IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Sala bankietowa - Page 6

 

 Sala bankietowa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1889-noah-atterbury#24419
http://panem.forumpl.net/t249-noah-atterbury
http://panem.forumpl.net/t1314-noah-atterbury
http://panem.forumpl.net/t563-noah
http://panem.forumpl.net/t1190-noah-atterbury
Wiek : 19
Zawód : Kelner w 'Well-born' i student
Przy sobie : medalik z ampułką cyjanku, zapalniczka, broń palna, zezwolenie na posiadanie broni, paczka papierosów, nóż ceramiczny
Znaki szczególne : piegipiegipiegi
Obrażenia : Złamane serce i nadszarpnięte zaufanie

PisanieTemat: Sala bankietowa   Sob Maj 04, 2013 3:33 pm

First topic message reminder :

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1955-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t3422-relacje-fransa
http://panem.forumpl.net/t1264-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t853-frans-violator
http://panem.forumpl.net/f68-violator
Wiek : 34
Zawód : właściciel VIolatora, sutener
Przy sobie : Dowód, faje, zapalniczka, zezwolenie na broń, medalik z małą ampułką cyjanku w środku, zdobiony sztylet, latarka, scyzoryk, gaz pieprzowy
Znaki szczególne : Niewyspana, zmęczona morda, która chce ci wpierdolić

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Nie Sie 04, 2013 9:05 pm

Teraz dopiero czuł się jak dwudziestolatek, na kilka miesięcy przed swoim ni to tragicznym, ni to otwierającym nowe możliwości ślubem. Zabawa, szał, głupie pomysły. Uwalniał się w nim szaleniec, który nie chce się powstrzymywać. Z tym, że w tym wieku hamulce były silniejsze, ale wciąż istniała szansa na chwilowe zepsucie ich i uwolnienie starego-młodego Lyytikäinena.

Myślał, intensywnie, szybko, byleby nie wydać się aż nazbyt leniwym. Miał do czynienia z jakimś pokręconym artystą, zapewne. Albo pisarzem, albo tekściarzem, ale był to z całą pewnością artysta. Zwykli biznesmani i inni ludzie nie używają zazwyczaj tego typu słów, które on wybierał do stworzenia całego zdania. Dobrze więc! Artyści są bardzo prości do przerobienia, a efekt ich upicia jest zabawniejszy. I nie tylko to!... potrafili nieźle rozbudzić resztę towarzystwa.

Wszystko jest pojęciem względnym – zaśmiał się, klepiąc na pocieszenie pana Frobishera, jak gdyby chciał sprawić, żeby ten nie kłopotał się sprawą nieśmiałego filozofowania. Póty nie robił tego w nadmiarze, to czemu nie? A może już się nieco upił? Hmmm!...

Tak czy siak, takie zwiastuny nie powstrzymywały Fransa przed dalszym nalewaniem swojemu kompanowi, ale nie sobie. Z jednej strony żałował tego, że sam nie pił aż tyle, ile wypijał zazwyczaj. Tylko, że musiał nad sobą panować, żeby móc upić innych. Zasada numer jeden dobrej zabawy. Poza tym, miał w zamiarze dostać się do Cordelii, więc musiał być jako tako trzeźwy, żeby chociaż spróbować.

Jak można nie przepadać za alkoholem, panie Frobisher? Toż to jeden z lepszych wynalazków ludzkości, tuż po prądzie, żarówce i prasie. Pij pan i się nie przejmuj. To bankiet, sztywny bankiet, po alkoholu nie jest taki sztywny. A co do mojego planu, co ma pan na myśli przez „dotrzymanie” i w „daniu czegoś od siebie”, hm?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t783-rufus-benjamin-frobisher
http://panem.forumpl.net/t785-relacje-frobiszera
http://panem.forumpl.net/t1291-rufus-frobisher
http://panem.forumpl.net/t821-frobisher
Wiek : 24 lata
Zawód : pianista i kompozytor.

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Nie Sie 04, 2013 10:33 pm

Miło ze strony mężczyzny, że próbował choć trochę podnieść mnie na duchu w tej chwili upokorzenia filozoficznego, zapewne kolejnego bezsensu. Nie zmieniało to jednak faktu, że miałem poczucie, że zachowałem się dosyć głupio, przyznasz. Albo nie przyznawaj, to i tak wystarczająco już godzi moją cierpiącą dumę. Lecz gdyby z drugiej spojrzeć strony... Czy jest się czym przejmować? Przed nim? Daj spokój. Nawrót spokoju. A jednak, czułem osobliwy niepokój.

Iluzja. – To słowo utknęło mi w głowie, trzepocząc wśród myśli jak uwięziony w siatce motyl. Przeważnie słodka, jakże ulotna, a jednak trwała. Stąd skojarzenie z fletem, grającym jakże słodką melodię wśród reszty instrumentów, będących jak prawdziwa orkiestra złości i smutku, aniołowie kary.

Śmiem jednak zauważyć, że wcale to a wcale nie dopadło mnie jeszcze ogłupienie, do którego najwyraźniej pragnął doprowadzić mnie mój towarzysz. Rozsądek opuszczał mnie wśród smutnych tonów „Sonaty Księżycowej”, wybrzmiewającej gdzieś w mojej głowie. Była zdecydowanie lepsza niż, proszę darować mi tę dosadność, muzyka, której pięciolinia mogłaby się nadawać tylko jako papier toaletowy.

Pan podobnie, Lyytikäinen. Zdrówko więc! – Uniosłem szklankę w geście toastu i wziąłem kolejnego łyka. Karuzela wciąż nie nadchodziła, będąc jedynie cieniem tego, co działo się ze mną teraz. Wychodzę na głupca, a samodyscyplina łka w kącie. Etyka pociąga za spust. - Będę mieć do pana drobną prośbę. Obietnica – zakładam, że zna pan takie słowo – jest tutaj nieunikniona. Zaś co do drugiej części mej wypowiedzi... – urwałem, łyka biorąc. Zaraz potem przechyliłem się tak, by móc powiedzieć mu coś (wśród tych rustykalnych dźwięków) na ucho. – Zależy co sobie zażyczysz, słodziutki.







Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1955-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t3422-relacje-fransa
http://panem.forumpl.net/t1264-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t853-frans-violator
http://panem.forumpl.net/f68-violator
Wiek : 34
Zawód : właściciel VIolatora, sutener
Przy sobie : Dowód, faje, zapalniczka, zezwolenie na broń, medalik z małą ampułką cyjanku w środku, zdobiony sztylet, latarka, scyzoryk, gaz pieprzowy
Znaki szczególne : Niewyspana, zmęczona morda, która chce ci wpierdolić

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Nie Sie 04, 2013 10:55 pm

Iluzja? Jak kto woli to wszystko nazywać. Równie dobrze, ktoś inny może interpretować to inaczej. Względność. Wszystko jest względne. Nawet ten bankiet. Jedni się bawią, inni walczą o przetrwanie, a Trybuci szczają w gacie z przerażenia przed areną. Nad nimi nigdy nie wisiała groźba Igrzysk, do tego roku. Znowu ktoś zginie, żeby ktoś zyskał rozgrywkę. Panem et circenses, a nie będzie buntu. Przerażające, aczkolwiek całkiem realistyczne.

Teraz jednak on sam chciał pobawić się w organizatora niezłej zabawy – bez względu czy dwuosobowej czy kilkunastoosobowej, czy kilkusetosobowej. Potrzebował nieco zabawy, żeby nie myśleć o zbyt wielu przygnębiających sprawach, które w tym pomieszczeniu, w tym budynku wydawały się potęgować jak nigdy.

Uśmiechnął się jednym kącikiem ust, kiedy usłyszał zachętę do picia. Nie, lepiej żeby ten jegomość nie chciał widzieć go pijanego i prowadzić z nim jakikolwiek dialog po pijaku. Aczkolwiek toasty są toastami, więc nalał sobie odrobinę i wypił, wciąż dolewając więcej panu Frobisherowi. Niech sobie artysta użyje, co nie?

Zdrówko – mruknął. – Prośbę? Zamieniam się w słuch… jak za każdym razem, kiedy słyszę to słowo. Tym bardziej, że mogę sobie w tym momencie zażyczyć czego chcę… hy, hy! – Zaśmiał się, aczkolwiek nie wiedział jeszcze, co mógłby wyciągnąć od tego pana. Jeszcze. Może niedługo coś wymyśli, z biegiem kolejnych wydarzeń… czy coś w tym stylu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
Wiek : 21
Zawód : Asasyn

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Pon Sie 05, 2013 12:26 am

Przez chwilę przysłuchiwała się rozmowie, w której przeplatały się tematy seksu, alkoholu, bolącej dupy i podobnych przyjemności. Ponieważ jednak wciąż przechadzała się krokiem leniwego Strażnika to nie starała się nawet wsłuchiwać w całość dysputy. Zaraz też im dalej szła tym inne fragmenty rozmów opływały jej uszy. Jedne ciekawsze, drugie mniej... Dziewczę podeszło do ściany i wyjęło z miski z orzeszkami orzeszka. Posolonego orzeszka. Przyjrzała mu się i w finale rzeczy zjadła. Zachrupał miło między jej zębami i został połknięty. W następstwie owego faktu wzięła w dłoń jeszcze trzy i trzymając dwa z nich w zamkniętej dłoni, a jeden obracając wróciła między ludzi. Bawiła się chwilę solonym orzeszkiem, a gdy doszła do przeciwległej ściany zjadła go i dyskretnie oblizała palce. Dość zmysłowo zresztą, ale kto by się przyglądał. Następny orzeszek przeskoczył między jej palce, by stać się obiektem zabawy. Jej bystre zielone ślepia przeskakiwały z jednej ludzkiej sylwetki na drugą. Każdej się przyglądała, analizowała, oceniała, nadawała jakieś imię i przechodziła dalej. Nie nudziła się, choć mogłoby to być zdecydowanie bardziej ekscytujące. Taką miała pracę, mniej więcej. Strażnicy Pokoju pilnowali sytuacji, a ona się rozglądała. Musiała być bystra i uważna. Bystra jak jeleń.
Zjadła kolejnego orzeszka i sięgnęła po serwetkę, by wytrzeć sól i tłuszcz z dłoni. Został jeszcze jeden orzeszek, którego trzymała między opuszkami palców. Co by tu z nim zrobić...


