IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Lennart Bedloe

 

 Lennart Bedloe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1909-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t936-lenny-ego
http://panem.forumpl.net/t1298-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t1000-lenny
Wiek : 24 lata
Zawód : Artysta malarz
Przy sobie : nóż ceramiczny, gaz pieprzowy

PisanieTemat: Lennart Bedloe   Wto Sie 13, 2013 5:03 pm




+ warto zaznaczyć, że dzieła Lenny'ego pokrywają ściany niemal w 100% Wiszą jedno obok drugiego, ciasno koło siebie. Po kątach są powciskane obrazy, których czas już się skończył i pora dopełnić ich piękna poprzez Wielkie Zniszczenie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Wto Sie 13, 2013 5:35 pm

    z mieszkania Josepha


Śnieżyca sparaliżowała całe miasto, ale byłby zupełnym naiwniakiem, gdyby nie spodziewał się kontroli przy bramach Kwartału. Która i tak w jego przypadku była niedrobiazgowa i szybka; znajomy Strażnik Pokoju nawet nie sprawdzał w komputerze przepustki do wszystkich rejonów Kapitolu. Mógłby na niego donieść - niedopełnienie obowiązków! - ale znali się od kilku lat i podejrzewał, że Henry spokojnie rozpoznałby ewentualne chirurgiczne podmianki na twarzy. Swoją drogą, dobry pomysł, przeszczep twarzy i można spacerować po całym mieście. Może kiedyś komuś podsunie ten pomysł.
Na razie nie musiał jednak korzystać z żadnych podstępów, przechodząc przez wielkie zaspy, prawie do pasa. O ile w dzielnicy Rebeliantów ulice wracały do normy (powoli, ale jednak), to w KOLCu czas zatrzymał się w jakiejś epoce zlodowacenia. Śnieg sięgał do okien na pierwszych piętrach, co chwile mijały go osoby w łachmanach, jakieś obdarte dziecko zaczepiło go, sepleniąc coś o josephowej kurtce.
Nie pochylił się nad nim jednak i nie zdjął z siebie ocieplanego ubrania, wymijając go po prostu. Bez łzawych wyrzutów sumienia; i tak dawał temu wychudzonemu obywatelowi drugiej kategorii dwa dni życia. W takich warunkach ciężko było przetrwać mając siedem lat i pusty żołądek.
Wizyty w KOLCu często psuły ludziom z rządu humor, wciągały w filozoficzne rozkminy nad życiem, sprawiedliwością i cnotami, skłaniały do buntowniczej pomocy mieszkańcom getta. Na szczęście Josephowi takie rozumowanie było obce; szedł pewnie, skręcając w końcu w uliczkę na uboczu i wchodząc do w połowie zapadniętej klatki schodowej. Także przykrytej śniegiem.
Nie musiał szukać tabliczki na drzwiach ani pukać; dzięki swojej informatorce (już świętej pamięci, czuwajcie słowiańscy bogowie nad jej duszą) wiedział dokładnie o którą klamkę się oprzeć i przy którym progu zatrzymać.
Przystanął na trzecim piętrze, wsłuchując się w wiatr gwiżdżący pod zapadniętym dachem i w ciszę, po drugiej stronie drzwi. Tym lepiej. Wyjął z kieszeni wytrych i po chwili zamek ustąpił; nie potrzeba było do tego specjalnych umiejętności, zniszczone kamienice KOLCa nie miały wspaniałych zabezpieczeń. Bo któż chciałby się włamywać do ciasnych mieszkań kapitolińczyków? I co mógłby z nich wynieść?
Zawahał się przed progiem tylko sekundę, ale i tak było to za dużo. Za dużo myśli, wspomnień i intensywnych uczuć. Których Salinger szczerze nie znosił.
Jeszcze raz powtórzył sobie, że załatwi to szybko, sprawnie i bezboleśnie (przecież tak bał się bólu!), po czym pchnął drzwi, znajdując się w wąskim przedpokoju.
Mieszkanie było puste, ale od razu poczuł ostry zapach farb i płótna. Irmina go nie wystawiła, na pewno mieszkał tu Lenny, na pewno był tu całkiem niedawno, bo czuł - po tylu miesiącach? - jego zapach, którym przesiąknęły stare mury.
Zamknął cicho za sobą drzwi, kierując się do kuchni. Bez żywego ducha, kilka naczyń w zlewozmywaku, skrzypiąca podłoga, stara lodówka, połamane krzesło w rogu. Śnieg - do połowy okien. Ruszył powoli przez pomieszczenie, widząc pędzle suszące się w zwykłym słoiku przy kranie i ślady farb na brzegach szafek.
Poematy, mógłby napisać całe poematy złożone z uczuć, opanowujących go w tej chwili, ale zagryzł wargi, rozpinając kurtkę i siadając na krześle przy oknie. Nie wyglądał jednak za nie, obserwując ciche mieszkanie. Miał nadzieję, że Lenny wróci szybko, chociaż perspektywa całego dnia spędzonego w jego domu wydawała mu się równie interesująca. Zostawił jednak w spokoju jego szafki i szuflady, po prostu siedząc, czekając i paląc, z śniegiem topiącym się mu we włosach i okularami przeciwsłonecznymi na nosie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1909-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t936-lenny-ego
http://panem.forumpl.net/t1298-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t1000-lenny
Wiek : 24 lata
Zawód : Artysta malarz
Przy sobie : nóż ceramiczny, gaz pieprzowy

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Wto Sie 13, 2013 7:02 pm

Początek, w sumie ;d

Burza śnieżna była po prostu przerażająca. Zaliczył ją do jednego ze swoich najgorszych KOLCowych przeżyć, a już na pewno do najzimniejszych. Ogrzewanie w getcie kiepsko działało, jeśli w ogóle działało, ale dzisiaj kompletnie wysiadło, dlatego dla szatyna była to ciężka noc. Wiatr i śnieg na przemian, a czasami jednocześnie, waliły po oknach i to z taką siłą, że Lenny zaczął się poważnie zastanawiać, czy wytrzymają. Całe szczęście wytrzymały. Lodowaty wiatr wkradał się do mieszkania każdą możliwą szczeliną, sprawiając, że temperatura w pomieszczeniach była chyba niewiele wyższa niż ta na zewnątrz. Bedloe założył na siebie chyba wszystkie ubrania, jakie miał, łącznie z kurtką, i dopiero wtedy pod kołdrą mógł jako tako stwierdzić, że jeszcze nie zamarza. Czort również doszedł wniosku, że jest zbyt zimno nawet dla niego i przyszedł do chłopaka w nocy, by położyć mu się na klatce piersiowej. Razem wiadomo, cieplej, a już na pewno raźniej. Chociaż Len zastanawia się, czy kot nie zrobił tego, by on czuł się wobec niego zobowiązany i chcąc mu się odwdzięczyć, obszedł restauracje w poszukiwaniu jakiś resztek, które następnie Czort mógłby zjeść. Cwana bestia, zawsze tak robił, jeśli chciał zjeść coś lepszego od suchej kociej karmy, samego makaronu czy kaszy z jakimś biednym sosem, czym często żywił się Lennart (pomijając tę kocią karmę, naturalnie!). Co jakiś czas wypatrywał, w czym by się tu swojemu panu nie przydać, a potem oczekiwał swojej zapłaty, to znaczy momentu, w którym Len stwierdzi, że skoro Czort tak ładnie coś tam zrobił, to musi dobrze zjeść. Interesowne zwierzę. Albo robił z siebie ofiarę losu, że coś go boli, że on jest taki biedny i chociaż raz w swoim kocim życiu chciałby zjeść mięso. Tak to wyglądało, serio. Zdecydowanie zbyt dobrze znał swojego właściciela. Jeśli przez to, że towarzyszył mu przez całą zimną noc, chciał zmusić Lenny’ego do przyniesienia mu jakiejś smakowitej kosteczki, to się skubanemu udało, bo kiedy tylko burza ustała, Lennart zjadł jakąś resztkę czerstwego chleba i wybrał się na mały obchód restauracji. Właściwie nie spodziewał się, że cokolwiek znajdzie, ale w sumie burza zaskoczyła wszystkich w nocy, koło dziesiątej, więc może coś się znajdzie.
Po paru godzinach Bedloe był już na klatce schodowej bloku, w którym mieszkał. Jak się okazało, w jednej z restauracji jednak uraczyli go resztkami kurczaka dla kota, a nawet dali kawałek piersi i udko dla niego, Lena! To dopiero było szczęście! Burza nie przestraszyła piekarza, bo mógł dostać u niego świeże pieczywo. Kupił chleb za swoje ostatnie pieniądze, więc wychodzi na to, że jeśli jutro uda mu się coś sprzedać, to dopiero jutro wieczorem będzie mógł liczyć na jakiś posiłek. Czyli przez cały dzień będzie tylko o chlebie i wodzie, bosko. Westchnął cicho, z utęsknieniem wspominając te czasy, kiedy jedzenie wzywał przez mikrofon albo kiedy wybierał sobie co chciał ze stołu wprost uginającego się pod ciężarem rozmaitych dań. Nie był przyzwyczajony do głodu, ciężko przechodził każdy okres, w którym brakowało mu pieniędzy na zakup żywności.
Kiedy dotarł do drzwi, bardzo zaniepokoił go fakt, że są otwarte. Przecież je zamykał, był tego pewien! Serce zabiło mu mocniej, a przez głowę przemknęło, że w środku na pewno siedzi jakiś złodziej albo, co gorsza,…. morderca. Chociaż na dobrą sprawę dlaczego jakiś morderca miałby sobie zaprzątnąć nim głowę? Bo jesteś Kapitolińczykiem, na początek to wystarczy, odezwał się w jego głowie jakiś złośliwy głosik. Automatycznie wyciągnął z kieszeni swój ceramiczny nóż, z którym nigdy się nie rozstawał i ostrożnie nacisnął klamkę, wchodząc do środka. Szedł na ugiętych nogach, starając się nie robić hałasu, co mu pewnie akurat wyszło, bo skradać się potrafił znakomicie, ale na korytarzu do kuchni zdradziła go skrzypiąca podłoga. A to skrzypnięcie złośliwie było tak głośne, że Lenny usłyszał pełne niezadowolenia prychnięcie Czorta, dochodzące gdzieś z pracowni. Pewnie go obudził. Mamrocząc pod nosem przekleństwa pod adresem podłogi już mniej uważnie wkroczył do kuchni. To, kogo tam zastał, wprawiło go w osłupienie na dłuższą chwilę. Stał przy jednej z szafek z zakupami w jednej ręce i nożem w drugiej, patrząc się na Josepha porównywalnie tak, jakby zobaczył ducha.
Joseph? – wydukał po kilkunastu, jak nie kilkudziesięciu sekundach. Później jednak chyba się otrząsnął, bo przybrał niechętny wyraz twarzy i mocniej ścisnął nóż. Zacisnął mocniej zęby, niedbale rzucając torbę z żywnością na blat, cały czas na niego patrząc. – Zabłądziłeś? – burknął w końcu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Wto Sie 13, 2013 7:26 pm

W mieszkaniu było zimno, czuł to nawet przez swoją kurtkę doskonałej firmy i przez dobre buty, z których skapywał śnieg, tworząc na drewnianej podłodze małą kałużę. Nie przejmował się jednak tym, że sprowadza do tej cudownej willi panicza Bedloe chaos i brud - ginęło to w ogólnej marności czterech ścian, w których zamieszkał Lennart.
Mógłby porównywać obecny lokal z tym, w którym wielokrotnie był gościem. Marmury, elektronika, najwygodniejsze kanapy, najwystawniejsze bankiety, ekskluzywne ubrania. Sophia, pachnąca zawsze najdroższymi perfumami i Roderick w garniturze szytym na miarę. Dużo kwiatów, dużo ludzi znanych i lubianych w starym Kapitolu. I gdzieś między nimi Lenny, wiecznie ze szkicownikiem w ręku, wiecznie pod ostrzałem spojrzeń i oczekiwań Corneliusa, marzącego o wspaniałej przyszłości dla swojego wnuka.
Dziadek pewnie przekręcał się w grobie (Joseph był pewny, że umarł). Po luksusie i chwale nie zostało nic, wyziębione mieszkanie, kurz w rogach szafek i...skrzypienie starej podłogi, ogłaszające przybycie artysty.
Nie ruszył się z miejsca, nie zerwał się do powitań; nawet nie mrugnął, gdy zobaczył w jego ręku nóż. Bezpieczeństwo całkowicie rozkręciło mu zmysł postrzegania; zwrócił uwagę najpierw na niebezpieczne przedmioty w jego rękach, dopiero potem powrócił wzrokiem do twarzy.
Zeszczuplał, bardzo. Niebieskie oczy wydawały się jeszcze większe przy tych zapadniętych policzkach, a może to tylko złudzenie optyczne. Był przecież opatulony w kilka warstw starych, zniszczonych ciuchów. Na pewno nie jedwabie i kaszmiry, na pewno nie cuda techniki, chroniące przed chłodem i przegrzaniem.
Zaciągnął się mocniej papierosem, uśmiechając się lekko na widok jego miny, zszokowanej, zdziwionej; podobnie wyglądał podczas ich ostatniego spotkania. Oczywiście zanim zwinął się z bólu pod stopami Salingera.
- Lennart...Jak ręka? Nie dokucza Ci chyba bardzo przy tej pięknej pogodzie? - powitał go delikatnym skinieniem głowy, nie przestając się uśmiechać, wdzięczny po stokroć, że oczy ma jak zawsze ukryte. To nie była spokojna rozmowa, do jakiej przywykł przy obgadywaniu interesów; za dużo było w Josephie podstępnych emocji i irytujących wspomnień, próbujących wyjść na powierzchnię i uczynić z niego rozhisteryzowanego człowieka. Dobrze, że miał silną wolę i był mistrzem opanowania.
Wyprostował się na krześle, zaczynając się huśtać na dwóch nogach, obserwując jednocześnie kota, który zjawił się za plecami Lenny'ego i teraz ocierał się o nogi chłopaka. Wolał skupiać wzrok na zwierzęciu niż rozpisywać w głowie zmiany, jakie zaszły w młodym szlachcicu w ciągu tych niespokojnych życiowych zmian.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1909-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t936-lenny-ego
http://panem.forumpl.net/t1298-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t1000-lenny
Wiek : 24 lata
Zawód : Artysta malarz
Przy sobie : nóż ceramiczny, gaz pieprzowy

