeusza, żegnającego się z życiem raz na zawsze był dość... intrygujący. Całe szczęście (dla nich), że rzadko kiedy pozwalał sobie na realizowanie planu bez konkretnych założeń, więc nadal pozostawali pełni sił, a Ginsberg musiał zmagać się z brakiem zaufania, które kierował do swojej nieodrodnej córki. Nie przypuszczał, że powie komukolwiek o ich całkiem niewinnych igraszkach (zarejestrowanych przez nowoczesne technologie), ale instynktownie obawiał się tego, że jej brat sam wyciągnie dobre wnioski. Cóż, gwałty na córce może nie były pierwszym, co przychodziło do głowy, ale wiedział, że nie wygląda na czułego opiekuna, który z radością oczekuje na narodziny swojego pierwszego (według nich) potomka.
Przekonywał się o tym szczególnie mocno, kiedy wchodził do łazienki po całym dniu ciężkiej pracy, zostawiając więźniów i Almę Coin (musiał ją odwiedzić niedługo) w przedpokoju, gdzie zdjął jeszcze buty i rozpiął koszulę, uwalniając się od sztywnego kołnierzyka. Nienawidził służbowych uniformów, więc... ich nie nosił. Był doprawdy zblazowanym rządowym, który bacznie poszukiwał wzrokiem działacza opozycyjnego w swoim domu, ale oczywiście zdążył już wyjść. Pewnie wezwała go sama dziewczyna, która była przerażona kolejnym jasnym obrazem przed oczami, w którym traciła narządy wewnętrzne przez wyrżnięcie ich tępą żyletką. Uwielbiał te subtelne, prywatne żarty, które im serwował i które sprawiały, że miał całkiem dobry humor, kiedy znajdował się za plecami Maisie, spoglądając w lustro bez słowa.
Niegdyś wierzył w te wszystkie chore przesądy, według których ani szatan, ani wampir, ani też czarownica nie mogli przejrzeć się w gładkiej tafli, a jednak... Spoglądał bezczelnie wprost w oczy swojej córki i przypominał sobie grzeszne lata, kiedy Julie siedziała przed toaletką i próbowała uchwycić swoje dzikie piękno w pozłacane ramy - nigdy nie dziwił się temu, że się wymykały. Zapewne dlatego, gdy postanowiła dokończyć swojego żywota zadbał o to, by nie zasłonięto tego lustra. Chciał ją mieć, pragnął uwięzić jej duszę, nienawidząc ją w chwili bardziej niż za życia, które odebrała sobie z powodu ciąży.
Nic dziwnego więc, że teraz łapał Maisie za sukienkę, podciągając ją do góry.
- Rozbierz się - pierwsze dwa słowa po długiej rozłące, nie świadczyły one o tęsknocie i potrzebie oddychania w niej, ale o konkretnym zadaniu, którego cel pozostawał jasny tylko Gerardowi. Uśmiechnął się, próbując poczuć jej zapach i spojrzał na nią wrogo. Znowu była bardziej ich niż jego i mało brakowało, a już zacząłby ogłaszać wyroki śmierci. Musiał dbać o swoją jedyną córkę, nie chciała przecież dołączyć do jego matki, która gdzieś czaiła się w ramach, uderzając w nieprzeniknioną taflę szkła. Mógł być tylko dumny, że tak rzadko o niej myślał, wpatrując się w idealne proporcje swojego ciała w luźnej koszuli. Wieczny Narcyz, ale jego miała nie zgubić pycha i bezczelność, właściwie Ginsberg przypuszczał skromnie, że nie ma siły, która mogłaby go zmieść z powierzchni ziemi, kiedy stawał za córką i czekał na wykonanie powierzonego jej zadania.
Nawet jeśli zapach przesyciła nieznane woń, która od dziś już zawsze będzie kojarzyć mu się ze śmiercią.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Paź 14, 2014 2:28 pm