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t783-rufus-benjamin-frobisher
http://panem.forumpl.net/t785-relacje-frobiszera
http://panem.forumpl.net/t1291-rufus-frobisher
http://panem.forumpl.net/t821-frobisher
Wiek : 24 lata
Zawód : pianista i kompozytor.

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Pon Sie 05, 2013 2:19 pm

Proszę wybaczyć mi ten skomplikowany tok myślenia, z którego wyłania zaledwie szczegóły. Na myśli miałem iż iluzja jest wszystko, co nas otacza. Filozofii część kolejna, ale poświęc jeszcze trochę cierpliwości na moją skromną osobę. Podobny wniosek wyłonił się w moich przemyśleniach już jakiś czas temu, kiedy to usłyszałem o zabawnych badaniach, które pojęcia nie mam czego miały dowodzić. Nie pamiętam też kto i na kim je przeprowadzał, ale wyniki były zgoła interesujące. Jeśli im wierzyć, w oczach innych jesteś dwukrotnie bardziej interesujący niż w rzeczywistości. Kiedy zaś patrzysz w lustro - trzykrotnie. Nasuwa się pytanie: jaki więc jesteś naprawdę? To zastanawiające. Jednakże nie mam w zamiarach zanudzać Cię dłużej. Każdy musi wyciągać własne nauki, jak mniemam. Zrozumie jednak mój tok myślenia - względność i iluzja, cóż za ciekawy duet.

Wracając jednak do pana Lyytikainena nasze ukochane umlauty dodam potem, szarlatanie, czy może raczej tego demona jak mimowolnie nazwałem go w myślach - ponownie mi dolewał. Mój organizm nakazywał opanowanie; lekkie zawroty głowy. W myślach ochrypły, skrzekliwy głos Petrusa, próbującego doprowadzić mnie do porządku. Porządku, będącego pojęciem względnym, rzecz jasna. Odłożyłem więc szklanicę na bok. Sięgnąłem także do kieszeni swej marynarki. Wyjąłem niewielki skrawek papieru. Kwadratowe cudo, zwane też wizytówką. Obracałem ją chwilę w palcach, po czym schowałm z powrotem przez swoje niezdecydowanie. Bo cóż miałem zrobić? Złożyć swoją przyszłość poniekąd w rękach człowieka, którego każdy ruch wywoływał mój niepokój, śmieszną fascynację i niepewność? Daj spokój. Podobne zagrywki działają tylko w łóżku.

- Byłbym niezmiernie wdzięczny za informacje o naszym wspólnym znajomym, jak sądzę.- po krótkiej chwili milczenia, takie właśnie wypowiedział słowa. Przyznam, że nie przyszły mi one łatwo, a to jak Lyytikainen wypowiedział swoje, ponownie sprawiły, że poczułem się jak głupiec, w ogóle się do niego odzywając. Ale nie miałem innego planu, a co więcej - możliwości. Podobnie jak gry w karty, sytuacja wymagała ryzyka. Miałem też ochotę na papierosa. Niebywałą.

- Obawiam się też, że pańskie życzenia trzeba ograniczyć do takich, które nie miałyby mnie w przyszłości zabić. - uśmiechnąłem się lekko.

Kali przepraszać za błędy, ale pisać z la telefonissimo.







Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 21 lat
Zawód : Rzecznik prasowy prezydent Coin

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Pon Sie 05, 2013 5:34 pm

Start

Marley weszła do sali bankietowej wolnym, ale zdecydowanym krokiem. Była odrobinę spóźniona, ale najwidoczniej nie przeszkadzało to nikomu. Większość gości zajmowała się już niezobowiązującą pogawędką z innymi, próbowaniem przystawek i alkoholu. Wystarczył jeden rzut oka, aby zauważyć też kilka znudzonych osób. Najwyraźniej ich sposób spędzenia tego wieczoru, tak jak w przypadku Marley, ograniczał się do dwóch wyjść: oglądania telewizji w swoim domu lub pójścia na bankiet, co właściwie wydawało się tak ciekawe jak pierwsza opcja, z tym, że odbywało się na żywo. Właściwie był tylko jeden prawdziwy powód, dla którego zdecydowała się w ogóle opuścić mieszkanie – sponsoring.
Nigdy nie należała do wielkich fanek Igrzysk, szczerze mówiąc nawet nie rozumiała tego całego zamieszania, jakie kręcono wokół nich przez te wszystkie lata. Mogłyby nigdy nie istnieć, a jej życie toczyłoby się dalej. Jednak w tym roku postanowiła okazać odrobinę zainteresowania, może nawet uważniej się im przyjrzeć. Wiedziała, że na bankiecie mają pojawić się mentorzy, którzy na pewno będą poszukiwać kogoś, kto na arenie pomoże im podopiecznym. Ona była w stanie to zrobić. Chociaż trochę. I być może nawet zdecydowałaby się, gdyby tylko natknęła się na odpowiednią osobę…
Dłuższą chwilę rozglądała się ciekawie po sali i w końcu jej wzrok zatrzymał się na jakiejś twarzy. Nie, to nie był nikt związany z Igrzyskami, ale jakoś kojarzyła tę twarz. Zrobiła jeszcze kilka kroków do przodu, potem podeszła do stolika i sięgnęła po kieliszek, starając się jednocześnie nie zwracać na siebie uwagi obserwowanej. Dopiero po chwili przypomniała sobie, kim jest. Pamiętała, że nie raz widziała ją w Trzynastce, choć nigdy ze sobą nie rozmawiały. Teraz też należy do rządu. Marley uśmiechnęła się pod nosem. Co mogła zrobić? Nie kojarzyła zbyt wielu twarzy, a na razie i tak było… nudno.  Obróciła się w jej stronę, a potem oparła niedaleko niej o ścianę. Zerknęła w jej stronę i wciągnęła na usta uśmiech.
– Zabawa jest przednia, prawda? – Zaczęła niezobowiązująco, a potem przechyliła kieliszek. Czuła jak alkohol rozgrzewa ją od środka. Od kilku lat starała się unikać go, jak ognia. Już prawie zapomniała jak smakuje. – Przy okazji nazywam się Marley – dodała, patrząc zachęcająco w stronę Abby, choć tamta nie wyglądała na nieśmiałą osobę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1955-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t3422-relacje-fransa
http://panem.forumpl.net/t1264-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t853-frans-violator
http://panem.forumpl.net/f68-violator
Wiek : 34
Zawód : właściciel VIolatora, sutener
Przy sobie : Dowód, faje, zapalniczka, zezwolenie na broń, medalik z małą ampułką cyjanku w środku, zdobiony sztylet, latarka, scyzoryk, gaz pieprzowy
Znaki szczególne : Niewyspana, zmęczona morda, która chce ci wpierdolić

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Pon Sie 05, 2013 5:39 pm

Skomplikowany tok myślenia albo zbyt prosty by nie pomyśleć o nim w zbyt skomplikowanej formie. Śmieszne, ale jakże prawdziwe, aczkolwiek warto wrócić do wirtualnej rzeczywistości jaką był bankiet, stojący naprzeciw Fransa pan Frobisher i w ogóle… to wszystko, co właśnie wychodziło w formie głosu z ich paszcz.

Po raz pierwszy Lyytikäinen nie wiedział co odpowiedzieć. Wspólny znajomy? Zmarszczył czoło, myślał intensywnie nad tym kto mógłby by owym znajomym. No kto? Prezydent Snow? Niee… to takie żarty, no ale kto mógł się nadawać na wspólnego znajomego Rebelianta i człowieka ze starego Kapitolu? To była dziwna prośba. Naprawdę dziwna. Zerknął na dłonie, w których niedawno obracała się wizytówka, ale została schowana jakby w jakiejś chorej obawie przed nim, Fransem L.

Uśmiechnął się słabo, aczkolwiek tajemniczo. Teraz przestał rozumieć tę rozgrywkę. Spokojny waleń zaczął trzepać swoją płetwą o niespokojny ocean, jeszcze bardziej go zaburzając. Złapał niespodziewanie podbródek jegomościa i ścisnął go wystarczająco mocno, jednocześnie przyciągając na odległość zaledwie kilku centymetrów od twarzy. Z tej odległości dałoby się wyczuć ziołowe perfumy tworzone na własną potrzebę, domowymi metodami w Violatorze. Nutka lawendy i mięty. Aczkolwiek zapach byłby niczym dobrym w porównaniu do wyszczerzonej gęby Fransa.