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Wto Sie 13, 2013 8:49 pm

Dla Lena w mieszkaniu nie było tylko „zimno”. Było lodowato. Nie lubił takich temperatura, nikt go do nich nie przyzwyczaił. Zazwyczaj od chłodu skutecznie broniła go zaawansowana technologicznie odzież, jeśli już koniecznie musiał wyjść w zimie, co jednak rzadko robił. W getcie jednak nie można takiej znaleźć. A nawet gdyby, to pewnie i tak nie byłoby go na nią stać. Nie miał pieniędzy, on, syn dyrektora głównego banku w Kapitolu! Jeszcze rok temu nigdy by nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie mu brakowało gotówki. Wyśmiałby każdego, kto by mu to powiedział. Rodzicie i dziadkowie zapewnili mu dostatnie życie aż do śmierci, mógł śmiało realizować się jako artysta. A teraz? Teraz ledwo go stać na jedzenie. Głód to okropne uczucie, jedno z najgorszych. Na bankietach mógł objadać się do granic, a kiedy brakowało mu miejsca na kawałek ulubionego ciasta, wystarczyło pójść do łazienki, wszystko zwymiotować i dalej się objadać. W obecnej sytuacji musiał starannie porcjować swoje posiłki, często na absurdalnie małe porcje, żeby mieć co jeść. On jako malarz i tak nie miał najgorzej, bo czasami trafiał mu się nagły przypływ gotówki, kiedy ktoś zdecydował się kupić od niego obraz. Potrafił coś robić i wykorzystywał to. Niektórzy nie potrafili robić nic, co przyniosłoby im pieniądze w getcie, byli bezużyteczni. To oni cierpieli największy głód i to wśród nich był największy odsetek samobójstwo. Albo zgonów z wycieńczenia. Len pomagał im, jak mógł i kiedy mógł. Kiedy dostał więcej pieniędzy, niż się spodziewał, kupował za tę nadwyżkę żywność i rozdawał. Czuł się w obowiązku to robić, zresztą, kiedy widział te smutne buzie dzieci, nie mógł postąpić inaczej.
Swojego poprzedniego mieszkania nawet nie chciał wspominać, bo to sprawiało, że żyło mu się tylko gorzej. I choć nieustannie narzekał na ciasność pomieszczeń, zatęchłe powietrze, skrzypiące podłogi, brud i kurz, to i tak się cieszył, że ma w ogóle gdzie mieszkać. Naprawdę nie chciał, żeby dziadek zobaczył go w takim stanie… choć pewnie by zrozumiał jego położenie. Lennart wolał myśleć, że Cornelius żyje, połapał się zawczasu w całej sytuacji i dał nogę. Oby tak było.
Spodziewał się zastać każdego – w jego myślach najbliżej był jakiś młodociany złodziej, szukający jedzenia i chyba tylko dlatego odważył się wejść do środka – ale na pewno nie Josepha. Właściwie liczył na to, że już więcej się nie spotkają. Nie po tym, co zrobił mu podczas ich poprzedniego spotkania… i był tak miły, że mu to teraz przypomniał. I znowu taki opanowany, taki rozluźniony. Na twarzy Lennarta przez chwilę można było zobaczyć złość, która jednak szybko zniknęła, zastąpiona przez pogardę. Tę szlachecką pogardę, taką lennartową, którą najłatwiej było odnaleźć w wysoko i dumnie podniesionej głowie, mocno zaciśniętych wargach oraz skrzyżowanych na piersi rękach. Pewnie zrobiłoby to o wiele większe wrażenie, gdyby miał jedną ze swoich pastelowych marynarek albo w ogóle, gdyby był ubrany drożej.
Przyszedłeś wypytywać mnie o zdrowie? – zapytał, wydymając wargi w charakterystyczny dla siebie sposób. Obrzucił go wyniosłym spojrzeniem, próbując przegonić z głowy wspomnienia, jakie przyniosły ze sobą jego słowa. Doskonale pamiętał, jak rzucił go na ziemię i zupełnie bezpardonowo, robiąc użytek z buta, złamał mu rękę. Takiego bólu jeszcze nie czuł. Pamiętał, że długo krzyczał i płakał, ale jego już nie było w pobliżu. Przymknął na moment oczu, rozluźniając uścisk na nożu, a kiedy je otworzył, ból w jego spojrzeniu mieszał się ze złością. On nigdy nie był tak opanowany jak Joseph, dało się z niego czytać jak z otwartej księgi. A jakby ktoś nie potrafił rozczytywać emocji, to Len jeszcze głośno by powiedział, co go boli. Odłożył w końcu nóż na szafkę, gdyż stwierdził, że na nic mu się teraz nie przyda. Gdyby go zaatakował, przegrałby. Nawet pomimo treningu z Abigail, nie ma najmniejszych szans z byłym Strażnikiem Pokoju.
Schylił się do Czorta i pogłaskał go po łebku, kiedy poczuł, jak się ociera o jego nogi.
Masz dzisiaj szczęście – mruknął do niego, na moment ignorując swojego gościa. Sięgnął do torby, którą ze sobą przyniósł i wyciągnął z niej zawinięte w papier kości i resztki kurczaka, które zaraz wysypał do kociej miseczki, znajdującej się, całe szczęście, dość daleko od Josepha. Nie chciał do niego podchodzić, nie chciał poczuć jego zapachu czy dotyku, bo wtedy… nie ufałby sobie tak bardzo. Odkryłby pewnie to, co teraz bardzo stara się ukryć pod, choć uzasadnioną, złością.
Co Cię skłoniło do przyjścia w moje skromne progi. To chyba nie Twoje standardy, co? – zapytał dość drwiąco, robiąc ewidentną aluzję do jego zmiany stron.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Wto Sie 13, 2013 9:28 pm

Doskonale znał to spojrzenie Lenny'ego. Podniesiona lewa brew, niebieskie tęczówki o wręcz nienaturalnie czystym kolorze, zacięte, wąskie usta, przez które wystające kości policzkowe stawały się jeszcze bardziej widoczne. Spięte ramiona i łopatki i wachlarz jasnych rzęs. Bardzo filmowe, bardzo książkowe, bardzo romantyczne. I doprowadzające do szału...ze wściekłości, rzecz jasna, nie z innych, mniej moralnych pobudek.
Wyraz jego twarzy się nie zmienił i Joseph przez chwilę wpatrywał się w niego jak urzeczony - stokrotne dzięki czarnym szkłom, ukrywającym jego wzrok - rozpoznając stare nawyki Lennarta w całkiem nowym opakowaniu. Kiepskim, uwłaczającym; już nie błękitna koszula i wyprasowana marynarka z idealnie dopasowaną muszka pod szyją (czy wie, że zacząłem je nosić przez niego?) tylko pomięte swetry, zdarte pewnie z jakiegoś biedaka.
Chociaż nie, przecież Lenny był empatycznym dzieckiem. O zerowych umiejętnościach przetrwania. Z wystroju jego mieszkania Joseph mógł dowiedzieć się wielu rzeczy. Doskonały obserwator z kilkoma informacjami na temat żywotu Lennarta w kwartale mógł rozrysować całkiem niezły obraz sytuacji, w jakiej znalazł się były-niedoszły szlachcic. Co jakiś czas dostawał zastrzyk gotówki za swoje prace, ale zamiast zainwestować je w coś sensownego albo wkupić się w czyjeś łaski, wydawał to pewnie na farby albo na pomoc jakimś wychudzonym kobietom i dzieciom czy też innym najsłabszym ogniwom. Głupi smarkacz, mógł radzić sobie lepiej, ale jak zwykle gubiła go ta kapryśna wrażliwość, którą Joseph wiele razy wykpiwał.
Widocznie Bedloe nie pojął jego subtelnych nauk, skoro miał w mieszkaniu zwierzę. Które karmił. Salinger od razu poczuł morze irytacji, zalewające jego żyły. Uczucie znane, ciągłe przy Lenny'm, wiecznym artyście, działającym mu na nerwy od dobrych kilku lat. Już jako szesnastolatek doprowadzał go do szału, który szczytową formą opanował Josepha dopiero kilkanaście miesięcy temu. Mógłby wzdrygnąć się na to wspomnienie, ale nie lubił okazywać swoich słabości. Nawet przy osobie, która teoretycznie znała go najlepiej w Kapitolu.
- Przecież wiesz, że się o Ciebie martwię. I obiecałem Twoim rodzicom o Ciebie dbać, więc...ponawiam pytanie, jak ręka? - odparł równie lekko, dalej stukając nogami krzesła o drewnianą podłogę. Zabrzmiało to szczerze i każdy inny człowiek na pewno nabrałby się na święte intencje Josepha. Każdy inny; przeklęty Bedloe był wyjątkowy w ten przerażający sposób i im dłużej Salinger przebywał w tym mieszkaniu, tym bardziej musiał nad sobą panować. Nie żałował jednak, że tutaj przyszedł; miał konkretną sprawę do załatwienia i przy okazji ćwiczył swój teatr jednego aktora.
Z fascynującą dwójką statystów; jeden z nich był niemym, leniwym futrzakiem o głodnym spojrzeniu, a drugi szczupłym blondynem o spojrzeniu mówiącym wszystko. Nie musiał nawet analizować ani dociekać; każde drgnienie jego rzęs i zmiana rozmiaru źrenic przekazywały mu określony komunikat. Jasny zapewne nawet dla dziecka.
- Och, nie są takie skromne - odparł od razu, opadając wszystkimi nogami krzesła na podłogę, co nie spodobało się kotu; nastroszony odskoczył od miski, prychając. - Gdybyś pozbył się tych zamarzniętych zwłok sprzed wejścia byłoby całkiem przytulnie - kontynuował swobodnym tonem, sięgając do kieszeni kurtki i wyciągając z niej srebrną, wiekową zapalniczkę, tą samą od kilkunastu lat. Zaczął się nią bawić, nie nerwowo, ale z jakąś chorą premedytacją. Nie czuł się przecież zdenerwowany, tylko...zakręcony, zirytowany, wystawiony na kuszenie i wściekły. Na siebie, za to, że nie potrafi złapać wewnętrznie takiego dystansu, jaki prezentował swoimi czynami.
Podniósł w końcu wzrok znad płomieni, odbijających się w jego okularach i odchrząknął, jak przed wygłoszeniem jakiegoś rządowego rozporządzenia. - Przyszedłem z propozycją nie do odrzucenia. Dosłownie. - powiedział powoli, wyciągając z kieszeni kolejnego papierosa i zapalając go.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1909-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t936-lenny-ego
http://panem.forumpl.net/t1298-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t1000-lenny
Wiek : 24 lata
Zawód : Artysta malarz
Przy sobie : nóż ceramiczny, gaz pieprzowy

