IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Sala bankietowa - Page 5

 

 Sala bankietowa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next
AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1889-noah-atterbury#24419
http://panem.forumpl.net/t249-noah-atterbury
http://panem.forumpl.net/t1314-noah-atterbury
http://panem.forumpl.net/t563-noah
http://panem.forumpl.net/t1190-noah-atterbury
Wiek : 19
Zawód : Kelner w 'Well-born' i student
Przy sobie : medalik z ampułką cyjanku, zapalniczka, broń palna, zezwolenie na posiadanie broni, paczka papierosów, nóż ceramiczny
Znaki szczególne : piegipiegipiegi
Obrażenia : Złamane serce i nadszarpnięte zaufanie

PisanieTemat: Sala bankietowa   Sob Maj 04, 2013 3:33 pm

First topic message reminder :

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1955-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t3422-relacje-fransa
http://panem.forumpl.net/t1264-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t853-frans-violator
http://panem.forumpl.net/f68-violator
Wiek : 34
Zawód : właściciel VIolatora, sutener
Przy sobie : Dowód, faje, zapalniczka, zezwolenie na broń, medalik z małą ampułką cyjanku w środku, zdobiony sztylet, latarka, scyzoryk, gaz pieprzowy
Znaki szczególne : Niewyspana, zmęczona morda, która chce ci wpierdolić

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 2:31 pm

/Poniekąd ze swojego pokoju przez bramę i etc., ale tak w praktyce pisania wychodzi na to, że z pokoju Mathy’ego; pozdrawiam Frans Destroyer

Kiedy był młodszy i miał jakieś dwadzieścia lat – jego nigdy nie pracująca, ale dobrze wyglądająca matka powtarzała: „w biznesie liczy się wygląd, mowa, zachowanie”. Frans, jako typ buntownika nie potrafił się do tego dostosować. Nigdy. Oznaką tego buntu były tatuaże, bluzki dawnych zespołów metalowych sprzed kilkuset lat… i pomyśleć, że to wszystko przytłumione, szare, nijakie – kiedy w dawnym Kapitolu, jakby się wydawało niemal wszyscy wyglądali mniej lub bardziej elegancko, ale jednocześnie jak choinki bożonarodzeniowe.

Dzisiaj chciał poniekąd się wystroić i pokazać, że nawet ludzie z Kwartału Ochrony Ludzkości Cywilnej pomimo biedy także potrafili ominąć główny cel przeciwnika i jako tako się dorobić, jednocześnie wciąż pozostawiając odrobinę luzu. Postawił włosy nieco do góry, chcąc wyglądać niemal jak Billy Idol z ciemnymi, kasztanowymi włosami. W tym momencie cieszył się, że żyje z kobietami, które muszą budzić zainteresowanie wśród mężczyzn i które na pewno w jakimś mniejszym lub większym stopniu znały się na wyglądzie. Jego ukochane pracownice – tuż po tym jak dowiedziały się, co się szykuje – natychmiast stanęły na rzęsach, żeby powybierać z szafy szefa ładniejsze ubrania i skompletować je w całość. Jedna z pracownic przyniosła cały karton otrzymanych za pracę kosmetyków i podmalowała kredką nieco jego oczy, aby były jeszcze bardziej… wyraziste. Nie lubił tego, aczkolwiek jeżeli kobieta tak twierdziła – może i nawet lepiej.

Ubrany więc tak, a nie inaczej wziął się za siebie, przybrał czarną koszulę, jeansy tego samego koloru, wypastowane glany oraz krwiście czerwoną marynarkę z wyszytą na czarno różą, która była znakiem rozpoznawczym dla Depechów, dla ich płyty „Violator” i dla samego baru i klubu muzycznego „Violator”, który to prowadził Lyytikäinen. Tak udał się do bramy, okazał swoją stałą przepustkę do Dzielnicy Rebeliantów i przedostał się za mury.

Kilka godzin później – po wpadnięciu do kawiarni, po przygotowaniu się psychicznie na taki, a nie inny krok – ruszył dalej, do Ośrodka w celu przedstawienia się jako sponsor Igrzysk, którym chciał być jak jasna cholera, za przeproszeniem. W taki sposób żył przez trzynaście lat! A od ponad trzynastu lat był tym wszystkim zainteresowany „dzięki” lub „przez” swoich rodziców.

Znowu musiał używać swoich gadek i innych tego typu zachowań, żeby przedostać się do sali bankietowej bez szwanku i żadnego urazu… no i przede wszystkim bez kłopotów. Nie chciał być w tym momencie problemem, bo chciał dać samemu sobie szansę na sponsorowanie… i kto wie czy udałoby mu się zobaczyć Cordelię… albo Katy! O!

Póty co stanął blisko wejścia, rozejrzał się po całym pomieszczeniu i dopiero po jako-takim ogarnięciu układu sali, zaczął się po niej przechadzać wolnym krokiem.


Ostatnio zmieniony przez Frans Lyytikäinen dnia Sob Sie 03, 2013 6:04 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t783-rufus-benjamin-frobisher
http://panem.forumpl.net/t785-relacje-frobiszera
http://panem.forumpl.net/t1291-rufus-frobisher
http://panem.forumpl.net/t821-frobisher
Wiek : 24 lata
Zawód : pianista i kompozytor.

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 4:17 pm

// bilokejszyn, po spotkaniu z Seyą. Zapewne ponownie z mieszkania Frobishera, bo gdzież by indziej.

Ostatnie dni bez komplikacji. Choroba wydaje się wspomnieniem. Ponownie mogę palić ile chcę. Petrus groził mi, że jeśli sam nie pójdę do lekarza, wezwie go do domu. Następnie wyzwał od cholernych masochistów (nie rozumiem dlaczego, nawiasem mówiąc) po czym przepraszał mnie wieczorem kiedy grałem jeden z Nocturnów. Chwila milczenia, jedynie dźwięki fortepianu. Zapanował względny spokój. „Dobra robota, Frobisher. Ach, byłbym zapomniał.”, powiedział, klepiąc się w kolano. „Będzie bankiet.”. Udzielił mi kilka informacji po czym odszedł, pozostawiając mnie wśród ciszy i kontemplacji.

Przyznasz chyba, że stosownym byłoby abym się na nim pojawił. Nie jest to oczywiście coś, o czym marzę. Przeciwnie, pokojówka kpiła ze mnie że wyglądam jakbym wybierał strój na swój pogrzeb, a nie przyjęcie. Razem z żoną Petrusa  (z którą, nawiasem mówiąc, ostatnio widziałem się dosyć rzadko. Na miejscu staruszka zacząłbym się tą sprawą interesować) kazały mi usiąść na miejscu i czekać. Usiadłem i czekałem. Lucinda, urocza i pulchna pokojówka, uczesała moje włosy doprowadzając je do względnego ładu, a żona Petrusa przyniosła mi stary garnitur w kolorze ciemnego seledynu, przetykanego srebrną i czarną nicią. Ponoć nosił go wcześniej Petrus, gdy był w moim wieku. Podziękowałem jej za tak wartościowy prezent. Poleciły mi ubrać także czarne spodnie, koszulę i szare buty (okropnie uwierające). Padłem ofiarą kobiecego entuzjazmu i czuję się jakbym przeżył tornado. Oczywiście potem przyklepałem włosy po swojemu.

Przez drobne komplikacje na bankiet dotarłem spóźniony. Pozostałości po chorobie objawiały się w pojedynczych kaszlnięciach, których czasem nie potrafiłem powstrzymać. Gości było pełno, czego zresztą powinienem się spodziewać; różne dekoracje, nadzwyczajne jedzenie, muzyka – tej zaś poświęcałem największą uwagę. Rozglądałem się za jakimś kieliszkiem, zrozum, bankiet bez kieliszka nie jest dla mnie bankietem. Wziąłem go do ręki i odwracałem się właśnie, przypadkowo wpadając na jakiegoś mężczyznę.

Najmocniej przepraszam. – powiedziałem, mierząc go wzrokiem jakby w poszukiwaniu plam, jakich mógłbym narobić. Wydał mi się znajomy na tyle, na ile to możliwe. A jednak nie mogłem przypomnieć sobie jego nazwiska. To zaś doprowadziło mnie do konsternacji. – Panie...? – zapytałem mężczyzny ubranego na czarno i czerwono.









Ostatnio zmieniony przez Rufus Frobisher dnia Sob Sie 03, 2013 6:42 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t1914-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t741-catrice
http://panem.forumpl.net/t1285-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t1231-you-saw-her-walking-over-poison-ivy-leaves
http://panem.forumpl.net/t740-catrice
http://panem.forumpl.net/t3453-kwatera-catrice-tudor#55562
Wiek : 20
Zawód : Strażnik Pokoju [dawniej morderca]
Przy sobie : Mundur, kamizelka kuloodporna, krótkofalówka, telefon komórkowy. Broń palna, dwa magazynki, paralizator,
Znaki szczególne : BIały mundur, długie włosy, słodki uśmiech, zawiązany czarny męski krawat na prawym nadgarstku
Obrażenia : -

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 4:17 pm

Uśmiechnęła się znacząco, bawiąc łańcuszkiem, którego zawieszka spoczywała bezpiecznie między piersiami. Był to mały szafir, oprawiony w srebro.
- Jakiś czas temu rozmawiałam z jednym z tutejszych psychologów. Miał wykład, na którym tłumaczył, że idea Igrzysk sięga tego, aby pokazać, że w każdej istocie ludzkiej drzemie zabójca. Kapitolińczycy... Nie przyjęli tego za dobrze.
W czasie gdy Joseph gryzł oliwkę, panna Tudor rozejrzała się uważnie po sali. Myślała o tym, co powiedział, o jej zawodzie. Ile osób, zgromadzonych tutaj, mogło znać prawdę o tym, kim jest...? Niewykluczone, że tutaj, na bankiecie, było wielu popleczników Snowa; a wśród nich na pewno krążyła plotka o pupilkach byłego prezydenta, którzy na jego rozkaz stawali się bezwzględnymi maszynami do zabijania. Nie była jedyna, nie. Ale zdaniem Snowa, była najlepsza.
- Wiesz, zależy mi na utrzymaniu tego w ścisłej tajemnicy. - nie miała ochoty opowiadać, że Alma Coin niechętnie rozpowiedziałaby, że ma na usługach kogoś, kto teoretycznie przynależał do wrogiego obozu. Ale Catrice była elastyczna, do jej zadań należało też dostosowywanie się do obecnych warunków. Tego nauczono jej w dzieciństwie.
- Muszę przyznać, że Hope Flickerman jest bardzo ciekawa - wróciła wdzięcznie do tematu trybutów. - Ma wspaniały dryg do roślin jadalnych... I podobno do materiałów wybuchowych.
Wszyscy trenerzy słyszeli już, komu przypisywano owy tajemniczy wybuch na hali treningowej. Czy jednak była to prawda...?
Catrice obróciła głowę i spojrzała na kobietę, która się im przypatrywała, posyłając jej zaciekawione spojrzenie.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 6:11 pm