Naszym wspólnym znajomym, powiadasz pan? – Zamrugał uroczo rzęsami. – To znaczy?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
Wiek : 21
Zawód : Asasyn

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Pon Sie 05, 2013 6:06 pm

Różnorakie zastosowania posolonego orzeszka zajęły jej mózgowie tak potężnie, że miała ochotę rozchichotać się jak mała dziewczynka i wypróbować jeden z nich. Nie zrobiła tego jednak tak samo jak nie zastosowała w praktyce swych przemyśleń. Lubiła orzeszki ziemne ze względu na ich kształt i to, że nie wzbudzały absolutnie żadnych podejrzeń. Idealnie wchodziły w rany postrzałowe, jeśli oczywiście miało się odpowiedni kaliber pocisku. Po popularnych 9mm byłyby w sam raz. A, że posolone i owalne... Cóż, nie dość, że bolałoby jak diabli to jeszcze trudno złapać, a co dopiero wyjąć w jednym kawałku. Zaiste orzeszki były ciekawym obiektem badań.
Gdy ludzka sylwetka poczęła się zbliżać w jej kierunku, została obdarzona jedynie przelotnym spojrzeniem. Zielone wejrzenie prześlizgiwało się w końcu po każdym, kogo miało w swym zasięgu. Można było więc dojść do wniosku, że słodka Abi wcale jej nie zauważyła. Jednak gdy Marley podeszła bliżej, Gayle siłą rzeczy przekierowała na nią swą uwagę. Przekrzywiła nieco głowę, przyglądając jej się, a rozpoznawszy - uśmiechnęła samymi kącikami ust. Cóż to byłby bowiem za bankiet bez kolejnej z macek prezydent Coin?
- Zaiste niespecjalnie - odparła gładko, ale zaraz uśmiechnęła się szerzej. - Nie mogę jednak powiedzieć, żebym spodziewała się czegoś innego. Nie każdemu sprzyja aura tych wyjątkowych Igrzysk. Szkoda.
Samej Abigail zaś z pewnością tak. Trudno byłoby stwierdzić co cieszy ją bardziej - niekwestionowany triumf rebelii, czy też odpłacenie Kapitolowi pięknym za nadobne. Nie była stworzeniem bezmyślnie zawistnym, znajdowała jednak w tym wszystkim niemałą satysfakcję. Miała wcześniej co prawda nadzieję, że na Arenie tym razem wylądują dorośli, którzy bezpośrednio odpowiadali za miniony stan w Panem, a jednak... nie można mieć wszystkiego. Prawda?
- Marley, tak. - Powiedziała to tak, jakby potwierdzała znaną już sobie informację. Tak bowiem w istocie było. Abi mogła być tylko kolejnym cieniem bez imienia i nazwiska, ale Marley Hargrove była medialną twarzą Almy Coin. Była kimś, kogo zaginięcie wzbudziłoby falę pytań. Wypadałoby ją znać chociażby z tego powodu, a jak to w brudnej pracy Gayle bywało - zapewne też z paru innych. - Na imię mi Abigail i miło mi Cię w końcu poznać.
Uciekła ze spojrzeniem w stronę tłumu i chwilę milczała. Orzeszek na dobre skrył się w dłoni trzymającej wciąż tę samą serwetkę, której przed chwilą używała. Także jej twarz przybrała inny wyraz. Rozpłynął się radosny uśmiech, choć jego cień nadal tańczył w jej oczach. Była bardziej obojętna, tak jak przed momentem rozpoczęcia ich konwersacji.
- Sponsorujesz? - Niewinne pytanie zadane bez kontaktu wzrokowego. Jedynie kątem oka widziała cień sylwetki kobiety w momencie zadawania pytania. Nie znajdowała w niej zagrożenia, ale też nie poszukiwała go. Jeśli jakaś niemiła niespodzianka czaiła się w tłumie to był to raczej twarz zupełnie nie znana, lub znana aż zbyt dobrze.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t783-rufus-benjamin-frobisher
http://panem.forumpl.net/t785-relacje-frobiszera
http://panem.forumpl.net/t1291-rufus-frobisher
http://panem.forumpl.net/t821-frobisher
Wiek : 24 lata
Zawód : pianista i kompozytor.

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Pon Sie 05, 2013 8:44 pm

Niech mnie diabli, jeśli wcześniej spotkałem takiego człowieka. Spodziewałem się reakcji niemalże wszelkiej, lecz nie wykraczającej poza granicę cielesności choćby w tak niewinny sposób. Rzecz jasna nie wykluczałem żadnych jakze interesujących tego wieczoru następstw, ale teraz przeżyłem lekki zaskoczenie. Zmuszony zostałem niemal by unieść głowę (Lyytikainen był ode mnie wyższy) i spojrzeć w jego również zielone oczy. Nie ukrywam, że było to dosyć niekomfortowe że względów czysto technicznych. Rozluźnienie uścisku byłoby zadowalające.

Oczywistą rzeczą było, iż mężczyzna ten tak bezlitośnie ściskając mój podbródek, wiedzieć będzie chciał kim ma być ów znajomy, zresztą wyjawienie tego tajemniczego nazwiska było właściwie nieuniknione do kontynuowania ewentualnej współpracy. Jednakże odpowiedź okazała się zbyt trudna do udzielenia, zatem stałem chwilę jak ten słup. Ból nie był nie do zniesienia, a jego perfumy ładnie pachniały. Uśmiechnąłem się bezczelnie.

-Panie Lyytikainen, takie rzeczy... - wzrokiem wskazałem dłoń jego, na moim podbródku się zaciskajacą. - ... Możemy kontynuować prywatnie. - odjąłem więc jego rękę, siebie poniekąd uwalniając.

Jako że nazwisko, którego wymagał, chwilowo trudno mi przez gardło przechodziło, wypowiedzenie go starałem się opóźnić. Sięgnąłem po szklaneczkę w nadziei, że nadal stała na swoim miejscu. Ku mej radości stała, zatem wkrótce została do końca oprozniona. Kolejna dawka trucizny przyprawiła mnie o kolejną dawkę śmiałości. Buty podwyższały mnie nieco (choć jedna ich zaleta!), lecz wciąż niewystarczająco przez co musiałem wspiąć się znowu nieco na palcach by być bliżej Lyytikainenowego ucha. Zaiste, przyjemne miał perfumy. Wówczas wyszeptałem słowa następujące:

- Nie miałbym zresztą nic przeciwko.

Uśmiechnąłem się lekko, odsuwając. Jak długo jeszcze mógłbym próbować odwlec chwilę, w której wyjawić miałem ten istotny szczegół swej prośby, tak długo zamierzałem. A przecież - na boga! - leżało to w moim interesie.







Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1955-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t3422-relacje-fransa
http://panem.forumpl.net/t1264-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t853-frans-violator
http://panem.forumpl.net/f68-violator
Wiek : 34
Zawód : właściciel VIolatora, sutener
Przy sobie : Dowód, faje, zapalniczka, zezwolenie na broń, medalik z małą ampułką cyjanku w środku, zdobiony sztylet, latarka, scyzoryk, gaz pieprzowy
Znaki szczególne : Niewyspana, zmęczona morda, która chce ci wpierdolić

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Pon Sie 05, 2013 9:27 pm

Po Lyytikäinenie należy spodziewać się wszystkiego – także tego, że w obronie swoich znajomych, którzy mogli być wartościowi, będzie w stanie naruszyć czyjąś cielesną granicę. Nie wiedział kogo pan Frobisher miał na myśli, ale na pewno nie będzie paplać na lewo i prawo o swoich znajomych, dla których czasem byłoby lepiej, gdyby pozostali bezimienni, szczególnie dla Rebeliantów. Tak więc o kogo chodziło? Nie wiedział, ale miał zamiar wydobyć to z tego jegomościa, co zdecydowanie spotęgowała zachęta, wypowiedziana z ust „ofiary”.

Uśmiechnął się. Nie, nie miał na myśli jakiegoś wykorzystania o podtekście erotycznym, ale z cała pewnością pan Frobisher nauczy się nie żądać od biznesmenów informacji o kimś. O ile oczywiste ten ktoś jest znany im obojgu… a jeżeli już będzie miał tyle oleju w głowie, żeby sporo zapłacić, to dlaczego nie?... Nie. Nie. Nie. Zbyt dużo kombinatorstwa. A ten człek na pewno miał jakiś pociąg dla panów. Mimo to, Frans nie zniechęcił się odpychaniem i zwyczajnie chwycił pana F. za kark, po czym zaczął z nim wychodzić z sali bankietowej, zmuszając go do tego siłą.

Utniemy sobie bardzo niemiłą pogawędkę na temat informacji, panie F. – mruknął w drodze. – Prywatnie. Ale na pewno nie w takim charakterze, w jakim się to panu wydaje.

/ Nie wiem czy chcesz pisać od razu w jakimś hotelu, w którym potencjalnie mógł się zatrzymać Frans czy w windzie, czy gdzie. xd
Winda jest zajęta, proszę nam ją zostawić! c:
Jawohl, jawohl.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
Wiek : 29 lat
Zawód : Lekarz

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Wto Sie 06, 2013 12:18 am

Nikt nie zakłócał jej spokoju. Trochę szkoda, bo Sig doskonale pamiętała czasy, kiedy podchodzili do niej Kapitolińczycy i pytali się o pracę. O to, czy zwiększa się zachorowalność. Często też pytali ją o opinię na temat szczepionek przeciwko różnym chorobom. Niektórzy zainteresowani byli jej badaniami. Kiedyś jeden nawet ją pytał, czy będzie chciała sprzedać swój lek, by mógł produkować masowo. Wtedy akurat wybuchła rebelia, więc lek nie powstał nigdy. Był to lek na alergię. Redukujący zupełnie objawy uczulenia, a po dłuższym stosowaniu nadwrażliwość znikała. Sprawdzała ten lek na sobie. Sama była uczulona na pyłki brzozy. Teraz natomiast nie miała żadnych objawów podczas jej pylenia.
Dawne, dawne czasy, kiedy ludzie ją rozpoznawali, podchodzili i serdecznie z nią rozmawiali. Teraz natomiast była wręcz szczęśliwa, że jej nie kojarzą z Sigyn Stark, choć mogliby jako Annelise Harding. Potrzebowała rozmowy. Może niekoniecznie wyznań, ale normalnej rozmowy między ludźmi.
Opierała się przy ścianie przez dłuższą chwilę po czym ruszyła w stronę stolika z alkoholami i wzięła kieliszek szampana. Wypiła zdecydowanie za szybko substancję i wzięła kolejny kieliszek. Musiała się napić. Skoro nie mogła zająć swojego umysłu medycyną, albo rozmową to wolała się rozluźnić za pomocą alkoholu. Miała w tej chwili gdzieś to, czy się upije, czy nie. Wiedziała, że mimo nietrzeźwości nie wyjawi swojej prawdziwej tożsamości.
Usiadła niedaleko barku i stolika szwedzkiego. Zaczęła obserwować ludzi. Widziała Fransa. Zdziwił ją ten widok, bo ostatnim razem był w KOLCu i na pewno nie jest spoza Kwartału. Gdzieś po drodze widziała inne znane jej osoby. Nic ciekawego tak naprawdę.