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Wto Sie 13, 2013 10:39 pm

Lena czasami bardzo denerwował fakt, że z Josepha tak trudno się czyta. A kiedy nosił te okulary, to już w ogóle. W oczach zawsze dało się zauważyć najwięcej, ale jego, jak na złość, były niemalże dwadzieścia cztery godziny na dobę zasłonięte. Chociaż ściągał je przy nim… czasami… w pewnych sytuacjach po prostu tego wymagających. Lenny lubił, kiedy mógł spojrzeć mu oczy. Lubił ich szczególny, intensywnie zielony kolor, prawie szmaragdowy. Żałował, że okulary są koniecznością. Słabym punktem Salingera. Nagle Lennart lekko drgnął, coś sobie uświadomiwszy. No właśnie, słabym punktem. Wystarczyłoby, żeby mu je ściągnął i Joseph jest prawie że bezbronny. Choć zbliżał się wieczór, za oknem nadal było bardzo jasno… no i jeszcze ten śnieg przy oknie. Cóż, to już wie, gdzie ma ewentualnie uderzać. Byleby nie dał tego po sobie poznać, bo pozornie łatwe ściągnięcie okularów mogłoby jednak sprawić trudność, gdyby właściciel tych okularów został o tym fakcie wcześniej poinformowany i nie zamierzać pozwolić pozbawić się jedynej ochrony swoich oczu. To była znacząca słabość, ale Joseph radził z tym sobie bardzo dobrze. Przez te okulary musiał się nauczyć czytać z gestów mężczyzny, co też nie zawsze dawało rezultaty, a to dlatego, że on, jak nikt inny, kogo Len miał okazję poznać, znakomicie nad sobą panował. Bedloe przypuszczał, że gdyby został aktorem, mógłby zrobić karierę. Ale został Strażnikiem Pokoju… chociaż to w sumie może i lepiej, bo inaczej trudno byłoby im się poznać, mimo wszystko. Stop, lepiej by było, gdybyś go nie poznał, przerwał swój potok myśli, starając się nie nakręcać za bardzo. Myśleć o czymś innym. Na przykład skupić się na tym, że czuje na sobie jego zirytowane spojrzenie. Tak, ono ewidentnie było zirytowane, Lenny w dziwny sposób po prostu to czuł, po tych wszystkich wspólnych spotkaniach nauczył się wychwytywać takie rzeczy. Zwłaszcza, że przy nim zawsze irytował się całkiem szybko. Tylko niby dlaczego miałby się na niego złościć? Sam do niego przyszedł, chciał czegoś od niego. Swoją drogą, bardzo był ciekawy, co takiego Joseph mógłby od niego chcieć. Przecież on nie miał praktycznie nic, a Salinger najwyraźniej miał bardzo dużo.
Wspomnienie o rodzicach dziwnie wywołało u Lennart nagły przypływ gniewu. Chociaż to może też pewnie dlatego, że mówił o nich w kontekście tej nieszczęsnej ręki. Zmrużył oczy.
Och, z całą pewnością się o mnie martwisz. Dałeś temu wyraz, kiedy sam mi tę rękę złamałeś! Więc chyba nie powinno się obchodzić co z nią! To niestosowne. – Nawet się nie zorientował, kiedy zaczął podnosić głos. No i oczywiście musiał wtrącić to swoje „niestosowne”. Jakby zachowanie w towarzystwie się teraz liczyło. I miało jakiekolwiek znaczenie w tej sprawie. Teraz jeszcze bardziej, niż wcześniej, zapragnął ściągnął mu z nosa te okulary i patrzeć, jak szuka jakiegoś zacienionego miejsca. Jak go to boli. Teraz jeszcze takie wykorzystywanie słabości uważał za haniebne, ale Lenny’emu nie trzeba było aż tak wiele, żeby przekroczył tę granicę gniewu, w której nie patrzy się już na nic.
Zamarzniętych zwłok? – zapytał zaskoczony, zapominając o złości. – Na klatce schodowej ktoś zamarzł? – Len był ewidentnie tym faktem przejęty i zmartwiony jednocześnie. – Nic nie widziałem… To może podczas śnieżycy… tak, tak. Gdybym wiedział, to wpuściłbym biedaka na noc – mruczał, marszcząc lekko czoło. Zawsze uważał, że ludzie powinni sobie pomagać. A zwłaszcza ci, którzy mają więcej, powinni pomagać tym, którzy mają mniej. W tym wypadku Bedloe dysponował mieszkaniem, którego tamten biedak, albo biedaczka, pewnie nie posiadał, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie wyszedłby w taką pogodę z domu. Chociaż… może to lepiej, że nie żyje? Że nie musi już cierpieć? A on, Len, gdyby zaprosił go do siebie, tylko te męki przedłużył? Z takimi rozważaniami spojrzał ponownie na Salingera i zwrócił uwagę na to, że bawi się zapalniczką. To coś w nim ruszyło, bo Joseph obracał czymś w palcach jedynie wtedy, kiedy coś go dręczyło. Swego rodzaju wyładowanie ukrywanych emocji. Nie robił tego nerwowo, ale robił w ogóle. Przychodzi do niego tak po prostu, jak złodziej, chamsko przypomina o złamaniu, któremu sam jest winien i jest czymś zdenerwowany? Bedloe potarł w zamyśleniu skroń, jak zawsze, kiedy się na czymś zastanawiał. A później, nieco z roztargnieniem, przeczesał palcami włosy albo raczej zaczesał je do tyłu, i nieco nimi poczochrał. Również jak zawsze. Lubił mieć ustalony nieład na głowie. Jego włosy zawsze były odrobinę za długie. Wcześniej było to zamierzone, teraz wynikało raczej z przypadku. Nie widział sensu marnować pieniędzy na fryzjera, kiedy mógł za nie kupić jedzenie. Dla siebie albo dla kogoś.
Propozycją nie do odrzucenia? Co Ty, w ojca chrzestnego się bawisz? – zakpił. – Nie muszę Cię wysłuchiwać. Włamałeś mi się do mieszkania, zamierzam to zgłosić – oznajmił, robiąc minę ważniaka. Swoją drogą, ciekawe, jak wysoko siedzi teraz Salinger, że tak sobie spaceruje po kwartale. W takich ubraniach. – I w ogóle, przestań palić! Wiesz, że tego nienawidzę. Już tu śmierdzi, nie chcę być zmuszonym do otworzenia okna – burknął poirytowany. Normalnie pewnie by do niego podszedł i sam wyciągnąłby mu tego papierosa z ust, ale teraz… no cóż.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Wto Sie 13, 2013 11:09 pm

Słowo niestosowne brzmiało w ustach Lenny'ego tak znajomo i przeszłościowo, że musiał się uśmiechnąć. Raczej nie z nostalgią i wzruszeniem, tylko z czystym zachwytem, że jednak nie wszystko uległo zmianie. Rządy mogły spadać w otchłanie niebytu, Alma Coin mogła zjawiać się na latającym spodku w Kapitolu i przejmować władzę, kolorowe elity mogły zostać obdartymi szczurami społeczeństwa a Lennart dalej będzie przeczesywał włosy w ten sam sposób, używał tych samych wyszukanych słów i unosił podbródek wysoko, po szlachecku. Pewne rzeczy były stałe i to uspokajało Josepha, na tyle, że nie wyzwał go mało delikatnie od idiotów, gdy nawiązywał do łamania rąk.
- Zrobiłem to dla Twojego dobra - uciął tylko jego histerie, starając się wyrzucić z pamięci jęk bólu, który nawiedzał go jeszcze przez kilka tygodni. Dziwne, że przejmował się takimi rzeczami, ale...to był sygnał ostrzegawczy, nie mógł się angażować w jakiekolwiek relacje, bo kto wie, może to on skończyłby w KOLCu, obdarty, wygłodniały i wychudzony.
Na pewno jednak nie zmartwiony trupami za drzwiami. Uniósł lekko brew na widok zasmuconej twarzy Lennarta, zaciągając się mocniej papierosem i strzepując popiół na jego zakurzoną podłogę. Nie pytał nawet o popielniczkę, pewnie takich zdobyczy techniki nie posiadał. Inaczej mógłby je przehandlować na żywność, albo...na cokolwiek pożytecznego. Chociaż znając charakter Lennarta zapewne wyrzuciłby dolary w błoto, bawiąc się w jakiegoś słowiańskiego świętego, karmiącego najsłabszych.
Dość sensowna wizja, tak sensowna, jak nawiązanie do mafii i bardzo starych filmów. O słabości do (pre)historii Lennart także wiedział...wiedział za dużo, powinien wtedy zostawić go tym Strażnikom a nie bawić się w złego bohatera. Impuls, wszystko przez uczucia; jednak teraz nie miałby przed sobą teoretycznego szpiega w KOLCu i mógłby go najwyżej odwiedzać na cmentarzu. A to byłoby zbyt romantyczne.
Zignorował zarówno jego kpinę jak i irytacje na dym papierosowy; oczywiście fajki nie zgasił, paląc ją dalej, ze spokojem.
- Chętnie zobaczę, jak zgłaszasz włamanie Strażnikom - powiedział cicho, wyraźnie rozbawiony. Szczyt komedii, członek rządu chytrze włamał się do mieszkania biedaka z Kwartału, do tego nic nie ukradł. Słodkie. Uśmiechnął się lekko, swobodniej, prostując plecy i opierając się wygodniej o skrzypiące krzesło. Milczał przez chwilę, zbierając myśli, po czym przestał się uśmiechać, przerzucając się na całkowicie chłodny ton, którego kiedyś używał zbyt często jako Strażnik Pokoju.
- Będziesz moimi oczami tutaj. Chcę wiedzieć o czynnych wejściach do tuneli, o dilerach narkotyków, o przemytnikach, o lekkomyślnych Strażnikach, o Rebeliantach, którzy dostarczają Wam jedzenie, o tym, o czym się tutaj szepcze przy transmisjach z Igrzysk. Konkretne dane, nie bajki wyssane z palca - zaczął powoli, obracając tlącego się papierosa pomiędzy palcami, po czym uniósł dłoń uspokajająco, pewien, że Lenny od razu mu przerwie. - Zastanów się, zanim mi odpowiesz. Mogę znaleźć Ci lepszych kupców na Twoje obrazy, mogę załatwić Ci fałszywą przepustkę do dzielnicy Rebeliantów, mogę pomóc Ci przeżyć. - kontynuował wręcz obojętnie, bez ani szczypty patosu w swoim głosie. - Uważam, że to rozsądne rozwiązanie, Lenny - dodał już bardziej ludzko, zaciągając się papierosem po raz ostatni i zgasił go na blacie stołu, pozostawiając brzydką, czarną plamę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1909-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t936-lenny-ego
http://panem.forumpl.net/t1298-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t1000-lenny
Wiek : 24 lata
Zawód : Artysta malarz
Przy sobie : nóż ceramiczny, gaz pieprzowy

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Sro Sie 14, 2013 12:00 pm

Uśmiech Josepha nieco zbił Lenny’ego z pantałyku, bowiem nie rozumiał on jego przyczyny. Bedloe się na niego złościł, podnosił głos, a ten się po prostu uśmiechnął. I to z jakimś dziwnym zachwytem. Czyżby dążył do wyprowadzenia go z równowagi, a uśmiech był oznaką tryumfu, że udało mu się to? Nie, to bezsensu. Spojrzał na niego podejrzliwie, bo naprawdę nie widział sensownego wyjaśnienia dla tego uśmiechu, który właściwie mógł oznaczać wszystko, zastanawiając się, jak ma na to zareagować. Ostatecznie postanowił w ogóle nie reagować. To najlepszy stary i sprawdzony sposób na podobne sytuacje.
– To nie było koniecznie – burknął, niemile wspominając, że Salinger uratował mu życie. Mówiąc, że to nie było koniecznie oczywiście nie miał na myśli ocalenia mu życia. To było konieczne! Choć musi przyznać, że byłby wyjątkowo atrakcyjnym trupem, to mimo wszystko wolał pozostać wśród żywych i dożyć sędziwego wieku, nawet jeśli to oznacza, że będzie miał zmarszczki, a jego skóra brzydko obwiśnie. Absolutnie niepotrzebne było łamanie mu ręki. No bo w jakim celu to zrobił, skoro byli już z dala od Strażników Pokoju? Lennart sądzi, że zrobił to, bo po prostu chciał to zrobić, ale nie wiedział jedynie po co. Po co chciał mu sprawić ból? Przecież wiedział, że go nienawidzi i zwyczajnie się go boi (bólu, rzecz jasna). A może właśnie dlatego, że o tym wiedział? Był sadystą? Lenny spojrzał na niego z niepokojem, zastanawiając się, czy przypadkiem dzisiaj nie zamierza zrobić tego samego, co wtedy. Właściwie chyba by się nie zdziwił. W myślach zanotował, żeby unikać zbliżania się do niego za wszelką cenę, bo może go spotkać coś o wiele gorszego, niż fala gorzkich wspomnień. Już nawet nie zwrócił uwagi na popiół z papierosa, który lądował na podłodze, tylko w myślach obliczał, ile czasu zajmie mu dobiegnięcie do drzwi wyjściowych i zdąży to zrobić przed Josephem. Czy Czort zareagowałby, gdyby kazał mu zaatakować Salingera? Po krótkim spojrzeniu na futrzaka uznał, że niekoniecznie. Czarny kocur co prawda prychnął na niego gniewnie, gdy zbyt gwałtownie i głośno opuścił nogi na podłogę, ale Len szczerze wątpił, by zrobił coś więcej od posyłania przybyszowi niechętnych spojrzeń. Zresztą, teraz na powrót zajął się swoim jedzeniem.
Na następne słowa Josepha to Lennart gniewnie prychnął, nic jednak nie mówiąc, bo nie chciał przyznać mu racji. No tak, miał pewnie całe mnóstwo znajomych w szeregach Strażników. A on zawsze umiejętnie wykorzystywał swoje znajomości. W rezultacie Bedloe tylko bardziej wydął wargi, wyglądając już zupełnie jak obrażone dziecko.
Chłodny ton głosu Salingera kazał Lenny’emu skupić się na jego następnych słowach. Chciał zrobić z niego szpiega! Szpiega własnych przyjaciół! Oburzenie uderzyło w niego gwałtownie, ale przed wypowiedzeniem czegokolwiek powstrzymała go uniesiona dłoń mężczyzny, więc jedynie zastygł z otwartymi ustami. Mogę pomóc Ci przeżyć, zadźwięczały mu w uszach słowa Josepha. Len nie wątpił w to, że mógł. Problem w tym, czy Len tego chciał. To znaczy chciał, ale cena była wysoka, tak wysoka, że Bedloe zaczął się poważnie zastanawiać nad odrzuceniem propozycji. Właśnie, odrzuceniem… co Joseph zrobi, jeśli mu odmówi, skoro zapowiedział, że jest to propozycja nie do odrzucenia?
Po co Ci te informacje? Co chcesz z nimi zrobić? I czym Ty się teraz właściwie zajmujesz? – właściwie wydukał te pytania, ale tonem głosu mówiącym o tym, że oczekuje, a właściwie żąda na nie odpowiedzi. – Tylko nie kłam – zastrzegł od razu, a później, głosem cichym i jakby pełnym wątpliwości dodał jeszcze – Chyba… nie mogę się zgodzić na Twoją propozycję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Sro Sie 14, 2013 2:59 pm