Kiedy zbrojone - i zadziwiająco lekkie jak na tak misterną konstrukcję - drzwi zatrzasnęły się za Malcolmem, Maisie poczuła niewyobrażalną ulgę. Nie, nie dlatego, że towarzystwo mężczyzny wydawało się jej nieznośne, wręcz przeciwnie, jednak w czasie tych kilku godzin (zasiedzieli się aż tak?) ilość emocji, wzbierających w jej ciele, stała się nie do wytrzymania. Od rozżalenia po złość, zahaczając przy okazji o nieracjonalną tęsknotę, obawę i rodzące się przywiązanie. Jak w wesołym miasteczku, gdzie można jednocześnie płakać, oglądając smutny spektakl, śmiać się przy klaunach, obawiać się tunelu strachu i po prostu cieszyć się tym nadmiarem doznań.
Niecodziennym; od kilkunastu tygodni była przecież zamknięta w czterech ścianach i to nagłe konfetti bodźców znów sprawiało, że cofała się do Maisie jedenastoletniej, ciekawej świata, podekscytowanej i jednocześnie zdezorientowanej. Malcolm zaszczepił w jej sercu ziarenko normalności i chociaż minęła dosłownie chwila od momentu, w którym po raz ostatni przytulił ją do siebie i pocałował ją w czoło, już czuła się dość obco w pustym mieszkaniu. Bez jego opowieści - także nie mówił jej wszystkiego; chyba obydwoje doskonale potrafili przemilczać niektóre kwestie - bez jego zapachu, bez stłumionego, nieco ochrypłego śmiechu. Została znów sama w cichych, chłodnych czterech ścianach.
I dopiero wtedy poczuła się samotna. Do tej pory tego nie zauważała, zbyt otumaniona łaską i awansem, jaki gwarantował jej Gerard, dając jej do ręki zdobycze najnowszych technologii, klucze do złotej klatki, oranżerię, doskonale wyposażoną kuchnię i przestrzeń, w jakiej mogła egzystować. Skazana na swoje towarzystwo. Nie narzekała, tłok i chaos przerażał ją bardziej niż ciasne pomieszczenia, ale dopiero stojąc w już posprzątanej na błysk kuchni, zorientowała się, że jednak brakowało jej kogoś.
Kogoś jeszcze, oprócz Ginberga, chociaż kiedy ta irracjonalna myśl pojawiła się w głowie Maisie ta aż się skuliła, nerwowo wykręcając ręce, jakby Gerard mógł odczytać te obrazoburcze pomysły i znów potraktować ją jak kiedyś, jednak...jednak równie szybko się wyprostowała, uspokajająco powracając do utartego, psychicznego schematu, jaki przedstawiała Malcolmowi.. Ginsberg ją kochał, opiekował się nią, nie dał jej skrzywdzić, wybaczył jej największe przewinienia i teraz tworzyli razem idealną rodzinę.
Powtarzała to jak mantrę, podlewając kwiaty, przygotowując kolację i w końcu - zabijając czas i dziwne, buntownicze myśli - zabierając się za sprzątanie łazienki. Typowa pani domu, żona, przyszła matka, perfekcyjnie odgrywająca swoją rolę na idealnie czystej scenie. Bezsensownie przestawiała nieliczne kosmetyki Gerarda, przewieszając jego koszule i w końcu przecierając i tak perfekcyjnie przejrzyste lustro. Bez ani jednej plamki, równie dobrze po drugiej stronie kafelków mogła stać jej siostra bliźniaczka, w identycznej niebieskiej sukience, z blizną nad brwią i blaknącymi piegami. Brakowało jej światła słońca; w tym sztucznym, jarzeniowym wydawała się niezwykle blada i nawet jej złotobrązowe oczy przygasały. Powracając do swojego naturalnego blasku, kiedy słyszała ciche kroki Gerarda w korytarzu i przywoływała na twarzy naturalny uśmiech. Obiecujący, poddańczy, uległy - chyba takim spojrzeniem mógł obdarzać swojego pana wierny pies, oczekujący nagrody a nie kopniaka na powitanie.
Dlatego odwracała się do niego powoli, wiedząc, że patrzy ponad jej ramieniem w swoje odbicie, jakby ona sama była tylko mało atrakcyjnym dodatkiem, wypełniającym przestrzeń między rzeczywistością a ułudą szklanego odbicia. Nie chciała w nie spoglądać, nie, kiedy rozbierała się z sukienki. Mało zmysłowo; nie rozpinała guzików i nie zsuwała materiału po biodrach, tylko podciągała ją do góry, ściągając przez głowę i odkładając na blat umywalki. Nieporadnie, z kompletnie rozczochranymi włosami i z ciągle tym samym spojrzeniem, jakim ukradkowo omiatała jego szyję, nie śmiejąc spojrzeć wyżej. Nie mówiąc już o żadnych wyrzutach; te tłumiła, chociaż ubezwłasnowolnienie paliło się w jej gardle żywym ogniem. Głupotą byłoby jednak wspominanie o tym, wspominanie o Malcolmie i okazywanie jakiejkolwiek radości z dzisiejszego spotkania - wiedziała, że od jej zachowania zależał kontakt z bratem i zamierzała zachowywać się bezbłędnie, naiwnie wierząc, że w końcu zdoła przekonać Gerarda do tego, że Randall stanowi część rodziny a nie jakiekolwiek zagrożenie. Pewnie dlatego posłusznie milczała, rozpinając biustonosz i zsuwając z siebie bieliznę, z taką samą dziewczęcą pokracznością jak wcześniej sukienkę. Po spotkaniu z Malcolmem bardziej czuła się zagubionym dzieckiem niż nakręconą zabawką Gerarda, chociaż wykonywała jego poświęcenia natychmiastowo, bez jakichkolwiek protestów, stojąc plecami do lustra i lekko obejmując się nagimi ramionami.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Paź 14, 2014 4:53 pm