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : Troublemaker
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Wto Sie 06, 2013 3:52 am

O 22.00 relacja z wywiadów trybutów została przerwana na rzecz rządowego komunikatu.

Drodzy mieszkańcy Kapitolu!
Nasi meteorolodzy donoszą, iż w stronę stolicy zbliża się niepokojący front, którzy dotrze do miasta w nocy z 21 na 22 lutego i może utrzymywać się przez kilkanaście godzin. Niewykluczone jest wystąpienie silnych burz śnieżnych i porywistego wiatru, dlatego dla własnego bezpieczeństwa, uprasza się o pozostawanie w budynkach aż do odwołania.


Informacja została wygłoszona dwa razy, po czym na ekranie ponownie zagościli trybuci, jak się jednak okazało - nie na długo. Kilkanaście minut później zza okien zaczęły dochodzić pierwsze odgłosy burzy śnieżnej. Wiatr wył przeraźliwie, zagłuszając muzykę, a zamieć ograniczała pole widzenia do zera. O 22.40 wysiadło zasilanie, a sala bankietowa, jak i cały budynek, pogrążyły się w kompletnej ciemności.


Do wszystkich na sali - mimo, że zostały podane godziny wydarzeń, na razie jeszcze nie musicie uwzględniać komunikatu, zwłaszcza, jeśli jesteście w środku wątków, które rozpoczęły się wcześniej. Jutro dodany zostanie post, który tę czasoprzestrzeń już wyrówna, na razie jednak macie w tym względzie pewną dowolność.
Rufus i Frans - do Was należy decyzja, czy zdążyliście wyjść przed 22.00, czy nie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 21 lat
Zawód : Rzecznik prasowy prezydent Coin

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Wto Sie 06, 2013 1:01 pm


Marley pokiwała głową, słysząc odpowiedź Abey. Jej samej aura igrzysk wyjątkowo szczególnie nie sprzyjała. Może było to spowodowane tym, że w ogóle jej tu nie czuła? Bankiet wyglądał według niej jak zwykła impreza urodzinowa kogoś naprawdę bogatego albo sylwestra. Gdyby nie telewizor, na którym wyświetlano urywki wywiadów i fragmenty szkolenia, pomyślałaby, że może jednak trafiła nie na tą imprezę, na którą się wybierała.
Na kolejne słowa tylko skinęła głową. Ona również znała Garneau z… właściwie to ją tylko kojarzyła. Trudno było nie kojarzyć twarzy związanych z dzisiejszym Rządem, ale Abey spotkała wcześniej. W Trzynastce, zdaje się. Wcześniej ze sobą nie rozmawiały, ale raczej trudno było zapomnieć jej twarz.
Na chwilę zapanowała między nimi cisza. Marley spojrzała przed siebie i dokończyła swój drink, po czym odłożyła pusty kieliszek na stół. Zerknęła w stronę wejścia, gdzie jeszcze kilka minut temu stała. Widziała kolejnych gości-spóźnialskich, ale też zauważyła dwójkę wychodzących mężczyzn, z których jednego znała. Frobisher. Skrzywiła się ledwo zauważalnie. Nie przepadała za tym człowiekiem. Było w nim coś, co niesamowicie ją drażniło. Coś w jego stylu bycia. Ta cała melancholia? Aura spokoju, jaką roztaczał wokół siebie? Nie ważne w sumie. Dobrze, że jej nie zauważył.
Niespodziewanie Abigail odezwała się znowu, tym razem zagadując Marley o sponsoring. Hargrove zerknęła na nią uważnie, ale tamta w ogóle na nią nie patrzyła. – Nie wiem jeszcze. Może. – To nie żadna tajemnica, ale była gotowa się na to zdecydować. Mimo to nie chciała o tym mówić wszem i wobec. Wolała załatwić to po cichu, tak, żeby wiedziało o tym jak najmniej osób. – A Ty? W końcu jednym z celów tego bankietu jest ściągnięcie potencjalnych sponsorów.
A może nawet głównym? – dodała w myślach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
Wiek : 21
Zawód : Asasyn

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Wto Sie 06, 2013 2:43 pm

Jej uwagę również zwróciła wychodząca dwójka. A dokąd im tak śpieszno? Cóż tego wieczora będzie ważniejsze od samych Głodowych Igrzysk? Głośne zdarzenia rzucały długie cienie, w których wiele osób mogło się skryć. To zaś samo z siebie napawało ją niepokojem i chęcią odkrycia prawdy o naturze każdego z nich. Dzisiejszy wieczór miał pokazać jakie naprawdę panują nastroje w Panem. Przedsionkiem były to tego jeszcze zdarzenia z przejazdu rydwanów. Abigail lekko skrzywiła się z niesmakiem na tę myśl. Ludzie niczego się nie nauczyli, a czego by im nie dać - nadal pozostawali niezadowoleni. Przez tyle lat chcieli zapłaty za przelaną krew, a otrzymawszy ją nadal pozostawali niezadowoleni. Cóż, nie każdego da się uszczęśliwić, a zwłaszcza tych, którzy wcale szczęścia nie chcą. Ich strata.
- Nie da się ukryć, ale chyba nie wezmę w tym udziału - Uśmiechnęła się blado i zwróciła spojrzenie na Marley. - Dlaczego miałabym płacić za przeżycie ludzi, których zgromadzono tam na śmierć za grzechy ich krwi?
Dla Abi nie miało większego znaczenia kto wygra Igrzyska. Nawet jeśli będzie to panna Snow, lub inne dziecko dawnej szychy Kapitolu - nic to nie zmieniało. Każde z nich było zbyt młode by zagrozić władzy Almy Coin, a ich nazwiska budziły na plecach ludu nieprzyjemny dreszcz wspomnień. A może wcale nie miałoby być zwycięzcy? Czy nie byłby to piękny pokaz siły i faktu, że dla osób starego systemu nie ma już miejsca w Panem? Dawniej Snow rządził, Crane robił show, a Flickermann przyklejał wizytówki. I jak to się skończyło? Rebelia odbyła się zbyt niedawno, by dać o sobie zapomnieć. Rany nie zdążyły się zasklepić, a asasyn doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, że najlepszym sposobem na zaprowadzenie zmian nie jest rewolucja lecz ewolucja, aczkolwiek tu? W Panem? Przeszły ustrój nie niósł ze sobą nadziei, a obecny (mimo, że daleki od ideału) był najlepszym co mogło im się trafić w tych burzliwych czasach.
- Ideą tych Igrzysk jest odwet, ale sponsorować je będą Ci sami ludzie co wcześniej. Inne twarze, inne suknie i garnitury, ale to samo usposobienie. Lubią dawać nadzieję. Ja nie widzę w tym celu. - Wzruszyła lekko ramionami. - Uważasz inaczej?
Wbrew pozorom nie była to prowokacja, choć za prowokacyjną można było uznać wypowiedź Abby na ten temat. W innych kręgach wzbudzić mogłoby to mieszane uczucia. Jednak tu? Marley nie była do końca "ich", bo nie wychowała się w Trzynastce, a jednak budziła cieplejsze uczucia niż większość.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 21 lat
Zawód : Rzecznik prasowy prezydent Coin

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Wto Sie 06, 2013 8:33 pm

Oho. Albo Marley się wydawało albo rozmowa rzeczywiście schodziła na temat tabu. Cóż, póki żadna z nich nie palnie nic głupiego, wszystko powinno być w porządku.
– Tak, jest w tym sporo racji. To Kapitolińczycy wymyślili Igrzyska, doprowadzając do rebelii i w końcu muszą przełknąć to, do czego doprowadzili – przytaknęła, patrząc na dziewczynę. Nie chciała już wspominać, że sama pochodzi z Kapitolu. Ona jednak nie czuła się odpowiedzialna za to wszystko. Jak już wspominałam, nie była fanką Igrzysk, a do rebelii się przecież przyłączyła. – Z drugiej strony to jednak dzieciaki. – powiedziała, marszcząc brwi. Od kiedy przejmowała się losem jakiś dzieciaków z getta? Ach, no tak. Odkąd zobaczyła wśród nich dwie osoby z nazwiskiem Flickerman. Gdyby nie to, pewnie nawet nie przeszłoby jej przez myśl, by być na tej imprezie. A jednak jest. To znaczy, że prawdopodobnie zachowały się w niej jeszcze jakieś resztki współczucia, choć równie dobrze może to być coś innego. Na przykład poczucie obowiązku.
Tak, mimo wszystko wiedziała, że jest coś winna Caesarowi. W końcu to on przyjął ją do siebie w najgorszym okresie swojego życia. Zawsze, kiedy próbowała spłacić swój dług wobec niego, mówił, że nic mu się za to nie należy. Wtedy ona jak na złość jeszcze bardziej odczuwała potrzebę, żeby coś dla niego zrobić. Ale co mogła? Wtedy on był postawiony o wiele wyżej niż ona, a prawie wszystko, co miała, było podarunkiem od niego. Potem nadeszła rebelia i wszelkie wieści o nim zaginęły. Dzięki pani prezydent straciła nadzieję, że w ogóle żyje. Jednak wtedy pojawiły się Blue i Hope. Skoro one przeżyły, może i on miał na to szansę? Zostały jej dwa sposoby, żeby się tego dowiedzieć: udać się do Kwartału albo pomóc jednej z nich w wygranej. Niestety nie było szans, żeby obie przeżyły.
Po kolejnych słowach dziewczyny przez chwilę się nie odzywała. Nie było w nich tyle prawdy, co w ostatnich, ale mimo to trudno było się nie zgodzić. Mówią, że nadzieja matką głupich, ale bez niej niektóre osoby już dawno zapakowałyby sobie kulkę. – Bezcelowe… – westchnęła i zamyśliła się.- Nawet bez nich te dzieciaki mają nadzieję. Ktoś musi wygrać. Sponsorzy to podsycają, więc wszystko nabiera tempa, trybuci chętniej walczą o przeżycie. – Starała się jak najzgrabniej wyjść z sytuacji. Rozmowa naprawdę schodziła na coraz ciekawsze tematy, trzeba tylko umieć się pilnować, żeby nie popełnić niewybaczalnego błędu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
Wiek : 21
Zawód : Asasyn