Los rzadko płatał Josephowi psikusy, widocznie przekonany, że żywot Salingera jest po prostu przeciętny i nudny, niegodzien wielkich namiętności i tragedii. Kiedy inni poznawali miłości swojego życia, umierali w walkach, brali huczne śluby, szlochali za dziećmi i oddawali się ekstazie/bezdennej rozpaczy Jose po prostu istniał. Nigdy nie chciał wieść książkowego żywota pełnego zwrotów akcji, wybuchów za plecami, eksplozji namiętności; stronił od poplątanej fabuły jak tylko mógł, wdzięczny, że może przeżywać swoje życie zgodnie z wytyczonym uprzednio planem.
Tylko kilka razy udało się Sile Wyższej (i wyjątkowo nie była to ani Coin ani Snow) wprowadzić do spokojnej egzystencji Salingera odrobinę chaosu. I to w sposób, którego nigdy by nie przewidział. Mógł podejrzewać, że kiedyś się zakocha w pięknej córce jakiegoś Kapitolińczyka albo zostanie zamordowany przez zmieniające się siły zbrojne; mógł się nawet na takie ewentualności przygotować, ale wobec siły Przypadku był zupełnie bezbronny.
Nie znosił takiego stanu, chciał mieć wszystko pod kontrolą. Udało mu się przeżyć bez szwanku Rebelię, zmienić strony z gracją, ale jedna osoba potrafiła grać na jego emocjach i całkowicie zmienić jego system wartości i nawet o tym nie wiedzieć.
Co bardziej upokarzające, nie była to ani jego matka ani siostra ani nawet seksowna blondynka z różowymi pasemkami tylko jakiś chłopak, nadąsany dzieciak o elektryzująco niebieskich oczach, do którego przychodził z propozycją.
Mógł właściwie wybrać kogokolwiek innego, był pewien, że każdy zgodziłby się na taki układ, nawet przy mniejszych zyskach, ale jednak coś popchnęło go tutaj, do tego byłego szlachcica, który wyraźnie odrzucał jego pomoc.
Być może chodziło właśnie o to, chciał mu pomóc, w końcu przyjaźnił się z jego rodzicami (to nic, że właściwie zginęli przez Ciebie, Joseph, to nic!) i znał go sprzed Rebeli...ale było to najbardziej naciągane wytłumaczenie, do tego zupełnie nieprawdziwe. Idąc tu próbował rozmyślać nad sensem swojego postępowania, ale nie znalazł żadnego, więc po prostu postępował tak, jak nakazywał mu ten obcy głos w głowie - może mu coś wszczepili, kto wie - teraz mocno drżący.
W odróżnieniu od jego, salingerowego, pewnego i spokojnego. Tylko odrobinę podirytowanego, ale nie zaskoczonego; przecież spodziewał się bohaterskiej odmowy Lennarta. Znał go za dobrze.
- Informacje...są tylko na mój własny użytek. Nikomu to nie zaszkodzi - odparł stanowczo, właściwie szczerze, przynajmniej jeśli chodzi o pierwszą część. Druga...cóż, to zależało od pomyślnych wiatrów, zmian na wierchuszce rządzących i czystego bilansu zysków i strat. - Nie jestem już Strażnikiem, nie wystrzelam Twoich przyjaciół, gdy dowiem się, że chcą wysadzić Pałac albo zrobić coś równie idiotycznego - dodał już z większą dozą irytacji, ciągle szczerze, słodki manipulant.
Wstał z krzesła, cicho, podchodząc do Lennarta wbrew głośnemu wrzaskowi głosu w głowie, ostrzegającego przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. Zatrzymał się jednak dopiero tuż przy nim, ignorując jego nerwowe ruchy - ciekawe, czy wbiłby mu ten nóż między żebra? - po czym przejechał dłonią po jego policzku, dalej gładkim. Kilka sekund dotyku, wzbudzającego zaufanie i napływ wspomnień. Samobójczych, bolało, przyśpieszało bicie serca, ale musiał. - Daj sobie pomóc, Lenny. - powiedział cicho, ale stanowczo, odrywając od niego rękę i odsuwając się pod szafkę, o którą oparł się plecami. Nie miał pojęcia, jak ktoś mógłby odrzucić taką propozycję. Miał nadzieję, że Lennart nie będzie na tyle głupi, by jednak to zrobić; powinien wybrać rozsądnie; jeśli nie przez zdrowy rozsądek to może przez wzgląd na ich dawną przyjaźń.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1909-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t936-lenny-ego
http://panem.forumpl.net/t1298-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t1000-lenny
Wiek : 24 lata
Zawód : Artysta malarz
Przy sobie : nóż ceramiczny, gaz pieprzowy

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Sro Sie 14, 2013 6:22 pm

Życie Lena zawsze było pełne różnych, mniej lub bardziej szczęśliwych, wydarzeń. Przez znaczną część swojego żywota sam o to dbał, na własne życzenie ładując się w największe kłopoty, jakie akurat mógł spotkać w pobliżu. Szukał chaosu, prosił się o niego. Jeszcze jako dzieciak ubzdurał sobie, że jako artysta powinien doświadczać wszystkiego. I cóż, doświadczał. Fakt, że niektórych rzeczy żałował i wolał o nich nie wspominać, ale z niektórych do tej pory się śmiał, a jeszcze o innych myślał z wielkim sentymentem. W jego przypadku Los chyba za bardzo przyzwyczaił się do działania, bo od czasu wybuchu rebelii nie dawał mu spokoju, choć Len już nie próbował w nic się pakować. Skopał go mocno po tyłku i zostawił w KOLCu, przestając się nim interesować. A teraz zsyła Josepha. Bedloe sam już nie wiedział czy to dobrze, czy źle. Z jednej strony cieszył się, że go widzi, ale z drugiej ich dwa ostatnie spotkania były spełnieniem jego najgorszych koszmarów. Dosłownie. Osoby, na których najbardziej nam zależy, potrafią nas najmocniej skrzywdzić, Lenny przekonał się o tym na własnej skórze.
Lennart bardzo wyraźnie czuł, że nie powinien zgadzać się na propozycję Salingera. Bo nie wypada. Bo zdrada przyjaciół jest największą hańbą dla szlachcica. Co prawda nie wszyscy ludzie, o których chciał wiedzieć Joseph, byli jego przyjaciółmi, ale czuł, że jest im coś winny za to, że właściwie pomagając mieszkańcom Kwartału narażają się władzy. Zresztą, leżało to też w jego interesie, niektórzy załatwiali mu płótna, pędzle i farby, absolutnie niezbędne do tego, by mógł żyć. Co się stanie z tymi ludźmi, kiedy powie o nich Salingerowi? Lenny teraz bardzo intensywnie myślał, na zmianę przygryzając dolną wargę i nerwowo drapiąc się po skroni.
Twój własny – prychnął, nie patrząc na niego. Nikomu nie zaszkodzi… na chwilę obecną jasne, nie wyczuwał w jego głosie kłamstwa, ale jak na dłuższą metę? Len był świadkiem, jak Joseph umiejętnie manipuluje ludźmi, wykorzystując każdą informację, jaką o nich otrzymał. Zanim poznali się… lepiej, całkiem sporo czasu poświęcił na jego obserwacje. Nagle z niepokojem zauważył, że Jose zna go jak nikt inny i tego pewnie również nie zawaha się wykorzystać. Znowu podrapał się po skroni, a kiedy zerknął w stronę Salingera znieruchomiał, widząc, że ten do niego podchodzi. Nie wiedział, jak ma się zachować ani gdzie patrzeć. Chciał, żeby go dotknął tak samo mocno, jak nie chciał, żeby to zrobił. Ostatecznie jedynie stał w miejscu, nerwowo strzelając wzrokiem na boki. Miał wielką ochotę zamknąć oczy, jakby w obawie, że zaraz stanie mu się krzywda. W końcu ostatnim razem zrobił to w najmniej oczekiwanym momencie. To jest, skrzywdził go. Nie zamknął jednak oczu, uniósł wzrok (to naprawdę przykre, że nie trzeba było się za bardzo wysilać, żeby być od niego wyższym) i spojrzał… no, w okulary Josepha. Drgnął lekko, kiedy poczuł jego palce na swoim policzku, ale poza tym nie wykonał żadnego ruchu. Za to nagle bardzo zapragnął ściągnąć mu z okulary, ale nie dlatego, żeby zyskać nad nim jakąś przewagę, ale żeby móc spojrzeć w jego oczy i przekonać się, czy mówi prawdę. Czy rzeczywiście chce mu pomóc.
Wiesz, bardzo chciałbym móc spojrzeć Ci teraz w oczy – mruknął, musząc oczywiście powiedzieć to, co myśli. Choć właściwie nie planował, ale nieważne. – Poprzednim razem się zgodziłem… rozczarowanie było bardzo bolesne – burknął, z ulgą witając fakt, że Salinger zwiększył odległość między nimi. To dobrze, bo przynajmniej nie palnie niczego głupiego. Chyba.
Następne jego ruchy były bardzo nerwowe, jakby wyładowywał w ten sposób całą nagromadzoną przez emocje energię. No i przestał być tak wręcz aż chyba nienaturalnie spokojnym.
Ja nie mogę… to było… jest… tak nie można. To haniebne – słowa wyrzucał z siebie szybko, żywo gestykulując i nie bacząc, że brzmi to nieco chaotycznie, jakby urywki różnych myśli. – Nie jest… myślę… nie – powiedział w końcu, zatrzymując się i patrząc w bliżej nieokreślony punkt za oknem. Znowu odmówił, choć właściwie po wyrazie jego twarzy widać było, że chce się zgodzić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Sro Sie 14, 2013 7:18 pm

Podejrzewał, że nie będzie łatwo, że Lennart dalej będzie uparcie pogrążał się w swoich cnotach odwagi, bohaterstwa i wierności ideałom, nawet, jeśli głodował, marzł i naprawdę potrzebował pomocy. Znał go dobrze - niestety z wzajemnością - i wiedział, że nie będzie to słodka rozmowa. Właściwie, nigdy nie było prosto, ale w każdej innej sytuacji Joseph potrafił się zdystansować, wytworzyć wokół siebie krystalicznie przejrzysta szybę obojętności, chroniącą go przed niemądrymi podszeptami serca albo innych organów jego ciała. Duszy w to nie mieszał, nie wierzył w żadne religie starego świata, skłaniając głowę tylko przed własnymi decyzjami i kapryśnym Losem.
Który jednak postawił mu na drodze panicza Bedloe, artystycznego, nieprzystosowanego do trudnego życia chłopca. Nie mógł go ominąć, nie mógł go zignorować (chociaż przecież próbował, z całych sił!), mógł jedynie...wykorzystać. Żeby choć trochę uspokoić rozkołatany rozsądek, każący mu wymazać Lennarta ze swojego życia.
Bezskutecznie, w końcu i tak wygrało to dziwne uczucie w dole brzucha, przybierające na sile tutaj, w jego wychłodzonej kuchni, z brudnymi szafkami za plecami Salingera. Ignorującego jednak marzenia chłopaka o długich spojrzeniach prosto w oczy.
I tak był jedną z niewielu osób, które mogły poznać kolor tęczówek Josepha. Z bliska. W dość specyficznej sytuacji jak na przyjaciół. Był ciekaw, czy Lenny ciągle czuje to, co wtedy popchnęło go do samobójczego pocałunku na schodach na wystawnym bankiecie zorganizowanym przez jego rodziców (nie powinieneś teraz o tym myśleć, głupcze)... Stop. Miał zadanie do wykonania, ważne, nie mógł teraz zaczynać mozolnej wędrówki myślowej do przeszłości.
- Haniebne byłoby odrzucenie mojej propozycji i zesłanie na siebie pewnej śmierci. Bolesnej. - prawie mu przerwał, naprawdę siląc się na spokój, ale musiał jakoś uspokoić wyobrażenia w swojej głowie, a najdoskonalej wychodziło mu to przy użyciu słodkiej irytacji. - Nikomu nie zaszkodzisz, wręcz przeciwnie...nie będę wnikał czy moją pomoc przeznaczasz tylko dla siebie czy wydajesz pieniądze na jakieś biedne dzieciaki. Możesz tylko zyskać - kontynuował już spokojniej, odsuwając się w końcu od szafki. Poprawił kurtkę, zapinając zamek pod szyję. - Szybka decyzja, Lenny. Nie będę Cię błagał, wyjdę stąd i zapewne nigdy się nie zobaczymy - powiedział spokojnie, bez groźby i wahania w głosie, znów stając blisko niego, prawie wykręcając sobie prawą rękę za plecami, żeby znowu go nie dotknąć. Słabości chwilowe doprowadzały go do szału, tak samo jak to dziecinne wahanie Lennarta. Chciał mu pomóc, chciał się z nim widywać...oczywiście, że nie, chodziło tylko o interesy i...kogo chcesz oszukać?...przecież mógłby mu złamać rękę, może wtedy by się zgodził?
Za dużo myśli, za dużo wspomnień. Przystanął krok przed nim, słysząc miauczenie kota gdzieś za swoimi plecami (litości, może miał dorzucić do puli nagród także karmę dla tego futrzaka?) i wartki strumień wody z topiącego się śniegu gdzieś nad nimi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1909-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t936-lenny-ego
http://panem.forumpl.net/t1298-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t1000-lenny
Wiek : 24 lata
Zawód : Artysta malarz
Przy sobie : nóż ceramiczny, gaz pieprzowy