Nie do końca rozumiał, czemu nadal pozostawał człowiekiem przesądnym. Zupełnie jakby matka - o której przyszło mu ostatnio myśleć za często, zwłaszcza w kontekście swojej ciężarnej córki - odchodząc, zaszczepiła w nim całą magię, skazując go w ten sposób na potępienie za wszystko, co uczynił jej, kiedy rozdzierał ich platoniczną relację i układał całkiem nowy porządek rzeczy. Pozostawał dla niej bóstwem, skoro miał tak wielką moc sprawczą i udławił się tym uczuciem, pozwalając sobie teraz na bezproduktywne wpatrywanie się w taflę lustra, które pozostawało przecież dla niego znakiem największej łaski. To w nim odbijał się każdy grymas twarzy Maisie.
Dobrze pamiętał, że każde dziecko powinno się strzec za pomocą pradawnych rytuałów, związanych z kolorem czerwonym - ile razy spłynęła krwią przy jego ofiarach (?) - a mimo wszystko, patrzył na nią kątem oka, próbując dostrzec odmianę. Nie wierzył w historie swojej rodzicielki o boginkach, które podrzucają swoje trefne dzieci na miejsce tych ludzkich, a mimo to, doskonale wyczuwał jakąś wrogość, którą jego córka próbowała nieudolnie ukryć. Nie wierzył, że stała się już gorliwym członkiem Kolczatki (ciekawe, czy wiedziała już o wyroku śmierci na Malcolma), ale każda taka sytuacja wytrącała go z równowagi.
Nie chodziło o to, że obawiał się, że mu się wymknie. Nie, był człowiekiem zbyt pewnym siebie i swoich metod wychowawczych, by wróżyć ich wielki krach. Zdawał sobie sprawę, że Maisie pozostaje pod jego wpływem i nie podważał samego siebie, kiedy łowił jej złudne (bo lustrzane) spojrzenia. Ginsberg nie zamierzał jednak pozwolić sobie na żaden krok w tył w ich relacji, więc irytował się dotkliwie, zdając sobie sprawę, że jedyne, co może go ukoić i przestawić na tory mniej morderczego myślenia to widok jej ciała.
Niedoskonałego. te strzępki skóry stanowiły mapę jego najdzikszych pragnień, które realizował niegdyś metodycznie, nie dając się opanować przez biologię, która wymagała od niego chronienia swojego dziecka, które miało przedłużyć gatunek. Wyszedł jej naprzeciw, znacząc Maisie wieloma bliznami, które teraz lśniły w jasnym świetle łazienki. Wiedział, że wówczas tym, że karze ją za srogie przewinienia, ale tak naprawdę... Dziś przyznawał się przed sobą ponownie, że jęk jej bólu i spazmy przyprawiały go o mocną erekcję i z każdym takim uczuciem, wzmagała się w nim chęć na więcej. Bywały epizody, o którym chciałby zapomnieć. Nie czuł się winny swojego zachowania, na szali u Ozyrysa z chęcią położyłby każdy raz, którym witał ją (wilgotny sznur to była dobra decyzja) w brutalny sposób. Nie mógł jednak pamiętać o tym, że jednak ostatecznie pozbywał się chęci zakończenia tego w popisowy sposób. Mogła nawet celować do niego nożem, a on pozostawał słaby i odczuwał to teraz boleśnie, kiedy wpatrywał się w podłużną bliznę, nie próbując nawet gdybać, co by było, gdyby nie chybił i ostrze utkwiło między jej mostkiem, tamując jej oddech na dobre.
Przez kilka chwil miał przekorną chęć, by ubrać ją ponownie, bo miał wrażenie, że sam ukręca sobie sznur, patrząc na jej znamiona ich miłości i nawet nie próbując bronić się przez całkiem zachłannymi ruchami jego rąk, które kreśliły na nowo obraz jej ciała. Nie miał za wiele wspólnego z artystami - poza wyobraźnią, oczywiście - ale teraz rzeźbił na nowo jej zdumiewające kształty, zachwycając się ciążą, jakby była jakimś biologicznym cudem. To nie było wzruszenie i apoteoza poczęcia, ale konkretne myślenie przyszłościowe, które uskuteczniał, by pozbyć się uczucia jej obcości.
Wzmaganego przez to, że nadal się zakrywała, kiedy stała do niego przodem. Odwrócił ją zdecydowanie, wykręcając boleśnie jej obie ręce i przypierając do ubranego siebie.
- Powiedziałaś mu, że cię rżnę w ten sposób i że to lubisz? Czy może pozwoliłaś mu na to, by w ciebie wszedł? - zapytał czułym szeptem człowieka, który z z rozrzewnieniem wraca do starych czasów i obyczajów. Pozostawał przecież nadal tradycjonalistą, upajał się historią, fanatyzmem, przesądami, więc nic dziwnego, że usiłował zatrzymać ich relacje na starych prawach. Był ortodoksyjny i to chciał jej przekazać, równocześnie ocierając się o nią.
Mógł już zacząć ją wprowadzać w nowe realia - musiał zdobyć powierzchnię do kolejnych zabaw, więc chciał zafundować jej wiele poprawek - ale sycił się obserwowaniem jej reakcji w lustrze. W ten sposób przekonywał i siebie, że są bezpieczni i odporni na wpływy z zewnątrz, które i tak prędzej czy później odejdą w niepamięć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Wto Paź 14, 2014 8:02 pm