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Wto Sie 06, 2013 9:39 pm

Temat istotnie był niebezpieczny, ale Abby nie sądziła by ktokolwiek miał je zgłosić za wymienianie takich poglądów. Nie oznaczało to, że tak się nie stanie, ale zawsze przecież można mieć... nadzieję. Złudną, chwiejną i łamiącą obietnice nadzieję. Starą przyjaciółkę śmierci.
- Trybuci z Dystryktów też były tylko dziećmi - przypomniała, nie wybrzmiał jednak w jej głosie zwyczajowy chłód, jakim barwiła podobne wypowiedzi. Nie miała ochoty na psucie sobie humoru. Z drugiej strony Trzynastka była wyłączona z udziału w Igrzyskach, a mimo to ona nigdy nie czuła się jakby była tą "trzecią" siłą. Bardziej utożsamiała się z uciskanymi Dystryktami niż rządzącym Kapitolem. Czy można się zresztą dziwić? W takiej myśli ją wychowano, a ona nie znalazła dobrego argumentu, dla którego to rozumowanie miałaby odrzucić. - Nie sądzę, że to idealne rozwiązanie, ale lepsze od alternatywy. I sprawiedliwsze. Niech choć raz oni poczują to co ludzie Dystryktów przeżywali za każdym razem gdy odbierano im dzieci, rodzeństwo i przyjaciół.
Wzruszyła lekko ramionami i ponownie potoczyła spojrzeniem po sali. Niewiele się zmieniało - ludzie stali skupieni w grupkach lub parach i prowadzili mniej lub bardziej ożywione dyskusje na miliard możliwych tematów. Relacja z wywiadów trybutów średnio ją interesowała, wcześniej widziała jedynie dwie, aktualnie ekrany przyozdabiała jakaś blondyneczka. Chyba miała na imię Beatrice, ale Abi nie była pewna, bo i nie słuchała specjalnie uważnie. A też jakoś nie zainteresowała się wcześniej wystarczająco by spamiętać imiona wszystkich trybutów.
- To też mnie zastanawia. Jak będzie czuć się wygrany tych Igrzysk i co dostanie w nagrodę. - Na jej wargach przez moment zadrgał drwiący uśmiech, ale szybko zniknął. To było już zbyt wiele, nawet jak na nią. Nie mogła otwarcie debatować o tym czy rząd wykaże się łaskawością i pozwoli mu trwać we względnym luksusie czy też pozbędzie się go ze sceny, gdy tylko temat Igrzysk przycichnie. Osobiście nie miała nic przeciwko żadnemu z tych rozwiązań, ale podsłuchujący mogli mieć inne opinie na ten temat.
- Drodzy mieszkańcy Kapitolu! Nasi meteorolodzy donoszą, iż w stronę stolicy zbliża się niepokojący front... - Przerwanie transmisji z wywiadów zwróciło ponownie jej uwagę w stronę ekranów - którzy dotrze do miasta w nocy z 21 na 22 lutego i może utrzymywać się przez kilkanaście godzin. Niewykluczone jest wystąpienie silnych burz śnieżnych i porywistego wiatru, dlatego dla własnego bezpieczeństwa, uprasza się o pozostawanie w budynkach aż do odwołania.
- Burzy śnieżnych, cudownie. Po prostu bajecznie - wymruczała pod nosem. To tyle w kwestii wieczornego obchodu. Pokręciła tylko głową. - Nawet pogoda się pieprzy bez uprzedzenia.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sro Sie 07, 2013 5:09 pm

Joseph także cieszył się, że nie powołał żadnego życia na ten świat. Nie podobało mu się na tym ziemskim padole aż tak, żeby ryzykować przekazanie swoich genów komuś, kto był bezbronny. I irytujący. Dzieci, aż się wzdrygnął. Unikał tego tematu jak ognia, zwłaszcza ze swoimi rówieśnikami albo osobami starszymi, które płakały nad losem swoich potomków. Więzionych, głodzonych, zaginionych; w każdym razie: w nie najlepszej kondycji. On sam nie zamierzał poświęcać się nigdy nikomu a już na pewno nie małemu, różowemu tobołkowi, wysysaczowi czasu, pieniędzy i uwagi.
Wolał wymieniać się informacjami z Catrice, przy ponownym, uważnym przyjrzeniu się jej sukience. Cud wąskiej techniki. Druga skóra. Nic nie dało się ukryć, żadnej niedoskonałości i przez chwilę zaczął zastanawiać się, czy idealna figura dziewczęcia nie jest dziełem chirurga plastycznego - w końcu ciężko było kiedyś spotkać w Kapitolu kogoś naprawdę...naturalnego. Postanowił jednak nie zakładać się samemu ze sobą; kiedyś zobaczy ją w pełnym świetle i sprawdzi, czy zostały jej pooperacyjne blizny czy też po prostu stoi przed rozkosznym cudem matki natury. I dobrej diety. I godzin ćwiczeń.
Ciekawe też, czy Sigyn też się zmieniła? W końcu zrozumiał, kogo przypominała mu kobieta, snująca się pomiędzy gośćmi i w końcu przystająca pod ścianą. Słyszał coś o tym, co się jej przytrafiło, ale przecież...miała zniknąć. A teraz widocznie się tu pojawiła. Albo miał przywidzenia.
Odstawił kieliszek na tacę akurat w chwili, w której poczuł przypadkowe muśnięcie czyjejś dłoni przy swojej kieszeni. Niewidoczne, nieznaczne, niezauważalne; nie spojrzał w tamtą stronę, po prostu je...wyczuł. Trzynasty zmysł, szesnasty rodzaj instynktu samozachowawczego, przyzwyczajenie - jakkolwiek. Dalej był wpatrzony w tłum, powrócił jednak wzrokiem do Catrice. Znów na jej wisiorek na białej skórze przy zarysowanych piersiach, znów dziękując swoim okularom.
- Powymieniamy się czym chcesz. Po trzecim, martwym dziecku - obiecał solennie i przypomniał mało subtelnie termin, uśmiechając się do niej; jednocześnie przejechał dłonią po jej nagim ramieniu, powoli, od delikatnej skóry łokcia aż do szczupłych palców. Tym razem bez odcisków po kurczowym trzymaniu sztyletu albo broni. Kontakt trwał krótko, ale o kilka sekund za długo, by nie niósł ze sobą żadnego głębszego przekazu. Chyba nie mógł doczekać się śmierci trybuciątek. - I...chyba ujrzałem ducha. A po drugiej stronie nie mam zbyt wielu przyjaciół, więc nie mam zamiaru nawiązywać kontaktu - dodał całkowicie zgodnie z prawdą, puszczając w końcu jej ciepłe palce, którymi przed sekundą się bawił. Na pewno wydawało mu się, że widział Sigyn, tak samo, jak był pewien, że ktoś wrzucił mu coś do kieszeni.
Wyciągnąłby to i sprawdził od razu, bez zbędnych podchodów, co nie byłoby zbyt mądre, ale w chwili, w której sięgał do kieszeni na ekranie rozbłysł komunikat pogodowy, przyciągający uwagę wszystkich. Akurat w chwili, w której wyciągał z kieszeni marynarki chustkę do okularów, do której przyczepiła się karteczka.
Nie musiał wpatrywać się w nią godzinami, ktoś nie pisał elaboratów. Wtrącił ją niezauważalnie z powrotem do kieszeni, ściągając z oczu okulary. Wytarł je powoli, mrużąc oczy przed światłem (dobrze, że nie było naturalne, inaczej pewnie krzywiłby się z bólu) i przyjmując do wiadomości...ważne fakty. Dwa. Powinien pojawić się na dachu (to pierwszy), z którego zapewne zwieje go śnieżyca stulecia (to drugi). Równanie wyszło banalnie proste, nie lubił tajemniczych podszeptów ani niesprawdzonych sytuacji, bezpieczeństwo przede wszystkim. I wygoda; tutaj miał alkohol, towarzystwo ciekawej kobiety i ducha Sigyn, wędrującego po sali. Założył okulary z powrotem na nos, rozglądając się po niezachwyconych minach gości. - To dość...poniżające, że po tylu wynalazkach i latach potęgi naszego gatunku ciągle może zaskoczyć nas coś tak prymitywnego jak burza - powiedział cierpko, opierając się o parapet okna, tuż obok Catrice. Szyby zaczęły nieprzyjemnie drżeć od wiatru, ale wolał koncentrować się na prostym nosie towarzyszki niż zirytowanych szeptach ludzi za sobą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t1914-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t741-catrice
http://panem.forumpl.net/t1285-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t1231-you-saw-her-walking-over-poison-ivy-leaves
http://panem.forumpl.net/t740-catrice
http://panem.forumpl.net/t3453-kwatera-catrice-tudor#55562
Wiek : 20
Zawód : Strażnik Pokoju [dawniej morderca]
Przy sobie : Mundur, kamizelka kuloodporna, krótkofalówka, telefon komórkowy. Broń palna, dwa magazynki, paralizator,
Znaki szczególne : BIały mundur, długie włosy, słodki uśmiech, zawiązany czarny męski krawat na prawym nadgarstku
Obrażenia : -