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Sro Sie 14, 2013 8:32 pm

Prosić Lennarta o coś takiego znaczyło tyle, co kazać mu sprzeniewierzyć się własnym zasadom. Gdyby Joseph nie był… tym, kim był, Len pewnie wygłosiłby całą przemowę na temat tego, dlaczego nie może tego zrobić. I pomimo ładnych słów w niej użytych, na pewno nie byłaby grzeczna. Jednak że Joseph był… tym, kim był, a on, Lenny, znajdował się w takiej, a nie innej sytuacji, jego propozycja została przemyślana. Chyba dla każdego było widoczne, że ledwo łączy koniec z końcem. Męczył go niedobór niektórych przedmiotów, męczył go głód… przez który jego zawsze ładnie widoczne kości policzkowe stały się za bardzo widoczne, oczy się powiększyły (Lenny był nawet zdania, że stały się wyłupiaste), skóra nabierała nieładnego szarego koloru, a włosy zaczynały wypadać. A to tylko na twarzy! Z resztą jego ciała również działy się okropne rzeczy, nigdy by nie przypuszczał, że jego żebra mogą być aż tak widoczne… Wcześniej naprawdę chętnie przeglądał się w lustrze, teraz wolał tego unikać. Nie podobało mu się to, co widział. Właściwie to nawet zastanawiał się nad usunięciem lustra. Dlatego właśnie naprawdę przydałby mu się zastrzyk gotówki, żeby mógł zacząć lepiej jadać i przybrać na wadze… o ile nie chwyci go serce (co jest bardzo prawdopodobne) i będzie jadł tylko tyle, żeby nie chodzić głodnym, a za resztę będzie pomagać innym. Wokoło jest przecież tyle ludzi, którym wypadałoby pomóc!
Tutaj, w tej wychłodzonej kuchni, z brudnymi szafkami (które również nosiły na sobie ślady jego pasji, niektóre były „ozdobione” kolorowymi plamkami i smugami farb), Len również czuł to dziwne uczucie w dole brzucha, pewnie nawet silniej niż Joseph. Zawsze czuł wszystko silniej od niego… pewnie dlatego, że nigdy się przed tym nie bronił, a ze spokojem przyjmował do wiadomości. No i w sumie… to on przeniósł ich znajomość na zupełnie nowy poziom. Albo raczej zainicjował przeniesienie. Bardzo był ciekawy, czy pamięta jeszcze ich wspólne chwile, czy je jednak wymazał z pamięci, bo przecież nie jest gejem. Naprawdę nigdy nie sądził, że można czuć się aż tak podle przez inną osobę.
Bolesna śmierć? Śmierć z głodu jest bolesna? W książkach zawsze opisywali, że po prostu w pewnym momencie jesteś zbyt słaby, by chociażby podnieść rękę, w końcu zasypiasz i już nigdy się nie budzisz. Lenny spojrzał na niego, przekrzywiając lekko głowę w lewą stronę. Trawił jego słowa.
Zyskać …– powtórzył głucho jego słowa, znów drapiąc się po skroni. Miałby więcej pieniędzy do wydania… ale za jaką cenę… jednak gdyby tak… Spojrzał w głębokim zastanowieniu na Salingera, całkiem spokojnie przyjmując do wiadomości fakt, że znów był blisko niego. Właściwie po co stawał tak blisko niego? Liczył na to, że jego obecność wpłynie na podjęcie decyzji? Cóż, jeśli tak, to miał rację… wizje ich następnych spotkań były aż za bardzo kuszące. Manipulował nim? W Lennarcie czasami odzywała się ta dziecinna skłonność do robienia złośliwości, do działania ząb za ząb. Odezwała się również i teraz. Chociaż właściwie zastanawiał się czy nie spełnia przypadkiem swojej zachcianki. Jakby nie było, licząc na to, że nie robi nic, co mogłoby być przyjemne dla Salingera, wyciągnął w kierunku jego twarzy rękę. Palcami przesunął po rudawym zaroście, zahaczył o gładką skórę i zmierzał w dół, prosto do ust. Ich dotykanie jednak przerosło młodego szlachcica, więc palce swą wędrówkę zakończyły dokładnie w kąciku ust mężczyzny. Len spojrzeniem cały czas podążał za swoim ruchem, dopiero kiedy opuścił rękę, spojrzał Josephowi prosto w… okulary. I nagle przyszedł mu do głowy pomysł. Nigdy nie myślał o tym, żeby kogokolwiek okłamywać, ale jeśli miałby mieć z tego powodu jakieś korzyści? Słynął przecież ze swojej szczerości, ale nic by się chyba nie stało, gdyby nie był z kimś szczery… zwłaszcza, że to dla większego dobra! I innych, i jego. Przecież wcale nie musi mówić Josephowi prawdy, w ramach raportów. Zawsze można trochę ją podkoloryzować lub dopasować do swoich potrzeb. Będzie brał przykład z Salingera.
Ostatecznie… jeśli znajdziesz mi naprawdę dobrych kupców… to chyba mogę się zgodzić – powiedział, ze wszystkich sił starając się brzmieć nieco niepewnie, jakby wciąż zastanawiał się, czy powinien. Oby to przeszło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Sro Sie 14, 2013 9:51 pm

Manipulowanie przychodziło Josephowi z dziecinną łatwością, niepostrzeżenie i dla siebie i dla innych osób, traktujących go po prostu tak, jak sobie zażyczył. Niesamowicie miły współpracownik, wierny kompan Strażników Pokoju, posłuszny doradca Coin, przyjaciel wszystkich przyjaciół. Doskonały opiekun, tajemniczy kochanek (brakowało mu tylko róży w butonierce, mógł jakąś ukraść od Snowa), porządny obywatel. Nie chodziło o maski, raczej o kreację aktorską, zawsze najwyższych lotów. Kiedyś sądził, że może grać przy każdym, w każdej sytuacji, nawet z lufą pistoletu w gardle - dziś już nikt nie bawił się w przystawianie jej do skroni - ale życie kazało mu zweryfikować to przekonanie, popychając w jego stronę Lennarta, w idealnie skrojonych marynarkach i z palcami wiecznie ubrudzonymi ołówkiem i farbami.
Zetknięcie dwóch różnych światów powodowało spięcia. Zawsze. Wyładowania atmosferyczne, ruchy płyt tektonicznych i psychiczne niepokoje. O dziwo, te wszystkie zawirowania, trwające przecież kilka lat - już nie pamiętał, czy poznał Lennarta jako piętnasto czy szesnastolatka - nie poruszyły Lenny'ego prawie wcale. Dalej pozostał sobą i Josephowi wydawało się, że wyszedł z tego bez szwanku.
W odróżnieniu od Salingera, który rozsypywał się wtedy w najlepsze pod ciężarem swoich oczekiwań, swoich moralności i swoich planów na życie. Autodestrukcja pełną parą, którą zakończył ostro i zdecydowanie. Był pewien, że ciągnąc przyjaźń z Bedloe nie przeżyłby Rebelii.
A teraz stał znów tutaj, znów pchając się pod nóż, który sam trzymał w rękach. Pogardzał samobójstwami, największy hipokryta tego tysiąclecia, a mimo tego w dalszym ciągu słuchał podszeptów nieracjonalnego głosu. Wręcz mruczącego pod nagłym i niespodziewanym dotykiem Lennarta.
Zazwyczaj Jose bawił się tym zmysłem, dotykał dłoni, ramion, nadgarstków, muskał przedramiona i palce, owiewał ciepłym oddechem szyje i usta. Dla własnej satysfakcji, dla uwznioślenia komunikatu, dla podkreślenia słów, dla urozmaicenia magicznej atmosfery. On zastawiał sidła, ludzie w nie wpadali, a teraz znów role się odwróciły i poczuł, że muśnięcie palców w kąciku swoich ust jest równie bolesne co romantyczny kopniak w splot słoneczny.
Dobrze, że Lenny nie mógł widzieć teraz jego oczu, jednocześnie wygłodniałych i wściekłych. Odruchowo zacisnął dłonie w pięści, raczej nie w agresywnym uniesieniu, ale w dość dziecinnym opamiętaniu, wbijając sobie paznokcie w skórę. Opanowanie przyszło szybko, razem z jego odpowiedzią. Której też się w końcu spodziewał, czułby się potwornie źle, gdyby Lenny jednak okazał się bezdennym głupcem i odrzucił jego propozycję.
Nawet nie podejrzewał, że może go okłamać, to też nie byłoby mądre posunięcie. Zresztą, Bedloe był ciekawym rodzajem człowieka, który zawsze był szczery, nawet, jeśli nie dawało mu to żadnych korzyści. Wielokrotnie na tym stracił - Jose dobrze pamiętał jego rozmowę z rodzicami o swojej przyszłości, kiedy jasno protestował przeciwko pójściu w ślady dziadka - ale...przecież się nie zmienił. Psychicznie stał przed nim ten sam chłopak, który całował go na schodach posiadłości rodziców i ten sam, który szkicował jego podobiznę w swoim notatniku.
Co wcale nie ułatwiało prowadzenia interesów.
Odsunął się od niego ponownie, dalej spięty, chociaż starał się wyglądać na rozluźnionego i zadowolonego z jego zgody na rozpoczęcie układu. - Cudownie - podsumował tylko, dalej czując fantomowy dotyk jego zmarzniętych palców przy swoich ustach. Rozpraszało, irytowało, dekoncentrowało. - Znajdę. I odezwę się po rozpoczęciu Igrzysk, radzę Ci uważnie obserwować nastroje wspaniałych ludzi Kwartału przez ekranem przy Pomniku Zjednoczenia. Może być ciekawie - kontynuował już swobodniej, już lżej, poprawiając zamek kurtki i robiąc kilka kroków w stronę wyjścia. - I...nie rób nic idiotycznego. Zaczynają się Igrzyska, co nie znaczy, że dziura w murze nie będzie obserwowana przez Strażników - dodał po chwili zastanowienia, przystając w progu. Oczywiście, że wiedział o pieszych wycieczkach Lennarta do dzielnicy Rebeliantów, żeby sprzedawać swoje obrazy. Opłacało się mieć znajomych wśród strażników, patrolujących teren getta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1909-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t936-lenny-ego
http://panem.forumpl.net/t1298-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t1000-lenny
Wiek : 24 lata
Zawód : Artysta malarz
Przy sobie : nóż ceramiczny, gaz pieprzowy

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Sro Sie 14, 2013 11:08 pm

Lenny nigdy nikim nie manipulował, nie potrafił. Był na to zbyt szlachetny, jak sam pewnie by powiedział. Kłamanie mu nie wychodziło, nie umiał też udawać kogoś, kim nie był. Beznadziejny z niego aktor, szczerze mówiąc. Najlepiej wychodziło mu bycie po prostu sobą. Wychodził z założenia, że to jedyna słuszna postawa, nawet, jeśli czasami się z tego powodu cierpi. Ale pomimo tego, że pogardzał kłamstwem, to zawsze był pod wrażeniem osób, które zgrabnie je wykorzystują. Jak Joseph. Jego zdolności aktorskie naprawdę robiły wrażenie, tego nie można było mu odmówić. Potrafił dotrzeć do każdego. I Lenny’emu nie przeszkadzała jego postawa, dopóki był szczery z nim i nie starał się nikogo przy nim grać. A przynajmniej wydawało mu się, że był. Bedloe czasami zastanawiał ile z tego, co mu pokazał Salinger, było prawdą, a ile zgrabnie wykorzystanym kłamstwem i nie potrafił się połapać. W przypuszczeniach gubił się za każdym razem, więc w pewnym momencie po prostu przestał. Jednak parę rzeczy dowiedział się o nim na pewno.
Wielokrotnie wyobrażał sobie miny rodziców, kiedy oznajmiał im, kim naprawdę jest dla niego przyjaciel rodziny. Na początku pewnie nastąpiłoby wielkie oburzenie, że nie ta płeć, ale później, po pierwszej fali, na pewno zwróciliby uwagę, że stan majątkowy Josepha jest stanowczo zbyt niski w porównaniu do ich. No i nie pochodzi z Kapitolu, na dobrą sprawę tylko tu służy, choć jest tak czarującą osobą! Są z dwóch różnych światów, to nie przejdzie. Zabawne, że w ostatniej kwestii mieliby rację, choć Len na pewno gorąco by temu zaprzeczał. Bo w końcu się rozstali, gdy Joseph stwierdził, że tylko się nim bawił. To nieprzyjemne określenie bardzo boleśnie osiadło w jego pamięci i złośliwie wypływało na wierzch za każdym razem, kiedy go wspominał.
Swoim dotykiem chciał go zdenerwować. Wyprowadzić z równowagi, sprowokować. Nie chciał, by był dla niego czymś miłym. Skoro tylko się nim bawił i przecież broń Boże nie był gejem, nie powinien zrobić na nim wrażenia, prawda? Tego Len się spodziewał. Kątem oka zarejestrował, że Salinger zacisnął ręce w pięści, na co ledwo się powstrzymał od zadowolonego uśmiechu. Złośliwy jak dzieciak.
Dziwnie czuł się z myślą, że chce kogoś okłamać i wykorzystać to dla własnej, choć masochistycznej, przyjemności. To środowisko było dla niego zupełnie nowe, w kwestii kłamania był jak dziecko we mgle, wiedział, że niewiele mu trzeba, żeby się poślizgnął. A jednak postanowił podjąć próbę, nie bacząc na głos w głowie, który prawie że wrzeszczał, że tak szlachcic nie postępuje. Przecież wiedział, że nie. Ale nie mógł się powstrzymać.
Mhm, jasne – wymamrotał z, jak się starał, niezbyt zadowoloną miną. Jej, tylko naprawdę musi ewentualnie zdobyć parę nazwisk. Pogada z Mathiasem, może zna kogoś, komu nie życzy dobrze i kto interesowałby Josepha. – Jestem praworządnym obywatelem! – oświadczył głośno i z miną niewiniątka. A na koniec, skoro już wychodzi… chyba może zrobić mu jeszcze na złość. To naprawdę nie tak, że chce poczuć jego zapach… Lenny podszedł do Josepha blisko, bardzo blisko. Następnie wspiął się na palce, wspierając się jedną ręką na jego ramieniu, i szepnął mu do ucha:
Będę czekał z niecierpliwością na wiadomość o spotkaniu. – Miało brzmieć zaczepnie i miał nadzieję, że brzmiało, choć bardzo prawdopodobne, że sam, głupi, nie wytrzymał tej bliskości i zadrżał mu głos. Och, ależ on cwany i złośliwy, patrzcie go. Odsunął się, opierając ramieniem o framugę drzwi do salonu. Chciał wyglądać na rozluźnionego, ale pewnie złośliwego dzieciaka można było w nim rozpoznać na kilometr. Bardzo dorośle.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Czw Sie 15, 2013 2:07 pm

Nie znosił tego wewnętrznego rozedrgania. Zawsze był pewny swojego planu, celu i środków, jakimi go osiągał, a przy Lennarcie wszystko było jednym wielkim znakiem zapytania. Do tego rozmazanym, niewyraźnym i powodującym zawroty głowy...i pociągającym, nie było więc sposobu jego uniknięcia. Albo był, ale Joseph w tym jednym wypadku nie miał na tyle silnej woli, by się odwrócić i odejść.
Chociaż przecież to robił, kilka kroków po skrzypiącej podłodze, zimny powiew lodowatego powietrza, owiewający jego twarz (biedny Lennart, gdzie jego wystawne pałace i ogrzewane łóżko?), klamka niedaleko, w zasięgu dłoni i mógł być względnie wolny, spacerować zaśnieżonymi ulicami i...być naiwnie skazanym na kolejne spotkanie.
Którego potrzebował i którego się obawiał, bo nie ufał sobie w stu procentach, nie przy tym wychudzonym blondynie, stawiającym szybkie kroki za jego plecami i dotykającym zimną dłonią jego ramienia.
Nie powinien tego poczuć, przecież miał na sobie doskonale ocieplaną kurtkę i ciepły sweter, kilka warstw niedopuszczających do jego ciała przejmującego chłodu. Dotyk był więc fantomowy, psychiczny, uwłaczający racjonalnej godności Josepha Salingera, rozstrojonego przez jakiegoś dzieciaka, z którym kiedyś łączyła go specyficzna forma męskiej przyjaźni.
Prawie się wzdrygnął, gdy poczuł jego ciepły oddech przy swoim uchu. Za dużo nawiązań do wyuczonej reakcji jego organizmu; gęsia skórka natychmiast pojawiła się na jego karku i ramionach, ukrytych pod materiałem, na całe szczęście. Nikt nie mógł tego zauważyć; to Lennart się podkładał pod nóż z tym swoim trzęsącym się głosem.
Niemal mógł sobie wyobrazić jak wyglądają wtedy jego usta, jak drży spierzchnięta warga i jak na chwilę wstrzymuje oddech. Nie kontynuował jednak tej wycieczki we wspomnienia, nie prowadziło to do niczego dobrego, tylko do zwiększenia irytacji i złości. Na samego siebie, na tego złośliwego dzieciaka, który w końcu się odsunął, na swoje słabości i na kapryśny Los. Za dużo agresji jak na jednego człowieka, który nie spał od ponad doby.
Ostatnio czuł się tak w chwili, w której łamał mu rękę i deszcz wlewał mu się za kołnierz munduru. Bez doświadczenia pewnie postąpiłby ponownie, ale każde spotkanie z Lennartem uczyło go wstrzemięźliwości. Przynajmniej fizycznej, bo słownej nie mógł już powstrzymać.
- Daruj sobie te romantyczne prowokacje - powiedział spokojnie, stanowczo, odwracając się do niego tylko na chwilę. Ostatnie spojrzenie na obłupaną framugę drzwi, na jego zniszczone ciuchy i zupełnie rozczochrane włosy. Mógł użyć ostrzejszego słowa, mógł spytać, czy znalazł już sobie jakiegoś kochanka wśród Strażników i dlatego jeszcze żyje, ale zamilkł, po prostu naciskając klamkę i wychodząc na zimną klatkę schodową.
Drzwi zamknęły się za nim z cichym trzaskiem, ale nie zbiegł od razu po schodach, biorąc głęboki oddech, mrożący mu gardło. Powinien cieszyć się z nowego współpracownika w KOLCu a zamiast tego czuł nieprzyjemne poddenerwowanie i znużenie. Wyleczy je dopiero gorąca kąpiel, papieros i wino, które wypije przy transmisji z rozpoczęcia Igrzysk.