Doskonale wiedział, dlaczego czuje do panny Tudor słabość. Potrafił rozłożyć na czynniki pierwsze swoje uczucia i uporządkować je w określonych szufladkach, upewniając samego siebie, że dobrze zainwestował swoje...zainteresowanie? Ciekawość? Na pewno nie zaufanie. Nie ufał nikomu i nawet najśliczniejsza buzia nie mogła go przekonać do ufania komukolwiek.
Aczkolwiek nie mógł zaprzeczyć, że Catrice była jedną z niewielu osób, które autentycznie lubił. Obydwoje pracowali wcześniej dla Snowa, obydwoje nosili ze sobą broń (zapewne zarówno wtedy jak i teraz), obydwoje byli na tyle sprytni, żeby jakoś odnaleźć się w nowej rzeczywistości, bez zbytniego szwanku na psychice czy ciele. I w końcu obydwoje stali tutaj, wśród swoich wcześniejszych wrogów, całkowicie akceptowani i wręcz pomijani w rozmowach i spojrzeniach. Wolał być niedoceniany niż wystawiony na świecznik; ludzie na samej górze zazwyczaj byli celem. Lepiej było stać w cieniu, tak jak teraz, przy stole, nie na środku sali, jedząc i prowadząc miłą rozmowę. Zabawną. Relaksującą. Prawie zapomniał o tym, że w rządzie robi się niespokojnie i każdy rozsądny człowiek spodziewa się jakichś niezbyt przyjemnych akcji w czasie trwania Igrzysk.
Zaśmiał się cicho, dźwięcznie na jej słowa o psychologu.
- Bzdury. Nie w każdej. W tak delikatnej dziewczynie jak Ty może drzemać co najwyżej przyszła matka - odparł wyraźnie rozbawiony. Była od niego ponad dziesięć lat młodsza i doskonale wiedział czym się zajmowała...zajmuje dalej?. Właściwie to wizja brzemiennej Catrice nieco go przeraziła, kobiety w ciąży zmieniały się w wariatki, ale przynajmniej byłaby przez kilka miesięcy nieszkodliwa. Powinien to sobie gdzieś zapisać, kiedy jego słabość do Tudor przeminie.
Na razie jednak jej towarzystwo mu odpowiadało, była bystra, łagodnie zmieniła temat, jej wisiorek na bladej skórze pobłyskiwał i po raz kolejny jego okulary przeciwsłoneczne okazały się błogosławieństwem, bo mógł się mu przyglądać bez posądzenia o wzrokowe molestowanie. - Wybacz, ale śmierć z powodu zatrucia jest mało widowiskowa. - westchnął tylko, o wiele ciekawsze były wybuchy. Czuł się trochę jak podekscytowane dziecko w oczekiwaniu na prezent. Od zawsze Igrzyska napawały go radością, to było jak oglądanie najlepszego filmu sensacyjnego z żywymi ludźmi, których znał. Mógł nawet wpływać na to, kto przetrwa, sponsorów przecież nie brakowało...Interakcyjna rozrywka. Dla całej rodziny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t1914-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t741-catrice
http://panem.forumpl.net/t1285-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t1231-you-saw-her-walking-over-poison-ivy-leaves
http://panem.forumpl.net/t740-catrice
http://panem.forumpl.net/t3453-kwatera-catrice-tudor#55562
Wiek : 20
Zawód : Strażnik Pokoju [dawniej morderca]
Przy sobie : Mundur, kamizelka kuloodporna, krótkofalówka, telefon komórkowy. Broń palna, dwa magazynki, paralizator,
Znaki szczególne : BIały mundur, długie włosy, słodki uśmiech, zawiązany czarny męski krawat na prawym nadgarstku
Obrażenia : -

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 6:31 pm

- Przyszła matka...? - spojrzała na Josepha, z trudem powstrzymując wybuch śmiechu i łzy rozbawienia. - Joseph, nie sądzę, żebym nadawała się na matkę...
O dziwo, dopiero dzięki jego słowom zaczęła zastanawiać się nad tym, jakie byłoby macierzyństwo. Kiedyś zapytała o to matkę, i usłyszała, że to piękny okres w życiu... Ale Catrice, mając zaledwie dziewiętnaście lat, nie myślała o byciu matką. W jej mniemaniu, to było za wcześnie na rozmyślanie o dziecku, porodzie, pieluchach, karmieniu, zakupach..
- Śmierć na arenie powinna być widowiskowa, przynajmniej w mniemaniu niektórych naszych trybutów. - uśmiechnęła się znacząco. - Byłbyś zdziwiony, ile padło pytań o trucizny, sposoby zabijania... niektórzy myślą nawet o zatruciu wody na arenie.
Przesunęła lekko kciukiem po obojczyku, przygryzając wargę. Znała Josepha od pewnego czasu i, co tu ukrywać, podobał jej się. Od zawsze miała skłonność do mężczyzn w mundurach, noszących broń. Czuła się przy nich zarówno niespokojna, jak i cudownie bezpieczna, jak gdyby była wciąż małą, delikatną dziewczynką. Minęło sporo czasu, nim była w jakiejś stałej relacji, a on... Najwidoczniej był nią zainteresowany
Odszukała wzrokiem jego oczy i przysunęła się nieznacznie, tak, by móc szepnąć mu do ucha:
- Miło, że uważasz mnie za... Delikatną...


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1955-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t3422-relacje-fransa
http://panem.forumpl.net/t1264-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t853-frans-violator
http://panem.forumpl.net/f68-violator
Wiek : 34
Zawód : właściciel VIolatora, sutener
Przy sobie : Dowód, faje, zapalniczka, zezwolenie na broń, medalik z małą ampułką cyjanku w środku, zdobiony sztylet, latarka, scyzoryk, gaz pieprzowy
Znaki szczególne : Niewyspana, zmęczona morda, która chce ci wpierdolić

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 6:43 pm

Nie rozumiał atmosfery, która panowała na tej sali. A może nie potrafił się dostosować do panującego nastroju wśród rebeliantów? Kto tam wie, ale kompletnie nie czuł się dobrze. Nie czuł niczego, co mogłoby ich łączyć. Zebranych ludzi mijał wolnym, leniwym krokiem, tylko po to, żeby móc im się lepiej przyjrzeć. Byli poniekąd taki sami jak on – ręce, nogi i głowę mieli, ale mimo wszystko wydawali się inni. To nie byli ci sami ludzie, z którymi kiedyś pracował w Jedynce, chociażby. Byli niemal jak obcy z innej planety, a on czuł się w sumie tak samo – jak taki obcy, pyszny paw z Kwartału. To co on myślał o nich, lepiej żeby nie odbiło się w niego rykoszetem.

Mimo wszystko uśmiechał się – tak jak on to potrafił najlepiej, czasem zatrzymał się obok kogoś na chwilę – chcąc co nieco podsłuchać. Zaraz jednak uważał takie bzdury za niczego warte farmazony o Igrzyskach, pracy i znajomych, których nie znał, więc „znikał” w poszukiwaniu kieliszka. Bądź co bądź, to dzięki alkoholowi poznawało się dość sporo ludzi, prawda?

Prawda. Wystarczyła chwila by ktoś wpadł na niego jak w znak drogowy, jadąc prawie dwoma setkami. Tu prędkość była z leksza mniejsza, ale… porównywalna. Frans zaklął po swojemu, pod nosem, na całe szczęście jego koszula i marynarka nie zostały uszkodzone, aczkolwiek poczuł, że koszula została nieco zmoczona. Całe szczęście, że na czerni nie było tego widać.

Och… – wyszczerzył się mocno, niemal boleśnie, na tyle na ile pozwalała mu jego twarz. – Kroczki się trochę pomyliły, co? – Zaraz jednak się opamiętał. Miał przecież rzucać się w oczy, ale przecież obiecał sobie, że nie będzie w nie kłuć. – Lyytikäinen – przedstawił się, wyciągając ku mężczyźnie prawą dłoń, w geście uścisku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 7:09 pm