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sro Sie 07, 2013 6:15 pm

Mężczyzna, który skrywa oczy za szkłami ciemnych okularów, zawsze jest intrygujący. Catrice cieszyła się podświadomie ze swojego stroju i z głębokiego dekoltu, który najwidoczniej przypadł  jej rozmówcy do gustu. Złapała się na tym, że zaczyna rozmyślać  o tym, czy zdjąłby te okulary nocą… gdyby dała mu możliwość obejrzenia czegoś więcej, niż tylko nagich ramion i pleców.
Miała tylko dziewiętnaście lat… I tutaj, w Kapitolu, pewnie wyglądała jak idealne dzieło doskonałych chirurgów. Jednak to wszystko zawdzięczała długim i wyczerpującym treningom, biegom, skokom, walkom, pływaniu. Czasem miała dosyć. Ale Snow miał rację – jej ciało było tym, co przyciągało ofiary.
- Czym chcę… – powtórzyła z szerokim uśmiechem, celowo zbliżając usta do jego policzka. – Czym Ty chcesz się powymieniać…?
Ciekawił ją. Intrygował. Fascynował. Czuła słabość do mężczyzn tajemniczych. A właśnie takim typem był Joseph. Mężczyzną aż nadto pociągającym i diablo seksownym. Kiedy jej dotknął, bardzo, bardzo powoli, przeszedł ją lekki dreszcz. Czuła się tak, jakby bawił się jej skórą, obiecując coś więcej. Nagle
czekanie do śmierci trzeciego trybuta wydało się jej nieskończonością. W tej chwili trybuci mogli umierać setkami, tysiącami.
Gdy usłyszeli komunikat o burzy śnieżnej, Catrice westchnęła cicho, wręcz niedosłyszalnie. Zapadła ciemność; najwidoczniej była jakaś awaria wywołana wiatrem. Nie była specjalnie zainteresowana tym, co działo się na sali bankietowej.
- To dość...poniżające, że po tylu wynalazkach i latach potęgi naszego gatunku ciągle może zaskoczyć nas coś tak prymitywnego jak burza. – zauważył Joseph, opierając się tuż obok niej.
Ich ramiona były blisko siebie.  Za blisko. Za daleko.
- Lubię burze – oznajmiła spokojnie. – Są z jednej strony prymitywne,  z drugiej to czysty żywioł… Ktoś nawet powiedział, że dość… Namiętny.
Zaakcentowała delikatnie ostatnie słowo, patrząc na Salingera i przygryzając wargę. Cieszyła się, że jest tak ciemno. Ujęła jego dłoń i zaczęła powoli gładzić jej wierzch opuszkami palców, siłą woli zakazując kończynom drżenia. Nie chciała, by odkrył, jaki ma na nią wpływ.
- Mówiąc o śmierci trzeciego trybuta… – wyszeptała. – Masz na myśli trzeciego trybuta podczas rzezi czy trzeciego martwego po niej?
Przesunęła kciukiem po wnętrzu jego nadgarstka, jakby pytając, po co czekać do czyjejkolwiek śmierci.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sro Sie 07, 2013 7:47 pm

Dawno nie przebywał z kobietami w sytuacji mało oficjalnej. Dużo przedstawicielek płci pięknej podostawało się na wierzchołki grupy rządzącej, Coin chyba była feministką i pociągnęła za sobą wianuszek dziewczynek o podobnych poglądach, więc siłą rzeczy Joseph stykał się z swoimi współpracowniczkami dość często. W mniej lub bardziej intensywny sposób, nigdy jednak tak blisko, nigdy dłoń w dłoń. Oczywiście wiedział o nich więcej niż o Catrice, w końcu codzienny kontakt pozwalał na wykreowanie dość dokładnego obrazu człowieka i jego przyzwyczajeń, ale chyba poznanie ilości łyżeczek cukru do kawy nie równało się dotykowi delikatnej skóry. Nagiej. Przedramienia, rzecz jasna.
Kiedyś reagował na takie kokieteryjne zapędy alergiczne, spinając się i odsuwając od razu. Ze strachu. Dopiero gdy nabrał doświadczenia w flirciarskiej grze pozorów, nie zmieniającej się od tylu lat, mógł poczuć się pewniej. Bez nerwowego oglądania się za plecy, jakby ktoś miał mu wbić sztylet w szyję w chwili nieuwagi.
W dalszym ciągu był jednak zdystansowany, co zazwyczaj odpychało potencjalne zadurzone dziewuszki, widzące w Salingerze doskonałą, rządową partię, przepustkę do wystawnego i bezpiecznego życia. Tudor jednak nie należała do żadnej z tych kategorii. Może dlatego ją tolerował, ba, może dlatego czuł do niej pewną słabość.
- Informacjami. Wąsko pojętymi - odparł po prostu stanowczo, ignorując jej gorący oddech przy swoim policzku. Chciał znać listę osób do odstrzału; wiedziałby wtedy, kogo Coin nie darzy sympatią i...naprawdę potrafiłby wtedy nakreślić prawie idealną mapę stosunków politycznych w Kapitolu. Ale przecież nie będą rozmawiali o tym teraz.
Wiatr się wzmagał, widział ostre ściany śniegu, uderzające raz po raz w okna i prawie nie słyszał jej aluzyjnych słów. W tej chwili spadły w hierarchii ważności nieco niżej; Joseph bardziej dbał o własną głowę i jej niepodzielność z ciałem niż o odpowiadanie na jej subtelne metafory. Był mężczyzną, wolał konkrety.
- Nie namiętne. Niszczące - sprostował, czując jej paznokcie na swoim nadgarstku i...w tej chwili zgasło światło. Co - oczywiście, jak na starych filmach, które namiętnie oglądał - wywołało krótkie okrzyki zdziwienia i strachu. Nie wiedział żadnych świateł awaryjnych, nie działały lampy na zewnątrz. Ciemność.
Do której Joseph był przyzwyczajony; podczas gdy większość ludzi była zdezorientowana, jego oczy przyzwyczaiły się do mroku od razu. Znalazł więc dłoń Catrice i pociągnął ją do tyłu. Nie podobał mu się dźwięk trzeszczącego szkła w oknach; już widział jak pęka ono pod wpływem wiatru i on sam ląduje w szpitalu z odłamkiem szyby sterczącej w oku. - W czasie rzezi, rzecz jasna. Czyli zobaczymy się pojutrze - powiedział dalej spokojnie, prowadząc Tudor pewnie między gośćmi w kierunku wyjścia. Do którego zmierzało kilka spanikowanych grupek. Nie zamierzał jeszcze wychodzić, ale...to było sensowniejsze niż stanie przy potencjalnie niebezpiecznym oknie. - O ile szlag nie trafi tego miasta. - dodał melodyjnie; mówił przecież na ostatnim zebraniu rady o potrzebie dodatkowych generatorów energii, bez których Kapitol był sparaliżowany.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
Wiek : 29 lat
Zawód : Lekarz

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sro Sie 07, 2013 9:50 pm

Sigyn siedziała przez jakiś czas przy stoliku lustrując ludzi. W pewnym momencie ujrzała mężczyznę, który kogoś jej przypominał. Nie do końca wiedziała kogo, ale co jakiś czas zerkała w jego stronę. Oczywiście niemożliwe było by nie pamiętała kogoś. W końcu pamiętała wszystko. Mężczyzna jednak kogoś jej przypominał. Może to był ktoś kogo znała za młodu i do tego czasu się zmienił? Wiele osób znała z dawnych lat. Jedni byli dziećmi, drudzy nastolatkami, a inni młodymi ludźmi. Każdy mógł się zmienić nie do poznania, choć najłatwiej zmienić się było dzieciom. Maluchy zmieniały się z roku na rok i czasem trudno było rozpoznać daną osobę po latach. Mężczyzna jednak miał rysy twarzy, które widziała u dwóch osób. U brata i u kogoś, kto był przyjacielem Josepha Starka, starszego brata. Imiennik Josepha, Joseph Salinger.
Kiedy ostatni raz widziała go? Dawno, dawno temu. Pamiętała doskonale stare czasy, kiedy bawiła się z nim i bratem, gdy była małą dziewczynką. Nie zawsze chcieli się z nią bawić. W końcu byli starsi od niej o 3/4 lata, a w dodatku była dziewczyną, więc tym bardziej woleli sami wędrować i bawić się w odkrywców. Niestety jej brat wyboru nie miał i musiał się nią opiekować, więc byli skazani na nią. Z czasem przyzwyczaili się do jej obecności, bowiem przystosowała się do ich wymagań. Bić się nie potrafiła, ale doganiała ich w innych rzeczach, aż w końcu byli trzema muszkieterami, którzy nigdzie się bez siebie nie ruszali.
Wspaniałe czasy. Wspaniale... odległe. Co się działo z tym chłopakiem, którego znała? Jej brat już od dawna nie żył, ale ten Joseph żył. Żył i co ciekawsze wyglądał na takiego co świetnie sobie radził.
Nie podeszła jednak do niego. Był zajęty rozmową z jakąś kobietą, której wyglądu nie miała zamiaru komentować w myślach.
W tym czasie włączył się komunikat o burzy. Sig wstała zaraz po zakończeniu informacji. Musiała się gdzieś przejść. Właściwie to musiała pójść do toalety. Wypicie kilku kieliszków szampana i czegoś niealkoholowego robiło swoje.
Powolnym krokiem lawirowała między gośćmi w stronę drzwi. Po kilku chwilach już jej nie było.

//toalety damskie




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t1914-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t741-catrice
http://panem.forumpl.net/t1285-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t1231-you-saw-her-walking-over-poison-ivy-leaves
http://panem.forumpl.net/t740-catrice
http://panem.forumpl.net/t3453-kwatera-catrice-tudor#55562
Wiek : 20
Zawód : Strażnik Pokoju [dawniej morderca]
Przy sobie : Mundur, kamizelka kuloodporna, krótkofalówka, telefon komórkowy. Broń palna, dwa magazynki, paralizator,
Znaki szczególne : BIały mundur, długie włosy, słodki uśmiech, zawiązany czarny męski krawat na prawym nadgarstku
Obrażenia : -

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sro Sie 07, 2013 11:04 pm

Są takie momenty w życiu kobiety, że po prostu wie, iż musi się wycofać. Tak Catrice poczuła się, gdy usłyszała o wąsko pojętych informacjach. Cofnęła się więc i spojrzała na Josepha uważnie. Czego mógł oczekiwać, i jakie będą tego konsekwencje…? Nie wiedziała. Przy tym mężczyźnie czuła się zarówno pewna, jak i niepewna. Swoisty paradoks, nic dodać, nic ująć.
- Namiętność potrafi iść w parze ze zniszczeniem – stwierdziła spokojnie, niemalże nie zwracając uwagi na okrzyki zdumienia, wywołane przez awarię. Kwestia przyzwyczajenia? Czasem odnosiła wrażenie, że powinna żyć wyłącznie w ciemnościach, bo tylko one były jej jedynym, prawdziwym przyjacielem. Dźwigając brzemię swojego zawodu, Catrice Tudor doskonale wiedziała, że nie może liczyć na przyjaciół. Nie wśród obcych ludzi.
Pozwoliła, by odprowadził ją bliżej drzwi. Najwidoczniej Joseph, w przeciwieństwie do niej, nie czuł się komfortowo. Jej była obojętna pogoda. Miała ochotę po prostu wyjść na zewnątrz, nie kisić się dłużej w tym tłumie.
- Ciekawe, ile osób zginie w czasie tej rzezi pod Rogiem Obfitości. – nawet stojąc tak daleko od okien, wpatrywała się w nie, jak gdyby chciała policzyć wszystkie płatki śniegu.
Stojąc obok Salingera, odsunęła się nieco i splotła dłonie na piersiach. Kłamstwem byłoby  powiedzieć, że podobał jej się ten obrót spraw. Wręcz przeciwnie. Miała swoje nadzieje, ale one nie były stosowne. Ba, nie były nawet wykonalne. Nie teraz.
Kiedy obserwowała śnieżycę, szalejącą za oknem, przypomniało jej się stare podanie o statuach aniołów na cmentarzach. Ludzie wierzyli, że są to tajemnicze istoty, których planem jest zniszczenie ludzkości. Zastanawiała się, czy gdziekolwiek w Kapitolu był cmentarz…
- Dobrze. Powiedz mi wprost, jakie chcesz uzyskać informacje.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Czw Sie 08, 2013 3:26 pm

Catrice wypowiadała święte prawdy o namiętności. Od których sam Joseph trzymał się z daleka, zapobiegawczo hamując wszystkie mocniejsze odruchy serca czy też organizmu. Ciężko pracował, żeby wyciszyć swoją wolną wolę i poskromić instynkty, ale teraz, w trzydziestej trzeciej zimie na tej wspaniałej, zniszczonej planecie, mógł pochwalić się mistrzostwem w tej dziedzinie. Jeszcze dziesięć lat temu po prostu zaciągnąłby Tudor do toalety, całując ją mocno i zastanawiając się z jakiego materiału wykonana jest jej sukienka, a teraz... był dużo rozsądniejszy.
Nie ufał nikomu, zwłaszcza tak przebiegłej kobietce, która zapewne pozbawiła życia wielu sympatycznych ludzi. Byłby głupi, zabierając ją do siebie do domu ot tak. Już wiedział - i planował - że po prostu ją do czegoś przywiąże. W ramach bezpieczeństwa a nie przez chore fetysze, oczywiście.
Na razie jednak te wizje były odległe, chociaż dalej rysujące mu na ciele szlaczki z gęsiej skórki. Nawet wtedy, kiedy się odsunęła, włączając swój prawie biznesowy ton.
- Mam nadzieję, że niewiele. Szybka śmierć jest nudna, nie sądzisz? - spytał bardzo czarująco, w końcu Tudor znała się na sposobach wysyłania na tamten świat najlepiej. A przynajmniej tak podejrzewał, nie wiedział o niej wiele, co go frustrowało. A jednocześnie ciekawiło. Niszcząca namiętność, no tak, prawie zapomniał.
Zatrzymał się nieopodal drzwi, w małej wnęce. W pomieszczeniu robiło się coraz głośniej, to już nie były towarzyskie szepty a głośne rozmowy. W których niknęły ich urocze szepty.
- Chcę wiedzieć w kogo celuje Coin. - odparł po prostu cicho, opierając się plecami o kamienną wnękę. Nie zapomniał o karteczce w swojej marynarce, ktoś widocznie miał tutaj na niego oko, ale w tym chaosie rozpoznałby ewentualne zagrożenie. Dookoła nich ludzie byli zaaferowani ciemnością i bliskimi, zamkniętymi w innych budynkach Kapitolu. - I kto jest na jej liście osób niewygodnych. - dodał prawie wesoło, jakby opowiadał Tudor jakiś rozkoszny żart.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t1914-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t741-catrice
http://panem.forumpl.net/t1285-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t1231-you-saw-her-walking-over-poison-ivy-leaves
http://panem.forumpl.net/t740-catrice
http://panem.forumpl.net/t3453-kwatera-catrice-tudor#55562
Wiek : 20
Zawód : Strażnik Pokoju [dawniej morderca]
Przy sobie : Mundur, kamizelka kuloodporna, krótkofalówka, telefon komórkowy. Broń palna, dwa magazynki, paralizator,
Znaki szczególne : BIały mundur, długie włosy, słodki uśmiech, zawiązany czarny męski krawat na prawym nadgarstku
Obrażenia : -

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Czw Sie 08, 2013 4:22 pm

Mężczyźni. Dziwne istoty. Często macie kobietę na wyciągnięcie ręki, chętną kobietę, a zamiast tego potraficie smęcić godzinami.
- Szybka śmierć nie jest zła, chociaż mam wrażenie, że trafiło nam się w tym roku kilkoro chętnych do przedłużania agonii. - odparła Catrice, opierając się o ścianę wnęki. Nie musiała pewnie mówić na głos, że gdyby trafiła na arenę, byłaby jedną z osób chętnych do takich zabaw. W pewnym momencie swojego życia zorientowała się, że zadawać śmierć należy naprzemiennie - raz szybką, błyskawiczną, bezdźwięczną, a następnie taką, w której krzyki ofiary brzmią jak muzyka.
Przeciągnęła się leniwie, unosząc ramiona do góry i stając na moment na palcach. Lubiła się przeciągać, zwłaszcza wtedy, gdy czuła znużenie. Poza tym, nie sądziła, że ktokolwiek poza Josephem to zauważy, w końcu panowały tu iście egipskie ciemności. Czuła się odrobinę... Nieprzyjemnie zaskoczona. Rzeczy, które robiła, nie działały na Salingera, zupełnie jakby włączył sobie jakiś ciekawy mechanizm obronny. Czyżbyś był odporny na kobiety?, pomyślała, poprawiając nieco włosy. Żałowała, że nie związała ich w żaden szczególny sposób, dlatego też odwróciła się plecami do Josepha i zaczęła powoli splatać włosy w długi harcap, który miała zamiar zawinąć w kok. Ciekawiły ją jego.. Zachowania. Stark był o wiele łatwiejszym celem, poleciał po prostu na jej wygląd i głęboki dekolt. Nie musiała uciekać się do sztuczek by wiedzieć, że Tyrion miał na nią ochotę... A może i nadal ma, gdziekolwiek do cholery się podziewa.
- Tak myślałam... Chcesz dostępu do czarnej listy pani prezydent - mruknęła, zajęta włosami. Jej palce sprawnie rozczesywały i splatały kolejne pasma. Zawsze to robiła, gdy czuła się rozzłoszczona lub poirytowana. O tak, w tej chwili czuła się odrobinę... Rozjuszona.
Ton głosu Josepha, który dodał coś, brzmiał tak, jakby mężczyzna był wyjątkowo rozbawiony. Ciekawe, na co mu ta lista. Czyżby pan prowadzący gospodarkę tego cudownego kraju miał swoje plany...?
- Mają oko na wojskowych, uważają, że spieprzyli sprawę przy Paradzie Trybutów. Starają się objąć patrolami całe miasto, na wypadek pojawienia się Sabriel Kent i Connora Hendersona - zręcznie zawinęła splot w kok i utrwaliła go kilkoma spinkami, które miała wpięte po wewnętrznej stronie dekoltu sukni.
- Atenę Sky znaleźli podobno dzięki jakiemuś anonimowemu telefonowi. Chodzą też plotki na temat pobytu Sabriel Kent. Jakąś kobietę oskarżono o spiskowanie przeciwko Coin i wtrącono do więzienia.
Uśmiechnęła się lekko, prawie niedostrzegalnie. Upięte włosy odsłoniły szyję i kark. Niemal żałowała, że nie ma przy sobie broni, ale byłaby zbyt widoczna pod strojem.
- Reszty nie znam i nie mogę być pewna. Gdybyś zapomniał... - zawiesiła na chwilę głos. - Nie jestem oficjalnym członkiem rządu tylko trenerem. Nie trafiają do mnie wszystkie informacje.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Pią Sie 09, 2013 2:43 pm