Pierwsza - na dole pleców, tuż nad krzyżem. Gruba, poszarpana, jakby włókna wilgotnego sznura wbiły się już na stałe w jej skórę, oznaczając ją szerokim znamieniem. Gojącym się całe tygodnie; nie potrafiła wtedy łagodzić bólu, samobójczo walczyła o samą siebie i dlatego pierwsza blizna wydawała się największa, najciemniejsza i najbardziej odrzucająca. Dwunasta - na lewej łopatce, cienka, ale głęboka. Czterdziesta przecinała jej skórę pomiędzy piersiami z tak chirurgiczną precyzją, jakby naprawdę zamierzał wyciągnąć z niej serce i roztrzaskać je o ścianę. Siedemdziesiąta szósta tuż nad udem, rozerwanym praktycznie nożem, wielokrotnie. Setna i...
Tak, traciła rachubę; kiedyś jeszcze potrafiła opowiedzieć historię stojącą za każdą z blizn, znaczących jej ciało, ale po tylu latach i po ostrym procesie wyparcia nie pozostało praktycznie nic oprócz nauk psychicznych. Wiedziała, za co ją karał - to chyba było najważniejsze, bo zdążyła nienawidzić te obleśne i powodujące mdłości rany. Przecinające się wzajemnie, jątrzące się, zlewające w jedno wielkie rozszarpanie tkanki przy udzie. Upokarzające ją jako człowieka i jako kobietę, z natury piękną i bez żadnej skazy.
Problem w tym, że Maisie była właśnie chodzącą dysfunkcją, kimś połamanym i złożonym na niedościgniony i pogardzany przez współczesnych wzór. Zrozumienie znajdywała wyłącznie w oczach Gerarda. Perfekcyjna sytuacja manipulacyjna, zniszczenie i podniesienie z popiołów przez tą samą rękę; zniekształcenie i upodlenie, by nigdy już nie mogła decydować o sobie i by nikt na nią nie spojrzał w ten sposób. Niegodny, chociaż i tak znajdywali się ludzie nieświadomi ukrywanej pod ubraniami zgnilizny i brzydoty. Chowała się więc coraz bardziej, najpierw w za szerokich sukienkach, potem w drewnianych ścianach chatki a w końcu - w tym luksusowym apartamencie. Gdzie mogła być bez skrępowania sobą.
Nie do końca sobą, nową sobą, nie-sobą - to wszystko bolało wręcz psychicznie i nie chciała gościć w swojej głowie tych wyzwoleńczych myśli, jakie zaszczepiła w niej zwykła rozmowa z Malcolmem. Pokazująca jej, że można inaczej i że...Nie, nie, nie, musiała powrócić do jasnych ram i dlatego z ulgą (kolejna porcja?) przyjmowała mocne szarpnięcie za ramiona i gwałtowne wykręcenie rąk. Bolało, napięte kości trzeszczały i musiała prostować się niewygodnie, wyginając się przed nim w najbardziej ekshibicjonistycznej pozie, ale Gerard swoją siłą przywracał ją normalnemu porządkowi. Gdzie nie musiała myśleć, analizować i zagłuszać samej siebie.
Oddychającej ciężko, stojącej na czubkach palców i...nieco trzęsącej się na jego retoryczne pytania. Obelżywe, pogardliwe; najchętniej przyłożyłaby dłonie do uszu, udając, że go nie słyszy, ale mogła tylko stać z zamkniętymi oczami (nienawidziła luster i odbicia tamtej, poranionej Maisie) i kręcić gwałtownie głową.
- To mój brat. - wyszeptała tylko urywanie w odpowiedzi, zagryzając wargę, żeby powstrzymać lekkie mdłości. Nie ciążowe; po prostu takie słowa w kontekście Malcolma wydawały się jej przekroczeniem jakiegoś piekielnego tabu, ostatecznej granicy, po której spłonie żywcem. Kręciła więc dalej głową, włosy opadały na twarz ciemną kaskadą, oddzielając ją od ostrego spojrzenia Gerarda i jego niskiego tonu, automatycznie rysującego jej pod powiekami obrazy tak niegodne, że aż...nakręcające. Akcja-reakcja, poniżające nakręcenie na bodźce i Maisie wręcz skręcała się z dychotomicznego pobudzenia i nienawiści do samej siebie, reagującej na szept Ginsberga w ten niemoralny sposób.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Paź 15, 2014 2:48 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Sro Paź 15, 2014 9:45 pm