- Nigdy nie wiesz, kiedy spadnie na Ciebie błogosławieństwo rodzicielstwa - odparł tylko, widząc jej rozbawienie i powoli zaczął poważnieć, obserwując kolejny wywiad i show Logana. Piękne stroje, oklaski publiczności i mały Florian, z widocznym bólem proszący o niepowtarzanie pytań o brata. Rodzina, rodzina była dla wielu najważniejsza na świecie, Cat nie powinna więc odrzucać od razu możliwości posiadania potomka, który zapłakałby nad jej ewentualnym grobem. Mógłby jej przekazać ten filozoficzny fakt, ale to było zbyt bezpośrednie i ironicznie, do tego nie był pewny, czy wyłapałaby życiową ironię.
Była jeszcze młoda, za młoda; kiedy on zabijał swoją pierwszą ofiarę - lat piętnaście, przemycała broń do Czwórki, miała rude włosy, zadarty nos i błagała o przekazanie czegoś swojej matce - Tudor była pewnie wyjątkowo rozgarniętą sześciolatką, nie wiedzącą jeszcze nic o świecie. Aż dziwne, że tak dobrze się z nią dogadywał, jak z dorosłą kobietą a nie jak z dziewczyną, która dopiero niedawno wykaraskała się z tarapatów dojrzewania.
Wprowadzając dzieci w Igrzyska, pokazując im jak widowiskowa może być śmierć. Nadawała się do tego. - Mieli więc wspaniałą nauczycielkę. W kwestiach przetrwania, nie zabijania, oczywiście - podsumował tylko, coraz bardziej ciekawy tych trybutów na arenie. Może początkowo źle ich ocenił; niedobrze, starzał się albo po prostu traktował wszystkie dzieci jednakowo, jako irytujące czupiradła, niewarte dokładnej analizy.
Nie zdążył jednak się zasmucić i wyciągnąć głębszych wniosków, bo poczuł intensywniejszy zapach jej perfum - zmieniła je odkąd pracowała dla Snowa? - i ciepło jej oddechu przy swoim uchu. Bliskość. Niebezpieczna. Nawet jeśli stała dobre kilka centymetrów od niego.
Daleko mu było do niedotykalskiego maniaka strefy intymnej (dwa metry, czy coś takiego), wręcz przeciwnie, nawiązywał kontakt fizyczny - wzrokowego nie mógł, okulary przeciwsłoneczne cały czas odgradzały go od ludzi - wzbudzając zaufanie. Poklepanie po plecach, podanie ręki, poprawienie ramiączka sukienki, delikatne przesunięcie palcami po odkrytym przedramieniu. To budowało napięcie i czyniło z niego przyjaciela.
Z Cat chodziło jednak o coś więcej. Wolałby, żeby szeptała mu na ucho plany Coin i listę osób do odstrzału, którą zapewne trzymała w szufladzie biurka. - Delikatną. Wrażliwą. Słodką. Uduchowioną. Ideał matki, powinnaś o tym pomyśleć. Może nawet wziąć urlop od pracy? - dokończył spokojnie, niewzruszony wpatrując się w jej wisiorek, rzecz jasna, nie na piersi, rysujące się pod wyciętą sukienką. Chętnie obnażyłby ją...ze wszystkich informacji, ale to byłoby tutaj strzałem w stopę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t783-rufus-benjamin-frobisher
http://panem.forumpl.net/t785-relacje-frobiszera
http://panem.forumpl.net/t1291-rufus-frobisher
http://panem.forumpl.net/t821-frobisher
Wiek : 24 lata
Zawód : pianista i kompozytor.

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 7:18 pm

Kląłem w myślach. Ledwo złapałem kieliszek, a już traciłem równowagę? Proszę Cię. Co będzie jak wezmę choć łyka? Szaleństwo, doprawdy, szaleństwo! Moja pamięć wciąż odmawiała współpracy. To było niemal równie męczące co melodia złośliwa i okrutna, której nuty tak trudno odnaleźć, pomimo, że powinno się je znać doskonale. Nie wyglądało jednak na to, żebym niegdyś zamienił z nim choć słowo. Jego uśmiech wydawał mi się wymuszony.

Ledwo wziąłem kieliszek, a już zachowuję się jak pijany, jak pan sądzi, to powód do obaw? – spytałem niby to wesoło (wszak w duchu wciąż nie potrafiłem się zadowolić). Niezbyt przyjemny początek znajomości, przyznasz chyba, choć wystarczający. A więc Lyytikäinen, jak się przedstawił. Jednak i to nazwisko mówiło mi tyle co psu „Requiemy”. Choć, przyznam nieśmiało, wydawało się bardziej znajome niż twarz. Skąd? Och, to dopiero pytanie. – Frobisher. – odpowiedziałem, wyciągając dłoń w jego kierunku.

To niegrzeczne, ale nie mogłem przestać mu się przyglądać ani przekonać samego siebie, że się nie znamy. Zorientowałem się, że przewiercam go wzrokiem dopiero po chwili, oczywiście zaraz rzuciłem spojrzenie ku czemu innemu, przywołując na twarz wyćwiczony uśmiech. Mój boże, czy wiesz jak trudno wyćwiczyć uśmiech na tyle, by pojawiał się na twarzy naturalnie?

Jeszcze raz proszę o wybaczenie. Zapewne nie będzie to moje jedyne dzisiejsze przewinienie, bo... Proszę mnie źle nie zrozumieć... Nie spotkaliśmy się nigdzie wcześniej, prawda? Albo inaczej! Z czego pan żyje? – zapytałem. Poczułem nieuzasadniony wstyd. To irracjonalne.







Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1955-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t3422-relacje-fransa
http://panem.forumpl.net/t1264-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t853-frans-violator
http://panem.forumpl.net/f68-violator
Wiek : 34
Zawód : właściciel VIolatora, sutener
Przy sobie : Dowód, faje, zapalniczka, zezwolenie na broń, medalik z małą ampułką cyjanku w środku, zdobiony sztylet, latarka, scyzoryk, gaz pieprzowy
Znaki szczególne : Niewyspana, zmęczona morda, która chce ci wpierdolić

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 7:43 pm

Był aż nadzwyczaj oglądany i czuł się w tym momencie jak jego pracownice podczas gry wstępnej z klientelą… albo podczas wybierania. Przerażająco-okropne, chyba dlatego wolał dać im ponad około pięćdziesięciu-sześćdziesięciu procent zysku z tego całego burdelowego biznesu. W końcu, to one traciły poniekąd wstyd i urok, tylko po to, żeby i on, i one mogły dość sporo zarobić. Aż z tego wszystkiego przypomniała mu się ta nowa, panna Crow, której nie potrafił sobie wyobrazić w scenie z jakimś byłą, grubą szychą ze starego Kapitolu. Okropne, okrutne, ale prawdziwe. Nie mógł inaczej jej pomóc. Bar sprzątali wszyscy, nie chciał zaśmiecać sobie papierów kolejnymi dziwnymi stanowiskami…

Aczkolwiek, teraz chodziło o tego jegomościa, który chyba chciał wypalić w nim dziury swoim wzrokiem. O co chodziło? Nie wiedział, ni w cholerę. Może był gejem? A to byłoby już zabawne! W końcu Frans lubił bawić się czyimiś uczuciami. Trochę bólu w życiu nikomu nie zaszkodzi, prawda? A pan… Frobisher na pewno zapamiętałby go z nieco złej strony.

Zdecydowanie – wypalił, zmieniając ton na znacznie przyjaźniejszy. – Aczkolwiek z każdej sytuacji są dwa wyjścia. Dobra i zła, ale nie chciałbyś o tym usłyszeć, Frobisher – tu uśmiechnął się uroczo na tyle, na ile można by było nazwać jego miny uroczymi.

Miał ochotę wybuchnąć śmiechem na jego kolejną gadkę. „Nie będzie to moje jedyne dzisiejsze przewinienie”? Ha, ha! Przez tą całą sprawę z kieliszkiem, przez jego interesy, przez rozmowę z Cordelią miał wrażenie, że wszędzie słyszy lepsze i gorsze podteksty. To zabawne i nieco… komiczne. Ziemia ma tyle lat, a wciąż ludzie opierają się na tych samych wartościach. A może nie? W końcu to on obracał się wokół Violatora, a Violator wokół niego, przez co odruchowo mógł myśleć sobie takie, a nie inne rzeczy.

Z burdelu na kółkach – odpowiedział machinalnie z nieco nieśmiałym, dziecinnym uśmiechem na twarzy i jakąś niewinnością w głosie, która mieszała się z naturalizmem. Brzmiało też to trochę jak kiepski żart-pyskówa na odczepne, ale jednocześnie było całkowicie prawdziwe. – Nie wiem, słodziutki – dodał w sprawie wątpliwej, wcześniejszej znajomości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t1914-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t741-catrice
http://panem.forumpl.net/t1285-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t1231-you-saw-her-walking-over-poison-ivy-leaves
http://panem.forumpl.net/t740-catrice
http://panem.forumpl.net/t3453-kwatera-catrice-tudor#55562
Wiek : 20
Zawód : Strażnik Pokoju [dawniej morderca]
Przy sobie : Mundur, kamizelka kuloodporna, krótkofalówka, telefon komórkowy. Broń palna, dwa magazynki, paralizator,
Znaki szczególne : BIały mundur, długie włosy, słodki uśmiech, zawiązany czarny męski krawat na prawym nadgarstku
Obrażenia : -

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 7:44 pm

Na ekranie pokazali właśnie Floriana. Catrice przyglądała się chłopcu z delikatnym uśmiechem. Miała nadzieję, że przetrwa rzeź przy Rogu Obfitości i zdobędzie łuk. Umiał odróżniać rośliny. Dałby sobie radę z kamuflażem. No i strzelał z łuku.
- Spadnie wtedy, gdy znajdę partnera, który będzie... - zagryzła wargę, nie umiejąc dokończyć wypowiedzi. Jaki właściwie powinien być? Przystojny? Nie zwracała uwagę na wygląd. Seksowny? Wierzyła, że każdy mężczyzna ma w sobie potencjał, wystarczy tylko spotkać odpowiednią kobietę. Szarmancki? Zdecydowanie. Nie zniosłaby tyrana, kogoś takiego z chęcią potraktowałaby sztyletem.
- Odpowiedni. - mruknęła cicho, okręcając pasmo włosów na palcu.
Uśmiechnęła się, słysząc jego słowa. Była jednym z wielu trenerów na hali i faktycznie miała tam sporo roboty. Kamuflaż, rośliny jadalne, strzelanie z łuku, umówiona sesja z Lorin, która nie wypaliła...
- Nie sądzę, żeby płacili mi akurat za naukę zabijania, ale muszę przyznać, że spodobało mi się uczenie ich. Hope i Florian są naprawdę cudowni. Świetnie mi się z nimi pracowało...
Przemknęło jej przez myśl, że mogłaby zostać Sponsorem któregoś z nich. Tak, to byłby całkiem niezły pomysł. Na razie jednak wolała skoncentrować się na Josephie i jego bliskości. Wiedziała, że ich zachowanie mogło być odebrane przez ludzi dookoła jako niewinny flirt, jednak w rzeczywistości była to gra o ustalonych zasadach. Oboje znali swoją wartość. Pracowali dla obojga, dla Snowa i dla Coin, mieli informacje, którymi mogliby się wymienić...
- Mówisz o mnie tak, jakbyś czuł niedosyt - zamruczała słodko, po czym zatrzymała idącego kelnera.
Porwała z tacy drinka przyozdobionego imbirem i cytryną i upiła łyk, ukradkowo oblizując usta. Smakował tak, jak powinien, co wywołało u niej delikatny, znaczący uśmiech.
Ciężko było ukrywać, znalazła się w obecności bardzo interesującego mężczyzny... I miała ochotę poznać go znacznie bardziej.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 8:37 pm