Rzadko kiedy myślał o śmierci; była to perspektywa tak odległa, że nie zaprzątał sobie głowy wybieraniem rodzaju pochówku i załatwianiem testamentów. Sposobem zejścia z tego świata także. Mógł niefortunnie spaść ze schodów i złamać sobie kark albo zostać zastrzelony, gdy w końcu nowy reżim Coin się przewróci. Bywa. Kiedy umrze, nie będzie go to już obchodziło, więc nie przejmował się ewentualnymi problemami na łożu śmierci.
Co nie znaczy, że był nieostrożny. Uważał na siebie, cenił swoje życie, wierzył jednak podskórnie w kaprysy przeznaczenia, których nie mógł przewidzieć. Zgadzał się więc na to, co zaplanował mu szalony los, broniąc się raczej przed osobami niż wydarzeniami. To ludzie byli głównym zagrożeniem. Niezależnie, czy znajdowali się tutaj, na ciemnej sali, z legitymacją Strażników Pokoju czy wałęsali się w łachmanach po KOLCu, czekając komu by tu wbić nóż między żebra. Dzicz. W każdym człowieczym spojrzeniu.
W ciemności zawsze napadały go filozoficzne myśli, z którymi wyjątkowo nie walczył. Łatwiej było zignorować smutki swojego żywota niż obserwować sprawne, szczupłe palce Catrice, przeczesujące jej długie włosy. Wcale nie seksowne, o nie - tak sobie wmawiał - po prostu niewygodne. W każdej sytuacji. Przecież takim cudownym warkoczem można ją spokojnie poddusić.
Przyglądał się jej z czysto racjonalnym zainteresowaniem. Ciągle był w pracy, nie mógł pozwolić sobie na słabości, chociaż było mu naprawdę trudno. Wolałby, żeby naczelna morderczyni pani Coin była jakąś obrzydliwą staruszką a nie młodą dziewczyną o ślicznej buzi. Cóż, nie mógł mieć na to wpływu, znów wszystko zrzucił na barki losu, wysłuchując jej informacji.
Potwierdzających większość jego przypuszczeń i pokazujących, że stanowisko w rządzie nie jest tak słodkie i bezpieczne, jak mogłoby się wydawać. Skoro przeczesywali szeregi armii i Strażników, równie dobrze mogą przenieść się szczebel wyżej i zacząć uważniej obserwować niepozornych urzędników. Niezbyt miła perspektywa.
Miał jednak nadzieję, że w ciągu kilku następnych dni w końcu znajdą tą piekielną Sabriel i cała uwaga skupi się na jej ewentualnym pomocniku. Może nawet dojdzie do kolejnej widowiskowej egzekucji?
- Masz całkiem niezły zasób informacji jak na trenera - odparł tylko, kiwając jej lekko głową, czego mogła nie zauważyć w tym półmroku. Nie były to konkrety, te zdobędzie później i od kogoś innego, ale zawsze to kolejne powiększenie prywatnej bazy danych w głowie Salingera. Kto wie, kiedy przyda mu się jakiś strzępek informacji, dopełniający obrazu. Jak w tym całym zamieszaniu z potomkami Snowa, w które nieostrożnie się pakował.
Tym jednak zacznie się martwić jutro; na razie coraz bardziej irytowały go ciemności i brak jakiejkolwiek informacji o tym, kiedy przywrócą dostawy prądu. Miał też wrażenie, że robi się nieco chłodniej - czyżby padło też ogrzewanie? - i że nie tylko on staje się coraz bardziej poddenerwowany. Jeden z bogatszych sponsorów awanturował się gdzieś w kącie z jednym ze Strażników, kilka osób krzywiło się do swoich niedziałających telefonów.
Gdyby nie głośny wiatr za oknami i faktyczne opady śniegu Joseph mógłby zacząć się zastanawiać, czy czasem nie jest to jakaś wyszukana forma ataku niezidentyfikowanych wrogów Coin, ale widocznie...to tylko nieokiełznana natura.
- Moglibyśmy utknąć w jakimś bardziej sprzyjającym miejscu - powiedział po dłuższej chwili obserwacji otoczenia. Chętnie wróciłby do swojego cichego i skromnego - jak na rządowe standardy - mieszkania, z wygodnym łóżkiem... nie, nie myślał o łóżku, skądże znowu. Po prostu nie uśmiechały mu się kolejne godziny w towarzystwie swoich kolegów z rządu i nadętej śmietanki towarzyskiej Rebeliantów. Dobrze, że towarzyszyła mu Catrice.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 21 lat
Zawód : Rzecznik prasowy prezydent Coin

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Pią Sie 09, 2013 3:04 pm

Przepraszam, że tak długo.

Tak, Abi miała rację. Trybuci z dystryktów też byli tylko dziećmi. A jednak fakt, że tym razem pochodziły z Kapitolu przemawiał do niej bardziej. Było to trochę niesprawiedliwe, ale ogromny wpływ miał na to fakt, że stąd pochodziła i tu się wychowała. Czuła większą więź z Kapitolińczykami niż z mieszkańcami dystryktów, choć ostatnio coraz częściej obracała się wśród tych drugich. Co za przewrotność. Wszyscy jej najbliżsi zostali zamknięci w Kwartale, miejscu, na myśl o którym mimowolnie dostawała dreszczy. A co ona zrobiła z tym fantem? Nic. Po części dlatego, że nie mogła, ale też dlatego, że, no cóż, nie chciała. Czuła, że niektórzy sobie na to zasłużyli, a szczególnie ogromni fani Igrzysk. – To dobre rozwiązanie. To znaczy… odpłacić się krwią za krew, ale nadal nie jestem przekonana do tego, czy jest sens angażować w to dzieci. Może lepiej byłoby zorganizować Igrzyska dla dorosłych? – Jakie to głupie, że osoba, która należała do Rządu, miała tak mało do powiedzenia w tej kwestii. Marley już nie raz z trudem trzymała język za zębami. Niektóre słowa po prostu cisnęły się jej na usta same. Tak jak teraz. Chętnie dodałaby, że organizowanie kolejnego wydarzenia w tym charakterze jest popełnieniem tych samych błędów, co Snow. Mogli wymyślić coś innego, może bardziej humanitarnego. A jednak Coin sama prosi się o to, żeby ktoś zrzucił ją ze stołka. – Nie wiem z resztą. Wszystko i tak się już zaczęło, a mnie w sumie nie powinno to aż tak interesować – powiedziała szybko i wzruszyła ramionami. Spojrzała przed siebie i pomyślała, że naprawdę nie powinna się w to wtrącać. Coin dała jej szansę, która była zarazem przepustką do wygodnego życia. Mimo wszystko nie chciała tego stracić, narażając wizerunek swojego pracodawcy. A ona akurat miała dzisiaj sporo do powiedzenia.
– Czuć pewnie wyjątkowo dziwnie. Nagle z Kwartału ma się przeprowadzić do Dzielnicy Rebeliantów? – Uśmiechnęła się krzywo, dalej nie patrząc na dziewczynę. Doskonale wiedziała, co Abigail ma na myśli, ale specjalnie trochę zmieniła znaczenie jej słów. Chyba obie nie potrzebowały kłopotów, a nigdy nie wiadomo, kto jest informatorem. – To z pewnością będzie jeden z najciekawszych momentów tych Igrzysk. Pytanie tylko, jak ów zwycięzcę przyjmą rebelianci? – Tak o tym nie było mowy. Coin nie dała żadnej gwarancji. Czy te kilka miesięcy wystarczyło mieszkańcom dzielnicy na pogodzenie się z dawnymi mieszkańcami stolicy, którzy z taką pasją oglądali śmierć ich bliskich? Na pewno nie wszyscy.
Niespodziewanie wzrok Marley przyciąga przerwana relacja z wywiadów.
Drodzy mieszkańcy Kapitolu!
Nasi meteorolodzy donoszą, iż w stronę stolicy zbliża się niepokojący front, którzy dotrze do miasta w nocy z 21 na 22 lutego i może utrzymywać się przez kilkanaście godzin. Niewykluczone jest wystąpienie silnych burz śnieżnych i porywistego wiatru, dlatego dla własnego bezpieczeństwa, uprasza się o pozostawanie w budynkach aż do odwołania.
Słysząc komentarz Garneau uniosła kąciki ust. Najwyraźniej nie tylko Marley nie uśmiechało się spędzenie tu kolejnych godzin. Wypuściła powietrze ze zrezygnowaniem – Wreszcie ktoś naprawdę zadbał o wszystkich gości – stwierdziła z przekąsem. – Wreszcie zaczyna się coś dziać.
Mimo wszystko o wiele bardziej wolała wrócić do domu. Wolała sama sobie zapewniać rozrywkę. Może jednak głupio zrobiła, że tu przyszła? Przynajmniej teraz nie byłaby skazana na obecność tych wszystkich ludzi przez kolejny długi odcinek czasu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   

Powrót do góry Go down
 

Sala bankietowa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

 Similar topics

-
» Mała sala bankietowa
» Sala Bankietowa
» Sala Wejściowa
» Sala lustrzana
» Sala Przyszłości

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje :: Ośrodek szkoleniowy [w trakcie rozbiórki] :: Piętro bankietowe-