    zt/mieszkanie Josepha
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1909-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t936-lenny-ego
http://panem.forumpl.net/t1298-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t1000-lenny
Wiek : 24 lata
Zawód : Artysta malarz
Przy sobie : nóż ceramiczny, gaz pieprzowy

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Czw Sie 15, 2013 10:40 pm

Lenny sam nie wiedział, co go popchnęło do tego, by podjeść do Josepha i wyszeptać mu na ucho parę słów. To było głupie. Głupie i dziecinne. Czyli właściwie całkiem dla niego typowe, ale nieważne. Co chciał tym osiągnąć? Sam nie do końca wiedział. Z jednej strony faktycznie chciał zrobić Salingerowi na złość, zainicjować coś, co by mu się nie podobało, nieco go podrażnić, ale z drugiej… Podobnie jak z dotykiem, nie mógł się powstrzymać, musiał się do niego zbliżyć. Ma zdecydowanie zbyt słabą wolę, będzie musiał nad tym popracować. To zbliżenie się jednak bardziej go zdenerwowało, niż zadowoliło. Czyżby wyczuwał nikły zapach perfum, które sam mu kiedyś podarował? Czy to tylko wytwór jego wyobraźni, bo chyba chciał je poczuć? Wstrzymał na moment oddech. Tknęło go, że to może być kolejna sztuczka Josepha, żeby się zgodził na współpracę, na szpiegowanie. Na krótki moment na czole Lennarta pojawiła się zmarszczka, świadcząca o niezadowoleniu, a nawet irytacji. Odsunął się od niego ze złośliwym wyrazem twarzy, którego nie potrafił powstrzymać, i nowym planem w głowie.
Nie – odpowiedział tym samym tonem, co Salinger, zupełnie jakby go przedrzeźniał. – Chciałeś współpracy, to teraz ze mną wytrzymaj – rzucił całkiem wyzywająco. Tak, zamierza być problemem. Niech sobie Joseph z nim radzi. Lenny’ego jeszcze bardzo paliła urażona duma, kiedy mężczyzna oznajmia, że kończy ich znajomość, tyle, że w o wiele gorszych słowach oraz dwa razy zawiedzione zaufanie. Tak, dwa razy mu zaufał i dwa razy bardzo boleśnie się na tym zawiódł. Tym razem nie zamierza dać się oszukać, nieważne, ile wysiłku i samozaparcia będzie go to kosztować. W końcu postanowienia to jedno, a reakcje jego organizmu na bliskość Salingera to już zupełnie inna sprawa. Ale z tym też sobie poradzi, a przynajmniej zamierza. Postara się. Słowo szlachcica!
Z ulgą przyjął zamykające się za mężczyzną drzwi. Teraz może spokojnie usiąść i wszystko przemyśleć. No i czekać na wiadomość o spotkaniu. Swoją drogą, ciekawe, skąd Joseph weźmie jego numer… cóż, mieszkanie znalazł, numer telefonu będzie tylko niewiele większym wysiłkiem. Tego, że nie był już Strażnikiem Pokoju domyślił się niemal od razu. Nie wyglądał. Len miał za to dziwne przeczucie, że dostał się na naprawdę wysokie stanowisko… a skoro tak, to numer takiego dzieciaka z KOLCa nie powinien być problemem.  Bedloe szybko wygonił ze swojej głowy myśl, że już nie może się doczekać następnego spotkania. Ruszył do swojej pracowni, gdzie, jak czuł, spędzi najbliższych kilka godzin. Musiał zająć myśli czymś innym, niż Josephem Salingerem, który tak bezczelnie ponownie zjawia się w jego życiu. Jedzenie poczeka. Kiedy maluje, nigdy nie jest głodny.


zt, pracownia
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1909-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t936-lenny-ego
http://panem.forumpl.net/t1298-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t1000-lenny
Wiek : 24 lata
Zawód : Artysta malarz
Przy sobie : nóż ceramiczny, gaz pieprzowy

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Czw Paź 24, 2013 9:56 pm

/tydzień po wydarzeniach na moście, skądś tam ;d

Cały poprzedni tydzień był owocny w wydarzenia i przeżycia, jakich Len nigdy by się nie spodziewał. I nigdy by się nie spodziewał, że pod wpływem ich i jeszcze paru osób odważy się na tak niebezpieczny krok. Chyba ma zadatki na samobójcę, ale na dobrą sprawę nie chciał się nad tym zastanawiać. Jednak pomimo tego, że minęło już parę dni, czuł się całkiem dobrze na myśl o podjętej decyzji. Nie zmieniłby jej i w tej chwili.
Ostatnie dni były naprawdę trudne. Lenny z bólem w sercu słuchał kolejnych doniesień na temat ilości zabitych podczas bankietu na moście. Tak niewiele brakowało, a on sam znalazłby się na nim! Całe szczęście, że przy okazji bojkotowania Igrzysk postanowił zbojkotować również i bankiet. Nie chciał pojawiać się w żadnym miejscu, gdzie byłby obecny ktokolwiek z władz Nowego Kapitolu. Z niejaką ulgą przyjął też fakt, że Igrzyska przeżyło aż czterech trybutów, zamiast tylko jednego, ale jednocześnie żałował wszystkich tych, którzy zginęli. A zwłaszcza biednej Amandy. Choć przez niemal cały tydzień miał tyle roboty, że brakowało mu czasu na myślenie o tych wszystkich, którzy odeszli (nieważne, że zdecydowanej większości nie znał), przez co nie chodził markotny.
Teraz również taki nie był, pomimo uspokojonej sytuacji. W chwili obecnej był po prostu wściekły. Jakieś dzieciaki o zapewne niezwykle wysokim ilorazie inteligencji wpadły na pomysł, żeby obrzucić go śnieżkami. Tak porządnie go obrzucić. W wyniku tego ataku spadł chyba z jakiegoś murku prostu w bardzo głęboką zaspę. Zanim się z niej wygramolił, klnąc na czym świat stoi, przemókł do suchej nitki. I pobrudził się, śnieg do najczystszych nie należał. Zabolało go to o tyle mocniej, że akurat tę kurtkę pieczołowicie czyścił parę dni temu oraz że właściwie nie miał się już w co przebrać. Chociaż właściwie miał, ale szkoda mu było używać akurat tego ubrania, znacznie bardziej wolał na nie jedynie zwyczajnie od czasu do czasu sobie popatrzeć. Był to jego strój z czasów świetności, sprzed rebelii, który udało mu się przemycić i ukryć. Tylko ten jeden.  Nic specjalnego, chwycone na chybił trafił w ostatniej chwili, ale jednak coś, co zdecydowanie odróżniało się od jego obecnej, szaroburej garderoby. Ciemnoczerwone, wręcz bordowe dżinsy oraz ciemniejszy, głębszy odcień niebieskiego marynarki. Kolory, które w ogóle nie odpowiadały jego matce, wolała, żeby były bardziej jaskrawe, bardziej widoczne, ale był zawsze uparty i ubierał się według swojego gustu, a nie gustu matki. Czasami, kiedy w melancholijnym nastroju oglądał ten strój, przypominał sobie Sophię i jej próby przekonania go do zmiany garderoby, które nigdy nie kończył się powodzeniem i zawsze na jego ustach pojawiał się lekki uśmiech. Tęsknił za tym przekomarzaniem się z nią, za sprzeczkami… Dlatego właśnie wcale nie uśmiechało mu się zakładanie tych dżinsów i marynarki, nienoszone były bezpieczniejsze. Ale niestety nie miał nic innego, a nagi nie zamierzał hasać po mieszkaniu. Wszystko inne suszyło się po praniu, a wiadomo, że przy takich mrozach nic szybko nie schnie.
Do mieszkania wpadł jak burza, rzucając przekleństwami na prawo i lewo, trzaskając drzwiami i robiąc tyle hałasu, ile tylko się dało.
Głupie bachory – burczał pod nosem, kiedy zdejmował buty, którymi następnie rzucił gdzieś w kąt. Już za chwilę ściągnął z siebie kurtkę (ją też rzucił na podłogę), parę sekund później w to samo miejsce poleciały spodnie. Z zadowoleniem stwierdził, że sweter był w zasadzie suchy, ale zbyt cienki, by uchronić go od zimna. Dzisiaj nie miał na sobie nie wiadomo jak grubej warstwy ubrań, wszystko, niestety, było w praniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Czw Paź 24, 2013 10:52 pm



    czasoprzestrzeń!


Ostatnie półtora tygodnia było dla Josepha pasmem piekielnych cierpień. Wszystkie złe i podłe rzeczy się nawarstwiły, zasypując Salingera stosem papierkowej roboty. Niepokojące raporty z dystryktów, problemy z dostawami prądu (Igrzyska ciągnęły go zdecydowanie za dużo, ale to nic, po prostu odcinano częściej dostawy do KOLCa) i ogólne gospodarcze zmęczenie długą zimą - te i inne atrakcje spływały na jego biurko jak ostatni śnieg, cicho, miękko i niepostrzeżenie. Nie potrafił odgarnąć tej sterty problemów ani zrzucić jej na nikogo innego...chociaż nie, może inaczej. Nie chciał zlecić swojej pracy komukolwiek innemu. Atmosfera wokół Almy Coin gęstniała z każdym dniem Igrzysk, wzmocniono kontrolę przy wejściu do budynku, pojawiło się coraz więcej Strażników Pokoju i szósty zmysł Josepha nakazywał mu siedzenie cicho w swoim gabinecie i nie wychylanie się nawet po kawę.
Wracanie do swojego-nieswojego (dalej nie widział się z Catrice na dłużej niż kilka minut - rozkoszne dwuznaczne pogawędki w drzwiach) mieszkania także odpadało. Oczywiście nie chodziło tu o tchórzostwo (przynajmniej nie głównie), ale o czystą kalkulacje: nie opłacało się przedzierać przez zaśnieżone miasto, kiedy mógł faszerować się chemicznymi wspomagaczami i drzemkami po prostu na podłodze swojego gabinetu. Była dużo wygodniejsza niż jego siennik w Dwójce, więc...nie narzekał. Pomimo dziwnej drętwości mięśni, ale przechodziła po porannej kawie i kolejnej emocjonującej informacji z Igrzysk.
Których zakończenie na pewno by przegapił, gdyby do jego gabinetu nie wparowali poddenerwowani współpracownicy, włączając ekran za jego plecami i wręcz każąc mu obserwować wydarzenia na Arenie, ginących trybutów i popieprzoną sytuacje na moście.
Wpatrywał się w to zbiorowisko idealnie niewidocznych pikseli bez strachu ani zbytniego przejęcia. Spodziewał się, że w końcu stłamszony plebsik wybuchnie jakimś protestem, mniej lub bardziej krwawym. Wybrali opcję numer dwa, ale to na pewno nie był szczyt ich możliwości. Niestety. Na szczęście? Bardziej więc zirytowała go liczba zwycięskich trybutów - nadszarpnęła jego miłość do Igrzysk - ale kto wie, może Coin będzie ich teraz dobijać bez kamer. Nie siedział w jej głowie, ostatnio na radach państwowych ograniczał się do sympatycznego wieszczenia krachu gospodarczego, nie wdając się w żadne dyskusje stricte polityczne. Tak było bezpieczniej, a o swoją głowę dbał najbardziej na świecie.
Nic dziwnego, że dopiero gdy upewnił się, że jemu nic nie grozi (i że podjął słuszną decyzję odnośnie zbojkotowania imprezy na moście) zaczął myśleć w kategoriach...dalszych. O przyszłości, o tym, czy zdąży zmienić strony, kiedy nadejdzie kolejne powstanie (kwestia czasu, CZUŁ to) i o tym, kto był na tyle durny (i odważny), żeby zorganizować wybuchowy bankiet dla niewinnych rebeliantów.
Nie ufał środkom komunikacji, był przekonany, że wszystkie jego rozmowy są podsłuchiwane, musiał więc posługiwać się starym sposobem wywiadowczym: ruszyć szanowne cztery litery i samemu wyrwać język z gardła swoich informatorów. Których liczba gwałtownie się skurczyła (świeć panie nad ich rozerwanymi ciałami) i w tej smutnej chwili oscylowała wokół smętnej jedynki.
Był dziwnie pewien, że ten dzieciak nie był jedną z anonimowych ofiar ani jakimś organizatorem bankietu. Inaczej nie wyszedłby z pracy wcześniej, nie poświęcił drogich butów (przemokły zupełnie w tym śniegu) i nie ryzykowałby spacerku do KOLCa (jakoś pilniej strzeżonego), smutnym tonem opowiadając znajomemu Strażnikowi o problemach z zaopatrzeniem. Został przepuszczony bez problemu, bez problemu także odnalazł się w labiryncie wąskich uliczek i wszedł na zapadniętą klatkę schodową, nie zajmując się jednak kulturalnym stukaniem w odpowiednie drzwi. Klucze leżały bezpiecznie w kieszeni jego płaszcza (był dziś zbyt elegancki, zdecydowanie wolałby przybyć tutaj w ciepłej kurtce), ale nieopatrzny Lennart zostawił zamki otwarte.
Pchnął więc drzwi i ruszył do środka, od razu czując jego zapach. Dziwne, że pamiętał ten szczegół najwyraźniej: nie daty ich spotkań, nie słowa, które szeptał mu do ucha ale właśnie woń jego skóry tuż za uchem, przy szyi. Która teraz oznajmiała mu, że żył (inaczej wymiotowałby już za okno; nie znosił zapachu trupów).
- Jak ci się podobały Igrzyska? - zaanonsował jednak swoje przybycie od progu, kierując ciche kroki ku salonowi, który można było tak nazwać jedynie z litości. Ciągle miał w tyle głowy wspaniałe mieszkanie Rodericka, które w tym porównaniu...nie, takie porównanie nie miało prawa nawet istnieć.
Tak samo jak spojrzenie, którym obrzucił półnagiego chłopaka, dokonującego właśnie na jego oczach bardzo niewinnego striptizu. Widział jak zamarznięty śnieg spływa z jego włosów na kark, wywołując gęsią skórkę i... Znów wspomnienia. Nie znosił tego w Lennarcie, był jakimś chorym, ludzkim nośnikiem przeszłości, infekującej jego umysł i wpływającym druzgocząco na psychikę. Zamrugał gwałtownie - okulary przeciwsłoneczne: po raz setny błogosławione - opierając się o framugę i po prostu na niego patrząc. - Wybierasz się na jakąś pedalską randkę? - spytał po sekundzie, bardzo delikatnie i bardzo łagodnie, wręcz przyjacielsko, nie zmniejszając jednak dystansu nawet o centymetr. Bezpieczeństwo przede wszystkim.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1909-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t936-lenny-ego
http://panem.forumpl.net/t1298-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t1000-lenny
Wiek : 24 lata
Zawód : Artysta malarz
Przy sobie : nóż ceramiczny, gaz pieprzowy

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Pią Paź 25, 2013 12:52 pm

Zdaniem Lennarta brud był chyba najgorszy ze wszystkiego. No, właściwie to rzeczy bolesne oraz całkowity brak przyborów do rysowania należały do jeszcze gorszych rzeczy… a o miejsce brudu walczyły jeszcze zimno oraz głód… W każdym razie brud na pewno nie był dobry. Rozpraszał go, denerwował, czasami wręcz doprowadzał do szewskiej pasji. Szczególnie wtedy, kiedy znajdował się bezpośrednio na nim (zwłaszcza na ubraniach) i niszczył jego nieskazitelną prezencję. Lenny zawsze przywiązywał wielką wagę do swojego wyglądu i humor psuło mu wszystko, co sprawiało, że pojawiał się na nim jakiś mankament. Nawet tutaj, w KOLCu, zawsze dbał o to, by wyglądać idealnie. Z ubraniami, jakie miał do dyspozycji, było to co prawda trudne, ale przynajmniej zawsze chodził czysty. By to osiągnąć, nauczył się prać ręcznie, co chyba wystarczająco jasno pokazywało, jakie to dla niego ważne.
Ale znajdzie się taki idiota jeden z drugim (trzeci i czwarty również), którym wpadnie do głowy debilny pomysł, by obrzucać bogu ducha winnych przechodniów brudnym śniegiem. W wyniku czego zamiast zejść schodami na ulicę, spadł z murka zanim zdążył w ogóle na nie wejść i wylądował w zaspie. Zdaje się, że w zaspie śniegu, który był zgarnięty z drogi. Pięknie. Lepiej żeby te plamy zeszły, bo inaczej panicz Bedloe wykorzysta wszystkie swoje uliczne znajomości by dzieciaki znaleźć i należycie się zemścić. Oko za oko, ząb za ząb, ta zniewaga krwi wymaga i inne takie!
Na razie jednak, zanim zabierze się do prania, musiał się wysuszyć, przebrać i ogrzać. Parę ulic przeszedł w mokrym ubraniu, więc zdążyło zrobić mu się naprawdę zimno. Nie usłyszał, jak Joseph wchodzi, był zbyt zajęty klęciem pod nosem oraz krótkim skakaniem na jednej i usiłowaniem zdjęcia mokrych skarpetek. Dosłyszał dopiero jego słowa o „pedalskiej randce”. Natychmiast się wyprostował i odwrócił w jego stronę, przez moment wyglądając na zaskoczonego jego obecnością. Jednak chwilę później złość powróciła i wzmocniła się o tyle, że Salinger bez jego zgody, bez wcześniejszego uprzedzenia i bez pukania zjawia się w jego mieszkaniu. Zmrużył gniewnie oczy i podszedł do niespodziewanego gościa, zatrzymując się całkiem blisko niego.
Nie, ale wczoraj na jednej byłem. Chociaż wiesz, randką bym tego nie nazwał – rzucił na pozór luźno, ale z wyczuwalnym wzburzeniem w głosie. A nuż mu uwierzy i stwierdzi, że nie chce się więcej z nim widzieć i przestanie tak chamsko przypominać o sobie i o ich przeszłości. Inna sprawa, że chyba cała postawa Lenny’ego wręcz krzyczała, że kłamał. Niekontrolowane odruchy takie jak przekrzywiane głowy w jedną stronę, czy nerwowe zaciskanie dłoni zawsze go zdradzały. – Całkiem często to robię – dodał po chwili tonem, który mówił, że przecież nie ma nic do roboty w Kwartale, więc chadza na randki. – Nie jestem w nastroju na wizyty – burknął, machając niedbale ręką w stronę drzwi, czym jasno dawał mu do zrozumienia, że miło było, gdyby już sobie poszedł. Nie czekając na odpowiedź odwrócił się i odszedł, podchodząc do kaloryfera, skąd ściągnął już suche bokserki. Całe szczęście, że czasami, bardzo rzadko, ale zawsze, dochodziło do niego ogrzewanie, przez co pewne niezbędne części garderoby schły szybciej od innych, obecnie rozwieszonych na suszarce, stojącej jakieś dwa metry od niego pod ścianą. Musiał zmienić bieliznę, bo tę miał… no, mokrą. Spodnie przemokły od nogawek aż po szlufki, więc nie było mocy, by bielizna ocalała. Rzucił Josephowi krótkie spojrzenie, jakby się nad czymś zastanawiał, a następnie… ściągnął z siebie bokserki, wesoło świecąc gołym tyłkiem przed swoim gościem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Sob Paź 26, 2013 12:35 pm

Lubił go takiego. Zirytowanego jak książątko, marszczącego brwi i ten arystokratyczny nosek, zaciskającego pełne, wręcz kobiece wargi. Sprawiał wrażenie naburmuszonego dziecka, któremu ktoś przerwał doskonałą zabawę; dziecka na tyle buntowniczego, że jest gotowe podejść do intruza i zdzielić go po głowie łopatką.
Tak właśnie wyglądał Lennart, kiedy beztrosko zmniejszał między nimi dystans i...Joseph naprawdę musiał zużyć wszystkie pokłady świętej cierpliwości i opanowania, żeby nie zrobić kilku histerycznie niemęskich kroków w tył, najlepiej przy zamknięciu drzwi od korytarza. Prowadzenie rozmowy przez ścianę bardzo przypominało mu podsłuchujące praktyki Coin, ale...przecież jej służył, musiał więc przejąć jakieś cechy jej słodkiego charakteru.
Takie jak zapobiegliwość, ostrożność i...przywiązywanie uwagi do szczegółów? Widział dokładnie jego zaciśnięte nerwowo dłonie o długich palcach i jakieś dziwne spięcie szyi oraz ramion, które widywał u niego tylko na najbardziej nadętych imprezach ku czci Rodericka. Stał wtedy gdzieś za rodzicami, w gruncie rzeczy dalej chłopczyk a nie mężczyzna, ubrany zgodnie z obowiązującą modą (czuł w tym mocną ingerencję uroczej mamusi) i błyskał tymi zdenerwowanymi oczami, jakby szukając możliwości szybkiej ucieczki do swoich płócien czy innego artystycznego syfu, którego Joseph nigdy nie rozumiał.
Dlatego lubił mu przeszkadzać w tym kompulsywnym tworzeniu, odciągać od sztalug, wycierać jego palce ubrudzone farbą o swoją skórę i....Zdecydowanie za dużo myślał przy półnagim Lenny'm, zachowującym się znów jak kapryśny dzieciak, wyrzucający go z mieszkania. Dalej był naiwny. A Joseph nie zamierzał kulturalnie przepraszać go za najście i podtrzymywać słodkiej rozmowy o jego obecnych partnerach - dziwnie go to zirytowało, ale (a to nowość) nie pokazywał tego po sobie, tkwiąc bez ruchu przy framudze, dalej w brązowym płaszczu, z lekkim uśmiechem.
- Mam nadzieję, że nie umawiasz się na randki z osobami, które zabijają niewinnych mieszkańców - odparł tylko bardzo lekko, odrobinę karcąco. Chętnie pociągnąłby mało subtelną grę aluzji i prowadził swoją idiotyczną gierkę wielkiego manipulanta, gdyby nie dość rozkojarzający bodziec w postaci rozbierającego się Lennarta.
Nie, nie chodziło o zgorszenie ani o szok, przecież widywał go nagiego wiele razy, ale...teraz było inaczej, teraz byli sobie obcy i nie powinien skupiać się na jego ciele a na załatwieniu spraw, po które tutaj przyszedł.
Wygrał więc znowu ze swoimi odruchami i zamiast pozostać przy framudze i w ciszy przypominać sobie jak wyglądała jego nagość przedtem (sporo schudł), ruszył powoli ku parapetowi, wpatrując się przez zaśnieżoną szybę w brud wewnętrznego podwórka, na którym walały się śmieci.
- Wiesz, kto stał za tym...aktem terrorystycznym na moście? - zaczął mowić bardzo oschle i służbowo, jakoś musiał powrócić do obojętnej formy, mocno naruszonej bezczelną nagością panicza Bedloe. - I czy mieli wsparcie ze strony rebeliantów? I skąd mieli broń? Macie tu jakieś tajne przejścia? Strażnicy pozwalają wam coś przenosić? - kontynuował, stukając palcami lewej dłoni w zimny parapet, ni to wyliczając ni uspokajając swoje zszargane nerwy. Niepokojące, nawet Coin nie wyprowadzała go z równowagi z taką łatwością, z jaką robił to Lenny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1909-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t936-lenny-ego
http://panem.forumpl.net/t1298-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t1000-lenny
Wiek : 24 lata
Zawód : Artysta malarz
Przy sobie : nóż ceramiczny, gaz pieprzowy

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Sob Paź 26, 2013 4:56 pm

W chwili obecnej nic go nie irytowało, jak lekki uśmiech Josepha i jego głos dobrotliwego wujka. Kiedyś taki zestaw go bawił, ale teraz… bardzo poważnie denerwował. Był on taki fałszywy, w odczuciu Lenny’ego nawet prześmiewczy, że naprawdę chciał, by zniknął. Właściwie sam chętnie przyczyniłby się do tego, ale w takim starciu to on, Lennart, wyszedłby na tym o wiele gorzej. Dodatkowo był jeszcze zły o to, że Joseph zjawia się u niego dopiero teraz. Miał dać znać zaraz po rozpoczęciu Igrzysk, podczas gdy od tego momentu minęło ponad dziesięć dni! Zdaje się nawet, że coś około dwóch tygodni. „Daj sobie pomóc Lenny”, „Pomogę ci przeżyć, Lenny”. AKURAT. Jak on miał chodzić na jakiekolwiek układy z kimś takim?
Poziom jego złości wzrastał wprost proporcjonalnie do zmniejszającej się odległości pomiędzy nim a Salingerem. Dlatego też kiedy przed nim stanął, jego oczy ciskały błyskawice. Choć był cały spięty, wyprostował się dumnie, z podbródkiem lekko uniesionym do góry i z niejaką pogardą zaznaczoną szczególnie w wydętych teraz ustach oraz w spojrzeniu. Postawa, którą przybierał zawsze wtedy, kiedy miał do czynienia z kimś, kogo naprawdę nie lubi i nie życzy mu dobrze.
Strażnicy Pokoju już mi się znudzili, teraz wziąłem się za członków rządu – oświadczył najbardziej beztroskim tonem, na jaki było go stać w tym momencie. – Nie życzę sobie twojej obecności tu  – dodał zimnym i bardzo obrażonym głosem. Zanim się odwrócił, obrzucił go jeszcze wyniosłym spojrzeniem. Niech wie, że nie jest tu mile widziany!
Przez krótką chwilę wahał się, czy na pewno chce się rozbierać przed Josephem, ale w końcu stwierdził że niczego nowego przecież mu nie pokaże, a a nuż ta częściowa nagość w jakiś sposób sprawi, że Salinger zdecyduje się wyjść. Może to naiwne, no ale… skoro nie był gejem to może się obruszy i wyjdzie. Oby.
Jednak nie, gość zdecydował się wejść do salonu i stanął pod oknem, całkiem niedaleko niego. Lennart przez chwilę zastanawiał się, czy jeśli teraz, taki półnagi, podszedłby do niego blisko, naprawdę blisko, to czy to by na Josepha podziałało? Po kilku dłuższych sekundach doszedł jednak do wniosku, że nie warto, bo mógłby jeszcze za takie coś oberwać. Spokojnie wciągnął na tyłek bokserki (jednak nie omieszkał uprzednio złośliwie się wypiąć w jego stronę) i wyszedł bez słowa z pokoju, kiedy Salinger skończył zadawać pytania.
Wrócił dopiero wtedy, kiedy w łazience wytarł ręcznikiem lekko mokre włosy i kiedy w sypialni zdążył się przebrać. W salonie zjawił się ubrany w namiastkę czasów sprzed rebelii.  Jako że nie posiadał żadnych odpowiednich koszul, miał na sobie zwykły biały podkoszulek, na który włożył ciemnoniebieską marynarkę. Na nogi wciągnął bordowe spodnie – pamiętał, że kiedyś bardzo je lubił. W takim stroju poczuł się bardziej swobodny i pewny siebie. Szkoda, że nie ma żadnej koszuli. Ani muszki, które z taką lubością kolekcjonował.
Po kolei – burknął, stając na środku salonu. – Nie jestem pewny stron, a co dopiero ludzi, którzy za tym stali. Jak wyżej. Nie mam pojęcia. Niewykluczone, że tak, ale kto to wie? Jacyś pewnie się znajdą – odparł, wzruszając, ciągle spiętymi, ramionami. W oczach Lenny’ego dalej pełno było niechęci i miał nadzieję, że to osłoni go przed odkryciem przez Josepha, że na część pytań nie odpowiedział szczerze. Bo na przykład… znał położenie chyba wszystkich tajnych wejść i wiedział o powstawaniu nowego, ale wyjawienie tego Salingerowi byłoby poważną zdradą, a tej nigdy w życiu nie chciałby się dopuścić. Ze Strażnikami… cóż, wiedział, sam kontaktował się z jednym, ale przecież tego też mu nie powie, musi dbać o swoje interesy… bo kto się nim zajmie, jak nie on sam? Na resztę pytań naprawdę nie znał odpowiedzi. Okropnie problematyczna sytuacja. Może Salinger jedynie się wkurzy i po prostu wyjdzie…
Jako że niewygodnie stało mu się na środku pokoju, a siadać nie miał ochoty, wolnym, niemal leniwym krokiem podszedł do ściany, o którą oparł się plecami. Przeczesał grzywkę palcami, nieco ją poczochrał, po czym skrzyżował ręce na piersi i utkwił w Josephie spojrzenie wyraźnie mówiące, że nie ma mu już nic do powiedzenia i mógłby uprzejmie pójść sobie stąd.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Sob Paź 26, 2013 7:58 pm

Naprawdę zachwycała go ta zmiana zachowania Lennarta. Jakby poznawał go z zupełnie innej strony, w innym światłocieniu (to chyba tym czymś zachwycał się któregoś wieczora, próbując wyślizgnąć się z łóżka do swoich sztalug). Zamiast intrygującego chłopczyka z wyższych sfer miał teraz przed sobą zdziczałego artystę, którego kapryśny los (albo kapryśna zmiana rządów) popchnął w niezbyt sympatyczne okoliczności czasu i miejsca. Już nic nie zostało z doskonale wychowanego młodzieńca, który całował go po ciemku na dość kiczowatej klatce schodowej w jego posiadłości.
Cóż, prawie nic, bo dalej miał na sobie te same spodnie i marynarkę. Dziwne, że Joseph pamiętał takie rzeczy, nie sądził, że będzie w stanie przywołać z pamięci aż takie szczegóły, ale widocznie tamten wieczór był ważny dla jego pokręconej psychiki. A przynajmniej tak powiedziałby psychiatra...do którego Salinger nigdy nie chodził. Zbyt niebezpieczne.
Podobnie jak prowokowanie go przez tego chłoptasia o zbyt kobiecych ustach, bełkoczącego coś nieżyczliwego. Nowość dla Jose, którego wszyscy lubili, poklepywali po plecach i zachwycali się jego skromnością i empatią. Mógłby od tego zachorować na narcyzm, ale na szczęście doskonale znał swój prawdziwie podły i tchórzliwy charakterek. Który pozwolił odkryć tylko słodkiemu Lennartowi, widocznie zdenerwowanemu, kręcącemu się w kółko i w końcu stającemu pod ścianą, jak jakaś obruszona dziewczynka.
Widział to tylko w odbiciu szyby, nie odwracał się do niego nawet na chwilę, w milczeniu przetrawiając jego słowa. I wyciągając dość niewesołe wnioski: Lenny go prowokował, widocznie sprawiało mu to frajdę i widocznie...nie mówił mu całej prawdy. Przynajmniej w kwestii stopnia swojego poinformowania. Dawne animozje bądź wielkie uczucia się nie liczyły.
- Posłuchaj, Lenny... - zaczął powoli, dla odmiany całkiem lekko, chociaż naprawdę wariował od powstrzymywania się od potrząśnięcia nim jak jakąś dziwną lalką. - Nie chcę stać się kolejną osobą z rządu, której odstrzelą głowę albo inną ważną część ciała - kontynuował bardzo szczerze, idealne zagranie, wzbudzenie współczucia, iluzja zaufania i zwierzania się o swoich słabościach. - Dlatego chodzi o...bezpieczeństwo. Nie tylko moje, ale też innych ludzi. Ci...terroryści mogą się wydostać z KOLCa i... chyba nie chciałbyś mieć na sumieniu przypadkowych osób. - dodał w głębokiej zadumie, w końcu odwracając się od zaparowanego już okna i oparł się plecami o jego framugę. Naprawdę potrzebował informacji o przejściach i...był gotów siedzieć tutaj do rana, byleby zdobyć sekrety ich położenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the pariah
avatar
http://panem.forumpl.net/t1909-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t936-lenny-ego
http://panem.forumpl.net/t1298-lennart-bedloe
http://panem.forumpl.net/t1000-lenny
Wiek : 24 lata
Zawód : Artysta malarz
Przy sobie : nóż ceramiczny, gaz pieprzowy

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Sob Paź 26, 2013 8:56 pm

Lennart był w tak beznadziejnym położeniu, że uważał, iż naprawdę ma pełne prawo do tego, by się złościć. A już zwłaszcza na Josepha, z którego to ręki spotkało go najwięcej najboleśniejszych przeżyć. Zarówno tych psychicznych, jak i fizycznych. Szczytem bezczelności było to, że zjawił się w jego mieszkaniu, tak po prostu, bez żadnego uprzedzenia, zarówno przed Igrzyskami, jak i teraz. Czy on naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo nieprzyjemna była dla niego każda jego wizyta? Chociaż… pewnie sobie zdawał i chciał to wykorzystać. Nigdy nie miał skrupułów z wykorzystaniem informacji, jakie posiadał na temat danej osoby. Złość w tym wypadku była również pewnie sposobem na ukrycie innych emocji, których pod żadnym pozorem nie chciał pokazywać. Nie jemu i nie teraz. Lecz ogólnie to Lenny zawsze szybko wpadał w gniew, miotał się wtedy po pomieszczeniu, burczał coś pod nosem i rzucał wszystkim nieprzyjazne spojrzenia. Zwykle szybko mu to mijało.
Do salonu powrócił już uspokojony, ale dalej najeżony. Obserwował Josepha zmrużonymi oczami. Wzrok miał dalej wrogi, ale gdzieś pod tą wrogością krył się swego rodzaju strach oraz żal. Czemu nie może zostawić go w spokoju i po prostu sobie pójść? Czemu musi tu stać i męczyć go swoją obecnością, udając, albo i niestety nie, że są dla siebie całkowicie obcymi ludźmi?
Zacisnął mocno usta, słuchając słów Josepha. Parsknął śmiechem i pokręcił głową, kiedy usłyszał „odstrzelą głowę”… ale zaraz, wróć, RZĄDU?!
Rządu? Pracujesz dla rządu? – Zrobił wielkie oczy, wpatrując się w niego z niejakim niedowierzaniem. Okej, widać było, że ma teraz jakąś dobrze płatną pracę (chodził ubrany lepiej od niego…), ale żeby pracować dla Coin?! Poruszył parę razy ustami, jakby chcąc coś powiedzieć, ale jako że żadne słowa nie wydostały się na zewnątrz, w końcu je zamknął. Następnie wypuścił głośno powietrze z płuc, patrząc nie na Salingera, ale w bliżej nieokreślony punkt przed sobą. O rany, ma w mieszkaniu osobę z rządu. W jego obecnym położeniu to chyba źle. A nawet bardzo źle. Zmarszczył czoło i nerwowo przeczesał palcami włosy. Milczał przez dłuższą chwilę, rozważając, co powiedzieć i jak to powiedzieć. Bo jasne było, że Joseph nie kupił jego odpowiedzi. A skoro był z rządu, z czegoś, czego Lenny teraz chciał się wystrzegać za wszelką cenę…
Aiden Chadwick – powiedział w końcu, z niejakim trudem, bo nie chciał wiedzieć co sprowadzi na głowę tego mężczyzny. Którego co prawda niezbyt lubił, bo zawsze brał strasznie dużo pieniędzy za pomoc, no ale… w końcu pomagał. A wcale nie musiał. – To Strażnik Pokoju – dodał ciszej celem wyjaśnienia, kogo właśnie wsypał. Rany boskie, wsypał! Zrobiło mu się nagle dziwne gorąco. Cóż, wybrał… mniejsze zło. Już lepiej mu było wydać tego faceta, niż zdradzić położenie przejść.
To wszystko, co wiem – oświadczył, odchodząc od ściany i siadając na kanapie, na samym jej brzegu. Odwrócił się do Josepha plecami, modląc się tylko, by to mu wystarczyło. – Zresztą, za kogo ty mnie masz, jeśli myślisz, że wiem to wszystko. Jestem teraz brudem, czyżbyś nie pamiętał? To ty grzejesz ciepłą posadkę w rządzie, powinieneś być lepiej poinformowany! – wyrzucił nagle z siebie, oglądając się na mężczyznę przez ramię.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
the victim
avatar
http://panem.forumpl.net/t871-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t1282-joseph-salinger
http://panem.forumpl.net/t916-it-feels-like-we-only-go-backwards
http://panem.forumpl.net/t873p15-salinger
Wiek : 37 lat
Zawód : prowadzę gospodarkę Panem

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   Sob Paź 26, 2013 10:36 pm

Reakcja Lennarta na dość subtelne przyznanie się do życiowego awansu (od niewygodnych zbroi Strażników Pokoju po wygodne marynareczki i dostatnie życie) bardzo go rozbawiła. Na tyle, że nawet się zaśmiał, lekko, krótko, urywanie, opierając całe dłonie na parapecie za sobą i wystukując znów palcami jakiś nieznany rytm. Już nie ze zdenerwowania, raczej ze zniecierpliwienia. Czuł się tak, jakby z każdą minutą przebywania z Lennartem w tym samym pomieszczeniu jakaś siła wyższa napinała mu mięśnie, doprowadzając go do stanu zesztywnienia totalnego. Bez skojarzeń, rzecz jasna, ich piękna relacja była przecież platoniczna i niewinna.
- Przecież mówiłeś, że nie umawiasz się już ze Strażnikami tylko z osobami z rządu, więc... - odparował jednak od razu bardzo spokojnie, dalej z lekkim uśmiechem, błąkającym się na jego wąskich ustach. Był wielkim fanem ironicznych gierek i manipulacyjnej szarpaniny, która jednak zawsze w towarzystwie Lenny'ego przeradzała się w bardziej fizyczne zmagania. Na polu...już nie tak cnotliwym aleniepowinieniemterazotymmyśleć.
Ciężko było powstrzymać skojarzenia, wspomnieniowe kalki z tak samo zaciśniętych ust i rozszerzonych źrenic. Joseph zawsze miał problemy z przeszłością, dlatego cieszył się jak wariat z tego, że zostawił Dwójkę za sobą, pogrzebaną z rodziną, znajomymi i wszystkimi przebłyskami swojej młodości. Zaczynał wszystko od nowa, palił za sobą mosty (tak było higieniczniej i rozsądniej z punktu widzenia osoby zajmującej się infrastrukturą) i nie czuł się związany w jakikolwiek sposób. A w tym przypadku...znajomość z Lennartem mu ciążyła. Nieprzyjemnie. Czyniła go nieostrożnym, rozkojarzonym idiotą. Aż sam sobą pogardzał.
Jednak nieco mniej niż tym całym Chadwickiem, kojarzył go ze wspólnej służby i...cóż. Trzeba będzie się tym zająć, przekaże odpowiednie informacje odpowiednim osobom albo pobawi się w słodkie szantażyki. Nie to było najważniejsze, chodziło mu o przejścia i...znał Lennarta na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że coś ukrywał. Stąd te ostre spojrzenia i zachowanie małej dziewczynki, odwracającej się do niego plecami. Nie widzę cię - nie widzisz mnie. Rozkoszne.
- Wiadomości oficjalne są bezużyteczne. Wolę te z pierwszej linii frontu...i zbieram je dla siebie. Nie dla Coin - powiedział po chwili milczenia prawie lekko, odrywającej się od parapetu i ruszył powoli w stronę kanapy, rozpinając guziki brązowego płaszcza, który zgrabnie zdjął z siebie i rzucił na jakieś kulawe krzesło, stojące pod chwiejącą się szafą i jakąś wyschniętą paprotką. To by było na tyle z zachowywania bezpiecznego dystansu - Joseph raczej odważnie rzucał się na samospalenie żywcem. - Przejścia, Lenny. Muszą jakieś istnieć. Ewentualnie ktoś bawi się w małego przemytnika z transportami żywności, ale to godziłoby bezpośrednio w czujność mojego resortu, więc to raczej odpada - mówił spokojnie, naprawdę miękko, zdradzając mu niby-przypadkowo kolejne informacje, siadając na środku kanapy i wyciągając z kieszeni papierosy. Zapalił jednego szybko i zaciągnął się mocno, opierając się wygodniej i zwracając głowę w kierunku swojego najsłodszego informatora. Którego najchętniej udusiłby gołymi rękami, żeby...nie przypominał mu przeszłości. Chyba Coin dałaby mu jakieś alibi?

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content

PisanieTemat: Re: Lennart Bedloe   

Powrót do góry Go down
 

Lennart Bedloe

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Panem et circenses :: Po godzinach :: Archiwum :: Lokacje :: Getto :: Mieszkania-