Odpowiedni. Cóż za kobiece konkrety - i wcale nie używał tutaj ironii. Z przedstawicielkami płci pięknej miał zawsze dobre kontakty, potrafił powiedzieć właściwe rzeczy we właściwym czasie i był niezłym słuchaczem. Zwierzała mu się matka, z siostrą łączyła go silna więź (aż do pewnego wydarzenia), otaczało go liczne stadko bliższych lub dalszych znajomych. Rzeczowych. Ewentualny przyszły mąż (ach, te urocze, nastoletnie pogawędki o dorosłym życiu dzień przed Dożynkami) miał być silny, odpowiedzialny, opiekuńczy. Pomóc im przetrwać. Tak było w dystrykcie, w Kapitolu pewnie chodziło raczej o wysokość peruki i odpowiedni kolor fraka. Niewiele się zmieniło?
- W takim razie życzę Ci powodzenia w szukaniu pana odpowiedniego - powiedział uprzejmie, w końcu odsuwając się nieco od stołu z jedzeniem i wziął Catrice pod ramię, prowadząc ją powoli w stronę jednego z okien, przechodząc pomiędzy mniej lub bardziej nadętymi osobnikami. Do kilku się uśmiechnął, z kilkoma wymienił zdawkowe przywitania, słuchał jednak Tudor uważnie.
Widział jak uśmiechają się jej oczy, kiedy mówiła o trybutach, których szkoliła. Nie mógł jej przejrzeć, nie wiedział, czy to szczera sympatia, czy po prostu perfekcyjnie wyważona gra pozorów, w której przypadła jej rola sympatycznej trenerki.
- Nie czujesz, że to praca...bez sensu? I tak zginą. Umiejętności, które pomogłaś im rozwinąć po prostu...przepadną. - spytał całkiem szczerze, kiedy w końcu doszli do jednego z wąskich okien, zostawiając za sobą ewentualnego podsłuchiwacza, o którym ciągle pamiętał gdzieś z tyłu głowy. Puścił też jej ramię, przestał czuć ciepło szczupłego ciała obok siebie i odsunął się nieznacznie, starając się zignorować odczucia, które wzbudziła w nim swoim mruczeniem. Naprawdę dawno nie miał kobiety. - Zawsze jest mi za mało. Jestem niepoprawnym hedonistą - odparł jednak wieloznacznie, poprawiając przeciwsłoneczne okulary, mógł je spokojnie zdjąć, zmierzch zapadł dawno, ale nie lubił, gdy ktoś patrzył mu prosto w oczy.
Z tego miejsca nie widzieli dokładnie ekranu, ale słyszał jakiś dziewczęcy głosik, mówiący o walce. O, w końcu ktoś pokazał trochę odwagi. - Crane, Vockins i... Atena. Oni zginą pierwsi - powiedział nagle, starając się pohamować swojego podekscytowanego mężczyznę i zaprząc do pracy podekscytowanego chłopca. Igrzyskami, oczywiście, nie słodko ironiczną morderczynią obok siebie. - A Twoje typy? - spytał całkowicie poważnie i trochę bezdusznie. - Po trzecim martwym dziecku spotkamy się i zobaczymy, kto jest lepszy w przewidywaniu przyszłości. - zakończył prawie wesoło, w końcu dając skusić się na drinka, którego odebrał od kelnera.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar
Wiek : 22
Zawód : Stylistka

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 9:18 pm

Stanie pod ścianą nie należy do najciekawszych doznań, jakie kiedykolwiek mnie spotkały. Patrzenie na tłum dobrze bawiących się, a przynajmniej sprawiających takie wrażenie, ludzi także. Czy pozostało mi coś innego niż picie jednego szampana za drugim? Ten przystojny kelner chyba już zauważył, że nie opłaca mu się obsługiwanie innych gości, bo stanął w zasięgu mojego wzroku i co chwilę wymienia mój kieliszek. Ale przynajmniej trunek jest dobry. Bardzo dobry, lepszy niż ten, który popijałam na bankiecie podczas tych feralnych Igrzysk... kiedy to było? Sama nie pamiętam. I znowu, jak z bicza trzasnął, powracają do mnie wspomnienia. Napływają falami i zalewają mój umysł... Otrząsam się szybko i usiłuję wyrzucić z siebie te wszystkie przykre obrazy.
- Wszystko w porządku? - wyrywa mnie z zamyślenia męski głos. Spoglądam na kelnera, tego samego, który stale dostarczał mi alkohol i dziwię się, że go słyszę. Jest to pierwszy raz kiedy osoba jego pokroju odezwała się do mnie i przez chwilę, ale bardzo krótką, ponieważ szampan i whisky zdziałały już swoje, wydaje mi się do podejrzane. Kiwam jednak głową i sięgam po następną szklankę, pustą stawiając na tacy. Mężczyzna oddala się i ku mojemu zaskoczeniu widzę, że niesie on jedynie puste naczynia, wszystkie ze śladem mojej czerwonej szminki. Nagle czuję straszny ból w głowie, obraz zaczyna zamazywać mi się przed oczami, a nogi stają się miękkie jak z waty. Upuszczam kryształ na podłogę, gdzie z trzaskiem roztrzaskuje się na drobne kawałeczki, które w krótkim locie skrzą się tysiącem barw. Na szczęście dźwięk ich ginie w gwarze rozmów i grze orkiestry. Sama, potrącając ludzi i zapominając o zwykłym 'przepraszam' wychodzę z sali, nie mając zamiaru pozostać w Ośrodku ani chwili dłużej.
/dom Lany i Rowie/


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t1914-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t741-catrice
http://panem.forumpl.net/t1285-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t1231-you-saw-her-walking-over-poison-ivy-leaves
http://panem.forumpl.net/t740-catrice
http://panem.forumpl.net/t3453-kwatera-catrice-tudor#55562
Wiek : 20
Zawód : Strażnik Pokoju [dawniej morderca]
Przy sobie : Mundur, kamizelka kuloodporna, krótkofalówka, telefon komórkowy. Broń palna, dwa magazynki, paralizator,
Znaki szczególne : BIały mundur, długie włosy, słodki uśmiech, zawiązany czarny męski krawat na prawym nadgarstku
Obrażenia : -

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 9:20 pm

Kiedy ujął ją pod ramię, poczuła ciepło jego ciała, co wywołało przyśpieszone bicie serca. Mogła udawać, zwalić winę na alkohol, ale nie miała ochoty. Wiedziała, że Joseph czuje jej tętno. Z każdą sekundą ten mężczyzna podobał jej się coraz bardziej. Przyłapała się nawet na tym, że gdy wymieniał z ludźmi pozdrowienia, uśmiechała się lekko, rozważając każdy jego gest. Podobał jej się. Bardzo.
- Może... Gdy znajdę pana idealnego, zapoznam was, żebyś mógł go zaakceptować...?
Podeszli do jednego z okien i Catrice odkryła, że poczuła żal, gdy puścił jej ramię. Poczuła się, jak gdyby coś straciła, a to nie było miłe uczucie. Potrzebowała bliskości.
- Dziwnie mi z tym, że uczyłam ich przetrwania, skoro dwadzieścioro troje umrze. Większość przy Rogu Obfitości, inni w starciach, niektórzy mogą zginąć dzięki nieznajomości roślin... - westchnęła cicho. Czuła smutek na myśl o tym, że dzieciaki takie jak Florian Crane lub Hope i Blue Flickerman zginą. Większość trenerów uważała też, że jedną z pierwszych osób do odstrzału będzie Lee Gekon, który - jak krążyła plotka - wprawił w złość Organizatorów na pokazie indywidualnym.
- Byłam zaskoczona, kiedy dostałam informację, że mam tu przyjechać na stałe i objąć posadę trenera w Ośrodku Szkoleniowym, byłam święcie przekonana, że mają wystarczającą ilość ludzi do tego, żeby przeprowadzić szkolenia. Zwłaszcza, że część z tych dzieciaków była obeznana z Igrzyskami od małego. Ale każda szuflada ma podwójne dno... - zakończyła, znowu wzdychając.
Zawsze jest mi mało. Och, nawet nie wiesz, jak do siebie pasujemy. Uśmiechnęła się jednak delikatnie, niemal niezauważalnie przysuwając się bliżej niego. Nie mogła się oprzeć temu mężczyźnie. Wyczuwała w nim jakiś magnetyzm, który sprawiał, że zaczynała myśleć o tym, jak byłoby im razem, gdyby mieli spędzić ze sobą jakiś czas. Sprawiał wrażenie pewnego siebie i... niesamowicie utalentowanego, co pewnie niejedną kobietę wprawiło w zakłopotanie. Przemknęła jej przez głowę myśl, że z chęcią przekonałaby się, jaki byłby w nieco innym aspekcie ich znajomości.
- Crane, Vockins i Atena - powtórzyła cicho jego typy, wsłuchując się w głos jakiejś dziewczynki, która odpowiadała właśnie na pytania. Ciężko było wytypować trójkę, która jej zdaniem, zostanie zabita jako pierwsza. - Atena, Seth Vockins i... - zawahała się na moment. - Blue Flickerman.
To nie była przyjemna myśl, ale niestety, podejrzewała, że mała, niewinna Blue, dziewczynka, która nie powinna znaleźć się na Igrzyskach, może zginąć jako jedna z pierwszych. Wszyscy inni, łącznie z jej siostrą, będą mieć nad nią przewagę w postaci zmysłu wzroku, którego akurat natura musiała poskąpić temu dziecku...
- Po trzecim martwym dziecku spotkamy się i zobaczymy, kto jest lepszy w przewidywaniu przyszłości. - stwierdził Salinger, biorąc od kelnera drinka.
Catrice uśmiechnęła się kusząco i przesunęła dłonią po szyi, posyłając mu zaciekawione spojrzenie.
- Co zrobimy wtedy?


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
Wiek : 29 lat
Zawód : Lekarz

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 9:28 pm

// z dupy panie, z dupy...

Nie ważne co się działo, nie ważne co się dzieje i nie ważne co się stanie. Sig po kolejnej obecności w Violatorze stwierdziła, że nie ma sensu leczyć mieszkańców KOLCa. Nie licząc jednej osóbki, która miała kolorowe włosy i znała Rory. Reszta pouciekała w stanie ciężkim jak gdyby widzieli w niej Belzebuba, albo jakieś inne cholerstwo tych idiotycznych religii jakimi karmili się ludzie. Swoją drogą zawsze Sig się zastanawiała dlaczego bóstwa z tych religii są niby miłosierne i wszechmocne, skoro nic nie robią w obliczu cierpienia niewinnych dzieci, które są głodzone, bite, albo podtapiane. Dzieci, których rodzice nie mają nic do jedzenia i nie potrafią ich wykarmić. Dzieci, które rodzą się z punktu w dupie. Skoro nie obchodzi ich los tych dzieci to nie są miłosierni, a jeśli obchodzi, ale nie potrafią temu zapobiec to nie są wszechmocni. Nikt nie wmówi Sig, że te dzieci zasługują na taką śmierć i takie życie. Że taki jest ich los, taka jest boska wola. Po wielu latach spędzonych w Dwójce zrozumiała, że po prostu nie ma Boga. Przynajmniej nie ma Boga miłosiernego i wszechmocnego. Nie jest możliwe jego istnienie. Tym sposobem została ateistką i nie wierzyła w życie pozagrobowe, zbawienie duszy, czy inne cuda wianki. Po prostu wierzyła w naukę, medycynę i w to, że każdy człowiek potrafi zwalczyć w sobie zło. Czasami tylko potrzebuje pomocy z zewnątrz. Tak było z jedną osobą, którą dawno temu Sigyn leczyła. Chłopak był uzależniony od narkotyków. Kradł i wszczynał bójki. Dopóki nie trafił do Sig. Z pomocą specjalistów postawiła chłopaka na nogi. Co teraz z nim się stało? Skoro pewnie trafił do KOLCa to wrócił do uzależnienia, albo nawet nie żyje. Tego Sig nie wiedziała i wolała nie wiedzieć.
Bankiet. Gdy ostatni raz była na bankiecie realia były zupełnie inne. Cato wtedy był trybutem, a ona stwarzała pozory. Jej ojciec był wziętym architektem. Można było powiedzieć, że należał do elity, gdy w końcu oderwał od siebie łatkę zwycięzcy Igrzysk. Wtedy ona była traktowana jak jedna z nich. Kimże teraz była? Kobietą-widmo. Kobietą, która nie żyje i widnieje na liście osób, których zabrała zaraza. Kobietą, która zwariowała i chciała popełnić samobójstwo. Mało kto wiedział, że uciekła, ale dla tych, którzy znali prawdę była kobietą uciekinierką. Kobietą, która zdradziła i uciekła jak tchórz.
Ubrała się w szarą sukienkę, która miała odzwierciedlać jej nastrój. Włosy miała rozpuszczone. Makijaż delikatny, wręcz dziewczęcy, choć Sigyn od 12 lat nie była już dziewczyną. Opatulona czarnym futrem weszła do Ośrodka i podała strażnikowi zaproszenie. Skąd je wzięła, skoro nie była już w elicie? Nie ważne. Miała swoje sposoby. Czego tu chciała? Też dobre pytanie. Chyba chciała ostatni raz zobaczyć salę bankietową, a potem pozwiedzać samotnie Ośrodek. Może odwiedzi apartament na drugim piętrze. Może nie zmienił się aż tak bardzo i ujrzy coś z zeszłego roku. Chciała powspominać. Wciąż kochała tego blondyna, który był już umarły. Sama nie wiedziała dlaczego ciągle o nim myśli. Tęskni za nim.
Weszła do środka i zauważyła tłumy ludzi. Dziwne uczucie widzieć znajome twarze, ale jakby były jej zupełnie obce. Co się stało z tymi ludźmi, że najpierw walczyli o zakończenie Igrzysk, dostawali ataku złości lub rozpaczy na wieść, że dzieci idą na rzeź, a teraz? Sami typowali, który z tegorocznych umrze pierwszy, a który ostatni. Władza miesza ludziom w głowach. Władza sprawia, że budzą się w nich potwory. To przykry widok. W szczególności, że nie po to zginęło tylu ludzi, by właściwie wszystko pozostało takie same.
Stanęła z boku i oparła się o ścianę. Zaczęła obserwować ludzi. Niektórych znała z widzenia, z niektórymi wymieniła kilka zdań jako Annelise Harding. Niektórych widziała pierwszy raz, a jeszcze inni dziwnie na nią patrzyli. Czyżby ją kojarzyli z Trzynastki? Kobieta poczuła nieprzyjemny dreszcz na plecach. Jeżeli ktoś ją rozpozna to po niej. Sig ignorowała spojrzenia obecnych. Wolała, by podejrzliwi pomyśleli sobie, że widzą tylko sobowtóra Sigyn Stark, a nie zmartwychwstałą lekarkę z Dwójki. Wolała być Annelise Harding, nie Sigyn Stark. Nie żeby wstydziła się swojej rodziny. Jest bardzo dumna z tego, że należy do Starków, ale w tej chwili ona sama sprowadza na rodzinę hańbę...




Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 10:04 pm

- Nie jestem Twoim ojcem - przypomniał jej dość stanowczo, gdy zaczęła mówić o zaakceptowaniu swojego przyszłego partnera. Różnica wieku była widoczna, wyglądała przy nim jak dziewczynka, ale dobrze wiedział, że już dawno przestała nią być. Snow także nie lubił dzieci - chyba, że chodziło o jego krewnych - więc na pewno nie zatrudnił jakiejś niedoświadczonej małolaty do swoich...specyficznych zadań. A przecież była wtedy sporo młodsza, miała szczuplejszą twarz i była bardziej koścista. Widział dokładnie te fizyczne zmiany w jej obcisłej sukience. Idiotycznie obcisłej, nie można było pod nią schować dyskretnie broni. Widocznie Catrice nie szykowała się dzisiaj na jakieś widowiskowe egzekucje, w sumie mądrze, od jutra zacznie być to legalne i pożądane. Przynajmniej na arenie.
Co widocznie nie zachwycało Catrice tak bardzo jak Josepha. Albo znów grała; postawił jednak na to, że jej westchnięcia są prawdziwe. Powinno się rozczulić, ale potraktował to jako kolejną informację do uaktualnienia portretu Tudor w swojej głowie. Ze wszystkimi słabościami wyrysowanymi wokół jej ślicznej buzi. - Szkoda Ci tych niewinnych dzieciątek. Instynkt macierzyński? - kontynuował temat z lekkim rozbawieniem, opierając się plecami o krawędź okna, żeby widzieć dokładnie całą sylwetkę Catrice i ludzi za jej plecami. Zbierało się ich coraz więcej. Ciekawe, czy zjawi się Coin.
Z nią też mógłby się założyć o to, kto zginie pierwszy albo kto wygra. Ciekawe, czy skróciłaby go o głowę, gdyby postawił na piękną Cordelię Snow jako zwyciężczynię. Którą i tak typowało wielu, tak samo jak większość skreślała od razu tych samych trybutów, których wymieniła przed chwilą Tudor.
- Znów się ze mną zgadzasz prawie idealnie - niemalże ją skarcił, samym tonem. Nauczył się obywać bez spojrzenia, które i tak nie było widoczne zza ciemnych szkieł. Często ludzie odbierali jego emocje opacznie, pozbawieni widoku rozszerzonych źrenic. Uważał to za zabawne. - Więc poróżni nas tylko ślepa Blue. - pokręcił z niedowierzaniem głową, podnosząc do ust drinka, może w toaście za smutną dziewczynkę a może po prostu z pragnienia.
Rozejrzał się też uważniej po sali i gdzieś zamigotały mu znajome włosy. I znajoma twarz. Zazwyczaj kojarzył ludzi szybko, jakby miał w głowie katalog wizytówek, otwierający się z furkotem zawsze na odpowiedniej stronie. Tym razem trochę zawiódł; sylwetka dziewczyny znikała pomiędzy kolejnymi strażnikami i gośćmi, ale...Dystrykt Drugi? Dziewczynka? Siostra brata? Kto to był? Zmarszczył brwi w zastanowieniu, wodząc za kobietą upartym wzrokiem.
Słyszał jednak słowa Catrice wyraźnie, zauważył także wiele mówiący gest - dotyk szyi, zaproszenie, prowokacja, kokieteria? Powrócił do niej spojrzeniem, rad, że nie może zobaczyć jego coraz szerszych źrenic. Przez alkohol. Którego i tak zaledwie dotknął ustami. - Wtedy...powymieniamy się informacjami. Na temat pozostałych trybutów - dodał szybko, wieloznacznie. Niezbyt komfortowa gra, nie lubił, kiedy do interesów mieszały się jego prywatne uczucia i reakcje ciała. O wiele lepiej funkcjonowałby w ciele robota, niewrażliwego na bodźce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
http://panem.forumpl.net/t1914-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t741-catrice
http://panem.forumpl.net/t1285-catrice-tudor
http://panem.forumpl.net/t1231-you-saw-her-walking-over-poison-ivy-leaves
http://panem.forumpl.net/t740-catrice
http://panem.forumpl.net/t3453-kwatera-catrice-tudor#55562
Wiek : 20
Zawód : Strażnik Pokoju [dawniej morderca]
Przy sobie : Mundur, kamizelka kuloodporna, krótkofalówka, telefon komórkowy. Broń palna, dwa magazynki, paralizator,
Znaki szczególne : BIały mundur, długie włosy, słodki uśmiech, zawiązany czarny męski krawat na prawym nadgarstku
Obrażenia : -

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Sob Sie 03, 2013 10:47 pm

Podobało jej się spojrzenie, którym wodził po jej ciele. Przez moment myślała nad tym, czy Joseph doszukuje się śladów jakiejkolwiek broni… Ale to byłoby chyba zbyt zabawne. Nie nosiła broni bez wyraźnego polecenia, a na bankiety najchętniej nie nosiłaby jej wcale. Czasami była tylko niezbędnym elementem niektórych imprez – zazwyczaj oznaczało to jakiś sztylet, umocowany strategicznie na biodrze lub udzie.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że nie jesteś moim ojcem. – stwierdziła, upijając łyk drinka. – Sądzę, że gdybyś nim był, szybko znudziłaby cię moja pasja do treningów, biegania i innych tego typu rzeczy.
Uśmiechnęła się, nieco ironicznie. Fakt, jej ojca niekiedy denerwował fakt, że zamiast wychować delikatną mimozę, sprawił sobie morderczynię, pupilkę Snowa.
- Nie instynkt macierzyński… Obawiam się, że tego nie posiadam dzięki Elijah i Annabel. Zwłaszcza ta druga była cudownie denerwująca. – Zastanawiała się, skąd wziął to porównanie jej trosk do instynktu macierzyńskiego. Nie lubiła dzieci, wręcz nie znosiła ich, z tymi płaczami, wrzaskami… Niekiedy ciężko było jej uwierzyć w to, że sama była dzieckiem.
Bawiło ją jego karcenie, niemalże ojcowskie, bliższe jednak karceniu nieposłusznej partnerki. Miała ogromną ochotę rzucić mu wyzwanie i zobaczyć, jak zareaguje. Nie musiała uciekać się do wnikliwego wpatrywania się w szkła jego ciemnych okularów, żeby sprawdzić, czy jego źrenice są rozszerzone. Mogła to wyczuć w jego ciele, w oddechu i pulsie. Gdyby tylko pozwolił jej zbliżyć się na tyle, aby mogła wyczuć bicie jego serca…
Dostrzegła jego zainteresowanie kimś, kto pojawił się na sali bankietowej. Zdawało jej się, że Salinger dostrzegł jakąś znajomą kobietę, być może dawno niewidzianą krewną lub byłą miłość.
- Sądzę, że możemy powymieniać się informacjami na różne tematy – uśmiechnęła się łagodnie.
Catrice była tylko dziewczyną, i lubiła wzbudzać fascynację mężczyzn. Mogła dyskutować o nauce, sztuce, o wszystkim, a rozmowy z Josephem zawsze były niesamowicie ciekawe i poniekąd wpływały na jej zmysły. Odnosiła wrażenie, że miał na nią ochotę i że z chęcią zapoznałby się z nią bardziej.
- Widzę, że dostrzegłeś kogoś znajomego…? – stwierdziła, spoglądając przez okno.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t783-rufus-benjamin-frobisher
http://panem.forumpl.net/t785-relacje-frobiszera
http://panem.forumpl.net/t1291-rufus-frobisher
http://panem.forumpl.net/t821-frobisher
Wiek : 24 lata
Zawód : pianista i kompozytor.

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Nie Sie 04, 2013 12:31 am

Powinienem z tego spotkania wyciągnąć kolejną, zapewne nie mniej ważną naukę, brzmiącą mniej więcej: jeśli nie chcesz wzbudzić podejrzeń drugiego człowieka, nie patrz na niego jak sroka w gnat. Przed palnięciem się w czoło powstrzymywała mnie kultura osobista. Wychowanie i reputacja były ostatnim, co miałem. Oczywiście prócz talentu, nie chwaląc się. Tymczasem stałem przed mężczyzną, który z niewiadomych mi powodów przyprawiał mnie o ciarki na plecach. Jak daleko jeszcze zabrnie poziom irracjonalności? Nie wiem i wiedzieć nie chcę. Odpowiedź mogłaby mnie przerazić, podobnie jak osobnik, z którym miałem do czynienia. Jednocześnie miał w sobie pewien magnetyzm. Upiorna symfonia przyprawiana łagodnością fletu i płaczem skrzypiec.

Przywołałem na swoją twarz wyraz zabawnego zrezygnowania, zaakcentowanego westchnieniem i wzruszeniem ramion.

Niech stracę. – powiedziałem, biorąc niewielkiego łyka na rozluźnienie. Nie zrozum mnie źle, po prostu chwilowo byłem dosyć spięty z niewiadomych mi powodów. Co w końcu nie miałoby mi pasować? Zawarłem względny pokój z Petrusem, jego żona daje mi nieuzasadnione podarki, a widmo choroby wydawało się zażegnane. Czego chcieć więcej? – Skąd ta pewność? – zapytałem. – Lyytikäinen? – Nazwisko dodałem dla czystego utrwalenia go w pamięci. Spróbowałem dyskretnie zmierzyć go spojrzeniem, doszukując się szczegółów, które jak wredne chochliki mogły uciec mi poprzednio.

Przykładowo róża. Skąd znałem tą różę? Ułożyłbym motet na cześć każdego, kto odpowiedziałby mi na to pytanie. Zapadła gdzieś niczym w czarną dziurę jaką mógłby być mój umysł. A jednak! Burdelu na kółkach, jakie ładne określenie! Podczas swoich krótkich wizyt w KOLCu (bardzo rzadkich, warto dodać) zdążyłem zapoznać się z pewnymi nazwami i nazwiskami, wypytując odpowiednie osoby. Lyytikäinen, właściciel burdelu, widziałem go może raz, nie wiedząc, że chodzi o niego. Eureka, zaiste, eureka.

To wszystko wyjaśnia. – przyznałem, biorąc do ust jeszcze łyka. – Co pana sprowadza na ten... – urwałem, szukając odpowiedniego określenia. - ... pozbawiony porządnej muzyki, acz jakże uroczy bankiet... słodziutki? – przy ostatnim słowie odwróciłem wzrok. Nie mogłem się powstrzymać by nie odgryźć się za to słowo, które zadziwiająco zbiło mnie z pantałyku.







Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the leader
avatar
Wiek : 21
Zawód : Asasyn

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Nie Sie 04, 2013 12:33 am

Przyszła na bankiet z jednego tylko powodu. Ciekawości. Nie była specjalnie zainteresowana trybuciątkami, a tym bardziej ich mentorami, stylistami, opiekunkami do dzieci i całym stuffem zajmującym się bóg wie czym. Szukała celu, może odrobiny zdrowej nienawiści do szlifowania... Tej kwestii nie omówiła jeszcze ze swoim sumieniem, które swoją drogą pozostawało ostatnio dziwnie milczące. Dzika jak rosomak, spokojna jak stojąca woda...
Przechadzała się między gośćmi, zaglądała im w oczy, na ręce. Uśmiechała się i szła dalej. Nie było w tym uśmiechu żadnego sztywnego zadufania, jedynie psota. Gayle była bowiem bardzo niegrzeczną istotą, jeśli tak przeanalizować jej życiorys. A ten wieczór... Cóż. Zjawiła się dość późno, więc nie liczyła na żadne gierki. Co najwyżej przespaceruje się w jedną i drugą stronę, a potem zniknie. Nie pierwszy i nie ostatni raz. A może? A może? Nie pamiętała kiedy ostatni raz była na jakimś bankiecie. A chciała. Chciała. W zasadzie całkiem lubiła bankiety. Były takie kwieciste, pełne ludzi, pełne jedzenia, pełne słów i do cna wypełnione plotkami. Więc ona jedynie nadstawiała uważnie uszu i spacerowała.
Nie wyglądała tak jak powinien wyglądać asasyn. Była dość skromnie ubrana, na szyi zawiązaną miała jedwabną apaszkę, a na jej wargach wciąż błąkał się lekki, uroczy uśmiech. Przepastne zielone oczy pochłaniały zaś wszystkie obrazy z fantazyjnym zamiłowaniem. Niewinne dziewczę. Słodkie dziewczę. Dziewczę, które nie szukało ani konwersacji, ani uwagi. Zwyczajnie zaś było i... obserwowało.
Ciekawość była pierwszym stopniem do piekła, a ona chciała zbiec aż na sam dół.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1955-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t3422-relacje-fransa
http://panem.forumpl.net/t1264-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t853-frans-violator
http://panem.forumpl.net/f68-violator
Wiek : 34
Zawód : właściciel VIolatora, sutener
Przy sobie : Dowód, faje, zapalniczka, zezwolenie na broń, medalik z małą ampułką cyjanku w środku, zdobiony sztylet, latarka, scyzoryk, gaz pieprzowy
Znaki szczególne : Niewyspana, zmęczona morda, która chce ci wpierdolić

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Nie Sie 04, 2013 1:07 am

Co za człowiek! Frans przymrużył nieco oczy, jak gdyby myślał nad czymś bardzo intensywnie, nad czymś, związanym właśnie z panem Frobisherem. Ten był zbyt ciekawski, jak każdy człowiek, a to bywało bardzo niebezpiecznie, szczególnie jeżeli ciekawiło go coś, co do powiedzenia miał on – Lyytikäinen. Stąd też na twarzy Fransa pojawiło się niemałe zainteresowanie stojącym przed nim mężczyzną, które jednocześnie mogłoby zwiastować jakieś nieokreślone niebezpieczeństwo całej tej sytuacji.

Kiedy mówię, że lepiej nie chciałbyś o tym usłyszeć, to w przynajmniej siedemdziesięciu procentach mam rację. Udowodniłem to na ponad kilkuset przypadkach, panie Frobisher – uśmiechnął się zagadkowo i wypił duszkiem to, co znalazł w kieliszku, aż do samiuteńkiego, malutkiego dna. – W rzeczywistości te dwie opcje mogą się mnożyć i dzielić. Dobrą może być chociażby to, że nie jest pan jedyną osobą, zapewne ze słabą głową lub zamiłowaniem do zbyt dużej ilości alkoholu, która po pijaku wyląduje z pierwszą-lepszą równie mocno naszprycowaną akoholem osobą. Aczkolwiek seks w takim przypadku nie jest przyjemny, bo obudzisz się z bolącą głową i wyschniętym do granic możliwości gardłem, błagając kogokolwiek o odrobinę wody… nie, przepraszam najmocniej, o hektolitry wody! Jednak forma kaca zależy od człowieka, każdy przeżywa go nieco inaczej, ale mimo wszystko podobnie. Inna dobra opcja to poznanie kilku kompanów do kieliszka – tu uśmiechnął się diabelsko, niczym diabeł zachęcający do dalszego picia, reklamujący każdy alkohol jaki stał na drodze. – Zła opcja to obudzenie się z bolącą dupą, kac, wymioty, ewentualnie wszystko to, czego nie chciałbyś dostać w alkoholowym „prezencie”, panie Frobisher – tu puścił mu oczko, a następnie odstawił pusty kieliszek, chwycił następny i uniósł go w górę w geście toastu. – „Szczęśliwych Igrzysk Głodowych”… i niech los będzie dla pana łaskawy w piciu – tu wypił cały toastowy trunek, również na swoją cześć, z tego wględu, że jeszcze jakieś kilkanaście lub kilkadziesiąt godzin temu leżał na łóżku Mathiasa z kroplówką poprowadzoną do tętnicy i zrobioną domową metodą przez Ashe jak jakiś zwykły pijak.

Przez chwilę rozglądał się za jakimś wyjściem w stronę pseudo-palarni, palarni z prawdziwego zdarzenia lub wyjścia na balkon, na dwór, gdziekolwiek gdzie mógłby w spokoju zapalić, bez obaw, że całe zebrane tutaj towarzystwo nie rzuci się na jego fajki i mordę, żeby je połamać. Wtedy jednak pan F. wrócił do swojego gadatliwego żywiołu. Spojrzał na niego ponownie, zmarszczył czoło, a potem pokręcił głową z kolejnym w tym spotkaniu uśmiechem na twarzy. Ha, ha… Co za człowiek! Interesujący, śmieszny, miło by było nieco go wykiwać.

Igrzyska – odpowiedział jednym słowem i nie miał na ten czas ochoty komentować. No, chyba że pan Frobisher zapytałby o konkretne powody lub cele… wtedy być może rozważyłby chęć szerszego wyjaśnienia swojej obecności w Ośrodku Szkoleniowym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t783-rufus-benjamin-frobisher
http://panem.forumpl.net/t785-relacje-frobiszera
http://panem.forumpl.net/t1291-rufus-frobisher
http://panem.forumpl.net/t821-frobisher
Wiek : 24 lata
Zawód : pianista i kompozytor.

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Nie Sie 04, 2013 2:51 am

Zmrużył oczy. Jak mam to rozumieć? Zadziwiające jak drobna zmiana na twarzy obudziła we mnie kolejną lawinę pytań dotyczącą nowo poznanego mi człowieka. Który, nawiasem mówiąc, z pewnością musiał znać Mathiasa. Pytanie tylko: na ile ich znajomość mogła być zażyła? Nie jestem zazdrosny, aczkolwiek... Nieprzyjemna jest myśl, że doprowadziłem naszą znajomość do ruiny, zapewne nieodwracalnie. I co teraz? Na litość boską, ile można do tego wracać?! Zganiłem się myślach, ponownie próbując skupić na tym jakże interesującym i przerażającym mnie jednocześnie rozmówcy.

Niebywała pewność siebie, panie Lyytikäinen. – skomentowałem, zdziwiony własną śmiałością. Wbrew wszelkim zasadom etykiety, poniekąd wtrąciłem się w jego wypowiedź. Każdy powinien mieć pozwolenie na drobny nietakt raz na jakiś czas, dlatego uważam wybaczenie mi tego za równie „na miejscu” jak wybaczenie, że gościowi spadła łyżka. A jednak, zainteresował mnie dosyć osobliwie. Przyglądałem mu się (mniej natarczyswie, słowo daję) niby to od niechcenia, wsłuchując się w jego słowa. Śmiem twierdzić, że nie pomyliłem się do niego ani trochę! Mówiąc szczerze, nie mogłem opanować lekkiego uśmiechu kiedy słuchałem jego jakże śmiałego wywodu.

A więc kochanie się... – posłużyłem się eufemizmem. – ... jest przyjemne do czasu. Dlaczego od razu skreślać tę czynność przez uciążliwe konsekwencje dnia następnego? – Czyż nie miałem racji? Pan Lyytikäinen okazał się także osobą wyjątkowo zajmującą. – Kompanów natomiast nie brak. – Wskazałem gestem gości, bawiących się właśnie w najlepsze. Pociągnąłem kolejnego łyka, ani trochę niezrażony tym interesującym monologiem, nie wiem czy mającym zachęcić mnie czy zniechęcić do wlewania w siebie tej jakże słodkiej trucizny.

Wszystko to jest chwilą. – powiedziałem dosyć melancholijnie, po czym dopiłem do końca kieliszek. Zachowanie tego człowieka doprowadzało mnie do intrygującego zakłopotania, które próbowałem od siebie odegnać. Odstawiłem kieliszek na bok, biorąc następny krótko po mężczyźnie. – Panu również, Lyytikäinen. – A potem wziąłem kolejnego łyka. Warto wiedzieć, że mimo wszystko o spicie mnie dosyć trudno. Zaś konsekwencje tego mogą być... różnorakie. Nie chcesz wiedzieć jakie, powiadam Ci.

Igrzyska? – Zaiste, żaden z gości nie przyszedł z tak wyszukanego powodu. – Zadziwiające. – mruknąłem dodatkowo, pozwalając sobie na większą swobodę rozmowy. Odgarnąłem także włosy na bok. Będę musiał wkrótce coś z nimi zrobić, urosły wystarczająco by doprowadzać mnie do nieszkodliwej (jeszcze) białej gorączki.

Czy nasza rozmowa jest poufna? – spytałem jeszcze, przyglądając mu się raz jeszcze (nie natarczywie, zaznaczam!).







Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1955-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t3422-relacje-fransa
http://panem.forumpl.net/t1264-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t853-frans-violator
http://panem.forumpl.net/f68-violator
Wiek : 34
Zawód : właściciel VIolatora, sutener
Przy sobie : Dowód, faje, zapalniczka, zezwolenie na broń, medalik z małą ampułką cyjanku w środku, zdobiony sztylet, latarka, scyzoryk, gaz pieprzowy
Znaki szczególne : Niewyspana, zmęczona morda, która chce ci wpierdolić

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Nie Sie 04, 2013 8:39 am

Jakkolwiek dziwnie pan F. interpretowałby całą tę wypowiedź o dobrych i złych aspektach picia na masowych imprezach – Frans czuł się zaszczycony jego komentarzem. Z jakąś dziwną, poniekąd ohydną, starokapitolską dumą skłonił delikatnie głowę, chcąc w ten sposób dyskretnie podziękować za okazany mu komplement. Zawsze jednak przygotowany był na dodanie jeszcze jednego zdania od siebie, tak żeby to jego było na wierzchu, bez względu na wszystko.

Nazwałbym to chamstwem, ale „pewność siebie” brzmi znacznie lepiej. Na pewno łagodniej.

Frans najwyraźniej lubił wyzywać samego siebie od najgorszych słów, które były w stanie opisać go i jego charakter. Zapewne gdzieś parabolizował, ale czasami przecież mógł trafiać w same sedno. Pytanie tylko, czy i tym razem mu się to udało, czy to już było kolejne wyolbrzymienie? Ale nawet jeżeli nie robił tego normalnie, to taka impreza była idealnym miejscem na to, żeby parę osób go znienawidziło lub polubiło. No i przede wszystkim – musiał być pewnym siebie, tak jak niecałe trzynaście lat temu, kiedy jeszcze studiował, zaczynał swój własny biznes (wtedy pod kontrolą ojca) i z tego powodu zwyczajnie lubował się w figurowaniu wśród tłumu jako osoba napuszona, zbyt pewna siebie lub w ostateczności nawet ostentacyjna. Najwyraźniej trzeba się było jakoś wybić, zwrócić uwagę innych, zabłysnąć nie koniecznie z tej dobrej strony, byleby pokazać, że jest się kimś lepszym, ale czy na pewno aż tak „lepszym” niż pozostali? Ha, ha… No właśnie!

Mphm… – przytaknął, na tę pierwszą, parafrazowaną myśl Frobishera. Zaraz jednak uśmiechnął się szeroko. Ktoś tu nie do końca zrozumiał jego sposób myślenia, ale bez obaw, Frans-wykładowca był przygotowany na dalszą paplaninę. – Jak można lubić coś, o czym się nie pamięta lub co pamięta się fragmentami, panie Frobisher?

A najbardziej zadziwiające było to, ile ten facet był już w stanie wypić kieliszków. Jeszcze kilka takich kolejnych, a ten przestanie tracić nad sobą kontrolę i dopiero będzie zabawnie! Ale… warto czasem tak podsycić do picia… Frans natychmiast zniknął na dosłownie chwilę i wrócił z karafką pełną whisky. Jak diabeł wyciągnął szklaną zatyczkę i wyciągnął naczynie w stronę kieliszka swojego tymczasowego per kolegi do picia.

Tak, żeby nie sięgać po kolejne kieliszki. Mniej roboty dla kelnerów i tak dalej, i tak dalej – wytłumaczył i nalał do połowy brązowawego płynu. Jakoś za punkt honoru przyjął sobie, że upije tego jegomościa, a jeżeli nie nastąpi to przy nim, to zapewne później o tym usłyszy. Będzie zabawnie, zabawnie jak jasna cholera, a on wciąż uśmiechał się jak niewinne, nic nikomu szkodzące dziecko. – Interesy – wytłumaczył ze względu na niepewność Frobishera względem Igrzysk. – Rozumie pan, prawda?

I tu został poniekąd wybity z rytmu. Spojrzał na jegomościa z niejakim niezrozumieniem wymalowanym na twarzy, zmarszczył czoło i zamrugał o kilka razy za dużo. Nie wiedział dlaczego pytał akurat o dyskretność rozmowy. Po co miał o nią pytać, hm?

Myślę, że na sali jest zbyt wiele osób, żeby ta rozmowa była poufna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the odds
avatar
Zawód : Troublemaker
Znaki szczególne : avatar © laura makabresku

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Nie Sie 04, 2013 12:35 pm

Joseph i Catrice:
Kobieta w czerwonej sukience nie spuszczała oka z rozmawiającej pary ani na moment. Nie zraziło ją ani to, że została zauważona, ani fakt, że po chwili Joseph i Catrice opuścili początkowe miejsce i stanęli przy oknie. Kiedy to się stało, ona także podniosła się z gracją z krzesła i trzymając ledwie opróżniony, smukły kieliszek w prawej dłoni, zaczęła przechadzać się między gośćmi, zręcznie lawirując między nimi, zupełnie jakby nic innego nie robiła od dziecka. Na kilka minut zniknęła z zasięgu wzroku, by następnie pojawić się ponownie, zaraz przy konwersujących. Tym razem jednak nie ograniczyła się do uważnego spojrzenia. Zamiast tego zbliżyła się maksymalnie do obiektu swojego zainteresowania. Nie zatrzymała się jednak; przeszła powolnym krokiem obok, po drodze wsuwając mężczyźnie złożoną na pół karteczkę w kieszeń marynarki.
Na kartoniku  zgrabne i pełne zawijasów litery układały się w krótką wiadomość.

Dach. Północ. Pozbądź się ogona.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t783-rufus-benjamin-frobisher
http://panem.forumpl.net/t785-relacje-frobiszera
http://panem.forumpl.net/t1291-rufus-frobisher
http://panem.forumpl.net/t821-frobisher
Wiek : 24 lata
Zawód : pianista i kompozytor.

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Nie Sie 04, 2013 1:14 pm

Zapewne wspominałem już, że człowiek ten sprawiał, że miałem dreszcze, jednakże warto również zaznaczyć że bawił mnie na swój osobliwy sposób. Widziałem w nim elegancję starego Kapitolu i bród tego, co po nim zostało. Zaiste ciekawa kombinacja, przemyślę jak brzmiałaby w nutach po ukończeniu utworu, nad którym pracuję aktualnie. Mógłbym ponownie rozwodzić się nad tym jak miałby wyglądać, jednakże nie chcę zabierać Ci zbędnego czasu, który mógłbyś przeznaczyć na inne, acz równie ciekawe przyjemności. Polecam (jakieś przyzwoite, rzecz jasna) stoliki do gry w karty. Wracając jednak do Pana Intrygującego – westchnąłem jakże ciężko.

Niektóre rzeczy lepiej prezentują się przywdziane w pozory łagodności. – powiedziałem enigmatycznie. Pozwoliłem sobie na ten lekki flirt z powodów czysto rozrywkowych. Jeśli już przyszedłem na ten nieudany pod względem muzyki bankiet, niechże coś z tego mam. Obdarowałem go także lekkim uśmiechem, ponownie pociągając łyka z kieliszka, którego podobno lepiej abym nie brał do rąk. A czemuż by nie? Robiło się interesująco.

Zakładam po prostu, że musi to być coś przyjemnego skoro ludzie tak chętnie na to idą. Jeśli zaś nie jest, tym lepiej, że tego nie pamiętają. – odpowiedziałem, wzruszając lekko ramionami. Buty robiły się nieznośne. Chyba zdejmę je po drodze i skłamię w ich sprawie. Nie miałem wyboru, gdyż po bankiecie były tak zniszczone, że nie nadawały się do dalszego użytkowania? Obawiam się, że rabunek byłby zbyt łatwo wyczuwalnym kłamstwem. Westchnąłem nosem, szarpnięciem szyi odrzucając grzywkę z czoła by nie wpadała mi do oczu.

Pan Lyytikäinen zaczynał mnie niepokoić. Spojrzałem na niego niepewnie, biorąc do ręki podawaną mi szklankę. Ładne tempo, muszę przyznać. Trzymałem więc kieliszek i szklanicę, stojąc przed mężczyzną, który przyprawiał mnie o dreszcze. Petrusie, dziękuję o informacje o bankiecie, nie wiem co bym bez pana zrobił. Być może wyszedł z tego wieczoru cało, śmiem stwierdzić.

Narzuca pan dość szybkie tempo, nie wiem czy jestem w stanie za panem nadążyć. – Och, już nawet nie kryłem uśmiechu. Dopiłem zawartość kieliszka na raz, odkładając go na bok.

Myślę, że rozumiem. – Skinienie głową, kolejny niewielki łyczek.

Gdyby nie dane mi było pamiętać, że jesteśmy akurat w Panem, zapewne pokusiłbym się o stwierdzenie, że na większych przyjęciach jest więcej prywatności niż na przyjęciach kameralnych. – O proszę, niedaleko przeszedł mężczyzna, wydający się rozglądać jakby w poszukiwaniu kogoś lub czegoś. Bardzo wątpliwe aby podobna uroczystość nie miała być strzeżona. Za grosz spokoju.







Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t1955-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t3422-relacje-fransa
http://panem.forumpl.net/t1264-frans-lyytikainen
http://panem.forumpl.net/t853-frans-violator
http://panem.forumpl.net/f68-violator
Wiek : 34
Zawód : właściciel VIolatora, sutener
Przy sobie : Dowód, faje, zapalniczka, zezwolenie na broń, medalik z małą ampułką cyjanku w środku, zdobiony sztylet, latarka, scyzoryk, gaz pieprzowy
Znaki szczególne : Niewyspana, zmęczona morda, która chce ci wpierdolić

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Nie Sie 04, 2013 7:44 pm

Jakiekolwiek wrażenie sprawiał Frans Lyytikäinen – w rzeczywistości chciał się zabawić kosztem jakiegoś Rebelianta, jednocześnie nieźle wypromować swój interes, a przy okazji swoją własną osobę. Niezależnie od tego czy miał do czynienia z kimś ważnym czy nie – musiał jakoś, tego kogoś zaintrygować. Zwyczajnie MUSIAŁ i tyle. W tych czasach liczy się wybudowanie czegoś z niczego, dodanie do tego nazwiska i odrobiny niemoralności.

Mam co do tego odmienne zdanie, panie F. – Frans wydał się w tym momencie małym chłopczykiem o wysokim wzroście, który stara się kogoś onieśmielić. – Stąd moja pewność siebie, częsty brak łagodności i ocena czyichś doznań – wytłumaczył, zmieniając się momentalnie w poważnego biznesmana.

Pominął kwestię pijaństwa, seksu i innych nieco hedonistycznych doznań. Tutaj lepiej z tym zaczekać, powoli dobijać gwóźdź nazwany „łamaniem tabu, które poniekąd przestało być tabu”. Nalał sobie odrobinę whisky, co stanowiło jego trzeci kieliszek w ciągu tej imprezy. Nie zamierzał przesadzać, ale także nie zamierzał ustępować panu Frobisherowi – któremu dolał następną kolejkę. Na jego słowa uniósł jedną dłoń w górę, drugą – w której trzymał karafkę – przyłożył do piersi i powiedział:

Bez obaw, doskonale wiem kiedy popuścić. Moi klienci w barze też czasem muszą przystopować, ale wierzę, że ma pan mocną głowę i nic się nie stanie. Dlatego jeszcze kilka kieliszków panu nie zaszkodzi – tu puścił oczko, chlusnął sobie ten trzeci kieliszeczek i czekał tylko aż Frobisher pochłonie swojego… byleby tylko mu dolać. – Niech się pan nie wstydzi. Pijaństwo raz na ruski rok bywa usprawiedliwione. Jeszcze jednego?

Teraz mógł robić za istnego diabła imprezy. Tylko jak upić całą salę? Nie wiedział, ale z całą pewnością już kombinował coś, co mogłoby skłonić ludzi do takiego zachowania.

Och… cóż, zależy od tego jak uważasz. Jeżeli chcesz, można zmienić poufność tej imprezy na najwyższy poziom, ale tylko wtedy… – tu zbliżył się, by szepnąć na ucho parę słów: – Jak pomożesz mi upić co najmniej jedną czwartą tego towarzystwa, panie Frobisher. – Tu odstąpił na krok i uśmiechnął się niczym najgorsza ladacznica spośród wszystkich ladacznic: – Wtedy będzie zabawa na najwyższym poziomie – dodał głośniej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the civilian
avatar
http://panem.forumpl.net/t783-rufus-benjamin-frobisher
http://panem.forumpl.net/t785-relacje-frobiszera
http://panem.forumpl.net/t1291-rufus-frobisher
http://panem.forumpl.net/t821-frobisher
Wiek : 24 lata
Zawód : pianista i kompozytor.

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   Nie Sie 04, 2013 8:46 pm

Zaiste, trudno było mi pojąć tego człowieka, a jego zachowanie budziło we mnie prostą artystyczną ciekawość. Noc bezsensu! Kompozytor przychodzi na uroczystość, na której gra się muzykę, która nie jest wysokich lotów i ma do czynienia z człowiekiem, który budzi u niego sprzeczne emocje! Ogłupieć można. Etykieta i moralność właśnie biorą do ręki dubeltówkę, przykładając głowa do głowy w miłosnym acz tragicznym akcie odwagi i rozpaczy.

Ależ oczywiście, każdy ma własne zdanie. – Cóż za pokaz dobrych manier, mój ojciec musi otwierać szampana w grobie. – Pamiętajmy jednak, że każde „lepiej”, „gorzej”, „silniej” czy inne podobne przysłówki są pojęciami względnymi. Podobnie jak zło czy dobro. Proszę wybaczyć te filozofie. – Nędzny ze mnie filozof, stąd też zamiłowanie w muzyce. Rzecz jasna, filozofie te niewiele miały wspólnego z alkoholem, a gdyby towarzysz chciał ich wysłuchać, zapewne znalazłoby się ich kilka. Podobnie jak komentarzy dla ustrojów, słów krytyki dla wszystkich wokół. Powinienem odejść, jeśli chciałem zachować zdrowy rozsądek. A jednak w tym człowieku było coś, co budziło we mnie Stare Demony. Uciszone szepty Bachusa ponownie przybierały na sile, zachęcając do zabaw bynajmniej nie etycznych.

Nie powinienem mu ufać choćby ze względu na ten błysk w oku, ponownie przywodzący mi na myśl najbardziej tajemnicze melodie, sprawiające że pojawia się na mym ciele gęsia skórka. Nie zrobiłem tego, daj spokój. Jednakże czułem się wewnątrz rozerwany pomiędzy wszelkimi zaleceniami spokoju, a chęcią powrotu do chwil, w których zalecenia zostały spychane na plan ostatni.

Niewątpliwie. – Cóż za nafaszerowane fałszem słowo. Będące kpiną niemalże. A jednak – oszalałem. Jak kretyn słuchałem jego słów, ponownie dając się demoralizować. Pewnie myślisz, że było to do przewidzenia i pewnie masz rację. Wlałem w sobie kolejne promile, pozwalając napływać bezczelności. Stan słodkiego otumanienia, jednak wciąż nawet nie nietrzeźwości. Nie miałem problemów z równowagą czy jasnością myśli. Raczej pohamowaniem siebie, przykro rzec. Ten Lyytikäinen ściągnie mnie na dno. – Może pan dolać, aczkolwiek nie przepadam za alkoholem w dużych ilościach. – Fałszu porcja kolejna. Ostatnie przebłyski rozsądku czy jego powrót wśród fanfar?

Wciąż nie wiem czy mi się to opłaca. Potrzebuję dyskrecji i danego słowa, którego oczekuje od pana by pan dotrzymał. – Słowa zaczęły płynąć gładko niczym wartka melodia. – Wówczas mogę nawet dać coś od siebie i myślę, że zadowoleni powinniśmy być obaj. – Starałem się być czarujący.







Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Sala bankietowa   

Powrót do góry Go down
 

Sala bankietowa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 7Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7  Next

 Similar topics

-
» Mała sala bankietowa
» Sala Bankietowa
» Sala Wejściowa
» Sala lustrzana
» Sala Przyszłości

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje :: Ośrodek szkoleniowy [w trakcie rozbiórki] :: Piętro bankietowe-