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1912-gerard-ginsberg#24485
http://panem.forumpl.net/t1854-ginsberga#23978
http://panem.forumpl.net/t1853-gerard-ginsberg#23974
http://panem.forumpl.net/t1864-notatki-z-literatury-i-nie-tylko#24244
http://panem.forumpl.net/t1863-ginsberg#24243
http://panem.forumpl.net/t1916-gerard-i-maisie-ginsberg
Wiek : 51 lat
Zawód : naczelnik więzienia, Betonstahlbieger
Przy sobie : leki przeciwbólowe, medalik z małą ampułką cyjanku w środku. stała przepustka, telefon komórkowy, paczka papierosów, broń palna.
Znaki szczególne : praktycznie zawsze nosi skórzane rękawiczki i wojskowe buty, nie rozstaje się z cygarami

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Paź 16, 2014 2:58 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1951-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t3200-drown-them-in-charity-lend-them-comfort-for-sorrow#49982
http://panem.forumpl.net/t1798-maisie-ginsberg
http://panem.forumpl.net/t1800-paradise-circus
http://panem.forumpl.net/t2192-maisie
Wiek : 25 lat
Zawód : córeczka tatusia
Znaki szczególne : po-ciążowa sylwetka, szaleństwo w oczach

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   Czw Paź 16, 2014 4:39 pm



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Gerard i Maisie Ginsberg   

Powrót do góry Go down
 

Gerard i Maisie Ginsberg

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 9Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

 Similar topics

-
» Maisie Ginsberg
» Elsa Dimgast

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje-